Stara kobieta i morze…

…możliwości, czyli Paulette.


Przepraszam Czytelników, że zwiastun po niemiecku… Po polsku na youtubie nie znalazłam.
Bernadette Lafont, aktorka grająca rolę Paulette zmarła miesiąc temu, ale ja dopiero wczoraj dotarłam do kina na jej ostatni film. Zabawna komedia, opowiadająca podobno prawdziwą historię, aczkolwiek oczywiście mocno sfabularyzowaną. Polecam. W sam raz film na hard day’s night.  Z kin już pewnie powoli wychodzi, ale zapewne pojawi się gdzieś w telewizji, w sieci czy na DVD.

A zamiast recenzji przemyślenia. Starzy mężczyźni w filmie, stare kobiety… Nie liczyłam, ale wydaje mi się, że jest ich w produkcji kinowej po równi. Czyli inaczej niż w prawdziwym życiu, gdzie demograficznie więcej jest starych kobiet, a w społeczeństwie i polityce wciąż jeszcze więcej – starych mężczyzn. Stare kobiety, ba, jak twierdzi Tokarczuk już nawet kobiety w średnim wieku, stają się przezroczyste, niewidzialne. Starym mężczyznom nadal jeszcze wiele wolno. Mniej niż przed kilkudziesięciu laty, ale wciąż jeszcze dużo. Bardzo dużo. I wszędzie ich widać.

Starzy mężczyźni. Oczywiście klasyk czyli Stary człowiek i morze. Wikipedia entuzjastycznie pisze: “Przesłaniem utworu jest refleksja, że człowiek jest zdolny zrobić wszystko (…). Rybakowi nawet starość nie przeszkodziła w zdobyciu marlina.” W filmie rybaka Santiago gra Anthony Quin. Inne filmy. Bez ładu i składu: The Straight Story (Prosta historia), Broken flowers Jima Jarmuscha, About Schmidt z Jackiem Nicholsonem, Schultze gets the blues. A też Searching for Sugar Man.

Otóż więc w przeciwieństwie do życia publicznego, w filmie są całe masy starych kobiet. Mają one oczywiście również swoją klasykę czyli przemiłe staruszki z broadwayowskiej komedii sfilmowanej w roku 1944 – Arszenik i stare koronki. Była też wspaniała Miss Marple Agathy Christie grana przez równie wspaniałą Margaret Rutherford. Wożąc Miss Daisy Bruce’a Beresforda, Sierpniowe wieloryby Lindsaya Andersona. Oczywiście Golden girls, a jakże. Dziewczyny z kalendarza Nigela Cole’a i Irina Palm z niezapomnianą Marianną Faithefull. Te ostatnie są nawet podobne do Paulette – to stare panie, które, przymuszone okolicznościami, podejmują się pracy, o jakiej w poprzednim życiu nawet nie słyszały. Dziewczyny z kalendarza fotografują się nago, żeby zarobić na kanapę w szpitalu. Irina chcąc zapewnić leczenie choremu wnukowi  na własną rękę (dosłownie!) zdobywa pieniądze zatrudniając się w seksbiznesie. Paulette… ale nie będę zdradzała, o co chodzi, bo wygląda na to, że beznadziejni współcześnie recenzenci nie streścili jeszcze filmu w pierwszym akapicie swej recenzji. I a nuż nadal tego nie zrobią. W każdym razie z zawodu Paulette przypomina może (trochę, trochę) Irinę Palm, ale z charakteru jest oczywiście nowym wcieleniem straszliwej, cudownej starej ciotki francuskiej Tatie Danielle zagranej nadzwyczaj przekonująco przez Tsillę Chelton.

Przypominam tu tylko kilka z filmów o starych – czy jakby to elegancko w dzisiejszych czasach należało powiedzieć: starszych paniach, żeby ogłosić, co następuje. Otóż nawet jeśli dla “pięknych, młodych i bogatych” jesteśmy może bytami niewidzialnymi, to dla siebie wiemy, że mamy jeszcze morze możliwości. I tej wersji będziemy się trzymać.

Paul Celan

Paul Celan. Urodził się w rodzinie żydowskiej w 1923 roku w Czerniowcach, mieście które wówczas znajdowało się w Rumunii, a dziś na Ukrainie, zabił się skacząc do Sekwany 20 kwietnia 1970 roku. Naprawdę nazywał się Paul Antschel lub Ancel, Celan to anagram prawdziwego nazwiska. Uważany za jednego z najważniejszych poetów języka niemieckiego, a jego wiersz Fuga śmierci, za najistotniejszy wiersz o zagładzie. Fugę zaprezentuję w niedzielę, dziś zaproszenie na… na co właściwie? Koncert muzyki klezmerskiej? Recital poetycki? Wieczór poezji śpiewanej? Nic z tego, a zarazem wszystko na raz. Dwóch artystów – aktor i muzyk – stworzyło wieczór poezji Celana z najsłynniejszego jego tomu wierszy Mak i pamięć (1952).

Zusammen_Feidman_Becker_2_c_F.Broede_u_A.MeisterGiora Feidman und Ben Becker: Zweistimmig

Wczoraj w Berlinie odbyła się premiera – w ramach tegorocznych Dni Kultury Żydowskiej. Giora Feidman jest znakomitym klarnecistą, o pokolenie młodszy Ben Becker – aktorem i piosenkarzem. Beckera znamy przede wszystkim z filmu Josepha Vilsmaiera Brat snu według powieści Roberta Schneidera (1995), a obaj artyści spotkali się też w brawurowym filmie muzycznym tegoż reżysera Comedian Harmonist (1997), autentycznej historii o sześciu muzykach z Berlina w latach 30.

Uwaga Administratorki z roku 2020: dalsza część wpisu jest już dziś całkowicie niepotrzebna, Ben Becker zagrał w międzyczasie świetną rolę w filme Dzieło bez autora (Werk ohne Autor)  Floriana Henckela von Donnersmarcka (2018), powiem więc przy okazji, że jeśli nie obejrzeliście tego filmu w kinach, koniecznie poszukajcie go na DVD albo jednym z licznych portali streamingowych. Tylko na Boga! – nie czytajcie recenzji ani zwiastunów filmu. Zdradzą Wam, o co i o kogo chodzi w ciągu piwrwszych 10 sekund, i na zawsze odbiorą ciekawość, z jaką ogląda się to świetne kino, nie wiedząc… Po prostu oglądając.

A kto chce posłuchać Giory Feidmana (starszy pan, urodzony w roku 1936, wciąż jeszcze świetnie gra), to proszę bardzo: TU.

Per aspera ad astra!

Some months ago dr Lidia Głuchowska wrote here about Yiddishland; last week she wrote again about that topic – see Tel-Awiw. Today her next text about jewish avant-garde in Poland after 1918. And the next one, about Expressionist publication Zdrój on coming Monday.

Young Yiddish. Songs in word and image

Mir yunge, mir – a freylekhe tsezungene khalyastre
Mir geyen in an umbavustn veg,
In tife more-shkhoyredike teg
In nekht fun shrek:
Per aspera ad astra!

We young, we – a joyful, singing khalyastre –
We go an unknown way
In the deep days of melancholy
In the nights full of fear
Per aspera ad astra!

Ing_Idysz BraunerMoyshe Broderzon’s poem ‘Tsu di shtern’ (To the Stars) from the second issue of the Łódź magazine Yung-Idish. Lider in vort un tseykhenung (Young Yiddish. Songs in word and image) is in many respects representative of the entire periodical. It was written originally in Yiddish, a relic of a world that receded into the past with the Holocaust. Thanks to its emotive rhetoric it once appealed not only to readers in Łódź or Poland as a whole, but in most of Central Europe.

The style of the poem ‘Tsu di shtern’ published in Yung-Idish, is characteristic not only of texts from this first magazine of the Yiddish avant-garde, but of the entire literature of a community that survived the atrocities of World War I, and a history of pogroms and revolutions. The result was a literature less of beauty than of horror.

That the poem by Broderzon, a co-founder of the Yung-Idish group and magazine, also opened  the inaugural issue of the Warsaw almanac by Peretz Markish entitled Khalyastre  [Chaliastre] (The Gang) in 1922 symbolized the deliberate creation of a genealogy and the concerted efforts of the Yiddish avant-garde in Central and Eastern Europe and the USA. Warsaw thereby acquired the status of the European centre for Yiddish literature, with Paris and Berlin serving as its satellites.

In Khalyastre Broderzon’s text appeared next to an Expressionist linocut by Itzhak Brauner (Yitskhok/Vincent Broyner), artist connected with Ing-Idish. The avant-garde integration of word and image was best reflected in the Albatros almanac. In Yung-Idish there were more illustrations than texts, an unprecedented practice in the Jewish avant-garde periodicals in Eastern Europe or America which respected the biblical ban on images.

Yung-Idish was the mouthpiece of Yiddishism and the generation following haskalah (the Jewish Enlightenment), which accompanied the nationalisation of modernism in Europe’s ‘new states’, established mainly after the collapse of the Austro-Hungarian Empire. The genesis of the periodical is reconstructed from different perspectives by literary and art historians, who see either the poet Broderzon or the artist Jankel Adler as assuming a dominant role. Adler arrived earlier to join his colleagues, later the founders of the Yung-Idish magazine and associated group, in exhibitions of the Towarzystwo Artystów i Zwolenników Sztuk (Society of Artists and Art Lovers) in 1918. In April the venue exhibited works by Dina Matus, V. Brauner, Bartschinsky (Barciński), and Szwarc, and in December by Adler. The group was subsequently joined by the women artists Ida Brauner, Zofia Gutentag, and Pola Lindenfeld and by Broderzon’s ideological opponent, the classicist Itzhak Katzenelson, as well as Yekheskl Moyshe Nayman (Neuman), Salomon Blat and Henryk Kohn.

The elegant graphic design and layout of Yung-Idish , the vertical format of its pages and the stylised Hebrew font rivet attention from the start. The evocative subtitle of the periodical, which in direct translation means ‘songs in word and image’, highlights the demand for a synergy of  media and deviates from the biblical prohibition of creating images, evoking at the same time a communication with the sacred in pointing to the mystical objective of art. Moreover, the presence of figurative art, subject to Expressionist deformation, points to its being the manifesto of a generation. For here a cultural code was re-defined and extended into the zone of the taboo, allowing Yung-Idish to express a programme merging the tradition of Yiddish and modernism.

More in the whole version of this essay (with footnotes) published as:

Lidia Głuchowska, Poznań and Łódź: National modernism and international avant-garde. Zdrój (1917-22); Yung-Yidish (1919); and Tel-Awiw (1919-21) (Kap. 51). In: Brooker, Peter/ Thacker, Andrew/ Weikop, Christian/ Bru, Sascha u. a.  (Hg.): Modernist Magazines: A Critical and Cultural History. Vol. 3, part 2: Europe 1880-1940, Oxford University Press 2013, S. 1208-1233.

Poésie – Poesie – Poetry – Poezja / Le temps de Cerises

To, że dziś właśnie posłuchamy “Czasu wiśni” zawdzięczam(y) facebookowej grupie założonej przez Anatola Borowika: “Fani Bułata Okudżawy… łączcie się!” Grupa przypomina nie tylko Okudżawę, ale również i inne piękne utwory muzyczne i poetyckie. “Czas wiśni”, przypomniany przez Marynę Bersz Szturo Over, bez problemów znalazłam na youtubie po francusku i po niemiecku, z trudem, i tylko dzięki temu, że piosenka w wersji oryginalnej pojawia się w japońskim filmie “Szkarłatny pilot” w reżyserii Hayao Miyazaki, znalazłam angielską wersję tekstu. Polskiej nie ma. Ani w wersji muzycznej, ani słownej, co dziwne i ciekawe, bo “Le temps de Cerises” to jeden z najczęściej coverowanych utworów na świecie. Zrobiłam więc tłumaczenie sama…

Le temps de Cerises


Le Temps des cerises est une chanson de 1866, paroles de Jean-Baptiste Clément, musique d’Antoine Renard. Interprétation: Yves Montand.
Cette chanson est si fortement associée à la Commune de Paris que, dans les esprits, elle fut écrite pour elle. Pourtant elle fut écrite sous Napoléon III avant même la guerre de 1870.

Tak, ta zwykła prosta francuska piosenka o miłości, ludowy przebój o tym, że kocham, choć czas czereśni i miłości jest krótki i przemija, ja jednak kocham i nawet jeśli te czereśnie i ta miłość minęły, wiem, że kiedyś powróci następna miłość… Ta ludowa piosenka nabrała specjalnego znaczenia podczas rewolucji Komunardów w 1870 roku. Jak to opowiada podczas koncertu wieczny wojownik Wolf Bierman, którego interpretację przypominam poniżej, był to pierwszy w Europie moment, w którym to lud powiedział, czego chce. Komuna przegrała, ale komunardzi i ich zwolennicy wierzyli, że walka się nie skończyła, że będziemy walczyć i kiedyś zwyciężymy. I wtedy właśnie piosenka o miłości i czereśniach stała się symbolem tej wiary w zwycięstwo. Nie zmieniono w niej ani jednego słowa, to tylko śpiewający wiedzieli, że śpiewają o czymś innym.

Dziś, po czterech latach po opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu, w czerwcu 2017, dedykuję tę piękną piosenkę o lecie, czereśniach, miłości i zwycięstwie, nam wszystkim, Polakom, którzy wierzą (i wiedzą), że skoro pokonaliśmy zaborców, Hitlera i komuchów, to przetrwamy i szaleństwo Kaczyńskiego.

Le temps de Cerises

Quand nous chanterons, le temps des cerises
Et gai rossignol et merle moqueur
Seront tous en fête.
Les belles auront la folie en tête
Et les amoureux du soleil au coeur
Quand nous chanterons, le temps des cerises
Sifflera bien mieux le merle moqueur.

Mais il est bien court le temps des cerises
Où l’on s’en va deux cueillir en rêvant
Des pendants d’oreilles,
Cerises d’amour aux robes pareilles
Tombant sous la feuille en gouttes de sang.
Mais il est bien court le temps des cerises
Pendant de corail qu’on cueille en rêvant.

Quand vous en serez au temps des cerises
Si vous avez peur des chagrins d’amour
Evitez les belles!
Moi qui ne crains pas les peines cruelles
Je ne vivrai point sans souffrir un jour.
Quand vous en serez au temps des cerises
Vous aurez aussi des peines d’amour.

J’aimerai toujours le temps des cerises
C’est de ce temps là que je garde au coeur
Une plaie ouverte.
Et Dame Fortune en m’étant offerte
Ne pourra jamais fermer ma douleur,
J’aimerai toujours le temps des cerises
Et le souvenir que je garde au coeur.

Couplet ajouté pendant la guerre de 1871

Quand il reviendra le temps des cerises
Pendores idiots magistrats moqueurs
Seront tous en fête.
Les bourgeois auront la folie en tête
A l’ombre seront poètes chanteurs.
Mais quand reviendra le temps des cerises
Siffleront bien haut chassepots vengeurs.

Time of cherries

When we sing of the time of cherries,
gay nightingales and mocking blackbirds will celebrate,
pretty girls will have folly in their heads,
and lovers, sunshine in their hearts.
When we sing of the time of cherries,
the mocking blackbird will sing better.

But it is very short, the time of cherries,
where some go to gather earrings in a dream,
cherries of love in similar gowns
falling beneath the leaves like drops of blood.
But it is very short, the time of cherries,
coral pendants which one gathers in a dream.

When you are in the time of cherries,
if you fear the sorrows of love, avoid the pretty girls.
I, who do not fear the cruel distress,
I will never live a day without suffering.
When you are in the time of cherries,
you will also have the distresses of love.

I will always love the time of cherries,
it’s from those times that I hold in my heart an open wound,
and the offerings of lady luck
can never soothe my suffering.
I will always love the time of cherries,
and the memory I hold in my heart

***

Czas czereśni

Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
słowiki, i kosy i drozdy
śpiewają – w głowie
dziewczyny szaleństwo mają
a kochankowie słońce w sercu
Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
kosy i drozdy lepiej śpiewają

Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy zbieramy we śnie wiśnie
i czereśnie w podobnych sukienkach
spadające z gałęzi jak krople krwi
Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy koralowe korale zbieramy we śnie

Jeśli lękasz się bólu omijaj we śnie
dziewczyny, wiśnie i czereśnie,
Lecz ja, ja nie lękam się goryczy
bo każdy mój dzień nosi jej smak
Gdy żyjesz w czasie wiśni, strzeż się
bo miłość może ci poranić serce.

Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
choć z tamtych czasów krwawy pozostał ślad.
A to co dzisiaj daje miłość
Nie ukoi tego, czego wtedy było brak.
Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
i nosił pamięć o nim w sercu i w snach.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

Pani Irenka reloaded 4

Pani Irenka w nowej wersji czteroodcinkowej.  Od trzech tygodni w sobotę kolejne doniesienia z Brodwina. Dziś odcinek ostatni.

Karolina Kuszyk

Jak tak w tym łóżku leżałam, pani, na tych tabletkach, co mam przepisane, na wypadek jak mnie ten ból taki zaatakuje, to Dawidek sam kotki karmił, i mnie też zawsze co od synowej przyniósł, chociaż jeść prawie wcale nie mogłam. I chyba zaraz na drugi dzień tego mojego leżenia – niespodzianka, pani. Dzwonek do drzwi, wnuczek otwiera, a to ten ochroniarz od Nowakowej. Zdziwiłam się, powiem pani, strasznie, ale zaraz poprosiłam, żeby usiadł sobie na pufie i mówię: Dawidek, herbaty panu zrób. A ten ochroniarz do mnie, że pani Ireno, jak żeśmy ostatnio rozmawiali, to chyba nieuprzejmy byłem dla pani. I przyszłem przeprosić. To wszystko przez to, że mi tego spadku po Krystynie żal, to i mi się nawet mówić o tym jej testamencie nie chciało. Ja się go pytam, po jakiej Krystynie, bo jeszcze taka nie bardzo byłam i nawet nie wiedziałam, że Nowakowej tak na imię było, patrz pani. A on mówi, no przecież po mojej Krystynie, i w płacz. To ona na tego innego, zapisała, policjanta? pytam się. A on, że nie, tylko na tą świętą radiotelewizję i że on się wcale nie spodziewał. Mówię, panie kochany, co robić, trudno, wolę zmarłej uszanować trzeba. Ale co sobie pomyślałam, to pomyślałam.

I jak ten ochroniarz poszedł, to Dawidek zaraz do mnie, że to jakaś śmierdząca sprawa i że on teraz spróbuje zajrzeć do tego komputera, do tych mejli znaczy, tej świętej radiotelewizji. I zaraz do domu poleciał. Nawet herbatki nie dopił, tak mu się spieszyło. I rzeczywiście, pani. Za parę dni przychodzi i mówi: udało się. I cały taki poważny, i mówi: Babciu, dobrze by było, żeby babcia wikarego mieszkanie przeszukała. Bo mnie wydaje się, że właśnie tam szukać trzeba. A ja na to, ale jak to, Dawidek, czemu nagle do wikarego, i gdzie ja, stara, do księdza mam włamywać się? A on do mnie: Ja babcię znam, babcia na pewno coś wymyśli, i ja babcię proszę, niech babcia teraz nie pęka. Co robić, pani. Dobrze, Dawidek, mówię, coś babcia wymyśli. I jak zaraz potem w sobotę księża nasze wszystkie do biskupa do Gdańska pojechali, to ja z łóżka wstałam, kulę wzięłam, bo z kulą mi zawsze lepiej iść, i na plebanię poszłam. A znam tą, co im tam sprząta, poczciwa bardzo kobieta, i mówię, pani, ja tu u wikarego jak raz byłam z kartką na wypominki i nazwisko sąsiada muszę dopisać, bo zapomniałam. Pani mi otworzy, przecież ja stara nie będę na księdza czekać. I zaraz mi otworzyła i poszła do kancelarii sprzątać. Długo, pani, szukać nie musiałam, wikary w swoim pokoju szafkę miał na kluczyk zamykaną, a ja w torebce drucik taki z działki jeszcze miałam, to wetknęłam, poruszałam i zaraz ta szafka otworzyła się. A tam w środku, proszę pani, gotowiutki spis, chyba ze dwanaście osób, tych parafian, same takie starszawe, samotnie żyjące. Kwiatkowski zaraz pierwszy, a Nowakowa druga. Ulica podana, adres, wszystko. I jeszcze dzień, w którym umarli, zanotowany. Jak już ten dzień śmierci zobaczyłam, proszę pani, to aż się o stół oparłam i tylko tak oddychałam, bo myślę, no nie, zaraz chyba tu sama trupem padnę. W tej szafce miał jeszcze taką flaszeczkę z czymś w środku. To ja to wszystko, i ten spis, i tą flaszeczkę, haps, do torebki i do domu. Nogi miałam jak z waty, ale do klatki jakoś doszłam. Dawidek zaraz do mnie: i co, znalazła coś babcia? A ja do niego, ale tak cichutko, powoli, bo czuję, że strasznie mi ciśnienie skoczyło: Dawidek, chodź lepiej pojedziemy zaraz na milicję, policję znaczy, bo tu następna osoba w niebezpieczeństwie. Bo na tej wikarego kartce zaraz po Kwiatkowskim i Nowakowej  taka pani Janina była zapisana. Bardzo pobożna, ona to naprawdę tego świętego radia słucha, dzień w dzień, wszyscy wiedzą, bo przygłucha i strasznie głośno nastawione ma. I taki mnie strach wziął, żeby jej co nie stało się, że od razu wyszliśmy, i jak raz sto osiemdziesiąt siedem podjechało, jedziemy na Armii Krajowej i na ten komisariat zachodzimy.

Z początku to nam czekać kazali, chyba z godzinę, a potem, jak przyjęli i powiedziałam, że na parafii naszej sprawa, to mówią, że jak na parafii, to żeby nie do nich, tylko do biskupa. A Dawidek na to, czy policja ludzkie życie chce mieć na sumieniu przez niedopilnowanie obowiązków. No, proszę pani, zupełnie jakbym syna słyszała, tak im ten mój wnuczek powiedział, proszę pani, i nawet się nie zająknął, jak jakiś polityk czy aktor czy co. I proszę, zaraz nas do takiego większego pokoju poprosili. Ja im tą kartkę z nazwiskami pokazałam i flaszeczkę, co u wikarego znalazłam. Zaraz ją zabrali, niby do sprawdzenia, laboratorium znaczy, i opowiadać kazali wszystko po porządku. I pamiętam tylko, że jak żeśmy skończyli, to cicho się jak makiem zrobiło, i tak patrzą po sobie ci policjanci, a potem przychodzi taka w fartuchu z tego laboratorium czy czegoś i mówi, że w tej flaszeczce trucizna jest, a mnie się nagle tak strasznie gorąco, duszno robi… Ale co się potem, proszę pani, działo, to nic nie wiem, bo tak się zdenerwowałam, że im tam w tym komisariacie całkiem zasłabłam. Tak, pani, ze starym zawsze kłopot! Na sygnale zawieźć mnie musieli do szpitala. I tak kilka dni tam przeleżałam. Ale nic nie wiem, co, jak, nic a nic. Aż dopiero potem się na sali takiej białej ocknęłam, myślę sobie, no Irena, trudno, koniec, umarłaś, ale patrzę, a syn z synową nade mną stoją, synowa oczy takie wielkie, a syn w płacz, po rękach mnie całuje i mówi: Mamusiu, niech się mamusia już nic nie denerwuje, policja wszystkim się zajęła, już tego mordercę mają. Nerwy mu puściły i do wszystkiego przyznał się. A co do tej świętej radiotelewizji, niech mamusię o to głowa nie boli, już my nagłośnimy sprawę. Jeszcze przed wyborami!

I zaraz Dawidek przyleciał, cieszy się, że babcia żywa, nie zgłupiała ani nie sparaliżowana ani nic, i zaraz mi na takim małym komputerze pokazuje, że w Faktach o nas mówili. I patrzę, a ten przystojny dziennikarz, ten blondynek taki, u nas na Brodwinie na skwerku stoi, i do kamery wszystko opowiada: że babcia z wnuczkiem wpadli na trop dwóch morderstw i że następne udaremnili. Co, jeszcze pani nie rozumie? To tak jaśniej pani powiem: wikary ze świętą radiotelewizją razem parafian namawiali, co który trochę starszy i do kościoła chodzący, żeby na tą radiotelewizję zapisywali. Te wszystkie listy, co sobie pisali, to Dawidek w tym ich komputerze znalazł. Wikary nawet spory całkiem procent miał za każdego przekonanego. I żeby jemu ten procent szybciej dostał się, to tak wymyślił sobie, że tych, co zapisali, na tamten świat będzie wyprawiać, i na mszy im zatrutą komunię poda. Jak wymyślił, tak zrobił, pani. Najpierw Kwiatkowskiemu dał zatruty opłatek, a potem Nowakowej. Zaznaczył sobie tylko elegancko, który to, żeby się czasem nie pomylić, jak komunię podawał. I truciznę taką skądsiś miał, że wyglądało potem, że zawał. Pani, to już większego grzechu chyba nie ma na świecie – ciało Chrystusa w truciznę przemieniać! W piekle się będzie za to smażył, trudno i darmo. Do wszystkiego przyznał się, a na obronę swoją podał, że zaraz po spowiedzi ich załatwiał, czyli że w stanie łaski uświęcającej byli. Bez grzechu znaczy. Niby że prosto do nieba ich wysłał, rozumie pani?

Nie bardzo tylko wiadomo, czy ta święta radiotelewizja o tym wszystkim wiedziała. Podobnież jeszcze to badają. Bo sprawiedliwość musi być. Chociaż sprawiedliwości w tym to tak do końca nie ma, tak pani powiem, bo ta Kwiatkowskiego córka już pieniędzy ojcowskich nie zobaczy. Tego Nowakowej ochroniarza to mi aż tak bardzo nie żal, on młodszy, nieżonaty, zarobi sobie, poza tym oni w grzechu żyli, jakby nie patrzeć, pani. Ale Marzenki to mi żal. Tak harują z mężem w tych Niemczech, pobudować się chcieli tu w Sopocie. A teraz co? Wszystko przepadło i tyle.

A pani Janina, co następna na liście wikarego była, to sama nawet nie wie, że o włos śmierci uszła. Ona już w takim wieku, że niedługo i o nią kostucha się upomni, ale pewnie spokojniutko przyjdzie, po prawie. Może jak pani Janina jakiś film będzie sobie ulubiony oglądać albo jeszcze lepiej we śnie. We śnie zawsze najlepiej. Pójdę ja tam do niej i porozmawiam, żeby to, co tam ma uskładane na książeczce,  dzieciom swoim zapisała, a nie jakiejś radiotelewizji, co to jej się zdaje, że święta jest.

I po tym wszystkim to już miejsca sobie za nic w świecie nie mogłam znaleźć i co rusz, to płaczę. Aż jednego dnia do proboszcza poszłam porozmawiać. Bo ten nasz proboszcz to porządny człowiek. Zaraz mnie ładnie poprosił i pyta, pani Ireno, kawy czy herbaty. A ja, proszę pani, od razu w płacz i słowa wymówić nie mogę. Ale nasz proboszcz od razu wiedział, że mnie tak ciężko od tego wszystkiego i że nijak wytłumaczyć sobie nie umiem, że takie rzeczy teraz wyprawiają się, i to u nas na Brodwinie, na parafii, no, chyba tylko przez to, że teraz jakieś ogólne pomieszanie jest wszystkiego na świecie. I że ten Kościół to już jakby wcale nie mój, pani.

A proboszcz najpierw nic wcale nie mówi, myśli, myśli, a w końcu tak do mnie: Pani Ireno, wiem dobrze, że u pani w duszy teraz wielki niepokój jest. A na niepokój najlepsza modlitwa. Niech pani pomodli się, sama sobie z Bogiem porozmawia. I ja się modlę, pani Ireno, i o wikarego, i o tych ze świętej radiotelewizji, o dar Ducha Świętego, żeby na nich zstąpił, i żeby na oczy przejrzeli. I wiem, że zostanie im przebaczone. Bo u Pana Boga miłosierdzie nieskończone. To nawet to przebaczone będzie wikaremu, że truciznę w komunii podawał? pytam się. A on, że nawet i to. Wie pani, pani Ireno, mówi jeszcze, i tak się jakoś rozgląda, jakby się bał, że może kto usłyszy – że nawet takie myślenie jest w teologii, że pan Bóg to i diabła zbawić może? Na samym końcu czasów. Boć to przecież też anioł, tylko upadły. Pokiwałam głową, myślę, proboszcz pewnie wie, co mówi, przecież on mądry, uczony, i nawet w seminarium duchownym uczy. Ale z tym diabłem to jak dla mnie ździebko przesadził. Diabeł zbawiony? Jeszcze czego. Jednak jakaś sprawiedliwość musi być na świecie.

 Koniec

Też z Trójmiasta (Brodwino jest dzielnicą Sopotu)
Trzydzieści trzy lata temu, 16 sierpnia 1980 roku, przedstawiciele protestujących zakładów Wybrzeża powołali Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. W nocy z 16 na 17 sierpnia MKZ sformułował 21 postulatów, które zostały wypisane na sklejkach przez Arkadiusza “Arama” Rybickiego oraz Macieja Grzywaczewskiego, a następnie zawieszone na bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej.

tablice

Reblogi: Sławomir Mrożek

zachod_slonca_w_litWczoraj rano, 15 sierpnia 2013 roku, w Nicei zmarł Sławomir Mrożek, dramatopisarz, prozaik i rysownik, autor m.in. “Tanga”. Miał 83 lata.

Więcej TU.

A tu jeszcze (za Facebookiem) fragment wywiadu, jaki Konrad Wojtyła, dziennikarz, redaktor i pisarz ze Szczecina przeprowadził z pisarzem wiosną tego roku: “Jestem Polakiem i umrę jako Polak. Tu nie ma nic do okazywania w kwestii patriotyzmu. Język ojczysty jest językiem najważniejszym. Polska się zmieniła, bo ludzie trochę wyjeżdżają i wracają. Potem układają sobie życie pozachodowemu. To dziwny stan. Polska mi obojętnieje trochę. Może wrócę, może nie. Teraz jestem w zasadzie sam. To znaczy z Suzanną, ale ona prawie nie mówi po polsku. Jak wrócę do Polski to zaraz zaczną się pytania, co myślę o Polsce. A ja nie chcę”.

I rysunki. Ten na górze zatytułowany “Motyw zachodu słońca w literaturze polskiej”. A ten na dole (zajumany) z internetu (dziękuję zajumanej stronie):

polskikwartet

Reblog: Słowianie

slowiankaTekst, który tu rebloguję, znalazłam w sieci już jakiś czas temu.  Przeczytałam go i – wydawało mi się – że mi się nie spodobał. Uznałam, że jest nieprofesjonalny i świadczy o (naszej) słowiańskiej zarozumiałości. Mimo to wciąż myślę o tym, co napisał autor, skrywający się za ksywką “oculus”. Nie mamy się czego wstydzić, kiedyś podbijliśmy Chiny… Nie zachwycił mnie ten wywód, a przecież tekst uporczywie mi się przypomina. W końcu postanowiłam, że podzielę się z Wami i tym tekstem, i moimi wątpliwościami.

Słowianie – tajemniczy lud.

Trafostacja

http://www.trafo.org/index/trafo

No więc tak… Trzeba tam pojechać, a jeśli się mieszka w Szczecinie – to pójść na ulicę św. Ducha 4, tuż koło dworca.

Po pierwsze – budynek. Odremontowana, zabytkowa transformatorownia. Rewelacyjna. Białe wypatroszone ze wszystkiego, trzypiętrowe wnętrze, otwarte na przestrzał od szklanej po części podłogi po więźbę dachową. Zresztą na pewno pierwsze co zrobiliście to kliknęliście linka i już wiecie, o co mi chodzi.

Po drugie – wystawa Ryszarda Waśko, Genesis. Pierwsza wystawa w nowej szczecińskiej instytucji kultury. Na stronie Trafostacji znajdziecie tylko informację, że taka wystawa jest.  Na ulotce – że trwa do 20 października. A nigdzie – że artysta właściwie nieznany, wystawa wspaniała, a obiekty zatytułowane “Pole czerwonych maków” oraz sala z fikcyjnymi zdjęciami rodzinnymi – “Portret rodziny w czasie” – niezwykłe i inspirujące.

Ryszard Waśko to polski artysta, który, po długim pobycie w Stanach, mieszka obecnie w Berlinie, znany raczej jako kurator legendarnych Konstrukcji w procesie oraz imprezy Łódź Biennale, a nie jako samodzielny twórca.

maki

“Pole maków” to całkowicie zaciemnione pomieszczenie, w którym dopiero po chwili, gdy wzrok przyzwyczai się do mroku, zauważamy kwiaty. Już wiemy, to polskie czerwone maki, te z mazowieckich pól i te spod Monte Cassino, znane zresztą (chyba) głównie z piosenki, która przez lata mojemu pokoleniu wyciskała łzy z oczu. Po omacku dotykam kwiatów ręką, głaszczę suchą, chropawą powierzchnię płatków. Kwiatów jest tu ponad trzy tysiące i są jednakowe. Na moje pytanie, czy to tak jak u Ai Weiwei – chińska produkcja, pada odpowiedź “tak” – w ciemnym pomieszczeniu Waśki dokonuje się zamiana produkowanego masowo badziewia w sztukę ready made.

Przypominam sobie obiekt oglądany kiedyś w Weimarze. Obok domku ogrodowego, w którym Goethe tak chętnie pracował, nieco w bok, pod kątem i po lewej – ustawiono kiedyś jego dokładną replikę. Po co? zapytałam. Panienka pilnująca obiektu, nauczona, że tak właśnie ma odpowiadać, trzy tysiące razy dziennie – był to rok wieszcza i przez Weimar przewalały się tłumy – poinformowała mnie, że chodzi o to, iż w dzisiejszych czasach nie ma już różnicy między kopią a oryginałem. O ile przy pomysłach na sztukę ready made, tą stworzoną przez Marcela Duchampa, jak np. jego słynny pisuar, zatytułowany (każdy wie) “Fontanna”, podobnie jak przy “Ziarnach słonecznika” Ai Weiwei, nie mam najmniejszego problemu z wyrażeniem zgody na to, że ten akurat pisuar i te sto milionów identycznych porcelanowych nasion słonecznika to naprawdę sztuka, nie mam więc też zastrzeżeń do “Pola maków” Waśki, o tyle jednak w domu, w którym pracował wieszcz poczułam zło…wieszczy dreszcz (dziękuję Jackowi Dehnelowi za tę grę słowną), bo mianowicie przeczułam, że w czasie, który miał nadejść nikt mi już nigdy i nigdzie nie zechce pokazać oryginału, i wszędzie dostanę tylko namiastkę. Papieża na ekranie bilboarda widać lepiej niż gdzieś tam daleko na końcu stadionu, pod jakimś baldachimem. Wielkie figury glinianych chińskich żołnierzy – kopia. Doktorat niemieckiego polityka – kopia.

Z kolei “Portrety rodzinne w czasie” to celowo nieudolne zdjęcia, po trzy-cztery wersje jednego motywu. Do każdej wersji dołączona jest… inna historia rodzinna. Podobna, ale odmienna, zniekształcona, przesunięta. Nie wiadomo, co jest prawdą. Czy ojciec był żołnierzem? Czy matka umarła? Czy kobieta w tle jest mężczyzną? Czy kuzyn był bratem, czy kochankiem? Czytam rozbudowane podpisy, przyjmujące formę krótkich opowiadań, przypominając sobie pewną ilość słynnych dzieł literackich, opartych o to, że tę samą historię opowiada się nam w różnych perspektywach. Thronton Wilder, “Idy marcowe”. Lawrence Durrell, “Kwartet aleksandryjski”.

Ciekawa wystawa. Ciekawe miejsce ta Trafostacja. Szkoda tylko, że ciągnie się za nim zła sława. O kierownictwo tą nową szczecińską lokalizacją upowszechniania sztuki ubiegały się szczecińskie Stowarzyszenie Zachęty Sztuki Współczesnej oraz prywatna spółka Baltic Contemporary, która wygrała przetarg, a jej współwłaścicielka, niemiecka kuratorka Constanze Kleiner, jest obecnie dyrektorką Trafo.

 

Tel-Awiw

Monday. A day for history of art stories by 4c_Tel_Awiw_3_August_1919_vignette_Szyk

Lidia Głuchowska

From: Lidia Głuchowska, Poznań and Łódź: National modernism and international avant-garde. Zdrój (1917-22); Yung-Yidish (1919); and Tel-Awiw (1919-21) (Kap. 51). In: Brooker, Peter/ Thacker, Andrew/ Weikop, Christian/ Bru, Sascha u. a.  (Hg.): Modernist Magazines: A Critical and Cultural History. Vol. 3, part 2: Europe 1880-1940, Oxford University Press 2013, S. 1208-1233.

Tel-Awiw – “A Hill of Spring”

The vision of a ‘new world’ and a ‘new man’ which underpinned the myth of the avant-garde and the rhetoric of its manifestos opened the first issue of the monthly Tel-Awiw in 1919. However, the periodical was traditional both in its literary style and graphic design.The Tel-Awiw publishing house, through its periodicals and books, the organisation of lectures and exhibitions, organised also outside of Łódź, aspired to be the pivot of a new culture, serving the ‘cause of the Jewish nation’. The first editorial declared openly: ‘A rebirth of the nation concerns the body, but … first and foremost the spirit. Therefore we will assign a privileged place here to Jewish thought, poetry and arts … Representatives of tomorrow can be found in the ranks of the young generation. Therefore … the Jewish youth will be assigned an equally privileged position.’

Youth and the future are other typical components of the manifestos of the time. A ‘new world’, the great spiritual generational project, located outside the here and now, integrated the tradition of all the countries of the Jewish diaspora: ‘first and foremost, however, the land of fathers and sons, a land of an immortal past and of the future’. The magazine was to be a foundation stone for the construction of a new world – Tel-Awiw (‘A Hill of Spring’) – which would be settled by a ‘new man’ – a ‘New Jew’.

Today, when leafing through Tel-Awiw (1919-21), issued in Łódź by Zygmunt Bromberg-Bytkowski from a branch office in Warsaw, readers may find it exotic or foreign. For here is an unknown world, which ceased to exist not only in Poland, but throughout Central Europe at the conclusion of World War II. The very dating of Tel-Awiw reflects a telling yearly division in line with the Jewish calendar rather than with the universal calendar. Thus issues 1 to 4 came out in 1919; issues 5 and 6 in 1920, and subsequent issues – 1 to 8 – in 1921, including double issues 3-4 and 7-8.

The cover of the penultimate issue of Tel-Awiw featured the information that this was the only Jewish monthly in the Polish language. While this language is a bridge to a better understanding of the magazine’s content, it frequently fails to communicate the reality recorded in its 12 issues and 600 pages across such a historical and ideological distance. In the national culture the Jewish language was used both by assimilated Jews and Zionists, who did not always know the elitist Hebrew language. Polish-Jewish literature (that is to say, Jewish literature published in Polish) was disseminated through education, which was the cornerstone of cultural integration. In turn, the participation of assimilated Jews in the development of Polish literature was unprecedented among Poland’s national minorities.

Unlike in the former Soviet Union (where traditional and new Hebrew literature was hardly tolerated) in Poland the individual components of the tripartite linguistic poly-system of Jewish culture went unscathed. Although in the two decades between the world wars the centre of Hebrew literature moved from Eastern Europe to Palestine, in Poland it served as a reference point for those Jews who were considering migration. 80% of the Jewish population spoke Yiddish, a language of instruction in an extensive network of cheders, yeshivas and Bejs Yankev (schools for girls) – religious educational institutions – and in the secular high schools. By 1939 a total of 1,500 titles accounting for around two-thirds of all Jewish periodicals were issued in Yiddish. Since 1908 this language was treated on a par with Hebrew as a national language. At one time over 150 magazines with a total print-run of at least 350,000 copies were issued in Yiddish. These were dailies, weeklies, and monthlies, including specialist publications, representative of all political factions and ideologies. Moreover, there were many literary magazines and literary and arts periodicals, including Yung-Idish, whose authors cooperated with the editorial board of Tel-Awiw and which were therefore extensively discussed in the latter magazine. After Poland regained national sovereignty 1918, the Jewish press resumed its activity with redoubled energy and soon enjoyed a principal position among the titles issued by national minorities. In Łódź alone the Jewish press was published mainly in Yiddish (in for example Lodzer Togblat, Lodzer Morgnblat, Folsksblat, Nayer Folksblat, Oyfgang), even if there were also periodicals in Polish (such as Republika and Głos poranny).

Bromberg-Bytkowski’s personality had a powerful impact on the ideological profile of the Tel-Awiw magazine. He was one of the few Polish Jews, in whom a high European culture and a profound dedication to Polish culture co-existed with a commitment to Jewish culture and its Enlightenment heritage. He was a sophisticated European literary scholar, translator, and aesthete, a supporter of Polish Romanticism, the founder of a Palestine colony, and an active promoter of Zionism. He managed to persuade the most prominent intellectuals of his own generation and the next to publish in Tel-Awiw. The magazine offered articles by the renowned historians Majer Bałaban and Maksymilian Bienenstock, the ideologist Max Nordau, and the writers Sholem Asch and David Ben Gurion, the future first Prime Minister of the Israeli government.

Bromberg-Bytkowski stressed the role of culture in the magazine but also reacted strongly to events like the act of San Remo or the foundation of the Clarté organisation, both key events in the implementation of Zionist ideas. Tel-Awiw regularly introduced its readership to politicians and men of letters, such as Herzl, An–ski and Heinrich Heine, Yosef Hayim Brenner, Chayym (Hayim) N. Bialik and Shaul Tchernichowsky, the dramaturge A. Vayter (Ayzik Meyer Devenishski) and the precursor of Yiddishism, Yitshok Leybush Peretz. The literary preferences of the editor were the polar opposite of avant-garde – critical of Naturalism and modernism but a defender of Romanticism whose renaissance was observable in the works by Knut Hamsun. The literature section of the magazine is memorable thanks to translations of new Hebrew and German poetry by Bialik, Tchernichowsky, and Heine. In addition, the literary texts included folk songs, prose by Ben Gurion, and Asch, as well as texts by the poet Jakób Kahan. The ‘Song of Songs’ came out in excerpts, posthumously considered to be Bromberg-Bytkowski´s master-work in translation.

Initially there were few articles about the visual arts. Marek Szwarc’s article ‘Sztuka a Żydzi’ (Art and the Jews) was published in November 1919.

In January 1921 Tel-Awiw published an article by Moshe Broderzon, another representative of Yung-Idish. Entitled ‘Al kidusz ham’ (At the Altar of the Nation), it was an homage to An-sky the author of the legendary Dybbuk, the founding father of Jewish ethnography and the main writer of the post-haskalah (the Jewish Enlightenment) epoch.

In May and June the magazine published reviews of the exhibition written by Bromberg-Bytkowski. Launched on April 3 in the rooms of the Merchant Society, the show is said to have attracted especially big audiences.

The review judged Szyk, the author of the vignette of the magazine (as well as another for Bytkowski´s translation of ‘The Song of Songs’) the major artistic personality of the show and saw his calligraphic style as referring to traditionally Jewish techniques of miniature and metalwork. In Szyk, Wilhelm Wachtel, and Jerzy Merkel Bytkowski found too an Eastern and Jewish propensity for fairy-tale visions. He praised the Palestine landscapes by Haneman, whose print he had reproduced in Tel-Awiw, and singled out the older artists Józef Budko and Henryk Glicenstein, along with the Warsaw-based artists Regina Mundlak and Adam Herszaft.

The Salon of the Futurists, Cubists, and Primitivists containing works by the artists associated with Yung-Idish (except Dina Matus) were unfavourably assessed.

4b_Tel_Awiw_3_August_1919_vignette_Szyk

The initiative taken by Bromberg-Bytkowski, then, not only resulted in a representative display of current Jewish arts but also provided a powerful impetus for similar projects and the integration of Jewish cultural elites domestically and abroad. The last page of Tel-Awiw included information about the back copies and issues scheduled to be published. In December 1921 the names of collaborators were included and a subscription for the following year was announced. However, in the era of Polish hyperinflation, the situation of little periodicals promoting radical modernist ideas and aesthetics, such as Zdrój or, of those which also represented  national minorities, such as Yung-Idish or Tel-Awiw, was in many ways difficult. Tel-Awiw failed to appear in 1922 and Bromberg-Bytkowski died on March 13, 1923.