Grube książki

e.m.s.

Długie, grube książki

Jestem wprawioną w bojach czytelniczką długich książek. Lubię czytać długie, grube książki, bo gwarantują człowiekowi wierność, obiecują, że będą z nami przez dłuższy czas i w zależności od tempa czytania, dotrzymują obietnicy przez tydzień, miesiąc albo rok.

Jednak, jak wszystko w życiu, tak i problem grubych książek ma dwie strony medalu.

Bo co tu dużo gadać, upodobanie do grubych książek jest banalne i powszechnie znane. Każde tak zwane „czytadło” jest grube, poza Czytadłem Konwickiego.

Grube książki pojawiły się w XIX wieku, który był złotą epoką powieści. Pisarze tacy jak Sienkiewicz, Flaubert, Galsworthy i Fontane pisali grube książki, bo ich odbiorcami były przede wszystkim kobiety z zamożnej klasy średniej, które miały czas i ochotę na czytanie i pieniądze na kupno książek. To oznaczało również, że pisarz musiał pisać tak, żeby kobiety były zadowolone. Nie musiał to być koniecznie happy end, dramat i melodramat były jak najbardziej dopuszczalne, natomiast charaktery kobiet powinny były być prawdziwe, ich ambicje, cele, marzenia musiały odpowiadać, temu, co naprawdę chciały kobiety, a nie temu, co mężczyźni by chcieli, żeby kobiety chciały. Ale jeśli kobiety polubiły bohaterów i bohaterki powieści, to historie można było ciągnąć latami. Saga rodu Forsythe’ów, Rodzina Whiteoaków, Trylogia, grube opasłe historie. I pisarze jako prawdziwi znawcy kobiet.

Wydaje mi się, że w komunie gruba książka wyszła z mody. Może dlatego, że permanentnie brakowało papieru, może dlatego, że będąc pisarzem trzeba się było raz na rok meldować z nową książką, żeby się utrzymać na rynku pupilków władzy, który był chyba jeszcze surowszy i bardziej kapryśny niż rynek komercjalny. W pewnym momencie, gdy powstał drugi obieg, pisarze musieli pisać krótko, bo w podziemiu nie tylko zawsze brakowało papieru i farby drukarskiej, ale też zwyczajnie nie starczało mocy przerobowych.

Ważna była też opinia kolegów-pisarzy i etos środowiska – szanujący się pisarz nie używał wazeliny i nie stosował tak zwanej „waty”, czyli oportunistycznego pogrubiania książek dla wierszówki. Wodolejstwo uprawiała komuna. Polski intelektualista, chudy, przygarbiony, w okularach w grubych oprawkach, dużo myślał, a pisał powściągliwie i z namysłem. Klak… klak… klak…

Teraz znowu książki muszą być grube. Tak chcą czytelnicy, tak chcą wydawnictwa, a jeśli przypadkiem istnieje jeszcze coś takiego jak wierszówka, to tak chcą też autorzy. Sagi i seriale. Coraz więcej pokoleń, coraz więcej wątków. Trend przyszedł ze Stanów Zjednoczonych. Trzeba pisać długie, grube książki, rozciągać wątki, dodawać coś nowego, budować trzy zdania wokół informacji dających się ująć w dwóch wyrazach. Wata, wata, wata do żucia i do wyplucia.

Zawsze warto przeprowadzić sprawdzian waty. Skrócić zdanie do wyrazu, akapit do zdania, rozdział do akapitu. I co wtedy?

Nie umiem się w tej kwestii jednoznacznie opowiedzieć, bo czy mój ukochany Proust miałby sens, gdyby jego rozważania o zasypianiu w Combray zacieśnić i z połowy tomu zrobić jedno zdanie: Wieczorami z trudem zasypiałem, bo brakowało mi obecności Matki. To mogłaby być nadal niezwykła książka i zjawisko w literaturze europejskiej, ale mogłoby też przepaść bez reszty.

Nie w tym więc rzecz, ile tych słów, a w tym – jakie to słowa i jak zaciążą na naszym życiu. Różne rzeczy okażą się dopiero w drugim czytaniu. Bo ich za pierwszym razem nie zauważyliśmy i bo wymknęły się nam z pamięci. Trzeba więc wracać. To może najlepszy sprawdzian wartości książki – czy się do niej wraca? Czego nie warto przeczytać po raz drugi, nie było warte czytania po raz pierwszy. Pisze o tym Bayard w książce Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało, wiem to zresztą z własnego doświadczenia, zapominamy, zapominamy zdania, sytuacje, postaci, przesłanie. Pamiętamy, że książka była dobra albo zła, ale co było dobre, a co złe – tego już nie wiemy. To spowodowało, że Bayard twierdzi, iż nie ma różnicy pomiędzy rozmową o książkach przeczytanych i nie przeczytanych. O książkach nie przeczytanych coś wiemy z recenzji, z wypowiedzi znajomych, z rzutu oka na okładkę, o przeczytanych – bo coś zachowaliśmy w pamięci. Tak czy owak przedmiotem wymiany myśli o książce w świecie ludzi kulturalnych są strzępki… A skoro je wychwyciliśmy lub zapamiętaliśmy, to znaczy że były ciekawe.

Tymczasem wata nudzi. Grube wartościowe książki też zresztą nudzą i męczą, ale jest to inny rodzaj nudy, cierpliwy, wytrzymały, warty pokonania oporów… Taką książką jest chociażby powieść Rozległe pole Güntera Grassa. Nic z niej nie wynika, ale szkoda by mi było, gdybym jej nigdy nie przeczytała.

Na koniec tych nie wiodących do nikąd rozważań o pokaźnych książkach, chciałam przypomnieć uboczne ich zastosowania.

W naszym wspólnym blogu sprzed kilku lat, Jak udusić kurę czyli…, jedna z autorek zadała zagadkę, co ma wspólnego z literaturą deser, którego podstawowym składnikiem jest wafel? Zagadka była przewrotna. Bo mogło chodzić o dzieła zbiorowe Mickiewicza, czemu nie, ale nie chodziło o tę słynną rybę, co to

… nie krojona,
U głowy przysmażona, we środku pieczona,
A mająca potrawkę z sosem u ogona.

jeno o to, że duże książki są potrzebne do przyciskania piszingera czyli torciku z wafli przełożonych masą – przykrywało się je deską, a następnie jakimś kawałkiem literatury, najlepiej bardzo ciężkim tomem słownika lub encyklopedii. I taki to związek literatury z domowym przekładanym waflem 🙂. Ja osobiście podałam wtedy publicznie do wiadomości, że w tymżeż celu używałam listów Joyce’ a, po czym przerzuciłam się na encyklopedię literatury. Co “mnie dzisiejszą” nader zdziwiło, bo o encyklopedii na śmierć zapomniałam, i myślałam, że zaraz po listach Joyce’a zaczęłam stosować dzieła zebrane Szekspira, bo były w praktycznym pudełku. Przez wiele lat używałam ich też do przytrzymywania drzwi balkonowych, żeby nie trzaskały, ale potem przerzuciłam się na statuetkę polsko-niemieckiej nagrody dziennikarzy – była zgrabnie mała i ważyła wtedy, gdy ją dostałam, naprawdę solidnie, wykonano ją bowiem z brązu. Gdy dwa lata temu, po nominacji, nagrody tej nie dostałam po raz wtóry, zobaczyłam, że wersja obecna to marność nad marnościami z ceramiki i żadnych drzwi nie przytrzyma.

nagroda-karol-daniel Nagroda, której nie dostałam

Natomiast długie grube książki nie tylko nadal są ciężkie, ale jakby zrobiły się jeszcze cięższe. Naprawdę ciężka jest na przykład nowa książka z wierszami Stanisława Kubickiego, o której kilkakrotnie w zeszłym roku pisała Lidia Głuchowska. Nie wiem, dlaczego ta książka jest taka ciężka, bo nawet nie jest jakoś strasznie gruba. Tak jakby w niej było więcej papieru w papierze, jeżeli rozumiesz Prosiaczku, co mam na myśli…

POET il 1 Cover

Książka jako przycisk wydaje mi się jednak zjawiskiem dość powszechnym, a tu opowiem o innym, mniej znanym zastosowaniu grubych książek.

Przed laty, gdy mieszkałam w pobliżu wspaniałego berlińskiego parku z wodospadem, czyli Parku Viktorii, w piękne popołudnia letnie, po powrocie z pracy, zabierałam kocyk, książkę i butelkę z piciem, i szłam na łąkę, pod drzewo stuletnie. Berlin jest miastem singli, cała łąka pełna więc była pojedynczych mężczyzn i kobiet, zaopatrzonych w książkę, kocyk i butelkę wody. Z reguły udawało mi się przeczytać trzy strony,  po czym podkładałam książkę pod głowę i zasypiałam. Po pewnym czasie nauczyłam się, że zdecydowanie lepiej się śpi na grubej książce. Z zainteresowaniem zaczęłam się więc przyglądać tym, którzy drzemali, gdy ja już się obudziłam, lub jeszcze nie zasnęłam. Wszyscy mieliśmy grube książki!

I tym letnim wspomnieniem zakończyłabym ten kolejny wpis o głupstwach, gdyby nie fakt, że piszę to już od kilku dni, a wczoraj zaczęłam czytać średnio grubą książkę (ale po co mi gruba, skoro jest wprawdzie ciepło, ale jeszcze jest zima i nie da się spać na łące?) i jest to niezwykła książka o grubej niezwykłej książce, która “znika czytelników” i nic wam więcej nie będę wyjaśniać. Sami ją sobie przeczytajcie.

Niestety, wydaje mi się, że rzecz nie została (jeszcze?) przetłumaczona na polski i że, żeby ją przeczytać, będziecie musieli sięgnąć do oryginału – zdradzę, że autor jest Szwajcarem z Zurychu i naprawdę nazywa się Hans Widmer, używa jednak pisanych z małej litery inicjałów p.m. co należałoby wyłożyć mniej więcej jako każdy,  wszyscy, nikt konkretny, bo podobno p.m. to najczęściej spotykane inicjały w szwajcarskich książkach telefonicznych.

I to by było na tyle

Wasza

e.m.s.

Uciekinierzy refugees Flüchtlinge

List w sprawie patronatu / ein Brief über Patenschaften

Szanowni Państwo,

w związku z napływem dużej ilości uchodźców zainicjonowany został nowy program pomocy tzw. “Gemeinsam.Schaffen.Patenschaften für das WIR der Verschiedenen.” Poszukiwani są wolontariusze, którzy chcieliby pomóc uchodźcom w integracji i objąć ich swoim “patronatem”. Zainteresowane osoby proszone są o kontakt z Polską Radą Społeczną w Berlinie:

tel.030/6151717

mail: polskarada@polskarada.de

Event na facebooku

PSR_Flüchtlinge

Meine Damen und Herren,

wegen der großen Anzahl von Flüchtlingen wurde ein neues Förderprogramm mit dem Namen “Gemeinsam.Schaffen. Patenschaften für das WIR der Verschiedenen” ins Leben gerufen. Wir suchen nach Freiwilligen, die helfen wollen Flüchtlinge zu integrieren und sie zu unterstützen.Personen, die Interesse haben, können sich gern an den Polnischen Sozialrat wenden:

Tel.:030/6151717

E-Mail: polskarada@polskarada.de

Facebook-Event

z poważaniem
mit freundlichen Grüßen

Dorota Kot
&
Polnischer Sozialrat e.V.
Berlin-Kreuzberg
Städtepartner Stettin-Kreuzberg/Friedrichshain

Polnischer Sozialrat e.V.
Oranienstraße 34
10999 Berlin
Tel.: 0049 30 / 6151717
Fax: 0049 30 / 61659288
email: polskarada@polskarada.de
Öffnungszeiten:
Montag, Dienstag, Donnerstag, Freitag
10.00 – 16.00

patronat-chlopaki

“Wir gehen zum Bowling” / Idziemy na kręgle
Unsere polnische Patin, Iwona, mit den syrischen Jungs aus einem der Flüchtlingswohnheime von AWO / Iwona, polska wolontariuszka, z syryjskimi chłopakami z jednego ze schronisk prowadzonych w Berlinie przez AWO (Arbeiterwohlfahrt)

***

Und noch eine kleine Bemerkung:

Z archiwów rodzinnych

Andrzej Rejman

Z Kresów po żonę na Węgry

3_z_lewej_Konstanty_Boleslaw_Zygmunt_Hrebniccy_Ostrog_n_Major Bolesław Doktorowicz-Hrebnicki

Wuj Boleś, czyli Bolesław Doktorowicz-Hrebnicki, (herbu Ostoja) stryjeczny brat mojego dziadka był postacią barwną, o ciekawym życiorysie, a z dzieciństwa najlepiej pamiętam jego żonę, Wegierkę, Ciocię Etelkę, która czasem nas odwiedzała w Warszawie.

Swą przyszłą żonę wuj Boleś poznał w czasie przymusowego pobytu na Węgrzech jako internowany żołnierz kampanii wrześniowej.

Bolesław Doktowicz-Hrebnicki z braćmi, z lewej Konstanty, Boleslaw, Zygmunt Hrebniccy Ostróg n Horyniem, ok 1900 (ze zbiorów A. Rejmana)

2_Boleslaw_Doktorowicz_Hrebnicki_z_zona_Etelka_WegierkaBolesław Doktorowicz-Hrebnicki ze swoją “węgierską” żoną Etelką, przed swoją kancelarią adwokacką w Legnicy (ul Piastowska, lata wczesne 50)

Poniżej: Bolesław Doktorowicz-Hrebnicki w mundurze majora WP

 

 

 

1_Boleslaw_Doktorowicz_Hrebnicki_major_WP

 

 

Z pobytu Bolesława Doktorowicz-Hrebnickiego na Węgrzech zachowało się kilka ciekawych dokumentów, między innymi protokół z pojedynku w którym brał udział – “Protokół spisany dnia 10 lipca 1942 roku z obozu internowanych oficerów w Zalaber w sprawie honorowej pp mjr K.S. Doktorowicz-Hrebnickiego Bolesława i kpt int Olasza Oswalda przeciw p. por. Małaszyńskiemu Bolesławowi.

Dalej czytamy, że chodziło o “nadmierne procenty od pożyczonej kwoty pieniężnej…” itd.

W konkluzji wspomnianego protokołu stwierdza się, że sprawę uznaje się za załatwioną, bo zarzut był bezpodstawny, itd, itp – tu dłuższy wywód.

Zaciekawił mnie skrót O.S.H. – to pewnie jakiś sąd honorowy – tak! Oficerskie Sądy Honorowe – czytam…:

Oficerskie sądy honorowe – orzekały w sprawie zatargów, nieporozumień i kolizji na tle dotyczącym honoru i godności oficerów Wojska Polskiego. Sędziowie OSH orzekali na podstawie oficerskich statutów honorowych i własnego sumienia. Członkowie składów orzekających byli wybierani samorządnie z grona oficerów kilku jednostek. Zazwyczaj byli to oficerowie cieszący się szczególnym zaufaniem i szacunkiem, lub po prostu najwyższym stopniem. Orzeczenia OSH były wiążące dla organów władzy wojskowej. Istotą kar orzekanych przez OSH było uderzenie w poczucie godności oficera…

…Oficer ukarany surową naganą w ciągu 14 dni od jej ogłoszenia nie miał prawa uczęszczać do kasyna i utrzymywać kontaktów towarzyskich. Kara wykluczenia z korpusu oficerskiego wymagała dla ważności zatwierdzenia przez Prezydenta Rzeczypospolitej, co stanowiło zaprzeczenie niezależności Oficerskich Sądów Honorowych. Pomimo to karę tę stosowano relatywnie często. Wykluczonego oficera usuwano z wojskowej służby zawodowej i uważano za honorowo zdyskwalifikowanego. Tracił on również wszystkie stopnie oficerskie oraz prawa emerytalne. W 1921 przeprowadzono 674 rozprawy, w 1923 r. wykluczono z korpusu oficerskiego 106 oficerów, a w pierwszym półroczu 1926 13 oficerów. W latach 1928-1929 OSH przeprowadziły ponad 400 rozpraw. Od orzeczenia OSH skazany oficer mógł wnieść odwołanie. Uczestniczenie w orzekaniu w Oficerskich Sądach Honorowych i kierowanie do nich spraw i donosów cieszyło się sporą popularnością wśród oficerów na co zwracano uwagę nawet w oficjalnych rozkazach Sztabu Generalnego. Wybory do kompletów orzekających odbywały się w każdym sądzie corocznie. (Wikipedia)

Ciekawy jest życiorys wuja Bolesia, przez niego samego napisany, który mam w maszynopisie: (zapis oryginalny, bez korekt)

Urodziłem się dnia 26.III.1883 roku w Mogilnie, pow. Łask, województwo łódzkie.

Ojciec mój był inżynierem leśnym i zajmował wówczas stanowisko leśniczego w tejże miejscowości (ojciec Bolesława – Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki był bratem mojego pradziadka Adama, przyp. mój).

W roku 1894 wstąpiłem do gimnazjum w Ostrogu na Wołyniu, (Ostróg nad Horyniem, przyp. mój) które ukończyłem w 1903 roku. Po ukończeniu gimnazjum wstąpiłem na Uniwersytet Warszawski, wydział fizyko-matematyczny.

W 1904 przeniosłem się na uniwersytet wówczas jeszcze petersburski, na którym studiowałem języki wschodnie, a jednocześnie jeszcze i prawo. Świadectwa o ukończeniu otrzymałem w latach 1909 i 1911, kiedy to zostałem zobowiązany do odbycia obowiązkowej służby wojskowej. Służbę ukończyłem w 1912 i wstąpiłem na jeden rok do Liceum Prawniczego w Jarosławlu nad Wołgą. Dyplom uzyskałem w roku 1914.

W chwili wybuchu wojny powołano mnie do wojska, gdzie służąc w różnych formacjach walczyłem przeciw Niemcom i zostałem zdemobilizowany po ukończeniu wojny.

W roku 1918 zostałem przyjęty w charakterze aplikanta sądowego w Kijowskim Sądzie Apelacyjnym. W końcu 1919 roku wróciłem do Polski i od roku 1920 byłem w Wojskowym Sądzie Okręgowym w Warszawie, zajmując różne stanowiska aż do roku 1930, kiedy to zostałem przeniesiony w stan spoczynku w stopniu majora.

W latach 1931-32 byłem w wydziale prawnym Dyrekcji Funduszu Bezrobocia w Warszawie. W 1933-34 byłem mianowany burmistrzem miasta Zaleszczyk. Po przeprowadzeniu wyborów burmistrza przeniosłem się do Ostroga na Wołyniu, gdzie otworzyłem w 1936 roku kancelarię adwokacką. W 1939 zostałem powołany do czynnej służby wojskowej do Wojskowego Sądu Okręgowego nr 2 w Lublinie. Cofając się pod naporem Niemców przekroczyłem granicę Węgier i zostałem tam internowany. Do Kraju wróciłem w sierpniu 1945 roku i wstąpiłem do sądownictwa powszechnego, na stanowisko sędziego okręgowego w Legnicy.

W 1949 zostałem przeniesiony w stan spoczynku wobec wysługi lat.

W maju (tego roku przyp. mój) wpisałem się na listę adwokatów Okręgu Apelacyjnego we Wrocławiu z siedzibą kancelarii w Lubinie Legnickim. Praktyką adwokacką zajmuję się do chwili obecnej, należąc od 1.1 1953r. do Zespołu Adwokackiego nr 1 w Legnicy.

Do partyj politycznych nigdy nie należałem i nie należę.

Legnica, dn. 25.9.1953 r.

Nie mam niestety dokładnej daty śmierci wuja Bolesia, ale postaram się to uzupełnić.

Czytając ten życiorys pomyślałem, że nie lada to musiało być wyzwanie dla bezpartyjnego adwokata, wojskowego w stopniu majora, funkcjonować w tamtych czasach największego terroru stalinowskiego w Polsce, na tzw. Ziemiach Odzyskanych…

Na koniec jeszcze ciekawy dokument z 13 września 1939 roku – Zezwolenie na udanie się w ważnych sprawach osobistych do Ostroga n/ Horyniem – dla mjr Bolesława Doktorowicz-Hrebnickiego, sędziemu orzekającemu wydane przez Wojskowy Sąd Okręgowy nr II na Ewakuacji w Równem – przepustka ważna dwa dni.

4_zezwolenie_dla_Bolesia_Hrebnickiego_na_udanie_sie_do_O

Poniżej: Bolesław Hrebnicki w mundurze z rodziną Hrebnickich przed wojną, trzecia z lewej moja mama Julia

5.Boleslaw_Hrebnicki_w_mundurze_z_rodzina_Hrebnickich_pr

c.d.n.

Reblog: Lodzermenschen

Wojciech Drozdek

“Czuli się Niemcami, albo Polakami z niemieckim rodowodem…”

Jest 25 stycznia 1945 roku.
Od sześciu dni w Łodzi rządzą Sowieci…
Otwarcie mówi się o zemście Polaków za pięć lat okupacji, za spalonych żywcem więźniów Radogoszcza… Opustoszałe, getto, porzucone niemieckie fabryki, pałace, mieszkania… Okradane przez wszystkich: Rosjan i Polaków, maruderów, lumpenproletariat i bałuckie żulstwo… To właśnie w Łodzi, a nie na tzw. „ziemiach odzyskanych” narodził się powojenny polski szabrownik.
Nakręcana przez komunistyczna propagandę nagonka na pozostałych w mieście Niemców pracuje na najwyższych obrotach.

12606771_10206014051891902_248949310_nW pałacu fabrykanta Biedermanna leżą zwłoki trzech osób. Mężczyzna (mówiono, że w mundurze przedwojennej Polskiej Armii) oraz dwie kobiety. Obok kartka: “Zabiłem strzałami z rewolweru żonę i córkę. Pochowajcie nas w ogrodzie. Nie rabować naszego prywatnego majątku w mieszkaniu, a podzielić sprawiedliwie – B. Biedermann.”
Niemieckie miał korzenie. Walczył w armii carskiej, później – gdy Polska wybiła się na niepodległość – w Polskiej przeciwko bolszewikom. Tak, podpisał „volkslistę”, by ratować fabrykę i rodzinę, ale niemieccy robotnicy do końca donoszą na niego do gestapo. Córka Li współpracuje z AK, dwukrotnie aresztowana…

Pięć lat wcześniej…
Noc z 12 na 13 grudnia 1939 roku. Łódź nazywa się teraz Lodsch – za trzy miesiące zmieni nazwę na Litzmannstadt.
W willi fabrykanta Geyera agenci gestapo zabijają dwóch mężczyzn: Roberta – wnuka założyciela dynastii „Królów bawełny” i jego siostrzeńca Guido…

Kim byli ci Biedermannowie… Geyerowie… Poznańscy… Grohlmannowie… Scheiblerowie… Johnscherowie… Majewscy?

biedermann-fabrykaPolacy niemieckiego pochodzenia czy raczej Niemcy z “rajchu” – „Reichsdeutsche” – jak sobie życzyła nazistowska propaganda? A może Żydzi rosyjscy..? Polacy z dziada pradziada – niegdysiejsi idealiści – później bezwzględni wyzyskiwacze? Protestanci, starozakonni, katolicy… prawosławni?
Nazywano ich Królami Bawełny, kapitalistycznymi krwiopijcami. Fortuny zbić mieli, bo sprzedali swe dusze diabłu… i carowi…

dzisuniwersytet

Pałac Biedermannów /stan dzisiejszy, siedziba Uniwersytetu Łódzkiego

Przybysze ze wszystkich stron Europy – najczęściej z Niemiec. Tygiel narodów i kultur…
Widziano w nich także dobroczyńców i filantropów. Przede wszystkim tych, którzy dali pracę, dach nad głową, podstawową opiekę lekarską, nierzadko szansę na społeczny awans…
Fabrykanci, inżynierowie, działacze społeczni, lekarze, mecenasi sztuki: mówiąc krótko Lodzermenschen.
Ilu z nich zapłaciło życiem za przyznanie się do polskości – ilu ponieważ nie wyrzekli się niemieckich czy żydowskich korzeni?

I o tym też warto pamiętać w przededniu tej smutnej rocznicy.

cytat oraz fotografie pochodzą z: http://baedekerlodz.blogspot.de/2014/11/biedermannowie-historia-rodziny-ifabryki.html

O tych świętach

Ewa Maria Slaska

… po raz ostatni – znaczki i pocztówki

Okazuje się, że to jednak nie wpis Zbyszka sprzed dwóch dni był ostatni w blogowym cyklu postów przedświątecznych, świątecznych i poświątecznych. Zaczęliśmy wraz z początkiem adwentu wpisem Jany o świetle, kończymy wraz z odchodzącym Koziorożcem. Kończę ja i to późno, ale dopiero teraz, jako zwieńczenie zimowej serii prezentów, przyjechała torba darów z Gdańska, a wśród nich… 

ostrepocztowki1

Na zdjęciu WSZYSTKIE moje świąteczne życzenia, jakie otrzymałam w formie papierowej. Mailowo przyszła cała masa kartek, niekiedy bardzo kunsztownych i dowcipnych. Tylko że trochę mi smutno. Znam bliżej ze sto osób, na Facebooku “przyjaźnię się” z kilkuset ludźmi, niektórych na oczy nie widziałam, o niektórych nawet nie wiem, kim są i jak to się stało, że znaleźli się na liście znajomych, ale nic to, bo ja nie o tym…

Trochę mi smutno, bo mało tej poczty świątecznej. Ile się kiedyś tych kartek pisało, ile dostawało! Te biedne szaroniebieskoburoczerwonawe kartki z PRL-u. I w przeciwieństwie do nich ta orgia barw i pomysłowości nadchodząca stamtąd! Mama miała całe pudło pełne kolorowych pocztówek świątecznych ze świata. Jedna była taka piękna, cała srebrna… Anglosasi obwieszali świątecznymi kartkami pokoje, mieszkania i domy…

Nie skarżę się, czasy się zmieniły, ja sama zresztą nie wysłałam żadnej kartki, nie mogę więc narzekać, że mało mi się dostało.

Ale za to w tej mojej maleńkiej kolekcji każda kartka i namiastka kartki mają swoją specjalną historię.

Zdjęcie danieli w ośnieżonym krajobrazie przyszło od Zuzi czyli osoby, którą znam jedynie z FB. W realu Zuzia jest znajomą mojej siostry, ale wydaje mi się, że nigdy się nie spotkałyśmy. Zuzanna ma zawsze cudne pomysły. Kiedyś pisała na FB o pierwszej w Gdańsku pralni ekologicznej, kiedyś wzięły z przyjaciółkami udział w akcji Restaurant Day, co oznacza zrobienie restauracji albo kawiarni na jeden dzień, i zorganizowały w ogródku kawiarenkę z domowymi wypiekami. W grudniu ubiegłego roku Zuzia ogłosiła, że wystarczy podać adres, a ona przyśle człowiekowi prawdziwą kartkę świąteczną. No więc oczywiście podałam, a potem przyszły sarenki, pardon, to są daniele, a wewnątrz napisane piórem skierowane osobiście do mnie życzenia, a wszystko w kopercie ze znaczkiem. No naprawdę, Zuzanno, jesteś zachwycająca!

Obok daniela od Zuzi leżą maki, obraz namalowany przez “Annę Szcześniak, malarkę ziemi łowickiej.” Kartkę nadesłał nasz autor, Andrzej Rejman, odpowiadając na prośbę, żeby przysyłać mi listy ze znaczkami z Bartoszewskim… Przez długi czas wydawało mi się, że to jedyne znaczki z profesorem, jakie dostanę. Bo nawet Julita i Kasia, które – jak przystało na autorki wspólnej książki – przysłały mi wspólną kartkę (to ta ze złotymi świeczkami), napisały wprawdzie, że na kopercie będą wyczekiwane znaczki, ale na kopercie były śliczne znaczki świąteczne. Jednakże… ale nie uprzedzajmy wypadków, jak mawiają autorzy groszowych powieści.

ostrepocztowki2

Bo najpierw jeszcze przyszła kartka od rodziny, która spędzała grudniowy urlop na Teneryfie. Widokówka przedstawia słynny plac z Bazyliką i Królewskim Sanktuarium Maryjnym Matki Bożej z Candelarii (Candelaria to stolica Teneryfy) oraz brązowe (to znaczy z brązu) rzeźby dziewięciu legendarnych przywódców plemion Guanczów, tubylczej ludności mieszkającej na Wyspach Kanaryjskich przed przybyciem Hiszpanów. Na odwrocie zaś Młody wymalował siebie, mamę, tatę, pana serce i drogę jaką będzie musiała pokonać kartka na trasie z Candelarii do Berlina.

ostrepocztowki1

Pocztówka dotarła przed samymi świętami, gdy rodzina dawno wróciła z wojaży. Już po świętach doszła błękitna kartka, którą przysłała Wandzia. Wzruszyłam się i pomyślałam, że jestem jednak straszną świnią, że sama nie napisałam ani jednej kartki. Zwłaszcza, że w liście był też opłatek.

Niebieski pasek z dwoma portrecikami to wprawdzie nie kartka świąteczna, lecz opakowanie prezentu gwiazdkowego – ci dwaj na portretach to Goethe i Schiller, niemiecka zbitka pojęciowa odpowiadająca polskiej parze – Mickiewicz i Słowacki. W rodzinie zawsze opowiadało się o jakichś dwóch rzeźbach z przedwojennego warszawskiego mieszkania na ulicy Zgoda w Warszawie. Było to “dwóch gipsowych Mickiewiczów, z których jeden okazał się Słowackim”. No a tu Schiller i Goethe jako… pieprzniczka i solniczka! Stoją zresztą obok. Dawno się tak nie ubawiłam!

Nieco nijaka w wyrazie, ale niezwykła, jasnobrązowa kartka pocztowa z czarną gałązką choinki przyszła z Bremy, od koleżanki pracującej w archiwum Instytutu Badań Europy Wschodniej (Forschungsstelle Osteuropa) – przygotowują właśnie wystawę o sowieckiej propagandzie z czasu wojny. Ta wydrukowana niemiecką szwabachą sowiecka kartka świąteczna z roku 1942 ma na dole napis po niemiecku i po rosyjsku: Gilt als Passierschein durch die Front / Служит пропycком через фронт / Służy jako przepustka na froncie.

No i ostatnia przesyłka świąteczna, która, jak już pisałam, dotarła prawie miesiąc później – pocztówka mojego szwagra, Jacka Krenza i owe znaczki z Bartoszewskim. Zastanawiam się, jak nazywa się taki arkusik znaczków (nazywa się arkusik), zaglądam do katalogu znaczków polskich od roku 1860 do dziś i czytam, że znaczek został wydany pod tytułem “Warto być przyzwoitym”, a w arkusiku znajduje się “9 znaczków 4658 w układzie 3×3, ozdobne marginesy”.  Znajduję jeszcze informację, że nakład wynosił 300 tysięcy sztuk.

I wreszcie na zakończenie kartka pocztowa wykonana przez Jacka Krenza. Choinka zbudowana z ptaszków, ptaszki mają zielone skrzydła – to gałązki iglaka. Natomiast ozdoby choinkowe to słynne zabytki architektury. Oglądamy kartkę podczas rodzinnego śniadania i z przykrością stwierdzamy, że z wiedzy o architekturze jesteśmy “cienkie bolki” – rozpoznajemy zaledwie kaplicę Le Corbusiera w Ronchamp. Ale reszta… Arkady na dole po prawej to być może Florencja, Loggia dei Lanzi, pień drzewa to być może wieża w Dubaju, ale jedno jest pewne, Mikołaj odchodzi poza krawędź kartki.
Święta się skończyły.

PS: Na moje dociekliwe pytania w stylu Wiecha Wiecheckiego, co my tu widzim na załączonym obrazku, Autor odpowiedział, że tak konkretnie to tylko kaplica Le Corbusiera, a reszta to licencja poetica.
Aha…

Zemsta operatora

Nadesłała Maryna Over, której z kolei przysłała ten film na Facebooka nieznana mi bliżej Agata Chałupnik.

Maryna napisała: Animowany melodramat Władysława Starewicza z 1912 roku o uczłowieczonych chrabąszczach. Rewelacja. Scena w kabarecie i przejażdżki autem do Hotel d’Amour… i …ach, obejrzyjcie koniecznie

Dziękuję

В.Старевич – Месть кинематографического оператора (1912)

26 апреля 1912 года вышел первый в мире объемный мультипликационный фильм “Прекрасная Люканида” Владислава Старевича. Мультфильм также известен под названиями “Война усачей с рогачами” и “Куртизанка на троне”. Фильм пользовался бешеным успехом у российских и зарубежных зрителей до середины 20-х годов. Покадровая техника кукольной мультипликации была тогда совершенно неизвестна, поэтому во многих отзывах сквозило изумление тем, каких невероятных вещей можно добиться дрессировкой от насекомых.

Вашему вниманию представлена следующая его работа – “Месть кинематографического оператора”.

Władysław Starewicz (ur. 8 sierpnia 1882 w Moskwie, zm. 26 lutego 1965 w Fontenay-sous-Bois) – rosyjski filmowiec narodowości polskiej, twórca i pionier filmów animowanych, twórca pierwszego w historii filmu lalkowego. Tego właśnie…

Ojcem Władysława był Aleksander Starewicz mieszkający w Sumiliszkach niedaleko Kiejdan, a matką Antonina Legęcka z Kowna. Oboje rodzice pochodzili z polskiej szlachty. Ojciec po powstaniu styczniowym ukrywał się na Litwie. Po śmierci matki czteroletni Władysław został oddany na wychowanie do babki mieszkającej w Kownie, gdzie spędził dzieciństwo i młodość. Później ukończył Gimnazjum w Dorpacie. Chłopiec już w młodości zaczął uprawiać malarstwo, rysunek i fotografię. Doskonalił karykaturę, zyskując coraz większą popularność jako satyryk. Jego główną pasją było jednak kolekcjonowanie i preparowanie owadów. Właśnie zamiłowaniu do entomologii zawdzięczał w dużym stopniu swoją karierę.

W czerwcu 1910 w Kownie, w swojej małej, domowej pracowni, Starewicz dokonał oryginalnego eksperymentu. Zafascynowany różnorodnością i bogactwem form i kształtów świata owadów postanowił najciekawsze i najwspanialsze okazy filmować. Wybór padł na unikalne [Jelonkowate|jelonki]], mieszkańców puszczy litewskiej, których zwyczajami interesował się od dawna. Oto, jak sam opisał to wydarzenie:

“Kiedy próbowałem sfilmować walkę żywych żuków jelonków o samicę, okazało się, że po zapaleniu reflektorów zamierały one w bezruchu. Wpadłem, więc na pomysł, aby uśpić moich rycerzy. Oddzieliłem ich kończyny i rogi od tułowia, potem z powrotem umieściłem je na właściwym miejscu przy pomocy cieniutkich drucików. Tak spreparowane lalki z uśpionych żuków ubrałem w kostiumy, buty z cholewami, dałem do ręki rapiery.”

Walkę samców o siedzącą samicę filmował Starewicz na tle stylizowanej dekoracji, dzieląc ruch na poszczególne fazy i wykonując zdjęcia klatka po klatce. Po obejrzeniu na ekranie wywołanych zdjęć, miał zawołać:

“Ruszają się, ruszają jak żywe! Co za fantastyczne tworzywo, zdolne kreować cuda!”

Dalej

Merry Christmas

Były święta. Jeśli zdążyliście już zapomnieć, to Zbychu przypomina.
Piękna opowieść, chciałoby się samemu też tam dotrzeć na ten
merrychristmasandahappynewyear

Zbigniew Milewicz

NY z głowy

Znowu poniosło mnie za ocean, drugi wnuk mi się tam urodził, więc poleciałem zobaczyć, czy podobny do dziadka. Pierwszy – Kanadyjczyk, drugi – obywatel USA, może kiedyś i Chińczyka będę miał w rodzinie. Familia mieszka teraz w Nowym Jorku, na południowym Brooklynie, kilkadziesiąt metrów od nabrzeża cieśniny East River. Z okien mieszkania widać Statuę Wolności, po drugiej stronie wody Dolny Manhattan z jego słynnymi drapaczami chmur, za nimi Hudson, który opływa wyspę od zachodu. To miasto w dużej mierze jest wyspiarskie, co ma znaczący wpływ na jego gęstość zaludnienia (10636 osób na km. kw.), poza Manhattanem ma jeszcze Staten Island i Long Island. Na długiej wyspie leży Brooklyn, Williamsburg, Green Point i Queens.

NY2015-2016 (1)

Samoloty rosyjskiego Aeroflotu odprawia się na amerykańskim lotnisku jak nabardziej “nierestrykcyjnie”

Przylatuję na lotnisko J.F. Kennedy`ego dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia. W hali odpraw paszportowych tłum pasażerów w ślimaczym tempie drepcze w stronę bramek, przy których służby graniczne bez pośpiechu sprawdzają dokumenty, odciski palców, fotografują ludziom źrenice i zadają standardowe pytania, w stylu: po co, do kogo i na jak dugo przyjechali? Wyruszyłem w tę podróż ze Stuttgartu, w Paryżu była przesiadka, nieco zamieszania (przez roztargnienie jednego z porządkowych dostałem się do niewłaściwego terminalu, ale przecież zdążyłem na czas na swój boarding) i ze względów bezpieczeństwa, szczególnie skrupulatna odprawa pasażerów. Skutkiem tego wystartowaliśmy do NY z godzinnym opóźnieniem. Urocze stewardessy Air France wykąpały nas za to później w znakomitym bordeaux i taaaką miały klasę, że znowu bym poleciał ich liniami. Po trzech godzinach czekania na odprawę paszportową w hali nowojorskiego lotniska, pozbawionej najprostszych wynalazków cywilizacji, takich, jak sanitariaty i wentylacja, usłyszałem wreszcie: welcome.

Nowy Jork powitał mnie parnym oddechem, 16 stopniami C i butelką wody mineralnej, którą starszy syn wręczył mi na powitanie. Do jego domu mieliśmy teoretycznie około 40 minut jazdy samochodem, ale wielu nowojorczyków właśnie kończyło pracę i przyszło nam przemieszczać się w korkach, co miało ten plus, że dotarliśmy w sam raz na kolację.

NY2015-2016 (4)No i co, nie podobny do dziadka?

Dom był pełen ludzi, poza gospodarzami z dwójką synów, gościli już teściowie oraz szwagier syna i nazajutrz, do wigilijnego stołu zasiedliśmy w ósemkę, choć najmłodszy Leo nie dosłownie. Polskiej tradycji stało się zadość i w czytaniu Pisma, i w łamaniu opłatkiem, i w potrawach. Kto chciał i mógł, pojechał później na Pasterkę do pobliskiego, polskiego kościoła, p.w. św. Kazimierza. Wyszedłem z niej trochę rozczarowany słabą oprawą muzyczną i apatycznością wiernych. Później świętowaliśmy suto, nadmiar kalorii tracąc w spacerach ze starszym wnukiem Gabrielem wzdłuż East River, w stronę Mostu Brooklyńskiego. W poświąteczną niedzielę odwiedziłem w Queens przyjaciela z lat studenckich, Adasia Sówkę.

Ostatni raz widzieliśmy się dwa lata temu i teraz jakby trochę zmarniał. Ula, jego żona trzyma dalej dzielnie fason, po dawnemu pracuje w branży hotelowej, gdzie odpowiada za serwis pokojowych, a Adaś już dwudziesty piąty rok na azbestach. Walczy o odszkodowanie za World Trade Center, gdzie porządkował gruzowiska, ale ciężko to idzie. Schorzeń ortopedycznych nie uznają, podobnie, jak kardiologicznych, a płuca ma, o dziwo, czyste. Stwierdzono tylko, że w 50 procentach obarczony jest depresją, co może mieć związek z wydarzeniami 11 września. W związku z tym posłano go na badania psychologiczne, które zdał na piątkę z plusem. Pani psycholog pogratulowała mu wyników i retorycznie zapytała, jak by one wypadły, gdyby nie cierpiał na depresję? Wtedy może okazałoby się, że jestem drugim Einsteinem – odparł pogodnie Adaś. Za to poczucie humoru go lubię.

W domu syna wiele rozprawia się o interesach, o giełdzie, na czym kompletnie się nie znam. Dlatego wolę sobie jeździć metrem po Nowym Jorku, zwiedzać znane mi już miejsca, które lubię, na przykład Małą Odessę na Brighton Beach oraz te nowe, znane słabo, lub tylko ze słyszenia. Pomaga mi w tym stronka internetowa, pt. Free Tours by Foot, oferująca piesze zwiedzanie miasta i jego osobliwości, w zamian za wolne datki dla przewodników. Jest ona aktywna w wielu miejscach USA a także Europy, m.in. w Berlinie. Wystarczy wysłać maila, potwierdzić uczestnictwo i dotrzeć pod wskazany adres.

NY2015-2016(7)

Mar ze swoją grupą w Bushwick

Zaczynam od Bushwicku na Brooklynie, dzielnicy znanej z fantazyjnych graffiti, murali, street artu. Malowidła zdobią ściany miejscowych kamienic, opuszczonych lub nadal czynnych fabryk, barów i kafejek, ożywiając cokolwiek surowe oblicze tej dzielnicy. To najwspanialsze miejsce na świecie – przekonuje Mar, nasz przewodnik – niekonwencjonalne, trochę zwariowane. Grupa liczy około dwudziestu turystów, z Europy, Japonii, Ameryki Łacińskiej, Chicago i Nowego Jorku. Niestety mój angielski nie pozwala wszystkiego zrozumieć z tego, co mówi Mar. Pocieszam się, że jestem tutaj głównie dla sztuki, a tej nie trzeba definiować, wystarczy, że się podoba, że się ją przeżywa. Autorami graffiti są znani, ale i początkujący artyści, w większości bardzo młodzi. Ich prace świadczą przede wszystkim o kreatywności, jest w nich bunt przeciw społecznym i politycznym stereotypom, liryka, ironia, nie dostrzegam rażących obsceniczności. Przypomina mi się berliński Prenzlauer Berg i dzielnica Mitte z ich muralami i sztuką uliczną. Bushwick zasiedlają głównie latynosi, dumni ze swoich korzeni, pod domami powiewają ich narodowe flagi. Od pewnego czasu dzielnica jest modna także w zamożnych kręgach, bogatą klientelę przyciągają coraz to nowe galerie, bary i restauracje ze smaczną, latynoską kuchnią. Później kupują sobie np. poddasze w którejś z kamienic, odpowiednio je urządzają i zamieszkują. Dzielnica na tym oczywiście tylko zyskuje.

NY2015-2016 (6)

Williamsburg, w drodze do synagogi

Skład etniczny pobliskiego Williamsburga jest mieszany, ma on trochę mieszkańców z niemieckimi korzeniami, latynosów, Włochów, Polaków, Afroamerykanów, ale najwyraźniej widać ortodoksyjnych Żydów, zwłaszcza w Szabas. Drugi dzień świąt wypada akurat w sobotę, więc jedziemy wraz z synem i jego teściem na wycieczkę do Williamsburga. Jest pewnie pora nabożeństwa w synagodze, gdyż na ulicach widać odświętnie ubranych mężczyzn, w czarnych chałatach i kapeluszach, albo okazałych, futrzanych czapkach. Niektórzy zakrywają kark tałesem, którym w czasie modlitwy odzieją głowy, białe koszule i pończochy dopełniają stroju. Kobiet mniej, ubrane są skromnie, na czarno, niektóre w perukach, które uważane są za nakrycie głowy. Oczywiście robię zdjęcia, miejsce mam dobre, obok syna – kierowcy, który prowadzi volwo, no i w pewnym momencie dochodzi między nami do sprzeczki. Dowiaduję się, że jestem tani papparazzi, że w każdej chwili mogę wyjść z samochodu i fotografować sobie kogo chcę na własną odpowiedzialność. Bronię się wolnością mediów, ale syn nie odpuszcza, więc dla świętego spokoju daję za wygraną. Ciekawi mnie, czy chodzi mu o bezinteresowną ochronę danych osobowych naszych starszych braci po wierze, albo też raczej o banalny fakt, że poruszamy się jego służbowym samochodem i ktoś mógłby zapamiętać numery rejestracyjne. Myślę, że ta druga opcja wchodzi w grę, więc nawet go nie pytam.

Green Village, SoHo, Little Italy, Chinatown i Harlem zwiedzam z przewodnikami Free Tours by Foot. Każda dzielnica ma swoją historię i odrębny charakter, w różnym stylu pracują przewodnicy, ale wszyscy z zapałem i sporą dozą humoru. Energiczna, starsza pani, która oprowadza grupę po chińskiej i włoskiej dzielnicy ma po swoich dziadkach polsko-rosyjskie korzenie, spod Białegostoku. Czasami specjalnie dla mnie wtrąca jakieś pojedyncze, polskie słowa. Na jednej z uliczek Chinatown ktoś wskazuje na chodnik, zalecając ostrożność przed psią miną przeciwpiechotną; pani przewodnik zwraca się do mnie i mówi: gówno, tak? Sure – potwierdzam.

Na każdej wędrówce są Australijczycy, czasami stanowią nawet połowę składu grupy. Na ogół sympatyczni, kontaktowi, skorzy do śmiechu. Wiekowo przeważa młodzież. Harlem jest nie tylko z buta, główna atrakcja to koncert muzyki Gospel, w National Black Theatre. Jest to arcyciekawe, bardzo energetyczne przeżycie artystyczne, które ekstra odpowiednio honorujemy. Przewodnicy nie mają z góry ustalonych stawek, wynagradzamy ich trud indywidualnie, na zasadzie co łaska, ale dać poniżej dziesięciu dolarów nie wypada.

NY2015-2016 (5)

25 Grudnia 2015, grillowanie nad East River

Podobnie, jak w Europie, w dzień na nowojorskich ulicach szaro. Po Nowym Roku temperatura spada do 4-5 stopni, w nocy lekki przymrozek, ale na śnieg się nie zanosi. Można go zobaczyć na kolorowych reklamach w dzień i w nocy rozświetlonego Times Square, pod napisem Happy Holiday. Amerykańskie Boże Narodzenie w przestrzeni publicznej jest zdecydowanie świeckie i komercyjne, Merry Christmas funkcjonuje tylko w kościołach i prywatnie, w niektórych, chrześcijańskich domach. Na ulicy obcy sobie ludzie życzą sobie więc zwyczajnie wesołych świąt, bez akcentowania, z jakiego powodu znajdują się one w kalendarzu. W amerykańskiej tradycji świątecznej nie istnieje coś takiego, jak polska Wigilia. Kolację poprzedzającą Boże Narodzenie spożywa się najczęściej w restauracji. Popularnym napitkiem w tym dniu jest tzw. eggnog, czyli napój z rumu, mleka, cukru i ubitych jaj – czytam w Camp America. Boże Narodzenie trwa w USA tylko jeden dzień, 25 grudnia, następnego dnia idzie się już do pracy. Dlatego ludzie śpieszą się ze świątecznym fetowaniem, ma ono bardzo rodzinny charakter, przemierza się wiele mil, żeby spotkać najbliższych, dać im prezenty, zjeść szynkę, lub indyka i wieczorem ruszyć w powrotną drogę.

NY2015-2016 (2)

Świąteczne Rockefeller Center

Jadę metrem na Rockefeller Center, żeby zobaczyć słynną ślizgawkę i choinkę, tego olbrzyma, pod którym stał Kevin, sam w Nowym Jorku… I rozczarowanie, w Monachium, na Marienplatz, stawiają na Boże Narodzenie dwa razy większe jodły, ale czego nie może kamera; w reklamie i kinematografii Amerykanie są przecież mistrzami.

Sylwestra spędzam z Adasiem na Green Point, w niegdysiejszej, bardzo polskiej dzielnicy. Ulka, jego żona pracuje, więc we dwójkę przemierzamy pryncypialną Bedford Street, która od paru lat jest bardzo modna, za przyczyną świetnie urządzonych barów, jazzowych klubów i dyskotek, do których lgnie klientela. W jednym z lokali pijemy dobrze schłodzony brooklyn beer o smaku jałowca, niewinnie flirtujemy z panienkami przy barze, które mogłyby być naszymi wnuczkami, po czym idziemy na swojski bal.

Parafia Matki Bożej Pocieszenia, przy Metropolitan Avenue od pewnego czasu cienko przędzie, bo ubywa polskich wiernych, więc trzeba ją wesprzeć. Wstęp 120 dolarów od osoby, ruscy na Brighton Beach biorą tyle samo, ale nasza chata z kraja… Adaś pokazuje amerykańską klasę, zapłać połowę, ja dołożę resztę – mówi. I wchodzimy do usytuowanej w podziemiach kościoła sali zabaw. Jest polonez na rozpoczęcie, kapela, która uznaje wyłącznie polskie przeboje, polska szynka, flaki i dobra wódeczka na stole, kumple Adasia od azbestów wraz z żonami, więc szafa gra. Średnia wieku 50-60 lat, my z Adasiem ją trochę zawyżamy, ale cicho sza, dinozaury potrafią się bawić. Księża i rada parafialna siedzą oddzielnie, w takim miejscu, z którego widać całą salę. Są usatysfakcjonowani, sylwestrowy bal przebiega bez większych zakłóceń, dyskretnie nie widzą tych paru gości, którzy zasnęli, z twarzą wtuloną w kotlet schabowy panierowany…

Na zakończenie pobytu w Nowym Jorku funduję sobie nocny rajd przez knajpki, bary i dyskoteki East Village, dzielnicy wyspecjalizowanej w bawieniu gości. Syn uprzedza mnie, że będę pewnie najstarszy w grupie, ale to mi nie przeszkadza. Chcę tylko zobaczyć, jak bawi się światowa młodzież i… jestem pod wrażeniem. Robi to w dobrym stylu, choć wali wódę chyba mocniej, niż moje pokolenie ileś tam lat temu. Chapeaux bas!

NY2015-2016 (3)

Idę z życzeniami do swojego starego kumpla, Donalda…

P.S. W Amsterdamie, przez który wracałem z NY do Monachium, przez roztargnienie zostawiłem notatki z podróży, więc relacja została spisana z głowy, czyli jak to mówią, z niczego.

KOT czyli KOD

Ewa Maria Slaska

Jeśli gwiazdki z nieba chcesz…

Dawno nie pisałam o kotach, a tymczasem życzliwi nadesłali kolejną porcję pięknych kotów. A więc do dzieła, kobieto, którą kiedyś pomówiono o to, że pisze tylko o kotach!

Zacznijmy więc od tego, że TEN KOD się jednak pisze przez D. Wszyscy wiemy, ale gdyby przypadkiem jeszcze ktoś nie wiedział, to jest to Komitet Obrony Demokracji, powołany do życia w listopadzie 2015 roku przez Mateusza Kijowskiego. Pomysłodawcą był jednak Krzysztof Łoziński, pisarz i opozycjonista, który w wywiadzie dla portalu Studio Opinii powiedział, że w obliczu zmian prawa, forsowanych przez właśnie wybraną partię PiS, należałoby na podobieństwo KOR-u czyli Komitetu Obrony Robotników, powołać Komitet Obrony Demokracji.

I tak się stało. 21 listopada na Facebooku powstał KOD, a już 3 grudnia grupa wyszła z Facebooka na ulice, najpierw w Warszawie, a potem w wielu innych miastach, w Polsce i poza granicami, w tym w Berlinie 19.12.2015 (demo w obronie TK).  Grupy krajowe powstawały z początkiem grudnia tak jak grupa niemiecka.

Dalej będzie już o KOT-ach przez T na końcu. Na początek przez dwa TT. Jan Kott, pisarz, opozycjonista, historyk literatury i nadwyczajny wręcz znawca Szekspira (na dodatek obrazoburczy!), miał ponoć opowiedzieć komuś, że jak go w PRL-u za karę postanowiono usunąć z kolejnego wydania Wielkiej Encyklopedii Powszechnej, na jego miejsce musiano wstawić aż dwa koty przez jedno t na końcu. Odpowiednio przykrojone hasła kot domowy i kot dachowy (może mylę drugi z przymiotników, ale na pewno pierwszy był kot domowy) wypełniły szczelnie encyklopedyczną lukę po niepokornym pisarzu. Bo jak się poprawia wielkie leksykony, nie można niczego ot tak sobie wyrzucić, jako że usunięcie jednej tylko maleńkiej notatki, że Aaa kotki dwa to onomatopeiczny wers z popularnej polskiej kołysanki, mogłoby spowodować konieczność zmiany układu (graficznego) i składu (zecerskiego) całego tomu…

Opowiedział mi to kiedyś przyjaciel, a ja tego nigdy nie sprawdziłam. Nie mam starej encyklopedii wielotomowej, sięgam więc do jedynej, jaką posiadam: Encyklopedia Popularna PWN, wydanie dwudzieste drugie zmienione i uzupełnione. Rok 1992, Jan Kott wrócił już do encyklopedii, ale, pewnie znowu przez tych strasznych layoucistów, ma wpisik znacznie mniejszy niż kot domowy. I nie ma zdjęcia, podczas gdy kot ma nawet dwa obrazki, u góry kot domowy, który wygląda jak puszysty pers, pod spodem kot bezrasowy, ani chybi tygrys.

Nota bene linijki Aaa kotki dwa w encyklopedii nie ma. A powinna, bo to piosenka z dużą tradycją, choć dziś śpiewana w wersji poważnie zmienionej i skróconej. Oryginalną wykonali Adolf Dymsza i Eugeniusz Bodo w przedwojennym filmie dla dzieci Paweł i Gaweł. Autorami słów byli Jerzy Nel i Ludwik Starski, muzykę skomponował Henryk Wars. Ach, cóż to jest za piosenka!

Po KODzie i KOTTcie pora na Kota. Już jak trzeba, z jednym t na końcu, ale jeszcze z dużej litery. Taż sama encyklopedia przywołuje jakiegoś KOTa, Stanisława, 1885-1975, historyka, polityka, działacza ruchu ludowego. Napisał książkę Rozmowy z Kremlem. Rok mamy może już 1992, ale nasz polityk ma wpis odrobinkę dłuższy niż kot domowy i dwa razy obszerniejszy niż KoTT z dwoma TT.

Na zakończenie kilka kotów, przez jedno t na końcu i z małej litery. Nie szukam i nie szperam, po prostu sięgam do zasobów mojego Facebooka. Co dobre dla KOD, tym się zadowoli również kot.

Paul Klee. “Cat and Bird.” 1928. The Museum of Modern Art, New York.

Kot śnieżny znaleziony na Facebooku, “kakałko” od Julity, pozostałe trzy koty nadesłane przez Danusię.

Ja z kotem na spacerze. Dzieło wnuka.

Nadesłane przez moją siostrę.

Mój własny kot w moim własnym mieszkaniu – zdjęcie zrobione przeze mnie samą.  Umieszczam, bo chciałam tu zamieścić wszystkie koty z mojego Facebooka, które pojawiły się tam od czasu, gdy napisałam ostatni wpis o kotach. Kot wrócił mianowicie z pracy, o czym TU.

I na zakończenie najbardziej niezwykły obraz z kotami, jaki ostatnio widziałam, nadesłany przez kuzynkę, tzw. Kanadyjkę.
Carl Kahler
AUSTRIAN
MY WIFE’S LOVERS
Sprzedany w Sotheby za 826,000 USD  (wyceniony na 200.000, zarobił cztery razy więcej)

Do cats have nine lives?  While more than 3,000 people perished in the San Francisco Earthquake of 1906, Carl Kahler’s monumental canvas depicting 42 larger than life sized cats survived the destruction and devastation.  The history of what has been referred to as “one of the finest cat pictures in the world” (Oakland Tribune, February 4, 1930, p. 50) dates back  to the early 1890s when it was commissioned by cat enthusiast,  Kate Birdsall Johnson of San Francisco.

Mrs. Johnson was a millionaire and she loved cats, especially fancy Persian and Angora breeds. She housed 350 cats in her 3000 acre summer residence, Buena Vista, located near Sonoma, California. There, her pets were cared for by a troop of servants hired specifically for this purpose, and entertained by parrots and cockatoos, which coexisted with the feline community in the Johnson mansion. Each cat had a name, and recognized that name when called (Durling, p. 6).

In 1891, Mrs. Johnson commissioned the artist Carl Kahler to paint her cats. Kahler was Austrian by birth, but had established his career primarily as a painter of horse racing scenes in Australia and New Zealand, where he had worked for seven years. Upon arriving in the United States, his plan was to travel to Yosemite to make nature studies, but while in San Francisco, he was invited to visit Mrs. Johnson’s cat ranch.  Although Kahler had never painted a cat before, Mrs. Johnson hired him and for the next three years he sketched her cats in a variety of poses, thus becoming acquainted with their individual personalities and traits. The culmination of his work was our painting, titled My Wife’s Lovers, a title supposedly assigned by Mrs. Johnson’s husband.

The seated cat in the center of the composition was named Sultan. Mrs. Johnson found him irresistible and paid $3,000 for him during a trip to Paris.  “He attracted her fancy, but she was told that he was not for sale.  She asked what his value was, and then offered twice the amount, and brought Sultan home with her. He is a big, handsome cat, with a tawny brown coat with splashes of yellow in it and a white breast, and large green eyes” (Davis, p. 12). Directly to Sultan’s left may be a cat called His Highness, a superb white Angora with bright blue eyes. His Highness appears in another painting by Kahler, seated on a table covered with a blue embroidered Japanese silk curtain (Davis p. 12). Together with Sultan and His Highness, forty other felines complete this extraordinary group portrait; their poses and expressions first captured in the individual sketches created by Kahler over a span of three years.

Mrs. Johnson lent My Wife’s Lovers to the 1893 Chicago World’s Fair, where it became an immediate sensation (Final Report of the World’s Fair Commission, Chicago, p. 58.). Soon after Mrs. Johnson’s estate auction of 1894, the painting was acquired by fellow San Franciscan Ernest Haquette who displayed it in his “Palace of Art Salon,” which was destroyed in the Great Quake. My Wife’s Lovers was next hung in Frank C. Havens’ Piedmont Art Gallery, a public museum, where it attracted further admirers. Later owners, Mr. and Mrs. Julian of Chicago, sent My Wife’s Lovers on tour through the United States in the 1940s and to Madison Square Garden for, appropriately, a cat-show. With the Julian’s promotion, Kahler’s work became so popular that 9,000 prints were sold after the original painting, and in 1949, Cat Magazine called it “the world’s greatest painting of cats.” (Robert Reed, “Inside Antiques,” http://www.waybacktimes.com). But this is not the end of the story.  Even after her death Mrs. Johnson continued to cherish her cats; her will stipulated a gift of $500,000 to guarantee their perpetual care and comfort.

Powyżej zacytowałam notatkę o tym obrazie zamieszczoną w katalogu aukcji Sotheby w dniu 3 listopada 2015 roku. Oto paralelność rzeczywistości. Listopad 2015. Sotheby sprzedaje 42 koty za prawie 900 tysięcy dolarów, w Warszawie powstaje KOD.

I znowu zimowe nastroje

Tomasz Fetzki

kominek

Rozmyślania przy kominku

Powiedział Wieszcz: wiek męski – wiek klęski. Coś w tym jest: do człowieka dociera świadomość, że nie wszystko, co chciał, osiągnął i pewnie już nie osiągnie. Viatorowi też ona doskwiera. Przebiega Wędrowiec wspomnieniami po swych młodzieńczych planach oraz zamierzeniach. I… ach, szkoda gadać. Ale jedno mu się udało. Marzył o kominku i ma kominek! Znaczy się, życia nie zmarnował.

Taki kominek to dobra rzecz. Nie tylko dlatego, że ciepło z płonących szczap jest żywe i zupełnie inne niż kaloryferowe. Nie tylko z tego powodu, że konieczność zadbania, by tych szczap nie zabrakło, wymaga wysiłku, który powoduje, iż wiek męski nie zmieni się (oby!) zbyt szybko w dziadkowski. Taki kominek to dobra rzecz, bo można siąść przy nim, nacieszyć oczy płomieniem i trochę pomyśleć. Zwłaszcza teraz. Wokół śnieg, mróz, ciemno, smutno i pusto. I jeszcze długo tak będzie, wszak to dopiero środek zimy. Jest ciężko i nie zapowiada się szybka zmiana na lepsze… chodzi oczywiście o porę roku; no, ale jeśli komuś co innego na myśl przychodzi, jeśli zima ma dla niego wartość metafory, to czemu nie? Viator sam mógłby sypnąć garścią takich znaczeń ukrytych, tylko po co.

Optymistyczne to wszystko nie nastraja. Ale skoro mamy kominek i czas (co z tego, że zły? jest, więc trzeba z niego korzystać), usiądźmy i podumajmy. W głębi zimy, depresji, mroku zbierzmy się trochę w sobie. Refleksję, choćby niewielką, wysnujmy. Strategicznie zaplanujmy, jak doczekać wiosny. Skoro już mamy czas…

Biegnie przeto Viator myślami na szlak przyszłych wędrówek. Póki co może jednak tylko sięgnąć po laptop, napawać się ciepłem bijącym z kominka, zerkać co i raz na wesołe ogniki, i przeglądać fotograficzną dokumentację niegdysiejszych itinerariów.

Heureka! Kilka lat temu. Kożuchów. Mur kościoła pod wezwaniem Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Pośród licznych wmurowanych weń epitafiów jedno zafrapowało Wędrowca szczególnie. Bo treść jego mocna, a forma niezwykła.

kwatera-pan-kostka

Proroctwo Ezechiela. Brzmi jak dzwon i niesie nadzieję, zwłaszcza w środku ponurej zimy. Co ciekawe, nie ze względu na treść religijną: na tej się Viator nie zna i mądrować się na jej temat nie zamierza. Ale przeczytajcie sami, to kawał prawdziwej literatury. A sztuka też ma ponoć moc zbawczą!

Spoczęła na mnie ręka Pana; i wyprowadził mnie w swoim duchu, i postawił mnie w środku doliny, która była pełna kości. I kazał mi przejść dokoła nich, a oto było ich bardzo dużo w tej dolinie i były zupełnie wyschłe. I rzekł do mnie: Synu człowieczy, czy ożyją te kości? I odpowiedziałem: Wszechmocny Panie, Ty wiesz. I rzekł do mnie: Prorokuj nad tymi kośćmi i powiedz do nich: Kości wyschłe! Słuchajcie słowa Pana! Tak mówi Wszechmocny Pan do tych kości: Oto Ja wprowadzę do was ożywcze tchnienie i ożyjecie. I dam wam ścięgna, i sprawię, że obrośniecie ciałem, i powlokę was skórą, i dam wam moje ożywcze tchnienie, i ożyjecie, i poznacie, że Ja jestem Pan.

Prorokowałem więc, jak mi nakazano. A gdy prorokowałem, rozległ się głos, a oto powstał szum; i zbliżyły się kości, jedna kość do drugiej. I spojrzałem: a oto pojawiły się na nich ścięgna i porosło ciało; i skóra powlokła je po wierzchu, ale ożywczego tchnienia w nich nie było. I rzekł do mnie: Prorokuj do ożywczego tchnienia, synu człowieczy, i powiedz ożywczemu tchnieniu: Tak mówi Wszechmocny Pan: Przyjdź, ożywcze tchnienie, z czterech stron i tchnij na tych zabitych, a ożyją. I prorokowałem, jak mi nakazano. Wtem wstąpiło w nich ożywcze tchnienie i ożyli, i stanęli na nogach – rzesza bardzo wielka.

To działa, prawda? Zresztą, zawsze działało. Viator zajmuje się pedagogiką, także w ujęciu historycznym. I natrafił swego czasu na tekst autorki, której przedstawiać bliżej chyba nikomu nie trzeba. Maria Montessori. Cóż ona pisze w swych Domach Dziecięcych (La Case dei Bambini)? Przytacza Proroctwo Ezechielowe jako alegorię wychowania, zwłaszcza dzieci, których rozwój przebiega wśród trudów i niepowodzeń. W tych słowach znalazła inspirację dla swojego dzieła; jego efekty można dziś podziwiać. Zaiste, jest w nich moc. Pomogą doczekać wiosny. Otuchy, suche kości!

A wizja artysty z Kożuchowa? Ma w sobie coś przejmującego – te dynamiczne przemiany w tłumie szkieletów. Jednocześnie jest rozczulająco naiwna: cztery tchnienia z wydętymi policzkami, w górnym lewym rogu! Oczu nie można oderwać.

Tak sobie radzi Viator z zimą naszej niedoli. Tak suche kości poradzą sobie z każdą zimą. A co słychać u krzaka dzikiej róży? Dziękuję, trwa dzielnie i ma się świetnie. Jego owoce na tle białego puchu wręcz płoną swą czerwienią. Chciałoby się zawołać: Krzew gorejący! Ale lepiej tego nie czynić, bo jeszcze on przemówi i będzie nowa draka na kolejne trzy i pół tysiąca lat. Piękna jesteś, różo!

a

Ucieczka do Krainy Minionków

Auf Deutsch: wirschaffenes

Ewa Maria Slaska w imieniu Antona

Zabawy dziecięce

Tytuł pożyczyłam, oczywiście, od Pietera Bruegla Starszego. Rok był 1560. Od czasów starożytnych nikt nie malował dzieci. A on tak. Tak:

Dziś jednak historia całkiem współczesna o zabawach dziecięcych. Z zeszłego tygodnia. Bawimy się z wnukiem, co się odbywa według pewnego, od kilku miesięcy nie zmienianego schematu. Dostaję do ręki jakąś zabawkę wraz z informacją, czy jest ona „dobra” czy „zła”, i z pewną instrukcją wyjściową. Mam na przykład dwie pandy (pandy są “dobre”) i zadanie, by zbudować dla nich dom (to zabawa z tygodnia, gdy prasa podała, że zoo w Berlinie zakupi w Chinach nowe pandy; dla tych, co nie wiedzą informacja, że Berlin miał przez wiele lat dwie pandy, Yan Yan i Bao Bao, które kiedyś niestety zdechły – Yan Yan w roku 2007, Bao Bao w pięć lat później). Proponuję różne wersje domu, gaj bambusowy, namiot z koca, pudełko po butach, a pan reżyser decyduje, czy moje propozycje mu się podobają czy nie. Zaakceptowany domek dla pand okazał się pudełeczkiem-łóżeczkiem ustawionym koło doniczki z bambusami, a pod lampą, żeby misiom było ciepło. Wokół zamieszkały różne inne zwierzęta, krokodyle, delfiny, rekin, słoń, które przypłynęły do zoo arką…

Tym razem miałam wybudować dom z klocków lego. Potem drugi, potem trzeci. Jak się okazało domy stały na wyspie, a wokół reżyser ułożył morze z niebieskich szalików i kocyków. Do brzegu wyspy dobijały po kolei coraz to nowe amfibie. Mieliśmy naprawdę dużą flotę.

ucieczka6

W domach na wyspie zamieszkały różne ludziki lego. Wszystkie były „dobre”. Potem na wyspę napadli „źli”. Byli olbrzymi i pochodzili z innej kategorii lego, takiej, która pozwala konstruować potwory i roboty (dla znawców informacja: lego technics). Był zły zielony Sven (imię jest wspomnieniem po historyjkach o Wickim, małym wikińskim chłopcu), jego kolega – duży zły zielony Sven i jeszcze większy czerwony Sven, też zły.

ucieczka4 Złe Sveny napadły na wyspę i zaczęły burzyć domy. Reżyser zarządził, że „moje” ludziki muszą uciekać, ale niestety wciąż się okazywało, że każda amfibia, którą wzięłam do ręki, nie jest już nasza, bo zajęli ją “źli”. Wreszcie cudem jakimś udało mi się zbudować małą łódkę płaskodenną, zapakować na nią wszystkie moje ludziki i uciec z nimi na morze. Łódka płynęła bardzo niepewnie, było na niej tak ciasno, że wszystkie ludziki musiały stać.

ucieczka1

Dopłynęliśmy do tapczanu przykrytego białą narzutą. Były to Białe Góry, gdzie niestety też czaił się „Zły”. Przebrał się drań, wyglądał jak zwykły ludzik, ale tak naprawdę był „zły” i znowu trzeba było brać nogi za pas i wiosła w dulki. Na szczęście nasza łódka umiała fruwać i dolecieliśmy na szczyt wielkiej góry. „Zły” nas nie dogonił, ale i tak stało się niebezpiecznie, bo to był wulkan i po raz kolejny musieliśmy uciekać przez Białe Góry.

ucieczka3

Chciałam wracać na naszą wyspę, ale okazało się, że jest zrujnowana i nie ma dokąd wracać.

ucieczka5

Wreszcie zobaczyliśmy z daleka spokojny wesoły kraj. Był cały żółto-niebieski. Mieszkały tam minionki i jadły banany. Dopłynęliśmy ostatkiem sił i minionki powiedziały, że możemy zostać. Daliśmy ludzikom banany i położyliśmy je do łóżka.

ucieczka7

Co teraz, zapytałam? Nie wiadomo, odparł reżyser. Zawsze mogą się pojawić jacyś „źli” i zacząć strzelać. A jak trafią, to każdy „dobry” też stanie się „zły” (tak się zdarzyło w jednej z historyjek o smerfach). A co zrobić, żeby nie trafili? To zależy od Królowej.

Okazało się, że musimy opowiedzieć Królowej bajki. Ja mam opowiedzieć „dobrą” bajkę, pan reżyser – „złą”. Jeśli królowej spodoba się moja bajka, to dobrze, ale jeśli wybierze „złą”…

Opowiedziałam w skrócie coś w rodzaju Królowej Śniegu, która mieszkała w Białych Górach, i porwała chłopczyka, dziewczynka go szukała i znalazła, a pomagały jej pszczoły i ptaki. Królowa  podziękowała dziewczynce, przeprosiła chłopczyka i… Chłopczyk natomiast opowiedział o wielkiej czarnej dziurze, gdzie mieszkały czarne wielkie dinozaury (widzieliśmy takiego przed tygodniem w Muzeum Historii Naturalnej, miał na imię Tristan – idźcie zobaczyć). Wielkie dinozaury zjadły wszystkie czarne wrony i wypluły piórka. Tak dużo, że świat stał się cały czarny (tak się zdarzyło w legendach królestwa Chima).

No i co, zapytałam. Którą bajkę wybrała Królowa? Twoją, odparł reżyser. Powiedziała, że ludziki mogą zostać i „damy radę”.

Tak powiedziała: “wir schaffen es”.

ucieczka2