Tekst, który tu rebloguję, znalazłam w sieci już jakiś czas temu. Przeczytałam go i – wydawało mi się – że mi się nie spodobał. Uznałam, że jest nieprofesjonalny i świadczy o (naszej) słowiańskiej zarozumiałości. Mimo to wciąż myślę o tym, co napisał autor, skrywający się za ksywką “oculus”. Nie mamy się czego wstydzić, kiedyś podbijliśmy Chiny… Nie zachwycił mnie ten wywód, a przecież tekst uporczywie mi się przypomina. W końcu postanowiłam, że podzielę się z Wami i tym tekstem, i moimi wątpliwościami.
wpis po polsku
Wpisy po polsku
Trafostacja
http://www.trafo.org/index/trafo
No więc tak… Trzeba tam pojechać, a jeśli się mieszka w Szczecinie – to pójść na ulicę św. Ducha 4, tuż koło dworca.
Po pierwsze – budynek. Odremontowana, zabytkowa transformatorownia. Rewelacyjna. Białe wypatroszone ze wszystkiego, trzypiętrowe wnętrze, otwarte na przestrzał od szklanej po części podłogi po więźbę dachową. Zresztą na pewno pierwsze co zrobiliście to kliknęliście linka i już wiecie, o co mi chodzi.
Po drugie – wystawa Ryszarda Waśko, Genesis. Pierwsza wystawa w nowej szczecińskiej instytucji kultury. Na stronie Trafostacji znajdziecie tylko informację, że taka wystawa jest. Na ulotce – że trwa do 20 października. A nigdzie – że artysta właściwie nieznany, wystawa wspaniała, a obiekty zatytułowane “Pole czerwonych maków” oraz sala z fikcyjnymi zdjęciami rodzinnymi – “Portret rodziny w czasie” – niezwykłe i inspirujące.
Ryszard Waśko to polski artysta, który, po długim pobycie w Stanach, mieszka obecnie w Berlinie, znany raczej jako kurator legendarnych Konstrukcji w procesie oraz imprezy Łódź Biennale, a nie jako samodzielny twórca.
“Pole maków” to całkowicie zaciemnione pomieszczenie, w którym dopiero po chwili, gdy wzrok przyzwyczai się do mroku, zauważamy kwiaty. Już wiemy, to polskie czerwone maki, te z mazowieckich pól i te spod Monte Cassino, znane zresztą (chyba) głównie z piosenki, która przez lata mojemu pokoleniu wyciskała łzy z oczu. Po omacku dotykam kwiatów ręką, głaszczę suchą, chropawą powierzchnię płatków. Kwiatów jest tu ponad trzy tysiące i są jednakowe. Na moje pytanie, czy to tak jak u Ai Weiwei – chińska produkcja, pada odpowiedź “tak” – w ciemnym pomieszczeniu Waśki dokonuje się zamiana produkowanego masowo badziewia w sztukę ready made.
Przypominam sobie obiekt oglądany kiedyś w Weimarze. Obok domku ogrodowego, w którym Goethe tak chętnie pracował, nieco w bok, pod kątem i po lewej – ustawiono kiedyś jego dokładną replikę. Po co? zapytałam. Panienka pilnująca obiektu, nauczona, że tak właśnie ma odpowiadać, trzy tysiące razy dziennie – był to rok wieszcza i przez Weimar przewalały się tłumy – poinformowała mnie, że chodzi o to, iż w dzisiejszych czasach nie ma już różnicy między kopią a oryginałem. O ile przy pomysłach na sztukę ready made, tą stworzoną przez Marcela Duchampa, jak np. jego słynny pisuar, zatytułowany (każdy wie) “Fontanna”, podobnie jak przy “Ziarnach słonecznika” Ai Weiwei, nie mam najmniejszego problemu z wyrażeniem zgody na to, że ten akurat pisuar i te sto milionów identycznych porcelanowych nasion słonecznika to naprawdę sztuka, nie mam więc też zastrzeżeń do “Pola maków” Waśki, o tyle jednak w domu, w którym pracował wieszcz poczułam zło…wieszczy dreszcz (dziękuję Jackowi Dehnelowi za tę grę słowną), bo mianowicie przeczułam, że w czasie, który miał nadejść nikt mi już nigdy i nigdzie nie zechce pokazać oryginału, i wszędzie dostanę tylko namiastkę. Papieża na ekranie bilboarda widać lepiej niż gdzieś tam daleko na końcu stadionu, pod jakimś baldachimem. Wielkie figury glinianych chińskich żołnierzy – kopia. Doktorat niemieckiego polityka – kopia.
Z kolei “Portrety rodzinne w czasie” to celowo nieudolne zdjęcia, po trzy-cztery wersje jednego motywu. Do każdej wersji dołączona jest… inna historia rodzinna. Podobna, ale odmienna, zniekształcona, przesunięta. Nie wiadomo, co jest prawdą. Czy ojciec był żołnierzem? Czy matka umarła? Czy kobieta w tle jest mężczyzną? Czy kuzyn był bratem, czy kochankiem? Czytam rozbudowane podpisy, przyjmujące formę krótkich opowiadań, przypominając sobie pewną ilość słynnych dzieł literackich, opartych o to, że tę samą historię opowiada się nam w różnych perspektywach. Thronton Wilder, “Idy marcowe”. Lawrence Durrell, “Kwartet aleksandryjski”.
Ciekawa wystawa. Ciekawe miejsce ta Trafostacja. Szkoda tylko, że ciągnie się za nim zła sława. O kierownictwo tą nową szczecińską lokalizacją upowszechniania sztuki ubiegały się szczecińskie Stowarzyszenie Zachęty Sztuki Współczesnej oraz prywatna spółka Baltic Contemporary, która wygrała przetarg, a jej współwłaścicielka, niemiecka kuratorka Constanze Kleiner, jest obecnie dyrektorką Trafo.
Tel-Awiw
Monday. A day for history of art stories by 
Lidia Głuchowska
From: Lidia Głuchowska, Poznań and Łódź: National modernism and international avant-garde. Zdrój (1917-22); Yung-Yidish (1919); and Tel-Awiw (1919-21) (Kap. 51). In: Brooker, Peter/ Thacker, Andrew/ Weikop, Christian/ Bru, Sascha u. a. (Hg.): Modernist Magazines: A Critical and Cultural History. Vol. 3, part 2: Europe 1880-1940, Oxford University Press 2013, S. 1208-1233.
Tel-Awiw – “A Hill of Spring”
The vision of a ‘new world’ and a ‘new man’ which underpinned the myth of the avant-garde and the rhetoric of its manifestos opened the first issue of the monthly Tel-Awiw in 1919. However, the periodical was traditional both in its literary style and graphic design.The Tel-Awiw publishing house, through its periodicals and books, the organisation of lectures and exhibitions, organised also outside of Łódź, aspired to be the pivot of a new culture, serving the ‘cause of the Jewish nation’. The first editorial declared openly: ‘A rebirth of the nation concerns the body, but … first and foremost the spirit. Therefore we will assign a privileged place here to Jewish thought, poetry and arts … Representatives of tomorrow can be found in the ranks of the young generation. Therefore … the Jewish youth will be assigned an equally privileged position.’
Youth and the future are other typical components of the manifestos of the time. A ‘new world’, the great spiritual generational project, located outside the here and now, integrated the tradition of all the countries of the Jewish diaspora: ‘first and foremost, however, the land of fathers and sons, a land of an immortal past and of the future’. The magazine was to be a foundation stone for the construction of a new world – Tel-Awiw (‘A Hill of Spring’) – which would be settled by a ‘new man’ – a ‘New Jew’.
Today, when leafing through Tel-Awiw (1919-21), issued in Łódź by Zygmunt Bromberg-Bytkowski from a branch office in Warsaw, readers may find it exotic or foreign. For here is an unknown world, which ceased to exist not only in Poland, but throughout Central Europe at the conclusion of World War II. The very dating of Tel-Awiw reflects a telling yearly division in line with the Jewish calendar rather than with the universal calendar. Thus issues 1 to 4 came out in 1919; issues 5 and 6 in 1920, and subsequent issues – 1 to 8 – in 1921, including double issues 3-4 and 7-8.
The cover of the penultimate issue of Tel-Awiw featured the information that this was the only Jewish monthly in the Polish language. While this language is a bridge to a better understanding of the magazine’s content, it frequently fails to communicate the reality recorded in its 12 issues and 600 pages across such a historical and ideological distance. In the national culture the Jewish language was used both by assimilated Jews and Zionists, who did not always know the elitist Hebrew language. Polish-Jewish literature (that is to say, Jewish literature published in Polish) was disseminated through education, which was the cornerstone of cultural integration. In turn, the participation of assimilated Jews in the development of Polish literature was unprecedented among Poland’s national minorities.
Unlike in the former Soviet Union (where traditional and new Hebrew literature was hardly tolerated) in Poland the individual components of the tripartite linguistic poly-system of Jewish culture went unscathed. Although in the two decades between the world wars the centre of Hebrew literature moved from Eastern Europe to Palestine, in Poland it served as a reference point for those Jews who were considering migration. 80% of the Jewish population spoke Yiddish, a language of instruction in an extensive network of cheders, yeshivas and Bejs Yankev (schools for girls) – religious educational institutions – and in the secular high schools. By 1939 a total of 1,500 titles accounting for around two-thirds of all Jewish periodicals were issued in Yiddish. Since 1908 this language was treated on a par with Hebrew as a national language. At one time over 150 magazines with a total print-run of at least 350,000 copies were issued in Yiddish. These were dailies, weeklies, and monthlies, including specialist publications, representative of all political factions and ideologies. Moreover, there were many literary magazines and literary and arts periodicals, including Yung-Idish, whose authors cooperated with the editorial board of Tel-Awiw and which were therefore extensively discussed in the latter magazine. After Poland regained national sovereignty 1918, the Jewish press resumed its activity with redoubled energy and soon enjoyed a principal position among the titles issued by national minorities. In Łódź alone the Jewish press was published mainly in Yiddish (in for example Lodzer Togblat, Lodzer Morgnblat, Folsksblat, Nayer Folksblat, Oyfgang), even if there were also periodicals in Polish (such as Republika and Głos poranny).
Bromberg-Bytkowski’s personality had a powerful impact on the ideological profile of the Tel-Awiw magazine. He was one of the few Polish Jews, in whom a high European culture and a profound dedication to Polish culture co-existed with a commitment to Jewish culture and its Enlightenment heritage. He was a sophisticated European literary scholar, translator, and aesthete, a supporter of Polish Romanticism, the founder of a Palestine colony, and an active promoter of Zionism. He managed to persuade the most prominent intellectuals of his own generation and the next to publish in Tel-Awiw. The magazine offered articles by the renowned historians Majer Bałaban and Maksymilian Bienenstock, the ideologist Max Nordau, and the writers Sholem Asch and David Ben Gurion, the future first Prime Minister of the Israeli government.
Bromberg-Bytkowski stressed the role of culture in the magazine but also reacted strongly to events like the act of San Remo or the foundation of the Clarté organisation, both key events in the implementation of Zionist ideas. Tel-Awiw regularly introduced its readership to politicians and men of letters, such as Herzl, An–ski and Heinrich Heine, Yosef Hayim Brenner, Chayym (Hayim) N. Bialik and Shaul Tchernichowsky, the dramaturge A. Vayter (Ayzik Meyer Devenishski) and the precursor of Yiddishism, Yitshok Leybush Peretz. The literary preferences of the editor were the polar opposite of avant-garde – critical of Naturalism and modernism but a defender of Romanticism whose renaissance was observable in the works by Knut Hamsun. The literature section of the magazine is memorable thanks to translations of new Hebrew and German poetry by Bialik, Tchernichowsky, and Heine. In addition, the literary texts included folk songs, prose by Ben Gurion, and Asch, as well as texts by the poet Jakób Kahan. The ‘Song of Songs’ came out in excerpts, posthumously considered to be Bromberg-Bytkowski´s master-work in translation.
Initially there were few articles about the visual arts. Marek Szwarc’s article ‘Sztuka a Żydzi’ (Art and the Jews) was published in November 1919.
In January 1921 Tel-Awiw published an article by Moshe Broderzon, another representative of Yung-Idish. Entitled ‘Al kidusz ham’ (At the Altar of the Nation), it was an homage to An-sky the author of the legendary Dybbuk, the founding father of Jewish ethnography and the main writer of the post-haskalah (the Jewish Enlightenment) epoch.
In May and June the magazine published reviews of the exhibition written by Bromberg-Bytkowski. Launched on April 3 in the rooms of the Merchant Society, the show is said to have attracted especially big audiences.
The review judged Szyk, the author of the vignette of the magazine (as well as another for Bytkowski´s translation of ‘The Song of Songs’) the major artistic personality of the show and saw his calligraphic style as referring to traditionally Jewish techniques of miniature and metalwork. In Szyk, Wilhelm Wachtel, and Jerzy Merkel Bytkowski found too an Eastern and Jewish propensity for fairy-tale visions. He praised the Palestine landscapes by Haneman, whose print he had reproduced in Tel-Awiw, and singled out the older artists Józef Budko and Henryk Glicenstein, along with the Warsaw-based artists Regina Mundlak and Adam Herszaft.
The Salon of the Futurists, Cubists, and Primitivists containing works by the artists associated with Yung-Idish (except Dina Matus) were unfavourably assessed.
The initiative taken by Bromberg-Bytkowski, then, not only resulted in a representative display of current Jewish arts but also provided a powerful impetus for similar projects and the integration of Jewish cultural elites domestically and abroad. The last page of Tel-Awiw included information about the back copies and issues scheduled to be published. In December 1921 the names of collaborators were included and a subscription for the following year was announced. However, in the era of Polish hyperinflation, the situation of little periodicals promoting radical modernist ideas and aesthetics, such as Zdrój or, of those which also represented national minorities, such as Yung-Idish or Tel-Awiw, was in many ways difficult. Tel-Awiw failed to appear in 1922 and Bromberg-Bytkowski died on March 13, 1923.
Poetry – Poezja – Poesie / Coleridge
Najpiękniejszy angielski wiersz romantyczny – tajemniczy, oniryczny “Kublaj Chan”, zapis wizji opiumowej. Napisany (spisany) w roku 1798, opublikowany, za namową Byrona, w roku 1816.
Xanadu, Szanadu lub Cianadu to letnia stolica Kublaj Chana, mongolskiego władcy Chin (1215 – 1294), znanego nam przede wszystkim z opowieści Marco Polo, który odwiedził go w roku 1266. Czarna dziura na powierzchni Tytana, jednego z księżyców Saturna, została nazwana Xanadu. Tak zatytułowana jest też płyta Oliwii Newton John i tak nazwano pewien gatunek filodendrona i pewien – marihuany oraz sporo różnych hoteli na bajkowych plażach i wiele miejsc w opowieściach fantasy.
Wiersz Coleridge`a jest podobno jedynym dowodem na to, że po opium można mieć kolorowe wizje.
***
Kubla Khan was written in 1798, but it was first published in 1816. Coleridge was addicted to laudanum which brought him visions and agonies with constipation which he thought of as retribution. Laudanum addiction was common because people resorted to it to relieve toothache, which was a part of everyday life in those days.
Kubla Chan
Widzenie miane we śnie
W Xanadu Kubla Chan rozkazu mocą
Pałac rozkoszy wzniósł wspaniały
Gdzie rzeka Alph swe święte wody toczy
W grot głębi, gdzie się gubią ludzkie oczy
Ku morzu, które słońca nie zaznało.
Ziemi dwakroć mil pięć bogatej płodami
Otoczył krąg wyniosły murów z wieżycami.
W środku strumienie kręte na ogród blask lały
Gdzie kwitły mnogie drzewa kadzidlane
I odwieczne jak wzgórza lasy otaczały
Rozsłonecznione polany.
O! tu rozpadlina wskroś cedrów okrycie
Do głębi tnie zielone wzgórze romantycznie
O, dzikie miejsce! Tak święte i zaklęte
Jakby natchniona zanikiem księżyca
Kobieta łkała za kochankiem demonicznym.
Z przepaści, w której wrzawa wciąż w zamęcie trwała
Jakby ziemia powietrze łapczywie wdychała
Przepotężna fontanna co chwila wytryska
I pośród jej wybuchów nagłych, przerywanych
Odłamy skalne jak grad o ziemię miotany
Skaczą, jak omłot w spichrzu na klepisku
I pośród skał tych tańca bez końca, burzliwie
Wystrzela święta rzeka nurtem natarczywym
Pięć mil poprzez meandry i zakola kręte
Lasami, dolinami święte wody toczy
Wpada do grot, gdzie się gubią ludzkie oczy
Z łoskotem z morza martwym łączy się odmętem.
I słyszał Kubla z dali w łoskocie niespokojnym
Jak głosy przodków nową wieszczą wojnę!
Pałacu się unosił cień
Falami kołysany
I mieszał się fontanny dźwięk
Z dźwięcznymi pieczarami
I to był cud dotąd nie widziany
Słoneczny pałac z lodowymi pieczarami
Widzenie kiedyś miałem
Dzieweczki z Abisynii
I grała ona na cymbałach
O górze Abora śpiewała
O, niechaj mi się dziś przypomni
Jak cymbał brzmi, pieśni jej ton
To sprawi piękna radość nieprzytomna
Że razem z brzmieniem rozgłośnym jak dzwon
Wzniosę ten pałac powietrzem objęty
Słoneczny pałac! Jaskinie lodem ścięte!
Ci, którym dźwięki nie są obojętne
Ujrzą je i krzykną widokiem przejęci:
Włos jego falujący, źrenice ogniem zdjęte.
Po trzykroć kręgiem go jak wieńcem
Otoczmy. Niechaj zaćmi nasze oczy
Świętości lęk; bo rosy on utoczył
Miodowej, w Raju mleko pił zaklęte.
przełożył Ludwik Dorn
In Xanadu schuf Kublai Khan
ein Traumschloss, stolz und hehr,
Dort brach der Urquell Alph sich Bahn
durch Grotten, die kein Mensch ersann,
zum sonnenlosen Meer.
Wehrturm und Wall umringen stolz
zehn Morgen reiches Gartenland,
wo Fliederduft und Sandelholz
sich mischt mit Nachtigallenschlag
aus einem Hain, der dort schon stand,
im Licht vom ersten Schöpfungstag.
Im Zederndunkel teilt die Schlucht
den Hügel wie ein Schlangenleib
halb heiligend, halb wie verflucht,
als ob beim Sichelmond ein Weib
beschwört des Höllenliebsten Leib.
Aus dieser Schlucht, die ewig dröhnt
als ob das Land gleich Drachen stöhnt
schnellt sich ein Springquell hoch, erbricht
gezackten Fels und Kies ins Licht
der teils als Hagel auf die Welt,
teils wie die Spreu vom Flegel fällt.
Vom Tanz der Felsen unterm Dom
des Himmels fließt der heilge Strom
määndernd wohl fünf Meilen quer
durch Auen, Gärten, reichen Tann,
zu Grotten die kein Mensch ersann,
stürzt dann sich in ein totes Meer.
Und Kublai hört darin von weit
Kampf, den ein Vorfahr prophezeit.
Der Schatten des Palastes streicht
die Wogen sacht im Spiegelbild,
und Quell und Grotte mischt sich leicht
zum Lied des Wassers, murmelnd mild,
das leis verklingt mit Widerhall,
im Schloss aus Licht und Eiskristall.
In einer Vision ersah
ich dort bei süßem Harfenklang
aus fernem Abessinia
ein Mädchen sitzen und ihr Sang
erzählt vom Berge Abora.
Könnt ich zum Leben dieses Lied
in mir erneuern irgendwie
Musik und Stimme, Gras und Ried
dann ließe mich die Harmonie
das Schloss erbauen in der Luft
das Schloss aus Licht und Eiskristall
so dass es jeder sieht— und ruft:
Gebt acht auf ihn: Sein Lockenhaar
umwallt ihn dreifach und sein Blick
gleicht einer Flamme die versehrt
so weicht vor ihm zurück, zurück
den Honig wilder Bienen nährt
der Milch aus Edens Quellen trinkt.
Pani Irenka reloaded 3
Pani Irenka już u nas była, ale teraz się pozmieniała, uaktualniła i rozrosła do czterech odcinków. Dwa tygodnie temu był odcinek pierwszy, w zeszłym tygodniu – drugi, dziś – trzeci.
Karolina Kuszyk
No i potem, z tydzień minął, z Netta wracam, patrzę, a na Małopolskiej pod dziesiątką ci sami dwaj w garniturach z klatki wychodzą. I jakoś tak mnie, proszę pani, coś podkusiło z tej ciekawości, że od razu te moje siatki z rąk wypuszczam, wszystko na ziemię leci, a ja na nogach się słaniam, że niby zasłabłam. Nawet nic się nie potłukło, bo tylko ziemniaczki niosłam i ser biały, bo taki dobry twardy w Netcie teraz mają, jak raz do pierogów, a Dawidek to tak za pierogami, że coś okropnego. A oni jak zaraz do mnie przyskakują, jak te moje ziemniaczki zbierają, czy pani się źle czuje, a gdzie pani mieszka, odprowadzimy, pomożemy. No to ja takim słabym głosem, że tu, panowie, zaraz niedaleko. I ten jeden do samochodu wrócił, a drugi mnie pod samą klatkę odprowadził i zaraz opowiada, że oni są z tej świętej radiotelewizji, co to teraz wszędzie nadaje, nawet w Ameryce, że datki zbierają i że ja też na pewno wierząca osoba jestem, i że tu jest wizytówka, Szczęść Boże, miłego dnia, może do pani też kiedyś zajrzymy. A ja, patrz pani, myślałam, że oni z jakiej mafii czy coś. Ech, Irena, mówię sobie, stara jesteś, a w śledztwa, dochodzenia jakieś bawić się chcesz.
I zaraz jakoś potem, chyba nawet na następny dzień, tego młodego ochroniarza od Nowakowej spotkałam. I mówię, dzień dobry panu, moje kondolencje, ale straszna ciekawość mnie wzięła i tak mi się jakoś samo wyrwało: A testament tam jakiś był? A on, że tak, był testament, i tak jakoś w bok patrzy. I nic więcej nie mówi. To sobie myślę, oj, czegoś ty, kochany, mnie chyba powiedzieć nie chcesz. Ale nic nie gadam. A on zaraz na zegarek patrzy i mówi, że mu się spieszy, bo zaraz jego zmiana zaczyna się. I mówię do Dawidka, jak następnym razem z łiskasami zaszedł, że ten ochroniarz od Nowakowej to mi się jednak nie bardzo podoba. I wtedy żeśmy z wnuczkiem to śledztwo zaczęli, co teraz w gazetach o nim piszą, w tym ich internecie i w ogóle wszędzie. Patrz pani, tu mam kupkę całą tych gazet naskładaną. „Nieustraszona emerytka z Sopotu” albo to: „Sopot: babcia z wnuczkiem de… demaskują mordercę”. No, ładnie nawet popisali, chociaż tam trochę poprzekręcane, raz mam siedemdziesiąt lat, a raz siedemdziesiąt pięć, i trochę jakby nie o nas, tylko o obcych ludziach pisało. Ale wszystkiego i tak nie puścili, bo syn zakazał. Mamusiu, powiedział, swoich kontaktów musiałem użyć na tych dziennikarzy, nie musi zaraz świat cały wiedzieć, że mój syn hakerstwem się zajmuje! Jakim tam hakerstwem, pani. Dawidek po prostu głowę do tych komputerów, internetów ma, i tyle.
Bo wtedy zaraz Dawidek do mnie powiedział: Babciu, może ja bym się jemu przyjrzał. Jak to „przyjrzał”, pytam się. A on, że jak ktoś podejrzany, to najlepiej do jego komputera zajrzeć, bo tam wskazówki w tych listach, mejlach znaczy, różne mogą być. Że w Ameryce tak podobnież robią. Ja to się na tym nie znam, proszę pani, ale kiwam głową i mówię, dobrze Dawidek, to ty się temu od Nowakowej weź przyjrzyj. Ale zaraz na drugi dzień przychodzi i mówi: E, babciu, nic tam takiego nie ma. Nic a nic. Chociaż to wcale podejrzenia nie zdejmuje i niech lepiej babcia jego dalej na oku ma. A wie babcia, kogo na ulicy dzisiaj spotkałem? Marzenkę. Cała zapłakana, mówi, że testament tatuś zmienił. Bo jak po pogrzebie testament otworzyli, to okazało się, że Kwiatkowski przed śmiercią całe swoje oszczędności na świętą radiotelewizję przepisał. Nawet u notariusza byli, żeby może unieważnił, ale notariusz tylko ręce rozłożył i powiedział, że pomóc im nie może, taka wola zmarłego była i już. Żeby tak staremu człowiekowi w głowie namącić, że to, co uskładane dla dzieci miał, tak nagle, szast prast, komu innemu oddał? To już tej świętej radiotelewizji nie wystarczy, ile jej tam co który z tej renciny, emerytury odda, że teraz za testamenty bierze się!? Do czego to podobne, pani?
To ubrałam się tak trochę lepiej i do kościoła idę, do kancelarii. Poprosić chciałam, żeby cofnęli ten testament czy co, no bo jakżeż to tak, żeby teraz córce nic po ojcu nie przypadło się? W kancelarii akurat ten młody wikary był. On taki pracowity bardzo księżyk, bo to i schola, i młodzież ta oazowa, a jak obraz święty Matki Boskiej wędrował, to też on przede wszystkim chodził, bo proboszcz nasz już mocno choruje. Wchodzę, drzwi otwarte, a on tak bokiem siedzi, w komputer patrzy. Ja, pani, wczorajsza nie jestem, i od razu widzę, że to ten ich fej-zbuk. To szczerze tak pani powiem, że zdziwiłam się, bo sam przecież nawoływał w kościele, że młodzi na tych fej-zbukach siedzą, internetach, pornografiach i że to cywilizacja śmierci. Zaraz mi potem w domu Dawidek tego fej-zbuka pokazał, i mówi: babciu, to nic takiego nie jest, zdjęcia takie różne sobie wysyłamy z kolegami. Ale mu powiedziałam: Dawidek, ty z tym fej-zbukiem lepiej uważaj i tak nie siedź wiecznie, bo w kościele mówili, że to cywilizacja śmierci i w ogóle nie dla porządnych ludzi. No ale dlaczego ten wikary teraz sam siedzi i zdjęcia jakieś przegląda? Czy to księdzu przystoi? Ale on mnie zaraz pyta, w jakiej parafianka sprawie, no to ja, że względem świętej pamięci Kwiatkowskiego, bo do czego to podobne, że on na świętą radiotelewizję oszczędności całe zapisał i córka z zięciem z niczym zostali. I mówię, żeby pismo jakieś z parafii wykierowali i testament unieważnili, bo na pewno nieboszczyk w pomieszaniu jakimś przepisał. A on, że to sprawa między Kwiatkowskim a Panem Bogiem. Tak jakby Kwiatkowski samemu Panu Bogu, za przeproszeniem, te pieniądze zapisał. I mówię, że mnie to nie podoba się, i jako parafianka żądam, tak właśnie, żądam, żeby to księża wyjaśnili, bo sama wiem, że chodzą tacy z tej świętej radiotelewizji po osiedlu jak te Jehowe i starych ludzi namawiają, żeby na nich zapisywali. A on tak powoli zaczyna mówić, jakby z wariatką gadał, że to, że tamto, że wola zmarłego, a cel zbożny przecież. Zbożny! Akurat!, pomyślałam sobie. Ciekawe, z czego te garnitury se pokupowali, a ten ich samochód to się aż świeci, taki nowy! No, ale tyle wszystkiego tej rozmowy było, nie więcej, bo on zaraz mówi, parafianko kochana, nie pomogę pani, woli zmarłego zmieniać nie wolno, a my tu zaraz próbę scholi mamy, muszę kościół iść otworzyć, do widzenia, z Panem Bogiem. Do proboszcza jeszcze chciałam iść, żeby wstawił się w tej mojej sprawie, ale proboszcz akurat w szpitalu był, a potem znowu mnie biodro zaatakowało i położyć się musiałam.
Ciąg dalszy w następną sobotę
Lato germanisty
Dorota Cygan
Usiądźmy sobie może tutaj, skoro się już tu znaleźliśmy, po wyjściu chyba należało pójść w prawo, ciekawe, jak to z biblioteki można niechcący zajść na koniec świata. A w ogóle gdzie my właściwie jesteśmy, ładnie tu nawet, wygląda na kąpielisko, ale swoją drogą to mamy ze 30 stopni, ściana gorąca. I to niby łagodne oko błękitu, ależ bezruch i żar. No, te zabudowania kąpielowe to mi wyglądają na lata dwudzieste, jak Pan myśli, klinkier, mury po łuku, dzielone okna, ciekawe, ciekawe, für uns zwei Kaffee bitte, no u nich ta kultura nagości jak widać żywa do dzisiaj, jakoś się nami nie krępują, i ten kult zdrowia oczywiście, jedno z drugim nieodłącznie sprzężone, widać, że przetrwało czasy faszystowskie i ma się całkiem dobrze. Ale żar, pozwoli pan, że zdejmę krawat i nogi trochę wyprostuję, coś mój kręgosłup ostatnio odmawia służby, jak posiedzę trochę w bibliotece, też by się przydało odrobinę sportu, ma pan rację, Niemcy nie byłyby sobą bez tej kultury FKK, co u nas nie do pomyślenia, wyobraża pan sobie to święte oburzenie? Ach, te sprężyste ciała i ta naturalność, nam to trochę mimo wszystko obce, pasjonujące owszem, jako zagadnienie socjologiczne, no i motyw literacki rzecz jasna. A czytał pan może Helmuta Ungera… taki tekst z lat dwudziestych… nie pamiętam tytułu… on tam właśnie opisuje konflikt międzygeneracyjny jako różnice w odniesieniu do ciała, z jednej strony kostyczny belfer zapięty pod szyję w czarnym surducie, z drugiej strony prowokacja w postaci nieskrępowanego młodego pokolenia: obnażony żywioł w pełnym słońcu nad wodą. A propos, może ja też sobie zdejmę marynarkę, pozwoli pan, czarne jednak grzeje, jak jechałem do Berlina, nic nie wskazywało…
No ale wracając do tego, o czym mówiliśmy jeszcze w holu, wie pan, ten mój autor miał dość poplątany życiorys, najpierw w najwcześniejszym dzieciństwie silny wpływ braci Grimm, można powiedzieć, że późniejsza trauma z tym się pośrednio wiąże, takie mroczne i krwawe fantazje. Potem, co jeszcze: mieszkanie w skrajnych warunkach, suterena, stąd późniejsze dążenie do światła, ta rozbudowana metaforyka świetlna we wczesnej liryce okresu szkolnego. Dalej, warunki, w jakich żył, raczej ponure, typowo miejskie otoczenie skąpane w stu odcieniach brązu, można się pokusić o tezę, że stąd potem jego niechęć do nazistów, tak to zupełnie nowa teza, jeszcze jej nie opublikowałem, potem w późniejszym dzieciństwie – no mniejsza o dokładną periodyzację – wakacyjny wyjazd studyjny do Polski, zetknięcie z obcą kulturą zabawy i trwały jej ślad w jednym wierszu, który pozostał fragmentem, może to zresztą zabieg celowy, tak jak fragmentaryczne pozostało to doświadczenie poety, potem, już po maturze, ponowny impuls interkulturowy, spotkanie z cyganką na ulicy w biały dzień, w pełnym słońcu, jej tajemnicza postać będzie się przewijać przez szereg wczesnych poematów, zawsze jako opozycja między ciemnością i światłem, powiedziałbym nawet walka między pierwiastkiem dobra i szatanem, pasjonujące, nikt tego proszę sobie wyobrazić jeszcze filologicznie nie zbadał, no umówmy się, to nie jest łatwe, trzeba by sięgnąć do manicheizmu, prześledzić może generalnie inklinacje jego pokolenia do…, no ale dużo by mówić, myślę, że to w sam raz temat na habilitacje, młode pokolenie w sumie… für uns noch zwei Kaffee bitte, ach, to pani mówi po polsku, studentka germanistyki, no proszę, proszę, polski Berlin, miło nam, tak, tak, my też studiujemy miasto, germaniści powinni, szlachectwo zobowiązuje, mówi pani, że to jest Plötzensee, a tośmy daleko doszli z tego Westhafen, ale zapewniam, wierzymy pani, że woda czysta i ciepła, ale może innym razem. A wie pan, nie myślałem, że to tutaj stracili tych chłopców od Stauffenberga, gdzieś tu musi być Gedenkstätte, nigdy bym nie pomyślał, że to faktycznie tak blisko jeziora. I teren w sumie ładny, zieleń jeszcze taka soczysta, wiem, wiem, też mam nieczyste sumienie siedząc w murach, chociaż my w sumie dbamy o takie rzeczy, w zeszłym roku byliśmy z żoną i dziećmi prawie tydzień na łonie natury, teraz też, w kwietniu jak było parę dni tak ładnie, poszliśmy się godzinę przejść tak dla zdrowia, trzeba, cóż, nie samym słowem żyje człowiek, hehe. No to jeszcze po małej kawce prosimy. Ależ upał.
Ale wracając do naszych wczorajszych rozmów, przesuńmy się trochę do cienia, to tak, z tymi wpływami heglowskimi na mojego autora to było tak, że widzi pan, najpierw Kaiserreich to jakby Teza, potem krótko znienawidzona Republika Weimarska – czysta Antyteza, nie wydaje się panu? – a na koniec przygoda z faszyzmem jawi mu się jako Synteza, proszę sobie wyobrazić, niezmiernie ciekawe, też niezły temat, gdyby go jeszcze rozszerzyć o wątki ideologiczne państw zaprzyjaźnionych plus recepcja Hegla, to by może nawet projekt europejski z tego wyszedł, praca przy projekcie zapewniona na trzy lata, na takie rzeczy dzisiaj jest popyt, kto ma dziś czas samemu przerobić tyle literatury, ma pan rację, archiwalia trzeba by koniecznie włączyć, ale na to to już by się przydało ze trzech doktorantów, kontakty do Francji pan ma, no czemu nie, to by się w przyszłości pomyślało o jakiejś Forschungsstelle, spuścizna Hegla nie wiem, całkiem możliwe, że w Berlinie, skoro i pochowany tutaj, rodzina już na szczęście się nie wtrąci, hehe. Odwiedzić grób, a czemu nie, może byśmy po drodze zahaczyli, Benna też bym chętnie zobaczył, dawno już miałem zamiar. Może poprosimy o rachunek. Mówi pani, żeby nad wodę, no, wie pani, na wodę to może popatrzymy jak pójdziemy na grób Kleista. Ależ upał nieziemski. A wie pan, rok temu mieli tu rok Kleista, parę monografii nawet wyszło, widziałem plakaty na FU, wisiały też w Stabi, a w ogóle to skoro już mamy być nad wodą, po drodze byśmy może tak na godzinę wrócili do Westhafen, dział gazet jeszcze czynny, a jakże, mają tu wszystko, Gazeta Wyborcza to nikogo nie dziwi, ale oni mają i Życie Warszawy i Trybunę Ludu, proszę sobie wyobrazić, w tych silosach na Westhafen, tak, tak, praktyczny naród. A pan z jakich bibliotek korzystał? Ta żółta przy filharmonii to właśnie Stabi, nie zauważył pan filharmonii, nie nie, nic nie mówię, ja też bardziej siedzę w tekstach, koncerty sind nicht Jedermanns Sache, osobiście wolę sobie w przerwie wyskoczyć do Gemäldegalerie naprzeciwko, no faktycznie ona jest trochę schowana, można jej nie zauważyć, przy okazji możemy zajrzeć, pokażę panu, może się przejdziemy na spacer, do Tiergarten, a nie, nie znam, wie pan, mało zawsze tego czasu, ach, to tam, gdzie kiedyś były te koncerty techno, czytałem. Może jak przyjedzie moja żona, kupię wcześniej jakiś przewodnik, obiecałem sobie, że jak tu będzie, to wreszcie się przejdziemy pod Reichstag i pod Bramę, od pięciu lat sobie obiecuję, od czasu jak robiliśmy ten projekt Literatura wobec upadku Muru, no mur to tam gdzieś w okolicy przebiegał, a przynajmniej powinien, ach, też pan jeszcze nie był, to się dobrze składa, przeszlibyśmy się i może omówili przyszły projekt, no cieszę się. To cóż, do widzenia, ja jeszcze trochę mam do kserowania, ależ gorąco okrutnie, a potem do pociągu, mam trochę do poczytania, znajomy mi polecił Spaziergänge in Berlin Franza Hessela, pan wie, rodowitego szczecinianina, niedawno wydane, takie impresje ze spacerów po mieście w latach 20, autor we wstępie poleca zabranie tej książeczki w letnią podróż, no więc zabrałem, a wie pan kiedy to pisał, w 1929 roku, hehe, choć oczywiście zgaduję, że niewielu pójdzie na Entdeckungsreise des Zufalls, prorocze słowa, hehe. Najbardziej mi się podobało jedno zdanie: Ihr habt keine Zeit? Dahinter steckt ein falscher Ehrgeiz, ihr Fleißigen. Dobre, nie?
Przy okazji sobie myślę, że może by tak wznowić Heinza Knoblocha, te jego opowiastki o Berlinie, ładne rzeczy i nieco bardziej współczesne, wypadałoby przypomnieć czytelnikowi, bo już ci nasi studenci nic zupełnie nie czytają, mówili mi ostatnio, że jeżdżą sobie na jeden dzień do Berlina, tak po prostu połazić po mieście, podobno w Berlinie jest z dziesięć jezior i ileś kąpielisk. A wie pan, że oni faktycznie znają tu powoli wszystko …
To poprosimy rachunek… Ach, pani już ma fajrant? I jak, co potem, aha, nad wodę, mówi pani, tak, my w przyszłym roku też planujemy, może gdzieś w ciepłych krajach, no niby racja, tu też można, oni tu w Berlinie mają wszystko… Gdzie, mówi pani? TUTAJ do wody…?! A to faktycznie ciekawa myśl, czytałem ostatnio w felietonie tego klasyka gatunku, jak on się nazywał…
Na plaży
Witam! Kolejna młoda pisarka z Berlina, była już u nas jako tłumaczka, ale teraz z własnym tekstem.
Karolina Golimowska, Na plaży
Kiedy przychodzą takie dni – jak ostatnio, kiedy spocony, zgrzany do ostateczności człowiek bezskutecznie szuka namiastki chłodu w cieniu stołecznych ogrodów, nadpływa wraz z rześkim wiaterkiem znad rzeki myśl: Jakże mogłem zapomnieć! Przecież mamy Wisłę!
(„Na plaży”, Kurier Warszawski, 4 lipca 1936)
W środy i piątki od rana słychać było w całej kamienicy tupot małych stóp. Dzieci spod siódemki, szóstki i ósemki dobrze wiedziały, kiedy Pola robi nugat; wiedziały też, że do nugatu potrzeba samych białek, ustawiały się więc w kolejce po żółtka na kogel mogel. Kolejka często ciągnęła się z trzeciego piętra aż na sam parter. Pola rozbijała po kolei jajka, tak, że każde żółtko wpadało prosto do kubka nadstawianego małą rączką. Sypała obficie cukrem i zapamiętywała każdy uśmiech, każdą drobną błogość; starała się uchwycić i zachować dla siebie choć trochę tej dziecięcej radości. Lubiła te poranki. Lubiła tę kamienicę, wysokie pomieszczenia i dużą kuchnię. Uspokajało ją mieszanie składników w porcelanowej misie. Regularne, przewidywalne, kojące. Czasami wyobrażała sobie, że cofa w ten sposób czas. Każdy ruch w lewo to jedna minuta wstecz, a może i godzina? Więc mieszała coraz szybciej, energiczniej, żeby wrócić do tamtego lata, do tamtej niedzieli, kiedy było tak gorąco, że nie mogła zebrać myśli i zdecydować, co włożyć do koszyka, co ze sobą zabrać nad Wisłę.
Olejek do opalania i herbatniki, gdyby któraś z dziewczynek zgłodniała. Ręczniki, najlepiej dwa, i słomiane maty, żeby było się na czym położyć na plaży. I ten kryminał, który zaczęła czytać poprzedniego dnia i nie mogła się oderwać. Co to była za książka?
Okropnie denerwowało Polę, kiedy nie mogła sobie czegoś przypomnieć. Tytuły i nazwiska były najgorsze. Jakby ktoś złośliwie wymazywał z pamięci. Aha, i tytoń – bardzo lubiła palić w gorące dni. Dziewczynki ją poganiały. Agusia była tak podekscytowana, że nie mogła przestać podskakiwać i nucić. Tereska naśladowała starszą siostrę we wszystkim, więc w mieszkaniu panował chaos. Wszystko to denerwowało najstarszą Ankę, która ze spokojem malowała paznokcie na szalony fiolet i z odrobiną pogardy obserwowała młodsze siostry i krzątającą się bez planu matkę. Wreszcie były gotowe. Wszystkie cztery. Agusia i Tereska biegły przodem, za nimi objuczone Anka i Pola. Po co nam tyle tych rzeczy, skarżyła się Anka. Pola krzyknęła do dziewczynek, żeby się zatrzymały na przejściu dla pieszych. Przeszły wszystkie razem i wsiadły do tramwaju. Jaka ta Warszawa szczęśliwa w tych upałach, jaka wypoczęta, myślała Pola. Szkoda, że trzy czwarte roku to szara jesienio-zima. Szkoda miasta. Wysiadły i skręciły w lewo, minęły budkę z lodami. Agusia się zawahała, ale bardzo krótko. Stąd można było już biec. Już było widać rzekę i pełną ludzi Poniatówkę. Więc pobiegła, a za nią Tereska piszcząc i krzycząc „mamo, mamo, jest lato!” Pola poczuła na ramionach wiatr. Wreszcie można było oddychać, nad wodą powietrze nigdy nie stało w miejscu. W każdym razie tak się Poli wydawało, dlatego bardzo lubiła spędzać tu upalne dni.
Ktoś zapukał do drzwi. Pola ocknęła się z zamyślenia, poczuła, że ma kompletnie zdrętwiałą od mieszania rękę i w końcu wstała, żeby otworzyć. To Brunon, mąż Anki, wpadł na chwilę, na herbatę. „Jesteś najlepszym dowodem na to, że choćbym nie wiem jak mieszała, to i tak się nic nie zmieni”, fuknęła Pola. Bruno spojrzał na nią ze zdziwieniem, ale nic nie powiedział. Wstawił wodę na herbatę i obserwował, jak jego teściowa skręca papierosa. Zawsze paliła bez filtra. Mawiała, że jak już palić, to porządnie. Najwyraźniej trafił na jeden z jej dziwnych nastrojów. Zmieniali się z Anką, raz on, raz ona, wpadali tu w ciągu dnia, żeby wyrwać Polę z zamyślenia, ocucić z rauszu niespokojnych myśli, przegonić samotność.
„Wie mama, kogo spotkałem idąc tutaj? Ignacego, tego wysokiego piegowatego, co pracował z mamą w szkole przed wojną! Podobno przed powstaniem uciekł do Łodzi i przesiedział tam do końca. Tak samo się uśmiecha i dowcipkuje, jak wtedy, tylko twarz ma jeszcze bardziej pomarszczoną.”
„No proszę, fizyk Ignacy wrócił do Warszawy! Trudno się rozstać, oj trudno”, Pola zaciągnęła się mocno.
„Zaproponowałem, żeby wpadł któregoś dnia na kawę i kawałek nugatu – wzruszył się, że mama wciąż ten nugat robi i że w tej samej kamienicy.”
„Bruno, jak ty możesz zapraszać tu obcych ludzi, sugerować im, że nic się nie zmieniło? Nic nie jest już takie, jak przed wojną, nic! Nie chcę herbaty!”
Bruno nie odezwał się już ani słowem. Przemilczeli wspólnie chwilę, a potem wyszedł.
Pola zapaliła kolejnego papierosa, zapomniała o porcelanowej misie i zamyśliła się na nowo. W kuchni czas odmierzał stary zegar, który już od lat nie wybijał pełnych godzin, tylko kwadranse, nie wiadomo, dlaczego. Pola lubiła te jego ekstrawagancje i zupełnie jej nie przeszkadzało, że często nie wiadomo było, która to właśnie wybiła godzina. Właściwie czas w ogóle mógłby dla niej nie istnieć. Popatrzyła na swoje pomarszczone stopy i postanowiła, że pomaluje paznokcie na szalony fiolet, tak, jak Aneczka przed laty, dodając do lakieru gencjany. Przy trzecim paznokciu u drugiej stopy zadzwonił Ignacy. Czyli Bruno podał mu też numer telefonu, wściekła się Pola.
Ignacy był jedną z niewielu osób, które się wtedy od niej odwróciły. Bardzo jej pomagał po śmierci dziewczynek, ale potem zniknął bez słowa pożegnania i słuch po nim zaginął. „Ignasiu, tak, no tak, to ja, przecież słyszysz.” Nie minęło piętnaście minut, a Ignacy stał przed drzwiami. „Zabieram cię na tort Fedory do naszej ulubionej kawiarni”, oznajmił i już za chwilę szli wspólnie Bagatelą do Placu Unii. Pola w sandałach, dwa niepomalowane paznokcie, reszta fioletowa. Torty Pola lubiła popijać ciemnym piwem, takie może i dziwactwo. Siedzieli w milczeniu. No bo jak tu rozmawiać? Od czego zacząć?
Ignacy odchrząknął. „Dobrze cię widzieć. Tak się cieszę, że cię znalazłem.” „Wierz mi Ignac, bardzo chciałam zginąć w powstaniu.” „Co ty opowiadasz? Pola, bój się Boga! Ty wiesz ilu ludzi z Łodzi nie przeżyło wojny? Aresztowani, wywiezieni do obozów pod byle pretekstem!” Pola pokiwała głową i popiła piwem.
W powstaniu była sanitariuszką, bardzo się angażowała i starała za dużo nie myśleć, nie o dziewczynkach, nie o Romanie i nie o sobie, i o tym, co dalej, też nie. Przeżyła cudem, jakie to dziwne, że właśnie ona. Co to za niezrozumiały boski plan, albo może nieboski i nie plan, tylko przypadek? Może nad światem czuwa jakiś upośledzony bandyta, który upaja się ludzkim nieszczęściem i sprawia, że zapomina się o praktycznych szczegółach, ale o tym, co chciałoby się wymazać z pamięci zapomnieć nie sposób? Co to był, do diabła, za kryminał wtedy? Od lat usiłowała sobie przypomnieć każdy najmniejszy szczegół tamtego upalnego dnia, i zawsze na czymś się zacinała, coś zawsze pozostawało niejasne, nienazwane.
Wisła, potężna i pozornie spokojna, odbijała promienie słońca, szumiała cichutko i szeptem zachęcała do kąpieli. Złudna i okrutna, paskudna i parszywa. Jakże Pola mogła się na niej nie poznać, nie zareagować w porę, nie krzyknąć, nie rzucić się. Zacisnęła obydwie pięści i zamknęła oczy.
„Pola, na miłość boską, ocknij się wreszcie z tego zamyślenia! Nie jesteś sama, jesteś tu ze mną, nie widzieliśmy się od przed wojny, nie cieszysz się ani trochę?”
„A co ty z tym Bogiem dzisiaj, Ignaś, co?”
***
W mieszkaniu było chłodno i cicho, jak zawsze. Pola od razu poczuła się lepiej, wsunęła stopy w pantofle i oparła się o ścianę w przedpokoju. „Dziczeję coraz bardziej”, pomyślała, „biedny Ignacy”. Odkręciła kran w zlewie w kuchni i długo myła ręce w ciepłej wodzie. Od pewnego czasu unikała łazienkowego lustra, które ze znudzeniem przypominało jej o tym, że nie jest już młodą Polą, że nie całe życie przed nią i że książę na białym rumaku już tu był i więcej nie wróci. W kuchni czuła się dużo bezpieczniej.
Czasami wciąż myślała o Romanie i o tym, jak niewiele przedmiotów jej po nim zostało, jak niewiele pamiątek. Ale może to i lepiej, przynajmniej nie musi się martwić, co z nimi zrobić. Choć czasem chciałaby móc wziąć do ręki coś, co należało do niego, zacisnąć palce wokół czegoś o określonym kształcie i funkcji.
Roman odszedł tamtego lata, po tym, jak znaleziono ciała. Powiedział, że musi wyjechać, że nie może już z Polą żyć, że musi się wynieść z Warszawy. Wyjechał z jedną walizką, i słuch po nim zaginął. Zostawił mnóstwo rzeczy, książek, zegarów, które kolekcjonował. Nic nie przetrwało wojny i Pola straciła nadzieję, że kiedykolwiek go jeszcze zobaczy. Nad tym, czy Roman wojnę przeżył, zastanawiała się codziennie.
***
Na plaży tego dnia było mnóstwo ludzi. Ich ulubione miejsce z prawej strony, blisko wody było zajęte, zaczęły więc iść w innym kierunku. Pola i Anka, obładowane, spocone i oszołomione ciepłym powietrzem. Dopiero, gdy ktoś zaczął krzyczeć, Pola zorientowała się, że dziewczynki są niebezpiecznie daleko, że Agusia desperacko wymachuje rękami. Jak mogła nie zauważyć wcześniej, jak to się stało, jak? I dlaczego właściwie tamtej niedzieli nie było z nimi Romana? Co go zatrzymało, co było tak istotne? Upalne niedziele nad Wisłą to był ich rodzinny rytuał. Gdyby z nimi był, wszystko byłoby inaczej. Albo gdyby Pola i dziewczynki zostały w domu, albo wyjechały za miasto. A może wystarczyłoby, gdyby przyszły godzinę później? A może powinna była kazać każdej coś nieść, wtedy wszystko trwałoby dłużej, wtedy mogłaby wejść razem z nimi do wody, wtedy nie siedziałaby teraz w kuchni sama. Na pewno nie. Uwielbiała te swoje hipotezy. Niekończące się gdybanie, pisanie nowych scenariuszy, których Upośledzony nie byłby w stanie wymyślić. Do głowy by mu nie przyszło. Wojnę sobie dla nas napisał, losowo porozdzielał role, wściekała się Pola.
Po wojnie do kamienicy oprócz Poli wprowadziły się tylko dwie rodziny, które mieszkały tu przed powstaniem. Mieszkanie na drugim piętrze zajmowała teraz kobieta z dwoma synami, „Kapuścińscy”, jak ich ochrzciła Pola, co drugi dzień gotowali kapustę. Z kuchni wydobywały się opary, które wypełniały całą kamienicę. Każdy sweter Poli i każda zasłona w jej mieszkaniu, ba, każdy włos pachniał kapustą. Coś okropnego, zwariować można. Wstała i zamknęła okno.
Usiadła przy stole, z szuflady na sztućce wyjęła karty i postanowiła, że dziś położy warkocz. Wszystkie pasjanse zawsze jej wychodziły. Zawsze, i to od zawsze. Bruno się ostatnio mądrzył, że to statystycznie niemożliwe i że albo Pola oszukuje, albo jest czarownicą. Może i jestem, pomyślała i zaczęła się przyglądać damie pik, uśmiechniętej, z obfitym biustem i wachlarzem w ręku.
Było już ciemno, kiedy Pola i Anka wróciły do mieszkania tamtego dnia. Dwie kobiety z koszykiem. Olejek do opalania, kryminał i herbatniki. Nikt nie zgłodniał. Wyszły we cztery, wróciły we dwie. Pola nie wie, która to była godzina, nie wie też, gdzie był wtedy Roman. Pamięta, że spały z Aneczką na dywanie, wtulone w siebie. Cały świat zawęził się do tego jednego pokoju i Pola postanowiła już nigdy z niego wyjść. Nigdy. Postanowiła nigdy więcej nikogo nie kochać, unikać ludzi w ogóle i umrzeć za karę z samotności. Gdyby nie Anka, to pewnie dopięłaby swego. Z pokoju w końcu wyszła, ludzi unikała do dziś, a w stosunku do świata, Upośledzonego i siebie wypracowała pewien dystans, który jak mur z ironii, sarkazmu i czasu oddzielał ją od rzeczywistości. Przebić udawało się czasem tylko Ance, wszyscy inni uważali ją za dziwadło, albo jej współczuli i patrzyli na nią z mieszaniną zakłopotania i smutku. Nie do zniesienia. Wyjątkiem były obce dzieci, skoncentrowane na mieszaniu żółtek z cukrem łyżeczką.
Pola zamknęła oczy, w kuchni wciąż pachniało kapustą i gdyby nie ten pikowy wachlarz, to byłoby zupełnie nie do wytrzymania.
Bara@Bara
W języku suahili barabara znaczy droga, ale skąd mam, prostaczek, o tym wiedzieć. Wygodniej mi przyjąć dosłowność kuszącego, polskiego tytułu książki: Bara@Bara, którą podkreśla na okładce para spleciona w miłosnym uścisku. W samczym instynkcie rzucam się na lekturę i dawaj łowić momenty, ale gdzie one? Autorka, jak to kobieta, jedno obiecuje, drugie robi. Funduje mi opowieść o trzech przyjaciółkach, które poznają się na Uniwersytecie Warszawskim w czasach PRL-u, a później… Nie powiem, nie jestem, jak ta słynna bileterka z przedwojennego, francuskiego kina, która mściła się na skąpych klientach, sycząc im w trakcie projekcji do ucha: a zabił sędzia… Następnym razem wiedzieli, że za wskazanie miejsca na sali należy się napiwek.
Ewa i Monika jadą na Zachód, każda swoją drogą, Arleta zostaje w Polsce. Jednej udaje się wyjść korzystnie za mąż, druga ma twardy, emigracyjny start, ale dzięki przyjaciółce też w końcu dostaje się na salony. Berlin, Monachium, Marsylia, Saint Tropez, Majorka, Meksyk, Arizona… W książce, jak w kalejdoskopie, zmieniają się krajobrazy, wnętrza luksusowych willi, partnerzy seksualni, intryga goni intrygę, czasami bohaterki przeżywają jakiś osobisty dramat, ale biednie i nudno im w życiu nie jest. Czyta się więc Bara@Bara gładko, w sam raz jak na letnie wakacje, choć czasem robi się smutno w trakcie lektury. To za przyczyną ludzkiej podłości i pazerności, bo książka pokazuje również światowe kulisy handlu bronią i narkotykami, sexbiznessu, jest także motyw zbrodni.
Z Panią Hanną Märker, autorką książki, która na rynku wydawniczym ukazała się wiosną tego roku w języku polskim, niemieckim, angielskim i hiszpańskim, spotykam się w jednej z rosyjskich knajpek w jej ukochanym Berlinie. Urodziła się w Polsce, jednak od ponad 30 lat mieszka poza jej granicami. Po mamie ma korzenie niemieckie, po ojcu z białogwardyjskiego rodu, który po Rewolucji 1917 roku znalazł schronienie w Polsce – rosyjskie, stąd pewnie uwielbia słowiańskie klimaty, ale nad bezpieczną Szprewą. Książka spodobała się czytelnikom, podobnie, jak wcześniejsze utwory pisarki: Seksualne i nie tylko życie Anny, Zaloguj się!, Seksowna_45_pozna…, Niebezpieczny erotyk.
– Wszystkie książki na mniej więcej jeden temat…
– Widać, że ich Pan nie czytał. Ta pierwsza, to książka psychologiczna, poza tym to są tylko tytuły, kiedy są nośne, książkę łatwiej sprzedać (śmiech)
– Kto jest ich głównym odbiorcą?
– Piszę przeważnie dla kobiet nowoczesnych, inne nie rozumieją mojego przesłania.
– Mężczyźni na ogół słabo wypadają w Bara@Bara, po często dobrym początku zwykle zaczynają zdradzać, przestają dbać o kobiety, czy to nie pewne uproszczenie?
– Co znaczy „po często dobrym początku”? Jako mężczyzna nie zrozumiał Pan nic z mojej książki, jeżeli chodzi o męską płeć. Ogólnie mężczyzna sporadycznie coś stara się zrobić dla kobiety i to tylko wtedy, kiedy ma jakiś cel. Kobiety zbyt często moim zdaniem używają zwrotów: on dba o mnie, on dba o ciebie. Mężczyzna nawet tych słów nie zna. Na początku znajomości na ogół chce się przypodobać kobiecie, potem zatuszować wszelkie swoje małe kłamstwa i duże zdrady, a na końcu potrzebuje opiekunki i najlepiej jak będzie ona od niego o pokolenie młodsza. Jeżeli kobieta jest mądra to odpowiednio wykorzysta wszystkie te fazy dla siebie, ale niestety u większości kobiet największe znaczenie ma chemia lub stworzenie i utrzymanie rodziny, nawet gdy jest to rodzina „umierająca powoli”. Moje bohaterki są inne, są kobietami, które tak jak i mężczyźni potrafią brać z życia wszystko, co fajne. Dlatego w oczach mężczyzny czytającego moją książkę wygląda on słabo, nawet blado. I dodam jeszcze, że kocha się prawdziwie wtedy, kiedy się kocha za nic, ale czy to w ogóle istnieje?
– No to mi się nieźle dostało, jako przedstawicielowi gorszej połowy świata. Pani miała już czterech mężów, wyszłaby Pani piąty raz za mąż?
– Hmmm, czemu nie, to taka miła chwila…
– Zaczyna Pani swoją powieść słowami: nigdy nie uciekaj od miłości – nie warto… Ona i tak cię dogoni! Natomiast na stronie 67 pisze Pani: Fenyloetyloamina wraz z dopamin, wywoływały u niej miłosną ekstazę i euforię, typowe dla zakochanych osób, które jeszcze nie doznały seksualnego zbliżenia z ukochanym. Miłość w Pani pojęciu to zatem tylko chemia?
– Czysta chemia (śmiech)
– Akcja książki toczy się na przestrzeni 25 lat. W tym czasie Ewa i Monika, Pani główne bohaterki, przechodzą rozmaite koleje losu, zmieniają im się charaktery i poglądy na świat, która z nich jest Pani alter ego?
– Żadna, to są postacie całkowicie wymyślone przeze mnie, co nie znaczy, że z pewnymi ich kwestiami, które wypowiadają się nie zgadzam.
– W nocie od autora zaznaczyła Pani, że zbieżność nazwisk, miejsc, dat, sytuacji i innych elementów jest zupełnie przypadkowa. Chodzi między innymi o kryminalne wątki w książce?
– Może Pan sam się domyślić.
– Pani ma ciekawy życiorys. Z wykształcenia – interior design, czyli architekt wnętrz, ale i dziennikarka. Swoje projekty realizowała Pani m.in. w Hiszpanii, na południu Francji i w Kazachstanie. Korespondentka zagraniczna polskiego czasopisma Moda&Styl orazredaktor naczelny My Taste Magazine, niemieckiego periodyku poświęconego luksusowemu stylowi życia. Jakie ma Pani zawodowe plany na przyszłość?
– Z pomocą reżysera Wiktora Grodeckiego z Hollywood przygotowuję się do zrobienia tam filmu, opartego na historii życia Ewy z Bara@Bara. Marzę o reżyserowaniu już pewnie od 20 lat. Pod koniec tego roku projekt powinien być już gotowy.
– Życzę więc, żeby to marzenie spełniło się jak najpiękniej i dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał: Zbigniew Milewicz
Poezja – Poetry – Poesía / Llach
Lluis Llach
Najsłynniejsza piosenka Solidarności – “Mury” (A mury runą…) przetłumaczona i śpiewana przez Jacka Kaczmarskiego, została napisana za czasów dyktatury Franco przez Lluisa Llacha po katalońsku, ma mniej lub bardziej inną treść, a jej tytuł oznacza… “Słup”.
Poniżej wersja katalońska i hiszpańska, a pod spodem polska i angielska, która jest tłumaczeniem polskiej.
Czy wiecie, że wydźwięk tej piosenki jest strasznie pesymistyczny? Wydaje mi się, że nikt z nas nie chce tego pamiętać!
| L’ESTACA |
L’avi Siset em parlava
de bon matí al portal
mentre el sol esperàvem
i els carros vèiem passar.
Siset, que no veus l’estaca
on estem tots lligats?
Si no podem desfer-nos-en
mai no podrem caminar!
Si estirem tots, ella caurà
i molt de temps no pot durar,
segur que tomba, tomba, tomba
ben corcada deu ser ja.
Si jo l’estiro fort per aquí
i tu l’estires fort per allà,
segur que tomba, tomba, tomba,
i ens podrem alliberar.
Però, Siset, fa molt temps ja,
les mans se’m van escorxant,
i quan la força se me’n va
ella és més ampla i més gran.
Ben cert sé que està podrida
però és que, Siset, pesa tant,
que a cops la força m’oblida.
Torna’m a dir el teu cant:
Si estirem tots, ella caurà…
Si jo l’estiro fort per aquí…
L’avi Siset ja no diu res,
mal vent que se l’emportà,
ell qui sap cap a quin indret
i jo a sota el portal.
I mentre passen els nous vailets
estiro el coll per cantar
el darrer cant d’en Siset,
el darrer que em va ensenyar.
Si estirem tots, ella caurà…
Si jo l’estiro fort per aquí…
| LA ESTACA |
El viejo Siset me hablaba
al amanecer, en el portal,
mientras esperábamos la salida del sol
y veíamos pasar los carros.
Siset: ¿No ves la estaca
a la que estamos todos atados?
Si no conseguimos liberarnos de ella
nunca podremos andar.
Si tiramos fuerte, la haremos caer.
Ya no puede durar mucho tiempo.
Seguro que cae, cae, cae,
pues debe estar ya bien podrida.
Si yo tiro fuerte por aquí
y tú tiras fuerte por allí,
seguro que cae, cae, cae,
y podremos liberarnos.
¡Pero, ha pasado tanto tiempo así !
Las manos se me están desollando,
y en cuanto abandono un instante,
se hace más gruesa y más grande.
Ya sé que está podrida,
pero es que, Siset , pesa tanto,
que a veces me abandonan las fuerzas.
Repíteme tu canción.
Si tiramos fuerte…
El viejo Siset ya no dice nada;
se lo llevó un mal viento.
– él sabe hacia donde -,
mientras yo continúo bajo el portal.
Y cuando pasan los nuevos muchachos,
alzo la voz para cantar
el último canto que él me enseñó.
Si tiramos fuerte…
| MURY |
On natchniony i młody był, ich nie policzyłby nikt
On im dodawał pieśnią sił, śpiewał, że blisko już świt.
Świec tysiące palili mu, znad głów podnosił się dym,
Śpiewał, że czas by runął mur…
Oni śpiewali wraz z nim:
Wyrwij murom zęby krat!
Zerwij kajdany, połam bat!
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!
Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść, dreszcze na wskroś serc i głów.
Śpiewali więc, klaskali w rytm, jak wystrzał poklask ich brzmiał,
I ciążył łańcuch, zwlekał świt…
On wciąż śpiewał i grał:
Wyrwij murom zęby krat!
Zerwij kajdany, połam bat!
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!
Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas,
I z pieśnią, że już blisko świt szli ulicami miast;
Zwalali pomniki i rwali bruk – Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam ten nasz najgorszy wróg!
A śpiewak także był sam.
Patrzył na równy tłumów marsz,
Milczał wsłuchany w kroków huk,
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg…
Patrzy na równy tłumów marsz,
Milczy wsłuchany w kroków huk,
A mury rosną, rosną, rosną
Łańcuch kołysze się u nóg…
| WALLS |
He was inspired and young, they were a legion
He gave them strength with his song, singing that the dawn is near.
They’d light thousands candles for him, smoke rising over their heads,
He sang it was time for the wall to fall…
They sang together with him:
Pull the teeth of bars from the walls!
Tear off the chains, break the whip!
And the walls will fall, will fall, will fall
And will bury the old world!
Soon they knew the song by heart and just the melody without the words
Carried the old meaning, shivers through hearts and heads.
So they sung, clapped to the rhythm, their applause sounding like gunshots,
And the chain was a burden, the dawn was dawdling…
And he still sung and played:
Pull the teeth of bars from the walls!
Tear off the chains, break the whip!
And the walls will fall, will fall, will fall
And will bury the old world!
And they saw their numbers, they felt their strength and the time,
And singing that the dawn is near, they marched into the streets;
They destroyed monuments and uprooted pavements
— This one is with us! This one is against us!
Who’s alone is our worst enemy!
And the singer was also alone.
He looked at the steady march of the crowds,
Silent he listened to the thunder of their steps,
And the walls grew, grew, grew
The chain dangled at the feet…
He looks at the steady march of the crowds,
Silent he listens to the thunder of their steps,
And the walls are growing, growing, growing
The chain dangles at the feet…
Pani Irenka reloaded 2
Pani Irenka już u nas była, ale teraz się pozmieniała, uaktualniła i rozrosła do czterech odcinków. W zeszłym tygodniu był odcinek pierwszy, dziś – drugi.
Karolina Kuszyk
Najpierw to nawet myślałam o panu Stanisławie. Przecież zawsze ten, co nieboszczyka znajdzie, to pierwszy podejrzany, nie? Procedura taka. Ale jaki by pan Stanisław mógł interes mieć, żeby sąsiada swojego? Ani oni się nie gniewali ani nic, o pieniądze też przecież chodzić nie mogło, bo Kwiatkowski, proszę pani, w wojsku całe życie był, to rentę ładną miał, ale za to pan Stanisław w kopalni pracował, to oni teraz z żoną jak pączki w maśle, trójkę dzieci na studia wykierowali, magistry, a jeden syn nawet inżynier. W zeszłym roku nawet w tej, Grecji byli, czy w Hiszpanii. Poza tym pan Stanisław sam słabuje, gdzie on by Kwiatkowskiego, zdrowego chłopa?
Zaraz na drugi dzień po tej stypie u lekarza byłam, bo nadciśnienie mam i cholesterol, chociaż jajek prawie wcale nie jem i mrowi mnie, proszę pani, w prawej ręce. Na to mrowienie lekarz maść mi zapisał i mówi, niech pani tym smaruje rano i wieczorem i zawsze trochę bandażem owinie, powinno minąć. Do ty pory mi od ty maści, proszę pani, nie minęło. Co robić. Ale za to na fizyterapię mnie zapisał, gimnastykę taką specjalną. Dwa razy w tygodniu chodzę, i ręką zawsze trochę poruszam, to nawet trochę przechodzi. No i wracam ja od tego lekarza i jak raz spotykam znajomą taką, ona tam trochę dalej na Cieszyńskiego mieszka. Widzę, że oczy czerwone ma, to mówię, dzień dobry, a co to kochana, stało się? A nic, pani, ona na to, pogrzeb u nas jak raz był. To ja dopiero wtedy patrzę, że ona cała na czarno. Ale co, jak, pytam się, kto umarł? – Pani, Nowakową pani znała, co kiedyś krawcową była? – Tą elegancką? – pytam się. – Co podobnież kochanków sobie sprowadza? – Pani, mąż jej tak młodo umarł, to co miała robić kobieta? – Za mąż znowu wyjść, jak wdowa, tyle to i Kościół dopuszcza, już miałam powiedzieć, a nie młodych takich trzydziestoletnich sobie brać… przecież ona już zdrowo po pięćdziesiątce ma, ta Nowakowa, ale myślę sobie, a po co, na co, nie będę tu gadać na ulicy i pytam się dalej: – Krewny jaki jej zmarł czy co? – Gdzie, pani, to Nowakowa sama umarła! – Cooo? – ażem się za głowę złapała. – Ale co to się stało? – Pani, co to u nas było dwa dni temu. Przychodził do niej jeden taki. Ochroniarz. W Tesco pracuje. Młody, przystojny. I to on ją znalazł, pani, w mieszkaniu, nieprzytomną. Myślał, że może wypiła sobie, bo Nowakowa wypić zawsze lubiła, ale jak pulsu nie mógł wyczuć, to zaraz na pogotowie zadzwonił. Przyjechali na miejsce, popatrzyli i od razu powiedzieli: zgon. Lekarz powiedział, że zawał, ale i tak podejrzenie na tego młodego jest, że niby on zabił, z zazdrości. Bo ona jeszcze takiego innego na boku miała, policjanta. – Całe życie przydupasów miała, niech jej ziemia lekką będzie, ja na to. A tego ochroniarza to ja nawet znam, bo syn mu przecież pracę załatwiał, jeszcze ze szkoły znają się. Ale słychać co było, kłócili się, bił ją czy jak? – Pani, gdzie tam, słychać to tam co innego było… Ale żeby się kłócili, nic a nic. On taki miły mężczyzna, przyjemny. Zawsze dzień dobry pani mi na schodach powiedział. Często my się widywali, przecież ja zaraz pod Nowakową mieszkanie mam. Mnie tam, pani, to nie wydaje się, żeby on zabił. Przychodził, jak potrzebę miał, wiedział, że ten drugi też przychodzi, ale dyskretny człowiek był. I jak on rozpaczał, pani, jak ją karetka odwoziła. Jak na sygnale przyjechali, to jeszcze jakąś nadzieję chłopak miał, a jak jechali z powrotem, Nowakowa w takim czarnym zasuwanym worku, to już bez sygnału, spokojniutko, bez spieszenia. Bo co się z trupem spieszyć mają, nie? – I tak mi ta z Cieszyńskiego opowiada i łzy ociera, widać, że naprawdę lubiła tamtą, nieboszczkę, i już nawet i mnie się tej Nowakowej szkoda zrobiło, latawica była bo była, ale sympatyczna kobieta i taka zawsze szykowna, chociaż jakby mnie się kto pytał, wstydu to ona nie miała za grosz. Ale, co będę gadać, bo to wiadomo, co w drugim człowieku siedzi? Może potrzeby miała takie same jak chłop? Ale prawda też taka, że krzywdy nigdy nikomu nie zrobiła i zrobić nie dała. Jak jej raz dzieciaki piłką okno stłukli, to tylko się śmiała i zaraz po szklarza zadzwoniła. I jeszcze dzieciaków przed rodzicami broniła. Szklarz przyszedł, okno wstawił, ani grosza od niej nie wziął, powiedział, że od firmy dla miłej pani. Potem trochę jeszcze do niej przychodził. I co niedziela w kościele na sumie ją widziałam. Do spowiedzi też chodziła. Ciekawość, co jej tam ksiądz na pokutę dawał. Bo że grzech był, to był. Wiadomo. Ale może te jej grzechy to już nie takie wielkie jak kiedyś? Przecież teraz młodzi ze sobą mieszkają i już przed ślubem uprawiają. Bo wiadomo, że uprawiają, święci nie są. Czy grzech zmienia się? Raz większy jest a raz mniejszy? Jakby tak te trzydzieści lat temu taka u nas na wiosce żyła, proszę pani, to by ją z ambony ksiądz przeklął i z kościoła wyrzucił. A jeszcze gorzej baby by jej dały. No, ale Nowakowa taka nie była, nieżonate do niej tylko przychodziły, kawalery. To może i grzech mniejszy.
No, ale zaraz żeśmy pożegnały się, a ja do siebie i dumam. Takie, myślę sobie, nieszczęście, najpierw Kwiatkowski, potem Nowakowa. I oboje podobnież na serce. Ale nie chorujące, zdrowe? I tak mi to spokoju nie dawało, że aż do syna zadzwoniłam, i mówię, że teraz jeszcze Nowakowa nie żyje i podobnież podejrzenie jest przez policję, że ten młody ją zabił, ale też i nie jest, bo ponoć całkiem dobrze ze sobą żyli, poza tym ona podobnież zawał miała. I mówię, że mnie to zupełnie spokoju nie daje i że chyba nie zasnę i znowu tabletkę na spanie będę musiała brać. Syn się zaraz zdenerwował i mówi: Niech się mamusia przestanie mieszać. Mamusi sprawa czy policji? Mamusiu, ja teraz czasu nie mam, jak się mamusia w detektywa chce bawić, to proszę bardzo, ale niech mamusia nie zapomina, że ja teraz w wyborach kandyduję i że mnie nie bardzo pomoże, jak mamusia będzie wsadzała nos w nieswoje sprawy. Tu chodzi o mój wizerunek medialny, rozumie mamusia?
I sobie, i synowi wtedy przyrzekłam, że przestanę wsadzać nos w nieswoje sprawy, i Pana Boga za grzech ciekawości przeprosiłam. Lato takie ładne przyszło, to i tak prawie codziennie na działce byłam za tymi moimi roślinkami i nawet więcej o tych naszych nieboszczykach nie myślałam. Umarli, bo umarli, widać taka wola Boska i tyle. Ale potem, jakoś tak pod koniec czerwca, wnuczek ze świadectwem przychodzi, zadowolony taki, stopnie pokazuje. Zdać zdał, pani. Dawidek to niezbyt taki jest do uczenia. Ciasto z kruszonką upiekłam, to zaraz ukroiłam, usiedliśmy sobie w stołowym, i tak spoglądam na to jego świadectwo i pytam się, Dawidek, a piątki są z góry do dołu? W żartach tak. A on niby obrażony, że babciu, babcia to by zaraz chciała same piątki, albo lepiej szóstki, całkiem jak tata, tata to też się od razu spytał, a czemu z angielskiego tylko trója, bo angielski to teraz podstawa i że na cholerę on tyle za te korepetycje płaci, a matura już za rok, i żebym się wziął i w ogóle. A na szóstkę z informatyki to nie spojrzał nawet. Oj, już dobrze, Dawidek, dobrze, przecież babcia tak tylko żartuje sobie, nie denerwuj się, mówię, najważniejsze, że żeś zdał i że teraz wakacje masz, nie? A tak w tajemnicy ci powiem, że tata twój też żaden prymus nie był. A teraz, proszę – kandyduje. No, ale ty prosto ze szkoły, to może ciasta ci jeszcze ukroić? I herbatki sobie posłódź. I tak żeśmy sobie posiedzieli, zaraz mój film był, to i popatrzyliśmy razem. No i mi Dawidek zaraz tego samego dnia tych łiskasów przyniósł. Znaczy takie same jak te co reklamują, tylko tańsze. Sama tych puszek przecież ze sklepu nie zatacham, to Dawidek ma przykazane, żeby mi zawsze przyniósł, pieniążków mu daję, to jeszcze mu tam ździebko zostanie, na kino czy na co. I te kotki tutaj, proszę pani, dokarmiam. Takie, co tu chodzą, osiedlowe. Tośmy potem z Dawidkiem jeszcze na dół zeszli z tymi łiskasami, kotkiśmy nakarmili i tak przyglądamy się, jak jedzą, bo to, proszę pani, aż przyjemność popatrzeć. Wzięłabym nawet jakiego, ale tak strasznie kicham po ty sierści! Lekarz mówi, że to podobnież ta, alergia. Alergia, pani. Kiedyś tego nie było. Nowe choroby jakieś teraz wymyślają. Ale powiem pani, że miałam ja z sąsiadami za te kotki. Że niby na klatce sikają, że parszywe, że to, że tamto. Sikają, akurat. Wnuczek przecież wyłapywał i do tej, stylizacji woził, za moje pieniądze, pani, z emerytury, nikt z sąsiadów nie dołożył, a chodziłam pytałam. A jak kocur raz wystylizowany, to już nie zasikuje. A te w kółko Macieju, że sikają i że brudne. Ta Danka najgorsza. W końcu jej powiedziałam, mówię, pani to brudniejsza od tego kota, bo on to się codziennie porządnie umyje, i to nie raz, a pani to tylko szminką buzię pomaza, perfumką pokropi i myśli, że umyta. Myć się trzeba, pani, mydłem! To aż purpurowa się zrobiła. No, ale w końcu ktoś jej powiedział, bo czas był najwyższy. Czasem w windzie, proszę pani, to koło niej po prostu wytrzymać nie można. Fuknęła tylko, i zaraz zabrała się i poszła. I skończyło się. Kot jej brudny. No i tak patrzymy sobie z wnuczkiem na te kotki, aż nagle wnuczek odzywa się: Babciu, a wyjaśniło się z tym, co go u was w piwnicy zabili? Dawidek, mówię, i aż podskoczyłam, gdzie tam zabili, przecież on na serce! A Dawidek tylko głową kręci i tak do mnie: E babciu, babcia to każdą ściemę łyknie. Że co ty mówisz? Ale zrozumiałam, że mu chodziło, że z tym sercem to i może nieprawda. Ale nic nie mówię. A Dawidek dalej: Nie pamięta babcia, jacy tu do niego przyjeżdżali? No, jakiś miesiąc temu będzie? I jak powiedziałem, patrz babciu, jaka fura zajechała. Beemką podjechali, obydwaj w gajerach, a babcia jeszcze wtedy do mnie: Patrz, Dawidek, jacy ładni panowie, a jak ładnie ubrani. Żebyś ty zawsze miał tak spodnie na kant uprasowane, jak będziesz duży. I jak babci powiedziałem, że teraz taki kant na spodniach to obciach. I że to jakieś buraki są. No co, pamięta babcia czy nie? I jak potem z tej fury wysiedli i od razu do Kwiatkowskiego. Wiem, bo zeszłem wtedy na dół. I jak to Dawidek tak opowiada, to mi, pani, jak raz wszystko staje przed oczami. Bo byli tu tacy, ze dwa razy. Niby wiedziałam, ale tak jakoś nie skojarzyłam. Człowiek stary już, do niczego. Jak czasem tabletki gdzie położę, proszę pani, to się naszukam, naszukam, nawzdycham, nadenerwuję. Pięć razy mieszkanie wte i wewte przejdę, a one sobie spokojnie w kuchni na stole leżą. No, ale jak tacy byli, z teczkami, to znaczy, że jest ta, poszlaka. Na filmach zawsze tacy eleganccy to najbardziej podejrzani i w tych teczkach te dolary czy inne czeki mają pochowane. A kto to, pani, może wiedzieć, czy na starość Kwiatkowski za jakie nielegalne interesy nie wziął się.
Ciąg dalszy w następną sobotę


