Reblog / Re-Facebook / Re coś tam

EMS

Znalazłam na Facebooku. Ważne. Najpierw zlajkowałam, potem przeniosłam do bloga na stronę “Heute/dziś/today”, ale wszystko mi było za mało, bo rzecz jest ważna, no więc robię rebloga i wstawiam na wieki wieków amen…

4.01.2016

KOD, budowanie ruchu społecznego, demonstracje, niezgoda, opór bierny, oporniki, deklaracje – to wszystko ładne, fajne i sympatyczne. Ale nie zapominajmy o jednym: ci, którzy tworzą to “my” (ja również), należą do tak zwanej “fajnej Polski” uprzywilejowanych, zadowolonych z dotychczasowego rozwoju, otwarcia na Zachód, względnego dobrobytu, względnego pluralizmu, mamy względnie dobre posady, mieszkamy w większości w miastach i jesteśmy zadowoleni, na tyle zadowoleni, że nie zastanawialismy się do tej pory nad tymi, których głosy obecna władza zagospodarowała i dlaczego tak się stało. Model neoliberalny, (jaki w Zachodniej Europie bylby nie do pomyślenia), który narzucono Polsce siłą globalnych graczy, ma się ku globalnemu końcowi, widać to i będzie to widać coraz wyraźniej. W Polsce dużo poszło dobrze, pewnie wiekszość spraw. Względnie dobrze, ale są duże obszary, gdzie panuje de facto feudalizm, pół-niewolnictwo, gdzie pracodawca jest bezkarnym wyzyskiwaczem, gdzie umowy z pracownikiem to śmieć, gdzie ludzie pracują z nadgodzinami na 1,5 etatu, nie widząc w tygodniu swoich dzieci, ale nie są i tak w stanie dociagnąć do pierwszego, gdzie nie można się rozchorować, bo się leci z roboty. W Polsce gospodarką rządzą korporacje nie płacące de facto podatków, rozwarstwienie się pogłębia i z biedy nie sposób wyjść o własnych siłach, chyba że wyjeżdżając za granicę. W tej Polsce uprzywilejowanych, czyli nas, tworzących choćby KOD, w ciągu ostatnich lat kompletnie zabrakło solidaryzmu społecznego, zamiast niego był paternalistyczny kapitalizm najgorszego sortu. Na Zachodzie, który my uprzywilejowani tak bierzemy za przykład i go “gonimy”, cywilizacyjnie nigdy nie zabrakło solidarności z tymi, którzy nie dają rady – niezależnie od tego czy u steru byli Chadecy, czy Socjaliści, jeżeli nie z milości bliźniego to z czystej kalkulacji, żeby nie doszło do rozwoju ruchów radykalnych. W Polsce tego zaniechano i pozwoliliśmy na to na lewej i na prawej, by społecznymi postulatami troski o wspólnotę, sprawiedliwości społecznej etc. zawładnęli radykałowie. Jakie refleksje na temat własnego działania, własnego państwa płyną z KODu i innych formacji stawiajacych opór obecnej władzy? Na razie kompletnie mi ich brakuje. Jak ma wygladać postpisowska Polska? Czy bedzie powrotem do upadajacego neoliberalizmu zadowolonych?

***
W komentarzach ktoś napisał, że grzechem, jeszcze cięższym niż brak solidarności społecznej, była obojętność, a następnego dnia przeczytałam gdzieś, że obojętność to okrucieństwo w wykonaniu ludzi dobrze wychowanych…

***

EMS

Oczywiście nie znaczy to, że nie mamy protestować, bo mamy i musimy, ale musimy jednocześnie myśleć, czuć, współczuć i przewidywać…

Więc na dziś – demonstracja w Warszawie, demonstracja w Berlinie. Idźcie, idźmy, chodźmy, chodźcie…

plakat

plakat-samstag

Bitwa o Szczecin

dzienpodniuDzień po dniu

Książka Michała Rembasa i Grzegorza Ciechanowskiego opowiada o walkach o Szczecin w 1945 roku.

Na 112 stronach znajduje się szczegółowy opis wydarzeń, dziesiątki relacji świadków walk, dzięsiątki planów i zdjęć a także opis pomników, cmentarzy i innych śladów walk.

Michał Rembas
Dziennikarz – podróżnik i historyk. Pasjonat starych cmentarzy, architektury i wojskowości, współpracował między innymi z „National Geographic”, „Gazetą Wyborczą”, „Wędrowcem Zachodniopomorskim” oraz „Aktualnościami Turystycznymi”. Autor książek: „Zachodniopomorskie tajemnice”, „Śladami Lubinusa. Przewodnik niezwykły”, „Cuda na fasadach” oraz współautor  książek: „Nekropolie. Zabytkowe cmentarze wielokulturowej Polski”, „Dąbie. Prawobrzeże Wielkiego Szczecina”. Jego książka „Cuda na fasadach” została w ub. r. nagrodzona na ogólnopolskim przeglądzie książki turystycznej.

Uwaga: W roku 2016 Autor będzie organizował wycieczki na pole bitwy. Chętni mogą się zgłaszać TU. Zainteresowani kupnem książki Czytelnicy polscy mogą szukać książek w księgarniach i na Allegro. Berlińczycy niech się zgłaszają w komentarzach, zorganizujemy dostawę. Książka kosztuje ok. 30 złotych, ale pewnie dojdą jakieś koszty organizacyjne.

bunkier

Grzegorz Ciechanowski
Absolwent Akademii Obrony Narodowej. Oficer WP, służył w jednostkach operacyjnych artylerii, oficer łącznikowy misji Armii USA. Po wejściu Polski do NATO Szef Wydziału Prasowego i Protokołu Wielonarodowego Korpusu Północ-Wschód; Szef Wydziału Współpracy Cywilno-Wojskowej 12 Szczecińskiej Dywizji Zmechanizowanej. Doktor historii, Uniwersytet Szczeciński (2006). Od 2008 r. autor książek i artykułów na temat historii wojskowości oraz operacji pokojowych publikowanych w kraju i za granicą, w tym „Kurs bojowy Stettin” (2011).bitwaszczecin1stronaWspółpraca – Piotr Brzeziński.
Prezes Stowarzyszenia Miłośników Archeologii Militarnej „Pomorze”. Znawca historii II wojny światowej na Pomorzu Zachodnim. Od wielu lat zajmuje współpracuje przy ekshumacjach żołnierzy poległych podczas II wojny światowej i ich identyfikacji. Współtwórca portalu Pomorze1945.com.

bitwaszczecin2strony
Z książki

20 kwietnia
Wieczorem, w przedzień ataku wiejący od morza wiatr (tzw. cofka) spiętrzył wodę na Międzodrzu. Rozlokowany tam sowiecki batalion znalazł się w opałach – część żołnierzy musiała nawet schronić się na drzewach.
Dopiero około północy poziom wody się nieco obniżył, ale nadal byl wysoki.
O drugiej w nocy, w absolutnej ciszy (tylko oficerowie mogli wydawać rozkazy, ale szeptem) oddziały sowieckie zaczęły przesuwać się przez Międzyodrze, po obu stronach autostrady. Cel: obsadzić pozycje wyjściowe do natarcia na lewym brzegi Odry Zachodniej.
Wojsko miało do pokonania jedynie 2.5 – 3 km, ale warunki były koszmarnie trudne.
Żołnierze brnęli zanurzeni pas, po szyję w lodowatej wodzie, uzbrojenie, skrzynki z amunicją, przepychali armaty. Nieśli też kołki owinięte szmatami do zatykania przestrzelin w łodziach. Gdy woda była za płytka, musieli przepychać łodzie lub nieść je na ramionach. Niektórzy w błocie gubili buty.
Do godziny 5 przemoczone wojsko było już na lewym brzegu. Jedynym ratunkiem przed zimnem był alkohol – każdy z żołnierzy otrzymal 200 gramów spirytusu.

***
O godzinie 6.30 salwy katiusz rozpoczęły nawałę ogniową, i w tej samej chwili pierwsza fala desantu ruszyła przez rzekę. Ogień strzelającej zza Regalicy sowiewckiej artylerii był bardo silny – na każdy kilometr frontu natarcia przypadało 238 luf.
Artyleria niemiecka dość szybko otworzyła ogień na Międzyodrze i groblę autostrady, bowiem dowódcy niemieccy sądzili, że Sowieci przystąpili do forsowania Regalicy.
Ogień okazał się nieskuteczny. Zaskoczeni Niemcy strzelali po ciemku, nie wiedząc, że swieckie oddziały ulokowane były już pod samym nosem, dowódcy sowieccy też na wszelki wycofali wojsko z grobli i stumetrowych pasów po jej obu stronach.

Po około 20-30 minutach pierwsza fala desantu była już na zachodnim brzegu i to bez większych strat, po czym wioślarze wrócili po resztę wojska.
Około godziny 8 w zdobytych pomieszczeniach filaru mostu na autostradzie ulokował się sztab 108 Dywizji Strzeleckiej. Do godziny 14 cała jednostka była już na przyczółku. Warunkiem powodzenia natarcia było zdobycie wznoszącego się obok mostu na autostradzie wzgórza 65.4 (między autostradą a Siadłem Dolnym).
Ze stanowisk na stokach Niemcy mieli doskonały wgląd na rzekę, Międzyodrze i groblę autostrady i mogli z niego prowadzić celny ogień.
Pierwsze natarcia na wzgórze zostały odparte. Dopiero po południu, gdy na wzgórze spadła nawała ogniowa siedmiu pułków arylerii (ok. 250 dział) piechota sowiecka zdołała je opanowować.
W ciagu dnia w rejonie autostrady kilka razy kontratakują Sowietów oddziały Pułku Policji SS. Bezskutecznie. Powodzenie odnosi za to
Grupa Bojowa “Derriks” (około 350 żołnierzy z 28 Dywizji Grenadierów SS “Wallonien”), która odbija zdobyte wcześniej przez Rosjan Rosówko i spycha ich o 2 km. Zacięte walki toczą się o cegielnię nieopodal Moczył.
W ciągu dnia 65 Armia usadowiła się na lewym brzegu, lecz opanowany przyczółek jest mały: długi na zaledwie 3 km, głęboki na 1.5 km. Zadanie postawione armii nie zostało zrealizowane – według planu jeszcze pierwszego dnia natarcia wojska Batowa miały zdobyć Przecław, Smolęcin i Barnisław. Lecz w porównaniu z sąsiednimi armiami forsującymi Odrę i tak Batow może mówić o sukcesie – zarówno 70 jak i 49 Armia w trakcie całego dnia walk praktycznie nie ruszyły się z miejsca.

Porucznik Oleg Albieński z oddziału pontonierów;
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

Przez ostatnie dni naharowaliśmy się jak woły – ciężkie, 500-kilogramowe pontony ciągnęliśmy burłackim zwyczajem – na linach – przez wąskie kanały Międzyodrza, a na niektórych odcinkach musieliśmy nawet brać je na plecy, brodząc po pas w wodzie. I waliła w nas ta cholerna niemiecka artyleria – zniszczyła pięć pontonów. Mamy je na szczęście tu, nad Odrą. Teraz po cichutku, by nie płoszyć przedwcześnie wroga, spuszczamy je na wodę. Niebawem posłużą szturmowym oddziałom piechoty do skoku przez rzekę.
O godzinie 6.30 gruchnęły działa. To była kanonada! Morze ognia! Pod koniec artyleryjskiej nawały ruszyła przez rzekę piechota. Tuż po ostatnich salwach wdarła się na tamten brzeg. Pierwsi ci z 46 Korpusu gen. Erastowa, którzy opanowali polną drogę wiodącą do Kurowa, a następnie przycupnięte tuż nad rzeką budynki Siadła Dolnego. Niemal równocześnie z nimi skoczyły przez Odrę jednostki 105 i 18 Korpusu Piechoty. Niemcy wkrótce otrząsnęli się z zaskoczenia. Cóż to było za piekło!

Sierżant F. Jendiejew, 65 Armia gen. Batowa;
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

Przez trzy doby żyliśmy na wysepce znajdującej się w środku błotnistego rozlewiska między dwoma “rękawami” rzeki, jako “niewidzialni”. (…) W nocy podciągamy włókiem łódki do brzegu, do każdej stawiamy jaszczyk nabojów. Każdy bierze ze sobą cztery granaty i piąty przeciwpancerny. (…) Przydzielone plutonowi działo załadowaliśmy na ponton. Przepłynęliśmy rzekę w absolutnej ciszy, bez jednego wystrzału z naszego i niemieckiego brzegu. Przyczajeni zajęliśmy pozycje, czekając na rozkaz do ataku. Niemcy byli w transzejach na stoku wzgórza. Ledwo ciemność ustąpiła szarości ranka, “zagrała” nasza katiusza i jednocześnie uderzyła nasza artyleria. Dziękuję artylerzystom – celnie bili! Zobaczyliśmy później ich robotę – rozwalone niemieckie schrony, zasypane od wybuchów transzeje, trupy żołnierzy wroga. Do ataku rzuciliśmy się z odgłosem ostatnich wybuchów naszych pocisków. Wtedy dopiero fryce zrozumieli, że rzekę sforsowaliśmy już pod samym ich nosem. Na brzegu rzeki rozniosło się głośne i radosne “urrraaa”. Ruszyliśmy w stronę niemieckich transzei.

Ppłk Siemienow
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

40-50 pijanych esesmanów ruszyło na nas z pancerfaustami. Zaczęli strzelać. Widowisko było straszne. Pierwszy raz w ciągu całej wojny widziałem, żeby piechota przystępowała do kontrataku z pancerfaustami. Ale na ich skrzydło wyszedł pluton pieszych zwiadowców na czele ze starszym lejtnantem Smiełym. Jego uderzenia faszyści nie wytrzymali.

Meldunek dzienny Grupy Armii “Weichsel” (sporządzony 21.04.45 o godz. 05.40).
Tłumaczenie Piotr Brzeziński

Korpus Armijny “Oder” melduje godzinny silny ogień artylerii i moździerzy wszelkich kalibrów z punktem ciężkości na odcinek po obu stronach autostrady, Gartz i Mescherin. Ciągłe silne naloty ogniowe dla wsparcia nieprzyjacielskiej przeprawy. Podczas gdy w rejonie Gartz i na zachód od Gryfina przeciwnik został odparty, w lesie pomiędzy Gartz i Mescherin oraz po obu stronach autostrady zdobył brzeg Odry przy pomocy amfibii i ciągle się umacnia. (…) Trwają własne przeciwuderzenia na przemian z natarciami nieprzyjaciela. Położenie w chwili pisania meldunku niewyjaśnione.

Paweł Batow, “W marszu i boju”
– Wiecie, towarzyszu dowódco – mówił Tieremow – (dowódca 108. Dywizji Strzeleckiej do dowódcy 65 Armii, gen. Batowa – przypisek autorów) – o mały włos dwa razy nie musiałem forsować Odry.
– Jakim cudem?
– Ledwo wyskoczyliśmy z łodzi – a ogień, meduję, był silny- rozwinęliśmy Punkt Obserwacyjny, kiedy zjawili się dwaj oficerowie. Meldują, że są z kroniki filmowej. Co za licho was tu przyniosło, myślę sobie… Ale pytam, czym mogę slużyć. Odpowiadają:
– “Towarzyszu generale, chcemy was sfotografować, jak forsujecie Odrę. Nie, nie, prosimy nie odmawiać. Zaraz zdobędziemy łódź… Co wam szkodzi jeszcze raz przeprawić się przez rzekę…”

15 kwietnia
W nocy 14 na 15 kwietnia oddziały rozpoznawcze 65 Armii przeprawiają się łodziami przez Regalicę. W rejonie autostrady kompanię zwiadu ze 108 Dywizji (46 Korpusu Strzeleckiego) ostrzelano z filarów mostu autostrady na Regalicy. Okazało się, że grobla autostrady i podejścia do niej są zaminowane, miny zabiły dwóch sowieckich saperów.

16 kwietnia
Nocą z 15 na 16 kwietnia sowieccy saperzy z 172 Samodzielnego Płońskiego Batalionu Saperów pod ogniem rozminowali podejścia do grobli. Kolejnej nocy batalion 444 Pułku Strzeleckiego (ze 108 Dywizji Strzeleckiej) opanował kilometrowy odcinek autostrady. Ponieważ autostrada była mocno ostrzeliwana, żołnierze sowieccy znależli pomysłowe wyjście – podkopywali się z boku pod betonowe płyty jezdni. Dwudziestocentymetrowa warstwa betonu dawała dobre schronienie.
Ale Niemcy bronili się z mostu autostrady – w betonowych filrach ukryte były (i są nadal) obszerne pomieszczenia, z których otworów strzelniczych Niemcy prowadzili silny ogień. Okazało się, że są one nie do “ugryzienia” przez artylerię – 14 pocisków ustawionej do strzelania na wprost haubicy kalibru 122 mm odbijały się od betonu, nie czyniąc załodze większej krzywdy.

17 kwietnia
W nocy 17 na 18 kwietnia sowieci znów atakują wzdłuż grobli – jedna kompania posuwa się na lewo od autostrady, druga na prawo, a trzecia atakuje wzdłuż samego nasypu.
Żołnierze sowieccy przedostali się samych filarów i zmusili ukrytych w nich Niemców do poddania się. Nad ranem 444 pułk doszedł autostradą do Odry Zachodniej, z Międzyodrza udało się wyprzeć niecały batalion Niemców. Od lewobrzeżnego Szczecina wojska Batowa dzieli tylko kilka kilometrów.

Piotr Tieremow (dowódca 108 Dywizji Strzeleckiej) “Płonące brzegi”,
“Swiridow i Romanienko (dowódcy kompanii – przypisek autorów) zaatakowali Niemców i w decydującym starciu wyszli na podporę brzegową mostu, ale wedrzeć się do jedynego i wąskiego wejścia do kazamaty nie zdołali. Z otworów strzelniczych siekły jak wprzódy niemieckie cekaemy. Lecz tu, przy kazamatach, zarówno nasi, jak i hitlerowcy nie mogli się nawzajem razić, ponieważ i jedni, i drudzy znaleźli się w martwych polach ognia. Saperzy podciągnęli materiał wybuchowy. Grupa szturmowa komunistów była w pogotowiu. I nagle ten napięty i dramatyczny moment rozładował się w zupełnie dramatyczny sposób. Na groblę, z pośpiechem wspinał się, coś krzycząc, podpułkownik Abiłow (dowódca 444 Pułku Strzeleckiego- dopisek autorów)
– Zdejmować watówki! – krzyczał – Podpalać! Wyrzucać z góry do wejścia i otworów strzelniczych! Wykurzać faszystów!

Gryzący dym tlącej się waty przenikał do wnętrza. Zapalone watówki przepchnięto wraz z granatami przez otwory strzelnicze i wrzucono do środka. Podpułkownik zawołał swoim wysokim tenorem:
– Hej, fryce! Jesteście okrążeni przez wojska generała Abiłowa. (Abiłow bleffuje, nie jest generałem, ale tylko pułkownikiem- przypisek autorów) Proponuję przerwać bezsensowny opór! Poddawajcie się, bo spalimy!
Widocznie Niemcy gonili ostatkiem sił w kamiennej pułapce, gdyż ich ogień osłabł, a następnie ucichł. W otworze ukazała się biała szmata. Oficer zastrzelił się, a żołnierze się poddali.

Kresy. Epizod niewiele znaczący…

Andrzej Rejman

Hanka Ordonówna i jej dwa psy Bernardyny
krótkie wspomnienie Krystyny Stankiewicz

Krystyna Stankiewicz, urodzona 10 kwietnia 1931 roku w Berżenikach, powiat święciański, województwo wileńskie, jedna z trojga dzieci Heleny z Zanów i Kazimierza Stankiewiczów. Dzieciństwo spędziła w rodzinnych Berżenikach. Jako dziecko wielokrotnie odwiedzała Wilno. Po wybuchu wojny Stankiewiczowie zmuszeni byli opuścić rodzinne strony, przejściowo mieszkali w Wilnie, po aresztowaniu Kazimierza Stankiewicza przez NKWD w styczniu 1945 roku, żona Helena wysłała dwoje dzieci pod opieką bliskiej znajomej p. Wandy Kawalcowej do Polski. Trzecie dziecko – najstarsza córka Maria zmarła w sierpniu 1940 roku na zapalenie opon mózgowych. Helena Stankiewiczowa pozostała w Wilnie, starając się o uwolnienie męża. Niestety wysiłki nie powiodły się. W czerwcu 1945 roku Helena udała się do Warszawy do dzieci, które mieszkały u rodziny w Aninie. Kazimierz powrócił z niewoli jesienią 1948 roku. Po wojnie Krystyna Stankiewicz ukończyła Państwowa Szkołę Pielęgniarską nr 4 na Solcu w Warszawie i pracowała nieprzerwanie ponad 29 lat na oddziale chirurgii jako instrumentariuszka, potem na sali operacyjnej jako oddziałowa w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej. Mieszka w Warszawie na Żoliborzu.

***

Hanka Ordonówna w Wilnie (źródło: culture.pl)

…Przez kilka pierwszych dni września 1939 roku występowała w teatrzyku Tip–Top. W listopadzie 1939 roku, kiedy zaprotestowała przeciw projekcjom hitlerowskiego filmu o zajęciu Warszawy, aresztowało ją gestapo. Z więzienia na Pawiaku wyszła w lutym 1940 roku, dzięki interwencji męża, hrabiego Michała Tyszkiewicza, obywatela litewskiego (spowinowacony z rodziną Tyszkiewiczów król Włoch Wiktor Emanuel II interweniował u Hitlera). Wyjechała do Wilna, wówczas pod okupacją litewską, gdzie jej pierwszy występ, w sali Teatru na Pohulance stał manifestacją narodową. Tam w latach 1940–1941 grała także w Lutni i w Polskim Teatrze Dramatycznym.

Po aneksji Litwy przez ZSRR, NKWD aresztowało jej męża z powodu zaangażowania politycznego – opieki nad obywatelami polskimi na Litwie z ramienia Rządu RP na Obczyźnie. Został osadzony na Łubiance w Moskwie. W tym samym czasie władze sowieckie zwróciły się do Ordonówny z propozycją koncertów w Moskwie. Po początkowych wahaniach artystka zaakceptowała tę propozycję nie do odrzucenia, mając nadzieję na uratowanie męża. Jej występy, znakomicie zresztą przyjmowane, przerwał wybuch wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 roku.

Ordonówna próbowała wrócić do Wilna. Tymczasem władze radzieckie nakłaniały ją do przyjęcia obywatelstwa ZSRR. Gdy odmówiła, została aresztowana za… nieposiadanie przynależności państwowej i zesłana do sowchozu – tuczarni świń – pod Kujbyszew nad Wołgą. Tam, ze względu na trudne warunki życia, powróciła jej choroba płuc. Po uwolnieniu w następstwie układu Sikorski-Majski (30 lipca 1941) Ordonówna początkowo zawędrowała do teatru tworzącego się w polskim ośrodku w Tocku.

Przejęta jednak losem najmłodszych, zajęła się organizowaniem pomocy dla osieroconych dzieci polskich wygnańców, które udało jej się wywieźć z ZSRR. Z uwagi na pogarszający się stan zdrowia, wraz z sierocińcem została ewakuowana przez Bombaj w Indiach do Bejrutu w Libanie, gdzie jej mąż – również zwolniony dzięki traktatowi Sikorski-Majski – był wtedy pracownikiem Poselstwa Polskiego w Bejrucie.

Z książki “Tułacze dzieci”, którą Hanka Ordonówna wydała w 1948 roku w Bejrucie pod pseudonimem Weronika Hort, z żywo nakreślonych portretów dziecięcych najbardziej zapada w pamięć postać pięcioletniej Kaziuni, oczekującej pochwał za to, że udało jej się ukraść nieco chleba i kipiatoku jednej z babuszek. Była to postać fikcyjna, na którą złożyło się kilka dziecięcych losów. Wstrząsająca książka, udokumentowana zdjęciami i odbitką rękopisu jednego z opowiadań, opisuje epizod niewiele znaczący dla losów całej wojny. Ale jakże ważny dla ocalonych….

(źródło: culture.pl) http://culture.pl/pl/tworca/hanka-ordonowna

A tu jej najsłynniejszy przebój:

Festiwal piosenki natrętnej IV

Tomasz Fetzki

Cavatina, czyli nieodwołalnie utracona beztroska

Dziś piosenka nietypowa. Właściwie: w ogóle nie piosenka, tylko miniaturka instrumentalna. Wszelako natrętna. I to bardzo.

Gdy słuchamy utworu tekstowo-muzycznego, sprawa jest jasna, a treści oczywiste. Jednak go braknie słów… Mówią, że muzyka to najbardziej czysta, abstrakcyjna spośród sztuk wszelakich. Niczego nie przedstawia, niczego nie oznacza, po prostu wyraża ukrytą harmonię kosmosu. Skoro mówią, pewnie tak jest!

Jednak, od czasu do czasu, ktoś melodiom usiłuje nadać znaczenie; bywa, że z dobrym skutkiem. Gdyby Rudy Ksiądz z Wenecji nie opatrzył swego koncertu skrzypcowego E-dur dodatkowym tytułem, czy ta muzyka przywodziłaby nam na myśl powiew zefirka, trzepotanie motylich i pszczelich skrzydełek oraz taniec promyków młodego słoneczka? Może tak, może nie. Ale skoro kompozytor nazwał utwór Wiosną, to już się nam tak ona nieodparcie będzie kojarzyć. Podobne przykłady można mnożyć, ale to by było przeładowanie tekstu ornamentyką, a przecież ostatnio podnosiły się na blogu głosy sprzeciwu wobec barokizowania. Niechże przeto za cały barok Vivaldi wystarczy!

Albo taka, panie dziejaszku, muzyka filmowa. Siłą rzeczy, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z dziełem wybitnym (a przecież jednym z elementów dobrego filmu jest sugestywna ścieżka dźwiękowa), melodia, choć sama w sobie nic nie znaczy, już na zawsze kojarzyć się będzie z treścią obrazu. Pozostaje tylko kwestia tego, jaką kto treść z jakiego filmu wysnuł dla siebie. Bo można różne.

Łowca jeleni. Budzi skrajne oceny. Dla niektórych synonim dłużyzny i nudy. Dla innych arcydzieło pod każdym względem. Wiadomo, de gustibus… Viator nikogo przekonywać nie ma zamiaru, ale chce zadeklarować: on należy do owych innych. Jego osobisty ranking od wielu lat niezmiennie plasuje ten film w pierwszej trójce najlepszych. Bo to dzieło znacznie głębsze, niżby się na pozór wydawało.

Można, rzecz jasna, skupić się na najbardziej zewnętrznej, publicystycznej warstwie, i potraktować go jako rozliczenie Amerykanów z wojną w Wietnamie. I będzie to oczywiście prawda. Ale jakże powierzchowna! Kontakt naskórkowy. Bo przecież nie przeżycia potomków łemkowskich imigrantów z Pensylwanii, wysłanych nad Mekong, są tu najistotniejsze. Gdyby zamiast nich ukazać młodzieniaszków z Karlsruhe zamarzających pod Stalingradem? Albo chłopców z Irkucka, walczących w Kabulu? Czy też dandysików z Bordeaux tonących w lodowatych nurtach Berezyny? Lub dziewczyny spod Tarnopola, które po latach poniewierki wstąpiły do Platerówek? Czy to byłoby coś innego? Łowca jeleni jest filmem o tym, jak wojna nieodwracalnie niszczy osobowość. Tylko wojna? Wojna to symbol zaledwie! Chodzi o zło. Nie takie zło zwykłe, codzienne, ale to stężone, dotkliwe i, co najistotniejsze, niezawinione. W miejsce wojny wstawcie sobie gwałt, zdradę (zwłaszcza doznaną od tych, od których najmniej się jej spodziewało), długotrwały mobbing, czy co tam jeszcze chcecie. Zło rani wszystkich, nawet odpornych. Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Wolne żarty! Oto najsilniejszy z gromady przyjaciół: Michael. Wrócił z Wietnamu lepszy? Co najwyżej – nie gorszy. A na pewno bardziej cierpiący. O tym jest ten obraz.

Powiadają ludziska, że początkowe sceny Łowcy jeleni – wizyta na sali bilardowej, wesele, polowanie – są zdecydowanie za długie i właściwie w ogóle niepotrzebne. Viator pozwala sobie zaprotestować: oto mamy do czynienia z najbardziej przejmującymi fragmentami filmu. To, co się wtedy rozgrywa między bohaterami (a co oddano subtelnie ukradkowymi spojrzeniami, znaczeniem ukrytym pomiędzy zdawkowymi dialogami, zatrzymanymi wpół gestami): lęk przed przyszłością, przeczucie nieuchronnego końca młodości – to istota Łowcy jeleni. Najlepiej widać ów strach w zachowaniu Stevena, tego spośród przyjaciół, który charakteryzował się najsłabszą konstrukcją psychiczną. Inna sprawa, że i spadło się na niego najwięcej. Nie tylko powołanie do wojska. Wszak to jego ślub i jego wesele. Których właściwie w ogóle być nie powinno. I teraz sami powiedzcie: jakiż to z Łowcy jeleni film wojenny?!

Takie treści wysnuł z niego Viator. Dlaczego właśnie te? Może dlatego, że, gdy oglądał go pierwszy raz, sam był w chwili przełomu, właśnie zdał maturę i musiał decydować, co dalej? Swoją drogą: słusznie ktoś już zauważył, że paradoksem, ironią losu i piekącą niesprawiedliwością jest fakt, że kluczowe decyzje, które na długo i głęboko zaważą na naszym życiu, musimy podejmować w momencie, gdy to życie i samych siebie, póki co jeszcze, exusez le mot, gówno znamy. No naprawdę – rosyjska ruletka!

Takie treści przemieszały się w umyśle Viatora z muzyką ilustrującą film. Żal za kończącą się młodością. Ściślej – za odchodzącą w przeszłość beztroską.

Może, gdyby Wędrowiec był wyznawcą cyklicznej teorii czasu, byłoby mu łatwiej. Tkwi jednakże po czubek głowy w teorii linearnej, czuje wyraźnie, iż nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy; z tej przyczyny utrata beztroski jest tak dotkliwa.

Kilka miesięcy temu jadł Viator jabłka maczane w miodzie, celebrując Rosz ha-Szana. Kilka dni temu pił szampana, świętując imieniny Sylwestra. To wszystko daty wybrane arbitralnie, jest pewnie jeszcze kilkanaście innych potencjalnych początków nowego roku, które można sobie obejść. Ale każdy z nich przypomina niestety, że czas nieubłagalnie płynie, a czarodziejska epoka beztroski odpływa coraz dalej. I w takich chwilach natrętnie brzmi Pielgrzymowi w uszach Cavatina.

Nie chciałby jednak Viator kończyć swej opowiastki zbyt pesymistycznie. Przemijanie, utrata – zgoda. Ale ta muzyka ma w sobie coś jeszcze, choć ciężko to coś określić. Nadzieja? Może raczej pogodna zgoda na nieuchronne. Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Tak, chyba o to właśnie idzie. To się w tej melodii natrętnej ukrywa.

Nic się nie ukrywa! Niczego tam nie ma, poza dźwięków cudowną harmonią. I Tobie może zupełnie inne natrętne myśli przyniesie ze sobą Cavatina? Przekonaj się.

Po świętach o świętach

Roman Brodowski

Wigilia w odchodzącej w zapomnienie starej polskiej wsi na obrzeżach Puszczy Białowieskiej. Po raz pierwszy uczestniczyłem w obchodach uroczystości Świąt Bożego Narodzenia w Ostrowie, oddalonej o trzydzieści kilometrów od Słonimia, umierającej powoli, wyludnionej wiosce. Mimo pustych, opuszczonych chat we wsi kwitnie nadal stara ojczyźniana tradycja kolędowania, o czym przekonałem się na własne uszy i oczy.

Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych w Ostrowie żyło około 800 mieszkańców. Była tam szkoła, przedszkole, poczta, świetlica i społeczna „bania”. Dzisiaj po tych instytucja pozostał jedynie duch tamtej epoki – gnijące ściany, powybijane okna i pachnące pustką zmurszałe, nie domykające się drzwi. We wsi jest jeszcze mały sklepik, do którego dwa razy w tygodniu dostarcza się świeże pieczywo. A mimo to żyje tu mała, niespełna stuosobowa społeczność czekających swojego czasu starszych ludzi.

Piękno tej wsi oraz jej tradycję zapisałem w fotografii oraz filmiku, do którego obejrzenia zapraszam.

ostrow (10) ostrow ostrow (1) ostrow (2) ostrow (3) ostrow (4) ostrow (5) ostrow (6) ostrow (7) ostrow (8)

 

Reblog: Chłopak z cmentarza w Berlinie

Spotkałam Małgosię pół roku temu na seminarium dla genealogów w Żydowskim Instytucie Historycznym. Opowiadała o swych badaniach nad dziejami żydowskiej rodziny Haase w Rybniku. Już wtedy wiedziałam, że chciałabym zreblogować jej opowieść o Rudolfie do cyklu “cmentarnego”, który wtedy tworzyliśmy z Tomaszem Fetzkim.  Cykl się skończył, a ja pomyślałam, że Małgosia już nie napisze tej historii. Mówi się trudno. A tu nagle 26 grudnia na blogu Małgosi czyli w Szufladzie pojawiła się siódma część epopei rodu Haasych.

Małgosia Płoszaj

Śmierć Rudolfa

Jeszcze nie jestem pewna, czy będzie to ostatnia część historii rodziny Haase, ale na pewno ta, z którą będę mieć najwięcej problemów. Być może nie wszystkim spodoba się moje wytłumaczenie tragedii, która dotknęła Haasych na Śląsku, ale nie jestem historykiem i mam prawo do ocen oraz subiektywnego spojrzenia na sprawy, które miały miejsce prawie sto temu. Biorąc jeszcze pod uwagę co się obecnie dzieje dookoła, tym bardziej będzie trudno opisywać czasy, które podzieliły Ślązaków w tamtym czasie. Ślązaków, do których zaliczam ówczesnych Niemców, Polaków i Żydów.

Przenieśmy się więc do trudnych czasów powstań śląskich, czyli do momentu, w którym przerwałam swoją opowieść.

W czasie swojego pobytu w Lipsku (tam rodzina przebywała w czasie I wojny) synowie Felixa, czyli Fritz (oficjalnie Ernst) i Rudolf uczestniczą w ćwiczeniach Korpusu Ernst i RudiSkatów, które jeszcze wówczas są dla nich formą zabawy. Po powrocie do rodzinnego miasta, czyli w 1919 r. obaj nastoletni chłopcy, czując się Niemcami, zaczynają się angażować po stronie niemieckiej. I nie jest to już zabawa. Starszy Fritz zostaje prywatnym kurierem niemieckiego komisarza plebiscytowego, a następnie Związku Wiernych Ojczyźnie Górnoślązaków. Z kolei Rudolf kieruje grupą chłopaków, do których należy przyjmowanie zamiejscowych Niemców przyjeżdżających do Rybnika na czas plebiscytu. Chłopcy na pewno są rozpoznawalni w mieście, choćby z racji tego, że są synami jednego z najbogatszych rybniczan. Ich poświęcenie dla sprawy niemieckiej nie jest dobrze widziane przez Polaków. Dostają anonimy z poważnymi pogróżkami, wielokrotnie są obrzucani kamieniami, wyzywani.

Rudi – tragiczny bohater mojej opowieści jest wysokim, rzucającym się w oczy blondynem, który niejednokrotnie igra z losem. Krew w nim wre, ale w takim wieku to normalne. Krótko po plebiscycie dochodzi do niebezpiecznego incydentu z udziałem Rudolfa na rybnickim dworcu. Musiał być z niego niezły „zadzior” :mrgreen:.

Sztandar Polski opisał to tak:

haase_sztandar_1

haase_sztandar_2

Felix, zdając sobie sprawę z tego, że Rybnik może ostatecznie znaleźć się w granicach nowo powstałej Polski, już jakiś czas wcześniej zdecydował się na zakup domu w Berlinie i na wyjazd z Rybnika. Chłopcy, jak to młodzi, nie chcą być poczytani za tchórzy i tym samym pogodzić się z decyzją taty. Termin przeprowadzki zostaje ustalony i… wybucha III powstanie śląskie. Rudolf zostaje aresztowany przez Polaków zaraz pierwszego dnia. Przypominam, że ma 15 lat. Rodzinie udaje się go wykupić z rąk powstańców za 5.000 marek, czyli za dość pokaźną kwotę. Przez następne dwa tygodnie obaj chłopcy są ukrywani w willi Haasych i u obcych ludzi. Wszędzie się gotuje, brat walczy z bratem, a szwagier z kuzynem.

W połowie maja rodzice uznają, że chłopców należy wywieźć z Rybnika do Raciborza, który jest po stronie niemieckiej i w którym mogą być bezpieczni. Takich niemieckich uciekinierów, w większości kobiet i dzieci, jest około 700. Pociąg rusza ze stacji kolejowej w Rybniku 14 maja 1921 r. o godz. 11.45. Pasażerowie mają zapewnienie władz powstańczych oraz włoskich wojsk, iż bezpiecznie dotrą na miejsce. Niestety, na stacji w Nędzy (zwanej kiedyś Nensa, Nendza, czy też Buchenau) skład zostaje zatrzymany przez powstańców. Dochodzi do nieporozumień między Włochami, jadącymi również żołnierzami francuskimi i angielskim kapitanem z wojsk rozjemczych. W końcu zostaje ustalone, iż mężczyźni poniżej 40 roku życia mają być ponownie przetransportowani do Rybnika. Młodym Haasym jednak udaje się i oficer powstańczy pozwala im na dalszą drogę. Oficerowi kilka lat wcześniej Fritz uratował życie, gdy ten się topił. Pociąg dojeżdża do stacji Markowice (Markowitz) i wszyscy muszą wysiąść, bowiem na Odrze most kolejowy został wysadzony i dalsza droga jest możliwa jedynie pieszo.

Teraz będę nieobiektywna i będę przemawiać słowami Feliksa, Niemca i zarazem Żyda, czyli ojca, który to co miało dalej miejsce, opisał dla Niemieckiego Korpusu Skautów miesiąc po wydarzeniu.

Relacja Feliksa Haase

Będę też przemawiać swoimi słowami, czyli matki, która nigdy nie chciałaby stracić dziecka na żadnej wojnie, w żadnych powstaniu, czy innej rebelii. Jeśli więc prawdziwych (czyt. właściwego sortu) Polaków mój pogląd na śmierć Rudolfa zniesmaczy, to mogą nacisnąć taki krzyżyk po prawej stronie ekranu i szlus.

Wracam do Markowic i do 14 maja 1921 r. Wszyscy wychodzą z pociągu. Fritz pomaga jakiejś pani przenosić bagaże do ciężarówki, a Rudolf nagle zostaje aresztowany przez komendanta dworca za „terroryzowanie Polaków”. Fritz stara się wstawić za bratem, ale jest odpędzony uderzeniami kolby karabinu. Wraz z Rudim powstańcy aresztują szefa rybnickiej Partii Socjaldemokratycznej Wasnera oraz kupca o nazwisku Nimietz. Dlaczego zatrzymano właśnie Rudolfa? Napyskował? Stanął w czyjejś obronie? Powiedział o jedno słowo za dużo? Toż to był tylko piętnastolatek. Nie sądzę, by miał przy sobie broń. Wątpię, by chciał kogoś zabić. Jestem pewna, że rodzice prosili go o ostrożność i niewdawanie się w polemiki czy spory z powstańcami. Został aresztowany, bo go rozpoznano. Bo komendant z Markowic poprzedniego roku, w trakcie II powstania, wtargnął do willi Haasych i znał Rudolfa. Wiedział, że to Niemcy, że są bogaci. Na pewno wiedział, że to Żydzi. Choć akurat nie uważam, by ten ostatni fakt przyczynił się do aresztowania nastolatka.

Mapa

Rudi wraz pozostałymi aresztowanymi został popędzony w stronę Kornowaca. 2 km od wsi, gdzieś pod lasem, został zastrzelony. Był jeńcem, można by rzec jeńcem wojennym, a został zastrzelony. 24 godziny po aresztowaniu, wieczorem w niedzielę Zielonych Świąt. Tak na zimno. Bez emocji, w żadnym tam afekcie. Zabito również Niemietza. Za zmarłego początkowo był uważany i trzeci jeniec – Wasner, którego szukający syna Felix Haase, odnalazł przypadkowo w szpitalu w Rydułtowach. To właśnie ciężko ranny Wasner zdał mu krótką relację z tego co się stało. Ojciec szukał syna wraz dr. Białym, komisarzem powiatowym Polskiego Komisariatu Plebiscytowego w Rybniku oraz francuskim kapitanem Lalannem. Takie to były pogmatwane czasy. Polak z Niemcem pod eskortą Francuza. Gdyby nie przedśmiertna relacja Wasnera, rodzina Haasych nigdy by się nie dowiedziała co się stało. A tak choć jedynym pocieszeniem mogły być dla nich jego słowa, że Rudolf się nie bał i umarł jak bohater. Według orzeczenia lekarskiego Rudolf nie był torturowany. Mimo, że początkowo odmawiano wydania zwłok Rudolfa, to ostatecznie zostały sprowadzone pod eskortą wojskową do Rybnika. Mogę się domyślać, że musiało to sporo kosztować rodziców.

Poradzono im, by pogrzeb był skromny i bez zbędnych uroczystości. Rybnik w owym czasie był już w rękach powstańców. Jak napisał Felix: „Trumna była pokryta wieńcami i palmami”. W tym roku, przy okazji poszukiwań informacji o rybnickich rabinach, znalazłam skromną notkę rabina Nellhausa (jego notatnik znajduje się w Instytucie Leo Baecka), z której wynika, iż Rudolf został pochowany na naszym cmentarzu 19 maja 1921 r. W uroczystości brali udział, oprócz rodziny i przyjaciół, nauczyciele (oczywiście za wyjątkiem polskich), starosta oraz zdymisjonowany burmistrz niemiecki.

Notka rabina Nellhausa

Felix zaraz w czerwcu 1921 r. zastrzegł, iż jeśli Rybnik przypadnie Polsce, to ciało Rudolfa zostanie przewiezione do Niemiec, co się wnet stało. Wyobrażacie sobie tą traumę, którą przechodziła rodzina? Co musiała przejść mama Rudolfa – śliczna Sonia. Co czuł tata, gdy wbrew religii zadecydował, by ekshumować zwłoki syna? Gdy musieli naruszać jego spokój?

Rudolf został powtórnie pochowany na żydowskim cmentarzu Weißensee w Berlinie w lipcu 1921 r. Tym razem w alejce dla zasłużonych. Sonia na drzewie genealogicznym zrobiła odręczny dopisek, który do dziś świadczy o okrucieństwie trzech bandziorów, którzy zabili dziecko w trakcie III powstania śląskiego. Po ponad 150 latach członkowie rodziny Haasych przestali być rybniczanami i opuścili Rybnik na zawsze.

Rudolf na drzewie gen

Śmierć Rudolfa odbiła się echem w wychodzącej wówczas prasie. Zarówno lokalnej jak i niemieckiej. Pamięć o swoim synu kultywował Felix. Po jakimś czasie młody Haase został zapomniany, ale powrócono do jego śmierci pod Rybnikiem ponownie pod koniec lat 20., kiedy to zaczął narastać kryzys w Republice Weimarskiej i zapotrzebowanie na bohaterów było coraz większe. W 1927 r. lekko antysemicki Central-Verein zamierzał opublikować historię Rudolfa, ale to już zbytnio nie interesowało Feliksa. Niektórzy porównywali młodego Haasego do Alberta Leo Schlagetera – niemieckiego bojówkarza, skazanego na śmierć przez Francuzów. Nota bene wykreowanego później przez propagandę nazistowską na bohatera narodowego.

I tu dochodzę do kolejnego tragicznego momentu w historii Rudolfa. Pośmiertnej historii. Otóż po dojściu Hitlera do władzy, Neue Schlesische Anzeiger opublikował artykuł, który nie wspominał ani słowa o jego żydowskim pochodzeniu, ale za to pisał, iż „poszedł on na śmierć za Wielką Rzeszę Niemiecką (…), która tylko dzięki Adolfowi Hitlerowi stała się rzeczywistą.” O ironio! Gdybyż Rudi wiedział co Niemcy, za które zginął zrobią potem z narodem żydowskim… Ten sam artykuł ukazał się jeszcze raz w prasie niemieckiej w 1936 r., oczywiście również bez jakiejkolwiek wzmianki, iż opisywany bohater był Żydem.

Za to prawdziwi Polacy w 1937 r. stwierdzali jednoznacznie, że zapamiętają, iż w czasie plebiscytu na Górnym Śląsku Żydzi opowiadali się po stronie niemieckiej, wymieniając i mojego Rudolfa. A tak Bogiem a prawdą, to po czyjej stronie mieli się wówczas opowiadać, skoro byli Niemcami? Toż Rybnik był przez stulecia niemieckim miastem i żadne retuszowanie historii tego nie zmieni.

Glos Mazowiecki 1937 Maz.BC

Grób Rudolfa przetrwał wojnę i jego nagrobek do dziś stoi w alejce zasłużonych. Gdyby ojciec Felix nie podjął decyzji o ekshumacji, jego szczątki zostałyby rozwleczone przez złych ludzi, o których tu już wiele razy wspominałam. A tak leży w miarę blisko swego dziadka Juliusza Haasego, gdyż na tym samym cmentarzu.

Grob Rudolfa Haase

Felix wrócił jeszcze w 1921 r. na Śląsk, by sprzedać swoją fabrykę braciom Żurkom, którzy zaczęli inwestować w prawie polskim już Rybniku. Kupili też willę Haasych. Wszelkie inne należności, których Felix nie zdążył odebrać, jak choćby pożyczki, poprzepadały.

Haase KW

Haase wykluczenie hipoteki Gazeta Urzedowa 1931

Felix, Sonia, syn Ernst i córka Lotte zamieszkali w Berlinie. Dobry Bóg sprawił, że udało im się uniknąć losu wielu niemieckich Żydów i osiedlić się w Chile pod koniec lat 30. Tam też zmarł Felix Haase – ostatni właściciel rybnickiej garbarni, jeden z bogatszych i bardziej zasłużonych dla naszego miasta obywateli.

Haase po wojnie

Historia tragicznej śmierci Rudolfa została przeze mnie opisana w książce „Żydzi na Górnym Śląsku w XIX i XX wieku”. Recenzentowi – historykowi nie podobało się moje emocjonalne podejście i ocena tego, co miało miejsce w lesie pod Kornowacem. Cóż, tu już recenzenta nie ma, więc mogę napisać, że rozumiem, iż Rudi się angażował po stronie niemieckiej, że go nie potępiam, że współczuję rodzicom i że zawsze będę go bronić.

Na koniec muszę jeszcze dodać, iż jego losy zaintrygowały nawet angielskiego (amerykańskiego?) badacza Philippa Nielsena, który w książce „Das war mal unsere Heimat” wydanej w 2013 r. opublikował artykuł „Der Schlageter Oberschlesiens – jüdische Deutsche und die Verteidigung ihrer Heimat im Osten”. Pomógł mi on w zrozumieniu kilku faktów z pośmiertnej historii Rudolfa.

Myślę, że kończę na razie wspomnienia o rodzinie Haasych. Może kiedyś opiszę jeszcze odnogi drzewa genealogicznego tej familii. Zawsze znajdzie się bowiem jakieś post scriptum.

Jest dla mnie niezwykłym zaszczytem to, że mam od czasu do czasu kontakt z wnuczkami Felixa, a zarazem córkami Ernsta, czyli brata Rudolfa. I z niecierpliwością czekam na otwarcie muzeum Żydów Górnośląskich, gdzie historia tej rodziny zostanie przedstawiona, gdyż jest niezwykła i, dzięki uprzejmości potomków, wyśmienicie udokumentowana.

***

Linki dla tych, którzy chcą od początku przeczytać opowieść o rybnickiej rodzinie Haase:

➡ Haase epopeja (cz.1)
➡ Haase epopeja – przodek Efraim (cz.2)
➡ Haase epopeja – pośmiertna kariera Charlotty (cz.3)
➡ Haase epopeja – Ferdynand (cz.4)
➡ Haase epopeja – Juliusz społecznik (cz.5)
➡ Haase epopeja – Felix i jego rodzina (cz.6)

(zdjęcia pochodzą ze zbiorów rodziny Haase, z książki „Das war mal unsere Heimat”, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej, Instytutu Leo Baecka)

Szwedzi w Warszawie

Anna Dobrzyńska

szwedziwwarszawie

Budowa kolumny Zygmunta III Wazy

Co działo się w Warszawie po ustawieniu na Placu Zamkowym słynnej kolumny króla Zygmunta? Cztery lata później tron objął jego syn – Jan II Kazimierz, też król Szwecji. Urodził się na Wawelu, lecz w chwilę później ród królewski przeniósł się do Warszawy, a więc wychowywał się i dorastał na Zamku Królewskim. Już jako dorosły z pewnością obserwował z okien zamku postępującą budowę kolumny, na której szczycie usytuowany został pomnik jego taty. W Szwecji nigdy nie był, ale więzy rodzinne – jego dziadek był królem Szwecji – nadały mu w ten zaszczytny tytuł. A skoro był tytularnym królem Szwecji, to jego krewny, król Szwecji – Karol X Gustaw poczuł , że jego władza jest zagrożona, i postanowił podbić Królestwo Polskie.

…W bogatym tle historycznym mamy jeszcze najazd Moskwy na Polskę i całą resztę aspektów II wojny północnej ale – skupmy się na Warszawie i jej mieszkańcach.

szwedziwwarszawie (1)

Kadr z filmu „Potop” w reżyserii Jerzego Hoffmana

W lipcu 1655 roku rozpoczął się najazd kilkutysięcznej armii szwedzkiej. Warszawa nigdy wcześniej nie doświadczyła żadnej okupacji, była więc kompletnie nie przygotowana, ani militarnie ani mentalnie. Szwedzi po prostu – weszli – przez bramę miasta i zajęli zamek. Po drodze napotkali jedynie symboliczną obstawę zamku w ilości około 200 żołnierzy. Wobec takiej przewagi i faktu dokonanego władze poddały miasto i oficjalnie 8 września wręczyły królowi Karolowi Gustawowi klucze do miasta.

I wtedy Warszawa poznała po raz pierwszy smak okupacji, smak, który w swej historii wiele razy jeszcze będzie musiała poczuć.

Szwedzi od razu nałożyli na miasto ogromną kontrybucję, którą musieli płacić mieszkańcy Starego i Nowego Miasta, a także ci, którzy mieszkali na przedmieściach. Im kto bogatszy – tym więcej płacił. Łączna kwota, która miała zasilić szwedzki skarbiec to – 240 tysięcy zł. Była to kwota ośmiokrotnie przewyższająca roczny budżet miasta. A co miał zrobić ten, który pieniędzy nie posiadał? W tej sytuacji pomagało miasto i dawało pożyczkę z kasy miejskiej a mieszkaniec zobowiązywał się do oddania pieniędzy po zakończeniu wojny. To okazało się nierealne i magistrat do końca XVII wieku pożyczki anulował, narażając się na ogromne zubożenie a raczej – wyniszczenie.

Dodatkowych problemów dostarczał warszawiakom nakaz kwaterunku. Mieszkańcy musieli „gościć” żołnierzy w swych własnych domach, zapewniając im wikt i opierunek. Ci, w zamian, awanturowali się, rozrabiali, rabowali i gwałcili. Miasto próbowało zjednać sobie wyższych rangą oficerów, by trzymali swoich podwładnych w ryzach – kupując im drogie podarki, ale nie dawało to żadnego skutku, tylko narażało na kolejne straty finansowe.

szwedziwwarszawie (2)Trudne relacje polsko-szwedzkie na ulicach Warszawy

Ponadto rozpoczęły się grabieże na masową skalę. Szwecja nie była krajem tak rozwiniętym jak dziś, rabowano więc wszystko. Ogołocono z dzieł sztuki Zamek Królewski i inne rezydencje oraz kościoły. Wyrywano z murów marmurowe kominki, kolumny, schody, posadzki, drzwi a nawet ramy okienne wraz z szybami. Wywieziono niezwykle cenne zbiory bibliotek Zamku Królewskiego i Ujazdowskiego oraz akta z archiwum Metryki Koronnej. Stąd w Szwecji tyle poloników. Wszystko to pakowano na barki, szkuty i spławiano do Gdańska i dalej do Szwecji.

W takiej sytuacji nie trudno sobie wyobrazić, że spowodowało to odwet ze strony polskiej i konieczność zakończenia tej przedłużającej się skądinąd – „rodzinnej wizyty”.

O!

Ewa Maria Slaska

Wygnanie z królestwa Lakonii

Wpis noworoczny dla wszystkich, specjalnie jednak dla Agnieszki, Doroty, Kingi, Tomka, Adama i wszystkich innych, którzy nie lubią moich małosłownych odpowiedzi na maile, choć nie zawsze dali temu wyraz. Musi być ich jednak mnoga rzesza, bo ostatnio bez przerwy ktoś zgryźliwie komentuje, że “się rozpisałam”… Podczas gdy ja odpowiadając w biegu na ich maile pisałam do nich O! albo Super! Albo Dziękuję, OK…

Ale te krótkie odpowiedzi, tak pomocne w biegu przez płotki i obowiązki, są jednak czymś więcej, są nawet dwoma “czymsiami”. Po pierwsze nie lubię pisania do znajomych, bo wolę, lubię i cenię przede wszystkim rozmowę z drugim człowiekiem. Dlatego też często jest tak, że jak ktoś wylał w mailu rwącą rzekę swych aktualnych problemów życiowych, moja jedyna odpowiedź będzie brzmiała, w czwartek na śniadanie? albo zadzwoń w niedzielę albo przyjedź do Berlina to pogadamy…

Jestem człowiekiem potwornie zajętym, ale zawsze znajdę dla Was czas, jak przyjdziecie czy przyjedziecie ze mną porozmawiać, a jak będziecie chorzy albo niedołężni, to ja przyjdę do Was porozmawiać. A nawet przyjadę. I na pewno możecie do mnie zatelefonować choćby w środku nocy, jeżeli musicie pogadać…

Ale proszę proszę proszę dajcie mi święty spokój z długim odpisywaniem na maile i czaty. Jeśli OK starcza za odpowiedź, to proszę niech Wam to moje OK starczy. Bardzo Was lubię i znajdę dla Was czas nawet w biegu i nawet w żmucie tysiąca obowiązków, który mnie oplątał. Znajdę czas, ale nie chce mi się szukać ręki, która napisze maile, ubierające OK w długie zdania.

To pierwszy powód. Ale jest jeszcze tak, że ja lubię lakoniczność.

Nauczyła mnie jej Mama. Dla tych, którzy ją znali brzmi to może dziwnie, bo zachowała się w pamięci wszystkich jako ktoś, kto dużo mówi, ale zapewniam, że jedno drugiemu nie przeczy. Bo lakoniczność to nie brak słów w ogóle, lecz usuwanie słów niepotrzebnych. Opór przed nadmiarem.

Była graficzką i to ten kunszt ją uczył oszczędności wyrazu.

Irena Kuran-Bogucka, Ameryka Południowa, drzeworyt 1958 / Dedal i Ikar, drzeworyt 1963 / Poniżej – Kobiety nad morzem, drzeworyt 1962

kobiety-nad-morzem1

Z roku na rok jej grafiki stawały się coraz oszczędniejsze, coraz mniej linii było jej potrzeba do opisania sytuacji. Madonna Nomadów to już tylko kilka kresek, więcej pojawia się w tle niż ich Mama użyła do zarysowania kobiety i dziecka.

MadonnaNomadow-uBabacia

A metopy barbarzyńskie już w ogóle obywają się bez kreski.

kuran-metopy4

To oczywiście znany proces. Tak z realistycznego wizerunku rodziła się abstrakcja, bez której sztuka nowoczesna nigdy by się nie pojawiła jako nowa epoka i przełom w historii.

Nasza Lidia Głuchowska, niestrudzona badaczka awangardy w sztuce, pokazuje w jednej ze swych książek, jak Stanisław Kubicki, wychodząc od realizmu dochodzi do tego, co krytycy w latach dwudziestych, wciąż jeszcze nieobeznani z tym, co nowe, złośliwie nazywali trzy kuby Kubickiego.


Stanisław Kubicki, Trzy autoportrety, 1918 -1920

To samo oczywiście w nowoczesnym świecie odbywało się ze słowami. Już w barokowym wielosłowiu pojawiają się powściągliwe statementy. Haiku tylko uporządkowało ten trend.

Jan Andrzej Morsztyn, Niestatek

Oczy są ogień, czoło jest zwierciadłem,
Włos złotem, perłą ząb, płeć mlekiem zsiadłem,
Usta koralem, purpurą jagody,
Póki mi, panno, dotrzymujesz zgody.

Jak się zwadzimy — jagody są trądem,
Usta czeluścią, płeć blejwasem bladem,
Ząb szkapią kością, włosy pajęczyną,
Czoło maglownią, a oczy perzyną.

To w końcu XVII wiek w Polsce. A co dopiero Matsuo Basho, wiek ten sam, ale w Japonii.

Chimaki musubu katate ni hasamu hitaigami

Owijając ryżowe knedle liśćmi bambusa
Jedną ręką dotyka
Włosów nad czołem.

Tłumaczyła Teresa Kowalska.

Przez następne stulecia posuniemy się przecież w oszczędności znacznie dalej. Już dawno pojawia się taka “skrócona” angielska koperta zwana SASE (Self Addressed Stamped Envelope), wzór wszystkich maili, smsów, twittera, dla mfG, lol & fytk.

Zgodnie z tym obowiązującym trendem, ja –  mentalnie z całą pewnością członkini Tajnego Stowarzyszenia Jawnych Przeciwników Barokizowania Budowli Gotyckich – próbując sprostać obowiązkom grzeczności korespondencyjnej – słynne zapomniane thank you letters – przeciwstawiając się jednocześnie obezwładniającej polskiej normie nie odpowiadania na maile, w poczuciu zatem, że… no więc częstokroć, żeby dać… ach tam… I wtedy pojawia się to moje

O! lub Super!

I uwierzcie mi, ja naprawdę tak myślę. Myślę, że O! i myślę, że super!

O, jak super, że mnie zrozumieliście i już nie będziecie się na mnie złościć…

Nowy Rok, życzę Wam wszystkiego!

Petardy na Sylwestra

Julita Bielak

Średni odświętny film

Osoby:

ELEANOR C.
ZAJAC
SZEF
CZARNA LUNA
DZIADEK
CIOTECZKA
BABCIA
MŁODY
STARSZY
MIESZANINY OBYCZAJOWE

HCartierBresson

„Sceneria przedstawia domostwo – na pół pałac, na pół dwór – wzniesione prawdopodobnie w XVIII wieku dla byłej kochanki jakiegoś arystokraty. Nie wiem zresztą dokładnie. W każdym razie dom jest ani zbyt mały, ani zbyt duży. Jest tam także stary, nieco zaniedbany park /…/”.
Mógłby być taki, jak w „Szeptach i krzykach” Ingmara Bergmana. Ale to zupełnie inny dom, zwyczajny, w mokrym od deszczu ogrodzie. Pokój na parterze wypełnia gwar, ktoś wchodzi, wychodzi, łagodny blask kominka oświetla oszczędnie przystrojoną choinkę. Z kanapy dobiega donośny głos Babci.

JChełmońskZimaBABCIA: Kot i pies, najlepsi zwierzęcy przyjaciele człowieka. Nikt cię tak wylewnie nie przywita, jak pies, ma swój rozum. Kot zbyt ceni niewygasłą w nim iskrę swobody, niezależności. Nie będzie się hołdowniczo czołgał u stóp.
ZAJĄC: Mają wrażliwość podobną do naszej, tę pochodzącą od całej powierzchni skóry. Owcy nie udomowisz, skoro wrażenia odbiera tylko przez wargi i stopy. W rezultacie otrzymuje bardzo mało dokładnych informacji z większej części powierzchni ciała. Kot lubi, aby go głaskać, ale do połaskotania świni potrzebny jest twardy, drapiący patyk. Dlatego zapewne psy i koty mogą się z nami bawić, a my z nimi bez, teoretycznie, wyrządzania sobie krzywdy.

Sylwester4Milknie na widok nagle pojawiającego się Szefa.

SZEF: (stanowczo) Kto ziemniaki, kto kaszę, kto ryż do kaczki? Macie minutę.
ELEANOR: Ja nie jem.
CIOTECZKA: Jaka kasza?
CZARNA LUNA: Bawmy się!
SZEF: (wychodzi) Czas minął.
ZAJĄC: Przechowujesz takie rzeczy? Stare zaproszenie na Noc Sylwestrową?

Sylwester1
CIOTECZKA: Przypadek. Miłe wspomnienie albo niespełnione marzenie o kuligu, powitaniu nowego roku hen, gdzieś daleko, w ciszy, w głuszy. Bo nie o polowaniu przecie. Nie o Sylwestrze w Paryżu, kiedyś, jak wieża Eiffla, szczycie marzeń. Od tragicznych wydarzeń miastem inaczej kojarzonym, żal.
MIESZANINY OBYCZAJOWE: Na Podolu lasów mało, toteż przeważały polowania na polach w kotłach. Zwykle na łagodnym zboczu. Spod małego grabowego lasku – ku niskim łąkowm na dole. Myśliwych ustawiano plecami do zagajnika, a frontem ku pochyłości. Od dołu, od potoku w łąkach, posuwała się powoli ku górze szerokim koliskiem nagonka. Na znak leśniczego zaczynała stukać patykami w blaszane puszki po konserwach i klaskać w ręce, gdy brakło puszek. Nachyleni do przodu, zaganiali przed sobą zwierzynę. Przeważnie zające. Rzadziej trafił się lis, prawie nigdy – dzik czy sarna.

Sylwester3
DZIADEK: (z kanapy) Piękna karta historii naszego kraju, z pogranicznego tygla narodowościowego. Tradycja, echo. A wiecie, że tylko z przyzwyczajenia mówimy o orle w godle? Ustawa precyzuje, co jest godłem Polski, a co nie. Mówi o wizerunku orła białego ze złotą koroną na głowie. Białych orłów nie ma, niebieskich również. Pierwowzorem naszego orła jest bielik i żaden z niego orzeł a myszołów.
SZEF: (sprawdza) Niemożliwe. A jadnak. Jastrzębiowaty, też dobrze.
BABCIA: Pytanie, czy bielik ma głowę. Łebek ma przecie.
CZARNA LUNA: Kto się ze mną bawi?
ZAJĄC: Karmicie ptaki? Jest dość ciepło, lekka zima.
BABCIA: Tak, orzechami i pszenicą. Przylatują, to nasze ptaki.

Wchodzi Młody, wszyscy siadają do stołu. Czarna Luna zostaje na dywanie pod choinką, sięga po książkę, udaje, że czyta.

MŁODY: Gdzieś była żurawina.
DZIADEK: (zadowolony) Wiesz, że naliczyłem siedemnaście rodzajów sikorek, każda inna.
BABCIA: Jakie siedemnaście? Jedenaście!
SZEF: (nie sprawdził).
CIOTECZKA: (cicho) W Polsce tylko siedem może być: bogatka, modraszka, czubatka, czarnogłówka, sza…
BABCIA: A wiecie, że pierwszego stycznia żaden ptak nie przylatuje, ani jeden. Gdzieś się chowają wystraszone hukiem sztucznych ogni.
ZAJĄC: O, psy też nie znoszą huku. Reagują lękiem albo histerycznym szczekiem.
CIOTECZKA: (cicho) Jesteś na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.
STARSZY: Bólem, po prostu bólem. Subtelność słuchu psa sprawia, że dźwięki o dużym natężeniu wywołują u niego ból w uszach. Psy rozróżniają dźwięki, zapamiętują powtarzalne, świetnie kojarzą. Dźwięki o różnej tonacji i ostrości są bodźcami przynoszącymi psu różne wiadomości z otaczającego go świata. Reaguje na nie w sposób dla siebie najkorzystniejszy. O ile potrafi nad tym zapanować. Zszokowany hałasem wybuchu sztucznych ogni, który burzą nie jest, nabiera stałego urazu. Lepiej znosi burzę, zna ją z wypraw za miasto, niż huk petardy. Z niczym jej nie utożsamia, nie potrafi ustalić kierunku wystrzałów, gubi się.
SZEF: Czczenie świąt, a zwłaszcza przełomu starego i nowego roku, hałasem znane jest od wieków. Ludzie uważają, że hukiem przepłoszą złe demony starego roku. Genezy bardzo wielu z obecnych zwyczajów sylwestrowo-noworocznych należy szukać w świecie starożytnego Rzymu. Warto też przewertować historię Chin. Wszystko jest smokiem…

drugidzienswiat
DZIADEK: Źródło tej wesołej hecy, w tym sylwestrowo-noworocznego hałasowania, jest więc całkowicie pogańskie.
BABCIA: Wszystko pomieszane, wszystko dla uczczenia, przypomnienia, odpędzenia złych mocy, i pogańskie, i nie: bicie dzwonów kościelnych, huk petard, bicie w bębny…
CIOTECZKA: (cicho) Wielu ludzi nie wie lub zapomina, że w czasach starożytnych tylko kobietom wolno było grać na rytualnych bębnach. Jeśli przyjrzymy się starożytnym malowidłom i wierzeniom, to w nich pełno boginek i kapłanek grających na tamburynach i bębnach.
SZEF: Nie tylko kobietom.

Cioteczka wychodzi na ganek, dłuższą chwilę stoi w ciemności. Ktoś unieruchamia jej stopę.

CZARNA LUNA: Chodź, tu jest moja buda. Pobawmy się, mam parę myszek i niezłą kolekcję kretów.

Wracają do domu.

Sylwester6

ELEANOR: Wystarczyłby odgłos otwieranego szampana, ochłodzonego, elegancko, najlepiej w srebrnym kubełku podanego, nalewanego do wytwornych kieliszków.
DZIADEK: Piwem nie można?
BABCIA: Nie! Piwem nie można.

Trójmiejska obwodnica, auto przedziera się przez gęstą mgłę, rozpryskuje kałuże.

BABCIA: Dobrze jest czasami spotkać się, pogadać. Życzyć sobie wszystkiego najlepszego.
DZIADEK: Kochajmy się. Od święta, i w zwykłe dni. Po prostu.

Reblogi czyli opowiadania o uchodźcach

polityka okladkaTak to jest… Nam Christmas… Im monotonia bytowania w schronisku. Chociaż różnie bywa. Syryjczycy z Oławy nagrali kolędę. Śpiewają po polsku i po arabsku…

Die Flüchtlinge aus Syrien in Ohlau (Niederschlesien) singen Weihnachtslieder in Polnisch und Arabisch

Gazeta Wyborcza

Sześć krakowskich rodzin przyjęło na święta syryjskich uchodźców

28 grudnia 2015

Łukasz Grzesiczak

Ośmioro syryjskich uchodźców z obozu w Be rlinie spędziło święta w Krakowie. Przyjęło ich sześć rodzin. To spontaniczna akcja, którą przy pomocy mediów społecznościowych zorganizowała krakowianka Hania Hakiel.

Hania Hakiel pochodzi z Krakowa, ale od pięciu lat mieszka w Berlinie. – W pewnym momencie zobaczyłam, że uchodźcy to moi sąsiedzi. W Polsce obserwowałam niechęć wobec idei przyjmowania uchodźców i mnóstwo negatywnych stereotypów na ich temat, dlatego poczułam coś w rodzaju poruszenia serca. Postanowiłam ich poznać, zobaczyć, co mogę i chcę dla nich zrobić. Zaczęłam chodzić do obozów dla uchodźców, rozmawiać z nimi, bawić się z dziećmi, rysować, zawiązałam pierwsze przyjaźnie – wspomina.

Dalej

***
Jak to miło!  Znam Hanię Hakiel niejako wirtualnie, przysłała do nas do schroniska wspaniałą grupę teatralną… w Nowym Roku mamy zamiar wspólnie działać dalej…

Polityka

Uchodźcy przyspieszą rozwój niemieckiej gospodarki

Niemcy zdecydowanie chętniej niż inne kraje Unii Europejskiej przyjmują uchodźców. Nie wynika to jednak z empatii dla pokrzywdzonych, ani nawet z poczucia winy za minione grzechy.

W 2013 roku Niemcy zdali sobie sprawę, że jest ich o dwa miliony mniej niż do tej pory myśleli – 80 milionów, o 2 mln mniej niż powszechnie sądzono. Prognozy są na dodatek kiepskie. Spodziewać się można, że do połowy obecnego stulecia ich liczba spadnie poniżej 69 milionów. Gdyby się to potwierdziło Niemcy utraciłyby tytuł największej gospodarki europejskiej na rzecz Wielkiej Brytanii. Trudno sobie wyobrazić bardziej namacalny dowód na kryzys demograficzny w ciągle największym kraju UE. Dlatego właśnie obecny europejski kryzys imigracyjny bywa w samych Niemczech postrzegany jako szansa dla trapionego niżem demograficznych kraju.

Niemcy są jednak zbyt poważną nacją aby podejmować jakąkolwiek decyzję bez uprzedniego dokonania rachunku zysków i strat, w tym i odpowiedzi na pytanie czy gospodarka niemiecka poradzi sobie z dużym napływem ludności obcej. Optymiści sugerują, że nie można było sobie wyobrazić lepszego niż obecnie okresu do stawienia czoła kryzysowi imigracyjnemu.

Przyczyny historyczne

Wielu Niemców otwartych jest na pomoc imigrantom z czysto humanitarnych powodów. Postawa rządu Niemiec jest już jednak bardziej złożona. Już pięćdziesiąt lat temu było jasne, że jedynie imigranci mogą zaradzić wielu kłopotom trapiącym ówczesną gospodarkę niemiecką. Wśród nich była m.in. nierównowaga płciowa w latach powojennych. Skoro wielu Niemców zginęło na froncie i brakowało rąk do pracy (zwłaszcza tej, która była poza zasięgiem kobiet), siłę roboczą należało importować.

Teza ta nie została nigdy formalnie postawiona, ale wiele przemawiają za nią wypowiedziane w 2008 r. słowa niedawno zmarłego byłego kanclerza Helmuta Schmidta w wywiadzie-rzeka udzielonemu Giovanniemu di Lorenzo: Kiedy gospodarka Niemiec Zachodnich nabierała na skutek wygenerowanego przez Ludwiga Erharda cudu gospodarczego rozpędu rodziło się pytanie co dalej. O ile Schmidt postulował podniesienie płac bądź co bądź wymęczonym wpierw wojną a potem odbudową kraju Niemcom, Erhard optował za podtrzymaniem za wszelką cenę niskich kosztów pracy w gospodarce. A do tego potrzebni byli mu imigranci, których napływ hamował przez długi czas roszczenia niemieckich pracowników.

Hamowanie presji płacowej w Niemczech musiało mieć pozytywny wpływ na konkurencyjność gospodarki tego kraju, co w średnim okresie czasu wykazało słuszność koncepcji Erharda. Co ważniejsze, koncepcja Erharda przyczyniła się może i do opóźnionego, ale za to trwalszego procesu bogacenia się Niemiec. Zwróćmy uwagę na to, że inne kraje Europy (zazdroszczące Niemcom silnej marki) nie miały innego wyboru jak zacząć naśladować politykę monetarną Niemiec.

Niższe koszty pracy doprowadziły do sporych nadwyżek handlowych, za sprawą których doszło do gwałtownej aprecjacji marki niemieckiej prowadzącej pośrednio do wzrostu dobrobytu w tym kraju. Jednak Schmidt – gdy już doszedł do władzy w 1974 r. – postanowił wyhamować przypływ imigrantów, których liczbę szacowano już wówczas na ok. 3,5 miliona osób. Schmidt obawiał się o zdolność do asymilacji w niemieckim społeczeństwie. Miał świadomość, że tzw. wyzwanie asymilacyjne przerasta zarówno imigrantów, jak i samych Niemców. Zielone światło dalszemu napływowi ludzi z zewnątrz dało dopiero nadejście ery Helmuta Kohla.

Rachunek ekonomiczny

W ciągu pierwszych 8 miesięcy 2015 roku niemiecką granicę przekroczyło 219171 Syryjczyków. Przybyło ich być może nawet więcej. Jeszcze we wrześniu niemiecki rząd mówił, że wiązać się to będzie z kosztem około 670 euro miesięcznie. Bardziej realistycznie kwestię widzi prof. Marcel Fratzscher, szef niemieckiego instytutu Deutsches Institut für Wirtschaftsforschung, prof. Marcel Fratzscher, który szacuje koszt niemieckiego budżetu z tytułu przyjęcia jednego imigranta na niespełna 12 tysięcy euro rocznie, czyli około 1 tysiąc euro miesięcznie.

Trzymając się tego bardziej realistycznego rachunku i zakładając, że w 2015 r. przybędzie do Niemiec łącznie 800 tysięcy uchodźców, sfinansowanie ich przyjęcia kosztować będzie Niemcy około 10 mld euro rocznie. Fratzscher wychodzi z założenia, że w 2016 r. do Niemiec napłynie dalsza podobna liczba uchodźców, co oznaczać będzie wzrost wydatków o kolejne 10 mld euro, co odpowiadać będzie 0,6 proc. PKB Niemiec.

Jest to duże obciążenie budżetu naszych zachodnich sąsiadów. Fratzscher zaleca jednak patrzenie na tę kwotę przez pryzmat programu nakręcającego koniunkturę w Niemczech. Jego zdaniem jeśli nawet połowa z omawianych tutaj 20 miliardów pójdzie na konsumpcję ze strony uchodźców, to gospodarka niemiecka i tak zyska w postaci wyższego wzrostu PKB. A dokładniej konsumpcja ze strony uchodźców może dołożyć ok 0,3 proc. do całego wzrostu przewidzianego na rok 2016.

Fratzscher nie ogranicza jednak swojej projekcji tylko do roku 2016 i wybiega naprzód aż do roku 2035. Zakłada, że w latach 2017-2020 będzie napływać do Niemiec 400 tysięcy uchodźców rocznie. Z różnych powodów (przede wszystkim chodzi o barierę językową), współczynnik aktywności zawodowej imigrantów będzie niski (na poziomie 20 proc.). Do 2027 r. powinien on jednak wzrosnąć już do 70 proc., a jego efektywność pracy będzie wynosić 67 proc. efektywności przeciętnego Niemca.

Przy takich założeniach w 2020 r. koszt utrzymania przybyłych w latach 2015-2020 do Niemiec 3,2 milionów nowych uchodźców sięgnie 1,2 proc. PKB. W 2020 r. wielu uchodźców powinno już jednak zacząć pracować na siebie. W jego ocenie wygenerują oni już wzrost gospodarki niemieckiej rzędu 0,54 proc. Za sprawą bardzo wysokich kosztów utrzymania tzw. wzrost netto wyniesie jednak nadal minus 0,66 proc. PKB. Sytuacja powinna znacząco poprawić się już w 2025 r. kiedy tzw. zmiana netto PKB będzie już dodatnia i wyniesie 0,8 proc. PKB. A 10 lat później (to jest w 2035 r.) zmiana netto podskoczy nawet do 1,12 proc. PKB.

Optymizm Fratschera bazuje na założeniu dotyczącym struktury wiekowej uchodźców. Z punktu widzenia budżetu Niemiec najlepszym przedziałem wiekowym jest przedział od 25 do 30 lat. Przybysze w tym wieku są już oni ukształtowani zawodowo i nawet w przypadku możliwej przeciągającej się ich integracji z rynkiem pracy będą oni w stanie zapracować na swoją emeryturę. Tak więc ich tzw. obciążenie netto dla budżetu będzie wręcz ujemne.

Na strukturę wieku zwraca uwagę  też prof. Clemens Fuest z Zentrums für Europäische Wirtschaftsforschung (ZEW), który dość sceptycznie podchodzi jednak do wyliczeń Fratschera. Zdaniem Fuesta byłoby wręcz idealnie gdyby wśród uchodźców dominowali inżynierowie z Bagdadu i lekarze z Kabulu. Jest to jednak oczywiście mrzonka. Fuest nie kwestionuje korzyści dla rynku pracy, zwraca jednak uwagę na stronę fiskalną całego przedsięwzięcia, a dokładniej na obciążenie dla niemieckiego podatnika. Wbrew pozorom nie musi to być dla wszystkich w Niemczech oczywiste. Niemcy już w 2012 r. płacili per capita 125 euro za każdego uchodźcę przebywającego w Niemczech. Suma ta może znacząco wzrosnąć w najbliższych latach.

Fuest bazuje swoją ocenę na wyliczeniach prof. Holgera Bonina z 2014 r i które odbiły się w Niemczech szerokim echem. Bonin w swoich badaniach oceniał obciążenia dla niemieckiego podatnika wynikające z tytułu przyjęcia jednego uchodźcy. Ich wysokość zależy od poziomu wykształcenia imigranta. Przy obecnej strukturze wykształcenia imigrantów każdy Niemiec dopłaca do jednego imigranta 125 euro.

Gdyby struktura wykształcenia imigrantów upodobniła się do struktury wykształcenia całej ludności niemieckiej (13 proc. Niemców ma wyższe wykształcenie, 62 proc. ma wykształcenie średnie lub zawodowe, a 16 proc. nie posiada wyuczonego zawodu) dotychczasowe obciążenie przekształciłoby się w korzyść w wysokości 347 euro per capita.

Z najnowszych danych niemieckich wynika, że wśród uchodźców jest nawet 11 proc. osób z wyższym wykształceniem. Czas dzielący od momentu przekroczenia granicy przez uchodźcę z wyższym wykształceniem do momentu jego wejścia na niemiecki rynek pracy może jednak trwać nawet do 15 lat. Nie chodzi tu tylko o opanowanie i tak już bardzo trudnego języka niemieckiego, ale i nostryfikację wszystkich niezbędnych dokumentów.

Czy Niemcy wytrzymają ten okres dostosowawczy? Budżet na 2016 rok, ze względu na spore nadwyżki w 2015 r. pozostanie zrównoważony. W 2017 r. może się już jednak okazać, że przyjęcie fali uchodźców zachwieje równowagą zrównoważonego dotychczas niemieckiego budżet, co wypadnie akurat w roku wyborczym.

Za przyjmowaniem uchodźców optują niemieckie kręgi biznesowe. Wynika to z prostej kalkulacji – w Niemczech będzie brakować rąk do pracy. Gdyby jednak przyjmowane szacunki nie potwierdziły się, koszty okazały się wyższe, a potencjalne zyski niższe, Niemcy mogą ponieść duże koszty polityczne tych kalkulacji. Kosztem tym byłoby wyłonienie się w Niemczech silnej partii o zabarwieniu mocno nacjonalistycznym.

***
Ewa Maria Slaska

Bardzo rozsądny głos w dyskusji, ale… Ale choć lubię wyważoną i rozsądną argumentację, ta nie podoba mi się wcale. Autor patrzy chłodnym okiem i racjonalizuje, dokonuje reinterpretacji ludzkiego gestu kanclerz Merkel i Niemców.  W jego oczach all that jazz to czysty merkantylizm i chłodna kalkulacja.

Nie umiemy czy nie chcemy docenić ludzkich uczuć?

Przecież w samych Niemczech wszyscy się dziwią, jak to się stało, że Angela zdobyła się na taką postawę i przy niej trwa. Wir schaffen es – damy radę stanie się jednym z symboli XXI wieku.

Ale moje obawy, że jest to racjonalizacja przesadzona, a zatem szkodliwa – idą jeszcze dalej, bo oto podświadomie (ufam, że podświadomie) myjemy ręce, a nawet je umywamy. NIE MUSIMY zajmować się uchodźcami, to nie nasza broszka, niech się nimi zajmują ci, którym to przyniesie zyski.

W rozmowach z moimi rodakami usłyszałam już wiele argumentów przeciw uchodźcom, a zwłaszcza przeciw temu, byśmy my jako Polacy musieli ich przyjąć i zapewnić im opiekę.  Wypływały one niekiedy z głębi serca, z przekonań, z systemu wartości, ze światopoglądu, z głupoty, z tchórzostwa. To co tu czytamy, wypływa z analizy ekonomicznej i wydaje mi się jeszcze bardziej niebezpieczne niż głupota.