Moje powtórki na koniec roku

W górę rzeki (3)

Zbigniew Milewicz

Schronisko braci Hampel

Dziś jest prościej, ale do początku lat 90 Chorzowów administracyjnie było kilka i znaczyły je rzymskie cyfry od I do IV. Ponieważ jednak mało kto wiedział, gdzie kończy się granica jednego, a zaczyna już inny, potocznie mówiło się: ida do miasta, jada do Batorego, albo do Starego i ludzie na ogół kojarzyli, o co chodzi, ale też nie zawsze. Jest taki stary wic, rozprawiają dwie sąsiadki w Świętochłowicach:

– kaj jest Hilda ?
– pojechała do Chorzowa…
– do starego?
– nie, do Emy, pranie prać.  

Continue reading “Moje powtórki na koniec roku”

Dzisiaj w Polskiej Kafejce Językowej

Listopad – miesiąc pamięci, wspomnień i zadumy

Trzecia edycja projektu My Trzy: Ela Kargol, Ewa Maria Slaska, Krystyna Koziewicz

Non omnis moriar…/ Nie wszystko umiera

Długie jesienne wieczory zaczynają tworzyć atmosferę nostalgii, a zwłaszcza 1 listopada, kiedy czcimy Dzień Zmarłych! W naszej polskiej tradycji nadchodzi czas zadumy nad życiem. Współczesna tradycja, a bardziej zwyczaj utwierdzają nas w przekonaniu, że są to najsmutniejsze dni w roku, bo przypominają o śmierci, o tragicznych zdarzeniach w naszych rodzinach, w naszym bliższym i dalszym otoczeniu. Mówimy, myślimy – nie ma już dziadka, babci, nie ma jednego z rodzeństwa, los zabrał mi rodziców zbyt wcześnie, rak uśmiercił w tym roku przyjaciela, koleżankę, znajomą itd.

Continue reading “Dzisiaj w Polskiej Kafejce Językowej”

Reblog: Umarł słaby filozof

Jacek Kołtan

Myślę o Giannim Vattimo, wspaniałym włoskim filozofie, który zniknął 19 września wieczorem w wieku 87 lat.

Kilka dekad temu doświadczył uważności świata – jego książki przekładano na języki, jego wypowiedzi były namiętnie komentowane. Przeciwstawił się ograniczeniom chrześcijaństwa, szczególnie w jego katolickim roszczeniu do uniwersalizmu, podjął wątki gadamerowskiej hermeneutyki, czyniąc z niej – jak sam to określał – myśl słabą.

Udało mi się zaprosić go na konferencję, a kto próbował, ten wie, że nawet jeśli zaakceptował zaproszenie, ostatecznie mógł nie dotrzeć na miejsce. Potrafił się rozmyślić w ostatnim momencie, ale jeszcze częściej gubił się na lotniskach, przyjeżdżał spóźniony.

Do Warszawy doleciał innym połączeniem, przegapił swój lot.

Ale kiedy już był, okazywał się bardzo hojnym rozmówcą i czarodziejem słowa. Jego esej znaleźć można w książeczce “Solidarność i kryzys zaufania”.

Napisał w nim: „Pytanie: czy aby przetrwać lub osiągnąć szczęście, naprawdę potrzebujemy (my – ludzie) uniwersalnej prawdy (prawd)? Na przykład czy konstruowanie realnego świata wymaga wspólnej wiary w jakieś „opisowe” twierdzenia (w rodzaju: wszyscy ludzie są równi, człowiek jest istotą wolną itd.)? Mówiąc inaczej, czy aby osiągnąć zgodę, musimy dojść do prawdy, czy może osiągając zgodę, dochodzimy jednocześnie do prawdy?

Próbuję pokazać, że istnieje związek pomiędzy każdym roszczeniem do prawdziwości na poziomie teoretycznym a faktycznym istnieniem władzy. Aby móc stwierdzić, że rzeczy ‘są’ takie, a nie inne, trzeba być w jakiś sposób ‘u władzy’.”

I dodawał natychmiast: „Nie mówię przy tym prawdy. Opowiadam tylko historię moich doświadczeń jako filozofa, który dorastał w chrześcijańskim świecie Zachodu i doświadczył uniwersalizmu właśnie w ten sposób.”

Prosił, by jego odejście skomentować frazą:

Byłem słaby.
Gianni Vattimo
04.01.1936 – 19.09.2023


Na zdjęciach w dialogu z Pierrem Manent i Scottem Lashem. Na Uniwersytecie Warszawskim w 2010 roku.

***

Ze zlinkowanej powyżej publikacji wyjęłam życiorys Vattimy i, za poradą Jacka Kołtana, fragment jego tekstu, będący kontynuacją cytatu z powyższego wpisu:

Gianni Vattimo (ur. 1936), włoski filozof i polityk. Wykłada na uniwersytecie w Turynie, gdzie jest profesorem estetyki i teorii filozofii. Był także profesorem wizytującym na uniwersytetach amerykańskich (między innymi w Yale i Los Angeles). Jako uczeń Luigiego Pareysona twórczo rozwinął wątki hermeneutyczne filozofii Fryderyka Nietzschego i Martina Heideggera. Jego koncepcję „myśli słabej” cechuje antymetafizyczne i antyuniwersalistyczne nastawienie, które wykorzystuje on także do reinterpretacji tradycji chrześcijańskiej. Vattimo aktywnie uczestniczy w europejskim życiu politycznym zarówno jako poseł do Parlamentu Europejskiego, jak i uczestnik debat publicznych. Do jego ważniejszych prac należą:
Essere, storia e linguaggio in Heidegger (1963),
Poesia e ontologia (1968)
Koniec nowoczesności (1985 [2006]),
Społeczeństwo przejrzyste (1989 [2006])
Przyszłość religii (współautor: Richard Rorty, 2005 [2010])
Verità o fede debole?
Dialogo sucristianesimo e relativismo (współautor: René Girard, 2006)
After the Death of God (współautor: John D. Caputo, 2007).

***

Nie mówię przy tym prawdy. Opowiadam tylko historię moich doświadczeń jako filozofa, który dorastał w chrześcijańskim świecie Zachodu i doświadczył uniwersalizmu właśnie w ten sposób. Wierzyłem kiedyś, że nam, ludziom cywilizacji zachodniej, jako filozofom i chrześcijanom została dana prawda i że naszym zadaniem jest głosić ją całemu światu ze względu na współczucie dla naszych współbraci. Jednak „praktyczny” fakt buntu przeciwko kolonializmowi oraz praktyki nowego imperializmu stosowane przez globalny kapitalizm zmuszają mnie do ponownego przemyślenia mojej filozoficznej idei uniwersalizmu.
Nie dokonałem żadnego teoretycznego odkrycia. Zdałem sobie jedynie sprawę, że w świecie, w którym zaznaczyły swą obecność różne kultury, nie mogę już dłużej mówić o uniwersalnej prawdzie. Nie mogę też dłużej ignorować silnego związku między prawdą i władzą.
Co dalej? Jaki wniosek płynie z tego prise de conscience? Jako człowiek Zachodu moim partnerom w dialogu międzyreligijnym mogę zaoferować doświadczenie z historią uniwersalizmu.
Nawiasem mówiąc, na tym polega moje (czy tylko moje?) bycie chrześcijaninem. „Wyższość” (cudzysłów powinien być wielokrotny) chrześcijaństwa zawiera się w tym (niezależnie od tego, co mówią i myślą papieże), że jest to religia braku religii. Sednem chrześcijańskiego przesłania, jest to, że Bóg/Bogini porzucił(a) swoją transcendencję, by stać się jednym (jedną) z nas. Innymi słowy, jak mówi włoskie powiedzenie, dzięki Bogu, jestem ateistą.
ale:
Co zamiast uniwersalnej prawdy, świata zjednoczonego pod rządami jakiejś „racjonalnej”, demokratycznej władzy?
Nie wiem. Wydaje mi się natomiast, że jako chrześcijanin muszę nawiązywać kontakt z moimi współbraćmi, którzy w przeważającej większości nie są, jak powiedziałby Walter Benjamin, „zwycięzcami” czy też udziałowcami istniejącego porządku i w związku z tym nie wspierają praktycznego, imperialistycznego uniwersalizmu, który grozi likwidacją ludzkości z jej nieredukowalną różnorodnością form i wartości. Rzecz jasna, tak jak prawdopodobnie wszystkie religie, ja również nie znam przepisu na idealne państwo. Nie da się bowiem projektować porządku anarchicznego. Jednak w obecnej sytuacji wydaje się, że jakaś forma anarchicznego – teoretycznego i praktycznego – sprzeciwu mogłaby nam z pewnością pomóc.


Przełożył Marcin Moskalewicz

Wielki nieobecny

Zbigniew Milewicz

Mija dziesiąta rocznica śmierci Sławomira Mrożka. Dramatopisarz, prozaik, satyryk, jeden z najbardziej znanych na świecie polskich pisarzy. Urodził się 29 czerwca 1930 w Borzęcinie, zmarł 15 sierpnia 2013 w Nicei. Mieszkał w Paryżu, USA, Niemczech, Meksyku, w roku 1996 wrócił do Polski, do Krakowa. W roku 2008 ponownie wyemigrował z Polski i zamieszkał w Nicei, we Francji.

Tak zaczyna swoją opowieść o Nim publicystka z Culture.pl*, akcentując, że był twórcą wyjątkowo wszechstronnym, swobodnie poruszającym się w rozmaitych formach wypowiedzi. Jej relacja o Sławomirze Mrożku jest zręcznie skonstruowana i zawiera sporo ciekawych faktów, ale z uwagi na znaczną objętość materiału pozwoliłem sobie umieścić go w załączniku do tego wpisu. Mnie fascynował Mrożek przede wszystkim jako mistrz absurdu i krótkich form literackich, usiłowałem go naśladować w swoim pisaniu, ale nigdy nie udawało mi się choćby nadepnąć mu na piętę. Jak On wspaniale operował słowem. Nie wiem, czy to Państwo znacie:

Chcę być koniem

 Mój Boże, jak bardzo chciałbym być koniem…

Gdybym tylko zobaczył w lustrze, że zamiast rąk i nóg mam kopyta, z tyłu ogon i autentyczną końską głowę – natychmiast udałbym się do urzędu mieszkaniowego.
– Proszę o nowoczesne, duże mieszkanie – powiedziałbym.
– Niech pan złoży podanie i czeka na swoją kolej.
– Ha, ha! – zaśmiałbym się. – Czy panowie nie widzą, że ja nie jestem zwyczajnym, takim sobie, szarym człowiekiem? Ja jestem kimś innym, kimś ekstra!

I zaraz otrzymałbym nowoczesne, duże mieszkanie z łazienką.

Występowałbym w kabarecie i nikt by nie mógł powiedzieć, że jestem niezdolny. Nawet wtedy, gdyby moje teksty były niedobre. Przeciwnie.

– Jak na konia, to znakomite – chwalono by mnie.
– Ten ma łeb – mówiliby inni.

Nie mówię już o korzyściach, jakie wyciągnąłbym z przysłów i porzekadeł: końskie zdrowie, uśmiać się jak koń, koń ma cztery nogi i też się potknie…

Oczywiście,  b y c i e  koniem miałoby pewnie strony ujemne. Moim wrogom dałbym nową broń do ręki. Pisząc do mnie anonimy, zaczynaliby w ten sposób: „Pan jest koń? Pan jest kucyk!”

Kobiety interesowałyby się mną. – Pan jest taki inny… – mówiłyby.

Idąc do nieba, otrzymałbym, siłą faktu, skrzydła. Stałbym się wtedy pegazem. Skrzydlaty koń! Czy może być coś piękniejszego dla człowieka?

Sławomir Mrożek, (w:) Opowiadania, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974, s.14

Albo znakomity Artysta:

_________________

*Krystyna Dąbrowska, wrzesień 2009, aktualizacja sierpień 2013

Ciąg dalszy jutro

Stan odmienny (2)


-…spooooocznij! nie chowajcie tych kart, za późno, całe hrabiostwo dwa dni ścisłego!
w tego, jak mu tam, brysia gracie, i to w czasie alarmu!!??
– tak jest obywatelu sierżancie, gramy, ale alarm odwołano, melduję posłusznie…
– jak to? odwołano!?
– był właśnie goniec z dowództwa dywizji i alarm odwołano…
– to dlaczego ja nic o tym nie wiem, ha?
– melduję posłusznie, że pan spał, a syrena zepsuta…
– trzy dni ścisłego!


… spoooocznij! a wy co, jagielski, żarty sobie z pułkownika stroicie?
– przenigdy! towarzyszu majorze…
– dwa dni paki! pierwszy za towarzysza, drugi za majora…
  i żadnych wymówek, nazwaliście pułkownika beczuszko kapralem!
– ja? kiedy?
– zaraz po porannym apelu, dokładnie (patrzy na zegarek) 
… przed dwudziestoma sześcioma minutami, są świadkowie! he?
– kapralem??? ach… nieprawda, nazwałem go ko-pro-la-lem
– znowu cyganicie, nie ma takiego słowa…
– jak matkę kocham, jest, obywatelu sierżancie, niech pan zajrzy do słownika pwn,
przysięgam!
– hm, ale jak kłamiecie, to jeszcze mnie popamiętacie!
– tak jest!

Amerykański sen. Pokolenie Solidarności. (4)

Ewa Maria Slaska

Kolejny rozdział powieści. Eli Kargol

Śmierć Stalina (1953)

Były lata 50. Stefan, Staszelis, Kelus, Lifszes, Antek, Mariusz, Andrzej, Piotrek, Marek, koledzy z klasy albo z roku, i wszyscy inni późniejsi opozycjoniści byli dzieciakami i chodzili jeszcze do przedszkola, albo właśnie szli do pierwszej klasy, gdy 5 marca 1953 roku umarł Stalin.

A było tak, że gdy Stalin umarł, przechodnie na ulicy, robotnicy w fabrykach, tramwajarze i kolejarze, tara bum, tara bam, wróg nie wydrze pieśni nam, pielęgniarki i stróże, dzieci w szkołach i przedszkolach, jednym słowem — wszyscy przez minutę musieli stać cicho i nieruchomo. Tak, również w przedszkolach, wszystkich przedszkolach całego wschodnioeuropejskiego świata, a więc także na Oruni i we Wrzeszczu, dzieci odprawiają minutę ciszy. Stefan i Basia też. Dla Stefana to był początek świadomego życia jako on, Stefan. Przez minutę świat stoi nieruchomo i to by było na tyle, jak mawiał niezapomniany profesor mniemanologii stosowanej, Jan Tadeusz Stanisławski. Wielki przełom w powojennej historii Europy widziany od dołu. Oboje to zapamiętali. Dla Basi było to jej pierwsze wspomnienie w ogóle. Panie przedszkolanki i panie kucharki płakały. Dzieci też. Dorośli zapewne sądzili, że łzy będą dowodem socjalistycznego patriotyzmu i wspólnoty narodów, zjednoczonych wspólnymi ideałami równości i sprawiedliwości. Dzieci nie wiedziały, co o tym sądzić, bo nigdy przedtem nie widziały, żeby dorośli płakali.

Stefan wrócił z przedszkola, w domu była ciocia mamy, Karusia. Marek też już wrócił ze szkoły do domu. Karusia pracowała, tak to się wówczas nazywało, na pół etatu i czasami była w domu, gdy Stefan i Marek wracali z przedszkola i szkoły. Wtedy nie musieli sami sobie odgrzewać obiadu, zresztą wtedy nawet mama nie przygotowała obiadu wieczorem, tylko Karusia gotowała. Chłopcy bardzo lubili te dni, kiedy obiad robiła Karusia. Pozwalała im rozmawiać przy stole, nie musieli trzymać łokci przy sobie, nawet chyba nie pilnowała, w którą stronę przechylają talerz, zjadając resztki zupy.

Karusia podawała im akurat obiad, jak Marek powiedział to, co i Stefana nurtowało od kilku godzin.

– Znałaś Stalina?, zapytał Marek.

Karusia zatrzymała się z patelnią pomiędzy piecykiem a stołem.

– Nie znałam, odpowiedziała krótko.
– A mama i tata znali?, uzupełnił pytanie Stefan.
– Też nie.
– A pani Hela z przedszkola? I pani kucharka?
– Też na pewno nie.
– To dlaczego wszyscy płakali?, zapytał Marek, nie zastanawiając się nad tym, że Karusia jednak nie płakała, i mama i tata też nie.

Karusia nałożyła im kotlety i surówkę z marchwi. Ziemniaki stały w misce na stole. Zjedli, nie dowiedziawszy się, dlaczego w przedszkolu i w szkole „wszyscy płakali”.

Po obiedzie Karusia wyjęła z kredensu torebkę suszonych moreli. Wyszli na podwórko. Karusia poczęstowała morelami wszystkie dzieci i dwie matki, które siedziały, jak zwykle, z tyłu za domem, na ławeczce pod cisem.

Karusia dosiadła się do nich i podsunęła torebkę pani Wójcikowej z parteru i pani Zacharowicz z suteryny. Sięgnęły nieśmiało, bo nieczęsto zdarzało się, żeby ci z pierwszego piętra w ogóle się z nimi komunikowali. Kobiety z pierwszego niemal nigdy nie siadały z nimi na ławeczce. Karusia jednak usiadła.

– Umarł Stalin, powiedziała. Warto, żeby dzieci to zapamiętały.

W latach 50. suszone morele były wyszukanym delikatesem.

Ciekawe, że Basia też pamiętała śmierć Stalina, mimo iż przecież nie dostała od nikogo żadnych moreli. I była młodsza.

Słynna była w Gdańsku opowieść o panu Załuskim, szewcu domokrążnym, który reperował też buty Szarzyńskich. Szewc Załuski był nadzwyczajną osobistością. Był duży, gruby, a nawet potężny, prawdziwy niedźwiedź kresowy, o wspaniałym basie. W ciągu dnia zajmował się prozaicznym łataniem butów, wędrował przy tym od domu do domu, odbierając lub przynosząc buty, wieczorem natomiast śpiewał w Chórze Opery i Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku.

Jest rok 1953 w Gdańsku. Basia ma cztery lata, Stefan sześć.

W Filharmonii odbywają się właśnie próby Dziewiątej Symfonii Beethovena. Wśród śpiewaków zrodził się zwyczaj witania się słowami słynnego Finału (dziś hymnu zjednoczonej Europy).

Marzec.

6 marca, bo wtedy właśnie prasa ogłosiła śmierć Józefa Wassirionowicza. Śmierć Ukochanego Wodza pogrążyła w żałobie wierne ludy socjalistyczne. Ale można było przecież nie kupić gazety. Nie każdy kupował. Nie każdy dostał. Takie były czasy.

Pan Załuski wsiada do tramwaju.

Kolega z chóru stoi już na tylnej platformie.

– O radości, iskro Bogów!, niesie się po wagonie donośny głos pana Załuskiego, kwiecie Elizejskich Pól…
– Święta, na twym świętym progu…, powinien odśpiewać kolega, ale już do tego nie dojdzie.

Mężczyzna w białym trenczu staje przed panem Załuskim, szybko podnosi do góry kołnierz płaszcza i natychmiast go opuszcza (wiadomo, co to oznacza, tam pod klapą miał odznakę — oznakę swej władzy).

– I dlaczegóż to się Pan TAK raduje?, pyta mężczyzna z odznaką-oznaką.

Tak to, w areszcie śledczym ubecji, pan Załuski dowiedział się, że Stalin umarł.

A Stefan dostał naprawione wiosenne sandałki dwa tygodnie później. Oczywiście to nie było jego stare obuwie, od zeszłego roku przecież znacznie urósł, tylko używane buciki po jakimś kuzynie. Tata mógł być lekarzem, a mama redaktorką, ale braki w sklepach były równe dla wszystkich. Mówiło się, że partyjne fisze wysokiego szczebla nie odczuwały żadnych braków, bo zaopatrywały się w specjalnych sklepach. Nazywało się je „sklepy za żółtymi firankami”, ale może to były tylko legendy, nazwane później miejskimi. Nie warto sobie było tym zawracać głowy.

– Martwiliśmy się, powiedziała pani Szarzyńska, witając pana Załuskiego, gdy wreszcie znowu się pojawił.
– Ach, odpowiedział radośnie, w Sowietach zarobiłbym 15 lat łagru, a tu głupie dwa tygodnie w areszcie. Jak dobrze, że jesteśmy w Polsce!

***

O radości, iskro Bogów!,
kwiecie Elizejskich Pól
Święta, na twym świętym progu
staje nasz natchniony chór
Jasność twoja wszystko zaćmi
złączy, co rozdzielił los.
Wszyscy ludzie będą braćmi
tam, gdzie twój przemówi głos.

Patrz, patrz: wielkie słońce
światem biegnie,
sypiąc złote skry,
jak zwycięzca, jak bohater –
biegnij, bracie, tak i ty.
Radość tryska z piersi ziemi,
radość pije cały świat.
Dziś wchodzimy, wstępujemy
na radości złoty ślad.

Tekst Schillera, tego od Zbójców, tłumaczył Konstanty Ildefons Gałczyński, którego jako słynna lewaczka muszę tu przypomnieć, bo dziś prawaki mogą nas opluć albo zlinczować za cytowanie jego poezji, a co dopiero za zachwyty, ale jednak… jednak jestem przekonana, że nie byłoby naszego pokolenia, romantycznego, zapatrzonego w piękne ideały, uduchowionego, gdyby nie on, władca nocy czerwcowych i zimowych urojeń. To dzięki niemu byliśmy szczupli, wierzyliśmy w prawdziwą miłość i patrzyliśmy w gwiazdy, tak jak dzięki Agnieszce Osieckiej byliśmy autoironiczni, zdystansowani i osobni.

Gdy poszukałam w styczniu roku 2022 tego tekstu w sieci, okazało się, że życie współczesne dopisało mu trzecią zwrotkę.

Wolność w sercu, w naszym śpiewie,
ona w splocie ludzkich rąk.
Kiedy Polska jest w potrzebie,
do Komisji wznosim głos.
Wstańcie, ludzie, wstańcie
wszędzie, kiedy jeszcze na to czas
Niech Europa nie odpuszcza
niechaj broni sądów bram!

Ciekawe, ale podczas wojny Putina z Ukrainą nie pojawiła się kolejna zwrotka. A przecież oda opowiada o wielkim marzeniu, w którym Ukraina też chce mieć udział. To pieśń o solidarności ludzi, a nie o tchórzostwie polityków, napisał dziennikarz.

Lato w Malużynie

Cześć Ewo Mario, Koleżanko Pielgrzymko stale w Drodze,
napisałem fragment wspomnień z dzieciństwa, gdy wyjeżdżaliśmy wszyscy na wieś, do Malużyna. Na dwa miesiące. To blisko Ciechanowa (27 km). Rodzice bywali tam oboje, ale też często jedno musiało pracować, bo były problemy z urlopem, a my dzieci stawaliśmy się na lato dziećmi bardzo wiejskimi. Te czasy wspominam bardzo dobrze, rzeka Wkra i Malużyn to cząstka mojego serca. Tak się złożyło że wspomniane w wierszu trzy panny Kinówny zamieszkały w Berlinie Zachodnim. Może przeczytają teraz ten wiersz.

Mietek

A ja odpowiedziałam: A może wyślemy im linka.
_________________________________

Mieczysław Węglewicz

Dym jeszcze spał w kominie
i rosa na szybach
a my o szarej godzinie
już w lesie na grzybach
jak mówił młody Wilczek
Stasiek – syn Krystyny
,,w brzeziny na kozaki,
na prawe w dębiny”
a jeszcze kurki, pociechy,
maślaki i kanie
z pełnymi koszami szliśmy na śniadanie.

Tata czekał nas w domu
,,ho ho, piękne grzyby”
chwalił
i po śniadaniu
szedł z nami na ryby.
Wędki bambusowe, przelotki, spławiki
i najcenniejsze
te małe, złocone haczyki.
Na nich ziarnka pszenicy wczoraj gotowanej
a czasem ciasto z chleba
z żółtkiem zagniatane
ale chyba najczęściej brały na robaka
kiełbiki i uklejki
albo płotka jaka
choć Tacie się zdarzyło
że złowił szczupaka
Chodziliśmy się kąpać
drogą w dół ,,do młyna”
wypatrując chciwie śliczne młynarzówny
córki pana Kina
trzy panny Kinówny

Jeszcze mgły nad łąkami
Ledwo wstało słońce
a już szliśmy na ryby
po księżowskiej łące
W mgle pasł się koń plebana
A my, zjawy w szkodę
bo w trawie się
zbierało
pieczareczki młode
Koń nas dobrze rozumiał
i łąkę nawoził
a proboszcz niezupełnie,
bo piekłem nam groził…

Równoległy świat

Ewa Maria Slaska

Na blogu tak się ostatnio dobrze dzieje, że prawie nic nie muszę robić – oczywiście wstawiam Wasze wpisy, oczywiście czasem je redaguję, a zawsze layoutuję, oczywiście usuwam trolle (tego to się jakiś czas temu namnożyło, ale ostatnio jakby trochę lepiej), ale dawniej często było tak, że musiałam błagać i żebrać, żeby ktoś mi przygotował wpis, a jak i tak nic nie dostałam, pisałam własny tekst, choćby na kolanie. A teraz jest Was dużo i wypełniacie mi cały mój blogowy świat, a czasem wręcz musicie się naczekać na “swoją kolejkę”.

W takich sytuacjach, jeśli nie ma jakiegoś specjalnego powodu, że koniecznie trzeba akurat właśnie opublikować wpis mój własny, kiedy przysyłacie mi wpisy, a ja już zapełniłam bloga, wszystko musi się poprzesuwać. A wtedy pierwsze wpisy, jakie przesuwam na kiedy indziej, to właśnie te moje własne, pomyślane, zaplanowane, zapisane w kalendarzu, a potem, ot, przesunięte. Przy czym ogólnie wiadomo, że jeśli coś się w tym przesuwaniu ma ostać, to będą to przede wszystkim rocznice, cmentarze i Barataria. Tak więc wpis o okrągłym kościółku św. św. Feliksa i Adaukta w Krakowie czekał od maja. Uprzedzam jednak. To nie jest zwykły wpis, to wpis-problem, próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, co się dzieje z moją pamięcią?

Bo zasadniczo pamięć mam dobrą, a nawet niekiedy przypuszczam, że znakomitą. Jeszcze dziś obudzona w środku nocy mogę Wam opowiedzieć o układzie pokarmowym królika, a uczyłam się tego 60 lat temu i nigdy nie powtarzałam.

Ale tu tymczasem moja pamięć przypomina mi coś, czego teoretycznie i formalnie nie ma, a zatem zapewne nie było. Możliwe, że nigdy. A przecież było, dam za to głowę. Mało tego, kiedyś o tym napisałam w wypracowaniu szkolnym. I gdy zaczęłam drążyć temat, zeszyt z tymżeż wypracowaniem wychynął na powierzchnię z czeluści szafy, w której trzymam różne rzeczy, ale, przysięgam, nie własne zeszyty szkolne. Po prawdzie, to głowę bym dała, że nie mam żadnych swoich zeszytów szkolnych. Dowiedziałam się jednak, że lepiej nie dawać głowy, bo posiadam zeszyt, który ewidentnie przeniosłam ze sobą, gdy przemieszczałam się z tamtego świata, do tego, który wprawdzie jest równoległy i niemal identyczny, ale jednak inny.

W tym tekście piszę więc o kaplicy świętych Feliksa i Adaukta i lokuję ją tam, gdzie ją do dziś lokuje moja wyobraźnia. Piszę o niej również dlatego, że do poprzedniego roku w czasie wakacji zawsze ją odwiedzałam. Widziałam ją więc wielokrotnie – nieduży okrąglutki kościół romański z absydami, posadowiony w lewo skos za Kościołem Mariackim w Krakowie.

Makieta kaplicy św. Feliksa i Adaukta, wykonana w latach 20 przez Stanisława Kolowca (1904-1968); fotografia ze zbiorów Muzeum Miasta Krakowa (ale w muzeum makiety nie ma).

Tymczasem tego kościoła na pewno nie ma! Chciałam go w tym roku pokazać Konradowi – nie ma i, jak się zdaje – nigdy nie było! Ale jak to? Przecież widziałam go na własne oczy wielokrotnie!

Bywałam w Krakowie z Karusią, moją ukochaną cioteczną babką, Karoliną Lubliner-Mianowską, która w roku 1963 umarła. Karusia przez kilka cudownych lat zabierała mnie na wakacje w góry. Poznałam wtedy jej przyjaciół, Marię Kann, Zofię Radwańską-Paryską i jej męża, pana Paryskiego, autorów Encyklopedii Tatrzańskiej. Mieszkałyśmy u górali w drewnianych chatach – na obrzeżach Zakopanego, w Bukowinie czy Murzasichlu, chodziłyśmy na spacery lub niezbyt wyczerpujące wyprawy – do Jaworzyny, na Nosal, na Gubałówkę, do Doliny Kościeliskiej, Wąwozu Kraków, do Morskiego Oka i Doliny Pięciu Stawów, na Miętusią, obejrzeć Wantule, las na kamieniach. Tknięta przeczuciem sprawdzam, czy ten las istnieje. Pamiętam go znakomicie, pamiętam też książkę Marii Kann, która się tam rozgrywa. Zaglądam więc do Wikipedii i czytam: Teren Wantuli zarastał górnoreglowy las świerkowy. W 1968 roku wyłamała go potężna wichura, obecnie odtwarza się on na nowo.

A więc lasu na kamieniach też nie ma. Ale przynajmniej odtwarza się na nowo. A kaplica nie.

Ta historia to tajemnica. Wspomnienie nałożone na przypomnienie, a może zapomnienie. A może by tak użyć tu zagubionego słowa: odpomnienie?

Każdy, komu, odkrywszy nieistnienie kaplicy, opowiedziałam o tym, był pewien, że musiał to być kościół na Wawelu, kościół, który nie istnieje od kilku setek lat, a którego domniemany plan i wygląd przedstawiają zdjęcia na stronie 22 książki o nieistniejących kościołach w Krakowie. Zarysy kościoła odsłoniły dopiero wykopaliska archeologiczne i jak się teraz pójdzie na Wawel, to widać w odległym kącie wrastające w mur zamkowy kawałki romańskich ścian w głębi wykopu.

Grzegorz Bednarczyk, Nieistniejące kościoły Krakowa, pdf 2017

Wykopaliska wyglądają tak jak na górnych zdjęciach, a ja pamiętam tę rotundę tak, jak została zrekonstruowana. Pytanie tylko, dlaczego, skoro tego od średniowiecza nie ma i było ukryte w murach Wawelu, dlaczego więc ja to widziałam, i to w pełnej krasie – z murami, dachem, drzwiami i niezrujnowanymi absydami, w kolorze? No i dlaczego widziałam to koło Rynku a nie na Wawelu?

Próbuję odtworzyć pewien hipotetyczny bieg zdarzeń. Przez kilka lat, powiedzmy, że było to w latach 1958-1962, jeżdżę z Karusią na wakacje w góry. Za każdym razem robimy postój w Krakowie, oglądamy i Rynek, i Wawel. Dzieje się tak przez długi czas. Kiedyś pokazuje się mi może jakąś planszę albo książkę z obrazkiem zrekonstruowanej Rotundy z Wawelu. A może nawet samą makietę. Pokazuje mi ją na przykład pan Paryski. Być może oglądam to podczas spaceru po Rynku, mówi mi się, że to kościół Feliksa i Adaukta z Wawelu, ja tego słowa Wawel nie słyszę, a obrazek zmienia mi się w kościół i przykleja się tam, gdzie akurat go widziałam, czyli z tyłu za Kościołem Mariackim, na obrzeżach Rynku. Wszystko pięknie. Możemy założyć, że tak było.

Tylko…

Tylko, że gdy przekonałam się naocznie, że tej kaplicy nie ma, zapytałam moją siostrę, Kasię, czy ją pamięta, a ona natychmiast odpowiedziała: tak, z tyłu za rynkiem, na skos.

Czy mogłam mojej siostrze przekazać moje wyobrażenia i to z tak dokładną lokalizacją?

Czy jednak istnieje rzeczywistość równoległa i myśmy obie, moja siostra i ja, tam były i widziały tę rotundę z tyłu w skos po lewej za Kościołem Mariackim?

PS. Inną pamięcią ze świata równoległego jest moje przekonanie, że w roku 1966, w rocznicę Chrztu Polski, Czesław Niemen wjechał do morza na białym koniu, śpiewając pieśń wojów Bolesława Krzywoustego.
I otóż w TYM świecie Niemen nadal śpiewa tę pieśń, ale na żadnym koniu nie wjechał do żadnego morza. Nie wjechał, bo nikt w internecie o tym nie pamięta, a przecież wiemy, że jak czegoś nie ma w internecie, to tego nie ma i nie było.

A tu rzeczona pieśń

Wspomnienia o Maryli 28

Magdalena Ciechomska

Życie każdego człowieka ma początek i koniec. Nasz czas przebiega linearnie, od punktu narodzin do punktu śmierci. Śmierć zamyka każdą pojedynczą, indywidualną historię. Wiadomo, że nie będzie już dalszego ciągu, rzeczy pozostaną takie, jakie były, już nie można dokonać korekty. Śmierć równocześnie zatrzymuje zdarzenia w czasie i unieważnia wszelkie pytania, jakie jeszcze chcielibyśmy zadać. Nie pozostawia innych możliwości poza tym, co już się dokonało.

Pisząc te wspomnienia staram się umieszczać je w cyklu pór roku. Po pierwsze, dlatego że ten cykliczny rytm czasu, zgodny z rytmem natury, nazwałabym żeńskim, kobiecym. Odsyła do mitów agrarnych, ulubionej symboliki Maryli i mojej też. Po drugie, ten czas, przedstawiany graficznie w kształcie koła, powtarzający cykl agrarny jesiennego siewu, zimowego snu w głębi ziemi, wiosennego kiełkowania, letniego rozkwitu i jesiennego obumierania, jakoś ewokuje trwanie, niezmienność, wieczność. Staram się umieścić Marylę w tym rocznym cyklu, w zamkniętym kole zatrzymać kadr z jakimś zdarzeniem, rozmową, gestem. Chronologia trzydziestu kilku lat, które dane było nam spędzić razem, staje się bez znaczenia.

Gdy myślę o wiośnie, przypominam sobie pierwszą komunię syna. Razem z Marylą przygotowywałyśmy obiad dla gości w naszym domu na Mokotowie. Na stołach ustawionych w podkowę rozkładałyśmy białe, wykrochmalone obrusy, a na nich, między nakryciami stawiałyśmy bukieciki biało-zielonych narcyzów zerwanych świeżo w ogrodzie. Było ciepło, goście wyszli do ogrodu, w którym biel kwitnących drzew w pełnym słońcu wyraźnie odcinała się od soczystej, wiosennej zieleni.

Wspomnienia lata to szereg obrazów ze wspólnych wakacji, schronisko w Pieninach, gdzie jedliśmy naleśniki z jagodami, park zdrojowy w Rymanowie, spacer po Kazimierzu Dolnym i parku w Nałęczowie, popołudnie na działce u cioci w Mogielnicy.

Jesień zaczynała się od zapachu powideł, które Maryla robiła w brytfannie, w piekarniku, a kończyła się z początkiem Adwentu i świątecznych przygotowań. Zima – to wspólnie spędzone Boże Narodzenie… Początek nowego roku i czas do lutego, niekiedy Maryla przyjeżdżała na tłusty czwartek, była więc poranna wyprawa po pączki, którymi obżeraliśmy się do końca dnia. Potem był Wielki Post i przygotowania do świąt wielkanocnych. I znów wspólne pieczenie, gotowanie, malowanie jajek , liturgia Triduum Paschalnego, Rezurekcja, wiosenne święto Zmartwychwstania.

Planowanie kolejnych świąt, powtarzalność tych samych czynności, przygotowanie tych samych przysmaków, to był rytuał podkreślający trwanie; jesteśmy, żyjemy, za miesiąc, za pół roku, za rok znów będą święta.

Tak sobie myślę, że Maryla dlatego przyjechała na Boże Narodzenie w grudniu 2018, gdy tylko jako tako doszła do siebie po operacji, ponieważ dawało jej to poczucie tego trwania, poczucie, że wszystko wraca do normy, bo może upiec ciasto na święta , jak co roku, a więc nic się nie zmienia, żyjemy dalej.

I w naszych rozmowach telefonicznych, w lutym 2019, i w tej ostatniej, 24 marca, przed południem, Maryla za każdym razem wspominała, że chciałaby przyjechać na Wielkanoc do Warszawy. Może to powtarzanie – będą znów święta – znaczyło dla niej: będę żyła?

Z wolnej stopy 58

Zbigniew Milewicz

Zaduszki

Zawsze lubiłem ten dzień. W Zaduszki na cmentarzach nie było już tłumów, a pojedynczy ludzie, stojący w zadumie przy grobach swoich bliskich, pasowali mi do tego melancholijnego pejzażu. Do morza zniczy, płonących od poprzedniego dnia, wieńców i różnobarwnych chryzantem, zeschniętych liści i kasztanów pod stopami. Jako dziecko towarzyszyłem zwykle babci Jadzi, albo jej siostrze, ciotce Gryjci w wędrówce po chorzowskich cmentarzach. Pomagałem im dźwigać ciężką torbę ze świeczkami, albo zniczami na groby moich pra- i prapraprzodków, których nie zdążyliśmy odwiedzić we Wszystkich Świętych, wszędzie odmawialiśmy zdrowaśki za spokój ich duszy i to był długi dzień, bo rodzinę mieliśmy dużą. Najpierw szliśmy jeszcze raz nasz parafialny cmentarz do św. Ducha, później do Jadwiżki, gdzie wcześniej należeliśmy, do św. Józefa i na koniec do św. Barbary.

Zawsze najbardziej lubiłem palić świeczki przed pomnikami nieznanych żołnierzy i bezimiennych zmarłych, które były na każdym cmentarzu, bo wydawało mi się, że oni najbardziej tego gestu potrzebują, skoro żadni bliscy ich nie odwiedzają. Myślę, że to moje uwrażliwienie na nich miało swój początek w Bukowinie Tatrzańskiej, dokąd zwykle jeździliśmy na letnie wakacje.

Był tam piękny,stary kościół, w którego przedsionku, obok kropielnicy znajdowała się misternie rzeźbiona, drewniana skrzynka z prawdziwymi skarbami. Stanowiły je ciekawie sformułowane intencje modlitewne, które się losowało na chybił – trafił. Wyciągając jedną z nich, człowiek nie wiedział, co tam jest napisane, więc jeżeli miał żyłkę hazardzisty, to mógł się modlitewnie uzależnić. Nie wiem, ile wtedy miałem lat, ale umiałem już czytać i w tej intencji, którą wylosowałem, chodziło właśnie o pamięć o duszach zapomnianych przez żyjących. Musiała być ona bardzo sugestywnie sformułowana, skoro pozostaję jej wierny do dziś.

Po takim pieszym rajdzie po cmentarzach dom dziadków na Wesołej witałem z wielkim entuzjazmem. Ciocia Irka – nasz domowy mól książkowy – już czekała na nas ze stosowną lekturą. Siadaliśmy w najcieplejszym pomieszczeniu, czyli w kuchni, przy stole, dziadek Erwin dokładał do pieca jeszcze jedną bryłę węgla i zaczynała się recytacja fragmentów Części II mickiewiczowskich Dziadów:

CHÓR

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?

GUŚLARZ

Zamknijcie drzwi od kaplicy
I stańcie dokoła truny;
Żadnej lampy, żadnej świecy,
W oknach zawieście całuny.
Niech księżyca jasność blada
Szczelinami tu nie wpada.
Tylko żwawo, tylko śmiało.

STARZEC

Jak kazałeś, tak się stało.

Wszystkie kwestie czytała ciocia Irka swoim trochę skrzekliwym głosem, którym świetnie później naśladowała nocne ptaki. Dziadek i ja robiliśmy za rekwizytorów – wieszaliśmy w oknie całuny, czyli koce, używane w czasie okupacji w domu do zaciemnienia przeciwlotniczego, a mama z babcią i ciocią Gryjtą krzątały się koło kolacji, która też należała do sztuki. Dusze są w niej, jak wiadomo, zapraszane do stołu, ale odmawiają posiłku, więc padają znane słowa:

A kto prośby nie posłucha,
W imię Ojca, Syna, Ducha.
Czy widzisz Pański krzyż?
Nie bierzesz jadła, napoju?
Zostawże nas w pokoju!
A kysz, a kysz!

Tą kwestią recytatorka kończyła zwykle przedstawienie, bo wszyscy byli już bardzo głodni. Kilkadziesiąt lat później sam zainscenizowałem takie przedstawienie w Zaduszki dla moich dzieci. To było już w Monachium, ale czy wyszło równie efektownie, jak to bywało na Wesołej, tego nie wiem. Czasami w ten dzień mieliśmy w Chorzowie gości; przychodziły ciotki i wujkowie, moje kuzynostwo, państwo Brachaczkowie z sąsiedztwa, z którymi byliśmy zaprzyjaźnieni. Przy herbacie i babcinym cieście płynęły wspomnienia o nieżyjących bliskich, nostalgiczne, ale zawsze pogodne, okraszone humorem i anegdotą.

Jeżeli ktoś za życia nie był ponurakiem, to niech tak pozostanie w naszej pamięci – przeczytałem kiedyś na cmentarnym murze w tyskim Wartogłowcu – a jeżeli był, to zostaw sprawę Panu Bogu. Nie uprawiam graffiti, ale podpisuję się pod tą sentencją oburącz.

Wszyscy moi bliscy, o których tutaj wspominałem, już odeszli. Może kiedyś przekonam się – dokąd. Ich mogiłami pięknie opiekuje się mój kuzyn z Chorzowa, Romek z rodziną i teraz jest okazja, abym im za ten trud z serca publicznie podziękował, co też robię. Szukając zaś w sieci zdjęć do tego wpisu, natrafiłem na bardzo ciekawy tekst o pogańskich korzeniach Dnia Zadusznego, czyli właśnie Dziadach, który warto przeczytać, więc poniżej zamieszczam odnośny link. Materiał pochodzi z województwa lubuskiego, sprzed trzech lat, kiedy na cmentarzach jeszcze nie obowiązywały covidowe rygory, stąd jedyne w swoim rodzaju fotografie nekropolii o zmroku.

A tu link