Petersburski łącznik

Andrzej Rejman

Napisał do mnie pan Andrej Frołow, twórca i administrator jednej z rosyjskich stron, zajmujących się historią Petersburga, (w ramach portalu “W Kontakcie”). Andrej działa aktywnie na rzecz zachowania starych fragmentów nieistniejących już w całości budowli tego miasta rewolucji bolszewickiej.

Oczywiście – nie tylko rewolucji, także – miasta pięknych przedrewolucyjnych budowli, miasta uważanego przed I wojną niemal za miasto Zachodu, nazywanego Wenecją Północy, gdzie studiowało wielu Polaków, zwłaszcza z Kresów, dla których było to najbliższe miasto uniwersyteckie z fakultetami nauk technicznych i ścisłych.

Poszukując śladów przeszłości, Andrej odnalazł zdjęcia umieszczone już jakiś czas temu przeze mnie w internecie, a przedstawiające stare wille na terenie Instytutu Leśnego w Petersburgu. Zdjęcia te wykonał w latach 1909-1914 mój dziadek, Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki, który mieszkał tam podczas studiów ze swoimi rodzicami.

Nie wiedziałem, co dokładnie przedstawiają owe zdjęcia, ale Andrej nie tylko szczegółowo je opisał, ale podał aktualne linki do tych miejsc, i obecnego ich wyglądu.

Oto ten list (korespondowaliśmy po angielsku) – zdjęcia z 1909-1912 roku autorstwa Stanisława Doktorowicz-Hrebnickiego.

petresburg1aNowossilzewskaja 5

petresburg1b

We (I mean the members of our social network community) are not quite sure, but we think it could be here.

The number “5” can be seen at the gate, and shadows allow us to suppose, that the house is on the northern side of the street. And the only one street with uneven numbers on the norterhn side was Nowossilzewskaja (Noworossijskaja after 1952). If we are right, we have the only one known picture of the house, where young russian poet Sergey Gorodetsky lived.

Alexander Blok, another poet, far more famous than Gorodetsky, was visiting this house many times after 1906. Perhaps at a photo with higher resolution it will be possible to read the street name. And another point: as we know, a beautiful villa was located on Nowossilzewskaja under number 4 – so very close to the house 5. Perhaps your fathers took a photograph of the neighbouring house too? It should look like a medieval castle or something like that.

Niestety mój dziadek nie zrobił żadnych innych zdjęć okolicznych willi, co byłoby przydatne dla grupy entuzjastów budowli historycznych Petersburga, a może zdjęcia takie po prostu nie zachowały się? W końcu musiały przetrwać rewolucję i dwie wojny światowe! (przyp. mój AR)

petresburg2a

Nowossilzewskaja 13

petresburg2b

The fence from the picture remains till now. Look here.

petresburg3a

Crossing Anglijskij Institutskij

petresburg3b

Here we can see two streets crossing: Anglijskij prospect (Parkhomenko prospekt after 1952) and Institutskij prospect. Far off there is a church: Peter and Paul church on the Round Pond, demolished 1935. See

petresburg4a

2ndMurinskij

petresburg4b

It is very close to the Ploshad Muzhestva (Square of Courage), that was non-existent in the times the picture was taken. All the houses were demolished and replaced through soviet skyscrapers. But the trams are still here. See

petresburg5a

Railway bridges Sampsoniewskij

petresburg5b

The changes were small here, the both bridges are used today, even for the high-speed railway traffic to Finnland. We know the time when the bridges were built: 1909 or 1910 (see).

petresburg6a

Villa Rode

petresburg6b

It was the entrance to the very famous restaurant “Villa Rode”, Rasputin and others were visiting this place not seldom. It is not Lesnoje, but not very far away. Look

petresburg7a

Malaja Spasskaja

petresburg7b

We can’t find out the exact position of this tavern. The most likely
version is Malaja Spasskaja street (Ulitsa Karbysheva today). See

petresburg8a

petresburg8b

See

Best regards,

Andrej Frolov

***

Thank you, again Andrej, for your very interesting input!

AR

Dziękuję jeszcze raz Andrejovi Frolovovi za ciekawe uzupełnienie wiedzy na temat posiadanych zdjęć. (AR)

Święty Walenty, święty Walenty…

Ewa Maria Slaska

…serce zgubiłam pod miedzą…

Dziś niedziela, dzień świętego Walentego, lekarza i biskupa, opiekuna żołnierzy rzymskich, skazanego na śmierć za wiarę w Jezusa. Jak Ligia i Winicjusz, jak Ursus, jak pochodnie Nerona…  Dzięki Sienkiewiczowi wiemy całkiem sporo o prześladowaniu chrześcijan w starożytnym Rzymie, o Neronie, który spalił miasto, by móc opiewać katastrofę… Sienkiewicz ukształtował naszą zbiorową wyobraźnię, dał nam poczucie wielkości wiary chrześcijańskiej jako naszego wspólnego dobra, jako niezbywalnego elementu polskości. Brały w tym procesie udział i inne polskie dzieła, w tym może przede wszystkim wielka kurtyna Siemiradzkiego…

Malarz stworzył ją w roku 1876, a Wikipedia twierdzi, że inspiracją była mu powieść Kraszewskiego Rzym za Nerona. Scena przedstawia ogród Złotego Domu, siedziby Nerona. Cesarz właśnie wchodzi, za chwilę rozpocznie się widowisko…

Podobno malarz chciał sprzedać kurtynę carowi Aleksandrowi za 50 tysięcy rubli, nadmienił zresztą, że gotów jest przyjąć zapłatę w ratach, ale mimo to władca jakoś nie kwapił się do zakupu. W roku 1879 artysta przekazał więc obraz powstającemu właśnie Muzeum w Sukiennicach. Kurtyna była pierwszym obiektem w nowym muzeum.

Walenty miał szczęście i nie zginął aż tak “malowniczo”, po prostu go ścięto, ale za to otoczyła go legenda zgoła romantyczna. A było tak… W III wieku naszej ery cesarz Klaudiusz II Gocki zabronił młodym mężczyznom zawierania małżeństw, uważał bowiem, że posiadanie rodziny osłabia zapał bojowy legionistów. Biskup Walenty z Terni udzielał im jednak ślubów, oczywiście chrześcijańskich. Podobno były to bardzo szczęśliwe małżeństwa. Biskupa pojmano i wtrącono do więzienia, gdzie zakochał się w niewidomej córce nadzorcy. Dziewczyna miała dzięki miłości odzyskać wzrok. Sława tego cudu rozeszła się szerokim echem wśród wiernych, a cesarz skazał biskupa na śmierć. Egzekucję wykonano 14 lutego 269 roku. Walentego pochowano w Terni, a jego grób już w IV wieku otoczony był kultem. Papież Juliusz I wybudował nad grobem bazylikę. Walentego uważa się za opiekuna epileptyków i patrona zakochanych.

W dzisiejszych czasach wszyscy jesteśmy, niekiedy fanatycznie wręcz, przekonani, że rozpowszechnienie kultu świętego Walentego jako patrona zakochanych to komercyjne interesy kwiaciarzy, a zwyczaj narzucili nam ohydni kapitaliści amerykańscy.

Ciekawe, jak niektóre przekonania przenoszą się bez najmniejszej zmiany z jednego systemu do drugiego. Ohydny kapitalizm amerykański to retoryka innej epoki, nigdy przez nas tak naprawdę nie akceptowana, nie wiadomo więc dlaczego ożyła tak wspaniale przy okazji Halloween i obchodów świętego Walentego, skoro te upowszechniły się w Polsce dopiero po zmianach ustrojowych.

Od wielu lat bezskutecznie usiłuję “odczarować” dzień ku czci Walentego jako święto z tradycjami i ważny element naszej kultury…

Bo na przykład Ofelia śpiewa taką oto piosneczkę (Hamlet, akt IV, scena 5):

To-morrow is Saint Valentine’s day,
All in the morning betime,
And I a maid at your window
To be your Valentine.

***
Walenty jako patron dwornych figlów pojawia się u Samuela Pepysa czyli w Londynie XVII wieku. Pepys był jako żywo wzorem urzędnika, może nawet pierwszym zawodowym urzędnikiem słynnej angielskiej Royal Navy, na pewno był rozpustnikiem, nie przepuszczającym żadnej spódniczce, zwłaszcza tej z niższego stanu, i nie gardził łapówkami (zresztą kto wtedy gardził łapówkami?), ale nic mi nie wiadomo, jakoby miał być amerykańskim kapitalistą…

O zwyczaju obchodzenia dnia św. Walentego, kiedy to mężczyźni i kobiety wybierali sobie na ten dzień kawalera lub damę, Pepys pisze kilkakrotnie, po raz pierwszy w roku 1660. Angielski wydawca Dzienników dodaje, że był to w owym czasie zwyczaj powszechny, ale że to właśnie u Pepysa znaleźć można najlepszy opis tych zabaw. Kilkakrotnie Pepys zapisze w Dzienniku, że, jak to jest w zwyczaju, już w przeddzień w zaprzyjaźnionym towarzystwie wybierano sobie “walentynów” i “walentynki”. Czasem miało się kilka “dam” albo kilku “kawalerów”, których odwiedzało się rano, przynosząc prezenty lub pieniądze. Czyli tak, jak śpiewała Ofelia: All in the morning betime.

14 lutego 1661 roku pan Pepys zostaje “kawalerem” pani Małgorzaty, a jej mąż, sir Batten, zostanie “walentynkiem” pani Pepysowej. Wieczorem wesołe towarzystwo będzie biesiadowało na jachcie pana Browna, który jest szwagrem pana Battena. Przy tej okazji Samuel zapisze, że jego żona tego dnia po raz pierwszy weszła na pokład statku.

Dworna asysta nie ograniczała się zresztą tylko do 14 lutego, bo jeszcze do końca miesiąca kawalerowie i damy świadczyli sobie grzeczności i dawali podarunki. W tym roku dopiero w kilka dni później Pepys zabierze swoją “walentynkę” do miasta i kupi jej tuzin par rękawiczek, sześć par haftowanych i sześć gładkich. Na co 22 lutego pan Batten przyśle Elżbiecie Pepysowej sześć par rękawiczek, jedwabne pończochy i podwiązki. Pepys zauważa z zadowoleniem, że w niedzielę w kościele Małgorzata miała rękawiczki, które jej podarował.

W roku 1662 Samuel nie chce być znowu “walentynkiem” Małgorzaty, a to dlatego, że stosunki pomiędzy oboma panami bardzo się popsuły.

W 1663 roku Pepys nie jest zadowolony z wyboru “walentynki” i, jak się zdaje, tego dnia nie bierze udziału w żadnej zabawie, a w każdym razie nic o tym wspomina. Pisze natomiast, że zjedli z żoną na kolację parę kaczek. W rok później poszli na kolację do wujka i rozmawiali z ciotką o zaletach kociołka miedzianego do gotowania mięsa, ale i w tym roku nie obchodzili chyba dnia świętego Walentego.

W roku 1665 oboje, i Pepys, i jego żona, znowu świętują ten dzień. Kawalerem pani Pepys zostaje młody chłopak, Dicke Pen, którego i Pepys miałby ochotę pocałować, a damą Samuela jest żona niejakiego pana Bagwella. Pepys ma jednak dużo pracy i nie traci czasu na zabawy. Zresztą poprzysiągł, że nie będzie marnotrawił czasu, sił i pieniędzy na hulanki. W rok później w dniu świętego Walentego Pepys odwiedza malarza (paynter), pana Halesa, i postanawia zamówić u niego portrety swój i żony. Jak się też i stało – obraz znajduje się obecnie w Galerii Portretu w Londynie.

Wieczorem tego dnia Samuel i jego żona idą na tańce, ale nie wiadomo, czy ot tak sobie, czy z okazji wesołego dnia. W następnym roku “mały” Will Mercer i sam Samuel są “walentynami” pani Pepys. Mercer podarował jej własnoręcznie wykonany obrazek – bardzo udatny – jej imię złotymi literami namalowane na błękitnym papierze. Mąż zaś kupił małżonce jakiś prezent, nie wiadomo jaki, który, jak zapisał, kosztował go “5 L”. Liwrów? Wieczorem towarzystwo bierze udział w “posiedzeniu” u payntera, malującego portret pani Pepysowej. Pepys zabawia się trochę z panią Pierce i z góry wie, że będzie go to niestety kosztowało. Bo, dodajmy na marginesie, Pepys jest wspaniałą mieszaniną skąpca i rozrzutnika, przy czym z reguły skąpi na żonę, a “rozrzuca” dla siebie.

Z kolei w rok później “Mercerka” jest walentynką Pepysa, który daje jej w prezencie złotą gwineę, natomiast jego kuzyn (cozen) zostaje “walentynem” pani Pepysowej. Jednak i Samuel musi się z tej okazji wykosztować na pierścionek dla żony z “tureckim kamieniem”, za który przyjdzie mu zapłacić ze 4 lub 5 “L”. Ponadto ma jeszcze wieczorem schadzkę z Doll Lane, która też się uważa za jego “walentynkę”. I wreszcie kupuje kilka prezentów córeczce pani Pierce, która go wylosowała jako swojego “kawalera”.

W roku 1669, ostatnim, kiedy Pepys prowadził swój dziennik, dowiadujemy się, że był “walentynem” pani Turnerowej. Kupuje jej zielone pończochy jedwabne, podwiązki, błyszczące, żółte rękawiczki i jedwabne sznurowadła, co w sumie kosztowało go 28 szylingów.

***

I jeszcze jedno kulturowe odniesienie do świętego Walentego – słynny Piknik pod Wiszącą Skałą (Picnic at Hanging Rock), jeden ze stu najważniejszych filmów w historii kina światowego, australijski dramat filmowy z roku 1975 w reżyserii Petera Weira. Piknik to opowieść o kilkunastu uczennicach, które wraz z nauczycielkami udają się w dzień św. Walentego 1900 roku na piknik, a kilka z nich w tajemniczy sposób znika.

Wikipedia podaje kilka ciekawostek związanych z produkcją filmu:

  • Patricia Lovell, producent wykonawczy filmu, relacjonuje, że podczas kręcenia zegarki ekipy zachowywały się w dziwny sposób: spieszyły się bądź późniły oraz stawały o określonej godzinie. Zarówno w powieściowym pierwowzorze jak i w filmie, zegarki dziewcząt stanęły w samo południe, kiedy przebywały one na skale, co stanowiło punkt wyjścia dla tajemniczych i pełnych grozy wydarzeń, które miały potem nastąpić.

  • Wbrew powszechnemu przekonaniu film oraz książka, na której podstawie powstał, nie są oparte na faktach. Zawarte weń wydarzenia zostały wymyślone przez autorkę książki, Joan Lindsey. W pierwotnej wersji powieści Lindsey zawarła nawet rozdział wyjaśniający, co wydarzyło się z zaginionymi, ale usunęła go w wyniku sugestii wydawcy, by nadać książce większą atmosferę tajemnicy. Wycięty rozdział został wydany po śmierci autorki jako The Secret of Hanging Rock.

  • Akcja filmu rozgrywa się w sobotę 14 lutego 1900 r., w rzeczywistości w ten dzień wypadała środa.

Przyjemnej niedzieli!

Reblog: Paryż, Wrocław…

To już trzy miesiące temu…

Krzysztof Ruchniewicz

Kartka z Paryża

Miałem okazję być już kilkakrotnie w Paryżu. Częste podróże tępią wrażliwość na nowe miejsca. Jednak paryskie dni zawsze przynosiły mi coś nowego, zaskakującego. Tym razem spotkałem inny Paryż. Nadal widać w nim skutki niedawnego ataku terrorystycznego. Na ulicach częste patrole wojskowe i policyjne. Wchodząc do księgarni, musiałem pokazać zawartość torby. Przy wejściu na Sorbonę znów musiałem ją otworzyć, sprawdzono też moje dokumenty. Dziwne uczucie, odzwyczaiłem się od takich przeżyć. Gdzieś tam odżyło w mojej głowie mgliste wspomnienie Wrocławia pod koniec grudnia 1981 r., ale także w 1997 r. Paryż, wspaniała europejska stolica, od kilku miesięcy jest przecież miastem stanu wyjątkowego. Z jednej strony zagrożenie, ale z drugiej wiele przykładów solidarności i bliskości mieszkańców.

2016-02-05_paryz (3 von 17)

Tragedia Paryża z listopada ubiegłego roku pod nawałą kolejnych wydarzeń, także naszej krajowej polityki, zblakła. Przyjechałem nad Sekwanę, myśląc o sprawach, które mam załatwić w ciągu kilku godzin, a nie o ewentualnym zagrożeniu. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że Paryż się zmienił. Moja linia metra miała spore opóźnienie. Wywołała je pozostawiona na którejś ze stacji bezpańska paczka, którą trzeba było skontrolować. W stolicy Francji, wielomilionowych mieście, odczuwa się dalej skutki listopadowych zamachów. Trwa żałoba po zabitych. Każda z nich pozostawił rodziny, przyjaciół, znajomych, choćby sąsiadów wstrząśniętych jego losem. Liczba ofiar i ich przypadkowość zrodziły strach. Nie tak łatwo się go pozbyć. Podsycają go w jakiejś części także stosowane środki bezpieczeństwa. Na ulicach uzbrojeni żołnierze i policjanci. Przed budynkami użyteczności publicznej stoją wzmocnione warty. Obecna sytuacja Paryża przypomniała mi, przy wszystkich zastrzeżeniach na temat możliwości lub nie takich porównań, Wrocław w tragicznych momentach: 1981 i 1997 r.

2016-02-05_paryz (8 von 17)

Paryscy przyjaciele z jednej strony mówili oczywiście o strachu, żalu z powodu bezsensownej śmierci tylu ludzi, z drugiej jednak podkreślali, że to doświadczenie zaczęło mocniej łączyć mieszkańców miasta. Skłoniło ich do refleksji nad wartościami, które są dla nich ważne i które łączą większość paryżan, tworzą tożsamość miasta. Reakcją na ataki terrorystyczne nie był jedynie lęk. Owszem, bano się, ale nie skłoniło to ludzi do ucieczek z ulic miasta, schowania się w zaciszu mieszkań czy domów. Paryżanie wylegli na balkony, na ulice i place miasta. Nie zrezygnowali z życia towarzyskiego, odwiedzania restauracji, udziału w publicznych spotkaniach. Sprzeciw wobec przemocy można manifestować na wiele sposobów, na wiecach i pochodach, w medialnych oświadczeniach, ale też w codziennym życiu, w utrzymywaniu jego dotychczasowego kształtu, zwyczajów, piękna codzienności. Gdy otarliśmy się o stratę, bardziej doceniamy to, co jednak nam los dał. Stąd duma z miasta i jego mieszkańców.; stolicy „słodkiej Francji”, ale też jednej ze stolic świata, na ulicach której stykają się z sobą codziennie ludzie różnych ras, narodów i kultur.

2016-02-05_paryz (10 von 17)

To poczucie jedności, ale i dumy też we Wrocławiu znamy. Na nim opierała się solidarnościowa twierdza Wrocław, to ono wspaniale rozwinęło się przy układaniu worków z piaskiem i obronie Ossolineum przed „wielka wodą”. Tragiczne wydarzenia mogą budować wspólnotę, choć oczywiście zależy, jak je potraktujemy, czego będziemy się w nich dopatrywać. Paryżanie zdali też egzamin ze swej otwartości i tolerancji, w które przecież bezpośrednio uderzyli terroryści. Nie pozwolili, aby strach i nienawiść nad nimi zapanowały. Na ulicach Paryża nie zapłonęły kukły muzułmanów, a skrajna prawica, choć bardziej popularna niż wcześniej, nie wygrała wyborów regionalnych w grudniu 2015 r. Oczywiście, nie oznacza to że problemy zniknęły, a sprawa imigracji nie wymaga głębokiego namysłu i nowych rozwiązań. Nie powinno się ich jednak szukać pod naciskiem ulicy.

2016-02-05_paryz (11 von 17)

Wrocław od kilku tygodni jest Europejską Stolicą Kultury. Do swego wizerunku od lat wpisuje takie wartości jak tolerancja, szacunek dla inności, ciekawość różnicy, otwartość i przyjaźń. To piękna opowieść, ktoś powie, że czasem piękniejsza niż nasza rzeczywistość. Tak chyba musi być. Mieszczą się w niej wartości, które łączą nas nie tylko z paryżanami. Trzeba nie tylko deklarować przywiązanie do nich, ale i ich bronić. 18 listopada ubiegłego roku, gdy na wrocławskim rynku zorganizowano nacjonalistyczną demonstrację i spalono przy tej okazji kukłę Żyda, Wrocław pozwolił nimi zachwiać. Stało się tak, choć kilka dni wcześniej ulicami miasta przeszedł marsz pamięci w rocznicę „kryształowej nocy”. Grupa głośnych nacjonalistów, próbuje unieważnić takie gesty, dowieść że są to przekonania ważne dla marginalnej części wrocławian. Takie słowa słyszymy co roku w trakcie marszy skrajnej prawicy. Ostatnio próbuje ona zwiększyć ich siłę oddziaływania antyislamskimi odniesieniami, ot taki sztafażyk chwili dla podniesienia „klikalności”. Posunięto się do tego chyba dlatego, że dotychczasowe ksenofobiczne okrzyki wyniesione na ulice z okolic stadionów i różnych zakamarków, mają za mały rezonans wśród wrocławian. Może wizja krwiożerczych hord spod znaku Półksiężyca poruszy kogoś bardziej niż krzyki o „Wielkiej Polsce Katolickiej”.

2016-02-05_paryz (13 von 17)

Próba aktywowania w mieście jakiejś polskiej odmiany PEGIDY nie wypaliła, manifestacji nie będzie. Może pomysłodawcy sprawdzili czym lub kim owa PEGIDA jest. Nie oznacza to jednak, że Wrocław nie powinien jasno wyrazić swego stanowiska. Wrocławianie nie powinni wobec werbalnej nienawiści, ale i ewentualnych przejawów jawnej dyskryminacji i pogwałcenia praw mniejszości przechodzić obojętnie. Przypomnijmy sobie różne analizy badaczy wrocławskiej społeczności końca lat 90. XX w. Podkreślali oni, że właśnie zakończyło się formowanie poczucia więzi wrocławian z ich miastem. O ile wcześniej można było definiować mieszkańców stolicy Dolnego Śląska poprzez różne miejsce pochodzenia ich rodzin, to po 1997 r. coraz częściej artykułowano identyfikację najprostszą, właśnie wrocławską. Jej fundamentem jest doświadczenie historyczne, zwłaszcza XX w., w którym nie zabrakło przemocy, nienawiści ich strasznych konsekwencji.

2016-02-05_paryz (16 von 17)

W drodze na lotnisko zatrzymałem się na krótko przed katedrą Notre Dame. Spotkałem tam dwóch starszych mężczyzn, którzy karmili gołębie. Ptaki sprawiały wrażenie oswojonych, a panowie szczęśliwych. Ten sielski obrazek kontrastował ze scenką rozgrywającą się obok. Trzech uzbrojonych po zęby żołnierzy przemierzało plac, rozglądając się czujnie. Opiekunowie gołębi sprawiali wrażenie stałych bywalców, paryskiego ulicznego folkloru. Żołnierze byli oznaką dzisiejszej sytuacji. Czy przejściowej?

2016-02-05_paryz (14 von 17)

Maile z Polski

Styczeń 2016

Mężczyzna, po 50

dziś demonstracja… wspaniale było…

Mężczyzna, 60 lat

… to pewnie też kwestia wieku,
gdybym miał 30/40 lat, to bym się spakował i wyjechał,
w wieku 60 lat, to jest naprawdę trudna decyzja,
stad moja frustracja …
sam już nie wiem, co robić …
prowadzę rozmowy dotyczące nowych projektów,
więc może jeszcze trochę pooszczędzam,
szczególnie, że czasy idą ciężkie,
ale nie wiem, czy nadążę z odkładaniem …

ponieważ ostatnie kilkanaście lat wyglądało, że w Polsce da się żyć,
więc wszystkie aktywa na przyszłość (mieszkania, oszczędności)
zgromadziłem w PLN,
a teraz paru cwaniaków z PiS postanowiło się dorobić na społeczeństwie,
i w kilka miesięcy zdewaluowali PLN o ponad 12%
(pomijam co zrobili z giełdą – tam na szczęście nie mam żadnych aktywów);
… z moich zasobów odłożonych na emeryturę ukradli mi tyle,
ile odłożyłem przez ostatnie 1,5 roku (i to pracując na dobrym
kontrakcie);
jestem kompletnie zdołowany 😦
jak coś zdecyduję, to może przyjadę do Berlina na dzień/dwa,
trochę się rozejrzeć, i pooddychać normalnym powietrzem
(zanim zamkną granice)

Mężczyzna, 30 lat

czyli byłby sens przyjechać w połowie miesiąca
ale ja nie wiem, czy wytrzymam tu do tego czasu.

tu jest tak strasznie
okropnie
smutno
pochmurno
blotniście
depresyjnie
przygnębiajaco
beznadziejnie

Mężczyzna, 44 lata

… rozpada się nam marzenie o wspólnej Europie. Najboleśniejsze jest jednak to, że konsekwencje tych durnowato-radosnych działań międzynarodówki nacjonalistycznej ponosić będzie pokolenie Twojego wnuka. Ludzie tak naprawdę nie lubią wolności – mają to w naturze.

Czeka nas bardzo długa zima!

Dlaczego Ci tak od rana psuję humor? Bo ja wiem? Może po prostu chcę się spytać: czy jest coś, czego my nie wiemy o naszych rodakach? Czyżby naprawdę dojrzeli do dyktatury?

Swoją drogą mam też refleksję. Ja się nie znam, to Ty byłaś w konspiracji, tak tylko sobie głośno myślę; czy w tych okolicznościach KOD i podobne inicjatywy nie wystrzelają się za szybko? Czy nie trzeba myśleć o czymś bardziej długofalowym, takim bardziej pozytywistycznym niż romantycznym? Co Ty na to?

I nie o słuszność chodzi – oboje wiemy, że sprawa jest słuszna – tylko o skuteczność. Ja nie chcę dulce et decorum umierać, lecz efektownie zwyciężyć, choćby i za jakiś czas. Myśl, weteranko! Jak będziesz miała pomysł na Drugą Kadrową, to będziesz też miała mój akces!

 

List otwarty do Ministra i innych takich, co…

Najpierw posłuchajcie


teraz poczytajcie TU, a pod spodem pytanie do dyskusji: co o tym sądzicie?

Styczeń 2016, Berlin, Kolonia, Weimar…

List otwarty

do Ministra Edukacji
do Dyrektorów i Nauczycieli polskich szkół, a także rodziców i uczniów oraz wszystkich, którym nie jest obojętne

od Polaków mieszkających w Niemczech

Szanowne Panie i Panowie, drodzy Rodacy,

z ogromnym smutkiem, ale już też przerażeniem, obserwujemy wszystko, co w ostatnich miesiąch dzieje się na linii współpracy polsko-niemieckiej. Do każdego z nas docierają z Polski pytania od znajomych i nieznajomych: “czy w Berlinie jest bezpiecznie?”, “czy możemy jeszcze spędzić weekend w Niemczech, zanim będzie za późno?”, “co powiedzieć rodzicom, którzy rezygnują ze szkolnej wymiany polsko-niemieckiej?”, “jak przekonać nauczycieli, którzy nie chcą brać udziału w wycieczce za Odrę?“

To z jednej strony.

Z drugiej, tej niemieckiej, padają pytania: “czy w Polsce jest jeszcze bezpiecznie dla obcokrajowców?”, “czy mogę pojechać do Warszawy, jeśli mam ciemniejszą karnację?”, “czy moje dzieci na wycieczce klasowej nie doświadczą ogólnie dostępnego i akceptowalnego rasizmu?”

Mamy tego dość. Chcemy wspólnie przeciwstawić się strachowi! Strachowi podpartemu niewiedzą. Nie może tak być, żeby sąsiedzkie kraje tak bardzo się siebie bały.

Chcemy wypełnić pustkę, która wciąż panuje w Polsce. Wypełnić zaufaniem, wiedzą i doświadczeniem. Doświadczamy wielokulturowości na co dzień. Mieszkamy w niemieckich miastach, nie rozróżniamy ludzi na tych z jaśniejszą i ciemniejszą karnacją. I marzy nam się, żeby w naszej Polsce też tak było.

Nasze dzieci uczą się języka polskiego, czytają polskie książki i spędzają w Posce wakacje. Wielu z nas rozważa powrót do kraju. Ale do kraju otwartego na świat, otwartego na inność. Wierzymy, że to właśnie szkoły mogą zdziałać cuda. Pokazać, wytłumaczyć, zachęcić i uspokoić: swoich uczniów i rodziców. Szkoły i cały system edukacji, muszą przeciwdziałać nienawiści i nie pozwolić Polsce i jej obywatelom, także tym najmłodszym, by stały się prowincją Europy i świata.

My, Polacy w Niemczech

Varsaviana – Cerkiew św. Jana Klimaka

Anna Dobrzyńska

Jak zmieniła się Warszawa gdy zajęli ją Rosjanie?

Temat-„rzeka”, ale skupmy się jednym aspekcie. Na pewno stała się bardziej wielokulturowa. Rosyjscy żołnierze, przyjeżdżali do Warszawy wraz ze swoimi rodzinami, zwyczajami, tradycją i wiarą. Skutkiem  było powstawanie na terenie miasta prawosławnych kościołów.

zdjęcie1Budowanie cerkwi miało nie tylko wymiar społeczny ale i polityczny – podkreślało dominację rosyjską. Car miał bowiem cel przekształcenie wizerunku Warszawy z polskiego na typowy dla wschodnich miast kresowych.

Ikony w górnej Cerkwi Św. Jana Klimaka
Fot. Anna Dobrzyńska

Niestety akcja rewindykacji, czyli przejmowania ale także – wyburzania – cerkwi po odzyskaniu niepodległości, pozbawiła Warszawę cennych obiektów. W pewnym sensie akcja ta jest zrozumiała, bo cerkwie to symbol zaborcy, który niewolił Polaków przez 123 lata,  ale… budynków szkoda.

Obecnie w Warszawie znajduje się dziewięć kościołów prawosławnych, z czego dwa są bardzo okazałe, charakterystyczne, najbardziej rozpoznawalne. Jeden to Cerkiew Św. Magdaleny równej Apostołom na Pradze a drugi – Cerkiew Św. Jana Klimaka na Woli.

Inicjatorem wybudowania cerkwi na Woli był arcybiskup rosyjski – Hieronim Egzemplarski. Miał to być obiekt sakralny a zarazem miejsce pochówku jego syna – Iwana oraz samego hierarchy. Cerkiew miała również pełnić funkcje pomocniczą dla stojącej obok cerkwi parafialnej, przekształconej z kościoła katolickiego Św. Wawrzyńca.

Cerkiew Św. Jana Klimaka na Woli. cerkiew1
Fot. Anna Dobrzyńska

W 1905 roku prace budowlane zostały ukończone a grobowce, zgodnie z życzeniem arcybiskupa, znajdują się w podziemiach. Architekt – Władimir Pokrowski, zaprojektował budowlę tak aby przypominała XVII- wieczną cerkiew z rejonu Rostowa, a więc jednego ze średniowiecznych miast rosyjskich. Typowym elementem architektury rostowskiej jest wejście do świątyni prowadzące przez wysunięty ganek. Patronem świątyni został – Św. Jan Klimak. Był on mistykiem i pustelnikiem, żyjącym w VI wieku. Uznawany jest za świętego zarówno przez kościół prawosławny jak i katolicki. Zasłynął z napisania traktatu o rozwoju duchowym,
zatytułowanego „Drabina do Raju”.

Cerkiew uznawana jest za skromną, jednakże znajdują się w niej cenne arcydzieła. Do najważniejszych należą drewniany ikonostas i freski namalowane przez Jerzego Nowosielskiego.

cerkiew1a

Świątynia znajduje się na terenie cmentarza, a więc od samego początku jej istnienia odbywały się w niej ceremonie pogrzebowe i nabożeństwa w intencji zmarłych.

Ikonostas. Fot. Anna Dobrzyńska


 

wizytówka

Odeszli

Katarzyna Krenz

Styczniowy deszcz

Wspomnienie o Romanie Cielątkowskiej (29.08.1959–22.01.2016)

Motto:

Patrzymy, dotykamy, pamiętamy, staramy się
zrozumieć – aż wreszcie nadchodzi moment
aktywności. Chcemy coś zrobić.

R. Cielątkowska, Translocatio. Gdańsk 2014

Roma fot do bloga Ewy

Życie z perspektywy życia widzimy inaczej niż z perspektywy śmierci. Wszystko jest jeszcze otwarte, możliwe, jeszcze się dzieje, i tyle planów przed nami. Gdy przeminie, gdy nagle zostanie przerwane – tragicznie czy jak w przypadku profesor Romy po krótkiej przegranej walce z chorobą – stajemy wówczas bezradni i zagubieni. Oszołomieni stratą. Niezdolni do podjęcia wędrówki na niespodziewanie opustoszałej drodze.

W biegu

Ze Lwowa przyszedł list od głównego konserwatora miasta. W imieniu ukraińskich przyjacół Lilija Onyszczenko pisała: Roma zawsze pogodna, uśmiechnięta, towarzyska, ciekawa poznania nowych ludzi, osoba, z którą nigdy nie było nudno, pełna mądrych myśli i ciekawych pomysłów. Profesor, co nie gardził żadną pracą, potrafiła zrozumieć każdego. Dwa zdania, którymi się najcześciej posługiwała w naszej wspólnej pracy: Zrób to pilnie! Potrzebuję szybko! Spieszyła się żyć, jakby czuła, że droga nie będzie długa.

Taką Ją zapamiętamy: w biegu. Wiecznie gdzieś się spieszyła. Szybko jadła, jeszcze szybciej mówiła, a nawet tak się śmiała: spontanicznie i serdecznie, ale krótko. Jej współpracownicy opowiadają, że nieraz nie potrafili się zorientować, o którym z projektów akurat mówi, bo mówiła jednocześnie o wszystkich, które aktualnie realizowała. Warsztaty studenckie, inwentaryzacja zniszczonego obiektu, nowy dach na kościele w Mariance, narada z cieślami przed wyprawą w Bieszczady czy na Ukrainę. A w międzyczasie wyjazd studialny na Syberię albo do Mongolii i organizacja międzynarodowej konferencji – w Pasłęku, a może już kolejnej, w Gdańsku. Kto, co, kiedy i z kim? Dla kogo? Najlepiej wszyscy razem i natychmiast. Delegowała zadania, a jej własne życie przypominało maraton, bieg z przeszkodami i sprint jednocześnie. Pracowała nieprzerwanie, była architektem, nauczycielem akademickim na kilku uczelniach, promotorką prac dyplomowych i doktoratów, najmłodszym profesorem na Wydziale Architektury Gdańskiej Politechniki. Autorką 6 książek i ponad 60 artykułów. Doradcą w komisjach naukowych, ministerialnych oraz UNESCO.

Sztuka dawania

Zawsze w pośpiechu między kolejnymi podróżami, często dary dla ludzi w potrzebie, przyjaciół i ich dzieci wysyłała pocztą. Gdy kogoś z nas nie zastała w domu, wieszała torbę na klamce lub płocie. Jabłka z jej ogrodu, jajka od gospodarzy ze wsi, chleb bezglutenowy z piekarni w Starogardzie, ciepły sweter z Irlandii „specjalnie dla ciebie, z prawdziwej wełny”. Zielona herbata z Japonii. Książka, którą „musisz koniecznie przeczytać, podkreśliłam kilka ważnych zdań, pogadamy, jak wrócę”.

„Tylko nie pisz o Romie za słodko”, radzi znajoma. „Ona nie dawała się głaskać i szanowała wyrazistość innych”. Ratowała, pomagała, obdarowywała. A jeśli sama nie mogła, zostawiała instrukcje, adresy, numery telefonów. Wyślij! Oddaj, przekaż, zawieź. To dobrzy ludzie, spodobają ci się.

I zawsze córka na pierwszym planie.

Powrót do źródeł

Poszłam naostrzyć ołówki do kuchni. To nagłe zamarcie ciszy w domy przypomina mi letnisko po sierpniowych wakacjach. Półmrok zasuniętych zasłon, wymyte, pachnące mydłem podłogi, puste łóżka […], ganek mokry – rozmyta zieleń w przedziwnym kolorze. Jeszcze wibruje w powietrzu obecność; hałas, ruch, szuranie, dym papierosów i przekleństwa, które stały się codziennością – ale cisza jak mgła zaściela pomieszczenia. Nawet pies zastygł w bezruchu. (RC, fragment dziennika, Jazłowczyk 2011/2012 )

Ekspert Międzynarodowego Komitetu Naukowego Wspólnego Dziedzictwa ICOMOS i profesor nadzwyczajna, na miejsce rekonstrukcji kolejnego obiektu jechała z własną siekierą. Mieszkała bez udogodnień, czasem ze studentami i cieślami w baraku lub namiocie; nie wygoda była jej potrzebna do szczęścia. W trasę wyruszała zwykle nocą, samotnie, zapakowaną po dach, wysłużoną terenową Ładą. Bo wtedy drogi puste, można spokojnie przemyśleć, co jest do zrobienia. Bo […] najbardziej dotykalne krajobrazowo są podróże samochodem, gdzie w każdym momencie możemy zatrzymać czas.

Habilitowała się z modernizmu lwowskiego, ale tak naprawdę kochała dotyk surowego drewna, żelazo wykute u kowala, dzieło rąk przodków: stare cerkwie, stare domy, stare ikony. Zachowanie wspólnego dziedzictwa materialnego uważała za swój moralny obowiązek. W dzikim krajobrazie, którego człowiek nie zdołał jeszcze zniszczyć – odnajdywała siebie. Może dlatego tak blisko jej było do ludzi głębokiej wiary. To dla nich ratowała zapadnięte w ziemię prawosławne czasownie i maleńkie cerkiewki. Dla nich zgłębiła tajniki pisania ikon. W swojej ostatniej książce pt. „Translocatio. Przeniesienie drewnianych świątyń trzech obrządków” pisała: Bycie z ikoną to także w sensie filozoficznym poszukiwanie wolności, o którą każdy z nas nieustannie zabiega.

Stwierdzenie, że zajmowała się ocalaniem zabytków kresowych sakralnej architektury drewnianej, mówi o celach, ale nie oddaje żarliwej pasji i szaleńczej wręcz odwagi, z jaką o nie walczyła. Szła od zadania do zadania. Rosja: przeniesienie „czasowni” z Pasynkowa do Kiriłło-Biełozerskiego muzeum w Cypinie; rekonstrukcja kaplicy Michała Archanioła ze wsi Lelikoziero na wyspie Kiży, na jeziorze Onega w Karelii, w północnej Rosji. Polska: odtworzenie z nielicznych ocalałych belek i desek XVIII-wiecznej cerkiewki z podkarpackiej wsi Kupna w Godkowie koło Pasłęka. Ukraina: przeniesienie modernistycznego kościoła drewnianego ze wsi Jazłowczyk koło Brodów do Muzeum Budownictwa Ludowego we Lwowie. Lista jest znacznie dłuższa.

Nigdy nie pracowała sama. Nie tylko dlatego, że rekonstrukcja wymaga współpracy konserwatorów, cieśli i stolarzy, kowali i szklarzy, kolegów z uczelni i studentów. Także dlatego, że wierzyła w naukę, jaka z tej pracy płynie. Dla niej świątynia to nie był obiekt architektoniczny, lecz ponadczasowe miejsce jedności z Bogiem. Takim miejscom, gdzie czas się zatrzymał – ginącym w łopianach, przerośniętym chwastami, zapadniętym w ziemię – ofiarowywała nowe życie, by mogły trwać dalej.

Pożegnanie

30 stycznia 2016 w Starogardzie Gdańskim, na ceremonii pożegnalnej odprawionej w rytach rzymsko- i grekokatolickim zebraliśmy się z poczuciem, że jesteśmy tam dla Niej, ale i dzięki Niej. Dokładnie o tej samej porze we Lwowie, po mszy odprawionej w drewnianej cerkwi, przyjaciele przeszli do kościółka z Jazłowczyka – Jej kościółka – by na pożegnanie zaśpiewać Jej Wiecznaja pamiat.

W starogardzkim kościele św. Mateusza panował przenikliwy chłód, mimo że na zewnątrz padał niemal wiosenny deszcz. We Lwowie było podobno ładnie i słonecznie. Wieczorem odebrałam mail od Liliji: Postanowiliśmy umieścić tablice pamiątkowe na kościele tu we Lwowie i w Rozłuczu.

ROMA DSC09005

Dwa dni później.

Po drodze do miasta mijam Jej ulubioną księgarnię, wchodzę, nie, właściciel jeszcze nie wiedział. Zaglądam do „Herbapolu”, jaka szkoda, jaki żal, mówi starsza kobieta za ladą, znałyśmy się tyle lat. Idę dalej, pamiętam, opowiadała mi o „swojej” aptece na rogu i o „swoim” fryzjerze gdzieś przy ul. Sobótki. Trzeba by też zawiadomić dr Kamilę z Pogotowia Stomatologicznego przy ul. Miszewskiego; nieraz ratowała Ją późną nocą, w ostatniej chwili przed kolejną wyprawą do Archangielska, Lwowa czy Irkucka.

***

Prof. dr hab. inż. arch. Romana Cielątkowska (1959-2016) profesor tytularny na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej, w latach 2006-2009 kierownik Katedry Historii, Teorii Architektury i Konserwacji Zabytków, a od 2009 r. kierownik Katedry Projektowania Środowiskowego. W latach 2001-2003 kierownik Zakładu Urbanistyki i Architektury Wydziału Nauk Technicznych Uniwersytetu Warmińsko -Mazurskiego w Olsztynie, w latach 2006-2014 profesor w Wyższej Szkoły Zarządzania Środowiskiem w Tucholi. Autorka licznych publikacji naukowych i 6 książek, m.in.: „Architektura i urbanistyka Lwowa II Rzeczypospolitej” (1998), „Detal architektury mieszkaniowej Lwowa XIX i XX wieku” (współautor: Lilia Onyszczenko-Szwec, 2006) „Translocatio. Przeniesienie drewnianych świątyń trzech obrządków” (2014). Ekspert i członek Zarządu Polskiego Komitetu ICOMOS, Komitetu Architektury i Urbanistyki PAN (sekcja Historii i Konserwacji Zabytków), ekspert w dziedzinie ochrony dziedzictwa architektonicznego w dyspozycji UNESCO na kraje Europy Środkowo-Wschodniej oraz Rady Ochrony Zabytków przy Ministrze Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP.

(wersja skrócona tego tekstu ukaże się na łamach Gazety Wyborczej)

zdjęcia z archiwum J.K. Krenzów

Ze wspomnień Zofii Grabińskiej 3

Poprzednie odcinki opowieści Romana o przeprowadzce małej Zosi na Wołyń ukazały się w listopadzie i w grudniu ubiegłego roku. Dziś kolejny fragment, a zarazem ostatni. Resztę poznamy dopiero, gdy ukaże się książka. 

Roman Brodowski

Podróż wozami

Kiedy się obudziłam, słońce wisiało już wysoko nad otaczającym mnie światem, a dorośli krzątali się wokół, przygotowując tabor do wymarszu.

Obok mnie, na talerzyku leżała kromka razowego chleba, posmarowana moimi ulubionymi powidłami, obok w kubeczku – babciny sok.

Zeskoczyłam w pośpiechu z wozu, przywitałam się grzecznie ze wszystkimi, umyłam się w ciepłej wodzie czekającej na mnie w emaliowanej misce, i szybko spałaszowałam przygotowane śniadanie.

Ruszyliśmy w drogę, mijając wsie, majątki ziemskie i pojedyncze zagrody chłopskie. Czasami zatrzymywaliśmy się w takich miejscach, by uzupełnić wodę i paszę dla koni. Gospodarze ochoczo proponowali nam wytwory własnej produkcji – świeże masło, chleb wypieczony przed świtaniem, mleko, jajka. Rodzice chętnie korzystali z takich okazji, twierdząc, że gospodarskie to świeże, tanie, no i od serca.

Pierwsze trzy dni nie sprawiły ani nam ani koniom większego problemu. Codziennie skoro świt wyruszaliśmy z nocnego postoju, by powoli zbliżać się do obranego celu, wciąż dalej i dalej na wschód od Parzymiechów. Wieczorem zaś, po zachodzie słońca zatrzymywaliśmy się na odpoczynek, zazwyczaj w pobliżu gościnnych, wiejskich zabudowań.

Dopiero na wyżynnych terenach kieleczczyzny, poczuliśmy prawdziwe zmęczenie.

Kamieniste pełne przeszkód drogi, pnące się serpentyną w dół i w górę, oddalały nas od kresu naszej podróży. Często tacie i mamie przychodziło pomagać zwierzakom, popychali to jeden, to drugi wóz, co jakiś czas podkładając kamienie pod koła, by wóz się nie stoczył.

Największą przeszkodą z jaką przyszło nam się zmierzyć było pokonanie rzeczki, nawet niezbyt szerokiej, niedaleko Sandomierza. Podczas wiosennych roztopów kra uszkodziła wiekową konstrukcję starego, drewnianego mostu, który, pod jej naporem upadł do wody, a przez rzeczkę przerzucono prowizoryczną kładkę.

Oczywiście nasze wozy nie był w stanie przejechać na drugi brzeg, zwłaszcza że woda była tu na ponad metr głęboka. Na szczęście mieszkający w pobliżu ludzie wskazali nam miejsce możliwe dla łagodnego przeprawienia naszego taboru w bród, dzięki czemu udało nam się zaoszczędzić kilkanaście zbędnych kilometrów.

Dopiero za Tomaszowem Lubelskim mogliśmy nieco odetchnąć. Skończyły się pagórki a zaczęły równinne nieco piaszczyste tereny. Droga była mniej uciążliwa, mniej wyboista, koniom było o wiele lżej, no i mama była spokojniejsza o los naszej zastawy stołowej oraz innych szklanych przedmiotów znajdujących się na wozach.

Piątego dnia podróży, około południa, na horyzoncie pojawiły się kontury jakiegoś większego miasta. Strzeliste wieże kościołów i dymiące kominy fabryk prawie niczym nie różniły się od tych, jakie wcześniej mijaliśmy podczas naszej podróży. Prawie – bo obok kościoła drewnianego kościółka stała jakaś wielka budowla z okrągłą, pomalowaną na niebieski kolor kopułą, na której widniał krzyż. Nie był to jednak taki normalny jak w naszym katolickim kościele, krzyż, chociaż bardzo do niego podobny.

Przed rogatkami miasta tato zatrzymał tabór, podszedł do do wozu, na którym siedziałam z mamą, popatrzył na nas i powiedział, wskazując zabudowania:
– Dotarliśmy do celu. Tam jest nasze nowe miasto – Kilkaset metrów za tą cerkwią znajdują się budynki magistratu kolejowego, a w jednym z nich czeka na nas się nasze nowe gniazdko – zażartował.
– Cerkiew? – a co to jest cerkiew? – zapytałam.
– Cerkiew, kochanie, to taki prawosławny kościół, do którego chodzą ludzie, co tak jak my wierzą w Pana Jezusa, tylko inaczej się do niego modlą – wytłumaczył tato.
– To tu mieszkają też innowiercy – zaniepokoiła się mama.
– Oczywiście – potwierdził tata. – Przecież jesteśmy na kresach, tu mieszkają i Ukraińcy, i Polacy, i Żydzi, a można też spotkać Niemca i Rosjanina. To jest taka prawdziwa Arka Noego. Wszyscy tu żyją jak jedna wielka rodzina – dodał. – I od pokoleń tworzą wspólną historię. Razem z nami żyli w ciężkich dla nas chwilach pod jednym i tym samym zaborem. Więc nie masz się czego obawiać, kochanie – zakończył.
Przytulił nas do siebie, pocałował i wrócił do swojego wozu.

Konie wolno ruszyły w kierunku miasta. Im bardziej się do niego przybliżaliśmy, tym większe emocje mną targały. Ogarnęła mnie tęsknota za przyjaciółmi, za babcią , za Parzymiechami.

W końcu dotarliśmy do pierwszych zabudowań. Przed małym domkiem, z jeszcze mniejszym ogródkiem, siedział jakiś staruszek i palił fajkę.

– Przepraszam – zagadnął go nasz woźnica. – Jak mamy dojechać do ulicy Kolejowej?
Staruszek nie reagował.
– Jak dojechać do Kolejowej. – Tato powtórzył nieco głośniej pytanie przyjaciela. Dopiero teraz staruszek leniwie wstał z ławeczki i podszedł do naszych wozów.

– A wy z daljeka? – zapytał. – Z daleka, z daleka – odpowiedział woźnica i ponownie poprosił go o wskazanie drogi.
– Do Kolejowej to wam nada jechać prosto i … – wyjaśniał gestykulując rękoma. Nie to co, ale jak mówił, zwróciło moją uwagę. Mowa jego była przyjemnie melodyjna z dziwnie miękkim, nieznanym mi dotychczas akcentem, przy czym niektóre słowa słyszałam po raz pierwszy. Po chwili ruszyliśmy dalej.

– Miły był ten dziadunio, rozmowny i wesoły – stwierdziła mama.
– To prawda – potwierdził tato. – Po głosie poznać było, że Ukrainiec.

Po kilkunastu minutach jazdy wąskimi uliczkami dotarliśmy pod wskazany przez tatę adres. Dom jak dom, z czerwonej cegły, dwupiętrowy. Obok stały jeszcze cztery identyczne, a za nimi nieco większy, w którym – jak powiedział tato – mieściły się biura dyrekcji kolei, gdzie ma podjąć pracę.

Pod domem na małym trawniku bawią się dzieci, w oknach siedzą kobiety, obserwując nowych.

Tato poszedł do biura kolei po klucze, a ja wysiadłam z wozu i obserwowałam zabawę moich rówieśników , którzy nie zwracając na mnie uwagi rzucali do siebie szmacianą piłką. Nagle, niespodziewanie dziewczynka o długich, jasnych włosach, pozostawiła swoich przyjaciół, podeszła do mnie i podała rękę. – Jestem Natalka – przedstawiła się. – A wy chyba będziecie naszymi nowymi sąsiadami. Mama mówiła, że dzisiaj lub jutro mają przyjechać Polacy i że będą mieszkali w mieszkaniu po Żarnowskich.

– Tak, to prawda, będziemy tu mieszkali. Mój tatuś otrzymał pracę na kolei… Nie dokończyłam, bo tata właśnie wrócił z jakimś panem i zawołał mnie do siebie. – Ja mam na imię Zosia – zdążyłam jeszcze na odchodnym przedstawić się nowo poznanej koleżance.

Tato wziął mnie i mamę pod ramię i weszliśmy do domu. Mieszkanie mieściło się na parterze.

Pan, który przyszedł z tatą, otworzył drzwi, oddał tacie pęk kluczy i odszedł. My staliśmy w milczeniu w naszym nowym, pustym jeszcze mieszkaniu, jakbyśmy czekali na jakiś znak, na jakieś niewidoczne zaproszenie. Niespodziewanie tato wziął mamę na ręce i przekroczył próg. Weszłam i ja.

Mieszkanie było świeżo wybielone kredą. Dwie duże izby, kuchnia i prawdziwa łazienka. Nie jakiś tam wychodek na półpiętrze, ale prawdziwa łazienka, z wanną, toaletą i wodą w kranie.

Podeszłam do okna, popatrzyłam na podwórko, gdzie wesoła gromadka moich przyszłych towarzyszy zabaw, nadal grała w piłkę.

Nieznajomi jeszcze nam ludzie zdejmowali nasze meble z wozów i wnosili do pokoi, do kuchni, do korytarza. Witali się. To byli nasi nowi sąsiedzi. Podawali imiona, zadawali pytania, gotowi do niesienia pomocy…

Tak się rozpoczęła moja wielka, wieloletnia przygoda na wołyńskiej ziemi, dwa nowe rozdziały mojego życia: późne dzieciństwo i młodość.

Drogi czytelniku, tak kończy się pierwszy rozdział opowiadania „Wołyńskie echa”, które zostanie opublikowane w książce „Bicie wschodniego serca”. Jest to opowieść o losach dwóch kobiet, jednej z Wołynia, drugiej z dalekiej Syberii. Książka ukaże się w drugiej połowie tego roku, o czym poinformuję na blogu Ewy Marii. O losach „Sybiraczki” też już tu pisałem.

Festiwal piosenki natrętnej V

Tomasz Fetzki

Przedwiośnie, czyli natręctwo sprowokowane

Decyzja zapadła. Szefowa w profetycznym uniesieniu śmiało zarysowała wizję i precyzyjnie wytknęła kierunek marszu: witamy wiosnę!

Na Łużycach co prawda przyroda jeszcze nie wariuje tak jak w Berlinie, ale pewne zwiastuny zmian i tutaj można już zaobserwować. Niby zimno, ale w niektóre dni niebo wygląda jak lapis lazuli. Niby szaroburo, lecz gdzieniegdzie z błocka wychynęły zielone lance przebiśniegów – jeszcze nie kwitną, ale jaka to intensywna zieleń! Słowem, nie ma co grymasić. Wiosna to wiosna. I o niej opowie dzisiejszy tekst. Zresztą: poprzedni pomysł na wpis i tak był do chrzanu, trzeba to uczciwie przyznać…

Dziarskie hasło padło, a sprowokowane nim natręctwo natychmiast przybyło. Inna sprawa, że i tak by przyszło, tylko może nieco później. Bo przyplątuje się co roku na przedwiośnie. Wtedy, gdy kwiecie jeszcze nie kwitnie a dnie wciąż krótkie, ale już pyli leszczyna, zaś dreszczyki ciepła co i raz wstrząsają powietrzem. Zawsze w tym czasie Viator lubi sobie posłuchać kompozycji Czesława Wydrzyckiego, stworzonej do wiersza Jarosława Iwaszkiewicza. Taki duet musiał zaowocować powstaniem czegoś jedynego w swoim rodzaju. Chciałoby się stwierdzić: nie ma co dłużej gadać, po prostu słuchajcie. Poczujecie niepowtarzalną atmosferę głębokiego, jeszcze sekretnego przedwiośnia. Usłyszycie tęsknotę za wiosną: nie tylko tą klimatyczną skądinąd.

Chciałoby się, ale Viator, jak to on, musi pofilozofować. To silniejsze od niego. Przebóg! Jakże nie filozofować, gdy okoliczności aż się o to proszą? Nie chodzi tylko o ten bonus w postaci napisu Interwizja, pojawiającego się co pewien czas w tle scenografii. Nie idzie jedynie o zaskakującą refleksję, iż czym ta Interwizja była, tym była, ale kudy utworom z festiwali Eurowizji do takiej perełki…

Przemyśleń ma Wędrowiec więcej. Kiedyś obiła się o jego uszy opinia, iż powstanie piosenki było zaprawione odrobiną wazeliny. Że był to ponoć nieco wymuszony – czy raczej wyperswadowany – hołd dla sędziwego, a wciąż wpływowego Iwachy. Jeśli tak, to daj nam Panie nieco tego samego. Prawdziwego talentu nic nie ukatrupi. Ale może było zupełnie inaczej?

To wszystko jednak drobiazgi. Oto teraz Viator pozwoli sobie na świętokradztwo: ma odwagę nie godzić się z Autorem! Chyba dlatego, iż przeżył już kilka zim, które to i owo w nim wymroziły. Jestem w nieskończoności, w morzu miłości do ludzi… Ludzi, ludzkości… Nie przemawia ta fraza do Pielgrzyma, brzmi cokolwiek fałszywie: kto ludzkość miłuje, rzadko potrafi kochać konkretnego człowieka. Morze miłości skurczyło się Wędrowcowi do rozmiarów jeziora. Aralskiego. Sama sobie ludzkość winna.

Rozpacz to? Cynizm? Może jednak realizm? Na pociechę trzeba wszak dodać, iż nie jest Viator zupełnie pozbawiony zdolności do ciepłych uczuć. Ludzkości raczej nie lubi, ale kilkoro ludzi, których prawdziwie kocha, dałoby się odnaleźć. Będzie ich nawet więcej, niż tych sprawiedliwych, których Awraham szukał w Sodomie.

Zresztą, z czego chciałby się teraz wstydliwie zwierzyć, także Viator każdego dnia zanurza się w morzu czułości. Nie zdziwaczał do tego stopnia, żeby męczyć codziennie wszystkich wokół opowieściami o swej suczce, albo zasypywać serwisy społecznościowe jej fotografiami. Ale do kroćset! Raz na piętnaście lat chyba można?!

Łatka: jubilatka piętnastolatka. Patrząc w te oczy nie sposób nie zanurzyć się w morzu czułości.

Dość filozofowania. Idzie wiosna! Słuchajmy.

 

Przedwiośnie 1940-1944

Andrzej Rejman

Z dziennika babci

Na apel, aby pisać o wiośnie… Znalazłem kilka przedwiosennych wpisów mojej babci. Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka (1889-1975) opisuje wojnę w swoim małym dzienniku (pisownia oryginalna)

fot_1_Stanislaw_Hrebnicki_z_zona_Malgorzata_w_domu_przy_

fot_2_Malgorzata_Hrebnicka_dziennik_1939_01_notes

Autorka z mężem ok r. 1939

Jeden z notesów, w którym autorka zapisywała swój dziennik

1940

22/I
Mróz wciąż trwa. Do -15st codziennie. Śniegu moc, jeszcze tyle nie pamiętam w Warszawie a ponieważ prawie nie oczyszczają ulic, więc jest prześlicznie i tylko na Marszałkowskiej śnieg nieco przybrudzony, na naszej ulicy przeczyście-biały. Jeżdżą sanki z dzwoneczkami. Z żywnością trudno, chleb tylko na kartki, w sklepach ani mąki, ani kasz, dużo słodyczy, ale kto by na to patrzył, kawy zbożowej, octu i wina. Co będzie?
23/I
Śnieg sypie i sypie, na ulicach zaspy, gdzieniegdzie tylko oczyszczone dróżki. Na Rakowieckiej skrzypce grają „Wojenko, wojenko”! a śnieg sypie i sypie, cicho, bezszelestnie. Ludzie pędzą z plecakami, torbami, sankami.
„Ostry wiatr utworzył miejscami metrowe wydmy i zaspy. Trzeba się przez nie z trudem przedzierać, brnąc po kolana w sypkim, białym puchu.” (z gazety)
25/I
Prześliczny szron! I cisza. Śniegu olbrzymie wały na ulicach. Nawet na Riwierze fala mrozów -5st.
Kazikowi* w klinice zdjęli opatrunek, uszy przyjęły wygląd normalny, są małe i przylgnięte do głowy, a były przecież tak grube, jak kołduny. Dostał zaświadczenie Komitetu Opieki Społecznej, że pracuje w charakterze gońca. Oprócz tego dostał od ciotki Elżuni 4 kawałki cukru.
27/I
Pocieplało. -5st. R.
30/I
Znowu -13st mrozu, a w południe 0st. W niedzielę była Janka z synem. Przyjmowaliśmy herbatą i mlekiem z cukrem, sucharkami…
Dziś święto Hitlera.
31/I
Brr! Jak zimno! A w mieszkaniu u nas gorąco do nieprzyzwoitości. Koło 20st.R.
Luty
1/II
Dochodzi do -18st.
3/II
Zapisałam się do spółdzielni spożywców, bo inaczej pozdychamy z głodu. Udział 25 zł.
4/II
Święty Antoni Padewski,
Obywatelu Niebieski,
Niech się święci chwała Twoja
Niech się znajdzie zguba moja.
I znalazła się portmonetka, pozostawiona w sklepie spółdzielczym! Pamiątka z Orawki, darowana Kazikowi, którą on tak chciał mieć.
Bardzo cienki obiad dziś mieliśmy – barszcz na skórkach wieprzowych i galaretka Oetkera. Poszliśmy ze Stasiem do Jasiów, tam jedliśmy kanapki z kiełbasą, ogórkiem z serem i jajkiem i kugel kartoflany. Dali nam pół kg masła i 1 kg słoniny, pieniądze oddamy, jak będziemy mieli.
5/II
Zimno -10st., marzną nogi i ręce w kolejce po mleko. Na Rakowieckiej skrzypek gra „Białe róże”. Cicho. Prószy śnieg. Kiedy drzewa wypuszczą pączki zielone i okryją się białemi kwiatkami? Czyż bywa latem taki upał, że człowiek rad by goły chodzić i nic nie jadł, tylko pił? Nie do uwierzenia!
Mleko się zwarzyło.
6/II
Julcia zdała dyplom. Julcia** – inżynier! Obiad był na 3 potrawy. Niestety na pierwsze kapusta, ale na drugie ozorki (konserwy) z kartoflami i galaretka pomarańczowa. Piliśmy przy tem miód, przyniesiony na tę fetę przez Tyszkiewicza***
7/II
Górski wydał dziś mleko tylko dla małych dzieci. Staś i Kazik kichają i kaszlają. Na Rakowieckiej wiszą sople lodowe metrowej długości.
8/II
Po trzygodzinnym staniu w kolejce dostałyśmy z Julcią 5 buteleczek.
10/II
Po znacznem ociepleniu -2st. znów wytnęły mrozy -14st., -17st.
Zbyszek Czarnocki jest chory beznadziejnie na zapalenie opon mózgowych. Już 3-ci tydzień. A leczyli go od tyfusu!
11/II
Dziś w nocy Zbyszek umarł.
14/II
Pocieszmy się, że nie mamy mięsa!
„Spożywanie mięsa skraca życie”. „Wół nie jada mięsa, dlatego jest silny”. „Lwy jedzą mięso i dlatego siedzą w klatkach”. (z gazety)
Trochę pocieplało, dziś -7st. Sypie śnieg. Robiłam pierożki z cebuli smażonej na tranie. Cebula zabija zupełnie zapach tranu.
16/II
Znowu -15st.
Na wsi świnia podobno kosztuje 2000 zł. A człowiek? Nic.
Ale już w południe kapie z dachu.
18/II
„W polityce niema sympatii, nie ma sentymentu, nie ma współczucia, był i jest zawsze tylko interes”. Byłam u Mickiewiczówny. +5st. w pokoju, przeważnie leży ubrana w łóżku nad próżnią, bo mieszkanie na dole rozbite zupełnie. Z podłogi idzie straszny ziąb. …
21/II -18st. mrozu!
22/II
-8st., ale nie wydaje się bardzo ciepło. Julcia zaczęła pracować w Instytucie fermentacyjnym od 8-ej do 2-giej, a od 3-ciej do 6-tej w fabryce Pakulskich! Kazik otrzymał depozyt: 2 kg cukru, 2 kg mąki, kg herbaty, 1 kg mydła za 14 złotych!
26/II
Miało się ku odwilży, 0st., a tu znów spadek temperatury – 10st. Udręka z tymi mrozami.
W niedzielę (28-go) byliśmy ze Stasiem u Marii Żankiewiczowej. Przyjmowała nas bardzo serdecznie, nakarmiła schabem wspaniałym, odstąpiła kilo słoniny. Był piekielny wicher, a trzeba było dość daleko iść od tramwaju po zlodowaciałej skorupie.
Był Tyszkiewicz. Zaproponował nam szynkę, którą zostawił na Pradze u swojej matki. Więc pojechaliśmy ze Stasiem i wzięliśmy. Szyneczka bardzo ładna, porznęliśmy na kawałki i zasoliliśmy…

1941

13.I.
Zima śnieżna. Dziś 12 stopni mrozu, ale słonecznie i szron. Cudownie. Ale biedni ludzie znów marzną bez opału. U nas ciepło. Mają od nas przenieść biuro. … Przypominam sobie, jak rok temu wróciliśmy z włóczęgi, jak każda najmniejsza rzecz miała bezcenna wartość, jak się cieszyłam oglądając nasz dobytek. Każdy przedmiot był jakby na nowo darowany, szczególnie rozmaite pamiątkowe drobiazgi radowały oko. A teraz…. żyje sie z dnia na dzień, co dziś twoje, jutro może być odebrane lub zniszczone, te wszystkie miłe i drogie sercu rzeczy zbierane przez 20 lat, w otoczeniu których rosły nasze dzieci, rzeczy z którymi wiąże się tyle wspomnień, a dziś twoje i nie twoje. Trudno mówi się, Wojna!
14.I.
Sypie śnieg. Wszystko się otula, jak watą, tramwaje chodzą miękko. Cisza przerywana śpiewem żołnierzy niemieckich, terkocą wystrzały.
22.I.
Mieliśmy na obiad kurę! (8zł.). Kazik zrobił półkę na swoje książki. Wczoraj byliśmy z Julcią u p. Herbstowej.
3.II.
Byłam z Papciólkiem na rynku, kupiliśmy 1 kg słoniny.
9.II.
Papciólko od kilku dni grypuje. Temperatura nieduża, ale się trzyma. Był doktór z ubezpieczalni, przepisał proszki, miksturę, płukanie (gargarisma), pastylki odkażeniowe.
W całej Warszawie nie można dostać mapki Afryki. Jeździłam wczoraj do miasta. Przecudownie w Alejach Ujazdowskich. Niewielki mrozik, duże zwały śniegu, szron na drzewach, dużo słońca i lazurowe niebo. Upiekłam pierog bez soli, a pierniki miętowe tak piekące, że jeść nie można. Wszystkiemu winna mapa afrykańska. Dobrze, że nie małpa. Z rana szczepiliśmy dzieci i ja tyfus.
…
14.II.
Wczoraj byliśmy ja, Sasza, nasz Kazik i Michałek Mroczkiewicz na Bielanach. Do cioci Misi też zabiegłam, a raczej dojechałam, bo wszędzie lód i ślizgota straszna. Dziś Sasza wyjechała do Anina, bo tam wszyscy chorzy i jej spragnieni. Pojechała razem z Julcią.
Teraz mapa Afryki pokazała się w Warszawie, ale pieniędzy nie ma. Papciólko otrzymał dziś deputat miesięczny- 10 dkg cukru, bochenek chleba, 1\2 mąki, 1\4 kaszy, 2 jaja. Kupiliśmy dziś kurę od Piotrowskiej na kredyt (9 zł), ale pewnie była zdechnięta, bo miała wątrobę wielkości cielęcej (16 dkg), więc nie wiem jak na nas podziała jutrzejszy obiad. Kot nie bardzo chętnie jadł tę wątrobę, ale skarmiliśmy ja całkowicie.
16.II.
”Niepewność troski smutek, głód, udręka zżerały miasto”, wyjątek z powieści „Przeminęło z wiatrem” z czasów wojny między Południem a Północą Stanów Zjednoczonych, nadający się bardzo do chwili obecnej teraźniejszej.
21.II.
Aleje Ujazdowskie są o każdej porze dnia i roku przepiękne. Jechałam na pokaz kulinarny. Drzewa tonęły w gęstej mgle, nagie gałęzie drzew wyglądały jak delikatne koronki, tonęły w puchu mgły. Julcia otrzymała wezwanie do Arbeitsamtu. Zdaje się, że sprawa będzie załatwiona pomyślnie. Była u Krauzego w Ifie i u pani. Rycemblowej.
Od soboty Julcia jest zatrudniona w Biurze SKSS. Dziś Julcia pojechała w sprawie Kazika na Bielany. Z rana była u Grażyny. Gordziałkowscy sprzedali swój majątek.

1942

24. I.
Papciólko miał referat w instytucie w języku niemieckim. Przesiedzieliśmy do 4-ej w nocy tłumacząc i poprawiając. Papciólko miotał się, niepokoił się, że nie zdąży, a ja, że nie odczyta, bo było dużo poprawek, na czysto nie było czasu już przepisać. Ale jakoś zeszło nieźle, a nawet wcale gładko.
26. I.
Julcia od 12 I pracuje w sklepie nasion u d-ra Stankiewicza. Zajęcie to jej odpowiada lepiej niż mycie butelek w If’ie, gdzie mroziła sobie i kaleczyła ręce. Tu dostaje 8 zł dziennie i smaczne zupy, którymi d-r karmi swoje pacjentki, bo oprócz sklepu ma jeszcze klinikę, a poza Warszawą majątek Błędów.
30. I.
Mróz 12-17° trzymał więcej 2-ch tygodni przy wschodnich i północnych wiatrach. Dziś zelżał do 6°, a teraz jest 3°. Ale wiatr i wilgotno tak że nieprzyjemnie. Przy braku oświetlenia na ulicy i zaśnieżeniu widok wsi lub prowincji, a nie Wielkiej Warszawy. Żywimy się prawie samymi kartoflami, z rana, na obiad i wieczorem. Z rana – obsmażane na margarynie, na obiad zamiast chleba do zupy i wieczorem ze skwarkami. Chleba bardzo brakuje. Jak człowiek pomyśli, jak to było przed wojną chleba ile chcąc, a do tego smacznego chleba jeszcze zawsze coś musiało być, masło się nie liczyło. Boże, a bułeczka z masłem! Często przypominają się przysmaki z czasów dziecinnych, znakomita moskiewska chałwa, pierniki miętowe, „postrzyj sachar” kolorowy, jakież to były smaczne. A Filipińskie pierożki, obwarzanki z makiem, chleb-sitny z rodzynkami, a pączki, które Mama po mistrzowsku robiła! Łom czekoladowy, który przynosiła nam do mieszkania jakaś kobieta – czarna czekolada z białym nadzieniem. A mrożone jabłka – „peзaнь”. A „нышки” – przepysznie zrumienione racuszki, pulchne jak poduszeczki, które sprzedawały się pod Sucharewą basznią, a których nigdy nie jadłam, bo były smażone na oleju i Mama nigdy nie kupowała ich, ale wyglądały tak apetycznie przyprószone cukrem-pudrem. Ach ileż to było dobrych i względnie tanich rzeczy, ach, stanowczo za mało jedliśmy czekolady, ciastek i gogielów-mogielów! Czy człowiek myślał, że będzie przeżywać drugą wojnę, jeszcze tak okropną i okrutną, czy dożyje się do czegoś lepszego? Znów myśli prawie wyłącznie o jedzeniu. Jak trudno jest to nam przetrwać, o ileż ciężej młodym! A może młodym i łatwiej, bo mają duży zapas sił życiodajnych.
31. I.
A jakież to smakowite były „słojaszki” – maślane, kruche, rumiane, najsmaczniejsze u Czujewa w Moskwie. Nie jadłam potem nigdzie takich. W ogóle pieczywo warszawskie nie umyło się do rosyjskich „sajek”, bułek francuskich, obwarzanków, kołaczy. Kołacz, to przecież woda i mąka, a jaki smak, z kiełbasą „czajną” – język połknąć! Ech! Zostały tylko sny i wspomnienia!
8. II.
Mróz trzyma. Usilnie jemy kartofle. i wciąż jarzyny, bardzo rzadko coś z mąki, czasem minimalną ilość mięsa – ze 20 deka na 5 osób, kasz prawie nie jemy, albo też jako domieszkę 10-cio dekową. …
10. II.
Upragniony dzień nadszedł – przydział miesięczny cukierków po 15 dkg na nas. Chociaż twardziuchy patokowe, ale z przyjemnością gryziemy. Przed kilku dniami otrzymaliśmy paczkę od Mroczkiewiczowej z mąką tak białą i śliczną, jakiej dawno już nie oglądały nasze oczy. … Dziś śliczny dzień zimowy, chociaż bez słońca, ale cichy przy -4°, lekki szron i puchaty głębokim świeżo spadłym śniegiem.
12. II.
Po paru dniach ocieplenia znów mrozek -7°, wiatr ostry, ale słoneczny śliczny dzień, gdy otworzyłam okno, do pokoju sypnął brylantowy pył. Unosi się z drzew i dachów i iskrzy się w powietrzu brylantowymi połyskami. Słoneczko już grzeje.
13 II.
Byłam z rana u d-ra Jokiel w ambulatorium Dzieciątka Jezus. Nowotworu nie stwierdził. Więc cieszę się, że jeszcze pożyję. Druga rzecz przyjemna, że wyjaśniła się przyczyna okropnego przygnębienia Kazika, co trwało parę dni i przyprawiało mnie o szalony niepokój. Nieporozumienia w szkole, które jakoś się za pomocą Julci wyjaśni. … Dziś -4°, pochmurno, porywisty wicher, na ulicach zaspy i duże sfery śniegu. Robi się straszna zawieja śnieżna. A wczoraj kupiłam pierwszą nowalijkę – pęczek szczypiorku.
…
24 II.
A dziś wiosna. Roztopy. Z pod samochodów szaleńczo pędzących pryskają czarne fontanny błota. Ptaszki krzyczą. Niemcy też. Oprócz tego pukają, latają. Przetrwaliśmy jeszcze jedną zimę. Zaprawdę człowiek dużo znieść może. Są ludzie, co 3-cią zimę nie opalają wcale mieszkania! W roku zeszłym mieliśmy w pożywieniu przewagę mąki. Wprost mdliło już od tych klusek, marzyliśmy o kartoflach, których prawie nie było. Ten rok upływa pod znakiem jarzyn, zjadamy brukwi, kapusty, buraków ilości niepomierne, już gotuję w największym rondlu, chodzimy napęczniali i rozdęci, wzdychamy do mąki, klusek, zacierek, placków, chociażby na oleju. …

1943

21/I
Jeszcze palą! A tymczasem pocieplało – 0°. Z ulgą odrywam kartki kalendarza. Dzień minął, liczy człowiek dnie i minuty, odchodzące w wieczność, z radością stwierdza, że czas jednak leci jak zawsze, może jeszcze prędzej… dusza wyrywa się naprzód, tymczasem kto wie, co nas jeszcze czeka… ufajmy jednak, że dobrniemy szczęśliwie do końca wojny, czyż mało nacierpieliśmy się w czasie tamtej wojny? Gaweł przychodzi codzień przegrywać swoje kompozycje.
24/I
Wczoraj było +4°, padał deszcz, dziś 0°, śnieg zszedł z ziemi, a z nieba pada.
3 dni gościliśmy u siebie p. Bocheńskiego***, bo był zjazd geologów w Instytucie.
26/I
-13° R. W nocy o 12-tej niańka, Kazik, a potem Staś posłyszeli dźwięk jak gdyby alarmowy, powstawaliśmy, poubieraliśmy się, ale nic nie zamącało ciszy księżycowej jasnej nocy. Może to był pociąg? Cudny słoneczny dzień, ale mróz z wiatrem. W kuchni szyby od wewnątrz pokryte grubo lodem w cudny deseń liściasty. Okazuje się alarm był rzeczywiście, a odwołanie było o 3-ciej, a my już spaliśmy.
27/I
Dziś w nocy o 12-tej i pół znowu był alarm. Wyszliśmy na schody, gdzie zgrupowała się część ludzi. Julcię ledwo wyciągnęliśmy z łóżka. Słychać było szum pociągu i samochodów, które latały jak oszalałe, więcej nic, koło 2-giej odwołanie. Alarm się zaczął, gdy piekłam tort, który musiałam dopiekać już po odwołaniu. O 8-ej wiecz. Julcia poszła na przyjęcie u B. Była też Ż. Jakoby było wesoło. Była nawet śliwowica i czarna kawa. Julcia zaniosła kanapki z sałatką chlebowe i z bułki smarowane pastą śledziową (ze stynek) i kilka kawałeczków (10) torciku alarmowego. Ż. dała masło na chleb. Uczta trwała do 12-tej w nocy.
28/I
-4° R. Był Zdziś, zaprosił Julcię i Kazika na niedzielę – wieczór młodych panien i starych kawalerów.
2/II
+3°. W południe +13°. Widok wiosenny, ale wiosną jeszcze nie pachnie. Kazik zaczął chodzić do dentystki.
3/II
+2. Pogoda zgniła. Mgła. Gaweł przychodzi grać. Gra ładnie, miękko, po kobiecemu. Robi jakieś przeróbki.
4/II
Pogrzeb Karasińskiego. Staś i ja z Julcią byliśmy na Powązkach. Cmentarz tonął we mgle. Tym jaskrawiej uwydatniały się wieńce z jedliny i jaskrawiły się kwiaty. Oglądaliśmy część cmentarza, poharataną przez bomby w czasie nalotu 20 sierpnia, potrzaskane pomniki, podziurawione sklepienia od lochów, wewnątrz zmurszałe trumny.
…
7/II
Przedwiośnie.
8/II
Z rana zima. 0° R. Polatuje śnieg. Biało. Po południu rozsłoneczniło się. Dość silny wiatr zachodni pędzi po niebieskiem niebie białe obłoki. Chmury wiosenne, podświetlone słońcem. Gaweł nastraja fortepjan.
9/II
-2° z rana. Śliczna słoneczna pogoda. +9° na słońcu. Wróble świergoczą.
10/II
Prof. Br. znowu zapowiedział, że węgla ma tylko na miesiąc i za 2 dni przestaje opalać. Tymczasem dziś przywieźli węgiel i pali się na potęgę. Już chyba wielkich mrozów nie będzie, już strach zimowy przeszedł! Ale ile jeszcze innych zostało! Niepokój, głód, bomby… Z rana -3°.
11/II
Znowu 0°. Wiosennie.
12/II
Pogoda wisielcza, deszcz, wiatr. Za oknem coś stuka, szura, trzaska, prawdopodobnie gałęzie, z wielkim hałasem przejeżdża tramwaj. Jest 11-ta wieczorem. Kto jedzie teraz?
13/II
Zrobiła się straszna zawierucha śnieżna, a potem ślicznie słonecznie. Od dziś można tylko do 7-mej chodzić po ulicy.
…
22/II
Śpię dorywczo, kiedy się da. W dzień, o 9-tej wiecz., potem wstaję o 11-tej, lub koło 1-szej, siedzę do 2-giej it.p., a to wszystko z obawy przed nalotami. Żyje się tylko nadzieją, że ta wojna już prędko się skończy, bo już naprawdę trudno wytrzymać. Zapasy nasze kończą się, pieniędzy nie mamy. Wszystko drożeje, słonina i masło na rynku 200 zł., mąka biała – 36, bochenek kartkowego chleba 17 zł. Jak żyć? Jednak jak się daje obserwować na ulicy – ludzie lepiej wyglądają niż pierwszych lat wojny. Przyzwyczaili się do braków, niewygód, przystosowali się do ciężkich warunków, zahartowali się w twardej walce o byt. …

1944

10/I
Kazik był dwa razy dziś rewidowany na ulicy z podnoszeniem rąk do góry. Wrócił zadowolony i uszczęśliwiony, mówił, że było przyjemnie. Wszystko jest dobre, co się dobrze kończy… Wieczorem przyszła Bożenka, kręcili z Kazikiem patefon, tańczyli.
23/I
Pojechałam do Anina. Zupełnie przedwiośnie. Jeziora i błota, ale na chodnikach już sucho.
24/I
Chlebny bochen rozmoczyliśmy z wodzie i obsuszyliśmy w piecu. Zmiękł i jest zdatny do jedzenia.
26/I
Ślaski przyniósł dziś Julci śliczny liliowy krokusik w złotym koszyczku z białymi wstążkami. Szaleństwo! Ten człowiek chyba z głodu umrze. Przecież to kosztuje bardzo wiele teraz. Z 50 złotych!
…
30/I
Jeździłam do Polci. Utraktowała mnie wspaniałymi naleśnikami z mięsem, przesiąkniętymi tłuszczem i z chrupiącą skórką. Pomagałam jej robić ciastka, których sporo dała mi do domu, a także mąki.
31/I
Przed kilku laty klęczałam przed srebrną trumną, zawierającą szczątki św. Andrzeja Boboli w kaplicy jezuickiej przy ul. Rakowieckiej. Całą swą duszą prosiłam Męczennika o łaskę odwrócenia od Julci marnego losu, który miał przypaść jej w udziale. Jarzyły się świece… Mgiełka kadzidlana i świeże tchnienie kwiatów unosiły się w powietrzu. Pomyślałam, że żądam może nieopatrznie, więc się ukorzyłam „Boże, nie moja, lecz Twoja niech się stanie Wola, zrób tak, jak będzie lepiej dla Julci” (chodziło prawdopodobnie o kolejnego adoratora córki Julii, i zatroskanie o nią autorki, przyp. mój AR)
… Patrz z Twych odwiecznej przybytków światłości
Nam serce w bólu, we łzach oko tonie…
W naszym ucisku, niedoli, potrzebie,
Bądź nam Bobolo opiekunem w niebie…
Ten żółty sznureczek leżał przez chwilę na trumience św. Boboli i był poświęcony razem z medalikami.
3/II
-3° R. Noc upłynęła przed pełnią księżycową, do 12-tej było jasno jak w dzień, potem się zachmurzyło i dopiero nad ranem znów wylazł księżyc. Położyłam się spać o 2-giej, a wstałam o wpół do 5-tej. Takie niedosypianie dawniej było by nie do pomyślenia, jedną nieprzespaną noc odsypiałam w ciągu tygodnia. Do wszystkiego człowiek może się przyzwyczaić. …
20/II
-7° mrozu (R). Księżyc wschodzi już małym rąbkiem nad ranem, świeci jaskrawie. Odniosłam Baniewiczowej fartuch. W domu zmartwienie – nie ma skwarek do kartofli, Piotrowska jeszcze dotąd nie wróciła ze słoniną. Odwijamy paczkę, którą mi dała Baniewiczowa i o radości! W niej – 70 dk. słoniny! Kakuszki i kilka kawałków smacznego ciasta. Julcia w czasie mojej nieobecności przyjmowała Lunię i Gawła. W domu nic oprócz chleba i sera nie było. Gaweł skoczył i przyniósł wódkę, 5 dkg boczku i herbatników.
21/II
Wiatr zmienia kierunek wyraźnie na zachodni. Mglisto, koło -5° R, niebo brudno-szare z odcieniem żółtym. Prawie cicho.
23/II
Gdzieś, kiedyś wyczytałam, że ucieczką od teraźniejszości są wspomnienia przeszłości, praca i… miłość. To prawda. Ludzie intensywniej pracują, intensywniej się kochają (aż dziw ile ślubów i ile się rodzi dzieci, jak gdyby przyroda starała się uzupełnić potworne straty tej wojny) a my starzy oprócz pracy dajemy się unosić od rzeczywistości wspomnieniom, które napastują nas na każdym kroku…
24/II
Mieliśmy stracha. Dobrze, że wszyscy byli w domu. O 3-ej w dzień alarm. Dzień pochmurny. Wszyscy zeszli do schronu. Trwało do 4-ej.
25/II
W nocy alarm od 1-szej do 3-ciej. Jest to męczące.
26/II
Umarła ciocia Misia. Koniec udręki dla Niej samej i dla otaczających. Człowiek powinien umierać, gdy już nic z siebie dać nie może, a coraz więcej potrzebuje starań i pielęgnacji od innych, gdy staje się ciężarem dla swoich bliskich, a tym bardziej dla obcych. Ciociu Misiu, jesteś już wolna. Nic już nie zamąci Twego spokoju, odpoczywasz po swojem ciężkim, bezradosnym życiu. Wciąż szukałaś serca, które by zgodnie biło z Twojem… nie znalazłaś.
27/II
Wieczorem były jakieś ćwiczenia naboi ostrych. Latały czerwone kule rozrywające się w powietrzu. Były wstrząsy i huki, aż szyby drżały. W ogóle co dzień słyszymy wybuchy mniej lub więcej silne, to rozwalają domy w ghetto.
_________________________________
* syn Kazimierz (1922-1944)
** córka Julia (1915-1970)
*** Stanisław Tyszkiewicz, kuzyn Hrebnickich https://pl.wikipedia.org/wiki/Stanisław_Tyszkiewicz
*** Tadeusz Bocheński (1901-1958) – polski geolog i paleontolog, profesor Akademii Górniczo-Hutniczej.