Poetry – Poezja – Poesie / Shakespeare

361px-Romeoandjuliet1597W sprawie much / about flies / von Fliegen

Romeo & Julia

ROMEO:
‘Tis torture, and not mercy. Heaven is here,
Where Juliet lives; and every cat and dog
And little mouse, every unworthy thing,
Live here in heaven and may look on her;
But Romeo may not. More validity,
More honourable state, more courtship lives
In carrion flies than Romeo. They may seize
On the white wonder of dear Juliet’s hand
And steal immortal blessing from her lips,
Who, even in pure and vestal modesty,
Still blush, as thinking their own kisses sin;
But Romeo may not- he is banished.
This may flies do, when I from this must fly;
They are free men, but I am banished.
And sayest thou yet that exile is not death?
Hadst thou no poison mix’d, no sharp-ground knife,
No sudden mean of death, though ne’er so mean,                        1st Page of 1st Edition
But ‘banished’ to kill me – ‘banished’?
O friar, the damned use that word in hell;
Howling attends it! How hast thou the heart,
Being a divine, a ghostly confessor,
A sin-absolver, and my friend profess’d,
To mangle me with that word ‘banished’?

Romeo_and_juliet_brownFord Maddox Brown (1821 – 1893), Delaware Art Museum

ROMEO:
To jest tortura, nie łaska. Tu niebo,
gdzie Julia żyje; kot każdy, pies każdy,
Nawet mysz drobna, która tutaj żyje,
Przebywa w niebie mogąc na nią patrzeć.
A ja nie mogę? Więcej więc wartości,
Więcej znaczenia, więcej szczęśliwości
Muchy mieć mają niż ma ich Romeo?
Im wolno siadać na przeczystej dłoni,
Na wargach Julii kraść najczystsze szczęście
Z tych ust dziewiczych pełnych pocałunków
Niedopełnionych; mnie tego nie wolno,
Bom jest wygnany. Muchom więcej wolno…
One swobodne, ja jestem wygnany. […]

Przełożył
Jarosław Iwaszkiewicz

Francesco Hayez (1791 – 1882), Villa Carlotta, Tremezzo

Romeo_and_juliet_hayez***
ROMEO:
Nein, Folter; Gnade nicht! Hier ist der Himmel,
Wo Julia lebt, und jeder Hund und Katze
Und kleine Maus, das schlechteste Geschöpf,
Lebt hier im Himmel, darf ihr Antlitz sehn;
Doch Romeo darf nicht. Mehr Würdigkeit,
Mehr Ansehn, mehr gefällge Sitte lebt
In Fliegen als in Romeo. Sie dürfen
Das Wunderwerk der weißen Hand berühren
Und Himmelswonne rauben ihren Lippen,
Die sittsam in Vestalenunschuld stets
Erröten, gleich als wäre Sünd ihr Kuß.
Dies dürfen Fliegen tun, ich muß entfliehn;
Sie sind ein freies Volk, ich bin verbannt.
Und sagst du noch, Verbannung sei nicht Tod?
So hattest du kein Gift gemischt, kein Messer
Geschärft, kein schmählich Mittel schnellen Todes,
Als dies “Verbannt”, zu töten mich? Verbannt!
O Mönch! Verdammte sprechen in der Hölle
Dies Wort mit Heulen aus; hast du das Herz,
Da du ein heilger Mann, ein Beichtiger bist,
Ein Sündenlöser, mein erklärter Freund,
Mich zu zermalmen mit dem Wort Verbannung?

Übersetzt von August Wilhelm von Schlegel

Dlaczego Kresy?

Roman Brodowski

Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, powinienem najpierw odpowiedzieć na inne, a mianowicie – czym były i czym są (do dzisiaj) dla wielu z nas, dla mnie – Kresy?
Dzisiaj, coraz częściej dla większości Polaków, zwłaszcza tych z najmłodszych pokoleń słowo „kresy“ nie oznacza niczego szczególnego, poza tym, że odnosi się do terenów przygranicznych byłej Rzeczpospolitej, leżących obecnie poza jej terytorium, zarówno na Wschodzie jak i na południu (Zaolzie), oraz że używane jest w pojęciu sensu stricto historycznym, geograficznym, politycznym oraz mentalnym. Fakt ten świadczy o małej wiedzy historycznej społeczeństwa i braku zainteresowania tymi, jakże bliskimi dla tysięcy naszych rodaków, terenami, będącymi często kolebką ich rodów, miejscem ich dzieciństwa, czy też dawno opuszczonym gniazdem, po którym pozostały tylko wspomnienia.
Pradziadkowie 2Wiedzą historyczną dotyczącą Kresów niech zajmują się historycy (ale tylko ci obiektywni, rzetelni). Politycy niech nie przeszkadzają w szukaniu społecznego porozumienia pomiędzy tymi którzy na kresach dawno temu żyli, a tymi którzy dzisiaj te tereny zamieszkują, lecz niechaj im w tym pomagają. A poeci, pisarze…, niech piszą o tej kresowej ziemi, o jej mieszkańcach, ich kulturze, tradycji, patriotyzmie. Niech utrwalają w swoich wierszach, poematach, powieściach, piękno przyrody i architektury. Niech przekażą swoim czytelnikom swoje emocje, swoje oddanie, swoje uczucia…, na pamiątkę dla przyszłych pokoleń.

Na Wołyniu byłem tylko raz, i to przed wielu laty. Pamiętam ziemię łucką jak przez mgłę. Może to i dobrze, że dzisiaj nie szukam w przeszłości tamtych emocji, towarzyszących mi podczas podróży po terenie, który czasami pojawiał się we wspomnieniach moich odeszłych już przodków, a który podobnie jak oni, dzisiaj istnieje już tylko w moich sentymentalnych emocjach.
Tak jak po moich przodkach pozostały, znaczone przez czas, kamienie na cmentarnych kopcach, tak i w dalekim, ukraińskim (od lat), pejzażu Wołynia, po starym przysiółku z drewnianym dworkiem, postawionym na kamiennej podmurówce, pozostało kilka obrośniętych mchem granitowych brył oraz resztki zmurszałej studni – niemi świadkowie dawnej świetności.

Siosta pradziadkaCzasami, kiedy zamknę oczy, wydaje mi się, że widzę tamten czas, dramat moich przodków i tysięcy im podobnych, zmuszonych do pozostawienia swoich gniazd, do ucieczki (najpierw) z zaboru rosyjskiego, do innych zaborów w obawie przed zsyłkami, potem (w okresie późniejszym) w głąb świeżo odrodzonej Drugiej Rzeczypospolitej, przed komunistami, aż w końcu w okresie wojennym i powojennym do Polski, przed ukraińskimi „sąsiadami“. Wydaje mi się wówczas, że czuję tamtą atmosferę, głosy tamtych ludzi, ich płacz i ich śmiech, ich siłę i niemoc, ich miłość i nienawiść, ich szarą uwikłaną w naszą historię, rzeczywistość.

Nasz rodowy exodus rozpoczął się już w 1906-7 roku, kiedy to mój pradziadek, wraz z młodą żoną oraz pięcioletnim wówczas dzieckiem (po latach moim dziadkiem) musiał uciekać przed carską policją, po tym, jak podczas rewizji znaleziono u niego „bibułę“ międzynarodówki socjalistycznej. Co prawda pradziadek nigdy nie należał do żadnej organizacji lewicowej, a ulotka mogła być pozostałością po jednym z gości, których zgodnie z zasadą „ gość w dom, Bóg w dom“ przewijało się wielu, to jednak za posiadanie tego typu druków (nawet nieświadomie) groziło zesłanie na Sybir. Na szczęście, podczas rewizji pradziadka nie było w domu, co uchroniło go przed katorgą, ale skazało na ucieczkę. Osiedlił się z rodziną w Radomiu, gdzie mieszkał aż do uzyskania przez Polskę niepodległości. W 1925 roku przeprowadził się do Lublina, gdzie rok później przyszedł na świat mój ojciec.

Na Kresach pozostała jeszcze jego siostra i rodzice, którzy musieli również uciekać do Polski. Tym razem przed bolszewizmem i oprawcami z czerwoną gwiazdą na sztandarach, niosącymi wyzwolonym spod kapitalizmu narodom swoją ideologię, śmierć oraz nienawiść do tak zwanych kułaków i (jak to oni nazywali) burżuazji, począwszy od najdrobniejszej szlachty zaściankowej, a na rodach magnackich skończywszy. Było to w styczniu 1919 roku, zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej i zajęciu części Wołynia przez bolszewików.

Tak – dla nas Polaków ziemia wołyńska, ostatnie (powiedzmy) dwieście pięćdziesiąt lat, począwszy od zaborów, a na rzezi dokonanej podczas ostatniej wojny na ludności polskiej, skończywszy, stała się ziemią przeklęta, ziemią użyźnioną polską krwią, polskimi łzami, polską tragedią. Tej ziemi ze względu na pamięć naszych przodków nie wolno nam nigdy zapomnieć.
Nie oznacza to jednak, że mamy wypominać i szukać pomsty. Wprost przeciwnie. Dzisiaj musimy poszukiwać tego, co łączy, a nie dzieli, co chroni, a nie naraża, co pozwala żyć w pokoju i w spokoju sumienia, a nie wyzwala nienawistne emocje.
Dlaczego o tym piszę i dlaczego tak wiele czasu poświęcam Kresom? Może dlatego, by spłacić dług wdzięczności moim przodkom, dzięki którym jestem, kim jestem. To dzięki ich informacjom, zapisanym w genach, poczułem sympatię do ich gniazda i silną więź z tymi, o których zwykliśmy mówić – Kresowiacy.
To prawda, – jestem genetycznie spłodzonym Kresowiakiem. Odnalazłem swoją kresową tożsamość i jest mi z tym dobrze.

Berlin, 2013

Tyle po nich zostało

W opuszczonej zagrodzie
Historia śpi spokojnie
Czekając przebudzenia
Kolejnego aktu prawdy

Dziko rosnąca jabłoń
Od zawsze wierna ziemi
Na której kwitło życie
Rodzi ocet w owocach.

Stary zwalony żuraw
Zagląda do pustej studni
Zginając zmurszały kark
Trwa w pozie żebraczej

Gliniany pusty dzbanek
Leżący obok krzyża
Okryty wilgotnym mchem
Przypomina o przemijaniu

A Mur z ciemnego kamienia
Podobny do ściany płaczu
Wciąż prosi o proste psalmy
W intencji dawno odeszłych

I tylko w starym dębie
Niby duchy przeszłości
Wołają głosy sumienia
Których dziś nikt nie słyszy

Tyle po Nich zostało,
Ile pozostało ich w nas

Wiersz poświęcam miejscom na Wołyniu, w których kiedyś kwitło życie, a które pozostały dzisiaj tylko w ludzkiej pamięci
Berlin, listopad 2010

Serce dla Grodna

Stanąłem bosymi stopami
Na skąpanym w słońcu
Złotopiaszczystym brzegu
Leniwie płynącego Niemna.

W niespokojnym nurcie,
Jak w otwartej księdze,
Zobaczyłem przeszłość
Zapisaną znakami czasu.

Historię ludzkiego losu
Na wieczność połączyła,
W niezmiennym korycie,
Kresowa, wierna rzeka.

I to miasto, wspaniałe,
Jak zawsze dumne,
Nasiąknięte duchem
W sercach zrodzonej
Naszej polskiej kultury.

Na każdym rogu ulicy,
W każdej otwartej bramie,
Gościnne słowa grodzian,
Polskojęzyczne – witamy!

Odcisnąłem bosymi stopami,
Na złotopiaszczystym brzegu
Leniwie płynącego Niemna,
Znak mojego „ jestem”
Moją małą, polską tęsknotę.

Berlin 04.12. 2008

A nad Bugiem…

A nad Bugiem unosi się mgiełka
I nikt nie pyta do kogo należy
Po jednej stronie płacząca wierzba
Po drugiej zapach rosnącej macierzy.

Nad brzegami słońce leży cieniem
I nikt promieni o paszport nie prosi
Po jednej stronie ptaki wiją gniazda,
Po drugiej…, stada żubrów, łosi.

Zaś w jego lustrze niebo się przegląda
Nikt mu nie zabrania, całe lustro wolne.
Po jednej stronie księżyc srebrny płowy
Po drugiej gwiazdy, niby wojsko polne.

I tylko melodia z każdego brzegu inna
Nikt jej nie może zagłuszyć, wyciszyć
Po jednej stronie tęsknota za Polską
A po tej drugiej, polską mowę słyszysz.

Berlin, 27.09.2009

Wilno

Te małe, brukowe uliczki
Żywe w słowie wieszcza
Kamienie nieco wytarte
Po którym stąpał Adam
Ku swojej wielkiej sławie
Pachnące duchem epoki.

Ta „Ostra święta Brama”
Ostoja Panienki Wileńskiej
Schody nieco skrzypiące
Od wieków takie same,
Niosące radość wiernym
Spieszącym ku światłu.

Te polskowierne kościoły,
Domy spowite modlitwą.
Miejsca wiecznej ciszy
Gdzie czasem słychać głosy
Szeptu dawnej już historii,
W psalmach dziękczynnych.

I ten grób pośród Krzyży.
Napis na czarnej płycie
-„Matka i Serce Syna” –
Ten śpiący snem pokoju
Symbol polskiego świtu,
Twórca naszych Legionów.

Jakże znaną polszczyzną
Rozmawia historia Wilna
Karmiąc chlebem wiślanym,
Pachnąc maciejką po zmroku
Lub jaśminem o poranku.
Powtarzając z tęsknotą.
„Panno, co jasnej bronisz…”

I to jest właśnie Wilno.

Berlin, 11.03. 2009

Krawaty / Krawatten

P1170191To drzewo krawatów jest dziełem Artusa Unival i umieszczone zostało przez artystę na Böhmischer Platz w Berlinie jako zachęta do dziwienia się – za mało się dziwimy, stwierdził Unival i powiesił na wieszaku 777 krawatów. Są one jednak również protestem. “Krawat symbolizuje człowieka władzy – bankiera, menadżera, inwestora. To oni sprawili, że Berlin, a teraz akurat okolica Richard Platz pada właśnie ofiarą gentryfikacji”.

Artus Unival hätte gern, dass Menschen sich mehr wundern, Dinge wieder infrage stellen. Also hat er in Berlin-Neukölln Krawatten aufgehängt. „Der Schlips sei Metapher für Machtmenschen wie Manager, Politiker und Immobilienmakler. Denen haben wir zu verdanken, dass die Mieten steigen und die Gentrifizierung auch in Rixdorf angekommen ist“.

P1170192O gentryfikacji Berlina już tu pisałam, bo sama padłam jej ofiarą. Pisałam też już o tej ślicznej niezwykłej dzielnicy naszego miasta, zwanej Rixdorf czyli Ryszardowo. Ponieważ jednak tekst ukazał się na moim poprzednim blogu, pozwolę go tu sobie jeszcze raz zamieścić.

P1170193Rixdorf ma też drugą nazwę – Czeska Wioska – Böhmisches Dorf. Gdy w zeszłym roku postanowiłam ją (po raz kolejny zresztą) opisać, pojechałam zobaczyć, co się w Czeskiej Wiosce przez lata zmieniło. Zaczęło się od rozczarowania, bo nie znalazłam szyldu z nazwą ulicy “Mala ulica”. NIE BYŁO! Och, Los naprawdę bywa paskudny.

Rixdorf6_KirchgasseCS

To właśnie była, w czasach braci morawskich i do niedawna (znowu) “Mala ulica”.

Podobno na ów szyld wjechał samochód i go zniszczył. Tak mi powiedziały panie w starej szkole braci morawskich, gdzie od kilku lat mieści się muzeum. Poza tym na Rixdorfie niewiele się zmienia.  Będzie inaczej jak na dobre wejdą gentryfikatorzy, a za nimi ich bogaci sponsorzy. Unival już to czuje, ja, człowiek z zewnątrz, jeszcze nie.

“Rixdorf czyli Ryszardów to jedna z licznych wsi berlińskich – i proszę mnie nie poprawiać! – berlińskich a nie podberlińskich. Jak każde wielkie miasto tak i Berlin rozrastał się, pożerając okoliczne wioski i miasteczka, ale w Berlinie ta ongiś wiejska struktura wcale nie zaniknęła.  Kilkanaście dzielnic Berlina nosi wiejskie nazwy, a wcale często są to rzeczywiste wioski zakonserwowane wewnątrz organizmu miejskiego: Britz, Rudow, Wittenau, Reinickendorf, Lübars, Glienicke, Kladow, Zehlendorf, Dahlem… Centrum takiej miejskiej wioski jest mały kościół z cmentarzem, rozległy plac ocieniony wielkimi drzewami, wioskowa knajpa, zwana zazwyczaj “Krug” czyli dzbanek, pobliski dwór i kilka lub kilkanaście niewielkich domów, ni to wiejskich ni miejskich.
Rixdorf leży w samym sercu Nowej Kolonii czyli dzielnicy Neukölln, nazywał się kiedyś Richardsdorp i został założony w średniowieczu przez mnichów-rycerzy z zakonu Joannitów, do których należało prawie całe dzisiejsze Neukölln, podobnie jak pobliski Tempelhof należał do Templariuszy. Jednakże Rixdorf w swej dzisiejszej postaci powstał kilkaset lat później, dokładnie 14 czerwca 1737 roku, kiedy to król Fryderyk Wilhelm osadził tu uciekających z Czech przed prześladowaniami braci morawskich. Nadał im ziemię, prawo budowy miasta i zagwarantował wolność religijną.

Rixdorf1755

Tak na marginesie nasuwa się uwaga, że państwo pruskie, które w historii Polski tak źle się zapisało, cechowała nie pozbawiona wprawdzie kupieckiej kalkulacji, ale jednak znamienna tolerancja. Kolejni królowie pruscy przygarniali pod swe opiekuńcze skrzydła różnych prześladowanych: starowierów czyli filiponów na Mazurach, hugonotów i braci czeskich czyli morawian w Brandenburgii. Rixdorf do dziś nazywa się w języku ludowym “czeską wioską” (böhmisches Dorf), co zresztą miało ongiś pejoratywny wydźwięk. Wioska czeska (podobnie jak zamek w Hiszpanii) była z jednej strony synonimem polskiego zamku na lodzie, z drugiej jednak czegoś dziwacznego i nieznanego, istnieje też określenie “böhmisch einkaufen” – kupować po czesku czyli… kraść.

Jeżeli chcemy zwiedzić Rixdorf, musimy dojechać linią metra numer 7 do stacji Rathaus Neukölln i stąd pójść na piechotę Richardstrasse do Richard Platz. U wejścia na Richardstrasse wisi szyld: Rixdorf. Po drodze miniemy maleńki kościółek braci morawskich – uwaga! wcale nie wygląda jak kościół, tylko jak piętrowy domek XVIII-wieczny z wolnostojącą drewnianą dzwonnicą. Pastor Krebs – doktor historii – jest wielkim przyjacielem Polaków, zajmuje się historią kościołów w Europie Wschodniej i … gra na rogu. O 10 rano w niedzielę można przyjść na mszę i w małej salce, która służy jako kaplica przeczytać po czesku maksymę Jana Husa, patrona morawian: Verny křestane hledej pravdy, slyš pravdu, uč se pravdě, miluj pravdu, prav pravdu, drž pravdu, braň pravdu až do smrti.
Nic dodać, nic ująć!

Od Richardstrasse odchodzi wąski i długi zaułek zwany dziś Kirchengasse, który, jak głosi tablica, do roku 1912 nazywał się po czesku “Mala ulica”. Na zakręcie Małej ulicy stoi budynek parafialny i szkolny braci, dziś już nie używany w tej funkcji, a przed nim pomnik dobrego króla Fryderyka Wilhelma-Dobroczyńcy, wzniesiony przez wdzięcznych potomków uciekinierów. Na rogu Małej ulicy i Richardstrasse – kamień pamiątkowy ku czci Comeniusa-Komeńskiego, najważniejszego przywódcy duchowego morawian. Richardstrasse dochodzimy do wielkiego placu, ze znakomicie zachowaną i do dziś czynną kuźnią. Na południowej pierzei placu znajduje się niemal równie stare przedsiębiorstwo wynajmu powozów i kolejny kościół, tym razem ewangelicko-luterańsko-morawski. W sumie w maleńkim Rixdorfie jest 7 różnych parafii – dwie większe: katolicka i ewangelicka i aż 5 różnych tzw. wolnych kościołów protestanckich.

Z Richard Platz przez Karl-Marx-Platz wracamy do ‘normalnego’ miasta. Na zakończenie niedzielnego spaceru możemy zjeść ‘brunch’ w ‘Cafe Rix’, najładniejszej knajpce w całym Neukölln (Karl-Marx-Str. 141) albo, kawałek dalej i cztery razy taniej, kupić sobie pierwszego w Berlinie jarskiego kebaba.”

17 czerwca 2012 roku, Rixdorf obchodził 275 lat istnienia.

Tekst został opublikowany latem 2012 roku na blogu Qra czyli Nowa Kura, kuchnia i kultura. Blog już nie istnieje.

Zdjęcia krawatów i pomysł na wpis: Dorota Cygan, tekst i zdjęcia z czeskiej wioski: Ewa Maria Slaska

5774

Schanah towah! Shanah Tovah & Hag sameach!Gutes neues Jahr! Good Year! Gut Johr!
Schanah towah umetukah! Gutes und süßes neues Jahr!
A Good and Sweet Year.
Radosnego i spokojnego świętowania!

Leschana towa tikatewu!
Möget ihr eingeschrieben werden (ins Buch des Lebens) für ein gutes Jahr!
May you be inscribed (in the Book of Life) for a good year.
Abyście byli zapisani na dobry rok

5770

Mascha Kaléko, Kadisz

Krwawy krzyk wznoszą maki nad Polski zielony step
W czerni leśnych ostępów Polski czai się śmierć.
Pożółkłe stogi gniją,
Ci, co je siali, nie żyją,
Bledną matki tułacze,
Dzieci wołają z płaczem
O chleb

Ze swych gniazd wygnane ptaki umilkły, żaden nie śpiewa.
Wznosząc w górę gałęzie lamentują drzewa,
A gdy ku Wiśle się chylą z szeptem i szelestem
Na wschód wicher unosi ich rozpaczliwą pieśń,
Z brodatych Żydów modlitewnym gestem.
Drżą rozległe, krwią nasiąkłe ziemie,
Płaczą kamienie.

Kto w tym roku dąć będzie w szofar, jak każe prawo,
Zamilkłym błagalnikom, pod zwiędłą murawą,
Setkom tysięcy, co imion nie mają na grobie,
A tylko Bóg jedyny wie, jak kto się zowie.
Siadłszy na sądzie, trwa z niezłomną mocą,
Aby każdego z Księgi Życia skreślić.
Panie, niech drzew wołanie do ciebie doleci.
Ostatnie światło zapalmy dziś nocą.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

Gierymski_Feast_of_trumpets_IAleksander Gierymski, Święto trąbek I (1884), Muzeum Narodowe w Warszawie

Poetry – Poezja – Poesie / Seamus Heaney

Seamus Heaney. Received the Nobel Prize for Literature in 1995. Two years ago he died in age of 74.

Do we know his poetry? Says it us something, when reading, that “Irish prime minister Enda Kenny compares him to Joyce, Yeats, Shaw and Beckett”. Prime ministers are obliged to says things like that. Or like taht: “His poetry detailed Ireland’s rural past and its violent sectarian strife”.

What we know about Ireland at all? Green green are the fields of Ireland. Stone churches. Elves. Bombs. Big famine. Saint Patrick Day. Blommsday. Green. Joyce. Rain. Rain. Rain.

Rain. Big famine. Potatos in a hand of father. The cold smell of potato mould.

Digging

Between my finger and my thumb
The squat pen rests; snug as a gun.

Under my window, a clean rasping sound
When the spade sinks into gravelly ground:
My father, digging. I look down

Till his straining rump among the flowerbeds
Bends low, comes up twenty years away
Stooping in rhythm through potato drills
Where he was digging.

The coarse boot nestled on the lug, the shaft
Against the inside knee was levered firmly.
He rooted out tall tops, buried the bright edge deep
To scatter new potatoes that we picked,
Loving their cool hardness in our hands.

By God, the old man could handle a spade.
Just like his old man.

My grandfather cut more turf in a day
Than any other man on Toner’s bog.
Once I carried him milk in a bottle
Corked sloppily with paper. He straightened up
To drink it, then fell to right away
Nicking and slicing neatly, heaving sods
Over his shoulder, going down and down
For the good turf. Digging.

The cold smell of potato mould, the squelch and slap
Of soggy peat, the curt cuts of an edge
Through living roots awaken in my head.
But I’ve no spade to follow men like them.

Between my finger and my thumb
The squat pen rests.
I’ll dig with it.

***
Kopać

Pomiędzy kciukiem a wskazującym palcem
Tkwi przysadziste pióro; jak spluwa w garści.

Pod oknem przenikliwie zgrzyta
Wbijana w piach i żwir łopata –
To ojciec, kopie. Ja z góry patrzę

Aż jego naprężony wśród rabatek grzbiet
Zegnie się – i podniesie młodszy o dwadzieścia lat
I będzie się pochylał w rytmie kartoflanych bruzd,
Gdzie chodził kopać.

But stawiał na krawędzi, trzonek
Oparty o kolano był mocną dźwignią.
A on obrywał łęty, wbijał błyszczące ostrze
I wysypywał młode kartofle, któreśmy zbierali –
Lubiliśmy ich twardość oraz chłód.

Bóg świadkiem, staruszek umiał trzymać szpadel.
Tak jak i jego ojciec.

Tyle torfu co dziadek w jeden dzień
Nie wyciął żaden kopacz na Tonerowym bagnie.
Kiedyś zaniosłem mu butelkę mleka
Zakorkowaną byle jak papierem. Przerwał
Żeby je wypić, i dalejże znakować torf
I ciąć na równe kostki, i rzucać darń
Za siebie, i schodzić coraz głębiej
Po dobry torf. I kopać.

Ten zimny zapach kartofliska, plaskanie i chlupoty
Namokłego torfu, i ciach-ciach przecinanie
Żywych korzeni, to wszystko staje przed oczami.
Ale ja nie mam szpadla, żeby robić to, co oni.

Pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym
Tkwi przysadziste pióro.
Nim będę kopać.

Przełożył Piotr Sommer

***
Graben

An Daumen und Finger schmiegt sich sehr
Stämmig die Feder; fest wie ein Gewehr.

Ein sauberes Scharren klingt zu mir herein.
Ein Spaten dringt in kiesigen Boden ein:
Mein Vater beim Graben. Ich guck, bis sein

Angespannter Rumpf zwischen den Blumenbeeten
Sich beugt, sich wieder hebt vor zwanzig Jahren:
Sein Auf und Ab in Kartoffelfurchen,
Wo er damals grub.

Der grobe Stiefel trat das Blatt, der Stiel,
Innen ans Knie geschmiegt, hebelte wuchti.
Er stemmte hohes Kraut um, rammte den blanken Szahl
Und legte neue Knollen bloß. Wir lasen sie,
Liebten die kühle Härte in unseren Händen.

Bei Gott, der Alte wußte den Spaten zu führen.
Genau wie sein Alter.

Großvater stach mehr Torf an einem Tag
Als irgend jemand sonst in Toners Moor.
Einmal brachte ich ihm eine Flasche Milch,
Nur mit Papier verpfropft. Er reckte sich.

Trank aus, und dann legte er sofort wieder los,
Hob sauber zugeschnittene Soden ab, warf sie
Über die Schulter, bohrte sich tief und tiefer,
Bis hin zum guten Torf. Er grub.

Der kalte Duft von Humus, der Quaatsch und Schmatz
Durchweichten Torfs, das Hacken einer Schneide
In Wurzelfleisch werden in mir wach.
Doch um ein Mann wie sie zu sein, fehlt mir der Spaten.

An Daumen und Finger schmiegt sich sehr
Stämmig die Feder.
Mit ihr werde ich graben

übersetzt von Giovanni Bandini und Ditte König /Ausgewählte Werke, Carl Hanser Verlag 1995

Wałęsa

Ewa Maria Slaska

walesa
Wiem, zaraz ktoś na mnie naskoczy, przypomni, co każdy musi wiedzieć, że to ubek i chudy bolek, i jak mogę o nim w ogóle pisać? Bo jeśli już mi się oberwało za Tuwima, a co by było? co będzie, jak zaproponuję coś Gałczyńskiego? nie daj Bóg sobie wyobrażać, to co się stanie teraz, skoro zamierzam napisać o Wałęsie. I śmieszne, bo przecież go nawet nie lubię, ale muszę, staram się patrzeć uczciwie na moje, na nasze życie, i wiem, że tego dnia, 31 sierpnia 1980 roku NIGDY, ale to nigdy nie zapomnę. Bo chociaż nie pamiętam, co dokładnie tego dnia robiłam, ani co było na obiad, to jednak pamiętam i ZAWSZE będę pamiętać, że tańczyliśmy karamaniolę na ulicy.

Oczywiście byłam wystarczająco mądra, żeby wiedzieć, że wysokie C dnia, kiedy rewolucja zwyciężyła, szybko zmienia się w nużące glissando znojnego uprawiania poletka tejżeż rewolucji. Oczywiście znałam powiedzenie Dantona, które potem musieliśmy sobie niemal co dzień powtarzać, że “Rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci” i że nie minęło wiele czasu, a ci, co tańczyli karamaniolę w pamiętnym roku 1789, niedługo potem położyli głowy pod gilotyną.

Oczywiście teraz jesteśmy jeszcze mądrzejsi o wiedzę, że prezydentura Wałęsy była marna, a on okazał się politykiem nieobliczalnym i, nawet jak na polityka, egoistycznym i zapatrzonym w siebie.

A mimo to, mimo to… żałuję tych, którym nie dane było tańczyć na ulicach. To dodaje skrzydeł na całe życie. Dlatego – mimo iż podejrzewam, że film będzie marny, dziś, 33  lata później, wciąż cieszę się, że Wajda nakrącił ten film. Bo “Wałęsa (to był wówczas dla nas i dla świata wegetującego pod sowieckim butem) człowiek z nadziei”.

Do zwycięstwa trzeba nam odwagi, odwagi i jeszcze raz odwagi.
Georges Jacques Danton (1759–1794) – adwokat francuski, znakomity mówca, jeden z organizatorów i przywódców rewolucji francuskiej.

Ogród króla świtu

Trzydzieści lat tego nie słyszałam. Słuchałam jak się ukazało. Był rok 1983. Marek Biliński pomógł nam wtedy w ciężkich, smutnych, beznadziejnych czasach. Już sam tytuł płyty przypominał, że świat to nie tylko ocet, liście laurowe, puste sklepy, gołe haki, śmierdzące jajka i szare papierowe torebki. Ogród króla świtu, jakie to było piękne, pamiętacie?


Viola znalazła w internecie i udostępniła taką wersję “Tańca w zaczarowanym gaju”:
“Po kilkunastu bezowocnych próbach, w miarę poprawnego zagrania tego utworu, bateria w aparacie skapitulowała… Zamieszczam zatem z klipem, w którym główną rolę gra Polina Semionowa… Oryginalnie zatańczyła do piosenki Herberta Grönemeyera — Demo (Letzter Tag). W moim odczuciu jednak, lepiej “komponuje się” z utworem Marka Bilińskiego…
Aranżacja i wykonanie na instrumencie Yamaha PSR-S710 – styl własny.
Miłego odbioru Wam życzę… 🙂
Piotr Zylbert.
Utwór – Taniec w zaczarowanym gaju pochodzi z płyty: Ogród króla świtu z 1983 r.”

Nie lubię poniedziałku

Dorota Cygan 

„Nie lubię poniedziałku“ – dla Polaka takie westchnienie jest odniesieniem nie tylko do uniwersalnych ludzkich doświadczeń, ale – no, do czego, Drogi Czytelniku? Wiemy, wiemy, banalne pytanie, ten tytuł ma pewnie swoje miejsce w zbiorkach Skrzydlatych słów albo leksykonach pospolitych westchnień/ przekleństw – i nic na to nie wskazuje, by kiedykolwiek straciło swoją aktualność. My przewrotnie pomyślałyśmy, że nasz ostatni wspólny poniedziałek (26 sierpnia) będzie dobrą okazją, żeby dokonać małej aktualizacji: Tak, jak kiedyś reżyser wspomnianego filmu chciał pokazać najładniejsze zakątki Warszawy (w roku 1971!), tak my Wam pokażemy subiektywny wybór co ładniejszych zakątków Berlin,  uchwycony podczas malej przejażdżki statkiem owego poniedziałku 2013 roku. Bo łatwo się domyślić, że to przed poniedziałkiem właśnie schroniliśmy się na statku i udaliśmy się w mały Rejs, (a to akurat cytat niezamierzony, proszę nie iść tym tropem), choć istniał tez i inny, bardziej uroczysty powód, którego nie ma po co  zdradzać (uwaga, ci co znają niemiecki już i tak wiedzą!) Mamy wcale niemałe wewnętrzne przekonanie, ze wpis ten da Wam dobry argument dla pracodawcy, żebyście każdy następny poniedziałek spędzali w Berlinie. Nie ma wyjścia, skoro tak jak my nie lubicie poniedziałku.

To wszystko (przewodnik po Berlinie = widziany z wody) BĘDZIE, niechybnie w następnym wpisie. Jako doświadczeni uczestnicy rynku produktów kultury wiemy jednak, że koniecznie trzeba wyprodukować mały zwiastun, żeby Wam zaostrzyć apetyt. To więc to, co przeczytacie dzisiaj, temu właśnie (zwiastowaniu? oj, może nie aż tak) służy – i zupełnie nie jest nam z tego powodu głupio.

Dzisiejszy mini-fotoreportaż ma tytuł:

My berlińczycy w czasie pracy.

No, i znów wyszedł w połowie niemal cytat. To niech to będzie zagadka. Kto pamięta? Kto sięgnie do pamięci i jakoś skomentuje? Nie bądźcie tacy, napiszcie coś. Jedna z uczestniczek tej poniedziałkowej przejażdżki w tym wydarzeniu nawet maczała palce, więc będzie jej bardzo miło…

reporterkaDobrze, ale teraz już będzie na temat.

Na pozór wszystko wygląda na wakacyjną ściemę. Ale nie! Berlińczycy działają! Zjednoczeni w tym działaniu i jak rzadko zgodni polscy i niemieccy berlińczycy, a także inni, ci z domieszka protestanckiej etyki pracy lub, jak kto woli,  benedyktyńskiej. Działają!

Jako fotoreporterzy, niestrudzenie chwytając życie na gorąco. Ciągi obrazów układają się im potem w historie. A wszystko to dla Was.

P1170308Akredytacje zdobywają dzięki Instytutowi Polskiemu, finansowanemu przez… (nie powiemy, to nie jest tekst sponsorowany!)

P1170307W ciężkim upale jedni prowadzą rozmowy biznesowe, a  inni testują działanie promieni słonecznych w warunkach eksperymentalnych.

P1170302Podróżując statkiem, dzięki niecodziennej perspektywie na Tränenpalast zbierają materiał na researching na temat granic, ich przekraczania oraz wolności jednostki pływającej.

P1170301Jako poważni inwestorzy patrząc z pozoru na fasady dokonują wyboru miejsc pod siedzibę biur, mając na uwadze zwłaszcza tworzenie miejsc pracy.

P1170297Zasilają kasę miasta pozwalając zarobić armatorowi.

P1170296P1170290Szukając wątków polskich odkrywają działalność konspiry: zakamuflowane polskie flagi jako znak, że nasi zdobyli już niejeden przyczółek stolicy Niemiec.

P1170294Odbywają bilateralne spotkania orientacji proekologicznej.

P1170292 P1170293Biorą udział w castingach do nowej wersji Rejsu, poprawnej politycznie, być może w kooperacji z zagranicą.

P1170289Zbierając materiały na konkurs fotografii architektonicznej są gotowi powtarzać przejażdżkę nawet poza poniedziałkami, by ujęcie było perfekcyjne.

integracjaAle ponad wszystko z wielkim zaangażowaniem udzielają się w ramach działalności aktywizującej polsko-niemiecko-berlińskie spotkania interkulturowe, przy soczku lub kawie, a czasem też przy piwie, czego reporter, dziwnym trafem, nie uchwycił.

Nie zapominajmy: berlińczyk pracuje zawsze. Nawet gdy okoliczności temu przeczą.

Zwłaszcza w poniedziałek. 

Zdrój

Lidia Głuchowska

Zdrój  and the Poznań Expressionism

The periodical Zdrój. Dwutygodnik poświęcony sztuce i kulturze umysłowej (The Source. Bi-weekly dedicated to arts and intellectual culture), was the most efficient Expressionist publication and the first avant-garde magazine in Poland. It was published in Poznań, the capital of western Poland, prior to the state’s regaining its sovereignty after being divided for123 years between Prussia, Russia and the Austro-Hungarian Empire. Printed by the Ostoja Publishing House from April 1917 to December 1920, Zdrój made 68 issues in 13 volumes, which, though planned as a monthly, closed down in 1922 after the publication of one issue (as vol. 14). The print-run rose to 1,500 copies and thanks to representative offices in Warsaw, Kraków, and Lvov (Lwów, Lviv), it reached a nationwide readership. It had the most extensive international contacts among the early avant-garde Polish reviews; nevertheless, the term ‘Poznań Expressionism’ associated with it wrongly limits its impact to a local phenomenon.

The editor-in-chief of Zdrój, Jerzy Hulewicz was a printmaker, painter, novelist, and dramaturge. For over a year, however, the magazine was informally led by Stanisław Przybyszewski, the Nestor of the Polish avant-garde, who enjoyed ambivalent fame as a ‘genius Pole’ and Satanist in turn-of-the-century Berlin. Later, as the editor of the art magazine Życie, he transferred the ideals of German and Nordic modernism to Kraków. From mid-1917, first covertly and then openly, he exerted a powerful influence on the programme and structure of Zdrój. Each editorial was followed by poems, prose, translations, articles about art and philosophy, as well as ‘Miscellanea’, comprising reviews, correspondence with readers, and socio-political polemics. As a local cultural centre Zdrój held eight ‘matinées’ and ‘soirées’, musical concerts and open lectures, some of which were repeated in Warsaw and Lvov.

The art profile of the magazine evolved over distinct stages. During the first year, under Przybyszewski’s influence, the magazine was somewhat eclectic. It promoted the epigone stylistics of so-called ‘Young Poland’ and its ideals of ‘l´art pour l´art’. This was appropriate to the ‘unpoetic district’ of Poznań which, under German rule, was reluctant to adopt new trends and was regarded as provincial. Therefore, Zdrój initially asked for the cooperation of some older literary authorities like Wacław Berent and Jan Kasprowicz, while the magazine’s graphic design was dominated by Art Nouveau.

Zdroj KubickiThe heroic era of the magazine’s existence, and the second most intriguing stage of its history, was ushered in by the ‘palace revolution’ of April 1918, instigated by the Bunt (Revolt) group (1917-22). This consisted of the artists Władysław Skotarek, Stefan Szmaj, Jan Jerzy Wroniecki, August Zamoyski, the poet Adam Bederski, and the trio of Margarete and Stanisław Kubicki and the editor Hulewicz, who all three aired their views in texts and art works. The group published Zeszyt Buntu, which promoted early avant-garde tendencies, usually defined in Zdrój by the cover term ‘Expressionism’, first used in 1917.

Kubicki, the ‘spiritus rector’ of the group’s radical wing, proclaimed a collective declaration of the Bunt in his aphoristic credo, ‘Notes’:

I. Art has nothing in common with the concept of ‘beauty and goodness’ (kalokagathia) …. We are far removed from the aesthetic game …

II. The fight is on, not for images of aesthetic issues but for MAN and for our DAY  (it will come) against the sordidness of your day ….

III. WE are Art.

ZdrojKubickaThe group’s appeals affirmed activism and the identification of art and life, and as in other avant-garde manifestos, were of a performative character oriented towards interaction with the audience. Their main ideas were presented during meetings accompanying the first exhibition of the Bunt group, held amidst a moral scandal. The Jury of the Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych (Society of Friends of the Fine Arts) had prohibited the exhibition of two ‘obscene’ works by Zamoyski and Szmaj. Residents of Poznań were ambivalent towards Expressionism. They associated it both with German art and also with the German occupation. For the Bunt group, a revolutionary movement operating without institutions, and emphasising the role of ethics rather than aesthetics, it was a pars pro toto of modernity, perpetuating a myth of a ‘new art’ for a ‘new man’.

The linocuts appearing in the magazine were shocking in their use of contrasting black-and-white surfaces and primitivist deformation. Apocalyptic in Skotarek’s prints, examples of organic abstraction by Jerzy Hulewicz, Kubicka, and Zamoyski or Kubicki’s geometrical abstraction were a complete novelty. The explosive synergy of word and image, typical of avant-garde periodicals, highlighted the programmatic attempt to ‘épater le bourgeois’.

Like the Berlin periodicals, Die Aktion and Der Sturm Zdrój engaged in publications, exhibitions, lectures, music events, and the production of a series of postcards. It also included translations from Die Aktion and undertook joint publishing and exhibition projects, inspired by the Kubickis. The Zdrój artists expressed their ideas in an international visual language, and the parallel publications of their poetry and manifestos in Poland and Germany overcame the differences in literary idiom. For Kubicki, an author of Polish and German revolutionary-biblical poetry who came to terms with the utopia of a ‘new society’, the bilingual and international character of art was a matter of course.

Fragments of the article published with footnotes as:

Lidia Głuchowska, Poznań and Łódź: National modernism and international avant-garde. Zdrój (1917-22); Yung-Yidish (1919); and Tel-Awiw (1919-21) (Kap. 51). In: Brooker, Peter/ Thacker, Andrew/ Weikop, Christian/ Bru, Sascha u. a.  (Hg.): Modernist Magazines: A Critical and Cultural History. Vol. 3, part 2: Europe 1880-1940, Oxford University Press 2013, S. 1208-1233.

Poesie – Poezja – Poetry / Paul Celan

Todesfuge

Schwarze Milch der Frühe wir trinken sie abends
wir trinken sie mittags und morgens wir trinken sie nachts
wir trinken und trinken
wir schaufeln ein Grab in den Lüften da liegt man nicht eng
Ein Mann wohnt im Haus der spielt mit den Schlangen der schreibt
der schreibt wenn es dunkelt nach Deutschland

dein goldenes Haar Margarete
er schreibt es und tritt vor das Haus und es blitzen die Sterne
er pfeift seine Rüden herbei
er pfeift seine Juden hervor lässt schaufeln ein Grab in der Erde
er befiehlt uns spielt auf nun zum Tanz

Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts
wir trinken dich morgens und mittags
wir trinken dich abends
wir trinken und trinken

Ein Mann wohnt im Haus der spielt mit den Schlangen der schreibt
der schreibt wenn es dunkelt nach Deutschland
dein goldenes Haar Margarete
Dein aschenes Haar Sulamith

wir schaufeln ein Grab in den Lüften da liegt man nicht eng

Er ruft stecht tiefer ins Erdreich ihr einen ihr andern singet und spielt
er greift nach dem Eisen im Gurt er schwingts seine Augen sind blau
stecht tiefer die Spaten ihr einen ihr andern spielt weiter zum Tanz auf

Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts
wir trinken dich mittags und morgens wir trinken dich abends
wir trinken und trinken
ein Mann wohnt im Haus
dein goldenes Haar Margarete
dein aschenes Haar Sulamith
er spielt mit den Schlangen
Er ruft spielt süßer den Tod
der Tod ist ein Meister aus Deutschland
er ruft streicht dunkler die Geigen
dann steigt ihr als Rauch in die Luft
dann habt ihr ein Grab in den Wolken da liegt man nicht eng

Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts
wir trinken dich mittags
der Tod ist ein Meister aus Deutschland
wir trinken dich abends und morgens wir trinken und trinken
der Tod ist ein Meister aus Deutschland sein Auge ist blau
er trifft dich mit bleierner Kugel er trifft dich genau
ein Mann wohnt im Haus
dein goldenes Haar Margarete
er hetzt seine Rüden auf uns
er schenkt uns ein Grab in der Luft
er spielt mit den Schlangen und träumet
der Tod ist ein Meister aus Deutschland

dein goldenes Haar Margarete
dein aschenes Haar Sulamith

Paul Celan liest sein eigenes Gedicht

Krakowski zespół Sublokator śpiewa Fugę śmierci po polsku

And here an English translation of “Todesfuge”. The translation tries to honor the cadence and rhythm of the original German.

Utwór dotyczy autentycznych zdarzeń związanych z Holokaustem. W kilku nazistowskich obozach śmierci, w Lublinie, obozie Janowskim, ale też w Auschwitz, część skazanych była zmuszana przez hitlerowców do grania tzw. „Tanga śmierci”, gdy tymczasem inni więźniowie mieli kopać groby. Do tego faktu odnosi się również utwór “Dance me dance me to the end of love” śpiewany przez Leonarda Cohena. Pisałam o tym TU.
Konstrukcja tekstu przypomina zasady kompozycji muzycznej fugi.