Reblog d. przedruk: Zielonka

Dziś, 8 grudnia, odbywa się w Zielonce prezentacja trzeciego numeru Zeszytów Zielonkowskich. Tym razem jest to książka wspomnieniowa naszej blogowej Mirki…

Publikuję tu dwa pierwsze rozdziały tej książki, z dumą podkreślając, że to dzięki moim i naszym blogom Ciocia zaczęła pisać i debiutuje teraz w pięknym wieku 87 lat! Ale jesteśmy wszyscy dumni! Pękamy z dumy!

biala-apaszka

Janina Kowalska

WOJNA

O Zielonce

W moich wspomnieniach okupacyjnych będzie się często przewijała nazwa Zielonka. Muszę wyjaśnić, co to za miejsce i jak się tam znalazła moja rodzina wraz ze mną. A, że zawsze piszę o historii, to i od niej zacznę.

Na rozstaju dróg, jakieś 10 km od Warszawy na północny wschód, stała w XIX wieku karczma, a że stała wśród lasów i pól, nazwano ja Zielonka – Karczma Zielonka. Z czasem powstały wokół karczmy inne zabudowania, bo ziemia była żyzna, co na Mazowszu nie często się spotykało i tak powstała osada, biorąc nazwę od karczmy.

Żyzna ziemia wzięła się stąd, że okolica jest podzielona na wyżynę, którą jest moreną czołową i piaszczystą wydmą, a u “stóp” takiej moreny rozciąga się dolina z żyzną ziemią, czasami podmokłą, z licznymi źródłami wspaniałej wody, czarnoziemem po bagiennym, torfowiskami i polami gliny – nazywa się to Równina Wołomińska.

Torfowiska dawały torf do ogrzewania domów, a glina nadawała się do wyrobu i wypalania cegły. Nic więc dziwnego, że Zielonka szybko sie rozrastała. W okresie międzywojennym liczyła ponad 10 tys. mieszkańców i stała się miejscowością letniskową dla spragnionych świeżego powietrza warszawiaków. Pobudowano domy o kilku kondygnacjach podzielonych na mieszkania i wynajmowano je letnikom.

Przez Zielonkę płynęła nieduża, ale czysta i ciepła rzeka Długa, miejscami płytka, miejscami głęboka, doskonała do kąpieli. Rzeka uchodzi do Kanału Żerańskiego, a wraz z nim do Wisły.

Jak moja rodzina znalazła lokum właśnie w Zielonce zaraz tu opiszę, ale i tu mały wtręt historyczny.

Rodzina, nazwijmy ją W, i rodzina, nazwijmy ją C, miała dwóch dorosłych synów, którzy zapałali do siebie miłością. Miłością bardzo mało zrozumiałą na początku XX wieku. Co poróżniło obu tych panów nie wiadomo, dość, że pewnego dnia znaleziono ich w mieszkaniu martwych z ranami postrzałowymi głów. Przewód sądowy orzekł, że W zabił C i sam popełnił samobójstwo.

Rodzina C była biedna. Matka była wdową i miała jeszcze trzy córki, z których najmłodsza była w początkowych klasach szkoły. Jedynym żywicielem rodziny był syn, zabity przez swojego przyjaciela. Sąd orzekł, że rodzina W musi zabezpieczyć byt rodzinie C. Rodzina W była zamożna i w ramach rekompensaty za śmierć jedynego żywiciela, ofiarowała rodzinie C dom w Zielonce pod Warszawą. Rodzina C wynajęła go i z czynszu się przez jakiś czas utrzymywała. Wkrótce dwie starsze siostry zaczęły pracować i rodzina pomyślała o przeniesieniu się do Zielonki. Sprawę przyśpieszyły zaręczyny starszej z sióstr, a narzeczonym i wkrótce mężem, był brat mojej Mamy. Tak rozpoczęły się nasze związki z Zielonką.

Jako dziecko byłam bardzo chorowita i po jakiejś ciężkiej chorobie zwołane konsylium lekarskie orzekło, że dla ratowania zdrowia dziecka i hartowania go, należy wyprowadzić się z zakurzonej i dusznej Warszawy i przenieść się na stałe gdzieś, gdzie będzie świeże powietrze, las i czysta woda. Wybór moich Rodziców padł na Zielonkę, gdzie mieszkał już brat mojej Mamy z rodziną. On to znalazł nam ładne słoneczne mieszkanie i tak zamieszkaliśmy wśród zielonkowskich lasów nad rzeką. Tu poszłam do przedszkola, tu zaczęłam szkołę i tu mieszkałam całą okupację niemiecką.

Torf

W Zielonce, w jej części wyżynnej, na morenowej wydmie była tak zwana Kolonia Kolejarska. Dyrekcja Kolei okręgu Warszawskiego (nie jestem pewna nazwy) zakupiła od gminy pewien teren, podzieliła go na działki i po niższej cenie sprzedawała je swoim pracownikom z przeznaczeniem na budowę domków jednorodzinnych. Teren był częściowo zalesiony i piaszczysty. Nie wiem czy kolej pomagała i jak przy budowie domów, ale w roku 1932, kiedy my zamieszkaliśmy w Zielonce Kolonia była już zabudowana i tętniła życiem.

Poniżej tej kolonii był spore torfowisko, które podzielono na małe działeczki i każdy właściciel domu na kolonii miał swoje miejsce na torfowisku z pozwoleniem na eksploatacje torfu. Przed wojna nikt się tym torfowiskiem nie interesował, mieszkańcy palili w piecach węglem. Węgla starczyło jeszcze na ostrą zimę 1939/40 r., ale od wiosny na torfowisku rozpoczął sie ruch. Sznurkami zostały wygrodzone poszczególne działki i właściciele ich rozpoczęli przygotowania do eksploatacji.

Teren był zarośnięty różnymi dzikimi krzaczkami, które trzeba było wykarczować, aby kopać torf. Rodzice moi mieli na Kolonii Kolejarskiej znajomych, którzy byli już ludźmi starszymi i na kopanie torfu nie mieli siły zaproponowali, więc żebyśmy kopali ich torf i podzieli się z nami po połowie. Przystaliśmy na taką propozycje, ustalono że torf będzie odwożony na ich posesję, tam ułożony w pryzmy do suszenia. Połowę wysuszonego torfu zabieraliśmy do naszej piwnicy.

Ojciec z powierzchni torfowiska usunął wszystkie krzaki razem z korzeniami, które porąbane też się nadawały do spalenia. Całe lato roku 1940 (4 – 5 dni w tygodniu) obie z Mamą kopałyśmy torf łopatami, tworząc kawałki podobne kształtem i wielkością do cegły, a Ojciec taczką odwoził “urobek” na miejsce składowania i suszenia.

Wożenie było ciężką pracą, bo droga od torfowiska biegła częściowo pod górę. Samo kopanie nie było bardzo ciężkie, trzeba było tylko wyrobić sobie sposób kopania i formowania, torf jest lżejszy od ziemi. Trudność sprawiała nam woda podskórna, która po wykopaniu torfu podchodziła na wolne miejsca. Pracowałyśmy w kaloszach i rękawiczkach.

Potrzeba jest matką wynalazku, Ojciec chcąc ulżyć ciężkiej pracy wożenia taczka, wyciągnął z piwnicy stary rower i dwa kotły do gotowania bielizny (dziś już zupełnie nie znane naczynia), przymocował je grubym drutem z obu stron roweru, w kotły kładł cegły torfowe i tak prowadził rower, odpadło mu dźwiganie taczki. Z wodą, która zalewała torfowisko był kłopot, ale w ciepłe, letnie dni woda szybko parowała i wsiąkała w grunt, należało tylko zawiesić pracę na 2 – 3 dni i już wody nie było. Kopaliśmy tak przez letnie miesiące od lata 1940 do 1943, kiedy to złoże się wyczerpało.

W czasie wojennych zim mieszkaliśmy zawsze w jednym pokoju, gdzie stawiało się tak zwaną kozę która ogrzewała pokój i w której paliliśmy własnoręcznie wykopanym torfem, na kozie też gotowało się posiłki. W pozostałych pomieszczeniach mieszkania suszył sie torf z jesiennego kopania. Cała Zielonka paliła torfem, bo takich torfowisk było kilka, a z kominów leciał dym o charakterystycznym zapachu.

Muzeum kotów

Ewa Maria Slaska (tekst), Maria Gast Ciechomska (zdjęcia)

Poszłyśmy do Muzeum Kotów, miało więc być o muzeum kotów, ale gdy siadłam do pisania przypomniało mi się nagle Muzeum Psów, dość niemiła ale świetna książka Jonathana Carolla, którą czytałam wiele lat temu w wydaniu Rebisu i tłumaczeniu Pawła Kwiatkowskiego. Wydawnictwo dołączyło do książki taki tekst:

Harry Radcliffe, sławny i błyskotliwy architekt, bez skrupułów wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję i każdą piękną kobietę. Podejmuje się nawet zaprojektowania Muzeum… Psów, na które sułtan Saru, obawiający się zamachu na swoje życie, chce wydać miliard dolarów, by się zapisać w pamięci potomnych.

Ciekawe, wydawało mi się, że akcja powieści rozgrywa się przede wszystkim w rozmowach projektanta muzeum z synem zleceniodawcy. A że facet jest bez skrupułów, nie wiem, nie pamiętam… Chyba przede wszystkim pamiętam puste spalone słońcem górskie krajobrazy, gdzie w jakiejś rozpadlinie powstanie muzeum… W gruncie rzeczy nic nie pamiętam. A mimo to wiem, że była to świetna książka. Niespokojna.

Muzeum kotów mieści się w spokojnej mieszczańskiej dzielnicy Berlina, w spokojnej mieszczańskiej kamienicy i nie ma w nim, na szczęście, nic demonicznego… Przeciwnie – jest Helmut Glantz, miły starszy pan, który od ponad 40 lat zbiera wszystko o kotach – figurki, obrazki, porcelanę, przedmioty codziennego użytku i wyszukane obiekty kolekcjonerskie. Masową produkcję pamiętkarską i cenne unikaty. A zaczęło się wszystko od małego białego kotka, kupionego za kilka marek przez ucznia ze szkoły średniej… Teraz koty zajęły całe mieszkanie, kurator i jego rodzina (teraz już tylko żona, dzieci poszły na swoje) oraz, oczywiście, koty zajmują inne mieszkanie w tej samej kamienicy. Tu nie ma miejsca dla żywych, tu rządzą koty uprzedmiotowione. Ale jak!

Katzenmuseum
Über 30 Jahre sammelten Katzenliebhaber Helmut Glantz und seine Frau alles, was mit Katzen zu tun hat. Das Ergebnis dieser Leidenschaft macht er der interessierten Öffentlichkeit in Berlins einzigen Katzenmuseum zugänglich.

Tassen, Teppiche und Vasen mit Katzenmotiven, gestrickte Katzen, Katzen aus Holz, Spieluhren mit Katzen und über 1000 Katzen-Porzellanfiguren. Es gibt buchstäblich nichts, was nicht mit Glantz’ Lieblingsmotiv verziert wurde. Zusätzlich verfügt das in einer 3 Zimmer-Wohnung in Lichterfelde beheimatete Katzenmuseum über eine kleine Bibliothek mit Sachbüchern zur Katzenzucht und Pflege. Feste Öffnungszeiten gibt es nicht, die Besucher werden nur nach telefonischer Voranmeldung empfangen und durch das Museum geführt.

Adresse / Adres:
Luisenstraße 38
12209 Berlin
Telefon: (030) 772 51 49
Öffnungszeiten / godziny otwarcia: Besichtigung nur nach Terminvereinbarung möglich / trzeba się umówić
Eintrittspreise / Ceny: frei / bezpłatnie (Spenden willkommen, datki mile widziane)

Pro Patria 3

Andrzej Rejman

Profesor Makowski

Znalazłem w zbiorach rodzinnych kartkę pocztową wysłaną przez opiekunkę mojej mamy (ukochaną w rodzinie i nazywaną “Nianią”) – Jadwigę Łomską (zm. 1954). Kartka wysłana została tuż przed wybuchem wojny do moich dziadków przebywających z dziećmi na wakacjach na Wileńszczyźnie. Widoczny stempel z datą 4 sierpnia 1939 roku –

1_jadwiga_lomska_do_hrebnickich

odczytuję napis na stemplu:

“LUDZIE SĄ I PRACE LUDZKIE TAK SILNE I TAK POTĘŻNE, ŻE ŚMIERĆ PRZEZWYCIĘŻAJĄ I OBCUJĄ MIĘDZY NAMI” – Józef Piłsudski

Zwróciła moją uwagę siła tej myśli i zawarta w niej mądrość. Ludzie z pasją, ich niezłomność i konsekwencja tworzą w dużym stopniu wielkość i autorytet każdego kraju, przyczyniając się do jego przetrwania w trudnych momentach.

Warto wciąż mówić o autorytetach oraz o szacunku dla ludzi mozolnie realizujących swe pasje. W trudnych czasach bowiem wartości takie często cichną – przygniecione błyskawicami rewolucyjnych wydarzeń, walk i sporów.

Ostatnio znów częściej cytuje się Marszałka – autorytetu akceptowanego przez ludzi o różnych poglądach.

A więc niech ten przytoczony na wstępie cytat zainspiruje innych i pomoże zapanować nad kompleksami, nad niewiarą i głupotą, które w każdym społeczeństwie są przeszkodami, jednak do pokonania.

Przytaczam krótkie wspomnienie o profesorze Arnoldzie Makowskim, geologu, który był takim właśnie silnym człowiekiem z pasją. Uczonym, którego praca jest przykładem dla następnych pokoleń i wskazaniem, aby stale poszukiwać w sobie napędu i siły, starając się wbrew przeszkodom realizować swe marzenia.

2_arnold_makowski_i_st-_hrebnicki_lata_okupacji

(od prawej) Arnold Makowski i Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki podczas pracy w Instytucie Geologicznym w Warszawie. (prawdopodobnie wczesny okres okupacji, ze zbiorów rodzinnych)

ARNOLD MAKOWSKI 1876-1943

(autor: Stanisław Hrebnicki, na podstawie tekstu z początku lat 50)

Trudno jest pogodzić fakt śmierci z postacią profesora Arnolda
Sarjusz-Makowskiego, tak zawsze żywotnego, tak pełnego entuzjazmu
we wszystkich swoich poczynaniach.
Jego niezmierna pogoda ducha w ciężkich chwilach okupacji
i krzepiący optymizm zjednywały Mu serca tych, z którymi się bliżej
stykał.

Urodzony 11. XII. 1876 w Petersburgu, zmarł w Warszawie
10. IX. 1943.

Umierał w okresie pierwszych klęsk niemieckich i pierwszych
konkretnych oznak przedświtu wyzwolenia, którego był pewny
i o którym bezustannie myślał. Już obezwładniony przez ciężką chorobę
z największą niecierpliwością czekał na codzienny komunikat prasy
podziemnej, aby móc samemu prześledzić rozwój wojennych wydarzeń.

Odszedł w przededniu ziszczenia się swych najśmielszych marzeń:
granic polskich na Odrze i Nysie. I tu brak wśród nas prof. Arnolda
Sarjusz-Makowskiego daje się odczuć szczególnie dotkliwie.
Przesunięcie bowiem granicy na zachód włączyło w obszar Polski
niezmiernie bogate złoża węgla brunatnego, a tym samym wysunęło
nasz kraj na jedno z czołowych miejsc w Europie pod względem
wielkości zasobów tegoż węgla. W historii zaś badań geologicznych
kwestia węgla brunatnego związana jest niepodzielnie z nazwiskiem
Arnolda Sarjusz-Makowskiego.

Od początku swej działalności naukowej na terenie Polski,
A. Sarjusz-Makowski przejawiał szczególne zamiłowanie do tej dziedziny
wiedzy geologicznej. Z podziwu godnym pietyzmem i wytrwałością
gromadził najdrobniejsze wzmianki o charakterze i rozmieszczeniu
węgla brunatnego oraz o nowych odkryciach tej kopaliny.
Zwiedził i przebadał osobiście wszystkie dostępne złoża na terenie
Polski i był czynnym inicjatorem poszukiwań węgla brunatnego
prowadzonych wówczas przez Państwowy Instytut Geologiczny.

Nakładem wieloletniej uporczywej pracy zgromadził olbrzymi
materiał dotyczący tych złóż. W oparciu o powyższe dane rozpoczął
opracowywanie obszernej monografii poświęconej zagadnieniu węgli
brunatnych, która miała obrazować charakter, zasięg i rozprzestrzenienie
złóż, a wreszcie ich wartość przemysłową i zapasy. Dwa zeszyty
Atlasu «Węgle brunatne w Polsce» ukazały się w druku; paru następ­nych
prof. Sarjusz-Makowski już nie zdążył wydać, pozostawiając je
w stadium daleko posuniętego przygotowania. (—)

Drugim zagadnieniem, któremu prof. Arnlod Sarjusz-Makowski
poświęcił się z równym zapałem była geologia Polskiego Zagłębia
Węglowego. Zajął się nią już w pierwszych latach swego powrotu
ze Szwajcarii (1920) jako pracownik Państwowego Instytutu
Geologicznego.

Działalność naukowa prof. Arnolda Sarjusz-Makowskiego wiąże się ściśle z Państwowym Instytutem Geologicznym. Po ukończeniu bowiem studiów uniwersyteckich na wydziale matematyczno-przyrodniczym oraz w Instytucie Górniczym w Petersburgu (1908) i po pobycie na Uniwersytecie w Tybindze (1912-1914) a następnie w Zurychu (1914-1920) przyjeżdża do Polski.

Rozpoczął od ogólnego opisu budowy geologicznej Polskiego
Zagłębia Węglowego i obliczenia jego zasobów. W dalszym toku swej
pracy wykonuje szczegółowe zdjęcia geologiczne w skali 1:25.000
obszaru pszczyńskiego (Stary Bieruń i Lędziny) oraz obszaru rybnickiego
(Wodzisław i Gorzyczki). Na podstawie danych uzyskanych
z szeregu wierceń zarówno płytkich jak i głębokich analizuje szczegóły
tektoniki i stratygrafii karbonu produktywnego. (—)

Proponuje również nową nomenklaturę dla pokładów węgla.

Był jeszcze jeden dział pracy, dla którego prof. Sarjusz-Makowski
czuł głęboki sentyment, jako że była to praca związana
z zaraniem Jego działalności naukowej, kiedy to w 1915 r. jako młody
asystent Uniwersytetu w Zurychu zainteresował się rozwojem linii
zatokowych u amonitów. Zainteresowanie to przerodziło się w prawdziwą
pasję naukową i stało się bodźcem do rozpoczęcia metodycznych
badań, ze szczególnym uwzględnieniem rodzaju Macrocephalites:
badań mających posłużyć podstawą nowej klasyfikacji i nomenklatury
amonitów. Badania te traktował prof. Sarjusz-Makowski ze specjalnym
zamiłowaniem, zbierając podczas swych licznych wycieczek zagranicznych
obfity materiał naukowy.

Ponieważ jednak zajęcia w P. I. G. nie pozostawiały mu na nie
dość wolnego czasu, prof. Sarjusz-Makowski zaplanował, że z chwilą
pójścia na emeryturę zajmie się niepodzielnie zagadnieniem amonitów,
rozbuduje i pogłębi i tak już bardzo obszerne i wyczerpujące dzieło.

Zawierucha wojenna nie oszczędziła dorobku naukowego prof. Arnolda
Sariusz-Makowskiego, podobnie jak i dorobku tylu innych uczonych polskich.

W pierwszych dniach wojny 1939 r. prof. Sarjusz-Makowski
wysłał do Warszawy obszerny materiał dotyczący Polskiego Zagłębia
Węglowego. W zamieszaniu jakie wówczas panowało, bagaż zaginął.
Rozpaczliwie i uparcie szukał go prof. Sarjusz-Makowski przez parę
dni po rozmaitych dworcach kolejowych, narażając się na bombardowanie
i obstrzały, aż wreszcie udało Mu się natrafić na swoje skrzynie
ze zbiorami, wśród tysięcy innych porozrzucanych w nieładzie bagaży.
Przewiózł je do swego mieszkania i zabezpieczył, lecz w czasie oblężenia
miasta, dom Jego został zbombardowany, a materiały spłonęły łącznie
z rękopisem o makrocefalitach. Ten sam los spotkał materiały prof.
Sarjusz-Makowskiego przechowywane w gmachu Wolnej Wszechnicy.

Polskiej geologii stała się krzywda, że ubył przedwcześnie, na
skutek ciężkich przejść wojennych*, naukowiec tak głęboko rzetelny,
tak sumienny i tak bez reszty oddany swemu zawodowi, jakim był
prof. Arnold Sarjusz-Makowski.

(źródło: https://geojournals.pgi.gov.pl/asgp/article/view/11014/9505)

__________

Krótka wzmianka Małgorzaty Hrebnickiej o Arnoldzie Makowskim z dzienników okupacyjnych:

1943 wrzesień

Wieczorem byliśmy z Pciólkiem (mąż, St. Doktorowicz-Hrebnicki, przyp. mój, AR) u p.p. Makowskich. Pan Makowski zmieniony okropnie, dni jego są policzone. Smutne to! Może nie doczeka końca wojny.

10/IX

Przed chwilą otrzymaliśmy wiadomość o śmierci p. Makowskiego. Umarł dziś w nocy w czasie alarmu. Biedny Mak skoszony przed końcem wojny. Nie doczekał się! A jednak Maksio wyzwolił się już od wszystkich mąk cielesnych i duchowych.

13/IX

Byłam na pogrzebie Maksia. Cudowny dzień jesienny, grób zasypany kwiatami – jeden olbrzymi wieniec od kolegów-górników z różowych gladiolusów, drugi biały, reszta – drobne wiązanki. Przemawiał serdecznie pastor.

(Małgorzata Hrebnicka, Dzienniki Czasu Wojny 1939-1944, rękopis, w zbiorach rodzinnych)

_________

* “Wikipedia” uzupełnia – …podczas okupacji prof. Makowski był nadal zatrudniony jako geolog w przejętym przez Niemców Instytucie, prowadząc Archiwum Map i Rękopisów. (…) Ciężkie warunki życia i szykany ówczesnego dyrektora Instytutu (zarządcy okupacyjnemu P.I.G.-u, przyp. mój, AR) prof. R. Brinkmanna doprowadziły do jego ciężkiej choroby serca i śmierci…

3_grob_niani_jadwigi_lomskiej_w_warszawieGrób Jadwigi Łomskiej-“Niani”, Powązki, Warszawa; bez “Niani” nie byłoby pewnie tego wspomnienia…

PS EMS: Dla tych, co mogliby nie wiedzieć – tak wygląda amonit:

Reblog: Rola rurek

Z nader nieregularnej serii pt. Śniadania literackie – przez wiele tygodni nie było śniadań w ogóle, a tu zaledwie tydzień temu był Żeromski, a dziś Juliczka. Znakomicie dobrane towarzystwo!

Julita Bielak

Czas w każdej rodzinie odmienia role.

– Jak zjesz, Kiri, to mam coś dla Ciebie.
– O, co takiego, nie widzę. Parówka? I serek, i parówka na kolację to za dużo. W moim wieku kolacji w ogóle nie powinno się jeść, przecież mam 96 lat, znasz porzekadło o kolacji i wrogu. Sam serek, ileż to kalorii! Wystarczyłaby bułeczka, potem tylko śnią się złe sny. Kolacja w rzeczy samej…
– Mamo, to nie parówka, to rurka z kremem.
– Rurka? Ze śmietanowym kremikiem? Francuska krucha? Posypana grubym cukrem? Waniliowa? Z kremikiem! …gdzie masz ten serek?

Taka to bajka, lepsza, niż “Pchła Szachrajka” Jana Brzechwy:

Pchły ciastkami zwykle gardzą,
Nasza zaś lubiła bardzo
Tartoletki, papatacze,
Ptysie, bezy i sękacze,
Rurki z kremem, tort z wiśniami
I babeczki z malinami. /…/
Dzisiaj rurki z kremem zjem,
Bo ogromnie lubię krem.
Proszę podać ze trzydzieści,
Stolik więcej nie pomieści!

Bajka rodem z “Postrzyżyn” Bohumila Hrabala: “W cukierni poprosiłam, aby pan Nawratil zapakował mi cztery rurki z kremem, a jedną od razu wzięłam do ręki, pochyliłam się do przodu, aby francuskie ciasto nie spadło mi na bluzeczkę, i jak tylko włożyłam rurkę z kremem do ust, natychmiast usłyszałam głos Francina, że przyzwoita kobieta tak rurek z kremem nie je, a pan Nawratil uśmiechał się ostrożnie, bo nie miał zębów, stałam na tle wystawy, a pan Nawratil podał mi paczuszkę przewiązaną niebieskim sznureczkiem, zapłaciłam, pan Nawratil otworzył mi drzwi i zanim ruszyłam, pomógł mi przytrzymując włosy, biegł kawałek za mną, dopóki włosów nie uniósł prąd powietrza, pedałowałam ile sił w nogach, jedną ręką kierowałam, a na palcu drugiej trzymałam tę słodką paczuszkę/…/”.

Tylko w “Śniadaniu u Tiffany’ego” śniadanie nie ujawnia się wcale, najsławniejsze literackie śniadanie na stronach powieści nie występuje, przewrotny, nieprzewidywalny, piekielnie inteligentny Truman Capote. Jedynie na filmie Holly wysiada z taksówki przed słynną witryną jubilersko-luksusowej legendy na Piątej Alei z kubkiem kawy i papierową torebką kryjącą bajgla. W książce Holly śniadania nie jadła, nie umiała też gotować, była mistrzynią uwodzenia i niech tak zostanie.

EMS: Siostra moja, Katarzyna Krenz, która wraz z Julitą napisała powieść Księżyc myśliwych, skomentowała ten wpis zdjęciem wymienianych przez Brzechwę papataczy. Zaskoczyła tym i Julitę i mnie, bo myślałyśmy, że Brzechwa sobie te papatacze wymyślił…


Gdy to tak właśnie skometowałyśmy, dodała link do blogu z przepisami tradycyjnymi; to przepis z 1895 roku z Kucharza Warszawskiego: Drożdżowe zawijańce z cynamonem i rodzynkami

Dwie kwarty letniego mleka, trochę soli, 10 łutów drożdży rozbić z mąką i zostawić w cieple, aby się ciasto podniosło. Gdy z wierzchu ciasto popęka, wlać 20 żółtek ubitych do białości z 2 szklankami cukru, wybijać dobrze, wlać pianę z ubitych białek, dodać tyle mąki aby ciasto było gęste jak na bułki, w końcu wlać 3 szklanki topionego masła, trochę cytrynowej skórki, gorzkich migdalów i wybijać ciasto dopóki od rąk odchodzić nie będzie. Wtedy przykryć i zostawić w cieple żeby podrosło […]

Papatacze urządzają się z tego samego ciasta następującym sposobem: wziąść kawałek ciasta, rozwałkować na stolnicy na cienki placek, posmarować sklarowanem masłem, posypać czarnemi rodzenkami zmieszanymi z cukrem i cynamonem. Zwinąć placek szczelnie w trąbkę i krajać z niego kawałki na 2 palce szerokie, które układać na blasze, posmarować jajkiem, posypać cukrem z cynamonem i wstawić do pieca.

Dzień Górnika

Roman Brodowski

Jak to dobrze, że w tym roku dzień św. Barbary wypada w niedzielę. Co prawda od ponad trzydziestu lat, czyli od wyjazdu z kraju, z górnictwem łączą mnie tylko wspomnienia i sentyment do tamtych młodzieńczych chwil spędzonych w kopalnianych czeluściach, ale mimo to zawsze czuję, że jest to moje, także moje święto. Dzień Górnika przypomina mi nie tylko o mojej odległej już przeszłości, o czasie spędzonym w przykopalnianej szkole górniczej oraz technikum, ale przede wszystkim o ludziach, którzy w tamtym okresie towarzyszyli mi w codziennym życiu. Przypomina mi o spędzonych pod powierzchnią ziemi trzydziestu dziewięciu miesiącach ciężkiej, ale jakże interesującej roboty. To właśnie tam rodził się we mnie szacunek do odpowiedzialności za siebie i innych, szacunek do pracy, szacunek do drugiego człowieka. Moja prawdziwa lekcja życia, a tak nazywam czas spędzony pod ziemią, nauczyła mnie postrzegania innych nie przez pryzmat wykonywanej przez nich pracy, ich wykształcenia i obyczajowości, ale przez to jacy są pod zewnętrzną powłoką swojego „jestestwa”. Większość ludzi, których wówczas poznałem, mowa tu o górnikach, to byli mężczyźni na zewnątrz gruboskórni, bez ogłady, często trywializujący otaczającą ich rzeczywistość, którzy tam pod ziemią byli prawdziwą wspólnotą, bractwem gotowym wspierać siebie nawzajem w każdej sytuacji. Byli prawdziwym symbolem tego, co kryje się pod filozoficznym terminem Homo sapiens, obrazem człowieczeństwa…, i to tego rozpoczynającego sie od wielkiego „C”.
Kto nie poczuł unoszącego się w powietrzu smaku człowieczego potu , zmieszanego z wszelkimi zapachami tego, co „mateńka ziemia” skrywa w swoim wnętrzu, kto nie zaznał „dobrodziejstwa” przebywania kilkaset metrów pod ziemią, w miejscu pozbawionym światła i wolnej przestrzeni, kto nie zobaczył trudu rąk wydobywających dla całego naszego społeczeństwa , polskiego „czarnego złota”, na którym od pokoleń opiera się nasza gospodarka, ten nie jest w stanie docenić i zrozumieć wyjątkowości specyfiki zawodu „Górnik”

„Dzień Górnika” – Barbórka – jest dla społeczności zajmującej się na co dzień tym, co kryje się pod wspólnym szyldem „ geologia”, ludzi wykonujących zawody mieszczące się w jej obszarze, dniem radości, zabawy i wdzięczności dla ich codziennego trudu.

Windą do dołu

Windą do dołu
W czeluść ziemi
Pionową drogą
W świat ciemności
W krainę piekieł
Nie do nieba
Po czarne złoto
Dla ojczyzny
Po kromkę
Razowego chleba.

Ciermiężna praca
Ponad siły
Ktoś przecież musi
Ją wykonać.
Tak tam na dole
Czeka pokład
A na powierzchni
Matka żona.

I tak codziennie
Nie dla chwały
Coraz odważniej
Coraz głębiej
Zjeżdżają ludzie,
Brać gòrnicza…
By w twardej skale
Dobyć węgiel
Węgiel potrzebny
Nam do życia.

Windą do dołu
Nie do nieba
Nie dla pochwały
I przestrzeni
Tylko dla siebie
I dla kraju
Dajemy skarby
Naszej ziemi.

Bytom 23.11. 1981

Dla mnie jednak dzień ten jest także dniem smutku i pamięci o tych, którzy w różnych okolicznościach, wykonując powierzone im zadanie, tragicznie od nas odeszli.

Osobiście byłem uczestnikiem jednej z wielu tragedii, kiedy to „natura” upomniała się o „daninę”

Było to 10 października 1979 roku w kopalni Dymitrow w Bytomiu, gdzie wówczas pracowałem.

Na drugiej zmianie, podczas wykonywania robót strzałowych nastąpił zapłon gazu, a po nim wybuch pyłu węglowego. Zginęło wówczas 34 górników. Ja miałem szczęście. Pracowałem na pierwszą zmianę. Niestety mój kolega, który podczas wybuchu znajdował się dokładnie w tym samym miejscu w którym dwie godziny wcześniej byłem ja, kilkaset metrów od epicentrum wybuchu, nie miał tego szczęścia. Podmuch był tak silny, że dotarł wraz z gorącym powietrzem i do niego. Rzucony na „ocios” doznał poparzenia, pęknięcia żeber i urazu głowy. Do pracy wrócił dopiero po kilku tygodniach. W wypadku zginęło jednak dwóch innych moich szkolnych kolegów.

Za wypadek obwiniono ekipę wykonującą roboty strzałowe, począwszy od strzałowego, a na sztygarze i nadsztygarze dozoru skończywszy. Prawda jednak była inna. O tym, że na dole, w wyrobisku, gdzie planowano odstrzał, stężenie gazu wielokrotnie przekraczało normy, nadzór techniczny, wraz z dyrektorem kopalni został poinformowany na dwie godziny przed tragicznym zdarzeniem. Niestety nikt nie podjął decyzji o przesunięciu planowanego odstrzału do czasu przewentylowania wyrobiska i zlikwidowania zagrożenia.

Moim zdaniem pogrążono tych, którzy stali się ofiarami błędnych decyzji, tych którzy zapłacili najwyższą cenę. Prawdziwi winowajcy, wraz z dyrektorem, którego po wypadku, przeniesiono na takie samo stanowisko do innej kopalni, doczekali sowitych emerytur.

Kilka dni po tej tragedii napisałem wiersz poświęcony ofiarom tamtego wydarzenia, tym których znałem, których codziennie witałem i którzy mnie witali naszym górniczym Szczęść Boże. Jest to jeden z tych wierszy, który zakwestionowała „cenzura”, gdy zaproponowano mi udział w projekcie „Życia Literackiego” jakim było wydanie antologii pisarzy młodego pokolenia.
Z projektu mnie wycofano, ale myślę, że bez tego wiersza byłbym w tamtym ich dziele co najmniej „niespełniony”.

Nie wolno milczeć

Właśnie wróciłem do domu
Po rannej szychcie, zmęczony,
Gdy usłyszałem głos syren
To kopalniane są dzwony

Te dzwony biją na trwoge,
Coś się wydarzyć musiało
Strach i niepewność, pytanie
Co tam na dole się stało?

Wrzuciłem kurtkę na plecy
Wybiegłem z domu spocony.
Słysząc koszmary po drodze ,
Wciąż te nieznośne dzwony

Nagle ujrzałem przy szybie
Ludzi stojących w bezruchu
Słowa złowieszcze szeptali.
Wybuch? – już po wybuchu?

Wybuch metanu i pyłu
Na tejże ścianie gdzie byłem.
Stamtąd o Boże drogi…,
Stamtąd niedawno wróciłem.

Liny szybowe jęknęły
Szola* ruszyła ku niebu
Wywożąc z piekła mych Braci
Ileż to będzie pogrzebów

Leżą przed szybem worki
A w każdym worku człowiek
Nikt ich nie liczy, nie pyta
Łzy słone płyną spod powiek

Wszyscy cierpliwie czekają .
W modlitwach rodzi się złość
Jak to się stało, dlaczego
Czy może zawinił ktoś

Nagle przerwano milczenie
Dyrektor z listy wyczytał.
Kto nie powróci do domu
Kogo nie będzie nikt witał

Znalem jednego z imienia
Niedawno z nim rozmawiałem
Był elektrykiem na zmianie.
Kolegą z klasy – płakałem

Nie miał lat jeszcze dwadziestu
Zaczynał spełniać marzenia …
A inni? Trzydziestu czterech
Dusze okryła ziemia.

Jakąż to cenę płacimy
By plan napięty wykonać
Cholerne normy, wymogi
A gdzie tu człowiek? Ma konać?

Nikt się nie liczy z górnikiem
Ważne sukcesy, wskaźniki
Byle z produkcją do przodu
A w skałach ofiar jęk, krzyki

Nigdy nie wolno zapomnieć
Na życie ceny wciąż nie ma
To co się stało źli, smuci
Pozostał tylko – Poemat

Bytom 20.12. 1978

* Szola – w śląskiej gwarze winda szybowa.

Dlaczego właśnie o tamtym wydarzeniu wspominam? Dlatego aby ci, dla których „górnik” znaczy tyle samo co „piekarz” – z pełnym szacunkiem dla tego zawodu – zrozumieli, że tym ludziom należy się szczególny szacunek, bo jak nikt inny codziennie narażają swoje życie, licząc na dobroć „matki natury” dla siebie, dla swoich rodzin, dla nas wszystkich.

PS. W chwili przygotowywania tego materiału do publikacji z kraju dobiegła do mnie informacja o kolejnej tragedii górniczej. Tym razem miało to miejsce w kopalni miedzi. Każdy dramat, każdy wypadek, w którym giną ludzie, dotyka najbliższych ofiar wypadku, ich rodziców, żony, dzieci, ale nie tylko. Widać to na przykładzie wspólnoty, którą zwykliśmy nazywać „górniczą bracią”. Właśnie w takich momentach górnicy, zwłaszcza ze środowiska bezpośrednio związanego z miejscem tragedii, jednocząc się w bólu, organizują wszelką pomoc, nie pozostawiają dotkniętych bezpośrednio dramatem, samym sobie. Stają się dla nich, zwłaszcza w tych najtrudniejszych chwilach, jedną, wielką rodziną.

To smutne, ale jak na ironię, najwięcej kopalnianych wypadków wydarza się w w dniach, tygodniach, poprzedzających „barbórkowe święto”.

Łącząc się z najbliższymi poległych górników w modltwie do św. Barbary, prośmy Ją o ukojenie smutku i otarcie łez tych, którzy dzisiaj płaczą, opiekę dla tych, którzy codziennie ryzykują swoje życie, dla bytu innych i przyjęcie tych którzy odeszli do grona swoich wiecznych przyjaciół.

„Niech się szczęści trud górniczy – Szczęść Boże”.

 

Festiwal piosenki natrętnej XI

Tomasz Fetzki

Heureux qui, comme Ulysses, czyli natręctwo na pierwszy dzień wolności

Viatorko, dziś pierwszy dzień Twojej odzyskanej wolności. Twardej – ale wolności. Gorzkiej – ale wolności.

Twardo bowiem i gorzko zostawić wszystko, co się przez lata tworzyło, wkładając w to całe serce i pół zdrowia. Lecz w niektórych miejscach, w określonych okolicznościach, a zwłaszcza z pewnymi ludźmi, zostawać nie warto, nie honor, nie należy. Nie można! Wymóg etyki. Ale też, by przywołać Poetę (czyli proroka), kwestia estetyki: potęga smaku i takie tam różne…

Po prostu:

Wolność jest cenniejsza niż poczucie bezpieczeństwa.

Godność znaczy więcej niż pieniądze – nie tylko zbywające, ale nawet te niezbędne.

Tak po prostu: wszyscy to wiedzą, ale mało kto ma odwagę według tego postępować. Viator nie jest pod tym względem pewien nawet samego siebie; nie wie, co by zrobił, gdyby przyszła chwila próby.

Ale Ty, Viatorko? Ty wiesz, że inaczej nie można, tak po prostu. Dlatego odchodzisz… na wolność. I jak Cię nie kochać ponad wszystko na świecie?

Nieszczęsny łeb Pielgrzyma świętuje ten pierwszy dzień wolności natrętnie brzmiącą pod czaszką piosenką; jakżeby inaczej, o wolności. Jedną z najpiękniejszych piosenek, jakie Wędrowiec zna. A skoro już się dzieli swymi natręctwami z Czytelnikiem, to wypadało by dodać o utworze kilka słów. Niezbędne minimum. Nie dlatego, by się erudycją (wątpliwej zresztą próby) popisywać, ale po to, aby konteksty rozjaśnić i bogactwo znaczeń przybliżyć.

Przeto, dla porządku: był sobie Joachim du Belleay, renesansowy poeta, członek grupy Plejady, jeden z odnowicieli języka francuskiego. Po kilkuletnim, rozczarowującym pobycie w Rzymie, czyli stolicy ówczesnego świata, napisał kunsztowny sonet, rozpoczynający się temi oto słowy (kunszt i wersyfikacja zaginęły, hélas!, w tłumaczeniu):

Szczęśliwy, kto jak Ulisses odbył wielką podróż
I zdobył w niej złote runo
A później powrócił, bogaty doświadczeniem i wiedzą
By przeżyć resztę lat pośród swych bliskich.

Heureux qui, comme Ulysse, a fait un beau voyage,
Ou comme cestuy-là qui conquit la toison,
Et puis est retourné, plein d’usage et raison,
Vivre entre ses parents le reste de son âge!

Wiersz ten Francuzi dobrze znają, stał się obiektem wielu odniesień oraz nawiązań. Jego parafrazą jest też piosenka, która natrętnie dręczy dziś Viatora. W roku 1970 powstał film Heureux, qui comme Ulysse (w Polsce znany jako Koń zwany Ulissesem). To ostatnia – ale jaka! – rola Fernandela. Zagrał starego Antonina, który przez 25 lat opiekował się koniem Ulissesem, a teraz ma swego towarzysza odstawić na korridę, gdzie, jako wierzchowca pikadorów, czeka go pewna śmierć. Antonin nie może – tak po prostu – tego zrobić i ucieka wraz z Ulissesem, aby, po wielu trudach i przeszkodach, wypuścić rumaka-seniora na wolność. W Camargue: krainie bezkresnych bagien i stawów, leżącej w delcie Rodanu, a zamieszkanej przez flamingi, półdzikie białe konie i czarne byczki (Viator tam był, widział, poleca gorąco). Ściskająca serce opowieść o wierności, przyjaźni i godności. Motywem przewodnim filmu jest właśnie ta piosenka: Henri Colpi, reżyser, napisał słowa, Georges Delerue skomponował muzykę, a zaśpiewał ją sam Georges Brassens. Strzał w dziesiątkę! Nikt nie zrobiłby tego lepiej. W ustach piewcy Wolności i Prowansji (urodzonego wszak, wychowanego i pochowanego w Sète – kilka kilometrów od lagun Camargue) ballada nabiera nowych, wyjątkowych znaczeń…

Ufff, i tyle! Krócej naprawdę się nie dało. A teraz już słuchaj Viatorko i słuchajcie wy wszyscy, którzyście tutaj trafili. Po krótkim wstępie, mieszczącym pieśń w krainie Oksytanii, rozpocznie się hymn. Hymn wolności na cześć pierwszego dnia wolności.

Szczęśliwy, kto jak Ulisses odbył wielką podróż
Szczęśliwy, kto jak Ulisses oglądał sto pejzaży
A później odnalazł, po wielu przejściach
Kraj zielonych lat

W uroczy letni poranek gdy słońce śpiewa ci w sercu
Wolność, wolność, jakże ona jest piękna!
Gdy lepiej ci tutaj, niż gdzieś indziej, gdy przyjaciel darzy cię szczęściem
Wolność, wolność, jakże ona jest piękna!

W słońcu i w wietrze, w deszczu i w pogodzie
Żyliśmy sobie zadowoleni: mój koń, ma Prowansja i ja
Mój koń, ma Prowansja i ja

Szczęśliwy, kto jak Ulisses odbył wielką podróż
Szczęśliwy, kto jak Ulisses oglądał sto pejzaży
A później odnalazł, po wielu przejściach
Kraj zielonych lat

W śliczny letni poranek, gdy słońce śpiewa ci w sercu
Wolność, wolność, jakże ona jest piękna!
Gdy nadchodzi kres nieszczęść, gdy przyjaciel obetrze twe łzy
Wolność, wolność, jakże ona jest piękna!

Spaleni słońcem, wysmagani wiatrem, zagubieni pośród stawów
Będziemy sobie żyć zadowoleni: mój koń, ma Camargue i ja
Mój koń, ma Camargue i ja.

Każdy ma własną Prowansję – niekoniecznie musi to być miejsce w przestrzeni. Viatorko! Odyseuszko Ty moja! Bądź szczęśliwa w swej Camargue. A towarzyszyć Ci tam będzie wierny koń, który z miłością kreśli te słowa.

Stuart 13

Eve

If you ain’t got two kids by 21, you’re probably gonna die alone
At least that’s what tradition told you.
And it don’t matter if you don’t believe, come Sunday morning you best be there
In the front row, like you’re s’posed to.

Jeżeli w wieku 21 lat nie masz dwójki dzieci, to prawdopodobnie umrzesz samotnie
Tego nauczyła cię tradycja
To nieważne, czy wierzysz czy nie wierzysz, w niedzielę rano przyjdziesz do kościoła
I zajmiesz miejsce w pierwszym rzędzie, tego się od ciebie oczekuje

Kacey Musgraves
Merry Go ‘Round

W kilka dni przed otwarciem pubu Stuart pomógł matce w porządkowaniu rzeczy po ojcu. Kiedy pakował do walizek ubrania, które wciąż jeszcze pachniały ojcem, opanowało go dziwne uczucie – uczucie winy, że zamiast smutku w jego głowie panuje głównie radość i ciepło na myśl o Meg.
Miał bardzo mało czasu na spotkania z nią. Przejął większą część pracy w pubie – do jedenastej w nocy obsługiwał klientów, dopiero po umyciu ostatniej szklanki po piwie i wytarciu stołów szedł do swojego łóżka w pokoju nad pubem i kładł się spać. Wczesnym popołudniem sprawdzał na liście, jakie napoje trzeba będzie wkrótce zamówić i wspólnie z Eve omawiał propozycje prostych dań, których przygotowaniem zajmowała się następnie siostra. W zimowe wieczory pub pękał w szwach. Stuart odnosił często wrażenie, że mieszkańcy Walton nie chcą wracać do swoich domów, a picie piwa w towarzystwie i rozmowy o polityce lub nowinkach miasteczka jest dla nich jedną z niewielu możliwości zabijania czasu i przeczekania do lata, kiedy to miasteczko znowu zapełni się życiem i tysiącami turystów.
Czas pracy w pubie to był czas, którego Stuart nie mógł spędzić z Meg i coraz częściej był zły na siebie za pochopną obietnicę pomocy siostrze. Rozmowy klientów, dowcipy, które poznał już jako dziecko, nachalne wypytywanie o młodą panią psycholog drażniły go coraz mocniej. Raz w tygodniu siostra wypłacała mu kilkadziesiąt funtów zarobku. Świadomy tego, że praca, którą wykonuje jest tylko krótkim epizodem w życiu, Stuart nie chciał podejmować żadnych pertraktacji z siostrą na temat zatrudnienia, godzin pracy i wysokości wynagrodzenia. „Przykro mi, że znowu dzisiaj nie zobaczysz swojej pani psycholog” – komentowała często Eve, zostawiając brata samego w pubie. Z tonu jej wypowiedzi wynikało, że wcale nie jest jej przykro, że zazdrości bratu wypisanego na jego twarzy zakochania i chodzenia z głową w chmurach.
Stuart nieraz zadawał sobie pytanie: „Na czym właściwie polega małżeństwo Eve? Nie znam pary, która tak mało by do siebie pasowała. Co ten delikatny, bojący się własnego cienia William widział w mojej siostrze? Może myślał, że ona przeprowadzi go zdecydowanym krokiem przez życie, zniszczy i usunie wszelkie przeszkody z jego drogi? A może pobrali się tylko dlatego, że kiedyś trzeba się pobrać i założyć rodzinę? Bo tak wypada, bo tego wszyscy oczekują?” Wiadomość, że Eve oczekuje dziecka, bardzo go zaskoczyła. Jej ciąża skomplikowała sytuację w domu, siostra nie mogła zajmować się dłużej prowadzeniem pubu i trzeba było poszukać kogoś spoza rodziny, kto chciałby się tego podjąć.
Po wielu rozmowach z gośćmi pubu znalazł się Ben. Był kolegą Stuarta ze szkoły i wrócił niedawno do Walton po kilkuletnim pobycie w Londynie. Stolica przeraził go tempem życia, nigdy nie poczuł się dobrze w tym wielkim mieście i postanowił wrócić do spokojnego Walton i rodziny. Podczas pobytu w Londynie utrzymywał się z pracy w restauracjach i pubach, miał więc pojęcie o zadaniach, których chciał się podjąć. Po przeciągających się w nieskończoność pertraktacjach Stuartowi udało się przekonać siostrę do podpisania z Benem rocznej umowy o wynajem pubu.
To był dobry wybór – młody najemca był znakomicie zorganizowany, nie bał się pracy i widział w nowym zadaniu dużą szansę. Już po dwóch tygodniach od przekazania pubu w ręce Bena, Stuart mógł ograniczyć swą pomoc do dwóch dni w tygodniu.

Meg

I’ve been searching a long time for someone exactly like you
I’ve been traveling all around the world
Waiting for you to come through

Długo szukałem kogoś właśnie takiego jak ty
Wędrowałem po całym świecie
Czekając aż się zjawisz

Van Morrison
Someone like you

W końcu miał czas na spotkania ze swoją dziewczyną. Chodzili z Einsteinem na długie spacery brzegiem morza, po powrocie siadali w przytulnej, ciepłej kuchni Meg i godzinami rozmawiali lub słuchali muzyki. W czasie, kiedy ukochana odwiedzała pacjentów w Walton i okolicy Stuart komponował nowe utwory – pełne czułości i ciepła piosenki, których pierwszym słuchaczem była zawsze Meg. „Obiecaj mi, że nigdy nie zrezygnujesz z muzyki”, poprosiła go pewnego wieczoru. Przytulił ją do siebie, szczęśliwy, że znazł kobietę, która poprze go przy realizowaniu marzeń.
Na początku marca wybrali się do Londynu z odwiedzinami u Stuarta-seniora i Briana. Czekał tam na nich prezent – bilety na musical „Hair”. Następnego dnia w małym teatrze na Soho Stuart z trudnością powstrzymał się od wstania z miejsca – wśród wykonawców rozpoznał swojego przyjaciela z pobytu w Wellington – Louisa w roli Huda. Po spektaklu Stuart wziął Meg za rękę i poszli do garderoby wykonawców. Louis z radością przywitał przyjaciela: „Nigdy nie myślałem, że się tu zobaczymy, nieraz się zastanawiałem, gdzie jesteś i co robisz”. Umówili się na obiad następnego dnia. Meg została u Stuarta-seniora i Briana: „Wy macie sobie na pewno dużo do opowiedzenia, ja tylko będę przeszkadzać”.
Podczas wspólnego obiadu Louis opowiedział przyjacielowi o miesiącach, które minęły od ich pożegnania w Nowej Zelandii. Podobnie jak Stuart on też nie został zatrudniony w kolejnej produkcji teatru w Wellington. Przeniósł się do Christ Church, gdzie dawał koncerty po knajpach. Po raz pierwszy od wielu lat miał wrażenie, że ludzie od lat czekali na jego muzykę. Na pewno zostałby tam do dzisiaj, gdyby nie spotkał dziewczyny, za którą przyjechał do Londynu. Początki w tym mieście nie były łatwe, przez kilka miesięcy występował w klubach jazzowych, ale dochody były tak nieregularne, że nieraz nie miał pieniędzy, żeby dołożyć się do opłat za mieszkanie, które wynajęli wspólnie z dziewczyną. Któregoś dnia przeczytał w gazecie o poszukiwaniu obsady do roli Huda. „To nieduża rola, ale regularna pensja i dobre warunki. Więc dalej stoję tuż przed osiągnięciem sukcesu. Najgorsze jest to, że ja oprócz muzyki niczego innego nie potrafię robić” – zaśmiał się Louis. „I tak jesteś dalej niż ja”, skomentował opowieść Stuart i opowiedział o tym, jak mu się żyło w ostatnich miesiącac. Pożegnali się bardzo serdecznie, z nadzieją, że uda im się jeszcze kiedyś spotkać.
Pobyt w Londynie minął bardzo szybko i czas było wracać do Walton, na Meg czekali tam pacjenci i Einstein, którego opieki przejęła przez kilka dni matka Stuarta. Wracali samochodem Meg. Dziewczyna skomentowała, że Brian i Stuart są idealną parą. „Nigdy nie poznałam ludzi, którzy się tak dobrze rozumieją.” „A my?”, zapytał nieśmiało Stuart, a po chwili dodał „Proszę powiedz mi w końcu, dlaczego przyjechałaś do Walton?”
Przez resztę drogi do domu opowiadała mu o studiach psychologii w Brighton. W kilka dni po rozpoczęciu roku akademickiego zgubiła się w budynku uniwersyteckim i przyszła o pół godziny za późno na wykład z psychologii klinicznej. „Pani straciła dużą część wykładu”, z wyrzutem oświadczył wykładowca i poprosił ją o pozostanie w sali po zajęciach. Ich rozmowa trwała wiele godzin, przerwał ją dozorca, który gasił światła w budynku. Wykładowca chciał wiedzieć o Meg wszystko, pytał o to, dlaczego wybrała właśnie psychologię, kim jest, czego oczekuje od życia. Był pierwszym mężczyzną, przy którym czuła, że jest najbardziej interesującą osobą na świecie.
Zaczęli się regularnie spotykać, chodzili do małej włoskiej restauracji niedaleko uczelni, na spacery, wystawy, do kina.
Kiedy Stan zaczął jej opowiadać o swoich błędach i małżeństwie, w którym był bardzo nieszczęśliwy, Meg myślała tylko o tym, żeby go do siebie przytulić i przekonać, że on też ma prawo do szczęścia. Ich afera trwała cztery lata, które Meg wspominała jako odejścia i powroty Stana do żony, czekanie na jego telefony i kolejne spotkania. W dniu uroczystego wręczenia dyplomów Meg zobaczyła w pierwszym rzędzie Stana trzymającego za rękę drobną blondynkę w bardzo zaawansowanej ciąży. Następnego dnia spakowała swoje rzeczy na stancji w Brighton i przyjechała do Walton, gdzie jako dziecko często spędzała kilka tygodni wakacji.
„To, że się rozumie, dlaczego ktoś się tak zachował, a nie inaczej, to, że się wie, że są ludzie, którzy nie powinni się w życiu spotkać, to, że potrafię wszystko zanalizować i wytłumaczyć, wcale nie pomniejsza bólu”, powiedziała Meg, a Stuart położył jej rękę na kolanie: „Teraz mamy siebie”.

Cdn.

Śniadanie literackie: Żeromski (reblog z dodatkami rodzinnymi)

To śniadanie z Przedwiośnia już było TU, ale mimo starań, nie znalazłami, a i nie przypomniałam sobie, czegoś więcej o śniadaniach u Żeromskiego. Jest wprawdzie w Popiołach w rozdziale Strzemienne wzmianka o śniadaniu, ale dowiedzieć się z niej można tylko, że panowie Olbromski, Cedro i Trepka dostali na ten o świtaniu podany posiłek polewkę winną, a zaraz potem gospodarz wyciągnął “niewielką starą butelkę” z jakimś szlachetnym trunkiem, ale jakim, nie wiadomo. Czyli najpierw grzane wino, a potem coś mocniejszego. Ale też Rafał i Krzysztof szykują się właśnie do opuszczenia dworu Trepki i jadą bądź co bądź na wojnę, do Legionów Dąbrowskiego. Jak praprapra… dziadek mojego  (byłego) męża, Jan Slaski (1768-1847) zabierał z okolicznych wiosek małopolskich chłopów na Insurekcję – to on wpadł na pomysł, by uzbroić ich w postawione na storc kosy – to też im się dał najpierw pokrzepić antałkiem siwuchy. Slaski z kosynierami widnieją w Panoramie Racławickiej Jana Styki, Wojciecha Kossaka i innych, ale, no cóż, bez antałka. Namalował ich zapewne Teodor Axentowicz, a niewykluczone, że stroje kosynierów były dziełem Włozimierza Tetmajera lub Wincentego Wodzinowskiego. Historycy twierdzą, że wiedzą dokładnie, ilu Slaski przyprowadził wojaków – 1920! To nad Slaskim i jego kosynierami powiewa słynny sztandar “Żywią i bronią”.

U góry fragment Panoramy Racławickiej, ten z kosynierami, poniżej Modlitwa przed bitwą Chełmońskiego


Nota bene, to właśnie generał Slaski przesłał w świat pierwszy raport o zwycięstwie pod Racławicami.  Ale to wszystko czasy pierwszego powstania przeciwko Rosjanom i pierwsza bitwa, i od razu zwycięska, o której pamiętać będą uczestnicy następnych… wszystkich powstań polskich.
Popioły to już okres wojen napoleońskich, walka za wolność naszą i waszą, a Przedwiośnie – wolna i suwerenna Polska.

Stefan Żeromski, Przedwiośnie

Cezary Baryka przyjechał do domu przyjaciela, Hipolita Wielosławskiego w Nawłoci. W zamożnym dworze toczy się wyidealizowane, sielankowe życie polskiego ziemiaństwa. Obiady, kolacje, śniadania i podwieczorki trwały niemal przez cały dzień, pisze Żeromski, Wstawano dosyć późno. Ten, kto wstał o poranku, spożywał śniadanie bez towarzystwa kolegów czy rodziny, ale nie sam, o nie…

Maciejunio, dostrzegłszy rannego gościa na sofie, zafrasował się, zmartwił, o mało nie płakał. Jakże to! Jeszcze śniadania nie ma na stole, a gość, taki gość, paniczów największy przyjaciel, czeka! Zakrzątnął się, zabiegał jak fryga, aż podskakiwał w pośpiechu. Wnet napędził do tej sali bosych pokojówek, jakichś małych “podręcznych” Piotrków i Florków. Nakryto stół i piorunem wniesiono koszyki z chlebem żytnim, z bułkami własnego wypieku, z suchymi ciasteczkami i rogalikami. Maciejunio własnoręcznie naznosił słoików z miodem, konfiturami, konserwami, sokami. Tu podstawił “masełko”, tam rogaliki. Pod siwym przystrzyżonym wąsem uśmiechał się spoglądając na pewien słoik, na który nieznacznie wskazywał, i coś “ośmielał się” szeptać z cicha na jego wielką, bardzo wielką pochwałę. Cezary przysiągł mu oczyma, iż odwiąże opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie do wnętrza. Wniesiono uroczyście tacę z kamiennymi imbrykami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem – nie jakiś sobaczy ersatz niemiecki – “kawusia”, rozlewająca aromat swój na dom cały. W kamiennych także garnuszkach podsuwano porcję śmietanki. Z kożuszkami zagorzałymi od ognia uśmiechały się do gościa te kamienne garnuszki.

Cezary, nie czekając na domowników, zabrał się do “kawusi”, kożuszków, “śmietaneczki”, chleba, który płatał po żołniersku, do rogalików, które chrustał od jednego zamachu – do ciastek, miodu, konfitur. Maciejunio przewijał się kiedy niekiedy obok stołu i pochwalał oczyma, uśmiechem albo ruchem niepostrzeżonym zabiegi i czynności gościa. Na pytanie, czy nikt z domowników jeszcze nie wstał, stary sługa dał odpowiedź, iż śpią jeszcze wszyscy.

Nie wszyscy jednak byli we śnie pogrążeni, bo oto dało się słyszeć wesołe podśpiewywanie i w lwich podskokach Hipolit wbiegł na ganek. Za chwilę był w jadalni. Maciejunio i jego podwładni zawirowali w sieniach i kuchennym kredensie. Wjechały zaraz nowe tace, nowe bochenki na miejsce nadwyrężonych przez Cezarego, nowe koszyki z rogalikami, nowe maselniczki i słoiki pełne konfitur.

Zdjęcie z filmu:
produkcja: Francja, Polska 2001
reżyseria i scenariusz Filip Bajon
na podstawie: powieści Stefana Żeromskiego
Cezary Baryka: Mateusz Damięcki
Maciejunio: Wojciech Siemion

Eliza & Wilhelm. Film.

Wpis na przemian po polsku i po niemiecku.  / Ein Beitrag abwechselnd auf Deutsch und Polnisch.

Am 18.09.2016 fand in der Robert-Jungk-Oberschule in Berlin die Filmpremiere des Filmes über die Liebe von Eliza Radziwiłł und Wilhelm von Hohenzollern, dem späteren Kaiser Wilhelm I statt. Die Geschichte basiert auf dem Buch von Dagmar von Gersdorff “Auf der ganzen Welt nur sie”, in der Übersetzung in die polnische Sprache von Frau Grażyna Prawda.

Im ersten Halbjahr 2016 erarbeiteten die SchülerInnen der Klasse 11.4, sowie ein Schüler und eine Schülerin aus der Katharina-Heinroth-Grundschule, die Realisierung dieses Projektes. Sowohl Szenario, Charakterisierung, Regie und Montage wurden von den SchülerInnen übernommen, natürlich von zwei Lehrerinnen betreut.

wilhelmeliza1dr Daria Smoczyńska-Reiner i Agnieszka Bernegg

Opis projektu „ Zakazana miłość”

Kiedy tłumaczka książki autorstwa Dagmar von Gersdorff – pani Grażyna Prawda zaproponowała nam w zeszłym roku przeprowadzenie w naszej szkole projektu, którego treścią miała być historia niespełnionej miłości Wilhelma Pruskiego do Elizy Radziwiłł, trudno nam było w pierwszej chwili podjąć się tego zadania. Miałyśmy obawy, jak zdołamy zainteresować uczniów dawną, romantyczną i tak odbiegającą od realiów naszych czasów historią dziewiętnastowiecznej pary. Pełne sceptycyzmu i obaw o to, że usłyszymy: „kogo interesują wydarzenia, które rozegrały się tak dawno? Jakie to ma dla dzisiejszego świata znaczenie?, postanowiłyśmy jednak zaryzykować. Założyłyśmy, że ponieważ głównym tematem książki, a zatem i planowanego projektu jest miłość dwojga młodych ludzi, to niezależnie od tego, jaki okres będzie przedmiotem naszych zainteresowań – mamy pewne szanse.

7-listopadaNa wszelki wypadek unikając słowa „ projekt” przedstawiłyśmy uczniom 11 kl. naszą propozycję. Dalej wydarzenia potoczyły się już wartko. Młodzież częściowo w domu, częściowo zaś w ramach zająć szkolnych zapoznała się z obszernymi fragmentami książki, jednocześnie przystąpiłyśmy do omawiania podczas lekcji różnych związanych z treścią książki zagadnień, które zostały podzielone na dwie ścieżki tematyczne.

Pierwsza z nich obejmowała problematykę aranżowania małżeństw. Poruszone zostały tu różne zagadnienia, które omówiono na przykładach znanych z historii lub literatury (historia Romea i Julii, małżeństwo królowej Jadwigi z Władysławem Jagiełłą, małżeństwo Jagny z Boryną w „ Chłopach” W. Reymonta). W ramach zajęć historii omawiane były zagadnienia odwołujące się do historii dziewiętnastowiecznych kontaktów Polaków i Niemców na terenie Prus, a później zjednoczonych Niemiec.

Znaczna część z wymienionych zagadnień została przygotowana przez uczniów naszej szkoły wspólnie z młodzieżą z XX Liceum Ogólnokształcącego w Poznaniu w Poznaniu w ramach wymiany międzyszkolnej. Opracowane przez grupy składające się z uczniów obu szkół tematy zaprezentowano następnie podczas spotkania z tłumaczką książki – panią Grażyną Prawdą, które odbyło się w marcu.

17579Najwyraźniej nie mogąc poprzestać na tych działaniach, rozpoczęliśmy także pracę nad krótkim filmem, w którym chcieliśmy przedstawić historię miłości Wilhelma i Elizy. Wraz z uczniami przystąpiliśmy do pisania scenariusza filmu, który ulegał następnie wielokrotnym zmianom, tak aby możliwe stało się jego powstanie przy skromnych środkach, jakimi dysponowaliśmy. Zaplanowana początkowo z wielkim rozmachem fabuła musiała zostać ograniczona i zastąpiona tekstem narracji, tak aby nagrane sceny można było połączyć w spójną całość. Prawdziwym wyzwaniem stało się zdobycie kostiumów, które organizowaliśmy na wszelkie możliwe sposoby, nie rezygnując z sięgania po stare szpargały i pamiątki rodzinne. Dekoracje i rekwizyty stanowiły dla nas głównie prywatne zasoby naszych mieszkań, jak i skarby udostępnione przez uczniów i ich rodziny. Wielce pomocna okazała się wreszcie uroda niektórych zakątków Berlina oraz sprzyjająca aura. Dzięki tym dobrodziejstwom nakręciliśmy niemal wszystkie nasze „plenery”stanowiące chyba jeden z atutów filmu.

Film został w całości zmontowany i udźwiękowiony (początkowo w polskiej wersji językowej) przez uczniów, którzy w ramach odbywających siȩ w naszej szkole zajęć w zakresie montażu filmowego zdobyli w poprzednich latach niezbędną w tym zakresie wiedzę. Kolejnym wyzwaniem było przygotowanie wersji niemieckiej, którą zrealizowaliśmy dzięki opracowanemu przez uczniów przekładowi, zastępując narrację w jȩz. polskim narracją niemiecką i umieszczając niemieckie napisy w scenach obejmujących dialogi.

Die deutsche Version des Filmes wurde im 2. Schulhalbjahr 2016 hergestellt.

Uwaga z roku 2025 / Anmerkung vom 2025: Der Film ist leider nicht mehr zu sehen / Niestety nie można już obejrzeć tego filmu

Subiektywny bardak na skos IV

Tomasz Fetzki

Opuściwszy Warkę mknie Trójka Podróżników bocznymi drogami na północny zachód. Wokół widzą coraz więcej sadów. Nic dziwnego, wszak zbliżają się do Grójca. Viatorka w internecie na smartfonie szuka wiadomości o mieście. Poza tymi o zagłębiu sadowniczym oraz o regionalnych odmianach jabłek niewiele więcej znajduje. Mimo to Viator nie żałuje wizyty w Grójcu, choć na jabłka jeszcze o wiele za wcześnie. Krótko po wjeździe do miasta na wprost oczu Pielgrzyma ukazuje się naprawdę piękny i gustowny mural, wzorowany zapewne na starej fotografii lub rycinie: grójecki rynek i ratusz gdzieś na przełomie XIX i XX wieku. A za chwilę z okien samochodu widać ten sam rynek i ratusz w naturze. Kameralny, czysty, zadbany. Jak zresztą wszystkie odwiedzone dziś miasta i wsie. Gdzie ta Polska w ruinie?

10-lub

Na dokładniejsze zapoznanie z Grójcem czasu oczywiście zabrakło, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby kiedyś tu wrócić. Tymczasem pędzimy w kierunku Żyrardowa.

Viator musi w najgłębszym sekrecie zdradzić, że tak naprawdę całą trasę podróży na skos układał z tą intencją, by odwiedzić miasto Filipa de Girard. To był główny cel, oś, jądro całej rajzy. Albowiem od czasów młodości fascynuje się Pielgrzym (choć jedynie amatorsko) zagadnieniami architektury i urbanistyki, tworzenia miast na surowym korzeniu, dziewiętnastowiecznego budownictwa industrialnego, zagospodarowania przestrzeni miejskiej i temu podobnemi tematami. Już kiedyś zresztą na tym blogu (TU KONKRETNIE) dał upust swym pasjom.

Tym razem Viatorka znajduje mnóstwo informacji o krótkich, ale burzliwych dziejach osady fabrycznej powstałej jako aneks do wielkich zakładów lniarskich. Aż dziw, że tak młode miasto może mieć tak bogatą historię!

11-lub

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, nie zawiódł Żyrardów Viatora! Układ urbanistyczny zachowany wspaniale. Poszczególne stylowe budynki z czerwonej cegły sukcesywnie odnawiane. Zakłady lniarskie już nie istnieją, ale budynki fabryczne uratowano, lokując w nich galerię handlową. Zakupów Wędrowiec nie zrobi, ale nie może się powstrzymać od dłuższego spaceru wśród zabudowań żyrardowskiej starówki. Jedynie poczucie obowiązku wyrwało go w końcu z transu, otrzeźwiło, posadziło na nowo za kierownicą.

Gdy Trójka Podróżników na węźle Wiskitki osiągnęła highway, godzina była już taka, że Viator po raz pierwszy tego dnia poczuł ucisk w gardle. Kurde, możemy nie dojechać na czas na koncert Piwnicy pod Baranami… Nie podzielił się jednak swymi przeczuciami, aby defetyzmu nie siać w szeregach. Przycisnął gaz na ile rozsądek pozwolił i auto pomknęło Autostradą Wolności prościutko na zachód. Wrażeń ani skojarzeń na tym etapie podróży nie miał Pielgrzym zbyt wielu. Co innego mu brzmiało w głowie: zdążyć, zdążyć!

Jest jednak pewien wyjątek. Zdarzyło się już wcześniej Viatorowi kilkukrotnie jeździć tędy do Warszawy i z powrotem. Za każdym razem intrygował go pewien kościół, doskonale widoczny z trasy, a znajdujący się w wiosce jakieś dwadzieścia kilka kilometrów na wschód od Konina. Trudno powiedzieć, czemu intrygował. Może dlatego, iż kojarzył się (bezpodstawnie, jak się okazało, choć pewne detale architektoniczne uzasadniają tę asocjację) z Świątynią Miłosierdzia i Miłości – katedrą mariawicką w Płocku? Ostatecznie obecność mariawitów tutaj, w dawnym zaborze rosyjskim, nie byłaby niczym nadzwyczajnym.

12-lub

To nie mariawici. Wędrowiec po którejś z podróży sprawdził. Kościół jest rzymskokatolicki, ale i tak intryguje. Kryje bowiem mroczną, czarną tajemnicę, w murach, żeby było śmieszniej, pomalowanych kolorkami delikatnymi i słodkimi jak pianka jojo. Wioska nazywa się Chełmno nad Nerem. Tak: TO Chełmno. Kulmhof. Obóz zagłady. A kościół, zajęty przez Niemców, pełnił funkcję stacji obnażenia dla przywożonych tu Żydów, Romów, Polaków, dzieci z czeskich Lidic… Co my komu zrobiliśmy, że historia się na nas uwzięła i tak często i głęboko przeorała ten skrawek kuli ziemskiej? Tak sobie myśli Viator, ale nie mądruje się i swymi refleksjami z Viatorką oraz z Szefową Blogu się nie dzieli. Skupiony jest wszak na szalonej jeździe!

Zdążyli. Pięć minut przed koncertem Viatorka z Viatorem zasiedli w fotelach Filharmonii Zielonogórskiej. Ale przedtem jeszcze pozostawili Szefową Blogu na dworcu kolejowym w Świebodzinie, skąd wygodnie i bezpiecznie dotarła do Berlina.

Opuszczając Świebodzin musiał niestety Viator napotkać wzrokiem monstrualną figurę Chrystusa. Zdjęcia nie zamieścimy, szkoda zdrowia. No co ma Viator poradzić? Udawać, że wszystko gra? Dzieło jest po prostu brzydkie pod względem artystycznym, fatalnie zlokalizowane, a i jego wydźwięk ideologiczny – monumentalizm i opresyjna nachalność – odrzuca Wędrowca. Zwierzył się z planów wrednego opisania tej figury swemu dobremu znajomemu: prezbiterowi katolickiemu rytu łacińskiego, który z Podkarpacia wywędrował do Belgii. To jeden z najinteligentniejszych ludzi, jakich Pielgrzym zna. I lubi. Zatroskał się ten ksiądz, żeby nie profanować figury Chrystusa Króla, bo to dla wielu ludzi w tym kraju jednak miejsce kultu. Obiecał więc Viator prezbiterowi, że wyrazi się oględnie. Bo też i w rzeczy samej nie chce razić uczuć niczyich. Przeciwnie: właściwie to działa na rzecz tych uczuć, jako, że gigantomania tudzież przepych to nie droga ku prawdziwej duchowości. Tym bardziej, że nie Chrystusa, ale ego pewnego proboszcza się tu czci. Wystarczająco oględnie, księże Andrzeju?

Kończy się podróż, czas na obiecaną refleksję historiozoficzną. Dlaczego tyle i tak różnych myśli, skojarzeń, refleksji oraz uczuć wzbudziła w Pielgrzymie ta podróż? Dlaczego każda podróż po kraju uruchamia ten sam mechanizm? Bo to ojczyzna Viatora. Jego miejsce na Ziemi. W pięknie i brzydocie, w dobrych i tragicznych momentach historii, w śladach mądrości i głupoty mieszkańców. Na dobre i na złe. I żaden narodowiec, faszysta czy inny oenerowiec nie będzie Wędrowcowi wystawiał cenzurki patriotyzmu. Za coś innego i wbrew czemuś innemu kochamy ten kraj. Zaś symbolowi falangi najchętniej pokazałby Viator tzw. środkowy palec, ale… nie może: dobre wychowanie to balast i przekleństwo. I tak misterna konstrukcja jest gotowa – to samo zdanie otwiera i zamyka opis podróży. Tylko czy ktoś to doceni?

***

Ja docenię
Podpisano: Szefowa