Poetry – Poezja – Poesie / Coleridge

Najpiękniejszy angielski wiersz romantyczny – tajemniczy, oniryczny “Kublaj Chan”, zapis wizji opiumowej. Napisany (spisany) w roku 1798, opublikowany, za namową Byrona, w roku 1816.

Xanadu, Szanadu lub Cianadu to letnia stolica Kublaj Chana, mongolskiego władcy Chin (1215 – 1294), znanego nam przede wszystkim z opowieści Marco Polo, który odwiedził go w roku 1266. Czarna dziura na powierzchni Tytana, jednego z księżyców Saturna, została nazwana Xanadu. Tak zatytułowana jest też płyta Oliwii Newton John i tak nazwano pewien gatunek filodendrona i pewien – marihuany oraz sporo różnych hoteli na bajkowych plażach i wiele miejsc w opowieściach fantasy.

Wiersz Coleridge`a jest podobno jedynym dowodem na to, że po opium można mieć kolorowe wizje.

***
Kubla Khan was written in 1798, but it was first published in 1816. Coleridge was addicted to laudanum which brought him visions and agonies with constipation which he thought of as retribution. Laudanum addiction was common because people resorted to it to relieve toothache, which was a part of everyday life in those days.

Kubla Chan
Widzenie miane we śnie

W Xanadu Kubla Chan rozkazu mocą
Pałac rozkoszy wzniósł wspaniały
Gdzie rzeka Alph swe święte wody toczy
W grot głębi, gdzie się gubią ludzkie oczy
Ku morzu, które słońca nie zaznało.
Ziemi dwakroć mil pięć bogatej płodami
Otoczył krąg wyniosły murów z wieżycami.
W środku strumienie kręte na ogród blask lały
Gdzie kwitły mnogie drzewa kadzidlane
I odwieczne jak wzgórza lasy otaczały
Rozsłonecznione polany.

O! tu rozpadlina wskroś cedrów okrycie
Do głębi tnie zielone wzgórze romantycznie
O, dzikie miejsce! Tak święte i zaklęte
Jakby natchniona zanikiem księżyca
Kobieta łkała za kochankiem demonicznym.
Z przepaści, w której wrzawa wciąż w zamęcie trwała
Jakby ziemia powietrze łapczywie wdychała
Przepotężna fontanna co chwila wytryska
I pośród jej wybuchów nagłych, przerywanych
Odłamy skalne jak grad o ziemię miotany
Skaczą, jak omłot w spichrzu na klepisku
I pośród skał tych tańca bez końca, burzliwie
Wystrzela święta rzeka nurtem natarczywym
Pięć mil poprzez meandry i zakola kręte
Lasami, dolinami święte wody toczy
Wpada do grot, gdzie się gubią ludzkie oczy
Z łoskotem z morza martwym łączy się odmętem.
I słyszał Kubla z dali w łoskocie niespokojnym
Jak głosy przodków nową wieszczą wojnę!

Pałacu się unosił cień
Falami kołysany
I mieszał się fontanny dźwięk
Z dźwięcznymi pieczarami
I to był cud dotąd nie widziany
Słoneczny pałac z lodowymi pieczarami

Widzenie kiedyś miałem
Dzieweczki z Abisynii
I grała ona na cymbałach
O górze Abora śpiewała
O, niechaj mi się dziś przypomni
Jak cymbał brzmi, pieśni jej ton
To sprawi piękna radość nieprzytomna
Że razem z brzmieniem rozgłośnym jak dzwon
Wzniosę ten pałac powietrzem objęty
Słoneczny pałac! Jaskinie lodem ścięte!
Ci, którym dźwięki nie są obojętne
Ujrzą je i krzykną widokiem przejęci:
Włos jego falujący, źrenice ogniem zdjęte.
Po trzykroć kręgiem go jak wieńcem
Otoczmy. Niechaj zaćmi nasze oczy
Świętości lęk; bo rosy on utoczył
Miodowej, w Raju mleko pił zaklęte.

przełożył Ludwik Dorn

In Xanadu schuf Kublai Khan
ein Traumschloss, stolz und hehr,
Dort brach der Urquell Alph sich Bahn
durch Grotten, die kein Mensch ersann,
zum sonnenlosen Meer.

Wehrturm und Wall umringen stolz
zehn Morgen reiches Gartenland,
wo Fliederduft und Sandelholz
sich mischt mit Nachtigallenschlag
aus einem Hain, der dort schon stand,
im Licht vom ersten Schöpfungstag.

Im Zederndunkel teilt die Schlucht
den Hügel wie ein Schlangenleib
halb heiligend, halb wie verflucht,
als ob beim Sichelmond ein Weib
beschwört des Höllenliebsten Leib.

Aus dieser Schlucht, die ewig dröhnt
als ob das Land gleich Drachen stöhnt
schnellt sich ein Springquell hoch, erbricht
gezackten Fels und Kies ins Licht
der teils als Hagel auf die Welt,
teils wie die Spreu vom Flegel fällt.

Vom Tanz der Felsen unterm Dom
des Himmels fließt der heilge Strom
määndernd wohl fünf Meilen quer
durch Auen, Gärten, reichen Tann,
zu Grotten die kein Mensch ersann,
stürzt dann sich in ein totes Meer.
Und Kublai hört darin von weit
Kampf, den ein Vorfahr prophezeit.

Der Schatten des Palastes streicht
die Wogen sacht im Spiegelbild,
und Quell und Grotte mischt sich leicht
zum Lied des Wassers, murmelnd mild,
das leis verklingt mit Widerhall,
im Schloss aus Licht und Eiskristall.

In einer Vision ersah
ich dort bei süßem Harfenklang
aus fernem Abessinia
ein Mädchen sitzen und ihr Sang
erzählt vom Berge Abora.

Könnt ich zum Leben dieses Lied
in mir erneuern irgendwie
Musik und Stimme, Gras und Ried
dann ließe mich die Harmonie
das Schloss erbauen in der Luft
das Schloss aus Licht und Eiskristall
so dass es jeder sieht— und ruft:

Gebt acht auf ihn: Sein Lockenhaar
umwallt ihn dreifach und sein Blick
gleicht einer Flamme die versehrt
so weicht vor ihm zurück, zurück
den Honig wilder Bienen nährt
der Milch aus Edens Quellen trinkt.

Pani Irenka reloaded 3

Pani Irenka już u nas była, ale teraz się pozmieniała, uaktualniła i rozrosła do czterech odcinków.  Dwa tygodnie temu był odcinek pierwszy, w zeszłym tygodniu – drugi, dziś – trzeci.

Karolina Kuszyk

No i potem, z tydzień minął, z Netta wracam, patrzę, a na Małopolskiej pod dziesiątką ci sami dwaj w garniturach z klatki wychodzą. I jakoś tak mnie, proszę pani, coś podkusiło z tej ciekawości, że od razu te moje siatki z rąk wypuszczam, wszystko na ziemię leci, a ja na nogach się słaniam, że niby zasłabłam. Nawet nic się nie potłukło, bo tylko ziemniaczki niosłam i ser biały, bo taki dobry twardy w Netcie teraz mają, jak raz do pierogów, a Dawidek to tak za pierogami, że coś okropnego. A oni jak zaraz do mnie przyskakują, jak te moje ziemniaczki zbierają, czy pani się źle czuje, a gdzie pani mieszka, odprowadzimy, pomożemy. No to ja takim słabym głosem, że tu, panowie, zaraz niedaleko. I ten jeden do samochodu wrócił, a drugi mnie pod samą klatkę odprowadził i zaraz opowiada, że oni są z tej świętej radiotelewizji, co to teraz wszędzie nadaje, nawet w Ameryce, że datki zbierają i że ja też na pewno wierząca osoba jestem, i że tu jest wizytówka, Szczęść Boże, miłego dnia, może do pani też kiedyś zajrzymy. A ja, patrz pani, myślałam, że oni z jakiej mafii czy coś. Ech, Irena, mówię sobie, stara jesteś, a w śledztwa, dochodzenia jakieś bawić się chcesz.

I zaraz jakoś potem, chyba nawet na następny dzień, tego młodego ochroniarza od Nowakowej spotkałam. I mówię, dzień dobry panu, moje kondolencje, ale straszna ciekawość mnie wzięła i tak mi się jakoś samo wyrwało: A testament tam jakiś był? A on, że tak, był testament, i tak jakoś w bok patrzy. I nic więcej nie mówi. To sobie myślę, oj, czegoś ty, kochany, mnie chyba powiedzieć nie chcesz. Ale nic nie gadam. A on zaraz na zegarek patrzy i mówi, że mu się spieszy, bo zaraz jego zmiana zaczyna się. I mówię do Dawidka, jak następnym razem z łiskasami zaszedł, że ten ochroniarz od Nowakowej to mi się jednak nie bardzo podoba. I wtedy żeśmy z wnuczkiem to śledztwo zaczęli, co teraz w gazetach o nim piszą, w tym ich internecie i w ogóle wszędzie. Patrz pani, tu mam kupkę całą tych gazet naskładaną. „Nieustraszona emerytka z Sopotu” albo to: „Sopot: babcia z wnuczkiem de… demaskują mordercę”. No, ładnie nawet popisali, chociaż tam  trochę poprzekręcane, raz mam siedemdziesiąt lat, a raz siedemdziesiąt pięć, i trochę jakby nie o nas, tylko o obcych ludziach pisało. Ale wszystkiego i tak nie puścili, bo syn zakazał. Mamusiu, powiedział, swoich kontaktów musiałem użyć na tych dziennikarzy, nie musi zaraz świat cały wiedzieć, że mój syn hakerstwem się zajmuje! Jakim tam hakerstwem, pani. Dawidek po prostu głowę do tych komputerów, internetów ma, i tyle.

Bo wtedy zaraz Dawidek do mnie powiedział: Babciu, może ja bym się jemu przyjrzał. Jak to „przyjrzał”, pytam się. A on, że jak ktoś podejrzany, to najlepiej do jego komputera zajrzeć, bo tam wskazówki w tych listach, mejlach znaczy, różne mogą być. Że w Ameryce tak podobnież robią. Ja to się na tym nie znam, proszę pani, ale kiwam głową i mówię, dobrze Dawidek, to ty się temu od Nowakowej weź przyjrzyj. Ale zaraz na drugi dzień przychodzi i mówi: E, babciu, nic tam takiego nie ma. Nic a nic. Chociaż to wcale podejrzenia nie zdejmuje i niech lepiej babcia jego dalej na oku ma. A wie babcia, kogo na ulicy dzisiaj spotkałem? Marzenkę. Cała zapłakana, mówi, że testament tatuś zmienił. Bo jak po pogrzebie testament otworzyli, to okazało się, że Kwiatkowski przed śmiercią całe swoje oszczędności na świętą radiotelewizję przepisał. Nawet u notariusza byli, żeby może unieważnił, ale notariusz tylko ręce rozłożył i powiedział, że pomóc im nie może, taka wola zmarłego była i już. Żeby tak staremu człowiekowi w głowie namącić, że to, co uskładane dla dzieci miał, tak nagle, szast prast, komu innemu oddał? To już tej świętej radiotelewizji nie wystarczy, ile jej tam co który z tej renciny, emerytury odda, że teraz za testamenty bierze się!? Do czego to podobne, pani?

To ubrałam się tak trochę lepiej i do kościoła idę, do kancelarii. Poprosić chciałam, żeby cofnęli ten testament czy co, no bo jakżeż to tak, żeby teraz córce nic po ojcu nie przypadło się? W kancelarii akurat ten młody wikary był. On taki pracowity bardzo księżyk, bo to i schola, i młodzież ta oazowa, a jak obraz święty Matki Boskiej wędrował, to też on przede wszystkim chodził, bo proboszcz nasz już mocno choruje. Wchodzę, drzwi otwarte, a on tak bokiem siedzi, w komputer patrzy. Ja, pani, wczorajsza nie jestem, i od razu widzę, że to ten ich fej-zbuk. To szczerze tak pani powiem, że zdziwiłam się, bo sam przecież nawoływał w kościele, że młodzi na tych fej-zbukach siedzą, internetach, pornografiach i że to cywilizacja śmierci. Zaraz mi potem w domu Dawidek tego fej-zbuka pokazał, i mówi: babciu, to nic takiego nie jest, zdjęcia takie różne sobie wysyłamy z kolegami. Ale mu powiedziałam: Dawidek, ty z tym fej-zbukiem lepiej uważaj i tak nie siedź wiecznie, bo w kościele mówili, że to cywilizacja śmierci i w ogóle nie dla porządnych ludzi. No ale dlaczego ten wikary teraz sam siedzi i zdjęcia jakieś przegląda? Czy to księdzu przystoi? Ale on mnie zaraz pyta, w jakiej parafianka sprawie, no to ja, że względem świętej pamięci Kwiatkowskiego, bo do czego to podobne, że on na świętą radiotelewizję oszczędności całe zapisał i córka z zięciem z niczym zostali. I mówię, żeby pismo jakieś z parafii wykierowali i testament unieważnili, bo na pewno nieboszczyk w pomieszaniu jakimś przepisał. A on, że to sprawa między Kwiatkowskim a Panem Bogiem. Tak jakby Kwiatkowski samemu Panu Bogu, za przeproszeniem, te pieniądze zapisał. I mówię, że mnie to nie podoba się, i jako parafianka żądam, tak właśnie, żądam, żeby to księża wyjaśnili, bo sama wiem, że chodzą tacy z tej świętej radiotelewizji po osiedlu jak te Jehowe i starych ludzi namawiają, żeby na nich zapisywali. A on tak powoli zaczyna mówić, jakby z wariatką gadał, że to, że tamto, że wola zmarłego, a cel zbożny przecież. Zbożny! Akurat!, pomyślałam sobie. Ciekawe, z czego te garnitury se pokupowali, a ten ich samochód to się aż świeci, taki nowy! No, ale tyle wszystkiego tej rozmowy było, nie więcej, bo on zaraz mówi, parafianko kochana, nie pomogę pani, woli zmarłego zmieniać nie wolno, a my tu zaraz próbę scholi mamy, muszę kościół iść otworzyć, do widzenia, z Panem Bogiem. Do proboszcza jeszcze chciałam iść, żeby wstawił się w tej mojej sprawie, ale proboszcz akurat w szpitalu był, a potem znowu mnie biodro zaatakowało i położyć się musiałam.

 Ciąg dalszy w następną sobotę

Lato germanisty

Dorota Cygan

Usiądźmy sobie może tutaj, skoro się już tu znaleźliśmy, po wyjściu chyba należało pójść w prawo, ciekawe, jak to z biblioteki można niechcący zajść na koniec świata. A w ogóle gdzie my właściwie jesteśmy, ładnie tu nawet, wygląda na kąpielisko, ale swoją drogą to mamy ze 30 stopni, ściana  gorąca. I to niby łagodne oko błękitu, ależ bezruch i żar. No, te zabudowania kąpielowe to mi wyglądają na lata dwudzieste, jak Pan myśli, klinkier, mury po łuku, dzielone okna, ciekawe, ciekawe, für uns zwei Kaffee bitte, no u nich ta kultura nagości jak widać żywa do dzisiaj, jakoś się nami nie krępują, i ten kult zdrowia oczywiście, jedno z drugim nieodłącznie sprzężone, widać, że przetrwało czasy faszystowskie i ma się całkiem dobrze. Ale żar, pozwoli pan, że zdejmę krawat i nogi trochę wyprostuję, coś mój kręgosłup ostatnio odmawia służby, jak posiedzę trochę w bibliotece, też by się przydało odrobinę sportu, ma pan rację, Niemcy nie byłyby sobą bez tej kultury FKK, co u nas nie do pomyślenia, wyobraża pan sobie to święte oburzenie? Ach, te sprężyste ciała i ta naturalność, nam to trochę mimo wszystko obce, pasjonujące owszem, jako zagadnienie socjologiczne, no i motyw literacki rzecz jasna. A czytał pan może Helmuta Ungera… taki tekst z lat dwudziestych… nie pamiętam tytułu… on tam właśnie opisuje konflikt międzygeneracyjny jako różnice w odniesieniu do ciała, z jednej strony kostyczny belfer zapięty pod szyję w czarnym surducie, z drugiej strony prowokacja w postaci nieskrępowanego młodego pokolenia: obnażony żywioł w pełnym słońcu nad wodą. A propos, może ja też sobie zdejmę marynarkę, pozwoli pan, czarne jednak grzeje, jak jechałem do Berlina, nic nie wskazywało…

No ale wracając do tego, o czym mówiliśmy jeszcze w holu, wie pan, ten mój autor miał dość poplątany życiorys, najpierw w najwcześniejszym dzieciństwie silny wpływ braci Grimm, można powiedzieć, że późniejsza trauma z tym się pośrednio wiąże, takie mroczne i krwawe fantazje. Potem, co jeszcze: mieszkanie w skrajnych warunkach, suterena, stąd późniejsze dążenie do światła, ta rozbudowana metaforyka świetlna we wczesnej liryce okresu szkolnego. Dalej, warunki, w jakich żył, raczej ponure, typowo miejskie otoczenie skąpane w stu odcieniach brązu, można się pokusić o tezę, że stąd potem jego niechęć do nazistów, tak to zupełnie nowa teza, jeszcze jej nie opublikowałem, potem w późniejszym dzieciństwie  – no mniejsza o dokładną periodyzację – wakacyjny wyjazd studyjny do Polski, zetknięcie z obcą kulturą zabawy i trwały jej ślad w jednym wierszu, który pozostał fragmentem, może to zresztą zabieg celowy, tak jak fragmentaryczne pozostało to doświadczenie poety, potem, już po maturze, ponowny impuls interkulturowy, spotkanie z cyganką na ulicy w biały dzień, w pełnym słońcu, jej tajemnicza postać będzie się przewijać przez szereg wczesnych poematów, zawsze jako opozycja między ciemnością i światłem, powiedziałbym nawet walka między pierwiastkiem dobra i szatanem, pasjonujące, nikt tego proszę sobie wyobrazić jeszcze filologicznie nie zbadał, no umówmy się, to nie jest łatwe, trzeba by sięgnąć do manicheizmu, prześledzić może generalnie inklinacje jego pokolenia do…, no ale dużo by mówić, myślę, że to w sam raz temat na habilitacje, młode pokolenie w sumie… für uns noch zwei Kaffee bitte, ach, to pani mówi po polsku, studentka germanistyki, no proszę, proszę, polski Berlin, miło nam, tak, tak, my też studiujemy miasto, germaniści powinni, szlachectwo zobowiązuje, mówi pani, że to jest Plötzensee, a tośmy daleko doszli z tego Westhafen, ale zapewniam, wierzymy pani, że woda czysta i ciepła, ale może innym razem. A wie pan, nie myślałem, że to tutaj stracili tych  chłopców od Stauffenberga, gdzieś tu musi być Gedenkstätte, nigdy bym nie pomyślał, że to faktycznie tak blisko jeziora. I teren w sumie ładny, zieleń jeszcze taka soczysta, wiem, wiem, też mam nieczyste sumienie siedząc w murach, chociaż my w sumie dbamy o takie rzeczy, w zeszłym roku byliśmy z żoną i dziećmi prawie tydzień na łonie natury, teraz też, w kwietniu jak było parę dni tak ładnie, poszliśmy się godzinę przejść tak dla zdrowia, trzeba, cóż, nie samym słowem żyje człowiek, hehe. No to jeszcze po małej kawce prosimy. Ależ upał.

Ale wracając do naszych wczorajszych rozmów, przesuńmy się trochę do cienia, to tak, z tymi wpływami heglowskimi na mojego autora to było tak, że widzi pan, najpierw Kaiserreich to jakby Teza, potem krótko znienawidzona Republika Weimarska – czysta Antyteza, nie wydaje się panu? –  a na koniec przygoda z faszyzmem jawi mu się jako Synteza, proszę sobie wyobrazić, niezmiernie ciekawe, też niezły temat, gdyby go jeszcze rozszerzyć o wątki ideologiczne państw zaprzyjaźnionych plus recepcja Hegla, to by może nawet projekt europejski z tego wyszedł, praca przy projekcie zapewniona na trzy lata, na takie rzeczy dzisiaj jest popyt, kto ma dziś czas samemu przerobić tyle literatury, ma pan rację, archiwalia trzeba by koniecznie włączyć, ale na to to już by się przydało ze trzech doktorantów, kontakty do Francji pan ma, no czemu nie, to by się w przyszłości pomyślało o jakiejś Forschungsstelle, spuścizna Hegla nie wiem, całkiem możliwe, że w Berlinie, skoro i pochowany tutaj, rodzina już na szczęście się nie wtrąci, hehe. Odwiedzić grób, a czemu nie, może byśmy po drodze zahaczyli, Benna też bym chętnie zobaczył, dawno już miałem zamiar. Może poprosimy o rachunek. Mówi pani, żeby nad wodę, no, wie pani, na wodę to może popatrzymy  jak pójdziemy na grób Kleista. Ależ upał nieziemski. A wie pan, rok temu mieli tu rok Kleista, parę monografii nawet wyszło, widziałem plakaty na FU, wisiały też w Stabi, a w ogóle to skoro już mamy być nad wodą, po drodze byśmy może tak na godzinę wrócili do Westhafen, dział gazet  jeszcze czynny, a jakże, mają tu wszystko, Gazeta Wyborcza to nikogo nie dziwi, ale oni mają i Życie Warszawy i Trybunę Ludu, proszę sobie wyobrazić, w tych silosach na Westhafen, tak, tak, praktyczny naród. A pan z jakich bibliotek korzystał? Ta żółta przy filharmonii to właśnie Stabi, nie zauważył pan filharmonii, nie nie, nic nie mówię, ja też bardziej siedzę w tekstach, koncerty sind nicht Jedermanns Sache, osobiście wolę sobie w przerwie wyskoczyć do Gemäldegalerie naprzeciwko, no faktycznie ona jest trochę schowana, można jej nie zauważyć, przy okazji możemy zajrzeć, pokażę panu, może się przejdziemy na spacer, do Tiergarten, a nie, nie znam, wie pan, mało zawsze tego czasu, ach, to tam, gdzie kiedyś były te koncerty techno, czytałem. Może jak przyjedzie moja żona, kupię wcześniej jakiś przewodnik, obiecałem sobie, że jak tu będzie, to wreszcie się przejdziemy pod Reichstag i pod Bramę, od pięciu lat sobie obiecuję, od czasu  jak robiliśmy ten projekt Literatura wobec upadku Muru, no mur to tam gdzieś w okolicy przebiegał, a przynajmniej powinien, ach,  też pan jeszcze nie był, to się dobrze składa, przeszlibyśmy się i może omówili przyszły projekt, no cieszę się. To cóż, do widzenia, ja jeszcze trochę mam do kserowania, ależ gorąco okrutnie, a potem do pociągu, mam trochę do poczytania, znajomy mi polecił Spaziergänge in Berlin Franza Hessela, pan wie, rodowitego szczecinianina, niedawno wydane, takie impresje ze spacerów po  mieście w latach 20, autor we wstępie poleca zabranie tej książeczki w letnią podróż, no więc zabrałem, a wie pan kiedy to pisał, w 1929 roku, hehe, choć oczywiście zgaduję, że niewielu pójdzie na Entdeckungsreise des Zufalls, prorocze słowa, hehe. Najbardziej mi się podobało jedno zdanie: Ihr habt keine Zeit? Dahinter steckt ein falscher Ehrgeiz, ihr Fleißigen. Dobre, nie?

Przy okazji sobie myślę, że może by tak wznowić Heinza Knoblocha, te jego opowiastki o Berlinie, ładne rzeczy i nieco bardziej współczesne, wypadałoby przypomnieć czytelnikowi, bo już ci nasi studenci nic zupełnie nie czytają, mówili mi ostatnio, że jeżdżą sobie na jeden dzień do Berlina,  tak po prostu połazić po mieście, podobno w Berlinie jest z dziesięć jezior i ileś kąpielisk. A wie pan, że oni faktycznie znają tu powoli wszystko …

To poprosimy rachunek… Ach, pani już ma fajrant? I jak, co potem, aha, nad wodę, mówi pani, tak, my w przyszłym roku też planujemy, może gdzieś w ciepłych krajach, no niby racja, tu też można,  oni tu w Berlinie mają wszystko… Gdzie, mówi pani? TUTAJ do wody…?! A to faktycznie ciekawa myśl, czytałem ostatnio w felietonie tego klasyka gatunku, jak on się nazywał…

Na plaży

Witam! Kolejna młoda pisarka z Berlina, była już u nas jako tłumaczka, ale teraz z własnym tekstem.

Karolina Golimowska, Na plaży

Kiedy przychodzą takie dni – jak ostatnio, kiedy spocony, zgrzany do ostateczności człowiek bezskutecznie szuka namiastki chłodu w cieniu stołecznych ogrodów, nadpływa wraz z rześkim wiaterkiem znad rzeki myśl: Jakże mogłem zapomnieć! Przecież mamy Wisłę!
(„Na plaży”, Kurier Warszawski, 4 lipca 1936)

 W środy i piątki od rana słychać było w całej kamienicy tupot małych stóp. Dzieci spod siódemki, szóstki i ósemki dobrze wiedziały, kiedy Pola robi nugat; wiedziały też, że do nugatu potrzeba samych białek, ustawiały się więc w kolejce po żółtka na kogel mogel. Kolejka często ciągnęła się z trzeciego piętra aż na sam parter. Pola rozbijała po kolei jajka, tak, że każde żółtko wpadało prosto do kubka nadstawianego małą rączką. Sypała obficie cukrem i zapamiętywała każdy uśmiech, każdą drobną błogość; starała się uchwycić i zachować dla siebie choć trochę tej dziecięcej radości. Lubiła te poranki. Lubiła tę kamienicę, wysokie pomieszczenia i dużą kuchnię. Uspokajało ją mieszanie składników w porcelanowej misie. Regularne, przewidywalne, kojące. Czasami wyobrażała sobie, że cofa w ten sposób czas. Każdy ruch w lewo to jedna minuta wstecz, a może i godzina? Więc mieszała coraz szybciej, energiczniej, żeby wrócić do tamtego lata, do tamtej niedzieli, kiedy było tak gorąco, że nie mogła zebrać myśli i zdecydować, co włożyć do koszyka, co ze sobą zabrać nad Wisłę.

Olejek do opalania i herbatniki, gdyby któraś z dziewczynek zgłodniała. Ręczniki, najlepiej dwa, i słomiane maty, żeby było się na czym położyć na plaży. I ten kryminał, który zaczęła czytać poprzedniego dnia i nie mogła się oderwać. Co to była za książka?

Okropnie denerwowało Polę, kiedy nie mogła sobie czegoś przypomnieć. Tytuły i nazwiska były najgorsze. Jakby ktoś złośliwie wymazywał z pamięci. Aha, i tytoń – bardzo lubiła palić w gorące dni. Dziewczynki ją poganiały. Agusia była tak podekscytowana, że nie mogła przestać podskakiwać i nucić. Tereska naśladowała starszą siostrę we wszystkim, więc w mieszkaniu panował chaos. Wszystko to denerwowało najstarszą Ankę, która ze spokojem malowała paznokcie na szalony fiolet i z odrobiną pogardy obserwowała młodsze siostry i krzątającą się bez planu matkę. Wreszcie były gotowe. Wszystkie cztery. Agusia i Tereska biegły przodem, za nimi objuczone Anka i Pola. Po co nam tyle tych rzeczy, skarżyła się Anka. Pola krzyknęła do dziewczynek, żeby się zatrzymały na przejściu dla pieszych. Przeszły wszystkie razem i wsiadły do tramwaju. Jaka ta Warszawa szczęśliwa w tych upałach, jaka wypoczęta, myślała Pola. Szkoda, że trzy czwarte roku to szara jesienio-zima. Szkoda miasta. Wysiadły i skręciły w lewo, minęły budkę z lodami. Agusia się zawahała, ale bardzo krótko. Stąd można było już biec. Już było widać rzekę i pełną ludzi Poniatówkę. Więc pobiegła, a za nią Tereska piszcząc i krzycząc „mamo, mamo, jest lato!” Pola poczuła na ramionach wiatr. Wreszcie można było oddychać, nad wodą powietrze nigdy nie stało w miejscu. W każdym razie tak się Poli wydawało, dlatego bardzo lubiła spędzać tu upalne dni.

Ktoś zapukał do drzwi. Pola ocknęła się z zamyślenia, poczuła, że ma kompletnie zdrętwiałą od mieszania rękę i w końcu wstała, żeby otworzyć. To Brunon, mąż Anki, wpadł na chwilę, na herbatę. „Jesteś najlepszym dowodem na to, że choćbym nie wiem jak mieszała, to i tak się nic nie zmieni”, fuknęła Pola. Bruno spojrzał na nią ze zdziwieniem, ale nic nie powiedział. Wstawił wodę na herbatę i obserwował, jak jego teściowa skręca papierosa. Zawsze paliła bez filtra. Mawiała, że jak już palić, to porządnie. Najwyraźniej trafił na jeden z jej dziwnych nastrojów. Zmieniali się z Anką, raz on, raz ona, wpadali tu w ciągu dnia, żeby wyrwać Polę z zamyślenia, ocucić z rauszu niespokojnych myśli, przegonić samotność.

„Wie mama, kogo spotkałem idąc tutaj? Ignacego, tego wysokiego piegowatego, co pracował z mamą w szkole przed wojną! Podobno przed powstaniem uciekł do Łodzi i przesiedział tam do końca. Tak samo się uśmiecha i dowcipkuje, jak wtedy, tylko twarz ma jeszcze bardziej pomarszczoną.”

„No proszę, fizyk Ignacy wrócił do Warszawy! Trudno się rozstać, oj trudno”, Pola zaciągnęła się mocno.

„Zaproponowałem, żeby wpadł któregoś dnia na kawę i kawałek nugatu – wzruszył się, że mama wciąż ten nugat robi i że w tej samej kamienicy.”

„Bruno, jak ty możesz zapraszać tu obcych ludzi, sugerować im, że nic się nie zmieniło? Nic nie jest już takie, jak przed wojną, nic! Nie chcę herbaty!”

Bruno nie odezwał się już ani słowem. Przemilczeli wspólnie chwilę, a potem wyszedł.

Pola zapaliła kolejnego papierosa, zapomniała o porcelanowej misie i zamyśliła się na nowo. W kuchni czas odmierzał stary zegar, który już od lat nie wybijał pełnych godzin, tylko kwadranse, nie wiadomo, dlaczego. Pola lubiła te jego ekstrawagancje i zupełnie jej nie przeszkadzało, że często nie wiadomo było, która to właśnie wybiła godzina. Właściwie czas w ogóle mógłby dla niej nie istnieć. Popatrzyła na swoje pomarszczone stopy i postanowiła, że pomaluje paznokcie na szalony fiolet, tak, jak Aneczka przed laty, dodając do lakieru gencjany. Przy trzecim paznokciu u drugiej stopy zadzwonił Ignacy. Czyli Bruno podał mu też numer telefonu, wściekła się Pola.

Ignacy był jedną z niewielu osób, które się wtedy od niej odwróciły. Bardzo jej pomagał po śmierci dziewczynek, ale potem zniknął bez słowa pożegnania i słuch po nim zaginął. „Ignasiu, tak, no tak, to ja, przecież słyszysz.” Nie minęło piętnaście minut, a Ignacy stał przed drzwiami. „Zabieram cię na tort Fedory do naszej ulubionej kawiarni”, oznajmił i już za chwilę szli wspólnie Bagatelą do Placu Unii. Pola w sandałach, dwa niepomalowane paznokcie, reszta fioletowa. Torty Pola lubiła popijać ciemnym piwem, takie może i dziwactwo. Siedzieli w milczeniu. No bo jak tu rozmawiać? Od czego zacząć?

Ignacy odchrząknął. „Dobrze cię widzieć. Tak się cieszę, że cię znalazłem.” „Wierz mi Ignac, bardzo chciałam zginąć w powstaniu.” „Co ty opowiadasz? Pola, bój się Boga! Ty wiesz ilu ludzi z Łodzi nie przeżyło wojny? Aresztowani, wywiezieni do obozów pod byle pretekstem!” Pola pokiwała głową i popiła piwem.

W powstaniu była sanitariuszką, bardzo się angażowała i starała za dużo nie myśleć, nie o dziewczynkach, nie o Romanie i nie o sobie, i o tym, co dalej, też nie. Przeżyła cudem, jakie to dziwne, że właśnie ona. Co to za niezrozumiały boski plan, albo może nieboski i nie plan, tylko przypadek? Może nad światem czuwa jakiś upośledzony bandyta, który upaja się ludzkim nieszczęściem i sprawia, że zapomina się o praktycznych szczegółach, ale o tym, co chciałoby się wymazać z pamięci zapomnieć nie sposób? Co to był, do diabła, za kryminał wtedy? Od lat usiłowała sobie przypomnieć każdy najmniejszy szczegół tamtego upalnego dnia, i zawsze na czymś się zacinała, coś zawsze pozostawało niejasne, nienazwane.

Wisła, potężna i pozornie spokojna, odbijała promienie słońca, szumiała cichutko i szeptem zachęcała do kąpieli. Złudna i okrutna, paskudna i parszywa. Jakże Pola mogła się na niej nie poznać, nie zareagować w porę, nie krzyknąć, nie rzucić się. Zacisnęła obydwie pięści i zamknęła oczy.

„Pola, na miłość boską, ocknij się wreszcie z tego zamyślenia! Nie jesteś sama, jesteś tu ze mną, nie widzieliśmy się od przed wojny, nie cieszysz się ani trochę?”

„A co ty z tym Bogiem dzisiaj, Ignaś, co?”

***
W mieszkaniu było chłodno i cicho, jak zawsze. Pola od razu poczuła się lepiej, wsunęła stopy w pantofle i oparła się o ścianę w przedpokoju. „Dziczeję coraz bardziej”, pomyślała, „biedny Ignacy”. Odkręciła kran w zlewie w kuchni i długo myła ręce w ciepłej wodzie. Od pewnego czasu unikała łazienkowego lustra, które ze znudzeniem przypominało jej o tym, że nie jest już młodą Polą, że nie całe życie przed nią i że książę na białym rumaku już tu był i więcej nie wróci. W kuchni czuła się dużo bezpieczniej.

Czasami wciąż myślała o Romanie i o tym, jak niewiele przedmiotów jej po nim zostało, jak niewiele pamiątek. Ale może to i lepiej, przynajmniej nie musi się martwić, co z nimi zrobić. Choć czasem chciałaby móc wziąć do ręki coś, co należało do niego, zacisnąć palce wokół czegoś o określonym kształcie i funkcji.

Roman odszedł tamtego lata, po tym, jak znaleziono ciała. Powiedział, że musi wyjechać, że nie może już z Polą żyć, że musi się wynieść z Warszawy. Wyjechał z jedną walizką, i słuch po nim zaginął. Zostawił mnóstwo rzeczy, książek, zegarów, które kolekcjonował. Nic nie przetrwało wojny i Pola straciła nadzieję, że kiedykolwiek go jeszcze zobaczy. Nad tym, czy Roman wojnę przeżył, zastanawiała się codziennie.

***
Na plaży tego dnia było mnóstwo ludzi. Ich ulubione miejsce z prawej strony, blisko wody było zajęte, zaczęły więc iść w innym kierunku. Pola i Anka, obładowane, spocone i oszołomione ciepłym powietrzem. Dopiero, gdy ktoś zaczął krzyczeć, Pola zorientowała się, że dziewczynki są niebezpiecznie daleko, że Agusia desperacko wymachuje rękami. Jak mogła nie zauważyć wcześniej, jak to się stało, jak? I dlaczego właściwie tamtej niedzieli nie było z nimi Romana? Co go zatrzymało, co było tak istotne? Upalne niedziele nad Wisłą to był ich rodzinny rytuał. Gdyby z nimi był, wszystko byłoby inaczej. Albo gdyby Pola i dziewczynki zostały w domu, albo wyjechały za miasto. A może wystarczyłoby, gdyby przyszły godzinę później? A może powinna była kazać każdej coś nieść, wtedy wszystko trwałoby dłużej, wtedy mogłaby wejść razem z nimi do wody, wtedy nie siedziałaby teraz w kuchni sama. Na pewno nie. Uwielbiała te swoje hipotezy. Niekończące się gdybanie, pisanie nowych scenariuszy, których Upośledzony nie byłby w stanie wymyślić. Do głowy by mu nie przyszło. Wojnę sobie dla nas napisał, losowo porozdzielał role, wściekała się Pola.

Po wojnie do kamienicy oprócz Poli wprowadziły się tylko dwie rodziny, które mieszkały tu przed powstaniem. Mieszkanie na drugim piętrze zajmowała teraz kobieta z dwoma synami, „Kapuścińscy”, jak ich ochrzciła Pola, co drugi dzień gotowali kapustę. Z kuchni wydobywały się opary, które wypełniały całą kamienicę. Każdy sweter Poli i każda zasłona w jej mieszkaniu, ba, każdy włos pachniał kapustą. Coś okropnego, zwariować można. Wstała i zamknęła okno.

Usiadła przy stole, z szuflady na sztućce wyjęła karty i postanowiła, że dziś położy warkocz. Wszystkie pasjanse zawsze jej wychodziły. Zawsze, i to od zawsze. Bruno się ostatnio mądrzył, że to statystycznie niemożliwe i że albo Pola oszukuje, albo jest czarownicą. Może i jestem, pomyślała i zaczęła się przyglądać damie pik, uśmiechniętej, z obfitym biustem i wachlarzem w ręku.

Było już ciemno, kiedy Pola i Anka wróciły do mieszkania tamtego dnia. Dwie kobiety z koszykiem. Olejek do opalania, kryminał i herbatniki. Nikt nie zgłodniał. Wyszły we cztery, wróciły we dwie. Pola nie wie, która to była godzina, nie wie też, gdzie był wtedy Roman. Pamięta, że spały z Aneczką na dywanie, wtulone w siebie. Cały świat zawęził się do tego jednego pokoju i Pola postanowiła już nigdy z niego wyjść. Nigdy. Postanowiła nigdy więcej nikogo nie kochać, unikać ludzi w ogóle i umrzeć za karę z samotności. Gdyby nie Anka, to pewnie dopięłaby swego. Z pokoju w końcu wyszła, ludzi unikała do dziś, a w stosunku do świata, Upośledzonego i siebie wypracowała pewien dystans, który jak mur z ironii, sarkazmu i czasu oddzielał ją od rzeczywistości. Przebić udawało się czasem tylko Ance, wszyscy inni uważali ją za dziwadło, albo jej współczuli i patrzyli na nią z mieszaniną zakłopotania i smutku. Nie do zniesienia. Wyjątkiem były obce dzieci, skoncentrowane na mieszaniu żółtek z cukrem łyżeczką.

Pola zamknęła oczy, w kuchni wciąż pachniało kapustą i gdyby nie ten pikowy wachlarz, to byłoby zupełnie nie do wytrzymania.

Bara@Bara

W języku suahili barabara znaczy droga, ale skąd mam, prostaczek, o tym wiedzieć.  Wygodniej mi przyjąć dosłowność  kuszącego, polskiego tytułu książki: Bara@Bara, którą podkreśla na okładce para spleciona w miłosnym uścisku. W samczym instynkcie rzucam się na lekturę i dawaj łowić momenty, ale gdzie one? Autorka, jak to kobieta, jedno obiecuje, drugie robi. Funduje mi opowieść o trzech przyjaciółkach, które poznają się na Uniwersytecie Warszawskim w czasach PRL-u, a później… Nie powiem, nie jestem, jak ta słynna bileterka z przedwojennego, francuskiego kina, która mściła się na skąpych klientach, sycząc im w trakcie projekcji do ucha: a zabił sędzia… Następnym razem wiedzieli, że za wskazanie miejsca na sali należy się napiwek.

Ewa i Monika jadą na Zachód, każda swoją drogą, Arleta zostaje w Polsce. Jednej udaje się wyjść korzystnie za mąż, druga ma twardy, emigracyjny start, ale dzięki przyjaciółce też w końcu dostaje się na salony. Berlin, Monachium, Marsylia, Saint Tropez, Majorka, Meksyk, Arizona… W książce, jak w kalejdoskopie, zmieniają się krajobrazy, wnętrza luksusowych willi, partnerzy seksualni, intryga goni intrygę, czasami bohaterki przeżywają jakiś osobisty dramat, ale biednie i nudno im w życiu nie jest. Czyta się więc Bara@Bara gładko, w sam raz jak na letnie wakacje, choć czasem robi się smutno w trakcie lektury. To za przyczyną ludzkiej podłości i pazerności, bo książka pokazuje również światowe kulisy handlu bronią i narkotykami, sexbiznessu, jest także motyw zbrodni.

Z Panią Hanną Märker, autorką książki, która na rynku wydawniczym ukazała się wiosną tego roku w języku polskim, niemieckim, angielskim i hiszpańskim, spotykam się w jednej z rosyjskich knajpek w jej ukochanym Berlinie. Urodziła się w Polsce, jednak od ponad 30 lat mieszka poza jej granicami. Po mamie ma korzenie niemieckie, po ojcu z białogwardyjskiego rodu, który po Rewolucji 1917 roku znalazł schronienie w Polsce – rosyjskie, stąd pewnie uwielbia słowiańskie klimaty, ale nad bezpieczną Szprewą. Książka spodobała się czytelnikom, podobnie, jak wcześniejsze utwory pisarki: Seksualne i nie tylko życie Anny, Zaloguj się!, Seksowna_45_pozna…, Niebezpieczny erotyk.

– Wszystkie książki na mniej więcej jeden temat…

– Widać, że ich Pan nie czytał. Ta pierwsza, to książka psychologiczna, poza tym to są tylko tytuły, kiedy są nośne, książkę łatwiej sprzedać (śmiech)

– Kto jest ich głównym odbiorcą?

– Piszę przeważnie dla kobiet nowoczesnych, inne nie rozumieją mojego przesłania.

– Mężczyźni na ogół słabo wypadają w Bara@Bara, po często dobrym początku zwykle zaczynają zdradzać, przestają dbać o kobiety, czy to nie pewne uproszczenie?

– Co znaczy „po często dobrym początku”? Jako mężczyzna nie zrozumiał Pan nic z mojej książki, jeżeli chodzi o męską płeć. Ogólnie mężczyzna sporadycznie coś stara się zrobić dla kobiety i to tylko wtedy, kiedy ma jakiś cel. Kobiety zbyt często moim zdaniem używają zwrotów: on dba o mnie, on dba o ciebie. Mężczyzna nawet tych słów nie zna. Na początku znajomości na ogół chce się przypodobać kobiecie, potem zatuszować wszelkie swoje małe kłamstwa i duże zdrady, a na końcu potrzebuje opiekunki i najlepiej jak będzie ona od niego o pokolenie młodsza. Jeżeli kobieta jest mądra to odpowiednio wykorzysta wszystkie te fazy dla siebie, ale niestety u większości kobiet największe znaczenie ma chemia lub stworzenie i utrzymanie rodziny, nawet gdy jest to rodzina „umierająca powoli”. Moje bohaterki są inne, są kobietami, które tak jak i mężczyźni potrafią brać z życia wszystko, co fajne. Dlatego w oczach mężczyzny czytającego moją książkę wygląda on słabo, nawet blado. I dodam jeszcze, że kocha się prawdziwie wtedy, kiedy się kocha za nic, ale czy to w ogóle istnieje?

– No to mi się nieźle dostało, jako przedstawicielowi gorszej połowy świata. Pani miała już czterech mężów, wyszłaby Pani piąty raz za mąż?

– Hmmm, czemu nie, to taka miła chwila…

– Zaczyna Pani swoją powieść słowami: nigdy nie uciekaj od miłości – nie warto… Ona i tak cię dogoni! Natomiast na stronie 67 pisze Pani: Fenyloetyloamina wraz z dopamin, wywoływały u niej miłosną ekstazę i euforię, typowe dla zakochanych osób, które jeszcze nie doznały seksualnego zbliżenia z ukochanym. Miłość w Pani pojęciu to zatem tylko chemia?

– Czysta chemia (śmiech)

– Akcja książki toczy się na przestrzeni 25 lat. W tym czasie Ewa i Monika, Pani główne bohaterki, przechodzą rozmaite koleje losu, zmieniają im się charaktery i poglądy na świat, która z nich jest Pani alter ego?

– Żadna, to są postacie całkowicie wymyślone przeze mnie, co nie znaczy, że z pewnymi ich kwestiami, które wypowiadają się nie zgadzam.

– W nocie od autora zaznaczyła Pani, że zbieżność nazwisk, miejsc, dat, sytuacji i innych elementów jest zupełnie przypadkowa. Chodzi między innymi o kryminalne wątki w książce?

– Może Pan sam się domyślić.

– Pani ma ciekawy życiorys. Z wykształcenia – interior design, czyli architekt wnętrz, ale i dziennikarka. Swoje projekty realizowała Pani m.in. w Hiszpanii, na południu Francji i w Kazachstanie. Korespondentka zagraniczna polskiego czasopisma Moda&Styl orazredaktor naczelny My Taste Magazine, niemieckiego periodyku poświęconego luksusowemu stylowi życia. Jakie ma Pani zawodowe plany na przyszłość?

– Z pomocą reżysera Wiktora Grodeckiego z Hollywood przygotowuję się do zrobienia tam filmu, opartego na historii życia Ewy z Bara@Bara. Marzę o reżyserowaniu już pewnie od 20 lat. Pod koniec tego roku projekt powinien być już gotowy.

– Życzę więc, żeby to marzenie spełniło się jak najpiękniej i dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Zbigniew Milewicz

Poezja – Poetry – Poesía / Llach

Lluis Llach

Najsłynniejsza piosenka Solidarności – “Mury” (A mury runą…) przetłumaczona i śpiewana przez Jacka Kaczmarskiego, została napisana za czasów dyktatury Franco przez Lluisa Llacha po katalońsku, ma mniej lub bardziej inną treść, a jej tytuł oznacza… “Słup”.

Poniżej wersja katalońska i hiszpańska, a pod spodem polska i angielska, która jest tłumaczeniem polskiej.

Czy wiecie, że wydźwięk tej piosenki jest strasznie pesymistyczny? Wydaje mi się, że nikt z nas nie chce tego pamiętać!

L’ESTACA

L’avi Siset em parlava
de bon matí al portal
mentre el sol esperàvem
i els carros vèiem passar.

Siset, que no veus l’estaca
on estem tots lligats?
Si no podem desfer-nos-en
mai no podrem caminar!

Si estirem tots, ella caurà
i molt de temps no pot durar,
segur que tomba, tomba, tomba
ben corcada deu ser ja.

Si jo l’estiro fort per aquí
i tu l’estires fort per allà,
segur que tomba, tomba, tomba,
i ens podrem alliberar.

Però, Siset, fa molt temps ja,
les mans se’m van escorxant,
i quan la força se me’n va
ella és més ampla i més gran.

Ben cert sé que està podrida
però és que, Siset, pesa tant,
que a cops la força m’oblida.
Torna’m a dir el teu cant:

Si estirem tots, ella caurà…

Si jo l’estiro fort per aquí…

L’avi Siset ja no diu res,
mal vent que se l’emportà,
ell qui sap cap a quin indret
i jo a sota el portal.

I mentre passen els nous vailets
estiro el coll per cantar
el darrer cant d’en Siset,
el darrer que em va ensenyar.

Si estirem tots, ella caurà…

Si jo l’estiro fort per aquí…

LA ESTACA

El viejo Siset me hablaba
al amanecer, en el portal,
mientras esperábamos la salida del sol
y veíamos pasar los carros.

Siset: ¿No ves la estaca
a la que estamos todos atados?
Si no conseguimos liberarnos de ella
nunca podremos andar.

Si tiramos fuerte, la haremos caer.
Ya no puede durar mucho tiempo.
Seguro que cae, cae, cae,
pues debe estar ya bien podrida.
Si yo tiro fuerte por aquí
y tú tiras fuerte por allí,
seguro que cae, cae, cae,
y podremos liberarnos.

¡Pero, ha pasado tanto tiempo así !
Las manos se me están desollando,
y en cuanto abandono un instante,
se hace más gruesa y más grande.

Ya sé que está podrida,
pero es que, Siset , pesa tanto,
que a veces me abandonan las fuerzas.
Repíteme tu canción.

Si tiramos fuerte…

El viejo Siset ya no dice nada;
se lo llevó un mal viento.
– él sabe hacia donde -,
mientras yo continúo bajo el portal.

Y cuando pasan los nuevos muchachos,
alzo la voz para cantar
el último canto que él me enseñó.

Si tiramos fuerte…

MURY

On natchniony i młody był, ich nie policzyłby nikt
On im dodawał pieśnią sił, śpiewał, że blisko już świt.
Świec tysiące palili mu, znad głów podnosił się dym,
Śpiewał, że czas by runął mur…
Oni śpiewali wraz z nim:

Wyrwij murom zęby krat!
Zerwij kajdany, połam bat!
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!

Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść, dreszcze na wskroś serc i głów.
Śpiewali więc, klaskali w rytm, jak wystrzał poklask ich brzmiał,
I ciążył łańcuch, zwlekał świt…
On wciąż śpiewał i grał:

Wyrwij murom zęby krat!
Zerwij kajdany, połam bat!
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas,
I z pieśnią, że już blisko świt szli ulicami miast;
Zwalali pomniki i rwali bruk – Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam ten nasz najgorszy wróg!
A śpiewak także był sam.

Patrzył na równy tłumów marsz,
Milczał wsłuchany w kroków huk,
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg…

Patrzy na równy tłumów marsz,
Milczy wsłuchany w kroków huk,
A mury rosną, rosną, rosną
Łańcuch kołysze się u nóg…

WALLS

He was inspired and young, they were a legion
He gave them strength with his song, singing that the dawn is near.
They’d light thousands candles for him, smoke rising over their heads,
He sang it was time for the wall to fall…
They sang together with him:

Pull the teeth of bars from the walls!
Tear off the chains, break the whip!
And the walls will fall, will fall, will fall
And will bury the old world!

Soon they knew the song by heart and just the melody without the words
Carried the old meaning, shivers through hearts and heads.
So they sung, clapped to the rhythm, their applause sounding like gunshots,
And the chain was a burden, the dawn was dawdling…
And he still sung and played:

Pull the teeth of bars from the walls!
Tear off the chains, break the whip!
And the walls will fall, will fall, will fall
And will bury the old world!

And they saw their numbers, they felt their strength and the time,
And singing that the dawn is near, they marched into the streets;
They destroyed monuments and uprooted pavements
— This one is with us! This one is against us!
Who’s alone is our worst enemy!
And the singer was also alone.

He looked at the steady march of the crowds,
Silent he listened to the thunder of their steps,
And the walls grew, grew, grew
The chain dangled at the feet…

He looks at the steady march of the crowds,
Silent he listens to the thunder of their steps,
And the walls are growing, growing, growing
The chain dangles at the feet…

Pani Irenka reloaded 2

Pani Irenka już u nas była, ale teraz się pozmieniała, uaktualniła i rozrosła do czterech odcinków. W zeszłym tygodniu był odcinek pierwszy, dziś – drugi.

Karolina Kuszyk

Najpierw to nawet myślałam o panu Stanisławie. Przecież zawsze ten, co nieboszczyka znajdzie, to pierwszy podejrzany, nie? Procedura taka. Ale jaki by pan Stanisław mógł interes mieć, żeby sąsiada swojego? Ani oni się nie gniewali ani nic, o pieniądze też przecież chodzić nie mogło, bo Kwiatkowski, proszę pani, w wojsku całe życie był, to rentę ładną miał, ale za to pan Stanisław w kopalni pracował, to oni teraz z żoną jak pączki w maśle, trójkę dzieci na studia wykierowali, magistry, a jeden syn nawet inżynier. W zeszłym roku nawet w tej, Grecji byli, czy w Hiszpanii. Poza tym pan Stanisław sam słabuje, gdzie on by Kwiatkowskiego, zdrowego chłopa?

Zaraz na drugi dzień po tej stypie u lekarza byłam, bo nadciśnienie mam i cholesterol, chociaż jajek prawie wcale nie jem i mrowi mnie, proszę pani, w prawej ręce. Na to mrowienie lekarz maść mi zapisał i mówi, niech pani tym smaruje rano i wieczorem i zawsze trochę bandażem owinie, powinno minąć. Do ty pory mi od ty maści, proszę pani, nie minęło. Co robić. Ale za to na fizyterapię mnie zapisał, gimnastykę taką specjalną. Dwa razy w tygodniu chodzę, i ręką zawsze trochę poruszam, to nawet trochę przechodzi. No i wracam ja od tego lekarza i jak raz spotykam znajomą taką, ona tam trochę dalej na Cieszyńskiego mieszka. Widzę, że oczy czerwone ma, to mówię, dzień dobry, a co to kochana, stało się? A nic, pani, ona na to, pogrzeb u nas jak raz był. To ja dopiero wtedy patrzę, że ona cała na czarno. Ale co, jak, pytam się, kto umarł? – Pani, Nowakową pani znała, co kiedyś krawcową była? – Tą elegancką? – pytam się. – Co podobnież kochanków sobie sprowadza? – Pani, mąż jej tak młodo umarł, to co miała robić kobieta? – Za mąż znowu wyjść, jak wdowa, tyle to i Kościół dopuszcza, już miałam powiedzieć, a nie młodych takich trzydziestoletnich sobie brać… przecież ona już zdrowo po pięćdziesiątce ma, ta Nowakowa, ale myślę sobie, a po co, na co, nie będę tu gadać na ulicy i pytam się dalej: – Krewny jaki jej zmarł czy co? – Gdzie, pani, to Nowakowa sama umarła! – Cooo? – ażem się za głowę złapała. – Ale co to się stało? – Pani, co to u nas było dwa dni temu. Przychodził do niej jeden taki. Ochroniarz. W Tesco pracuje. Młody, przystojny. I to on ją znalazł, pani, w mieszkaniu, nieprzytomną. Myślał, że może wypiła sobie, bo Nowakowa wypić zawsze lubiła, ale jak pulsu nie mógł wyczuć, to zaraz na pogotowie zadzwonił. Przyjechali na miejsce, popatrzyli i od razu powiedzieli: zgon. Lekarz powiedział, że zawał, ale i tak podejrzenie na tego młodego jest, że niby on zabił, z zazdrości. Bo ona jeszcze takiego innego na boku miała, policjanta. – Całe życie przydupasów miała, niech jej ziemia lekką będzie, ja na to. A tego ochroniarza to ja nawet znam, bo syn mu przecież pracę załatwiał, jeszcze ze szkoły znają się. Ale słychać co było, kłócili się, bił ją czy jak? – Pani, gdzie tam, słychać to tam co innego było… Ale żeby się kłócili, nic a nic. On taki miły mężczyzna, przyjemny. Zawsze dzień dobry pani mi na schodach powiedział. Często my się widywali, przecież ja zaraz pod Nowakową mieszkanie mam. Mnie tam, pani, to nie wydaje się, żeby on zabił. Przychodził, jak potrzebę miał, wiedział, że ten drugi też przychodzi, ale dyskretny człowiek był. I jak on rozpaczał, pani, jak ją karetka odwoziła. Jak na sygnale przyjechali, to jeszcze jakąś nadzieję chłopak miał, a jak jechali z powrotem, Nowakowa w takim czarnym zasuwanym worku, to już bez sygnału, spokojniutko, bez spieszenia. Bo co się z trupem spieszyć mają, nie? – I tak mi ta z Cieszyńskiego opowiada i łzy ociera, widać, że naprawdę lubiła tamtą, nieboszczkę, i już nawet i mnie się tej Nowakowej szkoda zrobiło, latawica była bo była, ale sympatyczna kobieta i taka zawsze szykowna, chociaż jakby mnie się kto pytał, wstydu to ona nie miała za grosz. Ale, co będę gadać, bo to wiadomo, co w drugim człowieku siedzi? Może potrzeby miała takie same jak chłop? Ale prawda też taka, że krzywdy nigdy nikomu nie zrobiła i zrobić nie dała. Jak jej raz dzieciaki piłką okno stłukli, to tylko się śmiała i zaraz po szklarza zadzwoniła. I jeszcze dzieciaków przed rodzicami broniła. Szklarz przyszedł, okno wstawił, ani grosza od niej nie wziął, powiedział, że od firmy dla miłej pani. Potem trochę jeszcze do niej przychodził. I co niedziela w kościele na sumie ją widziałam. Do spowiedzi też chodziła. Ciekawość, co jej tam ksiądz na pokutę dawał. Bo że grzech był, to był. Wiadomo. Ale może te jej grzechy to już nie takie wielkie jak kiedyś? Przecież teraz młodzi ze sobą mieszkają i już przed ślubem uprawiają. Bo wiadomo, że uprawiają, święci nie są. Czy grzech zmienia się? Raz większy jest a raz mniejszy? Jakby tak te trzydzieści lat temu taka u nas na wiosce żyła, proszę pani, to by ją z ambony ksiądz przeklął i z kościoła wyrzucił. A jeszcze gorzej baby by jej dały. No, ale Nowakowa taka nie była, nieżonate do niej tylko przychodziły, kawalery. To może i grzech mniejszy.

No, ale zaraz żeśmy pożegnały się, a ja do siebie i dumam. Takie, myślę sobie, nieszczęście, najpierw Kwiatkowski, potem Nowakowa. I oboje podobnież na serce. Ale nie chorujące, zdrowe? I tak mi to spokoju nie dawało, że aż do syna zadzwoniłam, i mówię, że teraz jeszcze Nowakowa nie żyje i podobnież podejrzenie jest przez policję, że ten młody ją zabił, ale też i nie jest, bo ponoć całkiem dobrze ze sobą żyli, poza tym ona podobnież zawał miała. I mówię, że mnie to zupełnie spokoju nie daje i że chyba nie zasnę i znowu tabletkę na spanie będę musiała brać. Syn się zaraz zdenerwował i mówi: Niech się mamusia przestanie mieszać. Mamusi sprawa czy policji? Mamusiu, ja teraz czasu nie mam, jak się mamusia w detektywa chce bawić, to proszę bardzo, ale niech mamusia nie zapomina, że ja teraz w wyborach kandyduję i że mnie nie bardzo pomoże, jak mamusia będzie wsadzała nos w nieswoje sprawy. Tu chodzi o mój wizerunek medialny, rozumie mamusia?

I sobie, i synowi wtedy przyrzekłam, że przestanę wsadzać nos w nieswoje sprawy, i Pana Boga za grzech ciekawości przeprosiłam. Lato takie ładne przyszło, to i tak prawie codziennie na działce byłam za tymi moimi roślinkami i nawet więcej o tych naszych nieboszczykach nie myślałam. Umarli, bo umarli, widać taka wola Boska i tyle. Ale potem, jakoś tak pod koniec czerwca, wnuczek ze świadectwem przychodzi, zadowolony taki, stopnie pokazuje. Zdać zdał, pani. Dawidek to niezbyt taki jest do uczenia. Ciasto z kruszonką upiekłam, to zaraz ukroiłam, usiedliśmy sobie w stołowym, i tak spoglądam na to jego świadectwo i pytam się, Dawidek, a piątki są z góry do dołu? W żartach tak. A on niby obrażony, że babciu, babcia to by zaraz chciała same piątki, albo lepiej szóstki, całkiem jak tata, tata to też się od razu spytał, a czemu z angielskiego tylko trója, bo angielski to teraz podstawa i że na cholerę on tyle za te korepetycje płaci, a matura już za rok, i żebym się wziął i w ogóle. A na szóstkę z informatyki to nie spojrzał nawet. Oj, już dobrze, Dawidek, dobrze, przecież babcia tak tylko żartuje sobie, nie denerwuj się, mówię, najważniejsze, że żeś zdał i że teraz wakacje masz, nie? A tak w tajemnicy ci powiem, że tata twój też żaden prymus nie był. A teraz, proszę – kandyduje. No, ale ty prosto ze szkoły, to może ciasta ci jeszcze ukroić? I herbatki sobie posłódź. I tak żeśmy sobie posiedzieli, zaraz mój film był, to i popatrzyliśmy razem. No i mi Dawidek zaraz tego samego dnia tych łiskasów przyniósł. Znaczy takie same jak te co reklamują, tylko tańsze. Sama tych puszek przecież ze sklepu nie zatacham, to Dawidek ma przykazane, żeby mi zawsze przyniósł, pieniążków mu daję, to jeszcze mu tam ździebko zostanie, na kino czy na co. I te kotki tutaj, proszę pani, dokarmiam. Takie, co tu chodzą, osiedlowe. Tośmy potem z Dawidkiem jeszcze na dół zeszli z tymi łiskasami, kotkiśmy nakarmili i tak przyglądamy się, jak jedzą, bo to, proszę pani, aż przyjemność popatrzeć. Wzięłabym nawet jakiego, ale tak strasznie kicham po ty sierści! Lekarz mówi, że to podobnież ta, alergia. Alergia, pani. Kiedyś tego nie było. Nowe choroby jakieś teraz wymyślają. Ale powiem pani, że miałam ja z sąsiadami za te kotki. Że niby na klatce sikają, że parszywe, że to, że tamto. Sikają, akurat. Wnuczek przecież wyłapywał i do tej, stylizacji woził, za moje pieniądze, pani, z emerytury, nikt z sąsiadów nie dołożył, a chodziłam pytałam. A jak kocur raz wystylizowany, to już nie zasikuje. A te w kółko Macieju, że sikają i że brudne. Ta Danka najgorsza. W końcu jej powiedziałam, mówię, pani to brudniejsza od tego kota, bo on to się codziennie porządnie umyje, i to nie raz, a pani to tylko szminką buzię pomaza, perfumką pokropi i myśli, że umyta. Myć się trzeba, pani, mydłem! To aż purpurowa się zrobiła. No, ale w końcu ktoś jej powiedział, bo czas był najwyższy. Czasem w windzie, proszę pani, to koło niej po prostu wytrzymać nie można. Fuknęła tylko, i zaraz zabrała się i poszła. I skończyło się. Kot jej brudny. No i tak patrzymy sobie z wnuczkiem na te kotki, aż nagle wnuczek odzywa się: Babciu, a wyjaśniło się z tym, co go u was w piwnicy zabili? Dawidek, mówię, i aż podskoczyłam, gdzie tam zabili, przecież on na serce! A Dawidek tylko głową kręci i tak do mnie: E babciu, babcia to każdą ściemę łyknie. Że co ty mówisz? Ale zrozumiałam, że mu chodziło, że z tym sercem to i może nieprawda. Ale nic nie mówię. A Dawidek dalej: Nie pamięta babcia, jacy tu do niego przyjeżdżali? No, jakiś miesiąc temu będzie? I jak powiedziałem, patrz babciu, jaka fura zajechała. Beemką podjechali, obydwaj w gajerach, a babcia jeszcze wtedy do mnie: Patrz, Dawidek, jacy ładni panowie, a jak ładnie ubrani. Żebyś ty zawsze miał tak spodnie na kant uprasowane, jak będziesz duży. I jak babci powiedziałem, że teraz taki kant na spodniach to obciach. I że to jakieś buraki są. No co, pamięta babcia czy nie? I jak potem z tej fury wysiedli i od razu do Kwiatkowskiego. Wiem, bo zeszłem wtedy na dół. I jak to Dawidek tak opowiada, to mi, pani, jak raz wszystko staje przed oczami. Bo byli tu tacy, ze dwa razy. Niby wiedziałam, ale tak jakoś nie skojarzyłam. Człowiek stary już, do niczego. Jak czasem tabletki gdzie położę, proszę pani, to się naszukam, naszukam, nawzdycham, nadenerwuję. Pięć razy mieszkanie wte i wewte przejdę, a one sobie spokojnie w kuchni na stole leżą. No, ale jak tacy byli, z teczkami, to znaczy, że jest ta, poszlaka. Na filmach zawsze tacy eleganccy to najbardziej podejrzani i w tych teczkach te dolary czy inne czeki mają pochowane. A kto to, pani, może wiedzieć, czy na starość Kwiatkowski za jakie nielegalne interesy nie wziął się.

 Ciąg dalszy w następną sobotę

Pierwszy piątek sierpnia

Roman Brodowski

Sen Filozofa

Podniosłem z ziemi kamień.
Nie leżał na mojej drodze.
Ona raczej w ciernie obrosła,
Raniąc bezlitośnie naiwność
Mojej błędnej interpretacji bytu.

Noszę ten kamień na szyi
Jak talizman jak przeznaczenie.
Nawet nie czuję jego ciężaru.
Kark mam twardszy od skały
Hartowany latami cierpień.

Tylko ciało kłania się ziemi
Niejako w potrzebie spoczynku.
A ziemia otwiera swoje ramiona,
Matczyny symbol spokoju,
Jakby chciała ochronić swoje dziecię.

Wciąż nie potrafię zrozumieć,
Nie potrafię pojąć istoty
Konstrukcji ludzkiego życia,
Która pozwala ogromem cierpień
Budować iluzorycznie prawy Raj.

Ja ponoć z ziemi powstałem
Do ziemi także powrócę.
I stanę się jej wieczną częścią.
Być może leżącym przy drodze
Niepozornym szarym kamieniem,
Elementem stwórczej koncepcji…

Berlin, 11. 02. 2009

Dziwne Pytanie

Czy odnalazłem
Mojego Boga?
Zwyczajnego
Ludzkiego Boga.
Wieczną Ideę,
Pana w modlitwie.
Codzienną radość
Na drodze cierni,
Ojca potrzeby,
Drogowskaz
Mojej logicznej
prostej prawdy?

Nie! – bo prawda,
Właśnie ta prawda,
Nie jest Logiczna
I nie jest prosta.
Tak jak bóstwo,
Samo w sobie
Nieosiągalne
Moim zmysłom,
Niepojęte rozumem,
A będące częścią
Mojego wnętrza.

Od poczęcia
Błądzę drogą
Poznania.
Kieruję kroki
Ku słońcu.
A ono jest raz tu
Raz tam.
Czasami znika,
Kryje swoją
Potęgę w chmurach,
Lecz zawsze
Powraca.

Może to Ono
Jest Boską
Światłością.
Pokarmem
Dla głodnych,
Nektarem
Dla spragnionych
Nadzieją
Dla wątpiących
Nie wiem.
Więc podnoszę
Oczy ku górze
I w myślach
Układam psalmy

Berlin, 09.04.2006

Że nie umiem gotować

O trzeciej w nocy na Facebooku napisałam do Czytelników tego bloga przyzwyczajonych, że wpis pojawia się minutę po pólnocy, że nie ma rady, trzeba poczekać do rana. I poszłam spać. Wpis nadszedł o godzinie 3:37. Niestety ja już spałam.

Tatatata!!!

Dorota Cygan. Trzeci tekst festiwalowy!

Że nie umiem gotować …

…  to Ewa wie. Wie to Każdy, kto nie został poczęstowany bryją nieokreślonej barwy o trudnym do zaakceptowania smaku, kawałkiem czegoś z czymś polanym czymś podobnym, choć trudnym do nazwania. I Każdy to docenia. Przyjaciół z zasady nie częstuję tym, co gotuję, zależy mi na nich. Niezaproszenie i niepoczęstowanie jest oznaką respektu i dowodem prawdziwej przyjaźni. A innych? No cóż, życie generalnie pełne jest ryzyka, jak mawia moja polska przyjaciółka and full of zasadzkas. Widocznie lubią ryzyko. Niemiecka przyjaciółka powiedziałaby w tym miejscu jeder muss selber wissen (uwaga: nieznający niemieckiego powinni się koniecznie nauczyć tego zdania – jest to bodaj najczęstszy komentarz do wszelkich wydarzeń i najważniejsza zasada pedagogiki niemieckiej – mówię serio). Skoro Ktoś zjadł, to widocznie takie doświadczenie było mu potrzebne, der hat was daraus gelernt. Zresztą ludzie przedziwne rzeczy nazywają gotowaniem, ja zaś wolę szczerość. Powiem Wam w zaufaniu, na czym polega dramat takich leworęcznych kucharzy: Często dobrze wiedzą, jak coś powinno smakować i proszę mi wierzyć, bynamniej im to nie pomaga, zwłaszcza w jedzeniu tego, co wysmażyli. Pierwsze zmagania kuchenne pozostają ich jedynymi. Uświadamiam sobie ten fakt po raz kolejny, tym razem po powrocie znad morza po 10 dniach beztroskiego opychania się przysmakami obcych kuchni. Nie życzę Wam takich powrotów z wakacji.

No tak, to że nie umiem gotować, to Ewa wie. Tyle comingoutu może być. Ale że nie jestem w stanie napisać na jutro rano tekstu, dowiedzieć się jednak nie musi, a nawet nie powinna, jeśli chcę, żeby mnie nadal częstowała ciastem czekoladowym i naleśnikami w polewie pomarańczowej, mmmmm…. (Jeśli ktoś tu pomyśli, że nie ma związku między tymi dwoma faktami, to zapewniam, że Ewa poważnie traktuje Czytelników blogu. Jak ja swój żołądek). No, jak by patrzeć, wysmażyć ten tekst trzeba. Już wszystkie czynności pozorujące pracę mam za sobą: sprzątanie biurka, ścieranie kurzu, zredukowanie zapasów czekolady, staranne wycierania ekranu laptopa ściereczką antystatyczną także, wszystko już było. Jeśli za chwilę zajmę się ustawianiem optymalnej wysokości krzesła biurowego i będę to robić z wielką precyzją do rana, a tekst jednak nie powstanie, to będzie mniej więcej tak, jakby – wyobraźcie sobie taką scenę – na salę pełną publiczności wszedł zapowiedziany wcześniej pianista, zasiadł, długo poprawiał krzesło i smoking, gładził klawisze, rozdał kilka uśmiechów, po czym zabrał się i poszedł (w dodatku ciągnąc za sobą oporny instrument). No, takiego numeru zrobić nie mogę. Już mniejsza o ten mój żołądek, ale to scena zupełnie jakby ze skeczu Loriota (porównanie poniżej tej półki jakoś mi nie przychodzi do głowy), sami rozumiecie, nie wypada się mierzyć ze zmarłym mistrzem, zwłaszcza, że nie ma on szans na replikę.

No więc z głodu i desperacji sięgam po notes, który mi podarowała Ewa z przeznaczeniem na przepisy kulinarne. Okrutna kobieta. Podarowała mi PUSTY notes. Taki miała podły zamysł pedagogiczny. Zaglądałam doń od czasu do czasu licząc na to, że może czymś się sam zapełnił. Ale nic. Właściwie powinna mi była podarować Zaczarowany Ołówek, on to przynajmniej miał jakąś moc sprawczą. Tymczasem nie wiedząc, co począć z tym pustym zeszytem, rozkładam go, gdy jestem głodna, w pociągu na kolanach, używając jako tacy (lub, jak mówią germaniści, jako Tablettu) i stawiając na nim kawę rozwijam … nie, bynajmniej nie zapomniane w domu kanapki, tylko wyobraźnię. Czyli zachowuję się mniej więcej tak, jak bohater przeczytanej w dzieciństwie bajki z tomu Dar Rzeki Fly, który nie mając pieniędzy na rybę przesiadywał w kuchni bogatego pana, gdzie wdychając zapach potraw wyobrażał sobie ich smak żując przy tym kawałek suchego chleba. Moje myśli krążą z grubsza wokół jednego zawsze wątku: cóż by to kucharz w tej chwili zaserwował, gdyby miał więcej wyobraźni i rozpoznał, żem głodna. Jednocześnie z braku efektu tych myślowych sugestii zapisuję jakieś przypadkowe słowa hasła na użytek tekstów blogowych. Dyktuje mi je głodna wyobraźnia. Niezaspokojona do samego końca jazdy.

No tak, ale w przypadku kucharza Deutsche Bahn wypada powiedzieć, że czeka on na zamówienie. Które nie zostało złożone. Ewa wszak zamówienie jednak złożyła, i to w sposób nie pozostawiający miejsca na inną interpretację (że może nie na jutro, może nie tekst i może w ogóle nie ja). Więc jeśli los mojego żołądka choć odrobinę mnie jeszcze obchodzi, to jednak wysmażę ten tekst, przynajmniej do rana. Wysmażyć, ba, ale Czytelnik wybredny, nie lubi zwietrzałych przypraw, retorycznej piany, mdłej papki ani zleżałych półproduktów. Tekst musi być zwarty, nie należy go zbytnio rozwałkowywać. Nie zniesie też kuchennego recyklingu, więc robię tekst na zamówienie, na świeżo, będzie rano jeszcze ciepły.  Tak to Ewie wytłumaczę. Ucieram go powoli, trzymam na wolnym ogniu, odstawiam co czas jakiś, by się przegryzł (czekoladką), podlewam (ale to nie wodolejstwo, najszczersza subiektywna prawda!), doprawiam na samym końcu i nie próbuję za często, żeby się zbytnio nie rozsmakować. Ale jednak samo to nie wystarczy, potrawa musi nosić ślad ręki mistrza. Inaczej nie wyjdzie poza, sorry za tę uszczypliwość, poziom Warsu lub Mitropy. A to niestety mały szkopuł, jak się w życiu niczego nie ugotowało oprócz skluszczonego budyniu z torebki, a przypalić potrafi nawet wodę w czajniku.

To może podejdźmy to kwestii serwowanej potrawy zgodnie z wyuczonym zawodowym profilem i zadajmy sobie pytanie filologiczne: Po co kucharz smaży ten tekst, do czego ma się on Czytelnikowi przydać, jakie ma mieć walory poznawcze i cechy stylistyczne, czyli jaki reprezentować gatunek? Decyzja szybka: Otrzymają Państwo małą próbkę prozy motywacyjnej w celu autopromocji. Będzie to przekąska na okazję typu rozmowa z pracodawcą, przyda się Każdemu, kogo czeka w najbliższym czasie trzeci w życiu epizod uzupełniania kwalifikacji, prezentowania swoich silnych stron, tudzież wielkie wyzwanie i ekscytująca zmiana otoczenia zawodowego poprzedzona obiektywnym konkursem umiejętności wraz z nerwicą w pakiecie (gratis). Taki niewielki, acz pożywny poczęstunek. Skoro germanistka może przeistoczyć się w kucharza, to czyż to, co Wam zaserwuje, nie jest cennym impulsem motywacyjnym, którego siły nie sposób przecenić? Dla Was to robię, mając w pamięci (tak, tak, tyle mam już lat i jeszcze więcej doświadczenia) zbawienne skutki masowego przekwalifikowywania w latach 90tych rusycystów na anglistów i germanistów. Teraz mamy etap drugi – germaniści (także owi gjermaniści) przekwalifikowują się na kucharzy, Wam podsuwając najlepsze smakołyki z własnej kuchni, jak widać na załączonym tekściku. Za swój cenny czas poświęcony na czytanie dostajecie więc: nowy bukiet metodyczny, świeże spojrzenie na profesję kucharską oraz słodko-kwaśny posmak po lekturze, wszystko podane estetycznie i w ciepłej temperaturze. Co wierniejsi Czytelnicy mogą liczyć też na preferencyjną cenę przyszłych Blogów Naszych Zebranych, czyli 100 Przepisów Kucharzy Językowych dla Osób Stale Ubiegających się o Pracę.

No to spróbujmy z tą prozą motywacyjną. Posłużymy się w tym celu sprawdzoną zabawą z lat  wczesnoszkolnych, której polecenie brzmiało: „proszę ułożyć zdania z podanymi wyrazami”. Pamiętam, że ideałem było ułożenie jednego zdania ze wszystkimi słowami-hasłami naraz. Może się sprawdzi i tym razem: „Szanowni Państwo, jako kandydatka jestem wykwalifikowaną, elastyczną mobilnością, której dyspozycyjność i odporność na stresogenność i hiperkrytyczność zaskoczy nawet Waszą Królewską Szefowość zapewniając mi Wieczność w aureoli Chrystusowości.”

A jednak pisanie prozy motywacyjnej ma walory literackie (uwaga na funkcję impresywną tego komunikatu). Toż to prawie Białoszewski w swojej samochodowości! Dociekliwym polecam odnalezienie oryginału cytatu! Smacznego!

Architektura wnętrza

Dorota Cygan – festiwal, dzień drugi

Architektura wnętrza

Wchodząc do
środka siebie
lepiej starannie zamknąć
za sobą drzwi
by ktoś za nami
nie wszedł
lub co gorsza nie wcisnął
między drzwi a framugę
brudnego buta
a pod podeszwą
pokiereszowany ochłap
cudzego serca
bezdomny

Domykać szczelnie wynalazek
strażników tożsamości
klamek nie ruszać
w wariatkowie własnego ja
nigdy nie wiadomo
może być tak sobie
albo i gorzej

Wejście awaryjne
czy głuche echo
niedoczekanego pukania
no bądź tu mądry

Gedanke des Tages / Myśl dnia
“Stop making stupid people famous”
Street text somewhere in the world