Barataria 69 Turumba de la fruta

Ewa Maria Slaska

Kartki z książki na ulicy

Które to już kartki, które znajduję na ulicy i z których wyplecie się cała opowieść? W mojej dzielnicy ludziom nie wystarczy, że można książkę odłożyć na półkę, albo, skoro nie chce się jej więcej czytać, na klatkę schodową czy na ławkę w parku, żeby zabrał ją sobie ktoś inny. W mojej dzielnicy trzeba książkę rozerwać na kartki, a często jeszcze kartki na strzępy. W mojej dzielnicy bardzo często mi się zdarza, że znajduję na ulicy kartki książki, a potem dociekam, co to za książka. Jak tu, i tu, i tu:

Verdammt starke Liebe Die Stadt hinter dem Strom Andorra

Tym razem kartki leżą nieopodal domu, ale wieczorem znajdę nawet dwie stroniczki na naszym podwórku, a następnego dnia jeszcze dwie przy wejściu do stacji metra. Nie zebrałam wszystkich, wczoraj nie miałam czasu, dziś siły, ale mam ich dość, żeby zacząć się dziwić, że nie podniosłam żadnej, na której na dole, drobniutkim drukiem, znalazłby się autor i tytuł książki.

Na razie wiem więc tylko, że ktoś podarł jakiegoś paperbacka po hiszpańsku i rozsiał kartki wokół mojego domu. Jakby zrobił to dla mnie, jakby chciał mnie wystawić na próbę, sprawdzić, czy i jak szybko odkryję, co to za powieść i jak się wiąże z Baratarią? Bo jakoś przecież musi się wiązać, nikt nie zadałby sobie tyle trudu na darmo…

Oglądam pogięte, pożółkłe stroniczki. Muszę zadecydować, które słowa wybiorę, aby zadać google’owi pytanie, co to jest i kto to napisał? Widzę, że jest Mozart i Piąta Beethovena. Są Adam i Ewa w raju. Jest Salieri. Szylingi i jakiś niemiecki bohater, Mollenhauer, który mówi do kogoś po niemiecku “Kopf hoch” – głowa do góry, i ktoś, kogo trzeba tytułować Señor Franck. Jerónimo Franck. Pamiętajmy, że nie znam hiszpańskiego, choć powoli sama się temu dziwię, bo przeglądając kartki, widzę, że bardzo dużo rozumiem.

Nie znam języka i mam tylko dziewięć kartek z książki. Decyduję się na tytuł poematu ze strony 145: Turumba de la fruta…

Turumba de la fruta… Pamięć podsuwa zapomnianą potrawę – tymbalik z owocami. Deser, który chciałam zamówić, gdy mój ojciec po raz pierwszy zabrał mnie restauracji. Była to chyba najważniejsza, a być może i najdroższa, restauracja w Gdańsku – Orbis – naprzeciwko dworca. Miałam 15 lat. Tymbalik był w karcie dań, ale naprawdę go nie było. Były zamierzchłe czasy Komuny, wczesne lata 60. To był powszechny zwyczaj. Jerzy Wittlin proponował grę towarzyską “Jadłospisy”. Przygotowujemy niezwykle orygnalne karty dań, pełne nadzwyczajnych potraw. Wygrywa ten, kto zamówi bigos.

Wydaje mi się, że Turumba de la fruta może być czymś w rodzaju trąby owocowej. Ale czy ja wiem. Trąba turumba.

Wpisuję do google’a słowa Turumba de la fruta… Znajduję książkę natychmiast, jeszcze zanim się dowiem, czy turumba to trąba i jak wygląda?

Antonio Skármeta, La boda del poeta. Wesele poety?

I wciąż jeszcze zanim zobaczę, jak wygląda ów deser owocowy, wiem, że znalazłam Baratarię:

Funny, fascinating, ironic, dramatic and unusual novel...

Jerónimo Franck, an Austrian wealthy Bohemian with a nickname “the Poet”, leave his country and settles in the fictitious island of Gema, located in the Adriatic Sea. He reopens a store which was built by Stamos Marikanis, a local merchant…
Jeronimo proposes to Alia Emar, the most beautiful and charming girl on the island,whom he adores, the wedding is planned, but the couple doesn’t participate in the joy and cheerfulness that all the people of the island have…
Alia has an affair with Esteban Coppeta only couple of hours before the wedding…
Jeronimo is terribly worried from the Tragic Legend and curse of the island, he was afraid that Alia would die on her wedding night as Marta, the bride of Stamos died….

This novel convey the world war in a sarcastic way…. and reveals some of the details about the immigration of the Europeans to Chile…

«Un brillante dardo al blanco de nuestra más inmediata contemporaneidad, lleno de humor y ese criterio de la gravedad que exigen las mejores parodias.»

J.E. Ayala-Dip, Babelia, El País.

Jerónimo Frank, un rico banquero austríaco, lo abandona todo y se instala en una pequeña isla del Adriático, donde reabre el gran almacén «El Europeo». Pronto se concierta su matrimonio con la bella joven Alia Emar. La boda se prevé espectacular. Sin embargo, en el ánimo de Jerónimo pesa la tráfica leyenda del antiguo propietario del almacen y su joven esposa. En el caso de Alia es el amor de Esteban Coppeta, descendiente de un héroe de la isla, lo que la desconcierta. Una historia de amor legendario en clave de intriga y humor, una mirada inteligente y satírica sobre la Europa de preguerra, pero también la crónica de una estirpe de emigrantes que llegará a Chile a principios de siglo, con sus sueños, sus mezquindades y su pasado a cuestas.

Historia przypomina zatem jedną z opowieści o piratach z Karaibów… Tę, w której Johnny Depp wyciągnie końmi kościół z wioski… Na razie jednak lekceważę ten wątek. Myślę, że ta książka zajmie nas na dłużej, będzie czas na wszystko. Zacznijmy zatem od początku czyli od pierwszej jej strony. Opis wyspy Gema.

Popyt na wino z wysp Gema trwał aż do austriackiego traktatu handlowego z Włochami (1891), który ustanowił tzw. Klauzulę Win. Dzięki tej umowie Włochy mogły wwozić wino na terytoria austriackie na preferencyjnych warunkach. To natychmiast odbiło się echem na rynku, a ceny spadły, przez co znacząco spadł i eskport. Zniknął bodziec do zakładania nowych winnic. Już wyprodukowane wino zostało skonsumowane prawie wyłącznie na miejscu, a i tak pozostała duża nadwyżka. Statki, bez innych źródeł dochodów, nie wypływały z portów. Nieszczęść dopełniła filoksera, która zaatakowała winnice w roku 1894 i stopniowo je unicestwiła.
Chłopi z Gemy, po większej części winiarze, ponieśli wielkie straty. Zwrócili się o pomoc do zamożnych kupców i wielkich właścicieli ziemskich. Nieliczne produkty, jakie jeszcze produkowały ich gospodarstwa, sprzedawały się po niskich cenach, a od pożyczek płacili wysokie odsetki. Lichwa jeszcze bardziej zubożyła drobnych producentów. Ich ziemia nie nadawała się pod inne uprawy, sytuacja zmusiła ich więc do emigracji. Tak oto mieszkańcy Gemy, którzy wcześniej dawali pracę innym, musieli teraz wyjechać w poszukiwaniu pracy do odległych i dziwnych krajów.

Antun Domic: Breve Historia de la Isla de Brac

Czytam to i myślę o utopijnej opowieści Silvio Gesella o tym, jak rozwinęła się, a potem upadła gospodarka odizolowanej od reszty świata wyspy Baratarii. Brac to chorwacka wyspa, Antonio Skármeta jest chilijskim pisarzem, potomkiem chorwackich emigrantów z wyspy Brac. Niewykluczone, że Gema to po prostu Brac… Okaże się. Urodzony w roku 1940 Skármeta, syn uciekinierów politycznych, w roku 1973, po puczu w Chile, sam stanie się uciekinierem politycznym i zamieszka w… Berlinie. Krąg się zamknął. Przyjechałam do Berlina w roku 1985, Skármeta wyjechał stąd w roku 1989.

Mogliśmy się spotkać. Kto wie, może naprawdę się spotkaliśmy…

Wrócił do Berlina w roku 2000 jako ambasador Chile…

Jego najsłynniejsza powieść posłużyła jako kanwa filmu Listonosz o chilijskim poecie na wygnaniu, Pablo Nerudzie…

OK, Turumba to nie trąba, to słowo filipińskie, pochodzące z języka Tagalog, oznaczające drżeć ze szczęścia. Jest firma Turumba, produkująca przecier owocowy. Był film dokumentalny Turumba, o filipińskiej rodzinie produkującej zabawki z masy papierowej, i jest Matka Boska Bolesna z Turumby, ale o tym wszystkim opowiem wam następnym razem… Już zamówiłam sobie tę książkę, już nawet w międzyczasie dostałam mailem potwierdzenie, że została wysłana…

Orient powszedni IV

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Jak rzekła Viatorka na zakończenie poprzedniego odcinka? Czas ruszać w drogę, bo do zachodu słońca jeszcze daleko. Prawdę mówiąc, już nie tak daleko. Ale do odwiedzenia jeszcze sporo, dlatego faktycznie – w drogę!

Tę wizytę wymarzył sobie Viator i zaplanował już dawno. Wiele lat temu. Tylko okazji jakoś dotąd nie było. Teraz jest.

Kilka lat temu, pisząc o swych wędrówkach po Łużycach, Pielgrzym zauważył, że na pewnym obszarze, poprzez zmiany granic, historia wykroiła, brutalnie ale precyzyjnie, coś w rodzaju preparatu mikroskopowego. Idealny dla badaczy kultury i dziejów. Tam i wtedy chodziło Viatorowi o leżące blisko siebie, w odległości około 20 kilometrów, trzy miasta – różnego pochodzenia, innej specyfiki oraz prezentujące odmienne typy organizacji przestrzennej. Tutaj i teraz Wędrowiec widzi analogiczną sytuację: ciekawe, czy ktoś oprócz niego dostrzegł już ten podlaski preparat mikroskopowy. Dla badaczy przenikania wyznań – wprost wymarzony.

Trzy miejscowości nad granicznym Bugiem, odległe od siebie o niespełna 15 kilometrów. Trzy odsłony chrześcijaństwa. Kiedyś Viator pasjonował się tą tematyką, do ciągłego jej zgłębiania nakręcając się nawzajem z pewnym dobrym znajomym. Ten, niegdyś świetnie zapowiadający się, młody człowiek jest dziś Świętym Starcem z Piétrebais. Zapewne przeczyta ten tekst. Może pokusi się o jakiś komentarz, bodaj krytyczny? Wszak jest wytrawnym znawcą zagadnienia oraz miłośnikiem wschodniego rytu. Sprawiłby Pielgrzymowi wielką przyjemność…

Preparat jest mikroskopowy i badawczy, przeto Viator nie potrafi się powstrzymać od profesorkowatego zadęcia. Czasem można. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!

Odsłona pierwsza: Jabłeczna, czyli twarde prawosławie.

Dla Wędrowca, tak jak i dla innych mieszkańców Łużyc, obrządek wschodni to egzotyka. No, może nie tak do końca: jednym ze skutków Akcji “Wisła” jest fakt, że w promieniu 50 – 70 kilometrów od domostwa Viatora można spotkać kilka cerkwi, tak prawosławnych, jak greckokatolickich: Szprotawa, Przemków (stolica Łemków, jak mówią), Zielona Góra, Buczyna… To daje nawet niezwykły efekt, gdy poluterańska, neogotycka kircha z czerwonej cegły pyszni się cebulastą, złotą kopuła, jaką ją zwieńczono na potrzeby nowego kultu. Ale mimo wszystko takie miejsca tam, na Zachodzie, są rzadkością. Tutaj, na Podlasiu, cerkwie stanowią powszedni element krajobrazu. Ale dla Viatora pozostają egzotyczne. Zaś jedna z nich, ta w Jabłecznej, jest po wielokroć egzotyczna. Już brama wjazdowa na teren obiektu świadczy o tym, że wkraczamy do innego świata.

Cerkiew, a właściwie monaster (czyli klasztor wraz z świątynią) św. Onufrego. Powstał w XV wieku. Jego wyjątkowość polega na tym, że jest jedynym męskim klasztorem prawosławnym na terenie współczesnej Polski, który od momentu założenia funkcjonuje nieprzerwanie po dziś dzień. Przetrwał zabory (to akurat naturalne: nowi władcy, czyli Rosjanie, wspierali wręcz jego działalność), przetrzymał okres niezbyt przychylnej dla prawosławia (co też jest ostatecznie zrozumiałe) II Rzeczypospolitej, wyszedł obronną ręką (mimo zniszczeń) z zawieruchy Wielkiej Wojny i oparł się władzom PRL-u (nawet w czasie stalinowskiej nocy!). Dziś, dla swych zasług, dumnie nosi miano monasteru stauropigialnego, czyli podlegającego bezpośrednio jurysdykcji samego Metropolity Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego (może Święty Starzec z Piétrebais coś tutaj doda od siebie).

Zabudowania klasztorne i cerkiewne nie są aż tak stare, jak dzieje monasteru – pochodzą z XIX wieku. Ale i tak robią wrażenie – właśnie swą egzotyką. Viator jest świadom, iż nieco nadużywa tego określenia, ale nie potrafi znaleźć trafniejszego. Zresztą, proszę tyko spojrzeć:

W cerkwi trwa nabożeństwo. Ikonostas, bogate szaty celebransa, dym kadzidła, transowy śpiew, świece. Mnóstwo świec. Wejść można, ale fotografowanie jest zabronione. Toteż muszą Czytelnicy zadowolić się ujęciami wykonanymi na zewnątrz. A szkoda! Niezwykła jest bowiem Boska Liturgia, a ryt wschodni – bogaty i wyrazisty. Ma uobecniać wśród wiernych Niebiosa, tak jak je sobie ortodoksi wyobrażają. I Miasto Święte – Jeruzalem Nowe ujrzałem, zstępujące z nieba od Boga, przystrojone jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża. Dla Najwyższego to, co najgodniejsze, najcenniejsze, najbardziej wzniosłe. Jak to sobie przedstawić? Cóż na ziemi było dla wschodniego chrześcijanina najgodniejsze, najbardziej wzniosłe? Czyż nie pałac Basileusa w Bizancjum i dworski rytuał? Czy nie tak musi wyglądać Niebo? Czy nie to wpłynęło na kształt Boskiej Liturgii? Viator nie jest tego pewien, tak sobie jedynie domniemywa. Ale Święty Starzec z Piétrebais na pewno wie. Tylko, czy się swą wiedzą zechce podzielić?

Bez cienia protekcjonalizmu pragnie Wędrowiec dodać, że rozumie i szanuje takie wizje eschatologiczne, choć kompletnie ich nie podziela. Dla niego Niebo może być jedynie sosnowym lasem, gdzie wraz z Viatorką i wszystkimi swoimi pieskami, które już przebiegły i jeszcze przebiegną po Tęczowym Moście, przez całą wieczność będzie się przechadzał, a wieczory wieczności w tymże gronie wraz z Bogiem spędzał będzie na pogawędce i piciu wina przy kominku. Jeśli ma być inaczej, to Viator nie reflektuje…

Eeech, czas ruszać dalej.

Odsłona druga: Kodeń, czyli katolicyzm tryumfujący.

Ziemia ta, jak już wielokrotnie wspomniano, jest na rozmaite sposoby pograniczna. Chrześcijański Wschód z Zachodem się tu ciągle miesza. Taki Kodeń na przykład. Stoi w nim cerkiew, ale nie ona jest tutaj najważniejsza.

W XV wieku miasto stało się własnością Sapiehów. Ród ten, rusińskiej, a więc prawosławnej proweniencji, skatolicyzował się i z neoficką gorliwością wprowadzał łaciński obrządek w swoich włościach. Mikołaj Sapieha Piusem (czyli Pobożnym) zwany, wybudował w Kodniu renesansową świątynię i umieścił w niej obraz Matki Bożej Gregoriańskiej, którą wykradł był z prywatnej kaplicy papieża Urbana VIII podczas swej pielgrzymki do Rzymu. Został za to nawet ekskomunikowany, ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło. Zaś wizerunek maryjny, zwany odtąd Matką Bożą Kodeńską, zaczął przyciągać liczne pielgrzymki. Świątynia zaś zyskała rangę sanktuarium i wzbogaciła się o barokową, potężną fasadę. Taką kontrreformacyjną, nieprawdaż?

I stan ten (z przerwą na czasy zaborów, gdy kościół oddano prawosławnym; nie dziwota, że po odzyskaniu przez Polskę niepodległości nie byli oni tutaj zbyt lubiani) trwa po dziś dzień. Kodeń to jedno z największych centrów pielgrzymkowych. Gdy Viator wszedł do wnętrza świątyni, modliła się w niej akurat pielgrzymka zakonnic. Jakich konkretnie? Diabli… przepraszam!: anieli wiedzą. Trochę niezręcznie było robić zdjęcia. A jeszcze mniej zręcznie byłoby uwiecznić siostrzyczki, gdy już wyszły na zewnątrz: wesoła gromada, gitary. Ale cóż – nie wypada. Ruszamy w dalszą drogę.

Odsłona trzecia: Kostomłoty, czyli syzyfowe dzieło godzenia.

Każdy chyba słyszał to i owo na temat Unii Brzeskiej (nie mylić z Lubelską!), czyli próby zjednoczenia katolicyzmu z prawosławiem. Stało się to w Brześciu Litewskim w roku 1596, a polegało na tym, że spora część ortodoksów zamieszkujących Rzeczpospolitą przyjęła zwierzchność papieża, pozostając przy wschodnim obrządku, liturgii, prawie kanonicznym i kalendarzu. Różnice doktrynalne nie były znaczące, no, może poza sławetnym Filioque i kilkoma innymi drobiazgami, ale tutaj to już naprawdę Święty Starzec z Piétrebais musi zabrać głos!

I trwał kościół unicki, raz w lepszej, raz w gorszej formie, ale bez przeszkód, aż do rozbiorów. Imperium Carskie, widząc w tym sposób skutecznej rusyfikacji, systematycznie i konsekwentnie likwidowało Unię, zmuszając wiernych do powrotu na łono prawosławia. Na Ziemiach Zabranych zniesiono ją ostatecznie do roku 1839. Uchowała się jedynie diecezja chełmska na terenie Kongresówki. Jednak i ona została zlikwidowana w roku 1875, na fali represji po Powstaniu Styczniowym. Nie obeszło się bez ofiar, których symbolem jest męczeństwo trzynastu unitów z Pratulina.

A w Kostomłotach stoi sobie, jakby nigdy nic, świątynia unicka. Skąd? Jak? Ano, jest to cerkiew neounicka. Czytał to i owo Viator na ten temat, ale jakoś nie mógł złapać tej specyfiki, różnicy. Tym razem się udało. Proboszcz – rzymski katolik, jak sam podkreślił, ale birytualista – z wyglądu (zażywny, z długą rozłożystą brodą) i z zachowania (ta serdeczność, wylewność niemal) wypisz-wymaluj Batiuszka, wyjaśnił rzecz Wędrowcowi zwięźle i klarownie. To ta sama – mówił – unia. Pod rosyjskim zaborem zlikwidowano ją, za to mogła bez przeszkód działać w państwie Habsburgów. I działała, tylko, że tam nabrała zdecydowanie ukraińskiego charakteru, co niekoniecznie wszystkim Rusinom było w smak. Nazwali się Cerkwią Greckokatolicką, liturgię sprawują po ukraińsku. A wy? – pyta Viator. W języku staro-cerkiewno-słowiańskim, tak jak dawniej było w całym Kościele Unickim. Gdy odrodziła się Polska, zaczęto zabiegać o odnowienie Unii zniszczonej na terenach zaboru rosyjskiego – opowiada dalej Batiuszka – nie bez sukcesów. Powstało 46 parafii, działało seminarium kształcące kapłanów. Wszystko skończyło się wraz z wojną i zmianą granic.

Faktycznie, dziś cerkiew Świętego Nikity Męczennika w Kostomłotach to siedziba jedynej neounickiej parafii na świecie!

Zakazu fotografowania nie było. Przeciwnie, sympatyczny Batiuszka wręcz zachęcał do robienia zdjęć. Dlatego mogą Czytelnicy podziwiać świątynię wewnątrz i zewnątrz.

Przy wejściu na plebanię wisi ikona przedstawiająca trzynastu męczenników z Pratulina. Nie ma rady, trzeba się tam będzie wybrać, do tego Pratulina!

Ale dopiero jutro. Robi się ciemno, trzeba zatroszczyć się o jakiś nocleg. Już prawie dziewiąta wieczorem. Nie ma czasu do stracenia.

Viatorka

Pięknie, w swym niepowtarzalnym, barokowym stylu, opisał Viator trzy ostatnie przystanki podróży owego strasznie długiego dnia (pomyśleć, że zaczął się we Włodawie i Sobiborze). Pozostało więc Viatorce dorzucić tylko kilka własnych wrażeń.

Jabłeczna. Dotarliśmy tu o osiemnastej, ale smartfon Viatorki uparcie informował ją, iż znajdujemy się na Białorusi i jest już dziewiętnasta. A jak chcemy korzystać z telefonu albo z internetu, to musimy dodatkowo słono zapłacić. Faktycznie, kilkadziesiąt metrów za monasterem płynie Bug, a na drugim jego brzegu jest już Białoruś. No, ale jak dyskutować z siecią, że my przecież Ojczyzny bynajmniej jeszcze nie opuściliśmy?

Pierwsze, co w Jabłecznej rzuciło się Viatorce w oczy, a czego (o dziwo), zmęczony już chyba podróżą Viator nie zauważył, to wielki, rozłożysty dąb, obwieszony ikonkami, krzyżykami i czotkami (czyli czymś w rodzaju prawosławnego różańca, takiego bardziej jezusowego niż maryjnego). To drzewo wotywne, na którym swe dary w intencji wysłuchania modlitw, albo już wdzięczni za ich wysłuchanie, pozostawiają pielgrzymi.

Z wizyty w Kodniu najlepiej zapamiętała Viatorka budowlę z czerwonej cegły. Z daleka wyglądała zupełnie jak ruiny gotyckiego kościoła w Trzęsaczu, który kojarzy się Viatorce, rodowitej Pomorzance Zachodniej, z dzieciństwem i wczesną młodością spędzonymi nad Bałtykiem i którego historia zawsze pobudzała jej wyobraźnię.

Nie były to jednak żadne ruiny, tym bardziej nie gotyckie, ale powstała na początku XIX wieku Brama Unicka, pełniąca funkcję dzwonnicy. Niegdyś prowadziła do nieistniejącej już dziś unickiej cerkwi św. Michała Archanioła, która została spalona około 1875 roku w wyniku represji carskich. Brama przetrwała, a za nią dziś jest tylko pusty plac.

Kiedy Viator w Kostomłotach ucinał sobie pogawędkę z księdzem proboszczem Batiuszką, zaczynało już zachodzić słońce. Wyjechaliśmy więc spiesznie, kierując się do wzdłuż Bugu do Terespola i podziwiając po drodze sielskie krajobrazy oraz zachód słońca.

Gdy dotarliśmy do Terespola, zapadał już zmrok. Ach, jaka szkoda, że nie można było po prostu przejechać przez most tylko z dowodem osobistym i odwiedzić tak dobrze znany z lekcji historii i powieści historycznych Brześć! Przez dłuższą chwilę miał Viator jeszcze nadzieje, że chociaż zobaczymy znajdujące się w Terespolu prochownie twierdzy brzeskiej, ale niestety, było na to stanowczo za późno, wszystko dawno pozamykane.

Noc. Najwyższy czas znaleźć kwaterę. Viatorstwo – jak przystało na wolnych ludzi, nie chciało się wiązać wcześniejszymi rezerwacjami… Jednak, jak się okazało, znaleźć w romantycznej, podlaskiej krainie o tej porze nocleg, to nie taka prosta sprawa. Smartfon uporczywie trzyma się sieci białoruskiej, choć przecież od granicy coraz dalej. Postanawiamy jechać – może do Janowa Podlaskiego – fajnie byłoby przenocować koło słynnej stadniny. Tylko, że drogi, jakkolwiek urocze, słabo są oznakowane, a na dworze już całkiem ciemno. Zrobiła się dwudziesta pierwsza. Kierunkowskaz na Janów – owszem jest, ale wskazuje na jakąś wąską dróżkę, która wygląda na rowerową. W końcu smartfony, na których śledzimy mapę i poszukujemy hotelu, zaczynają się rozładowywać. No nic, jedziemy przed siebie – gdzieś musi być jakaś cywilizacja!

No i dojechaliśmy… znowu do Białej Podlaskiej! Ale w końcu to takie sympatyczne miasto i bez problemu znaleźliśmy w nim porządny nocleg, w sam raz, żeby wypocząć po tak forsownym dniu. Rano jedziemy dalej.

Reblog: Willa z fortepianem

Znalezione w internecie przez Andrzeja Rejmana

W dzielnicy Ursus, niedaleko skrzyżowania Alej Jerozolimskich z ulicą Ryżową stoi niewielka willa. Z ulicy ledwo ją widać spośród rozbuchanej zieleni. Jednak jeśli wejść w boczną drogę i zajść dom od tyłu, oczom ukaże się ciekawy architektonicznie modernistyczny budynek. Niewiele wiemy o tym domu. Powstał prawdopodobnie w latach 30 XX wieku. Od ok. 2015 roku stoi opuszczony i niszczeje. Naszej dobrej znajomej Laurze Styczeń udało się dostać do środka willi. Znalazła tam istne cuda – wspaniały przedwojenny fortepian wyprodukowany przez warszawską firmę, liczne stare zdjęcia, dokumenty przedwojenne i z czasów okupacji oraz wiele innych przedmiotów o niewątpliwej wartości muzealnej. Ktokolwiek tam mieszkał, musiał być niezwykle interesującym człowiekiem i dbał o swoją przeszłość i dziedzictwo. Niestety dowiedzieliśmy się, że willa, która była wpisana do Gminnej Ewidencji Zabytków, została niedawno z niej wyłączona. Jaki los ją czeka?

Wiśniewski (Reblog z FB)

Radosław Wiśniewski

Zimą napisałem tekst. Miałem poczucie, że jest ważniejszy ode mnie i wszystkiego, co napisałem od lat. Długo szukał sobie miejsca na papierze, w sieci, gdziekolwiek. Sporo osób mówiło po lekturze, że warty jest publikacji, ale jakoś się nie mieścił to w tym to w tamtym formacie. Nie mnie sądzić dlaczego. Ale oto od kilku dni jest, ktoś dał mu miejsce i przestrzeń. Tekst, dodajmy, na tyle dla mnie i paru osób ważny, że założyliśmy nieformalny projekt “Laboratorium Empatii”, na razie tylko na FB (znajdziecie bez trudu).

A tekst idzie bez mała taką ścieżynką:

“[…]
Próbujesz opowiadać o zaangażowaniu poprzez zaprzeczenia, apofatycznie, na przykład, że daleko ci do „Krytyki Politycznej”, ale równie daleko do Wencla, a zarazem nie znaczy to, że interesuje ciebie wyłącznie prywatność albo wyłącznie historyczność. I właśnie od tego napięcia pomiędzy prywatnością, pojedynczością a historycznością trzeba zacząć rekonstrukcję twojego zaangażowania. Bo przecież to, co nie pozwala tobie stanąć ani po lewej i ani po prawej stronie, to wiara oraz ufność jaką pokładasz w jednostce. Dla ciebie nigdy nie ma i nie będzie sześciu, siedmiu, ośmiu milionów – jest osobowa pojedynczość i przemnożenie jej przez dowolna liczbę jej nie unieważnia. Nie ma zatem żadnego zastosowania zdanie, że system był dobry, tylko nie uwzględniał człowieka i tego że jest osoba obdarzona godnością, wolnością wyboru i sumienia. Taki system nie miał i nie ma racji bytu. Żaden system, który opowiada, że tylko odsuniemy, tę lub inną, mniejszość, która nam koła w szprychy postępu sadzi, a już, już jutrzenka wyzwolenia mas, narodu, rasy zabłyśnie nigdy nie zdobędzie twojego zaufania. To zapowiedź krwawych baśni eksterminacji, a do nich czujesz odrazę. Tę, która podpowiada gesty, za które można oberwać. I to całkiem na serio. Tak jak powiedziałem – z lewa i prawa lub z obu stron na raz – bez różnicy.

Spoiwem, które pozwala łączyć prywatność z historycznością jest empatia, czyli współodczuwanie, czasem sprowadzone tylko do próby wyobraźni. I nawet jeżeli jest to tylko wyobrażone współodczuwanie to ma fundament, który trudno podważyć. Każdy człowiek ma ciało, zdolne do odczuwania bólu i chce je przed tym bólem ocalić, na tyle, na ile to możliwe. Ciało oprócz odczuwania fizycznego bólu, potrafi także sprawić, że odczuwasz strach, lęk, niepokój. Owszem, wiele doświadczeń pozostaje na zawsze za murem, ale jeżeli pozwolić, by mówiło ciało, stają się bliższe niż można by sądzić, chociaż przez to wcale nie zrozumiałye. Empatia nie mówi o zrozumieniu, ale o współbyciu. Nie zakłada też gestów zbiorowych, ale pojedynczość, nawet jeżeli dla podjęcia tej próby trzeba uwzględnić szerszy kontekst, to w centrum zawsze pozostanie osoba, jedna, niepowtarzalna.

Empatia, szczególnie w kontekście historycznym, porzuca złudzenie neutralności, równego dystansu, drogi środka i zarazem – chociaż wydaje się to niemożliwe – nie dryfuje w stronę żadnego z biegunów politycznych, prawego, czy lewego. Powołując się w sposób bardzo ogólny na prawa antropologii przestrzennej Victora Frankla, można powiedzieć, że empatia wprowadza trzeci wymiar do dwuwymiarowego sporu. Frankl, tocząc zupełnie inny spór w obrębie psychologii i antropologii, w prosty sposób pokazał jak redukując formę przestrzenną – np. kulę lub stożek, do figury (lub figur) dwuwymiarowych uzyskujemy sprzeczne lub zadziwiająco zgodne obrazy tego samego przedmiotu. Stosując tę analogię do empatii w kontekście zaangażowania literackiego, trzeba było by powiedzieć, że nie jest ani lewicowa, ani prawicowa, bo pomimo żarliwego zaangażowania nie gra w tę grę, jaką próbują jej narzucić ideologie i jej literackie mutacje. Empatia pracuje na zupełnie innym planie niż ideologie, które zawsze będą miały tendencje do redukowania jednostkowości, niepowtarzalności. Tu jest źródło niepodległości gestu – literackiego, poetyckiego – zakotwiczenie w tym, co jednostkowe. Tylko to pozwala skutecznie detonować przed czasem próby manipulacji, zawłaszczenia pojedynczego śpiewu, lamentu, inkorporowania go do wycia hordy.
[…]”

Gdyby kogoś interesował całokształt – to jest na stronie pozbawionego właśnie ministerialnych dotacji serwisu ArtPapier.pl, co samo w sobie staje się pomału czymś w rodzaju silnej rekomendacji:

Anoreksja na śniadanie 2

Ewa Maria Slaska

Tak, oczywiście, pisałam już o tej książce.

TU

Powtarzam temat, bo 20 czerwca o godzinie 19 zapraszamy do OstPost na Choriner Str. na spotkanie z Roksaną Wiankowską, autorką książki Anoreksja na śniadanie. Piszę “zapraszamy”, bo to ja poprowadzę to spotkanie. Roksana mnie o to poprosiła już PO tym, jak napisałam na blogu o jej książce.

Oferujemy więc z Roksaną niezły mix pokoleniowy – mogłabym spokojnie być jej babcią.

Więcej o wydarzeniu

Uprzedzam, będziemy rozmawiać po polsku. Roksana świetnie mówi po niemiecku,  ale spotkanie będzie po polsku, bo taka jest, że użyję współczesnej terminologii, grupa targetowa: młode kobiety, polskie nastolatki i ich matki, babcie, przyjaciółki, siostry… Oczywiście mogą to też być mężczyźni, chłopcy, ich ojcowie, dziadkowie i bracia, ale zakładam(y), że przyjdą głównie kobiety. Anoreksja podobnie jak bulimia to jednak przede wszystkim choroba, która dotyka kobiety. Ale oczywiście dotyka też mężczyzn, którzy kochają te kobiety.

Jak to się zaczyna? Jak to w ogóle jest możliwe, że się zaczyna?

Zdecydowałam: schudnę i zacznę się wzorowo uczyć. Poddam się temu całkowicie. Tak, właśnie! Pokażę wszystkim, że jestem wyjątkowa. Udowodnię, że potrafię wykorzystać swój potencjał i wykażę się siłą. Wkrótce poznałam Sabinę – było to moje drugie ja, mój wewnętrzny głos, który miał poprowadzić mnie przez drogę do sukcesu.
– Nie zjedz kolacji przez tydzień, zobaczysz, to pomoże – mówiła Sabina. Ta nowa, lepsza wersja mnie. Przynajmniej tak mi się wydawało. To tak, jakbyś dostał opakowanie ulubionych ciastek, a ktoś powiedziałby ci, że są one zdrowe i od nich nie utyjesz. Możesz zjeść ich ile tylko chcesz. Jednak po fakcie okazuje się, że w tym wszystkim był pewien haczyk. Nie masz gwarancji, że osoba, która powiedziała ci o cudownych „nietuczących” ciastkach, mówiła prawdę. Tak samo ja uwierzyłam Sabinie. Skutecznie mi wmówiła, że tylko z jej pomocą mogę osiągnąć wszystko, czego pragnę. Zaczęło się niewinnie. Po powrocie ze szkoły i zjedzeniu tam dwóch kanapek lub drożdżówki, napychałam się ogromną paczką top chipsów. Naiwnie sądziłam, że schudnę, jeśli zamiast kolacji zjem chipsy. Tak, wiem, wydaje się to śmieszne. Jednak to był dopiero początek podstępnego planu Sabiny. Chwaliła mnie za postępy, które robiłam, nawet jeśli chodziło o napychanie się „śmieciowym jedzeniem” zamiast zjedzenia obiadu i kolacji.

Roksana chce zacząć spotkanie od piosenki Skinny love zespołu Bon Iver z wydanego w 2007 roku albumu For Emma, Forever Ago. Piosenkę napisał i przejmująco śpiewa Justin Vernon. Uważa się powszechnie, że piosenka opowiada o byłej dziewczynie Vernona, Christy Smith, choć sam Vernon twierdzi, że to nie do końca tak: “[…] to utwór o tamtym czasie, o związku, przez jaki wówczas przechodziłem; jesteś w związku, bo potrzebujesz pomocy, ale to niekoniecznie musi tak być, niekoniecznie musisz być w tym związku. To ma bardzo cienką skórę.”

A tu ta sama piosenka w wykonaniu Birdy. Choć Birdy pięknie ją śpiewa, w komentarzach na youtubie słuchacze często podkreślają, że piosenka, niezależnie od tego, co głosi sam piosenkarz, jest tak osobistym wyznaniem Vernona, że nie powino się jej coverować. Ale to wersja Birdy przyniosła sławę tej piosence.

Come on skinny love just last the year
Pour a little salt we were never here
My, my, my, my, my, my, my, my
Staring at the sink of blood and crushed veneer

I tell my love to wreck it all
Cut out all the ropes and let me fall
My, my, my, my, my, my, my, my
Right in the moment this order’s tall

And I told you to be patient
And I told you to be fine
And I told you to be balanced
And I told you to be kind
And in the morning I’ll be with you
But it will be a different kind
And I’ll be holding all the tickets
And you’ll be owning all the fines

Come on skinny love, what happened here?
Suckle on the hope in light brassieres
My, my, my, my, my, my, my, my
Sullen load is full, so slow on the split

And I told you to be patient
And I told you to be fine
And I told you to be balanced
And I told you to be kind
And now all your love is wasted
And then who the hell was I?
And I’m breaking at the britches
And at the end of all your lines

Who will love you?
Who will fight?
Who will fall far behind?

To piosenka o miłości, która być może nie poradzi sobie z wyzwaniem. W powieści Anoreksja na śniadanie autorka pisze, że nie dałaby rady, nie wróciłaby do życia, gdyby nie miłość matki.

To wielka odpowiedzialność – kochać osobę chorą na potrzebę destrukcji własnego ja. Kochać…

O tym porozmawiamy w środę za dwa tygodnie. Czekamy. Roksana i ja.

Reblog czyli resłuch… Pokraj

Czy najśmieszniejsza książka 2018 roku może być jednocześnie powieścią serio? Na pewno śmiejąc się z Pokrajaków, śmiejemy się z samych siebie.

Andrzeja Saramonowicza, znają wszyscy, jest przecież twórcą kultowych filmów komediowych: „Testosteron”, „Lejdis” i „Ciało” i autorem bestsellerowej książki „Chłopcy”. Teraz “Pokraj”.

Ziemowit Szczerek:

Jeśli ktoś się spodziewał, że Saramonowicz rozprawi się z polskością z wdziękiem Gombracego prowadzącego na kwasie daewoo lanosa, to się dobrze spodziewał. Czyta się to szybciej, niż rzeczony lanos śmiga na tuskostradzie, a wciąga bardziej niż oglądanie pojedynku Pawłowicz–Niesiołowski na TVN24.

Fragmenty powieści “Pokraj” Andrzeja Saramonowicza
Czyta Krzysztof Gosztyła
Wydawnictwo Muza SA
Premiera 23 maja 2018

Resłuch(y) za zgodą Autora – dziękuję!



Wciągnęło? Oczywiście. Reszta w księgarni lub na youtubie, już lub za chwilę… szukajcie a posłuchacie, jak głosi Biblia...

Barataria 68 Basilio

https://www.facebook.com/Yumi.Iloveballet/videos/1936906366329071/

To nie Barataria, ale balet Don Kichot. Taniec Basilia w wykonaniu Tetsuya Kumakawy.

A tu po kolei aż 13 solistów wykonujących tę partię, mniej więcej w połowie filmu – wariacje Basilia w wykonaniu Rudolfa Nurejewa.

Przypomnijmy: choreografia Marius Petipa, muzyka Léon Minkus.

Basilio, fryzjer, kocha piękną Kitri, na co nie zgadza się ojciec oblubienicy. Kochankowie uciekają, a Don Kichot i Sancho Pansa, pomagają im w zdobyciu ojcowskiego pozwolenia na ślub. Miłość zwycięża! Amor vincit! Basilio tańczy upojony szczęściem. Zaprawdę – wariacje Basilia. Podczas premiery baletu w grudniu 1879 roku w Teatrze Wielkim w Moskwie rolę Basilia zatańczył Sergiej Sokolov, a Kitri – Anna Sobeshchanskaya. Pisaliśmy już o tym balecie – Lech Milewski we wpisie o Petipie, ja opisując między innymi perypetie Matyldy Krzesińskiej, która nie mogła sobie poradzić z 32 fouettés en tournant w scenie ślubu Kitri i Basiliem.

Tetsuya Kumakawa, urodzony w roku 1972, otrzymał w roku 2006 piątą “Asahi Scenic Art Prize” za oryginalną interpretację choreograficzną baletu Don Quixote.

 

Orient powszedni III

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Nie sposób bez przerwy, zwłaszcza długotrwale, lecieć na skrzydłach najsilniejszych emocji. Obojętne: dobrych czy złych. Grozi to wypaleniem, zapaścią. Dlatego po intensywnych przeżyciach ostatniego tygodnia – krańcowo dotkliwych, choć przecież nieuniknionych – trzeba nieco odetchnąć, “spasować”, jak to mówią. Ciąg dalszy wspomnień z wyprawy będzie przeto dzisiaj raczej pastelowymi farbami malowany. Choć nie tak całkiem: wszak to wciąż podróż metafizyczna. Ciągle na krawędzi.

Viator

Zakończył Viator poprzednią część opowieści stwierdzeniem, iż wjeżdżamy oto na Podlasie. To nie do końca ścisłe. Naprawdę posuwamy się wzdłuż granicy Podlasia i Lubelszczyzny. Bo na przykład Parczew leży jeszcze na Ziemi Lubelskiej.

Jak się okazuje, podąża Viatorostwo, niezamierzenie co prawda, śladami ulubionego przez Wędrowca generała Franciszka Kleeberga. Siedemdziesiąt dziewięć lat temu on też, ze swymi oddziałami, z Włodawy przybył w okolice Parczewa, gdzie dopadli go wkraczający na Lubelszczyznę krasnoarmiejcy. Niech Czytelnicy uświadomią sobie sytuację: jest 29 września, cały Kraj zalany przez dwie potężne wrogie armie, wczoraj skapitulowała Warszawa. Dziś podda się Modlin. Gdzieś tam daleko broni się w okrążeniu już tylko Hel. A tutaj żołnierze Kleeberga w dwudniowej bitwie rozbijają skutecznie i bez większych strat własnych oddziały sowieckie, aby dalej, w ordynku i z bojowym animuszem, pomaszerować na Kock, ku przeznaczeniu. Takiemu, że na przykład generał Kmicic-Skrzyński, jeden z legendarnej legionowej ułańskiej Siódemki Beliny, który dzielnie stawał w owej bitwie, z łaski tegoż przeznaczenia umrze sobie spokojnie anno domini 1972 w Manchesterze, a nie skończy w kwietniu roku 1940 gdzieś w Charkowie czy innym Twerze z kulą w czaszce…

Pył bitewny opadł, sygnałówki ułańskie zamilkły. Miasteczko i jego mieszkańcy trwają w błogim spokoju. Tym bardziej, że to przecież długa majówka, pogoda też sprzyja. I dobrze – tak powinno być.

Nie chce zakłócać Viator tej ciszy. Rusza dalej. Ale tutaj pożegna chłopców z Samodzielnej Grupy Operacyjnej “Polesie”. Oni poszli stąd prosto na zachód. Pielgrzym podąża w kierunku północno-zachodnim.

Skoro Radzyń jest Podlaski, to teraz już z pewnością Wędrowcy wkroczyli na Podlasie. Radzyń – owszem – Podlaski, ale renesans wciąż lubelski. Kościół Świętej Trójcy, tak jak świątynia dedykowana w Łęcznej Marii Magdalenie, smukły, elegancki i proporcjonalny.

A droga ku niemu wiedzie przez bramę-dzwonnicę, zwieńczoną wizerunkiem Oka Opatrzności. Wiele już spotkał Wędrowiec na swej drodze Ócz Wszystkowidzących, ale takiego, otoczonego cherubinkowatymi puttami, jeszcze nie.

Ładne to i milutkie. Szkoda tylko, że promienie otaczające Oko są w rzeczywistości zaledwie błędnymi ognikami. Zaś Opatrzność okazuje się, jak to genialnie ujął mistrz Przybora, jedynie Opacznością. No, ale pomarzyć o troskliwej opiece znad obłoków zawsze można, byle nie nadmiernie. Bo jak się człowiek za bardzo przejmie rolą pieszczocha niebios, to umiar traci. Taki Eustachy Potocki chociażby: owszem, człek zasłużony, patriota, generał waleczny i gospodarz zawołany swych rozległych dóbr. Ale jednak magnat do szpiku kości. Cóż z tego, że wszyscy arystokraci uważali za absolutnie naturalne i właściwe to, iż żyją z krwawicy i krzywdy chłopa pańszczyźnianego, traktowanego niejednokrotnie jak bydło, jak inwentarz? Czy Jaśnie Oświecony Potocki posunął się do takich zachowań, tego Viator nie wie. Ale faktem jest, że wtedy, gdy jego poddani tyrali w poniżeniu i wiodło im się, by użyć eufemizmu, skromnie, Wielmożny Eustachy zbudował sobie rezydencję, co się zowie! Opatrzność pozwoliła na to, żeby ludziom tak różnie życie się układało? Ejże, chyba jednak Opaczność to była! I trwa dalej: mimo pełnej świadomości niesprawiedliwości, z jaką mamy do czynienia, Pielgrzym przyznaje, iż rokokowy pałac w Radzyniu jest piękny i… dobrze, że powstał.

Ale nawet taki pupil losu jak Potocki musi kiedyś wszystko zostawić: komnaty, parki i ogrody, bale i polowania. Do grobu tego ze sobą, jak słusznie prawią, nie weźmie

Mądra Księga ostrzega: gdzie bowiem jest skarb twój, tam będzie i serce twoje. Toteż nie może się dusza pana Eustachego od pałacu oderwać i w niebiosa swobodnie ulecieć. Krąży, w ptaka wcielona, pilnując swych włości. Czyż nie?

Dokonawszy banalnej konstatacji, iż transit gloria mundi, kierują się Viator z Viatorką na północ. Międzyrzec. Podlaski, rzecz jasna. Jeszcze jeden pałac rodu Potockich. Młodszy od radzyńskiego i zdecydowanie mniej efektowny (nawet nie chciało się Wędrowcowi stosownej fotki “cyknąć”). Za to naznaczony grozą egzystencjalną. Krwią bowiem spłynął podczas Krwawych Dni Międzyrzeca. Gorący listopad roku 1918, w całej Kongrersówce żołnierze niemieccy generalnie bez stawiania oporu, a nieraz nawet z wyraźną ulgą, dają się rozbrajać Polakom. Ale nie w Międzyrzecu – tutaj wiarusi z Ober-Ostu kontratakują, mordując 22 peowiaków zakwaterowanych właśnie w pałacu Potockich; ginie też 22 cywilów. Zaprawdę, niepodległość nie kosztowała dwóch groszy i dwóch kropel krwi. Dlatego cenić ją trzeba wysoko.

Nie pierwszy to ani ostatni raz, gdy Międzyrzec się skrwawił. Dwie dekady później odmęty doliny Gehinnom pochłoną dwie trzecie ludności miasta. Nie trzeba dodawać, które dwie trzecie. Część ofiar wywieziono do Treblinki, część do Majdanka, czyli tam, skąd teraz przybywa dwójka Wędrowców. Czy po Całopaleniu została wyrwa? Niezasypana dziura? Niezagojona rana? Trudno orzec. Na rynku stoi posąg; jeden z najciekawszych pomników Zagłady, jakie miał okazję oglądać Viator.

Tałes jak szorstki całun otula skuloną w rozpaczy i zadumie postać. Inskrypcja głosi: Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi. Czy wystarczająco głośno, by inni bracia usłyszeli? Bynajmniej nie o to chodzi, iż tuż obok, na lewo od pomnika, stoi motocykl. A kilka metrów dalej całe stado takich maszyn. Rynek jest nimi szczelnie zastawiony. Długa majówka. Zjazd harleyowców. Fiesta.

Rzecz nie w tym, iż dziś w Międzyrzecu naprawdę trudno o ciszę. Przecież życie musi trwać i rozkwitać – taka jego uroda. A że zabawa toczy się na ziemi przesiąkniętej krwią? To nie specyfika Orientu powszedniego. Wszędzie jest tak samo. Pielgrzym nie gorszy się. To dobrze, że ludzie żyją, świętują, są razem. Tak ma być! Chodzi o to, czy wołanie krwi brata jest tutaj w ogóle kiedykolwiek przez kogoś słyszane. Czy coś z niego wynika. Motocykliści przejechali tędy z rykiem silników? I dobrze, przeciw temu krew brata nie woła. Ale jeśli znów przemaszerują tędy z rykiem gardziołek schludni czciciele bogini Nacji z głupawymi opaskami na rękawach?

Kierunek wschód! Tam, jak mówił klasyk, musi być jakaś cywilizacja. Jest! Biała Podlaska – barok i melanż.

Barok tutejszy niejedno ma imię. Porównajmy choćby kościół klasztorny pod wezwaniem św. Antoniego i parafialną świątynię Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Inne światy.

Kapucyni, a wcześniej reformaci, to franciszkanie (świadczą o tym wizerunki Świętego Serafickiego i świętej Klary na tympanonie), więc wypadałoby, aby wypadło skromnie: nie jest to, ukochany przez Viatora, kapucyński barok toskański, ale okolice już jak najbardziej te.

Fara, choć też obiekt poklasztorny, bazyliański ściśle rzecz ujmując, skromnością się nie przejmuje, a jej monumentalność podkreśla dodatkowo oprawa z obłoków na niebie. Viator już dawno przypuszczał, iż twórcy baroku byli silnie zapatrzeni w cirrusy i cumulusy. W Białej Podlaskiej znalazł na to dowód.

Jest tu jeszcze kościół pod wezwaniem św. Anny. Nie tak wyrazisty. Barokizowany raczej, niż barokowy. To jednak nieistotne. Ważne, że przez pierwsze ćwierćwiecze swego istnienia służył Braciom Polskim jako ich zbór. Wspomniał Wędrowiec o melanżu – jest melanż. Zbór ariański staje się z czasem świątynią katolicką. Greckokatolicka, unicka cerkiew bazylianów, (oj, pojawią się jeszcze boleśnie ci unici w viatorowej podróży!) też się zlatynizowała. W pofranciszkańskim kościele, zanim stał się w 1918 roku na nowo katolicki, przez wiele lat, pod zaborami, prawosławni sprawowali swą Boską Liturgię. Dodajmy pięć synagog (do dziś dochowała się z trudem jedna). Tutaj, w krainie Orientu powszedniego, taki tygiel to nic nadzwyczajnego. Aby zamieszanie dopełniło swej miary, rusza Viator na południe (tak sobie dziś cały dzień meandruje, wiadomo – gzygzakowaty życia sznur by, minąwszy Łomazy, dotrzeć do Studzianki.

Mizary w Kruszynianiach i Bohonikach zdążył już Pielgrzym niegdyś poznać. Tutejszą muzułmańską nekropolię widzi po raz pierwszy.

Cmentarz służył Tatarom osiedlonym w Studziance przez Jana III Sobieskiego oraz ich potomkom, od XVII wieku do II Wojny Światowej. Dziś wyznawców islamu już tutaj nie ma, ale w żyłach wielu mieszkańców wioski płynie tatarska krew. Krew gorąca, bohaterska, gotowa do tego, by ją przelewać za nową Ojczyznę. Mizar studzianecki piastuje szczątki rotmistrzów, majorów, pułkowników, a nawet jednego generała – Józefa Bielaka.

Na starszych kamieniach nagrobnych autentyczne arabeski, czyli napisy ryte alfabetem arabskim oraz jakieś tajemnicze symbole, których znaczenia Wędrowiec nie zna. Na nowych nagrobkach inskrypcje: czasem rosyjskie, ale częściej polskie.

Nie chce Viator upraszczać na siłę problemu, lecz patrząc na dziedzictwo Polaków-Tatarów dochodzi (po raz kolejny zresztą) do wniosku, że lęk przed obcymi, niechęć do przybyszów, nie jest wyrazem siły i narodowej dumy, ale kompleksów strachem podszytych. Jeśli ktoś aż tak nisko szacuje wartość swej kultury, że boi się jej konfrontacji z tym, co przychodzi z zewnątrz to… to jego problem, nie Viatora.

A tutaj sobie wschodnie z zachodnim zgodnie kohabituje, Tatarzy krew za Rzeczpospolitą przelewali, a ich potomkowie palą na grobach bohaterskich islamskich przodków znicze krzyżem znaczone. Po prostu – Orient powszedni!

Chyba nie bardzo wyszło Wędrowcowi to malowanie pastelami… Może się uda za tydzień.

Viatorka

Intensywny to był dzień, jego trudy zaczęła Viatorka odczuwać już przed Parczewem (bo przecież tegoż dnia zdążyła już odwiedzić Włodawę i Sobibór). Nie miała siły wysiadać z samochodu, żeby z bliska obejrzeć pamiątki dawnych lat i powspominać historię, choć generała Kleeberga darzy, tak samo dużą jak Viator, estymą.

Piękna pogoda, cieplej niż zakładała Viatorka w najśmielszych marzeniach… Tylko obolałe, puchnące nogi i, od czasu do czasu, łupiący krzyż stale przypominały, że ze zdrowiem jednak nie jest najlepiej…

Nie mogła więc zmienić Wędrowca za kierownicą, chociaż tego dnia był on jakiś rozkojarzony i miał „ciężką nogę”. Refleksu mu jednak starczyło na tyle, by dzięki sprawnemu ruchowi kierownicy ominąć zaskrońca wygrzewającego się na środku rozgrzanej drogi.

Przemieszczając się z Parczewa do Radzynia Podlaskiego trochę Pielgrzymi zbłądzili, zamiast główną drogą pojechali bocznymi. Ale to dobrze, lubimy przecież takie wycieczki, zanurzenie w krajobrazy i przyrodę. Inne niż na Łużycach. A te widoki! – świeża zieleń, mnóstwo mleczy, nieprawdopodobna ilość bocianich gniazd i małe, stare, drewniane, urocze chatki, obok nowych, murowanych domów. Są tak małe, że Viatorka ze zdumieniem rozważa, jak mogła się w nich pomieścić cała rodzina, niegdyś przecież bardziej liczna.

I tak sobie jechaliśmy boczną, mało uczęszczaną drogą, podziwiając widoki wyłaniające się zza kolejnych zakrętów, aż zza jednego z nich wyłonił się… pan Policjant z „suszarką” w dłoni, a za nim radiowóz. No tak, o dziwo, od jakichś stu metrów to był obszar zabudowany, a pan kierowca (czyli Viator) przekroczył prędkość. Z czym dyskutować? Mandat, punkty karne, sympatyczna rozmowa z Panem Władzą, nawet dowcipy o różnicach między żoną i terrorystą (choć przecież Viatorka zachowała stoicki spokój i powstrzymała się przed wypowiadaniem komentarzy w stylu „a nie mówiłam”).

Tak więc w miłym, mimo wszystko, nastroju i z dużo „lżejszą” nogą Viatora, ruszyliśmy dalej.

Pałac w Radzyniu Podlaskim o spokojnej, niekrzykliwej urodzie, otoczony drzewami, nad stawem. Jeśli przyszłoby mieszkać Viatorce w pałacu, to właśnie w takim

W Międzyrzecu Podlaskim huk motorów, mnóstwo ludzi, aż znowu nie chce się wysiadać z samochodu.

Biała Podlaska. Ta nazwa wzbudzała w Viatorce od dzieciństwa jakiś dziwny sentyment. Urocze miejsce, choć różniące się od wyobrażeń.

W końcu mizar w Studziance: ciche miejsce wiecznego spoczynku, inspirujące do spokojnej refleksji oraz przemyśleń i o życiu i o umieraniu, które, choć tutaj akurat „egzotyczne”, to jednak pisane wszystkim.

Czas ruszać w dalszą drogę, bo do zachodu słońca jeszcze daleko.

Ta nić czarna… / Der schwarze Faden…

Przybywajcie, facet dobrze śpiewa, a zarzeka się, że nigdy więcej! Jedyna taka okazja w życiu!

Ale te linijki poniżej i w tytule to nie nasz muzyk, to …

Cyprian Kamil Norwid

MOJA PIOSNKA

 POL. – I’ll speak to him again.
What do you read, my lord?…
HAM. – Words, words, words!
Shakespeare

Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie…

Nie rozerwę, bo silna,
Może święta, choć mylna,
Może nie chcę rozerwać tej wstążki;
Ale wszędzie – o! wszędzie,
Gdzie ja będę, ta będzie:
Tu w otwarte zakłada się książki,
Tam u kwiatów zawiązką,
Owdzie stoczy się wąsko
By jesienne na łąkach przędziwo:
I rozmdleje stopniowo,
By ujednić na nowo,
I na nowo się zrośnie w ogniwo.

Lecz, nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie.
Niech mi puchar podadzą i wieniec!…
I włożyłem na czoło,
I wypiłem, a wkoło
Jeden mówi drugiemu: “Szaleniec!!”

Więc do serca, o radę,
Dłoń poniosłem i kładę,
Alić nagle zastygnie prawica:
Głośno śmieli się oni,
Jam pozostał bez dłoni,
Dłoń mi czarna obwiła pętlica.

Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie.

Lecz, nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie;
Złotostruna nie opuść mię lutni!
Czarnoleskiej ja rzeczy
Chcę – ta serce uleczy!
I zagrałem…
…i jeszcze mi smutniéj.

Wierszyki na dzień dziecka

Z okazji Dnia Dziecka „Bajeczki Broma”, dla tych najstarszych, średnich, oraz najmłodszych, czyli pra… dziadków, rodziców, dzieci, wnuków et caetera, z życzeniami dziecięcej radości oraz miłej, świątecznej, rodzinno-pokoleniowej zabawy

Roman Brodowski

Dzień dziecka

Każdy z nas, i Ty, i ja
Dzieckiem był i dzieckiem jest
Każdy to „coś” z dziecka ma
Choć nie każdy o tym wie.

Pierwszy czerwca mamy dzisiaj
Więc na spacer weźmy dzieci
Lub kochane wnuki, wnuczki
I szalejmy do wieczora
Robiąc z nimi figle, sztuczki

Zapomnijmy dzisiaj o tym
Że gdzieś strzyka, lub coś boli
Bądźmy tacy jak … przed laty
Nie pytając czy przystoi

Żeby dzieci swe zrozumieć
I być z nimi zawsze w zgodzie
Powinniśmy żyć ich życiem
Nie raz w roku ale… co dzień

Więc nie licząc swoich lat
I bez względu na pogodę
Ślę życzenia dzisiaj nam
Bo w nas jeszcze dusze młode.

Berlin 26.05.2018

Myszka

Spotkałem raz myszkę maleńką.
Pod krzewem niedużym siedziała.
Ach witaj mój drogi olbrzymie
Ach witaj ! – w mą stronę wołała.

Spojrzałem na myszkę z wysoka
Zdziwiony tym faktem wyraźnie
I szeptem, by myszki nie spłoszyć
Odrzekłem jej, witaj…, przyjaźnie

A potem dłoń do niej zbliżyłem
(Bo w dłoni trzymałem bułeczkę)
I chciałem podsunąć pod ryjek
By myszkę nakarmić troszeczkę

Lecz myszka niestety uciekła
Ukryła się w norce przy krzaku
Bo myszki na ogół się boją
I ludzi i kotów i ptakòw.

Więc moją bułeczkę spokojnie
Powoli wsunąłem pod krzaczek
A potem szybciutko odszedłem,
Do tyłu, spokojnie jak raczek.

Czekałem ukryty w oddali
Cierpliwie, z nadzieją że wróci.
Bo chciałem ją jeszcze pożegnać,
Bo chciałem jej piosnkę zanucić.

Lecz myszka została w swej norce
Nie chciała się więcej pokazać…,
I tak się skończyło spotkanie,
Przygoda, co rzadko się zdarza.

Dla Kasi. Berlin 11. 05. 2013

Kwiatowa kołysanka

W naszym ogródku na rabatce,
Gwiaździstą nocą lub o świcie,
Można usłyszeć mowę kwiatów
Mówiących o swym krótkim życiu

Czerwona róża – herbacianka
Spiera się z kwiatem piwonii
O to, kto pachnie intensywniej
W czyjej wiatr letni tańczy woni.

Stokrotka chwali się przed bratkiem
Bogactwem śnieżnobiałych płatków,
Bo bratek chociaż też jest kwiatkiem,
Żyje w swych płatków niedostatku.

W dali, przy płocie śliczna lilia
Stoi samotnie w cieniu krzewów.
Spogląda z góry na narcyza
Słuchając jego – córko – śpiewu

Tylko maciejka milczy skromnie.
Czekając wieczorowej chwili,
Błękitem kwiatków z trawy zerka,
Pragnie by ludzie ją chwalili.

I ludzie chwalą ją, wąchają…,
Choć niepozorna jest, nieduża
Pachnie wieczorem najprzyjemniej
Swoim zapachem wprost odurza.

Żeby usłyszeć mowę kwiatów
Musimy zamknąć swe oczęta.
We śnie możemy ją zrozumieć
Rankiem? – możemy ją pamiętać.

Więc zamknij oczka moja Kasiu
Niechaj przytuli Cię poduszka,
Niechaj melodia wszystkich kwiatów
Napełni twoje małe uszka.

Czerwcowy poranek

Zapukało słoneczko do okna
Rozjaśniło porankiem komnatkę
I uśmiechem złocistych promieni
Zaprosiło Kasię na herbatkę.

Wstawaj miła panienko z łóżeczka
Czas powitać czerwcowego przybysza.
To kolejny, szósty już miesiączek.
Radość dziecka przyniósł sobą dzisiaj

Kasia wstała pospiesznie z pościeli
Do okienka podeszła wesoło
I spojrzała na świat spoza szyby
A tam pięknie, kwieciście wokoło.

Bez liliowe otworzył dzwoneczki
Niby kiście winogron wśród liści.
Tulipany zakwitły w ogródku.
Nieopodal bardzo starej wiśni.

Na zielonym jak morze dywanie
Pośród trawy wyrosły żonkile
Stoją dumnie ciesząc ludzkie oko
Uśmiechając się do świata mile.

Nawet ptaki śpiewają weselej
W swoich małych mieszkankach.
Zapraszają Cię moja księżniczko,
Na ich koncert ciepłego poranka.

Więc nie czekaj aż poranek minie
Szkoda czasu na leniuchowanie
Niespodzianka dziś czeka na ciebie…,
Ale najpierw…, rodzinne śniadanie.

Berlin 01.05.2015.

Bajka o Koparce

Dziś zapytał mnie Kamil z przedszkola
Czy znam jakąś o koparce bajeczkę?
Cóż, nie znałem niestety, tak bywa.
Więc odrzekłem, pomyślę troszeczkę.

Pomyślałem, i bajka na życzenie powstała.
„Bajka o przyjaźni walca i koparki“
Z którą razem wiosenną oraz letnią porą
Budowali drogę z Krakowa do Warki.

Koparka, co w ziemi kopała bez przerwy
Pomagając ludziom na placach budowy,
Zapragnęła zmienić swoje nudne życie
I ruszyła w drogę, w świat zupełnie nowy.

Wędrowała długo, przez lasy, przez pola
Szukając wokoło ciekawej posady.
Aż w końcu dotarła na budowę drogi
Na budowę nowej, pięknej autostrady.

Podeszła cichutko do szefa odcinka
Skłoniła się nisko, po czym przedstawiła,
I warkotem spokojnym swojego motoru,
O przyjęcie do pracy grzecznie poprosiła.

Szef koparkę zatrudnił po krótkiej kontroli
Obok walca, co asfalt niby ciasto rozgniatał,
By mu swoją pomocą w każdej chwili służyła… .
I chcąc nie chcąc maszyny obie z sobą pobratał.

Więc pracują codziennie niby para dobrana.
Dni, tygodnie, miesiące, podążają przed siebie
Przebywając ze sobą od wieczora do rana,
Kiedy słonko przypieka i gdy chmury na niebie.

Tak za nimi, powstaje droga nowa i piękna.
Autostrada wiodąca z Krakowa do Warki
Po niej będą niebawem autokary jeździły
Kiedy skończą budowę ludzie, walce, koparki.

Berlin, 16.10.2013