Hermann Stöhr & Stanisław Kubicki (1)

Stowarzyszenie Partnerstwo Miast ze Szczecinem prowadzi w latach 2016-2018 wielki projekt wystawienniczo-społeczny, poświęcony dwom zasłużonym ludziom, którzy, powodowani wewnętrznym przekonaniem, w czynny sposób przeciwstawili się reżimowi nazistowskiemu i zapłacili za to życiem. Obaj, choć ich ścieżki w Berlinie na pewno się przecinały, nie znali się osobiście, zasłużyli się natomiast w tej samej sprawie: jako prekursorzy idei porozumienia polsko-niemieckiego, co było na owe czasy niemal niespotykane. W tym roku wielokrotnie będziemy tu wracać do tego tematu. Dziś pierwszy wpis i zaproszenie na otwarcie wystawy 2 maja 2017 roku w Ratuszu na Kreuzbergu: EinladungAusstellungStoehrKubicki2Mai2017

Janina Wallis

„Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie” – „Stanisław Kubicki – In transitu”.
O monografii Lidii Głuchowskiej oraz polsko-niemieckim projekcie Wydziału Artystycznego, Biblioteki Sztuki i Partnerstwa Miast Berlin-Szczecin

W ostatnich miesiącach zasoby Biblioteki Sztuki wzbogaciły się o pięć cennych dwujęzycznych książek, przygotowanych lub współtworzonych przez dr Lidię Głuchowską, kierowniczkę Pracowni Teorii Sztuki w Instytucie Sztuk Wizualnych, w ramach polsko-niemieckich projektów naukowo-wystawieniczych, które prowadziła. O publikacji i ekspozycji Ogrody/ Gärten, przygotowanych w wyniku współpracy Wydziału Artystycznego z fundacją Park Księcia Pücklera Bad Muskau/ Park Mużakowski i Muzeum Ziemi Lubuskiej czytelnicy Bloga przeczytać mogli przeczytać już jesienią minionego roku (TU).

Dziś przypomnę piękną,  monumentalną monografię Lidii Głuchowskiej, Stanisław Kubicki – In transitu, która zainicjowała realizowany w minionym roku I etap innego projektu naukowo-wystawiennicznego o istotnym znaczeniu społecznym. Dotyczy on Polaka i Niemca, dwóch ludzi, którzy czynnie sprzeciwili się reżimowi nazistowskiemu i zapłacili za to życiem. Rezultatem tego realizowanego w latach 2016-2018 przedsięwzięcia ma być poświęcenie im skwerów – miejsc pamięci w Berlinie i Szczecinie, poprzedzone cyklem wystaw, wykładów i warsztatów artystycznych przygotowanych przez pracowników Instytutu Sztuk Wizualnych.


Książka Lidii Głuchowskiej była już kilkakrotnie wspominana na tym blogu – TU, TU i TU.

Jest to, trzeba powiedzieć, pionierskie studium na temat dwujęzycznych poezji przywódcy radykalnego skrzydła ekspresjonistycznej grupy Bunt z Poznania, Stanisława Kubickiego (1918–1922). Autorka rekonstruuje odkryte przez siebie wiersze Stanisława Kubickiego z lat 1918–1921 jako programowy dokument wyborów pokoleniowych, między romantycznym patriotyzmem a wyzwaniami nowoczesności, powstający w trudnych czasach schyłku I wojny światowej i nowych realiów powojennej Europy.

Prof. Steven Mansbach z Uniwersytetu Maryland (USA) podkreśla, że badaczka, wykorzystując metodologię interdyscyplinarną i komparatystyczną uzyskuje imponujące efekty badawcze. Wskazuje ona, iż poetyckie programy Kubickiego to unikat na skalę światową, gdyż artysta przełamał tu partykularyzm komunikatu literackiego, tworząc w oryginale w obu językach manifest awangardowego internacjonalizmu, korespondujący z jego twórczością plastyczną. Wrażliwość na niuanse znaczeniowe powstałych jednocześnie polskich i niemieckich wersji poezji Kubickiego oraz ich rolę w jego artystycznej i politycznej działalności, umożliwia jej wykazanie subtelnych różnic między dwoma autorskimi wariantami językowymi tych samych utworów, a zarazem ich ideowego i stylistycznego pokrewieństwa. Ta oryginalna i sygnalizowana już w tytule książki – >In transitu< – metoda pozwala Lidii Głuchowskiej dogłębnie przeniknąć postawę i intencje twórcze tego artysty, stwierdza dalej Steven Mansbach.

W swoim, polemicznym wobec tradycyjnych opracowań polskiego ekspresjonizmu wywodzie, autorka wskazuje na fakt, iż Kubicki w swej grafice i obrazach bynajmniej nie koncentrował się na tym, zresztą nad Wisłą ambiwalentnie przyjętym stylu, a i w jego wypowiedziach programowych i poetyckich groteska jest sygnałem niepokoju i dystansu duchowego arystokraty wobec przemian politycznych. Przeczy temu, iż – jak dotychczas często zakładano – przynoszą one apologię rewolucji, w swych dyskursywnych rozważaniach, dając wgląd zarówno w istotny rozdział dziejów kultury polskiej, jak i niemieckiej polonistyki czy historii sztuki, wskazując choćby na zasługi tak wybitnych badaczy ekspresjonizmu jak Paul Raabe, Eberhard Roters czy Heinrich Kunstmann, co akcentuje w swej recenzji prof. Brigitta Helbig-Mischewski z Polsko-Niemieckiego Instytutu Badawczego w Collegium Polonicum w Słubicach.

Jak zauważa prof. Waldemar Okoń z Uniwersytetu Wrocławskiego, autorka, łącząc kompetencję z zakresu literaturoznawstwa i historii sztuki – krytycznie rozpatruje wiele (…) archiwalnych źródeł, dokumentując również działalność artysty w polskim ruchu oporu i okoliczności jego tragicznej śmierci z rąk gestapo. Mając na uwadze specyficzną i odmienną poetykę ekspresjonistycznego overstatement polszczyzny i understatement niemczyzny Kubickiego, a także wyjątkową dyscyplinę formalną jego grafik i obrazów, badaczka tworzy więcej niż przenikliwą interdyscyplinarną analizę artefaktów estetycznych.

Wybiegając poza rewizję jego roli w narodowej i uniwersalnej historii literatury i sztuki czy analizę jego dzieł, Lidia Głuchowska postrzega twórczość awangardy jako artystyczną interwencję w społeczno-polityczny kryzys i nowy ład po I wojnie światowej oraz zwierciadło ideowych dylematów, nie tylko w Polsce, lecz i w innych „nowych państwach” Europy Środkowo-Wschodniej.

Publikację zamyka aneks nt donacji prac graficznych grupy Bunt ze spuścizny po artyście i jego żonie poetce, malarce i graficzce, Margarete Kubickiej, dla Muzeum Narodowego w Poznaniu i Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy oraz honorującej ten dar wystawie w roku 2015.

***

Projekty wystawiennicze dr Lidii Głuchowskiej zostały zrealizowane przy udziale Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Zielonogórskiego i jego zagranicznych partnerów. Na pierwszy etap najnowszego z tych ambitnych przedsięwzięć – „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”/ „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben” – Stanisław Kubicki (20.01.1889 Ziegenhain/ Hessen; † 06.1943 (?), Pawiak/ Warszawa) i Hermann Stöhr (4.01.1898 Stettin; † 21.06.1940 Berlin-Plötzensee) złożyły się wykład w centrum kultury Regenbogenfabrik w Berlinie (13.09.2016) oraz wystawa w Książnicy Pomorskiej w Szczecinie wraz z inaugurującą ją prelekcją (28.10–25.11.2016).

Rozpoczynający się właśnie drugi etap projektu obejmie wystawę w Ratuszu dzielnicy Berlina Kreuzberg (2.05–23.05.2017) z referatem dr Głuchowskiej i kuratora drugiej części wystawy – Jochena Schmidta, przeprowadzone przez nią lekcje muzealne w Berlinische Galerie i w Muzeum Narodowym w Poznaniu, a także w przestrzeni obu tych stolic ekspresjonizmu. Z kolei zaproszona do współudziału w II edycji i specjalizująca się od lat w warsztatach artystycznych dr Patrycja Wilczek-Sterna, także z Instytutu Sztuk Wizualnych, odpowiedzialna będzie za realizację warsztatu artystycznego podczas wystawy. W programie wezmą udział mają także studenci Instytutu Sztuk Wizualnych, w tym uczestnicy programu Erasmus z Wietnamu. Realizowany w ramach tego programu film także przysłyżyć się ma przyznaniu członkom antyfaszystowskiego ruchu oporu – Stanisławowi Kubickiemu i Hermannowi Stöhrowi – miejsc pamięci.


Lidia Głuchowska, Stanisław Kubicki – In transitu – Poeta tłumaczy sam siebie / Ein Poet übersetzt sich selbst; Wrocław: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu 2015, 480 s. ISBN: 978-83-62290-97-0.

Projekt graficzny: Monika Aleksandrowicz, Przedmowa: Peter Mantis, tłum.: Dorota Cygan, Lidia Głuchowska, Arkadiusz Jurewicz, Michael Zgodzay, red. językowa: Margit Jäkel, Elżbieta Łubowicz

Wystawa „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”/ „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben” – Stanisław Kubicki & Hermann Stöhr
Książnica Pomorska, Szczecin – 28.10–25.11.2016
Rathaus Kreuzberg, Berlin – 2.05–23.05.2017

Kier. naukowe i kuratorka: dr Lidia Głuchowska, Kierownik Pracowni Teorii Sztuki, ISW WA UZ, Współpraca kuratorska: dr Janina Wallis, Kierownik Biblioteki Sztuki UZ

Więcej o książce:
Przemysław Strożek, w: Umèni Art 2 LXIV 2016 (Recenze Reviews), s. 303-305.
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/12/10/17526/
http://www.okis.pl/site/wydawnictwaa/n/1/n/1/1942/n.html#!shadowbox/0/

Więcej o projekcie:
http://staedtepartner-stettin.org/language/de/aus-unserer-veranstaltungsreihe/; http://staedtepartner-stettin.org/wp-content/uploads/2015/07/2016-Bericht-Compatibility-Mode.pdf; http://staedtepartner-stettin.org/language/de/hermann-stohr-und-stanislaw-kubicki/; http://staedtepartner-stettin.org/language/pl/stanislaw-kubicki-i-hermann-stohr/; http://staedtepartner-stettin.org/wp-content/uploads/2015/07/2016-Bericht-Compatibility-Mode.pdf;15 KUBICKI Stoehr UZ

///

ILUSTRACJE
Okładka książki, projekt graficzny: Monika Aleksandrowicz
Fotografie: Monika Onsowicz

Nasz człowiek w Wietnamie 5

Lech Milewski

Delta Mekongu

Rano obudziło mnie jak zwykle pianie koguta. Tak, we wszystkich dużych miastach, w których się zatrzymywaliśmy, rano piały koguty. W pobliżu hoteli nie było żadnych parków ani ogrodów. Gdzie ludzie je trzymali? Na balkonach?
Przewracam się na drugi bok, gdy słyszę kościelne dzwony. Przecież to niedziela. Wstaję, wyglądam przez okno, ponad dachami sąsiednich budynków góruje kościelna wieża. Zbiegam na dół.
– Jak dojść do tego kościoła w pobliżu?
– Kościoła (church)? Co to znaczy? – pyta recepcjonista.
No tak, wikipedia podaje, że 73% mieszkańców Wietnamu nie deklaruje żadnej religii, 12% to buddyści, 8% chrześcijanie. Co ciekawe w ciągu ostatnich sześć lat ilość wierzących wzrosła o kilka procent. Najwięcej skorzystali buddyści.
Wikipedia wspomina też lokalne religie. Jedną z nich jest Caodaizm – KLIK.
Pamiętam, pamiętam:

Przynajmniej raz w roku caodaiści organizowali festiwal na papieskim dworze w Tanyin, 80 km na północy zachód od Sajgonu, aby świętować rok jaki właśnie przypadł – rok wyzwolenia, albo podboju, lub nawet buddyjski, konfucjański czy chrześcijański (…) Caodaizm, wynalazek urzędnika z Cochin (Indie), był syntezą trzech religi. Papieski dwór był w Tanyin. Papież, kardynałowie płci żeńskiej. Proroctwa na planszy używanej do seansów spirytystycznych. Święty Wiktor Hugo, Chrystus i Budda patrzący z dachu katedry na disneyowską fantazję na temat Wschodu: smoki i węże w technikolorze.

Graham Greene, Spokojny Amerykanin

Ciekawe to, ale ja spieszę w stronę kościoła. Jest!

Kosciol Huyen Sy

Kościół nosi nazwę Huyen Sy. Mimo wczesnej pory (6:20 rano) w środku dużo wiernych.

Kosciol

Nie mam czasu, aby pozostać na całej mszy, zresztą odprawiana jest po wietnamsku. Dzisiaj w programie wycieczka do delty Mekongu.

Mekong – rzeka żywiciel. Rozpoczyna swój bieg w Tybecie. Na swej, liczacej ponad 4,000 km, drodze zbiera minerały i obdarza nimi szczodrze południowy Wietnam. W połączeniu z tropikalnym klimatem stwarza to wymarzone warunki dla rolnictwa. Co najmniej trzy plony w roku.

Dzisiaj jednak frontem do rzeki

Mekong

Na naszej trasie cztery wyspy: Jednorożca, Feniksa, Smoka i Żółwia

Wyspa

Wstępujemy na dwie z nich i odwiedzamy miejscowe farmy i niewielkie zakłady wytwarzające produkty żywnościowe. Na wyspie Jednorożca jest to pasieka oferująca pyszny miód. Niestety produktów pszczelich nie wolno wwozić do Australii. Degustuję więc na miejscu, ile się da. Nic dziwnego, że taki, pachnący miodem, zyskuję sympatię miejscowej maskotki.

Pyton

Wsiadamy do łodzi i przenosimy sie na wyspę Smoka.

Rzeka

To bardzo rozległa wyspa. Trzeba skorzystać z tuk-tuk.

Tuk-tuk

Znowu, podobnie jak kilka dni temu na motocyklach, karkołomne mijanki na wąskich drogach.

Tuk-tuk

Naszym celem jest “coconut factory”, w której każdy element kokosa zostaje pożytecznie wykorzystany. Najbardziej oczywisty efekt to cukierki.

Cukierki
Skoro o kokosach mowa, to załączam swoje kokosowe zdjęcie.

Kokos

Widać, że robione w innym miejscu i o innej porze, ale to moja odpowiedź na pytanie: czy nie obawialiśmy się malarii lub dolegliwości żołądkowych?
Ja bardzo się obawiałem, ale przejechać się na bawole, na rowerze, na łódkach w gęstych zaroślach, być w objęciach węża – tego nie mogłem sobie odmówić.
Podsumowując: to nie są bezpieczne okolice, ale po pierwsze początek marca to najlepsza pora na wizytę, po drugie zaś miałem zaufanie, że organizator wycieczki i nasz przewodnik nie narażą nas na niebezpieczeństwo.

Bez obaw zapuszczamy się ponownie w mokradła. Uwaga: nie zauważyłem ani jednego komara.

Na wodzie

Wracamy do miasta i ponownie odwiedzamy centrum – miejscowa katedra Notre Dame.

Notre Dame

Już wieczór, idziemy więc na ostatni obiad. Intrepid żegna się z nami w restauracji KOTO.

KOTO – Know One, Teach One – w wolnym przekładzie: znasz kogoś (bezrobotnego), ucz go (zawodu) – KLIK.
To też, podobnie jak Intrepid, australijska inicjatywa. Oficjanie żegnamy naszego przewodnika Hoc-a. Robi to w bardzo wzruszający sposób senior naszej grupy – Jack – australijski weteran wojny wietnamskiej.

Pozegnanie

Poza protokołem wręczam Hoc-owi symboliczny prezent od siebie – bumerang. Chciałbym tu jeszcze wrócić, ale równie chętnie zobaczyłbym cię w Australii, nauczę cię rzucać.

Ostatni rzut oka na naszą grupę w komplecie.

Obiad

Zakończenie za tydzień

Stuart 21

My face above the water, My feet can’t touch the ground,
Touch the ground, and it feels like
I can see the sands on the horizon
Everytime you are not around
I’m slowly drifting away, drifting away
Wave after wave, Wave after wave
I’m slowly drifting, drifting away
And it feels like I’m drowning
Pulling against the stream

Moja twarz jest nad taflą wody, stopy nie mogą dotknąć dna
I wydaje mi się, jakbym widział na horyzoncie ziemię
Za każdym razem, kiedy ciebie nie ma w pobliżu
Powoli odpływam, odpływam

Fala za falą
Powoli odpływam, odpływam
Czuję się, jakbym tonął
Ciągnięty pod prąd

Mr. Probz Waves

Joanna Trümner

Szpital

W taksówce do szpitala Stuart pogrążył się w myślach o tym, co go czeka w szpitalu, tykanie taksometru brzmiało w jego uszach jak uciekający w pośpiechu czas. Miał wrażenie, że tonie w morzu niepewności i samotności, ale nie chciał się z nikim dzielić swoimi myślami i wdzięczny był kierowcy, że nie próbował nawiązać z nim rozmowy. Prawdopodobnie wieloletnie doświadczenie za kierownicą taksówki nauczyło go, że pasażerowie, którzy w środku nocy jadą do szpitala, potrzebują czasu dla siebie – czasu i ciszy, które pozwolą im poukładać myśli i poszukać wewnętrznego spokoju. Za oknami auta Stuart widział światła wielkiego miasta i pogrążony w ciemności park – jeden z tych niewielu parków Sydney, którego nie poznał podczas zwiedzania miasta wspólnie z Meg. „Musimy się tu kiedyś wybrać”, pomyślał i w tej samej chwili uświadomił sobie, że ich życie po wypadku nigdy już nie będzie biegło starym, utartym torem. Po kilkunastu minutach jazdy wysiadł i zapłacił rachunek. „Może nie jest aż tak źle jak myślisz” – taksówkarz zaskoczył go pełnymi ciepła słowami.

Stuart popatrzył na nieznajomego z wdzięcznością, zamknął drzwi samochodu i ruszył biegiem do szpitala, tak jakby Meg czekała na niego, jakby spóźnił się na umówione spotkanie. W sali przyjęć zastał dwie zajęte rozmową pielęgniarki. Nie tracąc czasu na przedstawianie się Stuart podał nazwisko Meg i zapytał: „Gdzie mogę ją znaleźć?” „Czy jest Pan członkiem rodziny?” – zapytała jedna z pielęgniarek wertując grubą księgę przyjęć pacjentów. „To moja dziewczyna, jesteśmy zaręczeni”, odpowiedział w nadziei, że to małe kłamstwo da mu prawo do otrzymania informacji o stanie zdrowia Meg.
Kątem oka zauważył na ostatniej stronie księgi przyjęć nazwisko Meg zaznaczone czerwonym markerem, na marginesie ktoś zrobił dwa wykrzykniki i napisał uwagę: „stan krytyczny”. „Nie mamy prawa udzielać Panu informacji”. „Ale przecież szpital dzwonił do mnie, dlatego tu jestem”. „W drodze absolutnego wyjątku”, powiedziała zła za pouczenie pielęgniarka, „mogę Panu powiedzieć, że operacja jeszcze trwa, Pana narzeczona doznała poważnych obrażeń wewnętrznych i sytuacja jest krytyczna”. „Czy wiadomo, jak to się stało?”, zapytał Stuart. „Prawdopodobnie ktoś ją potrącił i uciekł z miejsca wypadku. Więcej nie wiemy, ja Panu i tak już za dużo powiedziałam. Niech Pan się skontaktuje z policją, może tam dowie się Pan czegoś więcej.”

Pielęgniarka powiedziała mu, gdzie jest sala operacyjna z poczekalnią, w której wolno mu będzie poczekać na koniec operacji. „Ale to może jeszcze bardzo długo potrwać, może lepiej byłoby, gdyby Pan pojechał do domu i czekał na nasz telefon. Na salę operacyjną i tak Panu nie wolno wejść”.

Szedł pustym o tej porze korytarzem. Cisza panująca w szpitalu przerażała go, było w niej coś niesamowitego i nierealnego, za drzwiami każdego mijanego przez Stuarta pokoju leżeli przecież pacjenci, którzy walczyli właśnie o życie. Dotarł do małej poczekalni i usiadł na niewygodnym krześle. Po głowie chodziły mu tysiące myśli, zastanawiał się, czy wypadek Meg byłby do uniknięcia, gdyby nie spotkała się po pracy z koleżankami, gdyby wróciła do domu jak zwykle po piątej, a nie przed dziesiątą, gdyby odebrał ją z pracy.

Rozglądał się po pomieszczeniu i z ulgą zauważył, że jest tam zupełnie sam. Ostatnie, czego teraz potrzebował to zwierzenia innych ludzi, ludzi znajdujących się w tej samej sytuacji jak on, bezradnie i biernie czekających na to, co los zdecyduje. Na małym stoliku w rogu poczekalni leżało kilka wyczytanych, nieaktualnych gazet i reklamy zakładów pogrzebowych. „Dyskretnie, z szacunkiem do zmarłych, punktualnie i tanio”, wyczytał na jednej z ulotek reklamowych zakładu pod nazwą „Ogród Eden” i pomyślał równocześnie o tym, jak mało taktowne jest wykładanie ulotek informujących o usługach pogrzebowych w takim miejscu. „Każdy che jakoś zareklamować swój biznes”, skomentował pod nosem z przekąsem i złością.

Z sali nie docierały żadne odgłosy, pomyślał, że za drzwiami muszą być przecież ludzie, lekarze i pielęgniarki walczące o życie Meg i maszyny. Ta absolutna cisza była tak niesamowita, że przyszła mu do głowy myśl, że to, co teraz przeżywa, to tylko zły sen, jakiś koszmar, z którego zaraz się przebudzi i wróci do swojego normalnego życia. „Przecież młodzi ludzie tak nagle nie umierają”, pomyślał. W sekundę później przypomniał sobie śmierć kilkutygodniowego dziecka Iana i zdał sobie sprawę z absurdalności i naiwności tej myśli.

W poczekalni pojawił się starszy mężczyzna. Stuart popatrzył na niego z niechęcią, przeczuwając, że starszy, samotny pan nie zostawi go w spokoju. „Długo już czekasz?”, zapytał nieznajomy po kilku minutach. „Godzinę”, odpowiedział Stuart w nadziei, że ta lakoniczna odpowiedź zasygnalizuje mężczyźnie niechęć do rozmowy. „Ja jestem tutaj już od sześciu godzin, musiałem tylko wyjść na chwilę na świeże powietrze, coś zjeść i chociaż przez chwilę popatrzeć na coś innego”, odparł mężczyzna. „Nigdy bym sobie nie podarował, gdyby żona umarła przeze mnie. Przez głupią, niepotrzebną awanturę o to, kogo zaprosimy na nasze złote gody. Od jednego głupiego słowa do drugiego zrobiła się z tego nagle potworna awantura. Żona chce wyprawić eleganckie przyjęcie dla sąsiadów i rodziny, ja wolałbym zobaczyć Europę, gdzie nigdy jeszcze nie byliśmy. Teraz w końcu mamy pieniądze na taką podróż, trzeba obejrzeć świat, dopóki jeszcze jesteśmy na nogach. Nie chcę wywalać pieniędzy na przyjęcia dla darmozjadów, z którymi nigdy nie miałem wspólnego języka. Tak się obydwoje podczas tej kłótni zdenerwowaliśmy, że Betty nagle zasłabła. Na początku myślałem, że to jakiś jej żart, że chce mnie tylko przestraszyć i postawić na swoim, ale to był zawał. Ostatnia rzecz jaką jej powiedziałem, to wyrzut, że zawsze chciała się popisywać przed innymi, że dla niej najważniejsze jest i było zawsze to, żeby ludzie ją widzieli i podziwiali. Przecież ja wcale tak nie myślę. Nie wyobrażam sobie, żeby mogła odejść, nie usłyszawszy ode mnie „dziękuję” za pięćdziesiąt wspólnych lat. Nie mieliśmy dzieci, myślę, że przez to jest mi tak bliska jak nikt inny na świecie, to moja cała rodzina, mój dom, ktoś, kto słyszy jak zaczynam zdanie i wie, jaki będzie jego koniec, ktoś, w kim zawsze będę widział osiemnastoletnią Betty, śliczną, wesołą dziewczynę, która cieszy się na pierwszą randkę ze mną. Tyle się nazbierało rzeczy, których nigdy jej nie powiedziałem”.

Stuart popatrzył na mężczyznę i zrobiło mu się go żal. „Dlaczego wcześniej nie oświadczyłem się Meg? Przecież ja sobie nawet nie wyobrażam, że mogę się obudzić i jej nie będzie koło mnie.”

Ich rozmowę przerwało otwarcie drzwi od sali operacyjnej. Młody, wyglądający na bardzo zmęczonego lekarz podszedł do starszego mężczyzny i powiedział: „Tym razem mieliśmy szczęście, żona wyjdzie z tego zawału. Może Pan ją jutro odwiedzić”. Stuart popatrzył na nieznajomego i widział ulgę na jego twarzy. „A ja? Co z moją narzeczoną?” – zapytał z nadzieją w głosie. „Operacja wciąż jeszcze trwa”, odpowiedział lekarz, unikając wzroku Stuarta.

„Dlaczego ta stara kobieta ma mieć więcej szczęścia niż Meg? Meg ma przecież większe prawo do życia niż ona”, pomyślał Stuart, przerażony równocześnie bezwzględnością tej myśli.

W kilka minut później został sam w poczekalni i zasnął na niewygodnym krześle.

Cdn

Siła symboli

Jutro 74 rocznica powstania w Getcie Warszawskim. Całą Warszawę zaleją żółte papierowe żonkile. Wzruszające…

Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN już po raz piąty organizuje akcję upamiętniającą powstanie w getcie warszawskim. 19 kwietnia ponad 1000 wolontariuszy wyjdzie na ulice Warszawy i będzie rozdawać papierowe żonkile – symbol pamięci o powstaniu w getcie warszawskim. W tym roku będzie ich aż 100 tysięcy. Do akcji włączyło się również około 1000 szkół, bibliotek i instytucji kultury z całej Polski, m.in. z Łodzi, Bielska-Białej, Płocka czy Katowic oraz partnerzy zagraniczni z USA, Niemiec, Danii i Izraela.

Powstanie w getcie warszawskim jest na świecie symbolem walki o godność, jednak w Polsce powstanie w getcie wciąż pozostaje mało znane. Akcją Żonkile chcemy sprawić, by pamięć o powstaniu stała się częścią wspólnej świadomości historycznej Polaków i Żydów, jednym z elementów kształtujących tożsamość mieszkańców stolicy. Akcja społeczno-edukacyjna Żonkile odbywa się dzięki wsparciu udzielonemu z funduszy norweskich i EOG przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię. Współorganizatorem tegorocznej edycji akcji Żonkile jest Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny w Polsce.

Ciekawe, że jest to symbol dodany znacznie później, w wiele lat po powstaniu. Zwyczaj zainicjował, jeśli dobrze pamiętam, Marek Edelman, bo jego zdaniem żonkil przypomina żółtą gwiazdę żydowską, którą musieli w getcie nosić Żydzi, ale jest jednocześnie żywym, pięknym kwiatem… Żonkile symbolizują pamięć, szacunek i nadzieję, miał powiedzieć Edelman. Co roku, 19 kwietnia, składał bukiet żonkili pod Pomnikiem Bohaterów Getta Warszawskiego. Na stronie Muzeum Polin znajduję informację, że przez lata dostawał w ten dzień bukiet żonkili od anonimowego ofiarodawcy.

Jedna z ambasadorek inicjatywy, Anja Rubik, powiedziała:

Zgodziłam się wziąć udział w akcji Żonkile organizowanej przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, gdyż uważam, że jest to bardzo istotna kampania „ku pamięci”. Historia powinna nas uczyć i chronić przed popełnianiem tych samych błędów. Przypominać o tym jak ważna jest demokracja, wolność, szacunek, równość i różnorodność narodowa, religijna, która wzbogaca nasz świat.

Innymi ambasadorami Akcji Żonkile są Agnieszka Holland, Małgorzata Kożuchowska, Agata Kulesza i Maciej Musiał.

W tym roku dla uczczenia rocznicy powstania powstał mural przy metrze Centrum, który prezentuje bohaterów Powstania, Marka Edelmana, Pawła Frenkla, Cywię Lubetkin, Mordechaja Anielewicza i Szymona „Kazika” Ratajzera. Autorem projektu jest Andrzej Wieteszka. Mural będzie eksponowany do 23 kwietnia.

O godzinie 12 pod Pomnikiem Bohaterów Getta odbędą się uroczystości rocznicowe.


Piękne kwiaty, żonkile.


Przypomniało mi to, że zaprzyjaźniona ze mną Agnieszka Fetzka też w swej akcji społecznej odwołuje się do symboliki żonkila. I że jest w tym częścią wielkiego ruchu społecznego.

Żonkile są międzynarodowym symbolem nadziei, przypominają nam o ludziach cierpiących, oczekujących naszego towarzyszenia w trudnym okresie odchodzenia z tego świata. Podczas kampanii jesiennej akcji w zamian za datek nasi wolontariusze rozprowadzają żonkilowe cebulki wśród przedszkolaków, uczniów,  pracowników instytucji i firm i osób prywatnych. Wiosną posadzone przez nich żonkile rozkwitają tworząc niezliczone „Pola Nadziei”, a uczestnicy akcji zbierają fundusze na rzecz Hospicjum wręczając ofiarodawcom żywy kwiat lub żonkilową broszkę.

„Pola Nadziei” są programem, który został stworzony przez Organizację Charytatywną Marie Curie Cancer Care w Wielkiej Brytanii. Ideą programu jest pozyskiwanie funduszy na utrzymanie hospicjów w Wielkiej Brytanii, a także edukacja i uwrażliwienie społeczeństwa na los terminalnie chorego człowieka. W 1998 roku Organizacja MCCC w Edynburgu obchodziła swoje 50-lecie. Przygotowując się do obchodów tej uroczystości mając za patronkę Marię Skłodowską Curie postanowiła zapoznać ze swoją pracą jedno z polskich hospicjów. Kraków jest miastem bliźniaczym z Edynburgiem, zatem Kraków został wybrany, jako miejsce polskiej edycji “Pól Nadziei”. Beneficjentem programu zostało Towarzystwo Przyjaciół Chorych “Hospicjum”. Wiosną 1998 roku w parkach krakowskich zakwitły pierwsze polskie “pola nadziei”. 350 tys. żonkilowych cebulek oraz niezbędną do przeprowadzenia akcji pomoc i wiedzę przekazała Organizacja MCCC. www.polanadziei.pl

 

Barataria 13 Rękopis znaleziony w Manczy

Ewa Maria Slaska

Błąkają się błędne błękity

Bloger prowadzący autorskiego bloga Bestiariusz kultury, którego reblogowałam dwa tygodnie temu, podał w jednym z wpisów, że przygody błędnego rycerza z La Manchy stały się wzorem dla napisanego w początku XIX wieku Rękopisu znalezionego w Saragossie. Weszłam więc do sieci, żeby zobaczyć, co “się pisze” na ten temat i bardzo szybko znalazłam kolejny wpis.

Głównym bohaterem jest książę Alfons Van Worden, który zmierza do Madrytu, gdzie ma zostać mianowany na kapitana gwardii walońskiej. Udaje się tam najkrótszą drogą wbrew przestrogom swoich poddanych, która wiedzie przez nawiedzone góry Sierra Morena.

Sierra Moren, jak pisze Potocki, to strome pasmo, które oddziela Andaluzję od Manszy. Tam Don Kichot przeżywa swoją najbardziej niebezpieczną przygodę, z tych opisanych w I części powieści. Tam Van Wordenowi przytrafiają się pełne grozy historie splątane ze sobą, wynikające z siebie i do siebie z powrotem wiodące. To opowieść na wzór Baśni z tysiąca i jednej nocy, nazywana zazwyczaj powieścią szkatułkową, choć gdyby tej konstrukcji narracyjnej nadawano nazwę dzisiaj, nazwano by ją zapewne “historią matrioszką”, bo kto jeszcze wie, że był czas, gdy szkatułki wkładało się jedna w drugą? I po co? W sieci nawet obrazka takich szkatułek nie da się znaleźć. Z grubsza chodzi oczywiście o coś takiego:

Pudełeczka origami (podobno jeśli każdy papierek będzie o 0,45 mm mniejszy od poprzedniego, pudełka z łatwością dadzą się włożyć jedno w drugie i uzyskamy ich 24, co pozwoli nam stworzyć oszukańczy – baratero? – kalendarz adwentowy, który zapewni nam nie 24 prezenty lecz tylko jeden. I zawsze jeszcze może to być po prostu orzech, łatwy w użyciu i chętnie stosowany przez szarlatanów dowód na to, że jest coś, czego nikt nigdy nie widział czyli ukryty w skorupie orzech.)

Zresztą tylko po polsku i po niemiecku ten typ powieści nazywa się powieścią szkatułkową. Po angielsku jest to story within a story a po francusku mise en abîme,  termin zaczerpnięty z heraldyki, coś, co zostało umieszczone w absydzie, która w heraldyce oznacza najmniejsze pole w zbudowanym jak witraż wieloczęściowym herbie… Ale już w szerszym rozumieniu oznacza, że coś jest w czymś, które jest w czymś, które jest w czymś…  O, tu nasza Barataria jako punkt wyjścia tych rozważań pięknie się urzeczywistnia, bo doświadczenia mise en abîme doznaje każdy, kto stanie pomiędzy dwoma lustrami – to dopiero świat złudy czyli baratera. Bo o ile pierwszy obraz w obu lustrach jest realny, o tyle im głębiej weń patrzymy, tym bardziej podlega on dekonstrukcji…

Diego Velasquez, Las Meninas, 1656, Prado – obraz w którym, gdy mu się dokładnie przyjrzeć, nie wiadomo, kto naprawdę stoi w którym miejscu, a kogo i co widzimy w lustrach

Wróćmy jednak do naszych baranów czyli dwóch powieści szkatułkowych i ich bohaterów – Don Kichota i Van Wordena, którzy odbijają się w sobie jak w lustrach…

Już pierwsza scena z Van Wordenem odwołuje się do hiszpańskiej literatury. To działanie wbrew rozsądkowi, uparte realizowanie nawet szalonych zadań łączy księcia Van Wordena z Don Kichotem. Van Worden świetnie się wpisuje w rolę błędnego rycerza z obłędem w oczach (…), a jego słudzy odpowiadają postaci Sancho Pansy.

Van Worden sam się jednak nie uważa za romantyka, i gdyby go zapytań odżegnałby się od Don Kichota, lecz – przeciwnie – za obowiązkowego racjonalistę i typowego przedstawiciela swojej epoki – Oświecenia. Z czasów opowieści rycerskich pozostało mu wybujałe poczucie honoru wojskowego. Jego słudzy jednak, obaj Hiszpanie, służący Lopez i mulnik Moskito, podobnie jak Sancho cechują się wrodzonym sceptycyzmem i niechęcią do nowinek. Ruszają niechętnie za panem, po czym niemal natychmiast Moskito znika wraz z zapasami żywności. Panu burczy w brzuchu, Lopez jednak nie jest głodny, gdyż całą drogę podjadał ser z Toboso.  Ach, więc nie Dulcynea, lecz ser… Później zresztą pojawi się jeszcze wielki kocioł z Toboso, w którym się warzy atrament…

Ta Sierra Morena nawet w czasach późniejszych od dziejów van Wordena wciąż jeszcze była siedliskiem przemytników.

A propos przemytników i Sierra Moreny – była taka piosenka warszawskich szmuglerów, którą wszyscy znaliśmy.

Teraz jest wojna,
kto handluje ten żyje,
gdy sprzedam kaszankę, słoninę rąbankę,
to bimbru się też napiję…

Piosenka cieszyła się niezwykłą wprost popularnością w Generalnej Guberni. Śpiewano ją na placach i ulicach, w tramwajach i pociągach. To prosta rymowanka o ludziach, którzy mimo niemieckich zakazów przewozili do Warszawy „rąbankę”. Czasem na dworcach lub w pociągach odbywały się obławy, towar konfiskowano, „szmuglerzy” lądowali w więzieniu. Piosenkę śpiewają bohaterowie pierwszego powojennego polskiego filmu fabularnego (premiera miała miejsce w styczniu 1947 roku, film kręcony był w roku 1946) – Zakazane piosenki, w reżyserii Leonarda Buczkowskiego. W filmie zagrała cała plejada aktorek, które wówczas byli nieznani, a potem… Danuta Szaflarska, Hanka Bielicka, Alina Janowska i Zofia Mrozowska, grali też Edward Dziewoński, Igor Śmiałowski i Kazimierz Wichniarz, Andrzej Łapicki…

Polacy w gruncie rzeczy nie pamiętają, skąd się w ogóle wzięła ta piosenka. Czasem uważają nawet, że jest to wojenna wersja przedwojennego szlagieru Koniokrad, co jest jednak ewidentną bzdurą. Bo melodia jest ewidentnie inna. Łączy je jedynie szmugiel i kontrabanda.

Jest to przeróbka meksykańskiej piosenki Cielito lindo, która z kolei była nową wersją hiszpańskiej piosenki ludowej Sierra Morena.  Do okupowanej Polski piosenka trafiła dzięki Rosicie Serrano, nazywanej „Chilijskim Słowikiem” (TU Cielito lindo w jej wykonaniu). Rosita od roku 1936 występowała w Berlinie, śpiewała po niemiecku i nagrywała piosenki dla Telefunkena. Była więc, co tu dużo gadać, pupilką reżimu. Ale śpiewać umiała! Rosita w roku 1939 wystąpiła w filmie Bel Ami. Anonimowa refrenistka z gitarą w Zakazanych piosenkach została właśnie na nią upozowana, pisze, uwaga proszę państwa!, na stronie IPN-u prof. dr. hab. JerzyEisler. Profesor! O piosenkach!

W oryginale piosenka nazywa się “piękne nieb(k)o” – Cielito lindo, a pieśniarz szmugluje sobie z gór Sierra Morena pewną parę słodkich czarnych oczu. Piękne niebko skomponował w roku 1882 Quirino Fidelino Mendoza y Cortés (1862–1957), kompozytor meksykański. W Meksyku piosenka jest do dziś nadzwyczaj popularna i uważa się ją za nieoficjalny hymn tego kraju, śpiewany między innymi przez kibiców podczas meczy piłkarskich. Tekst jest prościutki, prostszy zapewne niż Szła dzieweczka do laseczka, co chyba byłoby polskim odpowiednikiem Cielito lindo.  Nie warto płakać, dziewczyno, lepiej śpiewaj! Canta y no llores! Zresztą w polskim filmie znajduje się odległe odniesienie do piosenki meksykańskiej. Gdy brat mówi Halince, że jej narzeczony zginął, dziewczyna wybucha płaczem. Roman (Jan Duszyński) pociesza ją: „Nie płacz, Halinka”, a płacząca Danuta Szaflarska odpowiada: „Ja nie płaczę, ja śpiewam” i włącza się do grupy osób śpiewających Serce w plecaku. Tak, nie płacz dziewczyno, śpiewaj!

Andre Rieu śpiewa Cielito lindo podczas koncertu w Meksyku i “cała sala śpiewa z nami”. Porywające 🙂

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

De la sierra, morena
Cielito lindo vienen bajando
Un par de ojitos negros
Cielito lindo de contrabando

De la sierra, morena
Cielito lindo vienen bajando
Un par de ojitos negros
Cielito lindo de contrabando

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

Ese lunar que tienes, cielito lindo
Junto a la boca, no se lo des a nadie
Cielito lindo que a mi me toca

Ese lunar que tienes, cielito lindo
Junto a la boca, no se lo des a nadie
Cielito lindo que a mi me toca

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

Wesołego Lanego Poniedziałku! Znowu nie zdążyłam opowiedzieć wszystkiego, co miałam w planie. Ale taka już uroda tych wpisów, błąkają się błędne błękity jak same chcą…

***

Bez nijakiego związku z niczym podaję tu najnowszą wersję piosenki Siekiera motyka, znalezioną w lipcu 2017 na FB:

siekiera motyka szydlo

Wielkanoc

Ryszard Dąbrowski

Życzenia z okazji Równonocy Wiosennej

Hallo,

z okazji święta wiosny, nazywanego świętem wielkanocnym, składamy Tobie/Wam serdeczne życzenia: ciepłego i słonecznego słońca, które ogrzeje Twoje/Wasze/nasze stare kości oraz pogody ducha w nadchodzących dniach.

Grażyna & Ryszard

P.S. Życzenia te ilustrujemy uroczą pocztówka, która zauroczyła mnie na jednym z berlińskich pchlich targów. Obraz ten figuruje w “historii sztuki” pod dwoma tytułami: „Dzieci z muszlą” oraz „Mały Jezus podaje muszlę z wodą Janowi Chrzcicielowi”, i z tego też powodu (ale także i stereotypowego baranka) nadaje się jako załącznik do życzeń kierowanych zarówno do ateistów i agnostyków, jak i teistów. Namalował go hiszpański malarz Bartolomé Estéban Murillo:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Bartolom%C3%A9_Esteban_Murillo

https://de.wikipedia.org/wiki/Bartolom%C3%A9_Esteban_Murillo

Pocztówka została wydrukowana techniką litodruku w czasie I wojny światowej przez firmę „Stengel & Co. G. m. b. H.” z Drezna oraz opatrzona numerem ewidencyjnym 29036.
W internecie znalazłem informację, że n.p. numer 29756 został wydany w 1917 roku.

Tu krótka informacja o tej firmie: istniała od 1885 roku do 1944 roku i była największym niemieckim producentem kart pocztowych:

https://de.wikipedia.org/wiki/Stengel_%26_Co

Historia odbiła się czkawką, i w ten sposób dowiedzieliście się o istnieniu firmy wydawniczej „Stengel & Co. G. m. b. H.”

Reblog przedwielkanocny z Malty

Udało mi się nadzwyczajnie, bo na dziś i na jutro dosłownie w ostatniej chwili nadpłynęły wspaniałe teksty.

Piotr Beszczyński

Wszystko, co maltańskie…

Jak zapowiedziano w marcowym wpisie, tak zrobiono. Udano się mianowicie na Maltę, przy wykorzystaniu niedrogiego aeroplanu, łączącego dwa razy w tygodniu ten sławny archipelag z Gdańskiem.

Jak na dłoni widać, że wyspy (Malta jest główną i największą) ulokowały się pośrodku Morza Śródziemnego. A że przez tysiąclecia jego wybrzeża stanowiły pępek cywilizacji (przynajmniej z naszego, europejskiego punktu widzenia), to na Malcie siłą rzeczy krzyżowały się najważniejsze morskie szlaki śródziemnomorskiego świata, zaś ich kontrola poprzez panowanie nad wyspą nęciła wszystkie liczące się w historii Europy imperia. Rzucającym się dzisiaj w oczy tego efektem jest wymieszanie genetyczne nielicznej ludności państewka (niespełna pół miliona, tyle co Gdańsk), unikalny język, oraz ogromna ilość interesujących zabytków, z których najstarsze mają grubo ponad 5 tysięcy lat.

Nie chcąc zanudzać Czytelników opisem zawiłych losów historycznych, odsyłam zainteresowanych do nieocenionej Wikipedii, gdzie znajdą kompendium wiedzy o Malcie. Poniżej zaś dzielę się refleksjami z zaledwie dwudniowego pobytu wedle klucza, gdzie nazwa wyspy występuje w formie przymiotnikowej. Ilustracje to zdjęcia naszej roboty oraz szkice autorstwa Ani.

  • Maltańska artyleria i maltańska duma

Strzelająca raz dziennie na wiwat nadbrzeżna bateria jest jedyną aktywną (w widoczny sposób) pozostałością militarnej przeszłości Malty : niezliczonych bitew, oblężeń, ostrzałów i nalotów. Dramatyczne epizody trwają w pamięci, jednak prawdziwym powodem dumy Maltańczyków jest ich skok cywilizacyjny w ostatnich latach, wyraźnie związany z członkostwem w Unii Europejskiej. Duma narodowa może być, jak widać, radosna i optymistycznie skierowana ku przyszłości, zauważana i doceniana przez inne nacje. Bywa jednak również inna: pełna pretensji, obolała, konstruowana i dekretowana w myśl politycznych potrzeb rządzących, wykrzykiwana przez nich zdziwionemu światu. Wolę tę maltańską.

  • Maltańska prezydencja i maltańska „arogancja władzy”

Malta sprawuje aktualnie prezydencję Unii Europejskiej, stąd większa zapewne niż zazwyczaj ilość unijnych symboli w publicznych przestrzeniach.

Natomiast widoczne poniżej oznaczenia rezerwacji miejsc parkingowych na ulicy dla Urzędu Premiera, Prezydenta, Ministra Spraw Zagranicznych, Prokuratora Generalnego czy Rzecznika Praw Obywatelskich, to jedyne przejawy wynoszenia się władzy państwowej ponad ogół.

No, jeszcze warta przed Pałacem Prezydenckim (za czasów Kawalerów Maltańskich – siedzibą Wielkiego Mistrza)

  • Maltański krzyż, maltańska religijność i maltański język
    X

Charakterystyczny, o równych i rozdwajających się na końcach ramionach, wywodzi swój pierwowzór ponoć z italskiego Amalfi, gdzie były zaczątki działalności Joannitów – Szpitalników – Kawalerów Maltańskich (zarys dziejów tego zakonu można sobie także przypomnieć, wracając do marcowego wpisu tego blogu), których stał się znakiem rozpoznawczym. Do dzisiaj wszechobecny w maltańskim krajobrazie, nie mówiąc o kościelnych wnętrzach (na ostatnim zdjęciu poniżej nie ma wprawdzie krzyża, jest za to sugestywny, bardzo typowy fragment posadzki)


Malta to kraj niemal w całości katolicki, jednak frekwencja w kościołach nie jest duża (być może wynika to z wyjątkowo wysokiego wskaźnika świątynioosobowego, bo kościołów jest mnogość, a mieszkańców niewielu). Wrażenie robi natomiast liturgia sprawowana w unikalnym języku maltańskim, melodyką chyba najbardziej przypominającym arabski. Fachowcy zaliczają maltański do grupy języków semickich (podobnie jak hebrajski czy arabski), spośród których jako jedyny zapisywany jest alfabetem łacińskim.

Z językami spotykamy się na wyspie także w nieco innym znaczeniu; tak mianowicie (Langua) zwano grupy narodowościowe w strukturze Zakonu Maltańskiego. Każdy z „Języków” odpowiadał za obronę innego odcinka fortyfikacji i każdy posiadał swój okazały dom modlitwy (i nie tylko modlitwy zapewne), zwany po prostu oberżą.

Jak rycerz nie zdzierży, bieży do oberży! (chyba niezłe na dyktando!)

  • Maltańscy Kawalerowie, maltańskie panny, maltańska młodzież

O Kawalerach Maltańskich trochę już było; najbardziej czytelne ich wizerunki znaleźliśmy w sklepie z pamiątkami:

W centrum stolicy stoi natomiast okazały pomnik Wielkiego Mistrza Jeana de la Valette, który po odparciu tureckiego oblężenia w 1565 roku, kazał wybudować od podstaw miasto, nazwane jego imieniem (Valetta).

Raz Kawaler Maltański, obrońca Valetty,
w przerwach między wojnami jął szukać podniety.
Próbował budowy szańców i odmawiania różańców,
lecz w końcu grzeszne oko dojrzało… kobiety!

W odróżnieniu od Kawalerów, panny maltańskie spacerują po ulicach „na żywo”.

Maltańską młodzież szkolną oprócz daty urodzenia wyróżniają jednolite mundurki, co budzi zrozumiałe zainteresowanie uczestników studenckich wycieczek uniwersytetów trzeciego wieku.

  • Maltańska fauna

Maltański pies (maltańczyk) – podobnie jak w przypadku Kawalerów Maltańskich nie udało się zaobserwować żywego egzemplarza, dlatego przedstawiam wizerunek wiszący w pałacyku rodziny Piri (warto też zwrócić uwagę na twarze odbite w szybie chroniącej obraz:)

Maltański pies z importu (dostępny na dworcu autobusowym):
X

Maltański wieprzek (w towarzystwie):
X

Maltański królik (próbowaliśmy, niezły):
X

Maltański koń zaprzęgowy (z kuposprzątaczem):
X

Maltański sokół – roczna zapłata wnoszona przez Wielkiego Mistrza cesarzowi Karolowi V za podarowanie Malty zakonowi Joannitów. Naturalnie cesarz kalkulował znacznie większe korzyści z transakcji, mające strategiczny charakter, w czym się nie zawiódł. Ptaszysko jednakowoż stało się znanym symbolem, a także pożywką dla twórczości literackiej i filmowej. Najłatwiej spotkać je dzisiaj tam, gdzie sprzedają souveniry:
X

Maltańska martwa natura – jak pewnie zauważyliście, większość przedstawionej tu maltańskiej natury wygląda na martwą. Dla uzupełnienia jeszcze jedna, nie wiadomo dlaczego – z Buddą:
X

    • Maltańskie Trójmiasto (10 minut promem z Valetty)
      X

      X
    • Maltańska bandera (tania) – chętnie wykorzystywana przez armatorów w zrozumiałym celu ograniczenia obciążeń podatkowych. Rodzimy ślad: maltańską banderę noszą statki Polskich Linii Oceanicznych.
      X

      X
    • Maltańskie balkony – zabudowane, stanowią bardzo charakterystyczny element miejscowej architektury (zwłaszcza w Valetcie):


      Maltańskie landszafty








      Zazwyczaj na zakończenie wpisu umieszczałem kilka słów komentarza do jakiegoś „świeżego” wydarzenia. Tym razem będzie inaczej, bo wpis powstawał w okolicy 10 kwietnia; wszystko zatem powyłączałem, aby odciąć się od medialnej tupolewizny. Wiem wszakże, że Wielkanoc nadchodzi i wkrótce dobiegnie końca niezwykły czas Wielkopostnego Zdziwienia Wątroby. Zalecam sobie i innym stopniowe oswajanie tego organu z okolicznościami świątecznymi, jak również zwrócenie uwagi na duchowy wymiar przeżyć najbliższych dni. Życzę spokoju, pogody, optymizmu mimo wszystko, no i zdrowia, ma się rozumieć. Alleluja!!!

Hi stranger

Hi stranger ist ein Kunstprojekt von Kerstin Lepore, amerikanischer Filmanimatorin, wurde schon von 1,5 Milionen Zuschauer angeklickt. Das geschlechtlose Knetwesen von Lepore sieht wie ein Wurm aus. Ist es ekelhaft oder androgyn modern?

Hi stranger to projekt artystyczny amerykańskiej autorki filmów animowanych Kerstin Lepore. Biała bezpłciowa istota z modeliny wygląda jak blada gąsienica i jest (chyba) odrażająca, ale może raczej wyraża nasze marzenia o androgynicznej ponadpłciowej równości. W każdym razie film obejrzało już 1,5 miliona widzów.

Nasz człowiek w Wietnamie 4

Lech Milewski

Trochę historii

Dzień rozpoczyna się wcześnie, gdyż już o 7 rano odlatujemy z lotniska w Da Nang do miasta Ho Chi Minh – poprzednia nazwa Sajgon.
W tym miejscu warto wspomnieć, że Wietnam ma ponad 3,000 km długości. Jest to pasek lądu o średniej szerokości 100 km. Powierzchnia Wietnamu jest nieco mniejsza od Polski, za to ludności ponad dwa razy więcej – ponad 90 milionów.

Nasza doba hotelowa jeszcze się nie rozpoczęła, więc zaczynamy od wizyty w Muzeum Wojny – KLIK.

Przed wizytą nasz przewodnik dziękuje australijskim turystom za zrozumienie wietnamskiego stosunku do wojny, podczas której Australijczycy walczyli po stronie przeciwnej.
Ja też dziękuję swoim czytelnikom za cierpliwość i wyrozumiałość, gdyż w tym wpisie będzie więcej komentarzy, niż osobistych wrażeń, a zdaję sobie sprawę, że moje poglądy często bywają niezgodne z poglądami większości rodaków.

Muzeum Wojny, właściwie dwóch wojen, gdyż najpierw była francuska w latach 1945-54.

Rok 1945, Japończycy skapitulowali, francuski rząd Vichy również. W tę pustkę wkracza Ho Chi Minh z wizją stworzenia niepodległego, komunistycznego Wietnamu.
W tym samym czasie na konferencji w Poczdamie ustalono, że kapitulację japońskich okupantów południowej części byłych Francuskich Indochin przyjmie dowództwo armii brytyjskiej, natomiast kapitulację w części północnej przyjmie chiński generał Chiang Kai-shek.
Chińczycy akceptują działalność Ho Chi Minha, powstaje Demokratyczna Republika Wietnamu. Brytyjczycy opóźniają rokowania z Ho Chi Minhem, czekając na reakcję Francji. Ciekawe, że w tym okresie Ho Chi Minh miał poparcie amerykańskiego Office of Strategy Services (OSS) – poprzednika CIA, ale to za mało.
23 września 1945 roku Francja deklaruje swoją zwierzchność nad Francuską Kochinchiną (French Cochinchina) i rozpoczyna się wojna partyzancka.
W roku 1949 Chiang Kai-shek zostaje pokonany przez komunistów pod wodzą Mao Tse-tunga, Chiny stają się państwem komunistycznym. W tym samym czasie Północna Korea znajduje się pod administracja Związku Radzieckiego. Wietnam staje się częścią komunistycznego bloku.

Rok 1953 – USA decydują się poprzeć militarnie Francję w walce z komunistami z Wietnamu Północnego.
Argumentacja: “Now let us assume that we lose Indochina. If Indochina goes, several things happen right away. The Malay Peninsula, that last little bit of land hanging on down there, would be scarcely defensible. The tin and tungsten that we so greatly value from that area would cease coming.” – prezydent Eisenhower, rok 1953 – KLIK.
Cyna i wolfram przeważyły – USA wspierają militarnie Francuzów – koszt 400 milionów dolarów.
Rok 1954 – bitwa pod Dien Bien Phu – komunistyczne wojska pod dowództwem generała Giapa rozbijają armię francuską. Na konferencji w Genewie Francja deklaruje całkowite wycofanie się z Wietnamu.
Pełna historia francuskiej wojny w Indochinach tutaj – KLIK.

Wojna amerykańska zaczęła się właściwie już w 1953 roku, w formie pomocy militarnej. Najpierw pomocy dla Francji, a potem dla Południowego Wietnamu pod rządami Ngo Dinh Diema, który był zażartym antykomunistą i fanatycznym katolikiem.
To pierwsze zjednało mu zaufanie Amerykanów. W 1961 roku wiceprezydent Lyndon Johnson stwierdził: Diem to Winston Churchill Azji.
To drugie ujawniło się w prześladowaniach buddystów. Wywołało to liczne protesty, których kulminacją było samospalenie buddyjskiego mnicha Thich Quang Duc.
Diem walczył nie tylko z komunistami, ale również z każdym przejawem wewnętrznej opozycji. Około 12,000 osób zostało skazanych na śmierć a 35,000 uwięzionych za przekonania polityczne. Jego popularność malała i pod koniec 1963 roku CIA skontaktowała się z wietnamską generalicją planującą zamach stanu. Przesłanie brzmiało: USA nie ma nic przeciwko zamachowi i będzie kontynuować pomoc dla nowego rządu.
Ngo Dinh Diem został zamordowany wraz ze swoim bratem 2 listopada 1963 roku.

Ambasador USA w Wietnamie – Henry Cabot Lodge – zaprosił zamachowców do ambasady, aby celebrować sukces. Prezydent J.F. Kennedy przesłał ambasadorowi gratulacje za dobrze wykonaną robotę (a fine job).
Dziwnym zrządzeniem losu 20 dni później prezydent J.F. Kennedy też już nie żył.

Następstwem zamachu była zupełna destabilizacja polityczna Wietnamu Południowego. Rządy wojskowych zmieniały się z dnia na dzień.
Konsekwencją było wkroczenie wojsk USA na teren Wietnamu.
Komentarz Ho Chi Minha: “…jeśli chcą toczyć wojnę przez 20 lat, będziemy toczyć wojnę przez 20 lat. Jeśli chcą zawrzeć pokój, zawrzemy pokój i jeszcze zaprosimy ich na herbatę“.
Operacje militarne nie przynosiły rezultatów, gdyż natura sprzyjała Wietnamczykom. Zabrano się więc za naturę. Aby utrudnić wojskom komunistycznym ukrywanie się w lesie, postanowiono przeprowadzić masową defoliację lasów (pozbawienie liści). Do projektu zaangażowano m.in. firmę Monsanto, tę samą, która obecnie wprowadza genetycznie modyfikowane rośliny.
Drugim środkiem walki z naturą i ludźmi był Agent Orange, bardzo wydajna trucizna – KLIK. Jej ofiarą padło około 4 miliony mieszkańców Wietnamu. Amerykańscy żołnierze, którzy zetknęli się z tą substancją podczas wojny w Wietnamie, otrzymali odszkodowania. Mieszkańcy Wietnamu odczuwają jej efekty do dzisiaj – KLIK.
Pełna informacja o wojnie w Wietnamie tutaj – KLIK.

Na początku tego cyklu wspomniałem, że istotnym czynnikiem, który zdecydował o wyborze Wietnamu była książka Grahama Greena – Spokojny Amerykanin. Innym istotnym czynnikiem był film Czas Apokalipsy – adaptacja książki Josepha Conrada Jądro ciemności – KLIK.

Patrząc na zlinkowany trailer przypominam sobie pobyt Johna Steinbecka w Wietnamie:
The author was impressed with American war technology, especially the helicopters and the gunship they called “Puff the Magic Dragon,” which could saturate a football field in a few seconds with .50-caliber bullets. It never occurred to him that, in an insurgency, such a wide swath of death in heavily populated areas would not enhance the winning of “hearts and minds.” He asked incredulously: “How could we lose a war against peasant rabble when we had all the modern advantages?” – KLIK.

No rzeczywiście.

Reportaże Johna Steinbecka z Wietnamu spotkały się z negatywną oceną świata kultury.

Sporo miejsca w muzeum zajmują informacje o protestach przeciwko wojnie w Wietnamie.

ZSRR, Francja, USA, Węgry. Relacji z Polski brak. Zgadza się. Nie przypominam sobie, żeby w Polsce przejmowano się tą wojną. Oficjalne informacje przyjmowano, jak zawsze, sceptycznie. Informacje o protestach w wielu krajach również. Łączono je z ogólnym rozluźnieniem obyczajów, ruchem hippisów, kwitowano komentarzem: młodzież musi się wyszumieć.

Co innego Australia. Jak wspomniałem na wstępie tego wpisu, Australia wsparła militarnie USA. W 1966 roku wprowadzono losowo-przymusową mobilizację. Losową, gdyż w wyznaczonych dniach odbywało się losowanie daty i wszyscy 20-letni mężczyźni urodzeni w tym dniu musieli zgłosić się do wojska.
W 1970 roku rozpoczęły się masowe protesty, których wynikiem było zwycięstwo Partii Pracy (Labor) w wyborach. Jej przywódca Gough Whitlam obiecał, że po dojściu do władzy natychmiast wycofa australijskie wojska z Wietnamu.

Przy wyjściu z muzeum zauważam stoisko z książkami, a tam…

Na dole, druga od lewej – Spokojny Amerykanin. A powyżej, nieco na prawo – francuska odpowiedź – Mały Książę.
Przypadek? A może sarkazm, gdyż tuż obok muzeum, za murem, znajduje się stare francuskie więzienie.

Te kraty na podłodze to sufity cel, do których upychano po kilkadziesiąt osób.

Graham Greene miał łatwo, akurat w tej wojnie Anglia była neutralna. Antoine de Saint-Exupery uniknął pułapki, zaginął pod koniec II wojny.
A gdyby żył dziesięć lat dłużej? Czy pisałby o swoich kolegach pilotach?
Pozwolę sobie zamieścić tekst Grahama Greene’a, opisujący francuskich pilotów w akcji.
Zanurkowaliśmy ponownie, z dala od rozległego lasu, w kierunku rzeki, spłaszczając lot nad ryżowymi polami, celując jak pocisk w niewielki dom pływający na żółtej rzece. Działko wystrzeliło pojedynczą serię, pływający dom rozerwał się w prysznicu iskier; nie czekaliśmy na potwierdzenie rezultatu. Samolot wzbił się na bezpieczny pułap i skierowaliśmy się do bazy.

Graham Greene – Spokojny Amerykanin – tłumaczenie autor wpisu.

Wreszcie koniec odwiedzin w muzeum. To była ciężka lekcja historii. Dobrze być znowu wśród żywych.

Jeszcze w Melbourne zauważyłem z pewnym smutkiem informację, że podczas wizyty w Ho Chi Minh City można będzie wybrać się na AO Show.
AO Show? Chyba oczywistym skojarzeniem było Adults Only Show. No tak, oczywiście, przecież blisko leżąca Tajlandia słynie z seksturystyki, więc Wietnam też nie mógł tego uniknąć. Na dodatek wszystko tutaj tańsze.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy przewodnik zaprowadził nas do stylowego budynku opery…

Opera

…i powiadomił, że możemy kupić bilety na przedstawienie baletowe pod tytułem AO Show – KLIK.
Z jednej strony ucieszyło mnie to – firma organizująca wycieczkę (Intrepid) nie obniżyła lotów. Z drugiej strony zawstydziłem się swoich skojarzeń. Z trzeciej wreszcie zasmuciłem się, gdyż najbliższe przedstawienie odbywało się w dniu mojego wylotu z Wietnamu. Gdybym był sprawdził sprawę przed wyjazdem, miałbym dodatkowe cenne przeżycie.

Dzień kończymy spacerem po centralnej dzielnicy Ho Chi Minh. Z jednej strony stylowy budynek dawnego ratusza Sajgonu, obecnie siedziba Rady Miasta Ho Chi Minh.

Z drugiej nowoczesne budynki, hotele, centra handlowe. Kosmopolityczna metropolia. Dostosowujem się do poziomu otoczenia i idziemy na obiad do restauracji Lemongrass – KLIK.

Dopiero w drodze powrotnej do hotelu mamy potwierdzenie, że jednak jesteśmy w Wietnamie.

Ciąg dalszy nastąpi

Stuart słucha muzyki 5

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

słuchają piosenek, które otwierają kolejne rozdziały Stuarta. Rozdział 14. Stuart kocha Meg, ale wie, że czas rozstania jest bliski. Meg jeszcze nie może jechać z nim do Australii, on nie może już dłużej odkładać powrotu do Australii. A rozstanie zawsze niesie ze sobą niepewność.

Carole King, Will you still love me tomorrow?

jedna z najsłynniejszych kompozytorek współczesnych, dziewczyna, która komponowała dla Beatlesów i Arethy Franklin. To jej własna piosenka.

Tonight you’re mine, completely, you give your soul so sweetly
Tonight the light of love is in your eyes, but will you love me tomorrow?

Dzisiaj cała należysz do mnie, tak słodko oddajesz mi swą duszę
Dzisiaj światło miłości rozświetla twe oczy, ale czy będziesz kochać mnie jutro?

Rozdział 15. Stuart wraca do Australii. Nie jest to dobry powrót, czeka go marna praca, odejście przyjaciela do świata bogaczy i własna zdrada. Zaczyna się ciężki czas. Należałoby się modlić, ale czy Stuart to wie?

The Fray: How to save a life

Let him know that you know best ‘cause after all you do know best
Try to slip past his defense without granting innocence
Lay down a list of what is wrong the things you’ve told him all along
And pray to God he hears you, and pray to God he hears you

Daj mu znać że wiesz najlepiej, bo naprawdę wiesz najlepiej
spróbuj wyminąć jego obronę, nie uznając niewinności
zostaw listę tego, co jest nie tak – rzeczy, o których mu ciągle mówiłeś
i módl się do Boga, by Cię wysłuchał i módl się do Boga, by Cię wysłuchał

Stuart 16.

Jedyną jaśniejszą chwilą w życiu Stuarta jest krótka wizyta Meg w Australii. I Stuart wie, że jest to najlepsze, co mogło go spotkać w życiu. Miłość, Meg, wspólne życie aż do starości.  Beatlesi też mieli taką piosenkę, pamiętacie? Will you still need me, will you still feed me, when I am sixty four? 

Tom Odell: Grow Old with Me

Grow old with me, let us share what we see
And all the best it could be – Just you and I

And our hands they might age and our bodies will change
But we’ll still be the same as we are

Zestarzej się ze mną, podzielmy się tym, co widzimy
Oraz tym, czym mogłoby się stać – tylko ty i ja

Nasze ręce pewnie się zestarzeją i zmienią się nasze ciała
Ale my będziemy ciągle tacy sami jak jesteśmy teraz

Ciąg dalszy za dwa tygodnie