Jegomość

Zbigniew Milewicz

Jegomość

We wpisie z 2 czerwca, poświęconym najstarszemu zawodowi świata, wspomniałem pierwszego zakopiańskiego proboszcza, który to chłopom cudzołożnikom kazał za pokutę przynosić kamień na budowę nowego kościoła. Przeglądając życiorys księdza Józefa Stolarczyka, zobaczyłem, że 6 lipca minie 130 rocznica jego śmierci, korzystając więc z tej okrągłej daty, pozwolę sobie przypomnieć barwną postać człowieka, który poza Tatrami może być mniej znany.

Pierwszy raz usłyszałem o nim może jakieś sześćdziesiąt lat temu, w mocno szczenięcym wieku, kiedy to z dziadkami zacząłem jeździć z Chorzowa do Bukowiny Tatrzańskiej, podówczas jeszcze autentycznej, pięknej wsi góralskiej. Zatrzymywaliśmy się na letnisko u rodziny Budzów, Chowańców albo u Kuchtów i to właśnie od gaździny Kuchtowej pochodził ten pierwszy przekaz. Genewka, tak ją tu wszyscy nazywali, była zażywną, ciemnowłosą kobietą, obdarzoną siedmioma synami (z najmłodszym Staszkiem przyjaźniłem się, chodziliśmy razem w góry) i bardzo pracowitym, choć milczkowatym mężem, który z twarzy i fryzury mocno przypominał Adolfa Hitlera, ale poza tym przyjemny był bardzo. Genewka, jak wielu jej ziomków, miała niewątpliwy talent aktorski i gawędziarski. W przeprosinach za skalną, nieurodzajną glebę, ledwo pod grulicki, Pan Bóg szczodrze obsiał Podhale artystycznymi darami. O szarej godzinie, albo w niedzielne popołudnia, siadywaliśmy u nich w starym domu, w izbie, a ona opowiadała piękną gwarą, między innymi o nienauconyk gazdach, co do kościoła wchodzili, fajki od świec przy ołtarzu zapalali i co kapeluszy przed Najświętszym Sakramentem zdejmować nie chcieli. Ile to ksiądz jegomość musiał się natrudzić, zanim ich wychował. Uparci byli, nie chcieli poddać się jego woli, ale proboszcz, jak słowo nie skutkowało, to i sękatego kija użyć potrafił. Nie pamiętam, czy mówiła o nim po nazwisku, ale tego jegomościa zapamiętałem.

Ksiadz_Stolarczyk_1889Co spowodowało, że akurat młodemu księdzu Stolarczykowi władza kościelna powierzyła do zaorania równie twarde jak ta ziemia dusze, nie wiem. Może fakt, że sam pochodził z chłopskiej rodziny, z beskidzkiej wsi Wysoka koło Jordanowa, także więc był góralem. Po ukończeniu gimnazjum pijarów w Podolińcu na Spiszu wstąpił do seminarium w Tarnowie, gdzie w 1842 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Jako duszpasterz rozpoczął działalność w Makowie, później posługiwał w Nowym Targu, znowu na krótko w Tarnowie i w listopadzie 1847 roku pojawił się w Zakopanem, rzeczywiście zakopanej pośród gór mieścinie, ledwo odkrytej przez panów ze świata. Miał za sobą dopiero kilkumiesięczny wikariat w tarnowskiej katedrze, ale za to duże doświadczenie zdobyte w innych, podhalańskich parafiach. Był księdzem z powołania. Do wiernych zwracał się prosto, dosadnie, jednocześnie budził respekt dwumetrowym wzrostem i fizyczną siłą, pewnie więc rokował dobre nadzieje, jako duszpasterz i zarządca nowej placówki.

Zakopane przywitało swojego pierwszego proboszcza chłodno. Przyroda – panującą już w pełni zimą, a ludzie – nieufnością i rezerwą. Bodaj jedynymi zadowolonymi byli ówcześni właściciele podtatrzańskich dóbr, rodzina Homolacsów. Konflikty między góralami a dziedzicami były na porządku dziennym.

Parafialny kościółek, pierwsza zakopiańska świątynia, malutka i drewniana, znalazła swoje miejsce na skrawku skarpy rwącego potoku, na Pęksowym Brzyzku. Proboszcz uporał się z budową, opodal założył słynny dziś cmentarz, na którym spoczywają zasłużeni dla Zakopanego i Podhala.

Nie tak gładko szło księdzu „nawracanie” górali. Za Sabałą gadali wciąż po swojemu, filozoficznie : „w Pana Boga wierz, ale MU nie wierz”, a gdy proboszcz wytykał niepokornym nieobecność na mszy świętej, odpowiadali: „nie trza sie telo Panu Bogu naprzykrzać” albo „racej byś do lasu seł paciorek se zmówić, niz teli cas w kościele siedzieć”(…) Kazania głoszone w gwarze trafiały do serc, choć nieraz były to słowa ciężkie dla honornych gazdów. Pozwalał sobie proboszcz wprost z ambony, po imieniu i nazwisku, wygrzmieć parafian za grzechy, których dopuścili się w mijającym tygodniu*.

Zwalczał zbójowanie, uczył katechizmu. W niedziele szedł do karczmy i wołał gazdów na sumę do kościoła, a jeśli nawet tym hrubym, czyli znamienitszym pozwalał zapalać fajki od świec na głównym ołtarzu i kurzyć je na chórze, to przecież z czasem przestali to robić i… kapelusze już ściągali z głów, jak wchodzili do kościoła. Półdziki lud pomału się cywilizował, analfabetyzm był jednak niemal powszechny. Lud litery nie znał i gęby w kościele otworzyć nie umiał – pisał Stolarczyk w kronice parafialnej. Aby to zmienić, założył pierwszą szkołę elementarną we wsi, w której uczyli parafialni organiści. Dzięki ks. Stolarczykowi powstały też na Podhalu pierwsze szkoły zawodowe – snycerska i koronkarska.

Jako jeden z pierwszych rozpoznał turystyczne walory Zakopanego, zaczął chodzić po Tatrach zaraz po objęciu nowej parafii. Czynił to z pasją i namiętnością, ale przezornie niemal zawsze w asekuracji góralskich przewodników, którymi byli m.in. Jędrzej Wala starszy, Szymon Tatar starszy i Wojciech Gąsienica-Kościelny. Wielka Encyklopedia Tatrzańska Zofii i Witolda Paryskich wyszczególnia, że w 1849 roku ksiądz stanął na niższym szczycie Świnicy (wyższy był jeszcze niezdobyty). Około 1850 roku był na Łomnicy, cztery lata później podjął nieudaną próbę wejścia na Lodowy Szczyt (od strony Lodowej Przełęczy), a w 1867 wspiął się, jako pierwszy taternik, na Baranie Rogi i ponownie zaatakował Lodowy Szczyt, tym razem skutecznie. Kiedy w roku 1874 stanął na Gerlachu (ósme wejście), tej najwyższej ambonie Tatr i Karpat (2655 m) , radośnie odśpiewał tubalnym głosem Te Deum. Annały tatrologiczne milczą na temat, ile lawin wtedy zeszło w doliny, ale zgodne są co do tego, że dzięki tym wyprawom ks. Stolarczyk przyczynił się do wykształcenia wśród Zakopian grupy dobrych przewodników.

Mieli coraz więcej zajęcia, Zakopane robiło się modne, dzięki letnikom niektóre rodziny przestawały głodować i to też było w dużej mierze jego zasługą. Dla przyjeżdżających gości był pierwszym informatorem, doradcą i autorytetem w sprawach góralszczyzny i Tatr. W roku 1867 nadano wsi prawa oddzielnej gminy, dwadzieścia lat później stała się uzdrowiskiem. Jan Karpiel Bułecka, znany zakopiański architekt i muzyk (starszy brat Sebastiana z formacji Zakopower) opowiada, jak to na księżowskiej plebanii gościli wielcy tego świata, Jan Matejko, Stanisław Witkiewicz, Helena Modrzejewska, Henryk Sienkiewicz. Bywali i górole, bo i góroli wołoł, gaździny ucył, jako majom w swoich chałupach gości przyjmować, bo wielko bieda była, co by se pore dutków mogli zarobić. Ale jak się pana przyjmuje, trza mu dać, zeby mioł cysto i pieknie. Toz to ich ksiądz jegomość ucył, jako to majom robić, co by tym panom było wygodnie. Bywoł tu i Sabała, ale sie strasznie radzi z księdzem nie widzieli, bo kiedy ci wielcy Sabałe chwolili, jaki to on fajny, jako to fajnie potrafi godać, to ksiądz jegomość kiwoł głowom z politowaniem i godoł: taaaak, Sabała to jest wielkie dzieło boże, tylko szkoda, że niedokończone…**

Peksowy_stoIarczykPrzez wiele lat ks. Stolarczyk spisywał Kronikę Parafii Zakopiańskiej, która doczekała się aż trzykrotnego wydania drukiem (1915, 1984, 1986). Zawiera ona cenne wiadomości z dziejów Zakopanego, a także sporo ciekawych danych oTatrach. W kurorcie ksiądz ma ulicę swojego imienia, a w okolicach Morskiego Oka – przełęcz. Zmarł w Zakopanem w 1893 roku, w wieku 77 lat, pochowano go na Pęksowym Brzyzku, obok jego przyjaciela, Tytusa Chałubińskiego. Rok później w sąsiedztwie znalazł się Jan Krzeptowski Sabała, z którym proboszcz za ziemskiego życia darł koty. Przed wejściem na cmentarz wisi tablica: Ojczyzna to ziemia i groby. Narody tracąc pamięć, tracą życie. Zakopane pamięta. W tym mocnym kontekście wydaje się, że dawni rywale się pogodzili.

* Agata Żak, Tarnowski Kurier Kulturalny, czerwiec 2013

** filmowy dokument z TV Polonia, przesłany do You Tube 17 lutego 2010 roku:


Zakopane, Jan Karpiel Bułecka, Jozef Pitoń, ks. Stanisław Szyszka od Św. Krzyza w Zakopanem.

Rozmyślania co dziesięć lat

Roman Brodowski

Elegia (pieśń)

Kiedy odejdę starym kalendarzem
Zapięty klamrą niespełnienia
Zamilkną usta spraw codziennych
Czekając swego przebudzenia

W szufladzie usną żółte kartki.
Pokryte kurzem i… tęsknotą,
Nie przeczytane jeszcze wiersze.
I to pytanie – komu, po co?

A na pianinie, od lat już niemym
Chopina zagra ktoś nokturny.
Lecz tej melodii nie usłyszą
Prochy mej szklisto-czarnej urny.

I tylko pamięć gdzieś zapuka
W sercu przypadkiem się obudzi
Chwile zostanie w tym niebycie
Pośród bytowych jeszcze ludzi.

Tyle zostaje nas dla innych
Ile nas w myślach swoich noszą,
Jakaś elegia, krzyż lub kamień
I to pytanie – komu, po co?

Kiedy odejdę starym kalendarzem
Odziany w zgrzebny strój przeszłości
To pozostawię w pustym miejscu…,
Tak! te pytania dla potomności.

Berlin 01.10.2011

Jestem

Usiadłem zwyczajem wędrowca
Na chłodnej kamiennej skale.
Jak Sokrates oparty troską,
Pogrążony ciałem w zadumie.

Czyżby to kamień prawdy?
Filozoficzna zagadka niebytu.
Jeśli tak, to i ja niemędrzec
Nie odkryję w nim dalszej drogi,

Czyżby konflikt mojego wnętrza,
Był bezbarwiem banalnej prozy,
Elementem dysharmonii świata.
Pytaniem o to – kim jestem?

Ja jestem przyjacielem i wrogiem,
Syntezą ludzkiej siły i słabości,
Ofiarą wężowego uścisku temidy
I panem własnego Logosu.

Jestem historią spisaną na piasku,
Wietrzno-porannej pustyni,
Tajemnicą Bożego zamierzenia
Wyrwaną z ram kreacjonizmu.

Jestem marnym aktorem bytu
Niewolnikiem własnej filozofii.
Embrionem w łonie ponadczasu
Dla innych po prostu – Jestem –

Berlin 21.02. 2001

Pomagam

Czy będzie pociechą dla Autorki, że ja też miałam takie doświadczenia, a zapewne wszyscy je mieliśmy…?

Krystyna Koziewicz, Z obserwatorium zwykłej baby

Intruz w moim łóżku

Gotowość niesienia pomocy ludziom w potrzebie to dla większości z nas odruch bezwarunkowy. Pomagać trzeba, nie zważając niekiedy na niezręczną sytuację, niewygodę czy koszty, nie oczekując w zamian wdzięczności, rewanżu. Często wystarczy zwyczajne słowo „dziękuję” i już się człowiek czuje usatysfakcjonowany. Kiedy w trudnej sytuacji życiowej udaje się faktycznie komuś pomóc, zawsze myślę sobie, że Opatrzność rejestruje dobre uczynki i zapewne odda z nawiązką w innej formie. Na przykład zdrowie! Moim jedynym życzeniem i marzeniem jest żyć w zdrowiu, z resztą problemów potrafię sobie sama poradzić.

Zadzwoniła do mnie znajoma z alarmującą prośbą, by serdecznemu koledze wynająć pilnie pokój na tydzień, odpłatnie oczywiście, ponieważ oddał mieszkanie, a nowe nie nadaje się jeszcze do zamieszkania. Z naszej rozmowy wynikało, że wielokrotne próby znalezienia noclegu zakończyły się fiaskiem. Facet jest bez dachu nad głową, a na hotel go nie stać. „Może chcesz zarobić parę groszy,  zawsze to coś, przyda ci się, jesteś rencistką, okazja do podreperowania budżetu” – przekonywała. Rozumiejąc dramaturgię sytuacji po namyśle zaproponowałam pokój do dyspozycji z używalnością kuchni i łazienki. Jak trzeba to trzeba, znajomym się nie odmawia!

W niecałą godzinę pojawia się delikwent z walizami. Czuję się nieco  zaskoczona, bo nie miałam nawet czasu, by psychicznie przygotować się na lokatora. Szybko uporałam się z problemem, przygotowałam sypialnię, opróżniłam część szafy, zmieniłam pościel, przygotowałam szafki na kosmetyki  itp., itd., itp., itd… Jak w piosence. Udostępniłam moje łoże, bo innego rozwiązania nie było. Dla siebie postarałam się o łóżko polowe od sąsiadki. Nie byłam zachwycona nową sytuacją, ale skoro obiecałam, to na tydzień trzeba było zrezygnować z własnych wygód. W końcu tydzień wyrzeczeń to nie wieczność, no i nie za darmo, parę euro wpadnie to zaszaleć można w TK Maxx.

Lokator okazał się sympatyczny, dbający o higienę, codzienna kąpiel, gotowanie, telefonowanie, korzystanie z Internetu i godzinne przesiadywanie. W kuchni pojawiły się garnki, kubki, szkliwo, czajnik, patelnia oraz żywność – cała lodówka. Niewygodę i skrępowanie czułam od pierwszego momentu, ale co tam, trzeba było zmienić rytm życia i zacisnąć paszczę. Wszak na krótko, dam radę przecież! Mija tydzień, a tu ani widu ani słychu o wyprowadzce. Jeszcze jeden tydzień… usłyszałam  od lokatora prośbę. No cóż, trzeba być wyrozumiałym, remont się przedłuża, a właściwie się wcale nie zaczął, bo brak prądu, wody i czort wie co. No, ale i tym razem da się wytrzymać! Naturalnie było mi źle żyć pod jednym dachem z obcym mężczyzną. Owszem, znałam go z widzenia. Chłopisko na dwa metry, rzekomo „figura”? Znał Marka – powiadał. Jakiego Marka? – zapytałam. No wiesz, ambasadora… Hm, to ty takich masz kolegów i nie pomogli? – pomyślałam. Z zawodu radca, w Polsce był ponoć prokuratorem, prawo powinien mieć w paluszku. Taki to musi być porządny, najwyższa instancja moralności: nie oszuka, nie wykorzysta, nie kłamie. Wiarygodniś! Okazało się, że pobyt przedłużył się o jeszcze jeden tydzień, w międzyczasie zachorowałam na zapalenie oskrzeli, trzeba było brać antybiotyki i leżeć w łóżku. W moim łóżku leżał wygodnie kto inny, a ja na kozetce w ciągu dnia, nocą na skrzeczącym łóżku polowym. Po trzech tygodniach, kiedy musiałam wziąć druga serię antybiotyków, powiedziałam, że musi sobie poszukać innego lokum. Byłam nadal chora, potrzebowałam własnego łóżka i spokoju. Nie spodobała mu się moja decyzja, ale wtedy byłam już znużoną tą sytuacją i było mi wszystko jedno, co ten człowiek sobie o mnie pomyśli. Miałam głęboko gdzieś, zwłaszcza że intruz czuł się zbyt pewnie i za swobodnie. Odchodząc zabrał tylko część maneli, pojawiał się od czasu do czasu pod pretekstem, bo nadal nie miał gdzie mieszkać, ale byłam już nieubłagalna. Nie i nie! Miał być na tydzień, skończyło się na trzech i w dodatku bez żadnej rekompensaty poniesionych kosztów, bo już zorientowałam się, że za często użala się na brak pieniędzy. Kiedy wspomniałam o pieniądzach, usłyszałam, że jest zaskoczony. ”A to coś nowego” – powiedział zdziwionym głosem.

Jak to coś nowego, a jak myślałeś, że mam ponosić koszty użytkowania prądu, telefonu, wody?

No cóż, nie wiedziałam, że prawnikowi takie sprawy trzeba wyjaśniać, chłop najwyraźniej nie kapował, o co mi chodzi? Cwaniaczek myślał, że pomagam bezinteresownie. No szkoda, że jeszcze nie karmiłam, no i  kieszonkowe mogłam przecież dawać. Do tej pory się nie rozliczył, a minęły już dwa lata, pewnie się więc i nie rozliczy. Przełknęłam tę gorzką lekcję, ale nic bardziej mnie nie złości, niż myśl, że zgodziłam się na to, by w moim łóżku spał intruz. Cwany intruz.

Poezja – Poetry – Poesie / Tuwim

2013 to rok Tuwima. Niezależnie od tego, czy Sejm tak chciał (a w końcu jednak chciał), albo czy Młodzieszy Wrzehpolskiej się to podoba czy nie (się nie podoba).  Poeta urodził się w roku 1894, zmarł w 1953. Ale jest inny powód, dla którego obchodzimy rok tuwimowski. Przed stu laty – 6 stycznia 2013 roku – Kurier Warszawski opublikował wiersz Prośba. Autor miał wtedy 18 lat i była to jego pierwsza publikacja. Wiersz, który dziś publikuję – Berlin 1913 – powstał dopiero kilkanaście lat później, ale chyba jasne jest, dlaczego z całego bogactwa wierszy Tuwima wybrałam właśnie ten.

Julian Tuwim, Berlin 1913, śpiewa Leszek Długosz, muzyka Leszek Długosz albo Zygmunt Konieczny, źródła plączą się w zeznaniach.

O, smętne, śnieżne, nevermore!
Dni utracone, ukochane!
Widzę cię znów w Cafe du Nord
W mroźny, mglisty poranek.

Strach, słodki strach od stóp do głów,
Dygot błękitnych, czułych nerwów,
I sen był znów, i list był znów:
Mgła legendarnych perfum.

Lecz nie ma mnie i nie ma mnie,
I nigdy w życiu mnie nie będzie.
Zostanę w liście, zostanę w śnie,
W tkliwej, śnieżnej legendzie.

Nic o tym nie wiesz. Czekasz, drżąc.
Dzień sennie sypie się i szepce.
Ach, serce moje i młodość mą
W srebrnej nosisz torebce.

Wczoraj? A co to było? Tak:
Carmen, kareta, wino, walce…
Mignęło w oczach. Nie – to ptak,
Wyszyty na woalce.

Pusto i ciepło w tym Cafe.
Zima się w oknie szronem perli.
Nie przyjdę. Idź. Nie spotkasz mnie.
… Wielki, Wielki jest Berlin.

Wiersz powstał w roku 1926. Podobno poeta nie znał Berlina, ani w roku 1913 ani 1926. Podobno było to miasto symbol wolności twórczej i mit pięknej epoki.

Oh klägliches verschneites nevermore!
Verlorene geliebte Tage!
Ich seh´dich erneut im Café du Nord
An einem frostigen Morgen im Nebel.

Angst, süßer Angst, vom Scheitel bis zur Sohle.
Ein Zittern der blauen, empfindsamen Nerven.
Und der Traum war wieder da, und der Brief war wieder da:
Der Nebel der legänderem Pärfume.

Doch ich bin nicht da und bin nicht da,
und nie im Leben werde ich da sein.
Ich bleibe im Brief, ich bleibe im Traum,
in der zärtlichen, verschneiten Legende.

Nichts weißt du darüber. Du wartest zitternd.
Der Tag plätschert schlaftrunken dahin und flüstert.
Ach, mein Herz und meine Jugend
trägst du in einer silbernen Handtasche.

Gestern? Und was war das? Ja:
Carmen, Kutsche, Wein, Walzer…
Es blinkte in den Augen. Nein – es war ein Vogel,
Gestickt an einem Hutschleier.

Leer und warm ist´s in diesem Café.
Der Winter perlt am Fenster mit Rauhreif.
Ich komme nicht. Du triffst mich nicht.
… Groß, groß ist Berlin.

Übersetzt RL Andreas, wobei RL “Reiseleiter” bedeutet. Er ist nämlich einer.

Oh, dismal, snowy nevermore!
Days lost and adored!
I see you again in the Café du Nord
On a frosty, foggy morn.

Fear, sweet fear from head to toe,
The quiver of blue and tender nerves,
A dream came so, and a letter came so:
Fog of legendary perfumes.

Though I am not and I am not,
And I will never be.
In a letter caught; in a dream, caught
In a gentle, snowy mythology.

You know not of this. Only wait, trembling.
As the day sleepily spills and whispers.
Oh, this heart of mine, this youth,
You carry with you in your silver purse.

Yesterday? But what was that?
Carmen, coaches, wine, and waltzes…
Flash before my eyes. No – a bird,
Sewn onto the veil around your hat.

It’s empty and warm in this Café.
Winter frosts the glass like skin,
I won’t come. You won’t see me. Go away.
…Great, great is the city of Berlin.

Translation Pacze Moj

Wiersze babci

Sigil of Scream, którego poznaliśmy już tu jako tajemniczego poetę i pełnego fantazji prozaika, tym razem w roli archeologa wartości kulturalnych.

Wiersze babci

Poniższe wiersze to swego rodzaju białe kruki. Są zapomnianymi perłami polszczyzny – ich szczególne piękno i liryzm nie pozwalają przejść obok nich obojętnie. Postanowiłem opublikować je tutaj, aby uchronić je od zaginięcia, albowiem sądzę, iż znane są aktualnie bardzo niewielu osobom. Wszystkie przedstawione tu wiersze zostały przeze mnie spisane z pamięci, tak jak przedstawiła je mi moja babka, Halina. Pochodzą one z czasów przedwojennych, przynajmniej część z nich znajdowała się wtedy w podręcznikach szkolnych. Dokładne datowanie, czy nazwiska autorów nie są mi jednak, niestety, znane – choć ostatni utwór, jak wierzę, jest autorstwa mojej babci. Sam staram się od kilku lat odnaleźć źródła tych tekstów, lub jakiekolwiek informacje związane z ich genezą – dotychczas jednak nie było mi to dane. W związku z powyższym, prosiłbym każdego z czytelników, który mógłby pomóc w ustaleniu tych informacji, o kontakt.

Przystępując do lektury, warto mieć na uwadze, iż wiele elementów tworzących formę tych utworów, mogło zaniknąć lub ulec przekształceniu w przekazie ustnym. Z tego powodu cała interpunkcja i wersyfikacja zostały przeze mnie powtórnie stworzone, dla potrzeb tego zapisu. Tytuły utworów mają także często charakter roboczy, ponieważ nie wiem, jak brzmiały w rzeczywistości. Miejscami teksty zostały zrekonstruowane, co zostało zaznaczone w nich przy pomocy nawiasów kwadratowych. Utwór Głód nastręczał w tej mierze największych trudności, z uwagi na swą nieharmonijną budowę – możliwe więc, iż nie udało mi się w nim zachować oryginalnego układu wersyfikacji. Moje wątpliwości dotyczą tutaj głównie budowy i położenia szóstej zwrotki. Przy wprowadzaniu własnych poprawek kierowała mną chęć podtrzymania unikalnego charakteru każdego z wierszy. Mam nadzieje, iż udało mi się to osiągnąć, właściwa ocena mych wysiłków należy jednak do czytelnika.

[Wiosna]

Ukołysałaś mnie, wiosno cicha,
Ukołysałaś…
Jestem jak lilia, co w polu wzdycha,
W zadumie cała.
W blaskach się słońca kąpię co rano,
W rosie przejrzystej.
I patrzę w przestrzeń
Łzami zalaną,
Lub w błękit czysty.

Z dala dochodzi cicha muzyka
Brzóz i topoli.
I cichy spokój duszę przenika,
Serce mniej boli.
Nad wodą zwiesza srebrzyste puchy
Wierzba płacząca
I senne brzozy – stoją jak duchy
W blaskach miesiąca.

A nad [głębiami], na ciemnym stawie
Łódź się kołysze.
Sen to, czy jawa?
Nie wiem już prawie
Idąc w tę ciszę…

Opale

Na wyświetlone poświatą dale
Kładą się złudnych blasków opale.
Przed ścichłym sercem kraina czarów
Urokiem błyska z nocnych oparów,

Ach, iść tak ciągle przed siebie nocą,
Kiedy na niebie gwiazdy się złocą!
W duszy nie zgasić swojej tęsknoty
I ukraść gwiazdom ich uśmiech złoty.

Marzenia swoje w blaskach zanurzyć
I nie dać szczęścia swojego zburzyć!
Uściskiem objąć ziemię ojczystą,
W błękitach przetrwać modlitwą czystą.

Rozmawiać nocą mową bez słowa,
Gdy księżyc swoją tarczę już schowa.
I oczy wysłać na senne dale
Gdzie świecą złudnych blasków opale.

 
Głód

Przyszedł…
Na progu chaty przywarował,
Ostatnie kęsy z ust wyjmował,
Przyszedł do naszej chaty głód.

I z każdym dniem,
I z każdą chwilką
Niedola w sercu jak płomień wzrasta.
Nie czas rozpaczać,
Trudno!
Trzeba iść do miasta…

Raz jeszcze wierzbę przytulić przed chatą
Jak za dawnych dni…
Jak za dawnych, minionych
I słonecznych dni…

 A potem? Cóż potem
W świat…
Przestańcież płynąć z oczu
[Natrętne], nieznośne łzy!

 Coraz dalej i dalej,
I sad czerniejący,
I ostre kolce przydrożnego głogu,
I dach słomiany, złotogłowy,
I matka stojąca jak posąg na progu…

Coraz dalej i dalej…
A w sercu ostał się jeno ten zagon ojcowy.
Nie moje ręce będą go orały,
W świat mnie wygnano,
Mnie, tej ziemi syna…
Więc nie bądź [mi gniewny] zagonie ojcowy,
Że ja, choć cię tak kocham, jednak odejść muszę.

Hej, przylecą z wiosną marcową bociany,
Radośnie w gnieździe swoim z rana zaklekocą!
Sroczka płochliwie na płocie zakracze,
Rozkołysze się sad [upojną] wonią wśród nocy!

Tylko ja tego nie będę już widział,
Tylko ja tego już nigdy nie zobaczę…

 O ziemio, która byłaś dla duszy mej chłopskiej
Jedyną prawdziwą i bliską kołyską!
Zostawiam tobie serce,
Proste i uczciwe,
Zostawiam tobie, ziemio moja, wszystko!
I może kiedyś ciężar z ramion moich zrzucę,
Na złoto się zmieni ma dola i praca –
A wtedy, jak bóg na niebie, do ciebie powrócę,
Ziemio matko, do której się zawsze powraca.

Artur-Grottger-GlodArtur Grottger, Głód (rysunek z cyklu Wojna, 1866-1867)

Halina Solska

Zima

Teraz, kiedy już pola bieleją,
Jak dobrze jest marzyć o wiośnie!
O łąkach zalanych słońcem,
O kwiatach pachnących radośnie.

I o tym wszystkim dalekim,
Co gdzieś za nami zostało.

Teraz, kiedy na ziemi
Tak cicho,
Tak pusto,
Tak biało…

PS.
Bóg nie mógł być wszędzie, więc stworzył babcię.
Autor nieznany

Poezja – Poetry – Poesie – Poesía / Lorca

IGANCIO SANCHEZ MEJIAS – a las cinco de la tarde

Federico García Lorca „LAMENT NA ŚMIERĆ IGNACIA SANCHEZ MEJIAS” (Llanto por Ignacio Sánchez Mejías, 1934, wyd. 1936). Utwór uważany za najwybitniejsze dzieło poety, a może nawet za jeden z najważniejszych wierszy współczesnych w ogóle. Czteroczęściowa, pełna przejmującego bólu, elegia poświęcona sławnemu toreadorowi, a jednocześnie przyjacielowi poety, który zginął podczas walki. Irena Kuran-Bogucka, moja matka, tłumaczka Lorki, tak napisała w komentarzach do poezji poety (Wydawnictwo Morskie 1982): Ignacio Sanchez Meijas – słynny torero rodem z Sewilli, rówieśnik grupy poetów pokolenie 27, ich mecenas i serdeczny przyjaciel. Zginął na arenie w Manzanares w sierpniu 1934.

“Cios i śmierć” – refren “O piątej po południu” powtarza się tu 30 razy, jak bicie dzwonu, stanowiąc i litanijny odzew, i afisz corridy, i godzinę rozpoczęcia akcji i preludium tragicznego finału. Kolejne metafory stanowią zapowiedź śmierci, opis ran, agonię najpierw widzianą z zewnątrz, potem odczuwaną przez konającego torera, żałobę tłumu.

1. Cios i śmierć

O piątej po południu.
Była dokładnie piąta po południu.
Niósł mały chłopiec białe prześcieradło
o piątej po południu.
A reszta była śmiercią, tylko śmiercią
o piątej po południu.

Wicher unosił kłęby białej waty
o piątej po południu.
Tlen zgasił połysk niklu i kryształu
o piątej po południu.
Synogarlica już walczy z lampartem
o piątej po południu.
Żałobnym tonem zadźwięczały dzwony
o piątej po południu.
Dzwonił arszenik i dymy dzwoniły
o piątej po południu.
Stali w milczeniu ludzie na ulicach
o piątej po południu.
W sercu byk tylko miał triumf i radość!
o piątej po południu.
Kiedy pot w zimny chłód śniegu zastygał,
o piątej po południu.
Kiedy arena jodem się okryła,
o piątej po południu.
Śmierć zniosła jajka wprost w otwartą ranę
o piątej po południu.
O piątej po południu.
Równo
o piątej po południu.

W trumnę na kołach przemienia się łoże
o piątej po południu.
W uszach mu dźwięczą flety i piszczele
o piątej po południu.
Byk już zaryczał wewnątrz jego czoła
o piątej po południu.
Pokój się mienił tęczami agonii
o piątej po południu.
Z niezmiernej dali już idzie gangrena
o piątej po południu.
W zieleni pachwin ostre trąby lilii
o piątej po południu.
Rany płonęły jak ogromne słońca
o piątej po południu.
Szyby pękały pod naporem tłumów
o piątej po południu.
Ach, jak straszliwa piąta po południu!
Wybiła piąta na wszystkich zegarach.
Wybiła czarna godzina piąta.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

grobISM-SewillaSewilla – Grób/ Grab / Grave – Ignacio Sanchez Meijas

1. Cogida and death

At five in the afternoon.
It was exactly five in the afternoon.
A boy brought the white sheet
at five in the afternoon.
A frail of lime ready prepared
at five in the afternoon.
The rest was death, and death alone.
at five in the afternoon.

The wind carried away the cottonwool
at five in the afternoon.
And the oxide scattered crystal and nickel
at five in the afternoon.
Now the dove and the leopard wrestle
at five in the afternoon.
And a thigh with a desolated horn
at five in the afternoon.
The bass-string struck up
at five in the afternoon.
Arsenic bells and smoke
at five in the afternoon.
Groups of silence in the corners
at five in the afternoon.
And the bull alone with a high heart!
at five in the afternoon.
When the sweat of snow was coming
at five in the afternoon.
when the bull ring was covered with iodine
at five in the afternoon.
Death laid eggs in the wound
at five in the afternoon.
At five in the afternoon.
At five o’clock in the afternoon.

A coffin on wheels is his bed
at five in the afternoon.
Bones and flutes resound in his ears
at five in the afternoon.
Now the bull was bellowing through his forehead
at five in the afternoon.
The room was iridiscent with agony
at five in the afternoon.
In the distance the gangrene now comes
at five in the afternoon.
Horn of the lily through green groins
at five in the afternoon.
The wounds were burning like suns
at five in the afternoon.
and the crowd was breaking the windows
at five in the afternoon.
Ah, that fatal five in the afternoon!
It was five by all the clocks!
It was five in the shade of the afternoon!

Translated by Alan S. Trueblood

1. Hornstoß und Tod

Am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittag war es um fünf Uhr genau:
Ein Knabe brachte das weiße Leintuch
am Nachmittage um fünf Uhr.
Ein Korb mit Kalk stand längst bereit
am Nachmittage um fünf Uhr.
Alles andre war Tod und nur Tod
am Nachmittage um fünf Uhr.

Der Wind trug die Watte hinweg
am Nachmittage um fünf Uhr.
Der Sauerstoff säte Kristall und Nickel
am Nachmittage um fünf Uhr.
Schon kämpfen Taube und Pardel
am Nachmittage um fünf Uhr.
Und ein Schenkel mit trostlosem Horn
am Nachmittage um fünf Uhr.
Die tiefsten der Saiten erbrummten
am Nachmittage um fünf Uhr.
Die Glocken des Dunsts, des Arsens
am Nachmittage um fünf Uhr.
An den Ecken Gruppen aus Schweigen
am Nachmittage um fünf Uhr.
Und der Stier nur erhobenen Herzens!
am Nachmittage um fünf Uhr.
Als dann der Schneeschweiß hervorbrach
am Nachmittage um fünf Uhr,
als mit Jod sich bezog die Arena
am Nachmittage um fünf Uhr,
legte Eier der Tod in die Wunde
am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittage um fünf Uhr genau.

Ein Sarg ist, mit Rädern, das Bett
am Nachmittage um fünf Uhr.
Knochen und Flöten tönen im Ohr ihm
am Nachmittage um fünf Uhr.
Ihm brüllte der Stier in der Stirn schon
am Nachmittage um fünf Uhr.
Das Zimmer erschillert vor Todkampf
am Nachmittage um fünf Uhr.
Von weither kriecht schon der Wundbrand
am Nachmittage um fünf Uhr.
Lilienjagdhorn um grüne Weichen
am Nachmittage um fünf Uhr.
Die Wunden brannten wie Sonnen
am Nachmittage um fünf Uhr,
und die Leute zerbrachen die Fenster
am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittage um fünf Uhr.
Ach welch gräßliche fünf Uhr nach Mittag!
Auf allen Uhren wars fünf Uhr.
In des Nachmittags Schatten wars fünf Uhr!

Übersetzung von Enrique Beck

 
Dziś była najpiękniejsza i najjaśniejsza pełnia księżyca w roku 2013, już druga zresztą – zdjęcie Kamila Dobosz. Dziękuję!

ksiezyc-kamiladobosz

1913. Święto wiosny. Frühlingsweihe.

Na całym świecie lato, u nas na blogu też, a tymczasem w Szczecinie wciąż jeszcze wiosna. Ale za to – jaka!

swietowiosny-pracawreWystawa jubileuszowa w stulecie otwarcia Gmachu Głównego Muzeum Narodowego / Ausstellung zum hundertjährigen Eröffnungsjubiläum des Hauptgebäudes des Nationalmuseums
Szczecin / Stettin    http://www.muzeum.szczecin.pl

Wernisaż / Vernissage:                  21.06.2013, 18.00

do / bis:                                                         08.09.2013

Podczas trwania ekspozycji wstęp do wszystkich oddziałów Muzeum Narodowego w Szczecinie jest wolny / Während der Ausstellung ist der Eintritt zu allen Abteilungen des Nationalmuseums Stettin frei.

Text auf Deutsch: 1913-Fruehlingsweihe

swietowiosny21czerwca-8wrzesnia Celem wystawy jest zarysowanie obrazu kultury sprzed stu lat w odniesieniu do problemu dziedzictwa. Rok 1913 okazał się wyjątkową datą. Nie tylko graniczną z punktu widzenia historii politycznej, jako ostatni moment pokoju przed wybuchem Wielkiej Wojny, ale także obfitującą w przełomowe dla XX wieku wydarzenia artystyczne. Na lata 1910–1913 przypadły prace nad merytorycznym i architektonicznym kształtem prezentacji zbiorów Muzeum Miejskiego w Szczecinie, przygotowywanej pod okiem doktora Waltera Riezlera. Temu cenionemu w Niemczech reformatorowi kulturalnemu, łączącemu pasje archeologa klasycznego, krytyka sztuki nowoczesnej i muzykologa, udało się zbudować galeryjną narrację w oparciu o zabytki starożytności, kultur pozaeuropejskich oraz malarskie, rzeźbiarskie i graficzne prace mistrzów zachodnioeuropejskiej awangardy. 1913. Święto wiosny to projekt wystawienniczy, który upamiętniając otwarcie gmachu przy ówczesnym Tarasie Hakena (dziś: Wały Chrobrego), przywołuje interdyscyplinarną metodę pierwszego dyrektora tamtej instytucji – zestawia arcydzieła sztuki pierwszych dekad XX wieku z ich archaicznymi, klasycznymi i prymitywnymi źródłami inspiracji.

Wyjątkowa, reprezentacyjna forma gmachu muzealnego, ukształtowana przez miejskiego architekta Wilhelma Meyera, nadała panoramie pomorskiej metropolii nowy akcent urbanistyczny, zmieniając zarazem sposób postrzegania polityki kulturalnej magistratu. Podtytuł szczecińskiej wystawy jubileuszowej nawiązuje do innego wydarzenia artystycznego tego samego czasu, czyli wiosny 1913 roku, tym razem o skali międzynarodowej – inauguracji paryskiego Théâtre des Champs-Élysées. Otworzył on swoje podwoje głośną premierą spektaklu Igora Strawińskiego Święto wiosny, wykonanego przez Balety Rosyjskie w choreografii Wacława Niżyńskiego i scenografii Nikołaja Roericha. Zarówno oskarżany o „germańskość” budynek teatru, projektowany przez Henry’ego van de Veldego i zrealizowany ostatecznie przez Auguste’a Perreta, jego dekoracje i wyposażenie (między innymi dłuta Antoine’a Bourdelle’a), jak i estetyka wystawianych na jego deskach dzieł scenicznych stanowiły przełom w dziejach sztuki, symbolicznie otwierając nowe stulecie. Do rangi podobnego symbolu urosła również wystawa Armory Show, zorganizowana dwa miesiące wcześniej w koszarach nowojorskiego regimentu – reprezentatywny przegląd współczesnej sztuki europejskiej większości kierunków awangardowych.

Ekspozycję 1913. Święto wiosny pomyślano jako przegląd kluczowych problemów „dzieła totalnego” około 1913 roku, który okazał się także dla szczecińskiego muzealnictwa swoistym „świętem wiosny”. Motywem przewodnim wystawy uczyniono taniec – metaforę witalności i wolności. Odwołanie do trzech wydarzeń – w Szczecinie, Paryżu i Nowym Jorku – pozwala na połączenie perspektywy globalnej, europejskiej i lokalnej. Prezentowane dzieła malarstwa, rzeźby, rysunku, grafiki i rzemiosła artystycznego pochodzą z kolekcji własnej oraz Muzeum Narodowego w Warszawie, Muzeum Narodowego w Gdańsku, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Uniwersyteckiego w Toruniu, Georg-Kolbe-Museum w Berlinie, Akademie der Künste w Berlinie, Städtische Galerie w Dreźnie, Kunstsammlungen w Zwickau, Ernst Barlach Stiftung w Güstrow oraz zbiorów prywatnych. Obiekty te tworzą zazębiające się narracje, a opowieść o źródłach odnowy sztuki została podzielona na cztery części:
1. Baśń słowiańska. Rodzima egzotyka
2. Popołudnie fauna. Nowa Arkadia
3. Wiosna w Paryżu. Artystyczna stolica świata
4. Czarna muzyka. Awangarda i kultury prymitywne

Osią koncepcyjną wystawy jest zestawienie zabytków etnograficznych i archeologicznych z dziełami takich artystów  jak: Abram Jefimowicz Archipow, Ernst Barlach, Émile-Antoine Bourdelle, Béla Czóbel, Kees van Dongen, Xawery Dunikowski, Lyonel Feininger, Marcel Gromaire, Aristide Maillol, Tadeusz Makowski, Georg Kolbe, Max Pechstein, Toma Rosandić, Karl Schmidt-Rottluff, Paul Sérusier, Franz von Stuck, Maurice de Vlaminck, Wojciech Weiss, Eugeniusz Zak i wielu innych.

Kuratorzy / Kuratoren: Szymon Piotr Kubiak & Dariusz Kacprzak

swietowiosny-pracawre2

Kupało, Kupało!

Zbigniew Milewicz

Noc Kupały

Nie znam bardziej pogańskiego święta, które zyskało ciche błogosławieństwo Matki Naszej Kościoła. Święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości było tak mocno zakorzenione w obyczajowości ludów słowiańskich, że rezygnując z rozwiązań siłowych w X – XI w. podjęto próbę zasymilowania go z obrzędowością chrześcijańską. Patronem święta został olbrzym znad Jordanu, św. Jan Chrzciciel, który stosował chrzest w formie rytualnej kąpieli w rzece, zatem wiernym, zwłaszcza obrządku wschodniego, którzy ów rytuał kultywują, pozostawało uwierzyć, że słowo Kupała od wspomnianej kąpieli pochodzi.

Iwan-Kupala-wrozby-z-wiankami-deska-olej-2008-wikipedia-commonsIlustracje: Iwan Kupała, Wróżby z wiankami, 2008; poniżej: Joshua Reynolds, Puk, 1789 i Wojciech Gerson, Kupała 1897 – wszystkie ilustracje z zasobów Wikipedia Common.

Informacje o męskim bóstwie płodności o  imieniu Kupała, sprawującym opiekę nad zalotami i miłosnymi igraszkami, pojawiają się w ludowych podaniach dużo później, bo w wieku XVII. Są  one przypuszczalnie  tylko sentymentalną próbą powrotu do miłych, hedonistycznych korzeni i próbą odebrania kościołowi tego, co sobie przywłaszczył, bo czy takie bóstwo rzeczywiście wcześniej „istniało”, nie wiadomo. Wojciech Gerson zobaczył je jako bóstwo żeńskie i bardzo ładnie mu to wyszło. Kup w języku praindoeuropejskim znaczy jednak pożądać, więc coś na rzeczy jest. Noc Kupały związana jest tradycyjnie z letnim przesileniem Słońca i obchodzona w najkrótszą noc w roku, czyli najczęściej z 21 na 22, albo z 23 na 24 czerwca. W zależności od regionu Polski, bywa też zwana palinocką, albo sobótką, bo w tę noc wszędzie płoną ognie i podobno czarownice zlatują się  na mały sabat. Inna, stara legenda mówi, że sobótka jest uroczystością ku czci pięknej dziewczyny o tym właśnie imieniu. Mieszkała w pewnej wiosce, a kiedy jej narzeczony Sieciech powrócił z wojny i miał swoją wybrankę pojąć za żonę, na mieścinę napadła horda wroga. Podczas odpierania ataku Sobótka zginęła, trafiona w samo serce. Miało się to zdarzyć właśnie w noc letniego przesilenia.

Świętowano ten czas w wielu kręgach etnicznych, nie tylko na Słowiańszczyźnie, podobnie. W obrzędowości nocy letniego przesilenia dwa symbole miały szczególne znaczenie – ognia i wody. Dwa oczyszczające żywioły. Obrządek rozpoczynało rytualne skrzesanie ognia z drewna jesionu i brzozy, a czasem tylko dębu, po uprzednim wygaszeniu wszelkich palenisk we wsi. W ziemię wbijano brzozowy kołek, na który zakładano jesionową piastę, koło ze szprychami, owiniętymi smolną słomą. Następnie wprawiano koło w ruch, tak szybko, że w wyniku tarcia zaczynało się palić. Wtedy koło zdejmowano i płonące toczono do wcześniej przygotowanych stosów. Te układano  zwykle na wzgórzach i owej nocy płonęły one niemal w całej Europie. Na ogniskach składano ofiary z drobnej zwierzyny, ptactwa i magicznych ziół, które miały zapewnić urodzaj oraz płodność ludzi i zwierząt. Skakanie przez ogniska i tańce wokół nich pozwalały ustrzec się od zła, chorób i nieszczęścia. Serbowie od ognisk, które nad ranem dogasały, zapalali pochodnie i obchodzili z nimi swoje zagrody, żeby odegnać złe duchy. W Skandynawii palono ogniska na rozstajnych drogach, albo nad brzegami jezior, a woda, w której trzeba było się zanurzyć miała ponoć właściwości lecznicze. W Finlandii święto letniego przesilenia jest do dziś jednym z najważniejszych w kalendarzu, na Łotwie Ligo i Jani to nawet  daty państwowe, a 23 i 24 czerwca są dniami wolnymi od pracy. Podobnie na Litwie, gdzie 24 czerwca oficjalnie świętuje się Przesilenie. Było to święto znane i w Anglii, skoro szekspirowski Sen Nocy Letniej to też nic innego jak opowieść o tym, co się wyrabia w noc Kupały.

Jako święto miłości, płodności, słońca i księżyca pokazuje nieskończoność ludzkiej fantazji  i zapobiegliwości. Na Litwie śpiewa się pieśń o tym, jak to pierwszej wiosny po stworzeniu świata Księżyc wziął ślub ze Słońcem. Kiedy jednak po nieprzespanej nocy poślubnej wstało ono i wzniosło nad horyzontem, Księżyc je opuścił i zdradził z Jutrzenką. Od tamtej pory obydwa ciała niebieskie są wrogami, którzy wiecznie ze sobą walczą i konkurują – najbardziej podczas letniego przesilenia, kiedy noc jest najkrótsza, a dzień najdłuższy. W Rosji pary skakały przez ogień z figurką Kupały, albo św. Jana na ramionach, kiedy spadała im w palenisko, była to zła wróżba dla ich miłości. W Grecji, przy okazji skoków przez ogień najpierw dziewczęta, a potem chłopcy ogłaszali, że zostawiają za sobą wszystkie swoje grzechy. W kojarzeniu par najlepiej pomagała jednak woda. Zasadniczo zajmowały się tym dawniej głowy rodów, albo zawodowi swatowie, ale w noc świętojańską wszystko było wyjątkowe. Młode dziewczyny plotły wianki z kwiatów i magicznych ziół, wpinały w nie łuczywo i w zbiorowej ceremonii, ze śpiewem i tańcem powierzały je falom rzeki, albo strumienia. Poniżej czekali chłopcy, próbowali je wyłowić i każdy, któremu się to udało wracał i odszukiwał właścicielkę. W ten sposób dobrani młodzi ludzie mogli kojarzyć się w pary bez obrazy obyczaju, wspólnie pójść do lasu na samotny spacer, albo na mokradła, w poszukiwaniu kwiatu paproci, który wróżył szczęście. O świcie wracali do dogasających ognisk, by trzymając się za dłonie, przeskoczyć przez płomienie. Skok ów kończył obrządek przechodzenia przez wodę i ogień i w tym jednym dniu w roku mógł być honorowany, jako rytuał zawarcia małżeństwa.

Jakże to wszystko było romantyczne… O zwyczajach i wróżbach Nocy Kupały, albo Świętojańskiej można pisać w nieskończoność. Kogo ów temat interesuje, odsyłam do bogatej literatury, z której trochę sam ściągałem informacje do dzisiejszego wpisu: m.in. Jerzy Strzelczyk, Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian, Rodzimy Kościół Polski,Noc Kupały.

szekspir-joshua-reynolds-puk-wikipedia-commonsNa finał dwie rymowanki, własnej produkcji:

Kto w wigilię Jana
dziewkę dobrze zmłóci
i se ciut wypije
tego najbliższe tsunami
ani nawet Belka
nie zabije

Monachium, 23 czerwca 2002

344px-Gerson-Kupala

Wiosna

Gdy nie mam nic do roboty
a wokół świat kwitnie
to mnie nachodzą różne głupoty
czasami nawet bezwstydne
Myślę sobie, wielki Boże
wiosna w pełni, lato idzie
chłop i baba
zając, żaba
ptaszek, mrówka
koń i krówka
wszystko gzi się w swym bezwstydzie
kto tym rządzi,
Ty o Panie?
czy Wisłocka?
pochutliwe grzyby kanie?
czy sex sekta spod Serocka?
mniejsza o to zresztą przecie
przyjdzie jesień
za nią zima
śniegiem cały kraj zamiecie
ptaszka wstrzyma,
skurczy, zmrozi
póki więc tak ślicznie w świecie
chędożmy się więc na zapas
ku uciesze Bozi

Monachium, 05 kwietnia 2009

Porady kulturalne
Dobrze Wam radzę, przeczytajcie książkę Zdzisława Skroka “Wymowność rzeczy”. Kiedyś Polska była pełna takich książek i takich autorów. Autorów już nie ma, a książek takich jak ta, już nikt nie pisze.
http://histmag.org/Zdzislaw-Skrok-Wymownosc-rzeczy-7564

Wrota do Grodna

faraRoman Brodowski, nie zapominając o pierwszych piątkach miesiąca, w międzyczasie wraca na Kresy.

Wrota do Grodna

Pociąg wjechał na stację graniczną  w Kuźnicy Białostockiej z dwudziestominutowym opóźnieniem. Na zasypanym świeżym śniegiem peronie stało kilkunastu żołnierzy straży granicznej.

Za każdym razem, gdy przekraczałem tę granicę poziom adrealiny podnosił się we mnie aż do granicy bólu i czułem się  jak ktoś, kto ryzykuje wszystko dla tej jednej wymarzonej chwili, nie będąc pewien czy uda mu się ją przeżyć. Typowa rosyjska ruletka.

Zaprosiłem do udziału w podróży sympatycznego kolegę z Berlina (znanego w  środowisku polonijnym fotografika Stefana Dybowskiego – i to jego zdjęcia ilustrują dzisiejszy wpis), który od dłuższego już czasu nosi się z zamiarem wydania albumu o Kresach, a więc także o Grodnie, z całą moją kochaną Grodzieńszczyzną włącznie. Wiedziałem jednak, że dla Stefana decyzja wyjazdu na teren Białorusi oznaczała jeden wielki  stres, połączony ze strachem, strachem przed wschodnim, brutalnym reżimem. Wiadomości jakie stamtąd napływają a dostępne w polskiej prasie i telewizji nie napawają niestety optymizmem.

(…) Do Grodna dotarliśmy bez przeszkód i gdyby nie fakt że Stefan przez całą drogę, (od samej granicy w milczeniu), przeżywał nazbyt emocjonalnie swój zbliżający się pobyt w państwie, o którym tak wiele złego ostatnimi czasy informowała polska telewizja, można by było powiedzieć, że podróż była bardzo udana.

grodno5(…) Spotkanie literackie wywarło dobre wrażenie. Uczestniczyło w nim kilkunastu pisarzy z Białorusi, Ukrainy, Rosji, Polski oraz reprezentant niemieckiej Polonii, czyli ja. Polonia zgromadzona na sali miała możliwość wysłuchania naszych najnowszych tekstów i wierszy oraz obejrzenia programu artystycznego przygotowanego przez dzieci miejscowej szkoły muzycznej. Wszystko pilnie fotografowane przez Stefana. Najważniejszym momentem spotkania było jednak łamanie się opłatkiem oraz wspólne kolędowanie, rozpoczęte o dziwo przez litewskiego księdza, mówiącego po polsku, a pełniącego kapłańską posługę w białoruskiej katolickiej Farze.

Po zakończeniu oficjalnej części resztę wieczoru spędziliśmy w gronie przyjaciół w przytulnej kawiarence.

Następnego dnia o świcie przyjechał po nas Kazimierz, gospodarz i organizator naszego pobytu, by zawieźć nas, zgodnie z planem, na umówione spotkanie z przedstawicielami grodzieńskiej telewizji w domu Elizy Orzeszkowej.

grodno4– Dzień dobry panom – przywitała nas z melodyjnym, typowo wschodnim akcentem, młoda niewysoka kobieta. – Jestem Anna, a to moi współpracownicy, dodała,  wskazując pana z kamerą i pana z notatnikiem. – Czy ja rozmawiam z panem Romanem?
– Witam panią, tak, to ja.
– Bardzo mi miło pan Roman – rzekła, podając dłoń, którą, jak przystało na zanikający już gatunek dżentelmena, delikatnie musnąłem kącikiem ust. – Czy pozwoli pan, abym dla celów naszej telewizji przeprowadziła w saloniku u Elizy Orzeszkowej wywiad z panem, a potem nagrała w plenerze film o panu?

grodno3Stefan czuł się jak u siebie, fotografując wszystko i wszystkich z pasją, jak przystało na zawodowego fotoreportera, a Kazimierz z Leszkiem stojąc w muzealnej sieni namiętnie o czymś dyskutowali, pokazując palcami w naszym kierunku, jakby wiedzieli o propozycji nagrania filmu.
– Jestem zaskoczony – odpowiedziałem, faktycznie zaskoczony. Co prawda na udzielenie wywiadu jestem przygotowany, ale film na mój temat? O tym nie było mowy w scenariuszu. Jednak po namyśle i przy duchowym wsparciu Stefana oraz jego obietnicy uczestnictwa w tym przedsięwzięciu, wyraziłem zgodę.

Wyszliśmy ze Stefanem z muzeum i zgodnie ze scenariuszem przygotowanym przez panią Annę, mieliśmy się po niej przechadzać, gestykulując i wyraziście ujawniając zafascynowanie architekturą. Na szczęście Grodno jest naprawdę bardzo ładne, czyniliśmy to więc z przyjemnością. Gorzej było ze znalezieniem tematu do rozmowy, który dobitnie ukazywałby nasze głębokie zaangażowanie w sprawy miasta.

grodno1Na szczęście w sukurs przyszły nam dwie młode jasnowłose dziewczyny, które idąc przed nami stały się obiektem naszych rozważań jako przykłady bardzo udanego boskiego dzieła.

Po zakończeniu zdjęć udaliśmy się wszyscy pieszo do kościoła farnego, by obejrzeć nowo odrestaurowany ołtarz. Po drodze rozmawialiśmy o życiu i problemach naszych rodaków mieszkających nad brzegami Niemna.

Okazało się, że bez względu na sympatie polityczne, o jakich mówią nasze rodzime media, i bez względu na to co się dzieje wokół podzielonego Związku Polaków na Białorusi, polska społeczność lokalna nie dzieli się na pro i przeciw, lecz na tych którzy czują swój związek z Polską i tych dla których związek z Polską ogranicza się do posiadanej (często bezprawnie) Karty Polaka. Pierwsi, a jest ich ogromna większość, bo aż 90%, kultywują tradycje przodków, posługują się mową swych ojców, przekazują dzieciom wartości kulturalne i religijne, a jednocześnie, szanując przy tym wartości i prawo narodu i kraju, w którym przyszło im żyć. Nie oznacza to jednak, że popierają to, co się w tym kraju złego dzieje. Tak jak każdy obywatel Białorusi mają prawo do protestu, do walki o sprawiedliwość, o godność, o poszanowanie i to (jeżeli zachodzi taka potrzeba) czynią.

Pani Anna opowiedziała mi o ludziach, którzy walczyli na terenie Grodzieńszczyzny o to, o czym wcześniej mówiłem, a co można zamknąć w jednym słowie – „Polska“. O ludziach organizujących pierwsze po upadku komunizmu szkoły z językiem polskim, pierwsze Domy Polskie miejsca spotkań dla naszych rodaków nad Niemnem, zespoły folklorystyczne propagujące polski śpiew i taniec – i tak dalej, i tak dalej.
Ja niestety wiem, że niektórzy z tych bohaterów za swój patriotyzm, za swoją  charyzmę, za wkład pracy dla dobra polskiej mniejszości, zamiast zwykłego słowa dziękuję ze strony naszych władz, otrzymały policzek – i to za to – że nie stali po „słusznej“ stronie, a byli tylko Polakami. Z problemem  tym spotkałem się osobiście dwukrotnie. Między innymi w Lidzie.

grodno2

Mam nadzieję, że kiedyś społeczeństwo znad Wisły pozna całą prawdę o naszych rodakach  mieszkających na Białorusi, bo dzisiaj zna tylko półprawdy tworzone na potrzeby naszej polityki.

Berlin, czerwiec 2013

PS I:
“Polskojęzyczna regionalna służba informacyjna w Grodnie rozpoczęła nadawanie swoich programów w lutym 2012 roku. Codziennie o 8 rano i 21-ej wieczór nasi słuchacze mogą zapoznać się z informacją z życia naszego regionu, kraju, naszych najbliższych sąsiadów w języku polskim. Słuchać naszego radia można w obwodzie Grodzieńskim. Redakcja RSI jest wdzięczna za uwagę do naszej skromnej pracy panu Romanowi Brodowskiemu, który dał zgodę na to, aby jego dorobek literacki moglibyśmy wykorzystywać w naszych audycjach. Poeta dosyła nam swoje wiersze , a redakcja ma możliwość podarować swoim słuchaczom miłe chwile spotkania ze słowem artystycznym. Dziękujemy za uwagę do naszej skromnej pracy i dziękujemy za pomoc i wsparcie.” Anna Waszkiewicz

PS 2: “Radio finansowane jest przez Urząd woj. Grodna – wydział do spraw religii i mniejszosci narodowych.” Roman Brodowski

PS  3: “Polonia na Białorusi – oficjalnie 396 tysięcy (3,9% ludności); jednak wg szacunków pozarządowych – nawet do 900 tysięcy. W samym obwodzie grodzieńskim mieszka
294 000 Polaków (24,8% ludności).” Wikipedia (http://pl.wikipedia.org/wiki/Polonia)

Kraj miotły i szczotki. Reblog.

krajszczotki

ramka

ZOFIA ZALESKA: Rembrandt i tulipany, wiatraki i kanały – nasz obraz Holandii sprowadza się zwykle do garści klisz i stereotypów. W swojej książce pisze pan o znikomej wiedzy na temat Holandii w Polsce i o powszechnym myleniu pojęć i terminów. Co nam się myli?

PIOTR OCZKO: Ignorancja na temat Kraju Nizin jest w Polsce wszechobecna, choć Warszawę i Amsterdam – to on jest stolicą Holandii, a nie Haga, jak można często przeczytać w wysokonakładowej prasie – dzieli jedynie 1096 kilometrów w linii prostej. Istnieją też rzekomo dwa odrębne języki, „holenderski” i „flamandzki”; ten rażący błąd powtarzają niemal wszyscy publicyści, a nawet niektórzy naukowcy i redaktorzy słowników języka polskiego. Język, którym mówi się w Holandii i w belgijskiej Flandrii to niderlandzki, mający dwie równoprawne odmiany lokalne. Nie ma języka „holenderskiego”, tak samo jak nie ma języka „austriackiego” czy nie było niegdyś „jugosłowiańskiego”. Mylne jest też myślenie o Holandii jako kraju wyłącznie protestanckim. Ewangelicyzm reformowany wpłynął znacząco na kulturę północno-zachodnich prowincji, ale większość ludności była i jest dalej katolicka. Kolejny obiegowy mit dotyczy równości i zamożności holenderskiego społeczeństwa w XVII wieku, Wieku Złotym. W rzeczywistości rozwarstwienie społeczne było wówczas ogromne i większość mieszkańców kraju żyła na granicy nędzy. Przekonanie o owym dobrobycie utrwala też holenderskie malarstwo, to z jego perspektywy postrzegamy często ten kraj.

Odbieramy je zbyt dosłownie?

Tak, tymczasem – wbrew temu, co wielu się wydaje – XVII-wieczne malarstwo holenderskie nie jest realistyczne. Pamiętam, jak się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem na własne oczy zamek w Bentheim, który znałem z obrazu Jacoba van Ruisdaela. Namalował go na stromej, niedostępnej górze, z wieżami tonącymi w chmurach. W rzeczywistości zbudowano go na niewielkim wzniesieniu – artysta po prostu chciał dodać scenie dramatyzmu i uwznioślić temat, dosłownie i w przenośni. Z malarstwem holenderskim wiąże się także inny powszechny stereotyp – o tamtejszej sztuce często myślimy w elitarnych kategoriach wielkich mistrzów. Ostrożnie szacuje się, że w latach 1580-1720 powstało w Holandii co najmniej pięć milionów obrazów, ale większość z nich to dzieła, których raczej nie chcielibyśmy mieć na ścianach.

Skąd pomysł, aby kulturę holenderską badać poprzez obsesję porządku?

W dawnej holenderskiej literaturze i sztuce ciągle natrafiałem na wzmianki o porządku i sprzątaniu, których nie byłem w stanie zrozumieć, tym bardziej że obecnie w Holandii wcale nie jest aż tak czysto. Dziwiły mnie też miotły, nieustannie pojawiające się na obrazach, w grafice, a nawet na słynnych holenderskich flizach. Zacząłem szukać informacji, a gdy okazało się, że niewiele uwagi poświęcono temu zjawisku, sam zacząłem badania. Materiał, który zgromadziłem, zupełnie mnie przytłoczył, nie sądziłem, że będzie tego aż tyle! Ponad dwa tysiące mioteł w holenderskiej sztuce, a i tak to zapewne tylko ułamek. I dziesiątki tysięcy nawiązań do porządku w piśmiennictwie (komedie o sprzątaniu, XVII-wieczne poradniki dbania o schludność, niemal modlitwy o dobre sprzątanie, nawet piosenki o czystości). Dawni Holendrzy nie tylko potrafili kilka razy dziennie szorować mydlinami chodnik przed domem, ale łączyli sprzątanie z kwestiami moralności, patriotyzmu, tożsamości narodowej i religii. Opozycja pomiędzy brudem a czystością wpisała się też w ich kulturę i pojawiała się nieustannie, tak jak rozróżnienie pomiędzy złym a dobrym, ładnym i brzydkim czy dniem i nocą.

szczotka2
Czytaj dalej na stronie dwutygodnika: http://www.dwutygodnik.com/artykul/4531-kraj-miotly-i-szczotki.html

I dla kontrastu…
Janwillem van de Wetering “Siła wyższa” / „Het lijk in Haarlemmer Houttuinem“ / „Outsider in Amsterdam“:
“Jesteś jeszcze młody”, powiedział Grijpstra, “pewnie więc nie wiesz, ale to brud trzyma świat do kupy.”
“Du bist noch jung”, sagte Grijpstra, “und weißt das nicht, aber die Welt wird durch Dreck zusammengehalten.”