Praska Wiosna

Zbigniew Milewicz

Pechowy marzec

Niby nie jestem przesądny, ale… Kiedy wstaję rano z łóżka, na tzw. wszelki wypadek staram się najpierw prawą nogą dotykać  podłogi (co łatwe nie jest, bo akurat lewa strona wyrka jest u mnie manewrowa), przed wyjazdem w podróż przysiadam „na dorożku”, nigdy torby z kluczami nie stawiam na podłodze, nazbierałoby się trochę tych wyjątków. Za to lubię datę 13, zwłaszcza, kiedy przypada w piątek. Wtedy staram się załatwiać wszystkie zaległe, trudne sprawy i na ogół dopinam swego. Najbardziej ze wszystkiego nie znoszę natomiast marca. W marcu 1968 roku za politykę wsadzono mnie za kratki. Kilka lat później, w tym samym miesiącu zaczęło się sypać moje pierwsze małżeństwo, następnie również w marcu połamałem się paskudnie na nartach. Doszło do tego, że każdego roku pod koniec lutego oczekiwałem już tylko najgorszego i oczywiście dostawałem to z nawiązką. Książek na temat pozytywnego myślenia nie było wtedy jeszcze na półkach polskich księgarń, nikt nie twierdził, że życie człowieka jest takie, jak jego myśli.

W „Babalu”  vel „Prager Frühling” życie toczyło się według swoich prawideł, jak w każdej dyskotece. Były to proste zasady dżungli, gdzie rządził ten, kto miał kasę, silniejsze mięśnie, lepsze ciuchy i bajer. W każdym dniu tygodnia balowało inne towarzystwo, przy swojej muzyce, Polacy mieli niedziele. W pozostałe schodzili się miłośnicy rocka, clubbingu, hip hopu i czego tylko dusza zapragnie, bez względu na nację. Tylko Polacy mieli zaszczyt bawić się we własnym, narodowym sosie, do którego trafiały wszak i obce dodatki, rzadziej z kuchni niemieckiej, częściej tureckiej, kurdyjskiej, rosyjskiej, ormiańskiej i innych egzotycznych nacji.  Magnesem były polskie dziewczęta i kobiety, znane w świecie z urody tudzież temperamentu – głównie z sektora „ w tygodniu sprzątam, w niedzielę wymagam”, pielęgniarki, studentki i „turystki”, które jeszcze nie zakotwiczyły na dobre w Monachium i szukały pracy, mieszkania, kontaktów. Męską populację stanowili przeważnie słynni polscy rzemieślnicy, od młokosów po mężczyzn w sile wieku, choć czasem pojawiała się również tak zwana inteligencja.

Jednych i drugich  można było rozpoznać wstępnie po dłoniach, te były spracowane, tamte wydelikacone. Jedni wyrażali się bardziej, drudzy mniej wykwintnie, ubierali się różnie, ale jak sobie popili, to często prosty budowlaniec zachowywał się kulturalniej od naukowca z Max Planck Institut. Miękkie łapki mogły także należeć do złodzieja; po północy, w naszym piekiełku, za sprawą DJ-a Waldiego i wypitych trunków, robiło się gorąco, goście zajęci już byli przede wszystkim zabawą na parkiecie, albo oblegali bar i wtedy bywało, że ze stolików ginęły beztrosko pozostawione komórki i torebki damskie, wraz z zawartością. Sprawcy pozostawali niestety nieznani, co innego, kiedy goście brali się za łby. Wtedy zwykle wiadomo było, kto komu i za co nabił guza, choć też nie zawsze. W takich wypadkach szczególnie krewkich klientów ochraniarze wyprowadzali z lokalu, a recydywiści dostawali  tzw. Hausverbot czyli zakaz wstępu. O tym decydowała jednak przeważnie Hadassa, która dzierżawiła „Babalu”, okazała, elegancka kobieta w zaawansowanym już wieku, o rasowych, semickich rysach twarzy. Mądra  negocjatorka, krótko trzymająca swój personel i łaskawa fundatorka kolejek wódki dla bawiącego się towarzystwa. Lubiła siadywać przy barze nad szklanką ginu z tonikiem, gawędziła miło z ludźmi i kontrolowała, jak kręci się impreza. Nie należałem do jej teamu, organizowałem niedzielną publikę, kasowałem za wstęp, z tego opłacałem reklamę, DJ-a i ochroniarzy, za gastronomię i lokal odpowiadała Hadassa.

Niespiesznie ferowała swe wyroki i jeżeli delikwent okazywał skruchę oraz rokował poprawę, za parę tygodni znów pojawiał się w „Babalu”, ale wtedy już wszyscy mieliśmy na niego oko. Każdy klient był dla niej na wagę złota. Zanim ruszyły tutaj polskie imprezy, lokal był zamknięty w niedziele, a czynsze w branży rozrywkowej na kultowym Schwabingu należały do najwyższych w mieście. Poza tym Polak przy barze nie oszczędzał. Co drugi kombinował, jak wejść na krzywy ryj do lokalu, ale wlewał w siebie dużo więcej od przeciętnego Niemca. Tradycyjnie próbowano przemycać „na dyskotekę” tańsze trunki z Aldika, ochrona je wyłapywała, ale przecież nie wszystkie i czasami dochodziło po pijanemu do grubszych awantur.

Zapamiętałem dwie. Jedną, w Wielkanoc chyba 2001 roku, kiedy do „Babalu” przyszła rekordowa liczba ponad 300 gości, a lokal mieścił z biedą ledwo połowę. Wtedy Piotrek-Ukrainiec dostał amoku i kiedy rzucili się na niego ochroniarze, okazało się, że ma przy sobie nóż. Poskutkował dopiero kubeł z lodem do szampana, który mu Hadassa własnoręcznie wsadziła na głowę. Ktoś w międzyczasie zdążył jednak zadzwonić po policję, Piotrka schowano w kanciapie na śmieci na zapleczu, bo na trzeźwo był to dusza człowiek i powstał problem: gdzie jest nożownik? Poszkodowanych było kilku, na szczęście niegroźnie, jednak sprawca miał broń i trzeba było spisać protokół. Hadassa wylegitymowała się swoim izraelskim paszportem, funkcjonariusz bez zapału zerknął do środka, skrobnął coś w  notesie i powiedział, że gdyby znowu coś się działo, to mamy policji dać znać. Instytucja ta nie była tutaj mile widziana; dyskoteka jest miejscem, w którym ludzie nie tylko się bawią, ale i załatwiają różne interesy, nie zawsze  do końca przejrzyste. Nie interesowało mnie, jakie. Sylwia, moja ówczesna przyjaciółka, która stała w drzwiach wejściowych przy kasie, wiedziała dużo więcej, kobiety są ciekawskie.

Bywają także często skuteczniejsze w negocjacjach od mężczyzn. Tam gdzie ochraniarze ani ja nie mogliśmy sobie poradzić, Hadassa z Sylwią potrafiły załagodzić spór o wypite na sępa czyjeś piwo, obraźliwy epitet, klepniętą w pupę narzeczoną, albo niezapłacony przy barze rachunek. Wybuchowi wojny polsko-kurdyjskiej nikt jednak nie potrafił zapobiec. Tamtego wieczoru mieliśmy wśród gości kilku południowców, którzy czasami przychodzili na drinka i podryw. Zawsze grzeczni, markowo ubrani, wypachnieni, z obowiązkowymi złotymi łańcuszkami na szyi, bez ociągania płacili swoje 5 Euro za wstęp, wiedzieli jak się zakręcić wokół płci pięknej, więc rzadko sami wychodzili z imprezy. Pech chciał, że wtedy bawiła  się również w „Babalu” spora grupa górali z podrabczańskiej Sieniawki, ze swoimi dziewczynami. To znaczy chłopy głównie piły gorzałę na zmianę z piwem (wodka bez piwa, eto kak diengi na wietier – mawiają poetycznie nasi bracia Rosjanie), a dziewczyny same tańczyły na parkiecie. Doszlusował do nich najpierw jeden, potem drugi elegancik, postawili dziewczynom po drinku, na jedną i drugą nogę, no i zapomniały, z kim przyszły. A tu raptem chłopy się obudziły i armia dżinsowo-adidasowa runęła na dwóch pohańców. DJ Waldi, który w Polsce w swoim czasie pracował w milicji, wyłączył muzykę i rzucił się na pomoc naszym dwóm ochraniarzom, w jego ślady pospieszył barman Teddy i Piotrek-Ukrainiec, który spłacał dług za Wielkanoc, a prywatnie nie lubił sieniawczan. Z największą trudnością zakapiorów wypchnięto z lokalu, Kurdowie zostali, póki co żywi.

Po chwili jeden z górali wrócił pod drzwi i grzecznie poprosił, żeby wpuścić go na chwilę do środka, bo zapomniał w lokalu kurtki. Wiedziałem, czym to grozi, ale gdzieś tak po godzinie nieustannego marudzenia zmiękłem. Delikwent miał może metr sześćdziesiąt wzrostu, był mikrej postury, nieustannie przepraszał, że narozrabiał, dałem się przechytrzyć. Dostał obstawę Lucka-ochraniarza, zeszli po schodach do sali i w sekundę później znowu się zakotłowało, jeden z Kurdów miał rozkwaszony nos, drugi podbite oko. Dali się wyciągnąć na dwór, a tam cała grupa sprawiedliwych chrześcijan z Podhala już na nich czekała. To, że uszli z życiem, zawdzięczają młodej, chyba  siedemnastoletniej siostrzenicy Danii, naszej barmanki, która czasami do nas wpadała. Pół Greczynka, pół Niemka, uprawiała taek-wan-do i nie bała się stanąć w obronie ofiar. Pięknie chłopów rozkładała na ulicy, ale dali nogi za pas dopiero wtedy, gdy w pobliżu zawyła policyjna syrena.

Szowinizm często wyłaził z narodu. Raz ciemnoskóry, profesjonalny ochroniarz stanął na bramce, ileż ja się później nasłuchałem o asfalcie… Dziwne, że Etiopczyka Tadka tolerowano w barze, ale miał kiedyś przyjaciółkę z Łodzi i dobrze mówił po polsku. Rosjanie i Ukraińcy nie byli pod tym względem gorsi od nas, do tego czasem żarli się między sobą. Niełatwo było także dogodzić publiczności pod względem repertuaru muzycznego. Jak już wspomniałem, przychodził głównie – jak to się kiedyś ładnie mówiło – lud pracujący  miast i wsi, ale wiekowo zróżnicowany i z różnych stron Polski. Powszechnej zgody na disco polo w związku tym jednak nie było, goście domagali się kawałków z wyższych półek, polskich i międzynarodowych hitów i DJ Waldi dobrze sobie z tymi różnymi zamówieniami radził. Kiedy zaś przychodziła pełnia księżyca i nikomu nic się nie podobało, puszczał w odpowiednim momencie:  „Bania u cygana”, „Rudy się żeni” albo najulubieńsze „Sokoły”, Hadassa stawiała następną, darmową kolejkę i znowu wszyscy byli szczęśliwi.

praska-wiosna„Babalu” przy Ainmillerstrasse było w latach 50 nocnym lokalem ze strip teasem. Później – klubem muzycznym, w którym występowali światowej sławy jazzmani, a w latach 80. jednym z najpiękniejszych barów w Monachium. Tej urody już nie uświadczyłem. Na początku nowego wieku kolejny dzierżawca zmienił szyld lokalu na „Prager Frühling”, tak go przejęła Hadassa, ale nadal używało się starej nazwy. Zapytałem ją, czy wie, dlaczego wybrał Praską Wiosnę, może był Czechem i chciał upamiętnić rewolucję 68 roku? Nie miała pojęcia, albo nie chciała mi powiedzieć, a mnie pytanie korciło, bo z tamtym okresem byłem emocjonalnie związany i pewnego dnia, przez Praską Wiosnę znowu mnie pokarało.

Ulotki reklamowe o organizowanych imprezach rozdawałem osobiście co niedzielę pod polskim kościołem na Josephsplatz, który był i nadal jest największą giełdą informacyjną naszych rodaków w Monachium. Czasami pomagali mi znajomi albo młodzież z dyskoteki, a feralnego dnia były to dwie studentki, Magda i Ania. Nie zauważyłem, kiedy zniknęły z placu. W domu odezwał się telefon – dzwoniła policja, że obydwie zatrzymano w związku z podejrzeniem o pracę na czarno u mnie, więc powinienem się zgłosić na komisariat. Pojechałem. Obejrzeli dowód i zezwolenie na prowadzenie działalności, spisali dane, po czym padło pytanie:
– Ile pan płacił swoim pracownicom?
– Po pierwsze, nie były u mnie zatrudnione, po drugie nic im nie płaciłem, wchodziły za darmo, czasami dostawały po szklance coli.

Dla przesłuchującego funkcjonariusza było to ewidentne przyznanie się do winy. Otrzymywały ode mnie wynagrodzenie w ekwiwalencie. Polska nie była jeszcze w Unii, na Josephsplatzu roiło się od kripowców w cywilu, a w osławionym Stadelheim oraz kobiecym zakładzie karnym na Neudeck – od aresztantów i więźniów z Polski, którzy mieli na sumieniu pracę na czarno. Teraz  może jednych i drugich jest mniej, ale kto to wie… Magdę i Anię po złożeniu zeznań, bez konfrontacji ze mną, puszczono z komisariatu do domu. Mnie przewieziono natomiast do prezydium policji na Ettstrasse, sfotografowano, zmierzono, zważono, wzięto odciski palców i próbki pisma, a później też zwolniono. Wcześniej dowiedziałem się jednak, że jestem kropka w kropkę podobny do pewnego sutenera i za bardzo nie wiedziałem, czy powinienem się z tego powodu obrazić czy też cieszyć. O dalszym ciągu postępowania miałem zostać poinformowany pisemnie, ale wolałem nie czekać i nazajutrz rano poszedłem najpierw do adwokata, a dopiero później po bułeczki do piekarni. Uprzednio jednak odbyły się coniedzielne tańce w „Babalu” vel „Prager Frühling”, które rozpoczynały się zwykle około godziny 18, a kończyły nad ranem.

Opisana historia nie miała prawnie dalszego ciągu, natomiast wpisała się w zakończenie naszych tanecznych niedziel. Po trudnych początkach i frekwencyjnie  przyzwoitym półmetku, po okresie dużej popularności lokalu wśród monachijskiej Polonii, interes zaczął podupadać. Ainmillerstrasse przestała być jedynym adresem w Monachium, gdzie regularnie odbywały się polskie dyskoteki, a konkurencja w środkach nie przebierała. Jakoś tak po śmierci Jana Pawła II nasza frekwencja w lokalu spadła do zera, nie miałem ochoty dalej o nią walczyć  i wycofałem się z branży. Wziąłem się za czytanie książek o pozytywnym myśleniu i dziś wiem, że opłaca się dobrze myśleć o swoim życiu, ale… na wyjazd do Pragi w marcu nikt mnie nie namówi.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.