Kruk

Krzysztof Pukański

kruk
                                       Adze

na twoim oknie usiadł kruk
patrzy jak śpisz
złe słowa szepce
i smołę wlewa ci do ucha

mogę cię uratować
ale mogę cię zabić
to nie zależy ode mnie
do końca

cisza

echo myśli odbija się od ścian
tu czas się łuszczy całymi płatami
odkleja od rzeczywistości
nie rozumiem rzeczy
one też nie przyznają się do mnie

bezsenność

sen
co nie przychodzi godzinami
najbardziej upragnionym jest gościem
o siódmej
gdy kciukiem i wskazującym
litościwie zamyka powieki

wyłączony z krwiobiegu
tracę łączność między duchem a ciałem
blednę
coraz bardziej mnie nie ma
coraz bardziej jestem
prezroczysty

wynurzam głowę z szumu informacji
nie pamiętam imienia Boga mego
gonię przelotną myśl
jest szybsza

bezsenności kurwa babilońska
liże tłuste wargi
mlaszcze
wyżerając mi z głowy ragout
wzgardliwie rzuca szmatławe papierosy
wychodzi ze świtem
zastawiając ochłapy

po kamienistym dnie czaszki
z łoskotem toczy się kamień przeznaczenia
gorący wiatr kłębi myśli
rozwiewa półrzeczywiste obrazy
cała sahara na moim języku

na kamienistym dnie czaszki
królowa myje stopy w świątynnej sadzawce
zamglonym okiem widzę jej dom
w kształcie imienia wróżki
jej senne palce kropią mi czoło
wodą zapomnienia

Miasta dla minimalistów. Kopenhaga

Ewa Maria Slaska

Jestem zdania, że miasta należy zwiedzać kiedy indziej. Nie da się generalnie określić kiedy, ale kiedy indziej. Nie wtedy, gdy jadą tam wszyscy. Nie należy więc jeździć do Kassel w trakcie wystawy dOCUMENTA (czego się nie trzymałam), do Norymbergi w czasie adwentu i do Rzymu na intronizację papieża Polaka. Pojechałyśmy z Anią do Kopenhagi późną jesienią ubiegłego roku. Było szaro i zimno. Przez całe przedpołudnie lało. Na przystankach autobusowych leżały jabłka.

Gdy przyjedziesz do jakiegoś miasta poza sezonem, Tivoli będzie w remoncie, flamingi w zoo pochowają sią po kątach, w fontannach nie będzie wody, a rzeźby i rośliny zostały zapakowane w worki lub skrzynie. Ale za to zobaczysz miejsca, które w sezonie zasłonią ci tłumy i kolorowe atrakcje, na przykład den Kongelige Afstøbningssamling nad Öresundem czyli Królewskie zbiory odlewów gipsowych. Jestem pewna, że latem nigdy byśmy tam nie weszły. Weszłyśmy, bo było nam zimno. A to piękne muzeum, edukacyjne, jasne, takie muzea w całej Europie powstawały po to, by biedni mogli zobaczyć cuda sztuki i kultury, ale ekspozycyjnie nader nowoczesne.

Überrachy

Kolejne opowiadanie o paczkach, jakie dostawaliśmy w Polsce podczas stanu wojennego. Autor, Leszek Pękalski, słynny gdański fotografik, nie nadesłał go na konkurs, tylko  na moją prośbę napisał je teraz, zainspirowany tekstami naszych autorów.

Jesienią 1981 roku pojechałem na saksy do RFN. Najpierw przez miesiąc zbierałem winogrona w Rheinpfalzu, a potem wylądowałem we Frankfurcie nad Menem, gdzie moja przyjaciółka, niemiecka fotoreporterka Erika Sulzer-Kleinemeier, załatwiła mi pracę w biurze architektonicznym, w charakterze człowieka do wszystkiego. Sprzątałem piwnicę z zalegających tam gratów, grabiłem w ogrodzie liście na kompost, skuwałem tynki w mansardzie (przy okazji, w zapale, nieco ją nadmiernie zdemolowałem), kserowałem jakieś albumy, no, słowem wszystko. Dostałem pokoik dwa piętra nad biurem, które mieściło się w dużej kamienicy na Westendzie tudzież klucz do biura, żebym mógł korzystać z łazienki i robić sobie śniadania i kolacje. Lunche jadałem wspólnie z całym personelem biura przy dużym stole i muszę przyznać, że traktowany byłem – wtedy dla mnie zaskakujące – jak członek zespołu, a nie jak robol z zapóźnionego kraju.

Jeden z architektów siedzących przy tym stole zachowywał się zwykle dość głośno – ot tak mniej więcej, jak przeciętny Polak wyobraża sobie Prusaka: butny, arogancki, hałaśliwy, niezbyt sympatyczny, blondyn o czerwonej twarzy. Zdarzyło się któregoś wieczoru, że, gdy zszedłem do biura zrobić sobie kolację, ów Niemiec był tam jeszcze, widać kończył jakąś zaległą robotę. Dwóch mężczyzn w dużym, pustym biurze – zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że pochodzi ze Świebodzina, przed wojną Schwiebus. Mieszkał tam aż do 1947 roku, kiedy to całej rodzinie kazano się wynosić. Nie pojmuje, dlaczego, bo nigdy nikt z jego rodziny żadnemu Polakowi nie zrobił krzywdy. Wysłuchałem ze współczuciem, powiedziałem, że go rozumiem, bo mojej rodzinie też kazano się wynosić ze Lwowa, ale że on z kolei powinien zaakceptować fakt, iż po tym wszystkim, co zaszło między Polakami i Niemcami podczas ostatniej wojny, woleliśmy zostać we własnym domu sami. Pokiwał głową….

Miałem być w Niemczech do świąt Bożego Narodzenia, ale czułem się zmęczony, tęskniłem do rodziny. Wróciłem 4 grudnia. 13 zaczął się stan wojenny. Do dziś się zastanawiam, co bym był zrobił, gdyby zastało  mnie to we Frankfurcie – pewnie nie byłbym tu, gdzie teraz jestem, ale to już inna historia…

Gdzieś na początku stycznia dostaliśmy paczkę z RFN – „Absender” Winfried Gladis, Braunfels. W środku żywność, jakiś proszek do prania, kosmetyki… Kto to u diabła jest Winfried Gladis?! Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że to ów „Prusak”, z którym raz rozmawiałem późnym wieczorem w pustym biurze we Frankfurcie. Skąd wziął mój adres? Pewnie zostawiłem w biurze, albo skontaktował się z Eriką…

Potem zaczęły przychodzić dalsze paczki – mniej więcej co dwa tygodnie. Czasem żywność, czasem „Haushaltsmittel”, kiedy indziej odzież dziecięca. Widać skądś wiedział, że mamy dwójkę dzieci, wtedy sześciolatka-chłopca i roczną dziewczynkę. Ciuszki były używane, ale w bardzo dobrym stanie i nieskazitelnie czyste. Zawsze też było wśród nich coś zupełnie nowego, prosto ze sklepu i jakieś drobne zabawki dla dzieci. Rozpakowywanie tych przesyłek było świętem, szczególnie dzieci asystowały przy tym pełne emocji. Największym powodzeniem cieszyły się, jak to one nazywały, „überrachy” (Überraschung), czekoladowe jajka z niespodzianką w środku – małą, plastikową zabawką do składania. Dziś można to kupić w każdym nieomal sklepie, wtedy był to ewenement – no i powiew szerokiego świata…

Chcąc się jakoś zrewanżować za te wszystkie dobra, napisałem do Winfrieda, czy jest może coś, w czym mógłbym mu być pożyteczny lub czym mógłbym mu sprawić przyjemność. Odpowiedział, że chętnie przyjąłby jakieś foldery turystyczne lub inne wydawnictwa dotyczące jego „Schwiebus”. Wątpiąc, czy coś takiego w ogóle znajdę, wolałem spakować się – i wybrałem w podróż. Chodziłem po tym Świebodzinie przez bodaj trzy dni i fotografowałem wszystko, co wydało mi się godne uwagi, przede wszystkim oczywiście to, co pamiętało czasy niemieckie. Jako rzetelny dokumentalista uwieczniłem na zdjęciach i to, co piękne, i to, co nie bardzo – m.in. totalnie zdewastowane poniemieckie cmentarze i ogólnie dość smętny, typowo PRL-owski obraz prowincjonalnego miasteczka. Wróciłem do domu, wywołałem materiał, zrobiłem porządne powiększenia, oddałem introligatorowi do oprawy i wysłałem. Poniewczasie sądzę, że chyba jednak trochę przesadziłem z tym uczciwym obrazem, bo odzew nie był nadmiernie entuzjastyczny – chyba zgoła żaden… No, ale zrobiłem, co było w mojej mocy.

Paczki stopniowo przychodziły coraz rzadziej, ale zawsze piękne i przemyślane – jak się potem okazało, stała za tym żona Winfrieda, Ute. W 1987 roku udało mi się wreszcie wybrać do Niemiec, do mojego brata, który od lata 1981 roku mieszka w Hanowerze. Postanowiliśmy pojechać do Braunfels i rzeczywiście spędziliśmy tam, goszczeni po królewsku, dwa bardzo miłe dni. Ogólnie ciepłej atmosfery nie zepsuł mi nawet fakt, ze w pokoju pana domu wisiała na ścianie wielka mapa Niemiec… z granicami z 1938 roku. No, ja też lubię sobie wyobrażać, że Lwów jest znowu polski, choć absolutnie nie myślę go szablą odbierać…

Potem byłem tam jeszcze raz, a później kontakt się urwał. Stale sobie obiecuję, że napiszę albo zadzwonię, a czas ucieka. Może kiedyś…

GMO

Redakcja

24 lutego wzięłam udział w spotkaniu berlińskiej Polonii z przedstawicielami Konsulatu Generalnego RP w Berlinie. Podczas zebrania uczestnicy podpisali i przekazali Konsulowi Generalnemu list protestacyjny w sprawie GMO. List przedłożyła zebranym Anna Kuśmierska, akcję wspiera Jadwiga Łopata – pierwsza Polka, która otrzymała (w roku 2002) nagrodę Goldmanów czyli tzw. ekologicznego Nobla, aktywistka, zaangażowana w działania na rzecz zachowania wartości kulturowych i przyrodniczych polskiej wsi oraz promocję rolnictwa ekologicznego oraz agroturystyki.

Dr Jerzy Margański
Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej
Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej
w Republice Federalnej Niemiec
Lassenstraße 19
14193 Berlin

My, obywatele polscy, którzy z różnych powodów zamieszkują na terenie Niemiec, mając nadzieję powrócić do naszego kraju, protestujemy i wyrażamy wielkie obawy w związku z obecnie proponowaną wyprzedażą polskich ziem rolnych międzynarodowym korporacjom. Ziemie te następnie będą udostępniane dla upraw roślin GMO w „specjalnie wyznaczonych strefach“. Doprowadzi to do zniszczenia gospodarstw rodzinnych i do rozprzestrzeniania się wielkoobszarowych monokultur niszczących różnorodność  biologiczną, a w konsekwencji do zniszczenia naturalnego środowiska człowieka
Nie chcemy sałaty  z genami szczura ani ryby z ludzkimi genami!!!
Nie chcemy modyfikowanych ziemniaków, kukurydzy i innych  takich produktów!!!
Nie chcemy amerykańskiego mięsa i przetworów nafaszerowanych hormonami, chemią i przetworzonych genetycznie!    

Jak Panu wiadomo, w tej chwili mają miejsce protesty rolników przeciwko „prywatyzacji i eksploatacji“ polskiej wsi i obecnie staje się to sprawą ogólnonarodową.

W naszej akcji wspierają nas obywatele Niemiec, którzy regularnie odwiedzają Polskę i szczególnie cenią piękno jej wsi  oraz wspaniałą tradycyjną żywność. Razem oczekujemy od Pana interwencji w tej sprawie i wywarcia nacisku na rząd polski, aby uznał zasadność protestu rolników, podejmując działanie, aby ich niżej wymienione postulaty zostały wzięte pod uwagę:

– Powstrzymanie wysprzedaży polskiej ziemi rolnej międzynarodowym korporacjom.

– Wprowadzenie ustawowego zakazu upraw i handlu roślinami GMO na polskiej ziemi.

– Zlikwidowanie uciążliwych przepisów blokujących i zakazujących sprzedażny w miejscowych sklepach produktów wytworzonych w  gospodarstwie.

Oczekujemy również zapoznania polskiej opinii publicznej ze strasznymi skutkami upraw GMO, które ponoszą mieszkańcy krajów, w których już od wielu lat  prowadzona jest uprawa GMO, takich jak Argentyna , Brazylia, Indie, w których to krajach na skutek zwielokrotnionych oprysków upraw GMO środkiem owadobójczym RAUNDAP z zawartością GLIFOSATU doszło do  zatrucia miejscowej ludności, zniekształceń płodu, zmian DNA. Prowadzone są celowe opryski całych wiosek, co zmusza miejscowych rolników do opuszczenia ziem, które od stuleci były w ich posiadaniu.  Doprowadzono do samobójstw tysięcy ludzi.

Badania niezależnych naukowców  potwierdzają zagrożenie na różnych płaszczyznach,  wynikające z wprowadzenia GMO.
Ostrzegamy przed ignorancją i lekceważeniem naszych ostrzeżeń.

Taka perspektywę przygotowuje nam rząd  polski?

Jako przedstawiciele Polaków mieszkających w Niemczech, prosimy Pana również o spotkanie z nami i bezzwłoczne  omówienie tych pilnych spraw.

Z poważaniem

Jeśli też chcesz podpisać ten list, wydrukuj go, podpisz i wyślij na adres:
LUIS LEITNER
SCHILLERPROMENADE 32
12047 BERLIN

Brueghel

Dorota Cygan przysłała zdjęcie z okna. Aktualne, bo w Berlinie pada cichy drobny śnieg. Oczywiście skojarzyło się jej z Brueghelem.

BRUEGHEL
Dorota widzi ten park z okna, ja tam czasem chodzę na spacer z Antosiem. To takie miejsce, gdzie czarne chłopaki z Azji i z Afryki, jak pisze Dorota, “uprawiają cichą spokojną dealerkę pod okiem policji, która przejeżdża tamtędy raz dziennie”, a ja dodam, że wtedy, gdy jesteśmy tam my. Antoś zamiata kijem zamarznięty staw i pyta, dlaczego policja jeździ po parku? Antoś ma trzy lata i wie już bardzo dużo, ale jeszcze nie wszystko.

https://i0.wp.com/upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/e/ed/Pieter_Bruegel_d._%C3%84._106b.jpg

Pieter Brueghel Starszy, z cyklu Miesiące, Styczeń, Myśliwi na śniegu,1565, Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. Wikipedia Commons, fotograf nieznany.

Okno – Wnętrze – Ściana

Lidia Głuchowska

Jarosław Łukasik “Okno – Wnętrze – Ściana” / “Fenster – Raum – Wand”

Staniszów d. Stonsdorf
Lidia Głuchowska przesłała tekst laudatio znakomitej retrospektywnej wystawy poznańskiego malarza Jarosława Łukasika, który inauguruje cykl ekspozycji „Barometr: Sztuka – Architektura – Społeczeństwo” w dolnośląskim Staniszowie (dawniej Stonsdorf) pod Jelenią Górą

http://www.forumstaniszow.pl/news/261/

http://www.forumstaniszow.pl/artist/77/

>> Übersetzung ins Deutsche: LukasikLaudatioDE

3_Nun, alles vorbei, Oel auf Leinwand, 2009, 140 x 90

Po wszystkim / Nun ist alles vorbei, olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2009

2006, Wspomnienie Wroblewskiegoolej na plotnie, 90x55cm

Wspomnienie Wróblewskiego /Hommage an Wróblewski, olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2009, własność / Eigentum: Lidia Głuchowska

2011 Judyta i Holofernes 2in1, olej na ploltnie, 90x145cm

Judyta i Holofernes. Dwa w jednym & Judith und Holofernes. 2 in 1. olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2011

jarek wenus zielonogorska 2011

Wenus zielonogórska / Venus aus Zielona Góra (Grünberg),  olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2011

jarek konajacy Slowianin 2011

Konający Słowianin / Sterbender Slawe, olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2011

Lidia Głuchowska

Tytuł najnowszej wystawy malarstwa Jarosława Łukasika jest próbą syntezy jego metody twórczej realizowanej w pracach z ostatnich siedmiu lat. Sekwencja pojęć „Okno – Wnętrze – Ściana” odnosi się tak do wizualnej, jak i mentalnej dominanty jego prac. Po pierwsze sygnalizuje ona – w  sensie kompozycyjnym – znaczenie nieortodoksyjne stosowanej przez artystę perspektywy geometrycznej, od czasów renesansu tworzącej złudzenie głębi na płaszczyznie, intencjonalnie zapraszającej widza do wnętrza wykreowanych na płótnie sytuacji. Tytuł „Okno – Wnętrze – Ściana” pozwala więc wyobrazić sobie umowne, zbieżne linie po akademicku komponowanych obrazów, w różny sposób modyfikowane w prezentowanych tu eksperymentach twórczych. Po drugie – w sensie mentalnym – przywołane w tytule okno jest synonimem wolności, wnętrze zaś – bezpieczeństwa bądź osaczenia, i wreszcie ściana – sytuacji bez wyjścia. W obu tych znaczeniach triada pojęć „Okno – Wnętrze – Ściana” wyznacza horyzont interpretacyjny dokonań malarza, który potencjał twórczy łączy ze świadomością krytyka sztuki. Dotychczas prace swe prezentował na kilkunastu wystawach indywidualnych w Polsce i w Niemczech.

Jak wyznaje sam autor, malarstwo jest jego nałogiem – remedium na smutek i pustkę współczesnej egzystencji. „Jako uzależniony – twierdzi – nie potrafię inaczej myśleć o swoim życiu jak tylko poprzez kadry następnych obrazów.”  Jego żmudny, refleksyjny proces koncepcyjny kończy więc nagła, kompulsywna eksplozja malarskich wizji i erupcja optymistycznych barw. Jak Opus quinque dierum Dürera – jedna z renesansowych fascynacji autora – obrazy te dokumentują przełamywanie ograniczeń tworzywa. Ich nieco lunatyczna aura i nokturnowe odrealnienie nie są bynajmniej przypadkiem. Powstają one bowiem w nocy, jak ekran filtrując koturnowe uniesienia i emocje. Stąd i kontur rzeczywistości rozmyty przez sztuczne światło znikąd wskazujące na drugie dno trywialnych sytuacji.

Na pozór panuje tu poetyka dokumentacji, autor stroni jednak od arbitralnych rozstrzygnięć, traktując uwieczniane fakty (czy imaginacje) z przymrużeniem oka. Jest to więc dokument filtrowany przez krytyczne refleksje i finezyjne rozstrzygnięcia formalne, bliższy surrealistycznej niż hiperrealistycznej, parafotograficznej wizji. To polemika z voyeurystycznym duchem postnowoczesności, niwelującej intymność i bezpośredniość doznań, w której wszystko trzeba utrwalić i podejrzeć w internecie.

Jako przyklad niech posłużą tu obrazy z prezentowanego na wystawie częściowo cyklu o przewrotnym tytule „Obrazy nieostatnie”, ukazujące – na wpół żartobliwie, na wpół autoironicznie – do bólu rzeczowy katalog potencjalnych form rozważanych przez artystę form samozagłady. Wspomnę tu tylko trzy prace, przykładowo ilustrujące poetykę zgrzytu i czarny humor twórcy: – wanna krwi ukazana „Po wszystkim” (2008), zielonym cieniem odgrodzona od oswojonego świata, „Autoportret pośmiertny” (2008) – ciemna rozlana plama o amebowatym kształcie – i – „przytulne” różowe(!) kapcie w pomieszczeniu żółtym jak pokój van Gogha na moment przed tym, jak zagarnął go obłęd. I wreszcie – stryczek, cień wisielca w pośmiertnych drgawkach i pomarańczowe siedzisko stołka – oglądany zza węgła kadr filmu – „Po zeskoku taboret się przewrócił” (2008).

Te z pozoru chłodne i hermetyczne, obrazy określa coincidentia oppositiorum – dysonans intelektualnej dyscypliny i liryzmu, oszczędnych w walor, matowych płaszczyzn i fluorescencyjnie połyskujących detali, zwartej kompozycji i rozległych przestrzeni, budowanych na kontraście geometrycznych plam i niespodziewanych w tym kontekście organicznych form – jakby z innego ontologicznie porządku.

Milczące płótna ewokują narrację. Zaskakującą ich cechą jest to, iż nawet gdy rozległe, jednobarwne tło stanowi większość kompozycji, nigdy nie jest głuche. Geometrię rodem z klasycznej awangardy przełamuje pobrzmiewający w tle niepokój i aura magicznego realizmu, filtrowana przez osobiste doświadczenia malarza oraz kilka dziesięcioleci krytycznej i autokrytycznej refleksji innych twórców drugiej połowy XX wieku.

Przestrzeń definiują przedmioty magiczne – lewitujący stół („Stół dla państwa Hopperów”, (2006), „Podniesienie”, 2007/2011)  – substytut nieosiagalnej domowości, i kapcie –„ciepłochody” – na czarodziejskim dywanie ulatujące do krainy wiecznych spełnień („Mały dywanik”, 2008). Mała apokalipsa i mała stabilizacja.

Dominuje atmosfera oczekiwania – napięcia – stagnacji (?), Chiricowski niemal niepokój – choć obrazy te nie ukazują bezkresnych przestrzeni antycznych miast i mitologicznego rekwizytorium, lecz kameralne niemal wnętrza czy ustronne zaułki – kulisy ledwo minionego czy spodziewanego dramatu. Krzesła agresywnie napierające na siebie i widza – ich krwista czerwień przecinająca poszarzały błękit – („Wspomnienie Wróblewskiego”, 2006), przywołują na myśl niezastygłe konflikty, czas nie do cofniecia. Aktorzy opuścili scenę, a może dopiero się pojawią. Pozorny dystans i bezosobowość narracji nie pozwalają wyśledzić tych, których dotyczy ona bezpośrednio. Anonimowy komunikat apeluje jednak do widza, przenikając tyleż zamkniętą co niedookreśloną przestrzeń.

To bezludne i – w swym zdystansowanym okrucieństwie niekiedy nieludzkie – obszary. Niemalże brak tu twarzy. Rzadko jedynie bezgłowe torsa rodem z katastroficznych wizji dwudziestolecia, czy odzianych w zjadliwie pogodną barwę „Rostrzelań” Wróblewskiego dokumentują skarlenie wielkich mitów historii, zatęchły frazes z życia prowincji. „Konający Słowianin” (2011), poległy na chodniku, tuż przed reanimacją na izbie wytrzeźwień – to zdegradowany bohater, parodia narodowej martyrologii. Znakomicie rzeźbiarska, dostojna „Wenus Zielonogórska” en grisaille – parodia Nike z Samotraki – i jej groteskowy pendant –„Adonis Poznański” (oba 2011) w polarze – obnażają zaś farsę pomników „ku czci”, prowincjonalny zmierzch bogów. W tytule „Judyta i Holofernes. Dwa w jednym” (2011) tradycja kultury wysokiej i marketingowy slogan sąsiadują ze sobą w wiwisekcji współczesności. Ta dekapitacja à la Carravaggio ma „feministyczne” dno. Wskazuje na stereotypy walki płci, i spetryfikowane wizje ról społecznych, z binarnym podziałem – intelekt (męski) / (żeński) seks-apealu –„bezmyslność”, materia. Judyta – intelektualistka – ucieleśnia wewnętrznego wroga. Jej obcięta głową obok ponętnego ciała, przygląda mu się z ironią, męskim spojrzeniem „innego“. Niemożność zespolenia obu ról skutkuje autodestrukcją.

Wszędzie tu jednak dominuje niedopowiedzenie, amor vacui i magiczny realizm à la Giorgio Morandi czy Wilhelm Hammevsvøj. Oniryczna atmosfera wypełnia przestrzeń tej przedziwnie uwodzicielskiej ekspozycji.

Głębię modeluje tu nie światłocień lecz kolor. Światło, barwa i baśniowa aura na podszewce z codzienności mają moc narkotyczną. Odurzają, wciągając do intelektualnej i estetycznej gry. Stąd perspektywa jest arbitralna i anty-naukowa, o krok dalej niż w dziełach manierystów i profetów antysztuki rodem z awangardy. Wewnętrzny impuls góruje zatem nad regułą costruzzione leggitima Albertiego, a intuicja nad matematycznym wykresem i werystycznym odwzorowaniem zjawisk. Rozproszone światło konotuje emocje, rozbijając linearny schemat „Okno – Wnętrze – Ściana”  – kontur materialnego konkretu, zapraszajac do mentalnej podróży, ewokowanej przez jej ekwiwalenty – „Perspektywę barową”, „Ołtarz hotelowy” i… „Ostatni tramwaj” (2011).

Monidło

Renata Borowczak-Nasseri niedługo będzie dla nas regularnie pisała. O…? Się okaże! A na razie zapraszamy do obejrzenia jej filmu pt. “Monidło”. To niemy film sprzed kilku lat, trwa 5 minut. Piękny!

Renata Borowczak-Nasseri wird bald für uns regelmässig schreiben. Worüber? Wird sich zeigen. Heute, als Vorgeschmack, ihr Film “Monidlo” – gemacht vor ein paar Jahren; ein Stummfilm; dauert 5 Minuten. Schön!

Atlas chmur

Ewa Maria Slaska

Ranking

W grudniu 2012 roku “Time” opublikował listę najgorszych filmów roku – film “Atlas chmur” rodzeństwa Wachowskich i Toma Tykwera znalazł się na pierwszym miejscu.

Znalazłam tę informację dopiero dziś, gdy zaczęłam pisać ten tekst. A zaczęłam go pisać, bo już od jakiegoś czasu chciałam tu powiedzieć, że film mi się bardzo podobał, a książka według której został nakręcony – powieść Davida Mitchella – jest świetna. Nie chce mi się dyskutować z twórcami opinii publicznej, nawet jeśli reprezentują “Time’a”. Ich opinia nic mnie nie obchodzi, a zresztą podejrzewam ich o taką samą arogancję, jaka cechuje firmy ratingowe. Zawsze sobie myślę, że nikt z nas ich nie wybiera, nie muszą więc grać w grę pozorów współczesnej polityki, która ukrywa żądzę władzy za iluzjami demokracji. Każdy normalny polityk w świecie zachodnim musi grać w tę grę z wyborcami, tylko firmy ratingowe nic nie muszą. Nie muszą, a rządzą nami korzystając z boskich niemal uprawnień. Finansiści o nieznanej nam twarzy dostali od nas tę władzę, choć nie wiem, jak i kiedy to się zdarzyło. Ale zdarzyło się, na naszych oczach, i nawet słówka nie pisnęliśmy.

A zatem “Atlas chmur” – historia poniekąd właśnie o tym. Nie 1:1, oczywiście że nie, ale jednak o tym właśnie, o upadku świata i o tym, że nawet nie zauważyliśmy, jak to się stało. Przyzwoliliśmy, zawsze przyzwalamy, nawet jak się nam wydaje, że jesteśmy nie wiadomo jak mądrzy. W książce Mitchella koniec świata postępuje nieprzerwanie od XVIII wieku, od momentu, gdy umarł Bóg, a jego miejsce zastąpił ludzki rozum. Bierzemy w tym udział i nic nie widzimy. Po to właśnie potrzebujemy pisarzy, żeby widzieli za nas to, czego sami nie widzimy.

Oto fragment, który zrobił na mnie być może największe wrażenie – przełożyła Justyna Gardzińska:

• Wykład: działania rzeczywistej przeszłości + przeszłości wirtualnej można zilustrować  na przykładzie wybranego wydarzenia znanego zbiorowej historii, takiego jak zatonięcie „Titanica”. Faktyczny przebieg katastrofy, taki, jaki miał miejsce, zaciera się i ginie w niepamięci wraz z wymieraniem naocznych świadków, ginięciem dokumentów + wrak statku rozkłada się w grobie na dnie Atlantyku. Lecz wirtualne zatonięcie „Titanica”, powstałe z odtworzonych wspomnień, dokumentów, pogłosek, fikcji – jednym słowem z wierzeń – staje się coraz bardziej „prawdziwe”. Rzeczywista przeszłość jest krucha i coraz mroczniejsza + coraz trudniejszy staje się do niej dostęp i jej rekonstrukcja: z drugiej strony, przeszłość wirtualna, plastyczna i łatwa w kształtowaniu, coraz bardziej się rozjaśnia + coraz trudniej ją obejść/obnażyć jako fałszerstwo.
• Teraźniejszość zmusza wirtualną przeszłość, żeby działała na jej korzyść, nadawała wiarygodność jej mitologiom + uprawomocniała narzuconą wolę. Władza szuka prawa i sama w sobie stanowi prawo „kształtowania krajobrazu” przeszłości wirtualnej. (Racja jest po stronie tego, kto opłaca historyków).
• Symetria wymaga istnienia również faktycznej oraz wirtualnej przyszłości. Wyobrażamy sobie, jak będzie wyglądał przyszły tydzień, przyszły rok, czy rok 2225 – wyobrażamy sobie wirtualną przyszłość zbudowaną z życzeń, przepowiedni + marzeń na jawie. Ta wirtualna przyszłość może wpływać na rzeczywistą przyszłość, jak w samospełniającej się przepowiedni, lecz przyszłość faktyczna zaćmi naszą przyszłość wirtualną w sposób tak oczywisty, jak jutro przyćmiewa nasze dzisiaj. Podobnie jak Utopia, rzeczywista przyszłość + przyszłość wirtualna istnieją jedynie w mglistej dali, gdzie nikomu na nic się nie przydają.
• Pytanie: Czy istnieje znaczące rozróżnienie między mylącą ułudą dymu, luster + cieni – przeszłością faktyczną – od innej równie mylącej ułudy – faktycznej przyszłości?
•  Model czasu: niekończąca się matrioszka z namalowanymi momentami, każdą laleczkę (teraźniejszość) umieszczoną wewnątrz łańcucha laleczek (wcześniejsze teraźniejszości) nazywam faktyczną przeszłością, ale postrzegamy ją jako przeszłość wirtualną. Laleczka „teraz” w podobny sposób obejmuje łańcuch wszystkich teraźniejszości, które dopiero nastąpią, a które ja nazywam faktyczną przyszłością, lecz postrzegamy je jako przyszłość wirtualną.
• Twierdzenie: Kocham Luisę Rey.

Detonator uruchomiony. C-4 wybucha. Odrzutowiec pochłania kula ognia. Metalowe i plastikowe części, kable obwodów, pasażerowie, ich kości, ubrania, notesy i mózgi – wszystko traci określoność w płomieniach, których temperatura przekracza tysiąc dwieście stopni Celsjusza.

Rzeczy od-stworzone i zmarli istnieją wyłącznie w naszej faktycznej i wirtualnej przeszłości. Teraz obydwie przeszłości zaczynają się rozwidlać.

Chłopiec i dziadek

Rys. Krzysztof Pukański

Rys. Krzysztof Pukański, Dziadek

Krzysztof Pukański

Chłopiec

Chłopiec wracał z biblioteki. Pod pachą niósł pierwszą wypożyczoną książkę. Z regału w pokoju rodziców przeczytał już wszystko, co było odpowiednie dla jego wieku, a nawet nieco ponad to. Szedł powoli poboczem, przeglądając ilustracje. Gdy słyszał warkot samochodu, schodził bardziej na bok, nie odrywając wzroku od lektury, a po chwili wracał na skraj asfaltu. Gdyby miał kilka lat więcej, można by
pomyśleć, że jest pijany. Do domu nie było daleko, jakieś pięć minut zygzakowania, w tym tempie może siedem. Zamiast jednak iść prosto, zatrzymał się i jakby z wahaniem skręcił w boczną uliczkę, prowadzącą między zabudowania. Znał tę drogę, ale rzadko tędy chodził. Nie mieszkał tu żaden z jego kolegów, ani nikt z rodziny, ani nawet staruszka, do której codziennie chodził po mleko. Ot po prostu jacyś anonimowi sąsiedzi. Wiedział, że minąwszy kilka domów, walącą się szopę z bardzo tajemniczymi fragmentami maszyn i stojącą trochę z boku pokrzywioną białą chatę, droga skręca ostro w lewo i zaczyna piąć się pod górę, aż w końcu wchodzi w świerkowy zagajnik. Po drugiej stronie wynurzała się z niego i biegła przez zielone o tej porze roku łąki i pola porośnięte młodym zbożem. Nie miał ochoty wracać do domu. Nie gustował też w spacerowaniu po polach, ale teraz coś ciągnęło go w nieznane. Nieznane zaczynało się tuż za zagajnikiem. Z lekko ściśniętym gardłem, z gulą zmieszania i niepewności w żołądku wyszedł spomiędzy budynków i stanął pod rosnącą obok krzywej chaty jabłonią. Zerwał całkiem jeszcze zieloną papierówkę i już chciał wbić w nią mleczaki, gdy spostrzegł, że z ciemnej jamy otwartych teraz drzwi przygląda mu się ubrana na czarno kobieta.
Nie krzyczała, nie przepędzała go od jabłek, co byłoby normalną znaną mu reakcją, nie biegła za nim z kijem. Po prostu stała tam i patrzyła na niego. Mogła mieć ze czterdzieści lat. Czarna suknia, siwiejące włosy i zmęczone rysy twarzy postarzały ją nieco, ale najwięcej urody odbierał jej smutek. Gdyby nie on, byłaby piękną kobietą.
Patrzyli na siebie dłuższą chwilę, gdy w końcu przypomniał sobie o jabłku tuż przed twarzą. Nie odrywając od niej wzroku ugryzł owoc. Czując jego cierpki smak i przełykając pierwszy kęs zobaczył, jak kobieta odwraca się i zamyka za sobą drzwi.
Ruszył dalej.

Wratislavia reblogged

Ernest Dyczek

Wratislavia (1)

(część trylogii)

Dzień pierwszy

25 sierpnia 1980

Przedpiekle

Prolog

     Wydarzyło się to w okresie, kiedy zdołano za przyzwoleniem ogłupionej części inteligencji oraz kasty lumpenproletariatu, wspomaganych najtępszymi robotnikami niewykwalifikowanymi, nazwanymi później przez lokajską elitę “robolami”, urzeczywistnić czarną utopię Marxa i Lenina, pod batutą zbrodniarza wszechczasów Stalina oraz jego zboczonych, sadystycznych wasali, spośród których wywodził się Bierut, który wyhodował Gomułkę na więziennym wikcie, który wyhodował Gierka na górniczym trudzie, który wyhodował Kanię na tłustej milicji, który nie zdołał już nikogo wyhodować, bo wykopał go Jaruzelski, generał, oszlifowany przez Stalina, który wyhodował Malenkowa, Bułganina i Chruszczowa, ale Chruszczow zdołał wykolegować Malenkowa i Bułganina, tego zaś wykolegował później Breżniew, który wyhodował Czernienkę, lecz tego sklerotyka, z pominięciem kolejki, wykolegował Andropow, ale Czernienko przeczekał i doczekał, niestety umarł bezpotomnie, dając przez swoją impotencję polityczną nieopatrznie pola Gorbaczowowi, który ujrzał to, czego inni widzieć nie chcieli, czyli że utopia Marxa i Lenina to nie tylko czarna utopia, ale też czarna rozpacz, przestraszył się nie wiadomo dlaczego tej czarnej utopii i czarnej rozpaczy, postanowił więc usunąć ze sceny politycznej gerantologiczną aktywokrację oraz atrapy czarnoutopijnych kulis, by na ich miejscu ustawić zdroworozsądkowy aktyw i świetlanoutopijne kulisy myślenia życzeniowego, który to proces miał trwać czas jakiś jak czkawka, czyli do chwili aż pozostanie ostatnia kropelka ropy naftowej, ostatni okruszek węgla kamiennego, rudy żelaznej i ostatnia drzazga z bujnego drzewostanu rozległej Syberii. Ale nie przewidział, że generał Jaruzelski, oćwiczony przez Stalina, okaże się zającem i odda berło Rakowskiemu, fajtłapie o nerwach jak gumowe postronki, a ten zamiast wąsaczowi Wałęsie zgolić wąsy, jak ostatni głupek wyprowadził sztandar i tym głupio rozpaczliwym gestem zmobilizował w ojczyźnie rewolucji resztkę gerontokracji na czele ze w sztok pijanym Janajewem, którego jak w pijanym widzie, albo w rozwiewającym się śnie, zmiótł Jelcyn – i stało się, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, albo w rozpadającym się śnie o świcie, zapadły się niemal wszystkie Autosje i Mortalie, zaś Wratislavie, dzięki piekielnemu rodowodowi, przetrwały w pamięci tych, których nie zdołano wymóżdzić oraz solidnej, kamiennej i ceglastej strukturze, stworzonej jeszcze w solidnych czasach przedutopijnych, kiedy jeszcze nie budowano miast z papieru, instrukcji i plenarnych posiedzeń.

     Aktywokracja obudziła się z ręką w nocniku. Nieprawda – przez pięćdziesiąt lat trzymała rękę w gównie – teraz część z nich wierzy, że ten spektakl zafundowała im CIA, a część jest święcie przekonana, że to KGB zmiotło ich ze sceny, by osadzić na niej prawowitych internacjonałów, co też niebawem się stanie, kiedy Putiny i Łukaszenki obejmą w dożywotne władanie podupadłe imperium, chociaż z braku marksistowsko-leninowskiej instrukcji, nie bardzo będą wiedzieli co z tą masą upadłościową zrobić, szczególnie wtedy, kiedy wsadzą do więzień oligarchów, jedynych, którzy mieli sensowne, czyli właściwe pomysły ekonomiczno-imperialne.

*

     Ale jedynej prawdy szczególnie nasza polska, rodzimego chowu aktywokracja nie była w stanie nigdy przyjąć do wiadomości, że dzban dopóty wodę nosi, dopóki się ucho nie urwie – i się urwało, i się wylało, i się rozlało całe nagromadzone upokorzenie się rozlało. Krząta się jak w ukropie aktywokracja, a tu upały późnosierpniowe, leje się pot z łysin aktywu, czym tu schłodzić, czym tu uśmierzyć, jak napocząć ten pasztet, cuchnący z oddali, znad morza ten szkwał, aktyw się trapi, aktyw w ukropie, w piekielnym klinczu, jak w paszczęce Lucyfera – ale w tej paszczęce żadnego światełka, ta paszcza jak tunel, bez wyjścia, bez wyjścia.

*

     Kiedy podpisało się cyrograf z partią komunistów, trzeba składać raporty, choć nikt nie ma obowiązku tych raportów czytać. Moich raportów pewnie też nikt nie czyta. Mogę więc nie zważać ani na styl należny raportom, ani na wiarygodność faktów, których ścisłości i tak nikt nigdy nie dociecze.

     Zawsze solidnie i regularnie zanosiłem raporty do swojej macierzystej POP. Ponumerowane, starannie spięte i podpisane nazwiskiem nadanym mi z urzędu. Nigdy nie zhańbiłem się anonimowym donosem, ten rodzaj piśmiennictwa zostawiałem szubrawcom. Nikt nigdy nie budził we mnie większej odrazy, jak płatny lub wywołujący odruch wymiotny, bezinteresowny szpicel.

      …kiedy stwierdziłem
obecność Norberta
Kusia we Wratislavii…

     W momencie, kiedy stwierdziłem obecność Norberta Kusia we Wratislavii, musiałem też przyjąć za pewnik bytność Belli w tym mieście. Wymagała tego wewnętrzna struktura bytu jako takiego. Rozrzedzał się i zanikał zdekretowany świat realbego socjalizmu, w którym nie było miejsca dla Norberta-Wierszoklety, ani tym bardziej dla Belli, której przecież w ogóle nie było. Wratislavia wyłaniała się z niebytu jak nierzeczywistość z rzeczywistości. Kto nie rozumie, nich dalej nie czyta.

     Postanowiłem zatem pisane raporty w nowej sytuacji opatrywać nową numeracją i na razie nigdzie ich nie zanosić. Mój czas dokonał bowiem pełnego obrotu. Znowu znalazłem się w kontrapunkcie swojej i nieswojej biografii. Realność bytu utraciła opokę, którą była wiara w możliwość urealnienia marzeń o progresywnym człowieku jutra, ale owa wiara w rezultacie mnie samego wepchnęła w potrzask archetypowej niemocy ducha, szamocącego się między chciejstwem a realnością gołej egzystencji.

Copyright © by Ernest Dyczek, Wrocław 2011

Uwaga! Ta strona została zreblogowana. Dziękuję autorowi za wyrażenie zgody