Barataria 71 Kino, stolica i król

Barataria jest wokół mnie, znajduję ją wszędzie, gdziekolwiek by mnie nie zawiodły obowiązki lub zachcianki. W biblioteczce siostrzeńca i w pokoju gościnnym przyjaciółki moich rodziców. Sięgam ręką i jest.

Zanim więc wrócimy do Antonia Skármety i Wesela poety, najpierw poznajdowane w ostatnich dniach wielkie dzieła baratarystyki i jej nic nie znaczące okruchy. Marek Ławrynowicz, Kino Szpak. Wzruszający zapis młodości innej niż moja, bo chłopczyńskiej w podwarszawskiej Falenicy, podczas gdy ja, dziewczyna z pograssowskiego Wrzeszcza, a przecież podobnej. Oni do kina Szpak, ja do kina Leningrad, żeby oglądać Help – oni 5, 6, 7 razy, ja – o! ja! – 15. Piętnaście. Nic dziwnego, że Beatlesi zajmują ponad połowę okładki, mimo że w samej książce wspomniani są zaledwie raz czy dwa razy. Ale 7 razy do kina na Help, to naznaczy na całe życie.  Nie wzruszajmy się jednak, autor ma rację, nie ma podróży sentymentalnych, są tylko wyprawy donikąd.

Zatrzymuję się na chwilę. Donikąd? A nie do nikąd?

Nieważne. Rozdział Fryś. To nazwisko dyrektora liceum w Falenicy. Kurdupla. Rozmawia właśnie z matką Ryszarda Borówy. Ojciec i matka Borówy mają po 195 centymetrów wzrostu, sam Borówa przerósł ich (już) o dwa centymetry. Ojciec jest chudy jak szczapa, matka przepotężna.

Kolejna heca.

Mamusia Borówy, zatroskała się bardzo (…) i dzięki temu już w trzy dni potem nasze liceum mogło ujrzeć w swych progach monstrualną postać Borówowej. Gdy szła korytarzem, szyby brzęczały w oknach, a strop podejrzanie trzeszczał. Wchodząc do sekretariatu niechcący urwała klamkę, a gdy już weszła, strąciła telefon i wdeptała go w dywanik. Widząc spustoszenia czynione przez mamusię Ryśka w sekretariacie, kurdupel zaprosił ją bezzwłocznie do swojego gabinetu, usadził w fotelu i pilnował, żeby z niego nie wstawała. Siedziała zatem jak trusia, a Fryś perorował. W miarę opowieści ujawniała sią coraz bardziej miłość macierzyńska Borówowej. (…) Potem z gabinetu dobiegł żałosny skrzyp fotela, brzęk tłuczonego szkła w sekretariacie, a na koniec ukazał się kurdupel, prowadzący za łokieć starą Borówy. Wyglądał jak mały, chudy Don Kichot z monstrualnym Sancho Pansą…


Zdjęcie z czerwca 2018. Okładka Don Kichota z lat 50 – z rysunkiem Picassa. Gdy okładka się zniszczyła, właścicielka wycięła Picassa, oprawiła i powiesiła na ścianie. W latach 50 w PRL nikt przy zdrowych zmysłach nie wyrzuciłby reprodukcji Picassa do kosza na śmieci.


Robert Menasse, Stolica. Kontrowersyjna powieść o Brukseli. Słynna. Z dwoma istotnymi wątkami polskimi. Po pierwsze morderca (wiem, wiem, zdradzam tajemnicę, ale autor sam ją zdradza niemal natychmiast) jest Polakiem, żołnierzem Chrystusa, sterowanym  przez NATO za pośrednictwem Archidiecezji Poznańskiej, chyba że jest na odwrót i coś mi się pomyliło, i to Watykan za pośrednictwem Poznania steruje NATO, a ta niby stolica Europy, Bruksela, siedziba EU, to jakaś nic nie znacząca paranoja, cierpiąca pod ciężarem procedur biurokratycznych, gwałtownego ocieplenia klimatu i … świń. Takich prawdziwych, co to ważą ze 300 kilo. W tle czuje się kryzys, jaki wywołali uciekinierzy, jednak żadni uciekinierzy nie docierają na ulice stolicy. Po raz drugi Polska pojawia się w powieści zaraz po świni i jej obecność nie tylko w powieści, ale i w Europie zaznacza się nader intensywnie, bo to w Polsce leży Auschwitz. Taka jest Polska widziana z Austrii i z Europy – wtyka Watykanu i miejsce, gdzie Niemcy zbudowali najsłynniejszy (można tak powiedzieć?) obóz koncentracyjny.

Adam Krzemiński tak pisze w Twórczości o tej powieści:

Co innego Stolica Roberta Menasse, pierwsza powieść 0 Unii Europejskjej. Po części dreszczowìec, po części polityczna satyra, a po części historiozoficzny traktat o kondycji Europy. Początek jest groteskową metaforą. Po Starym Rynku Zbożowym w Brukseli biega świnia. Może to demonstracja producentów wieprzowiny. A może tylko przywidzenie, metafora, że UE to chlew, a może jednak świnka-skarbonka. (może dodajmy: to może też być świnia z niemieckiego powiedzenia “mieć świnię” czyli mieć fart).
Z tym że u Menassego kilka osób, które widziały tę świnę, szczęścia nie miało. 11 marca znajdą się wśród trzydziestu dwóch ofiar islamistycznego zamachu na stacji metra Maelbeek. Pochwalną recenzję Stolicy »Neue Zürcher Zeitung” zatytułowała Jeszcze Europa nie zginęła. Ale w powieści nic się nie udaje. Wielki Jubilee Project, który ma tchnąć duszę w jednoczenie Europy, nie wypala. Pełen dobrej woli austriackj eurokrata proponuje wprawdzie, by ideę UE osnuć wokół Auschwitz i tam też zorganizować rocznicowe obchody, zapraszając wszystkìch żyjących jeszcze byłych więźniów…

ale pomysł zostanie odłożony ad acta. Oczywiście nie wypali również prowokacja pewnego znanego austriackiego profesora, który chce, by z pamięci ludobójstwa i zagłady uczynić nowy symbol i wznieść stolicę Europy w Oświęcimiu.

Powieść się świetnie czyta (ale chyba na razie nie ma tłumaczenia na polski, zresztą – książki przecież najlepiej czytać w języku oryginału), mnie jednak najbardziej zafascynowały nie ironiczne pomysły na Europę XXI wieku, lecz te fragmenty, gdzie Menasse pisze o Wielkiej Utopii – o idei, która przyświecała ojcom i matkom założycielom Unii Europejskiej. To czysta baratarystyka, a jaka piękna… W styczniu 1945 roku, po wyzwoleniu obozu w Oświęcimiu, narody Europy, pochylając się z szacunkiem nad ofiarami niemieckiej zbrodni i wstrząsając się z przerażenia na widok jej grozy, kierując się najszlachetniejszą ideą – Nigdy więcej Auschwitz! Nigdy więcej rasizmu! – postanowiły zbudować wspólną Europę, która wyzbędzie się okowów nacjonalizmu, ten bowiem ową niewiarygodną zbrodnią wywołał i on za nią odpowiada…

I co? I Brexit!
I co? I Polska…

Na dziś wystarczy, Króla mrówek trzeba jednak przenieść na następny tydzień…

Orient powszedni VI

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Sforsowawszy Bug mostem we Frankopolu wjeżdża Viatorostwo do Drohiczyna. Chwilę się tu Wędrowcy zatrzymają. Raz, że zmęczenie po spływie kajakowym daje się we znaki. Dwa, że miasto godne jest uwagi: będzie trochę o historii, co obiecał tydzień temu Viator Czytelnikowi Maciejowi. Trzy – ten krótki odpoczynek to swego rodzaju trampolina przed skokiem; do końca dnia wciąż daleko i wiele jeszcze Pielgrzymi dziś zobaczą. Ale o tym za tydzień.

Zdecydowanie najpiękniejsza panorama miasta rozciąga się z lewego, południowego brzegu rzeki. Raz jeszcze warto ją sobie przypomnieć:

Drohiczyn rozsiadł się na wysokiej skarpie nad Bugiem. Położenie takie, że aż prowokuje kłopoty z wielką historią!

Viator urodził się, wychował i mieszka, a zapewne także pożegna się z tym łez padołem, w niewielkim, około czterdziestotysięcznym mieście. Nigdy nie rościł sobie pretensji do wielkomiejskości. Ale, nawet z jego perspektywy, Drohiczyn to naprawdę malutkie (i senne – zwykle w taki związek frazeologiczny łączy się to w polszczyźnie) miasteczko. Gdzie się pomieściła ta wielka historia?

Na przestrzeni dziejów zdążył być Drohiczyn twierdzą graniczną i przedmiotem ciągłego sporu między Rusią Kijowską (potem zaś Litwą) a Mazowszem (następnie, co oczywiste, Polską): Polacy trzymali lewy brzeg, na prawym rządzili: Jarosław Mądry, Daniel Halicki, Trojden, Olgierd, Kiejstut i Witold. Po zjednoczeniu Korony z Litwą miasto straciło funkcję umocnionej rubieży, a zyskało rangę stolicy województwa Podlaskiego i, co za tym idzie, silną pozycję gospodarczą. Wzrosła liczba ludności, pobudowano liczne świątynie katolickie, prawosławne i unickie. Bogactwo pogranicza.

Istniały właściwie dwa grody: Drohiczyn Lacki na, nie wiedzieć czemu, ruskim, czyli północnym brzegu i, konsekwentnie, Drohiczyn Ruski na brzegu lackim, polskim, południowym. Ten drugi już nie istnieje: po szwedzkim Potopie nastąpił upadek ekonomicznej potęgi miasta. Z Drohiczyna Ruskiego pozostały nadrzeczne łęgi, po których brodzą żurawie. Zresztą, nie tylko Szwedzi pustoszyli miasto. Przedtem i potem zapędzały się tutaj zagony mongolskie, jaćwieskie, krzyżackie, tatarskie, siedmiogrodzkie i moskiewskie. Przekleństwo pogranicza!

Stracił Drohiczyn znaczenie gospodarcze, ale zachował kulturowe. Działały tu liczne szkoły, z najsłynniejszym jezuickim Collegium Nobilium (nie mylić, rzecz jasna, z uczelnią pijara Stanisława Konarskiego w stanisławowskiej Warszawie). Takie jezuickie kolegium to, według dzisiejszych kryteriów, coś między liceum a uczelnią wyższą – czyli nie byle co!

A potem, wiadomo: zabory, marazm, upadek. Tym bardziej, że miasto pozostało w granicach Ziem Zabranych, nie znalazło się na terenie Księstwa Warszawskiego ani Kongresówki. Gdyby leżało na drugim brzegu Bugu, to tak, ale w tej sytuacji… Świątynie zmieniały swą przynależność. Zabierane przez Rosjan katolikom stawały się cerkwiami prawosławnymi, a potem, po 1918 roku – na odwyrtkę. Nic nowego, wiele już razy spotkało się Viatorostwo z takimi losu kolejami – koleinami raczej – w swej podróży po Oriencie Powszednim. Specyfika pogranicza.

Dziś stoi w mieście prawosławna cerkiew świętego Mikołaja.

Jest też katolicki, pofranciszkański kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny z klasztorem, pełniącym obecnie funkcję muzeum diecezjalnego.

Diecezjalnego? Ano tak. Zwykle siedzibą diecezji jest większe miasto, ośrodek naukowy, gospodarczy, administracyjny. Zresztą – zawsze tak było. Z drobnymi wyjątkami wszelakoż. Czasami względy historyczne, prestiżowe i diabli… – przepraszam! anieli wiedzą, jakie jeszcze – przemawiały za tym, aby biskup obrał na swą siedzibę miasteczko prowincjonalne.

Drohiczyn przez całe Dwudziestolecie Międzywojenne leżał w Diecezji Pińskiej. Zmiany granic po roku 1945 spowodowały, iż stał się stolicą ostatniego skrawka tejże diecezji, leżącego w granicach Polski. Co Kościół z powagą celebrował, lokując tutaj półoficjalnie siedzibę diecezji, zwanej Drohiczyńską – nazwa Pińska była zbyt ryzykowna i dla władz drażniąca. Zresztą, nie tylko tutaj tak postąpiono: jedyny fragmencik Archidiecezji Lwowskiej, jaki pozostał po wojnie w Polsce, to Lubaczów z okolicami. Oficjalnie twór ów nazywał się Diecezją Lubaczowską, ale i tak wszyscy wiedzieli, że chodzi o Lwowską.

Ostatecznie sprawę uporządkowała w roku 1992 bulla Jana Pawła II Totus Tuus Poloniae Populus, tworząca nową strukturę administracyjną Kościoła Katolickiego obrządku łacińskiego w Polsce. Małe miasteczka, takie jak Lubaczów (wraz z Zamościem co prawda), Pelplin i Drohiczyn, już całkiem oficjalnie, stały się siedzibami diecezji. Ale Drohiczyn jest z nich zdecydowanie najmniejszy: dwa tysiące mieszkańców!

Jest diecezja, to musi być katedra. Jej funkcję pełni pojezuicka świątynia Trójcy Przenajświętszej.

Jest diecezja, to musi być Wyższe Seminarium Duchowne – autentyczna uczelnia wyższa w dwutysięcznym miasteczku – które ulokowało się w zabudowaniach pojezuickiego kolegium (wspomnianego Collegium Nobilium).

To właśnie ten zespół pojezuicki – katedra i seminarium – prezentuje się tak imponująco w panoramie Drohiczyna widzianej z południowego brzegu Bugu. Z bliska też przedstawia się okazale.

Ale na skróceniu dystansu znacznie bardziej zyskuje budowla, która w panoramie przycupnęła skromnie po lewej stronie: w ocenie Viatora najpiękniejsza świątynia Drohiczyna, barokowy kościół sióstr benedyktynek pod wezwaniem Wszystkich Świętych. Ponoć projektował go sam Jakub Fontana. To możliwe, bo rękę mistrza widać tu wyraźnie.

Wichry historii przewiały się. Pozostało wspomnienie dawnej chwały. Pozostała Góra Zamkowa.

Kiedyś, rzecz jasna, stał tutaj zamek: po prawdzie pełnił on raczej funkcje administracyjne niż militarne, ale stał. Dziś nie ma po nim śladu. Jednak warto się wdrapać na wzgórze: z żadnego innego miejsca w Drohiczynie nie uświadczysz wędrowcze tak pięknych widoków Bugu.

Wichry historii wiać będą dalej. Być może kiedyś całkowicie zmiotą miasto z powierzchni ziemi. Rzeka będzie trwać.

Viatorka

Viatorka cieszyła się od dawna na spotkanie z Podlasiem – nie tylko ze względu na piękno krajobrazów, czy ciekawe zabytki będące świadkami historii. Z równie wielką niecierpliwością czekała na spotkanie z regionalną kuchnią. Uwielbia bowiem wszelkie pierogi, ziemniaki w każdej postaci oraz kluski (oprócz tych lanych w zupie). Niestety: od lat rzadko może sobie pozwolić na taką dietę. Nie chodzi o „trzymanie linii” dla urody! Viatorka po prostu nie może nabrać kilogramów, aby nie stracić możliwości samodzielnego poruszania się i nie nadwyrężać kręgosłupów tych, którzy jej w różnych sytuacjach pomagają. No, ale w czasie takiej regionalnej eskapady, ograniczeń w diecie nie ma…

Podczas podróży po Podlasiu po raz kolejny przekonała się Viatorka o prawdziwości twierdzenia, że my Polacy nie za bardzo cenimy to, co nasze, rodzime. Już poprzedniego dnia Viatorstwo szukało restauracji, gdzie można byłoby zjeść regionalne potrawy. Ale gdzie tam! Bez problemu kupisz pizzę, kebab, hamburgery, schabowego, czy grillowaną pierś kurczaka. Lecz nie tradycyjne potrawy, których podstawą są ziemniaki i kasza. Czyżby były za mało wykwintne dla rodzimych turystów? A może raczej to autochtoni mają takie zdanie o swoich rodakach?

W internecie w końcu udało się znaleźć restaurację serwującą potrawy regionalne: „U Ireny” w Drohiczynie. Strasznie głodni trafiliśmy tam po godz. 16. I trzeba powiedzieć: warto było!

Na początek: ZAGUBY. W ciasto pierogowe zawija się farsz z tartych ziemniaków przesmażonych z cebulką i boczkiem. Pycha!

Potem babka ziemniaczana. Z utartych surowych ziemniaków wymieszanych ze skwarkami ze świeżo stopionego boczku lub słoniny, pikantnie przyprawionych i zapieczonych na złocisto-brązowy kolor. Strasznie duża porcja. Ale jakie to dobre!

Skusiło się też Viatorstwo na półmis (tak stało napisane w karcie dań – półmis, nie półmisek – ach, ten snobizm marketingowy!) pierogów: z mięsem, kaszą gryczaną i boczkiem, ze szpinakiem i fetą, z kapustą i grzybami. 12 sztuk to jednak dużo, Viatorka szybko zrozumiała, iż przeliczyła się z siłami….

Do popicia litewski kwas chlebowy. Dlaczego u nas nie jest popularny? Dziwne. Według internetu ten sfermentowany napój z chleba ma liczne właściwości zdrowotne. Wzmacnia odporność, reguluje trawienie, a nawet sprzyja odchudzaniu. I jest smaczny. W Polsce stał się powszechnie znany za czasów Władysława Jagiełły

Na koniec parowańce, tu w wersji na słodko. Nie, ta akurat potrawa rozczarowała. Znane chyba w całym kraju pyzy drożdżowe przygotowane na parze (w Wielkopolsce zwane kluchami na łachu, czy pyzami poznańskimi), tutaj zostały polane odrobiną sosu czekoladowego, a przy nich położono winogrona. Jakoś to mało regionalne….

Ogólna jednak ocena: piątka. Szkoda, że te wszystkie potrawy takie syte, nie było już nawet siły skosztować kartaczy, czyli cepelinów – zresztą Viator stanowczo stwierdził, że tych należy próbować w Suwalskiem, bo tam jest ich „ojczyzna”. Czyli za dwa dni.

Lato…

Wyginam

Tak się czuję, nie mam siły na więcej… Dorota Kot – dziękuję, że to znalazłaś!

Unbeholfene Übersetzung für deutsche Leser:
Was tust du?
Aussterben.
Ich bitte die Puristen, das, was oben steht, nicht zu korrigieren.
Es soll so sein: Was tust du? Aussterben (tue ich).
Ich hab’ fertig!
(Auf Polnisch ist es wirklich lustig :-))


Poza tym… / Ausserdem

ComicInvasionBerlin am 16./17. und 23./24. Juni 2018

Tag der Architektur

48 Stunden Neukölln

Es gibt dabei durchaus auch polnische Akzente, obwohl man sie auf den ersten Blick nicht sofort erkennt.

Dimensionen

Fiszbach und Hartmann zeigen Zeichnungen und Fotos von Leuten ohne Namen.
Sa 16:00 bis 22:00

Mehr umsonst / Więcej za darmo

Und wenn es kosten darf (Achtung: ab 60 Euro, aber Tickets für Rolling Stones, als ich sie last minute gestern kaufen wollte, begannen ab 105 euro… Es war Konzert Ü70, aber Jungs waren in Form und Olympiastadion voll. Als Zugabe gab es „Satisfaction“ mit Feuerwerk – ein passender Schlusspunkt, schreibt Meike Schulz in Berliner Zeitung)

Fast & Furious in der Mercedes Benz Arena


Und sonst, ein Schönes Wochenend

HIER / TU

O recyclingu własnych tekstów w sezonie ogórkowym 2

Niedawno postanowiłam, że od czasu do czasu będę tu ponownie publikowała wpisy, któore uważam za najlepsze. Nie zastanawiam się, pozwalam im, by same przychodziły do głowy. Dziś wpis z 8 sierpnia 2013, tamten był w kalendarzu rocznym trochę za późno, czas czereśni dawno już minął, dziś, gdy tamten stary wpis rebloguję, czereśnie wciąż jeszcze są na drzewach, na przykład z tyłu za budynkiem policji…

Ciekawe, że ten wpis musi być dla mnie bardzo ważny, ważniejszy niż bym to świadomie oceniła, bo właśnie odkryłam, że już go raz reblogowałam – w czerwcu 2017 roku. Dopisałam wtedy dedykację dla nas wszystkich, dziś nie zmieniam w niej ani słowa. 

Jeszcze może kilka słów o owocach – wiśnie czy czereśnie? W różnych językach różne się dzieją rzeczy z tym dwoma rodzajami owoców, użytkownicy tych języków plączą je i mieszają, jak nie przymierzając żabę i ropuchę albo żmiję i węża. Na pewno i wiśnie, i czereśnie znane były od starożytności, ale w Europie pojawiły się najpierw na stołach bogaczy. W Wikipedii czytamy, że nazwa czereśnia pochodzi od starożytnego miasta Cerasus (obecnie Giresun w Turcji), skąd rzymski wódz Lukullus przywiózł na zachód pierwsze okazy tej rośliny. Lukullus, wielki pan. A wielcy panowie, wiadomo… Stąd takie niemieckie powiedzonko, cytowane przeze mnie np. TU, że niełatwo jest jeść wiśnie z możnym panem.

Jednak: wiśnie czy czereśnie? W potocznej niemczyźnie to już na pewno wiśnie i, co ciekawe, opuściły już stoły możnowładców – teraz o każdym człowieku z trudnym charakterem można powiedzieć, że to taki typek (albo typica), z którym niełatwo jest jeść wiśnie. Ale u źródeł tego przysłowia tkwi sens zgoła inny – wiśnie i czereśnie były drogie, aby je z możnym panem zjeść, trzeba było zostać przez niego zaproszonym. A jak? Za nazwisko? Za zasługi? Za urodę? Za służalstwo i pochlebstwo? A możny pan zawsze mógł swojemu gościowi, niżej usytuowanemu na drabinie społecznej, napluć w gębę…


„Czas wiśni” czy też “Czas czereśni” odkryłam na facebookowej grupie Anatola Borowika „Fani Bułata Okudżawy… łączcie się!” Grupa przypomina nie tylko Okudżawę, ale również i inne piękne utwory muzyczne i poetyckie. Piosenkę bez problemów znalazłam na youtubie po francusku i po niemiecku, z trudem, i tylko dzięki temu, że w wersji oryginalnej pojawia się w japońskim filmie „Szkarłatny pilot” w reżyserii Hayao Miyazaki, znalazłam angielską wersję tekstu. Polskiej nie ma. Ani w wersji muzycznej, ani słownej, co dziwne i ciekawe, bo „Le temps de Cerises” to jeden z najczęściej coverowanych utworów na świecie. Zrobiłam więc tłumaczenie sama…

Le temps de Cerises


Le Temps des cerises est une chanson de 1866, paroles de Jean-Baptiste Clément, musique d’Antoine Renard. Interprétation: Yves Montand.
Cette chanson est si fortement associée à la Commune de Paris que, dans les esprits, elle fut écrite pour elle. Pourtant elle fut écrite sous Napoléon III avant même la guerre de 1870.

Tak, ta zwykła prosta francuska piosenka o miłości, ludowy przebój o tym, że kocham, choć czas czereśni i miłości jest krótki i przemija, ja jednak kocham i nawet jeśli te czereśnie i ta miłość minęły, wiem, że kiedyś powróci następna miłość… Ta ludowa piosenka nabrała specjalnego znaczenia podczas rewolucji Komunardów w 1870 roku. Jak to opowiada podczas koncertu wieczny wojownik Wolf Bierman, którego interpretację przypominam poniżej, był to pierwszy w Europie moment, w którym to lud powiedział, czego chce. Komuna przegrała, ale komunardzi i ich zwolennicy wierzyli, że walka się nie skończyła, że będziemy walczyć i kiedyś zwyciężymy. I wtedy właśnie piosenka o miłości i czereśniach stała się symbolem tej wiary w zwycięstwo. Nie zmieniono w niej ani jednego słowa, to tylko śpiewający wiedzieli, że śpiewają o czymś innym.

Dziś, po pięciu latach po opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu, w czerwcu 2017, dedykuję tę piękną piosenkę o lecie, czereśniach, miłości i zwycięstwie, nam wszystkim, Polakom, którzy wierzą (i wiedzą), że skoro pokonaliśmy zaborców, Hitlera i komuchów, to przetrwamy i szaleństwo Kaczyńskiego.

Le temps de Cerises

Quand nous chanterons, le temps des cerises
Et gai rossignol et merle moqueur
Seront tous en fête.
Les belles auront la folie en tête
Et les amoureux du soleil au coeur
Quand nous chanterons, le temps des cerises
Sifflera bien mieux le merle moqueur.

Mais il est bien court le temps des cerises
Où l’on s’en va deux cueillir en rêvant
Des pendants d’oreilles,
Cerises d’amour aux robes pareilles
Tombant sous la feuille en gouttes de sang.
Mais il est bien court le temps des cerises
Pendant de corail qu’on cueille en rêvant.

Quand vous en serez au temps des cerises
Si vous avez peur des chagrins d’amour
Evitez les belles!
Moi qui ne crains pas les peines cruelles
Je ne vivrai point sans souffrir un jour.
Quand vous en serez au temps des cerises
Vous aurez aussi des peines d’amour.

J’aimerai toujours le temps des cerises
C’est de ce temps là que je garde au coeur
Une plaie ouverte.
Et Dame Fortune en m’étant offerte
Ne pourra jamais fermer ma douleur,
J’aimerai toujours le temps des cerises
Et le souvenir que je garde au coeur.

Couplet ajouté pendant la guerre de 1871

Quand il reviendra le temps des cerises
Pendores idiots magistrats moqueurs
Seront tous en fête.
Les bourgeois auront la folie en tête
A l’ombre seront poètes chanteurs.
Mais quand reviendra le temps des cerises
Siffleront bien haut chassepots vengeurs.

Time of cherries

When we sing of the time of cherries,
gay nightingales and mocking blackbirds will celebrate,
pretty girls will have folly in their heads,
and lovers, sunshine in their hearts.
When we sing of the time of cherries,
the mocking blackbird will sing better.

But it is very short, the time of cherries,
where some go to gather earrings in a dream,
cherries of love in similar gowns
falling beneath the leaves like drops of blood.
But it is very short, the time of cherries,
coral pendants which one gathers in a dream.

When you are in the time of cherries,
if you fear the sorrows of love, avoid the pretty girls.
I, who do not fear the cruel distress,
I will never live a day without suffering.
When you are in the time of cherries,
you will also have the distresses of love.

I will always love the time of cherries,
it’s from those times that I hold in my heart an open wound,
and the offerings of lady luck
can never soothe my suffering.
I will always love the time of cherries,
and the memory I hold in my heart

***

Czas wiśni

Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
słowiki, i kosy i drozdy
śpiewają – w głowie
dziewczyny szaleństwo mają
a kochankowie słońce w sercu
Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
kosy i drozdy lepiej śpiewają

Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy zbieramy we śnie wiśnie
i czereśnie w podobnych sukienkach
spadające z gałęzi jak krople krwi
Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy koralowe korale zbieramy we śnie

Jeśli lękasz się bólu omijaj we śnie
dziewczyny, wiśnie i czereśnie,
Lecz ja, ja nie lękam się goryczy
bo każdy mój dzień nosi jej smak
Gdy żyjesz w czasie wiśni, strzeż się
bo miłość może ci poranić serce.

Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
choć z tamtych czasów krwawy pozostał ślad.
A to co dzisiaj daje miłość
Nie ukoi tego, czego wtedy było brak.
Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
i nosił pamięć o nim w sercu i w snach.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

***
Gdy rebloguję to po raz drugi, w czerwcu 2018 roku, dziwię się, że nie mogę znaleźć tej piosenki po polsku. Stanisława Celińska mówi w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” z maja 2015 roku, że śpiewała tę piosenkę w roku 1969. W tym samym czasie śpiewał ją też Piotr Loretz. Ale w  sieci nadal ani słów ani nagrań. Jedynie link do mojego własnego wpisu. I jeszcze znaleziony miły wpis z bloga o znamiennej nazwie  – to mój kawałek podłogi! Słów też nie ma, ale jest piosenka po francusku, i lektura romansu w sam raz na lato, i knajpki paryskie nazywające się “Le temps de cerises”…

O recyclingu własnych tekstów w sezonie ogórkowym

Ewa Maria Slaska

Wyjeżdżam i jak zawsze podczas wyjazdu – nie wiem, czy uda mi się wstawić jakiś aktualny wpis. Wiem zatem z doświadczenia, że coś trzeba sobie przygotować na zapas. Pomyślałam o recycklingu własnych dokonań. Prowadzę ten blog pięć i pół roku, przedtem prowadziłam dwa inne blogi, oparte na tej zasadzie, że to ja tworzę ramę, ale piszą różni ludzie. Pierwszy zaczęłam 18 czerwca 2011 roku. Wczoraj była rocznica. 8 lat, codziennie wpis. 2920 wpisów. Upał lał się z nieba i rocznice niezbyt mnie obchodziły, ale aby wypełnić letnie dziury, postanowiłam zrecyklingować kilka najlepszych wpisów. Zastanowiłam się, co mogłabym uznać za swój najlepszy wpis. Były takie, których słupki frekwencji czytelniczej przebijały sufity i dachy, ale nie, wcale nie one mi się przypomniały. Z otumanionego upałem umysłu wychynął Mankell. Pisałam o nim przed kilku laty, a powoływałam się na cytat z książki, która się w oryginale ukazała 20 lat temu. Mankell rozmawia z córką.

Najpierw więc cytaty, po niemiecku i po polsku, z mojego wpisu.

Strümpfe stopfen & Cerowanie skarpetek

„Manchmal stelle ich mir vor“, sagte Wallander, „dass es damit zu tun hat, dass wir aufgehört haben, unsere Strümpfe zu stopfen!“ Sie sah ihn verwundert an. „Ich meine das ernst“, sagte er. „Als ich groß wurde, war Schweden noch ein Land, in dem man seine Strümpfe stopfte. Ich habe es sogar noch in der Schule gelernt. Dann plötzlich eines Tages war Schluss damit. Kaputte Strümpfe wurden weggeworfen. Keiner stopfte mehr seine Wollsocken. Die ganze Gesellschaft veränderte sich. Verbrauchen und Wegwerfen wurde zur einzigen Regel, die wirklich alle vereinte. Es gab zwar Menschen, die darauf beharrten, ihre Sachen zu flicken, aber man sah und hörte sie nicht. Solange es nur die Strümpfe betraf, war diese Veränderung vielleicht nicht so gravierend. Aber das Prinzip griff um sich! Schließlich wurde es zu einer Art unsichtbarer, aber ständig gegenwärtiger Moral. Ich glaube, das hat unsere Auffassung von richtig und falsch verändert, von dem, was man anderen Menschen gegenüber tun durfte und was nicht. Alles ist so viel härter geworden. Immer mehr Menschen fühlen sich überflüssig oder sogar unwillkommen im eigenen Land. Und wie reagieren sie darauf? Mit Aggression und Verachtung! Am erschreckendsten aber ist, dass wir uns erst am Anfang von etwas befinden, das sich noch verschlimmern wird. Es wächst im Moment eine Generation heran, die mit noch größerer Aggressivität reagieren wird. Und die haben keine Erinnerung mehr daran, dass es tatsächlich einmal eine Zeit gegeben hat, wo wir unsere Wollsocken gestopft haben. Wo wir weder Wollsocken noch Menschen verbraucht und weggeworfen haben!“


(…) zapytała go, dlaczego życie w Szwecji jest takie trudne.

– Czasami myślę sobie – powiedział – że powodem może być to, że przestaliśmy cerować skarpety. (…) W czasach mojej młodości w Szwecji nadal cerowało się skarpety. Nawet uczyłem się tego w szkole. Aż nagle z dnia na dzień przestano je cerować. Dziurawe skarpety po prostu się wyrzucało. Przeobraziło się całe społeczeństwo. Zdzieranie i wyrzucanie stało się powszechnie obowiązującą regułą. O tych, którzy obstawali przy cerowaniu, ani się nie mówiło, ani się nie słyszało.


PiatakobietaWbrew temu jednak, co często muszę robić, a mianowicie przepisywać cytaty, które mnie zainteresowały, tu sięgnęłam do dwóch osób, które podobnie jak ja zauważyły ten cytat i uczyniły z niego osnowę swojego wpisu. Polka, Danuta Awolusi, rocznik 86, przez wiele lat prowadziła na blox.pl świetny blog o literaturze (blogu już nie ma – dop. EMS 2021). Jej wpis o Mankellu ukazał się w sierpniu 2011 roku, ja o Mankellu pisałam w sierpniu 2015 roku. Pastor Max Toepffer odkrył cytat o skarpetkach i użył go w pisemku parafialnym zimą 2013 roku. Sama książka ukazała się w Szwecji w roku 1996, ponad 20 lat temu.

Cytat niemiecki zaczerpnęłam z gazetki parafialnej pewnego kościoła ewangelickiego. Redaktorem naczelnym (a zapewne i jedynym) jest pastor, który używa swojego wpisu, by zachęcić wiernych do rozglądania się wokół siebie, do cerowania porozrywanych stosunków międzyludzkich. Polska krytyczka literacka używa tego cytatu, by napisać o Mankellu jako dobrym pisarzu, uważnie obserwującym społeczeństwo. Pod cytatem o skarpetkach pyta: Czy to nie jest znakomita metafora współczesnego społeczeństwa? W tym banalnym przykładzie zawarto praktycznie wszystkie obecne bolączki wielu narodów. Taki właśnie jest Wallander – prosty, ale równocześnie mądry i błyskotliwy.

Zanim przejdę dalej, zatrzymuję na chwilę nad okładkami obu książek. Było ich zapewne więcej, różnych, ale przypadek podsunął mi te dwie. Polska ma sens, szukanie przestępcy to zawsze polowanie na pustyni. Okładka niemiecka odwołuje się do kobiecej erotyki z czasów Rubensa i sensu nie ma w ogóle.


W zeszłym roku usłyszałam od młodej pięknej kobiety z Warszawy, że w Niemczech mamy znacznie większy stopień zużycia przedmiotów i ubrań niż w Polsce. Było to powiedziane z uznaniem. Jesteśmy bogatym krajem, mniej kupujemy tandety, a te dobre rzeczy, które kupujemy nosimy potem bardzo długo. A potem je jeszcze oddajemy.

Tak, jak tego wymagają reguły Zero Waste.

Zero Waste zakłada ograniczanie śmiecenia na wielu etapach – od zakupów, poprzez użytkowanie (czyli właściwe przechowywanie jedzenia, by zdążyć z konsumpcją zanim się zepsuje; pielęgnacja ubrań i konserwacja sprzętu, by służyły jak najdłużej) aż po zagospodarowywanie resztek (czyli kompostowanie odpadków kuchennych, przerabianie przedmiotów i dawanie im drugiego życia).

Nie szukam w internecie reguł Zero Waste w sprawie ubrań. Sama wiem, a Mankell mi tu przewodnikiem.

1/ Używaj ubrań jak najdłużej. Naprawiaj je, przerabiaj. Ceruj skarpetki.
2/ Nie kupuj za dużo, szanuj to, co kupiłeś. Ceruj skarpetki.
3/ Oddawaj innym, myśląc o tym, komu dajesz, wybieraj osoby, które już należą do nowej kategorii i cerują skarpetki.
4/ Noś rzeczy używane, przyjmuj je, wymieniaj się ze znajomymi, bierz również to, co trzeba naprawić: ceruj skarpetki.
5/ Przerabiaj rzeczy całkiem zniszczone na inne – kołdry, kapy, dywany ze szmatek. Ceruj skarpetki.
6/ Nie trzymaj w szafie rzeczy, których na pewno nie będziesz nosić. Zrób coś z nimi, przerob, podaruj, oddaj. Dopiero, jak już naprawdę nie da się z nimi nic zrobić – wyrzuć, ale nie do śmieci, tylko do pojemnika, bo stamtąd pójdą do potrzebujących albo do fabryk jako surowiec wtórny.

Ceruj skarpetki…

Mało nośne hasło, mało patetyczne. Byle jakie w porównaniu z Wolnością, Równością i Braterstwem, Siostrzaństwem, Solidarnością, Sprawiedliwością i Prawem. Ale tych wielkich słów być może nie umiemy wprowadzić w życie, poza tym łatwo je ideologicznie przenicować i wykoślawić. I wtedy nam wyjdą uszami. A cerowanie skarpetek to proste zadanie i jak dotąd nie widzę możliwości, by polityka je zagarnęła. A poza tym wciąż jeszcze, póki jeszcze żyje nasze pokolenie, możemy was nauczyć, jak to robić. Bo my wciąż jeszcze umiemy cerować skarpetki.

A potem można pójść dalej…

 

Barataria 70 Turumba na wesele

Ewa Maria Slaska

Antonio Skármeta, Wesele poety


z hiszp. przeł. Dorota Walasek-Elbanowska / Warszawa: Świat Książki – Bertelsmann Media, 2005.

Zgodnie z przewidywaniami książka okazała się ważną pozycją w procesie śledzenia wędrówek idei wyspy Barataria, a zatem i nieocenionym źródłem wiedzy baratarystycznej.

Przy okazji pozwoliła zgłębić wiedzę o tajemniczym zjawisku jakim jest turumba – taniec, piosenka i wiersz, które mając coś wspólnego z limerykami, są mianowicie nader nieprzyzwoite.

Turumba del frutta, pieśń, która w poprzednim odcinku pomogła mi wpaść na trop autora i książki. Mam już powieść po niemiecku i hiszpańskie szczątki. Zanim dostanę do ręki polskie tłumaczenie, czytam sobie tekst hiszpański i tłumaczenie niemieckie, i postanawiam, że spróbuję sił, a wzorem niech mi tu będzie niezastąpiony, świętej pamięci mistrz Załucki i dwaj Starsi Panowie: “te piersi jak jabłka, te usta jak wiśnie, nie mogę – za dużo witamin.” A internet, w którym jest wszystko, nawet żaba przez rz, dobrze wie, jakie zdrożne miał tu poeta intencje – nie podaje w ogóle tekstu wiersza, ale za to od cytatu odsyła natychmiast na stronę z soft pornografią…

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z panną i dziewką po nocy
i dziewką

wypijam arbuza aż nic nie zostanie
melona z miodu wysysam po nocy
i winogrona ach słodkie ach słodkie
aż staną się twarde w słodyczy owocu

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z babką i dziewką po nocy
i dziewką

ty ssij banany bo zdrowe bo zdrowe
ja pitahaje smoczo pachnące
pożrę oliwek twych czarne słońce
aż mnie odurzą sny oranżowe

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z klechą i dziewką po nocy
i dziewką

Jakiś znaleziony w internecie żarcik sugeruje, że to taniec jak rumba – tu(rumba)…

Mięsisty opis tańca przeniosę jednak do następnego odcinka, na razie bowiem musimy zająć się tym, jak się zostaje gubernatorem wyspy nieistniejącej. To mit założycielski, z czasów gdy właśnie upadał handel winem, a wsza winna dokonywała zniszczenia winnych szczepów, żrąc zachłannie i mnożąc się bez pamięci, przez co upadało niejedno imperium, a nie tylko winnice nieistniejącej wyspy Gemy. Cała powieść dzieje się w roku 1913, w 20 lat później, gdy do wieku męskiego dorośli synowie niefortunnego gubernatora. Rok akcji można wyznaczyć bez problemu – Rabindranath Tagore dostał właśnie nagrodę Nobla.

Orient powszedni V

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Pogoda piękna, słońce od rana świeci mocno, ale nie przenikliwie. Viatorostwo wyspane i głodne nowych wrażeń. Zapowiada się kolejny intensywny dzień.

Pratulin. Mała wioska naznaczona wielką historią, roztrząsaną w poprzednim odcinku. Gdy rosyjski zaborca zabrał się, korzystając z pretekstu, jakim było niebłagonadiożne Powstanie Styczniowe, do likwidacji ostatniej – chełmskiej – diecezji Cerkwii Unickiej. Jesteś obrządku wschodniego? To wracasz do prawosławia i nie ma gadania!

Łatwo powiedzieć. Unia miała kilkusetletnią już tradycję, wierni, mimo podobieństwa liturgii, nie czuli szczególnych związków z prawosławiem, zwłaszcza rosyjskim. W kilku miejscach stawili opór duchownym ortodoksyjnym, którzy wkraczali, zazwyczaj w asyście wojska, by przejąć ich świątynie. Polała się krew. W Pratulinie zginęło 13 unitów. Najmłodszy miał 19 lat, najstarszy – 50. Sami mężczyźni, każdy, z wyjątkiem najmłodszego, osierocił żonę i dzieci.

Na nic było ich poświęcenie. Unię zlikwidowano, kilkaset tysięcy wiernych stało się przymusowymi prawosławnymi. Aż do roku 1905. Wtedy, po rewolucji, która spowodowała falę krótkotrwałej odwilży, pozwolono im powrócić do katolicyzmu. Ale wyłącznie w obrządku łacińskim – ot, taki szczegół. A próba odnowy Unii, o której pisał Viator w zeszłym tygodniu w Kostomłotach, też nieszczególnie się powiodła.

Ciężko jest pogodzić się z faktem, że ofiara życia idzie na marne. Różnie sobie ludzie z tym radzą. Można na przykład wynieść męczenników na ołtarze, ogłosić, iż w wymiarze eschatologicznym odnieśli zwycięstwo. Tak uczyniono i tutaj: Jan Paweł II ogłosił trzynastkę unitów błogosławionymi w 1996 roku. Kościół w Pratulinie nosi miano Sanktuarium Błogosławionych Męczenników Podlaskich. Choć, po prawdzie, to już inny kościół: cerkiew, której bronili zamordowani, została rozebrana przez Rosjan w roku 1886 (tak na wszelki wypadek, żeby nie było okazji do kultywowania pamięci zbrodni). Kilka lat temu na jej miejscu postawiono stary, drewniany kościółek, przeniesiony ze Stanina. Tyż pikny, ale to już nie to…

Kościółek, Martyrium, jest otoczony wieńcem trzynastu kapliczek: po jednej dla każdego z męczenników. Ta na przykład poświęcona jest Wincentemu Lewoniukowi. temu, który padł pierwszy od salwy kozackiej.

Oj, Wincenty, Wincenty! Czy warto było? Ledwo dwadzieścia pięć lat, żona, dzieci zapewne też. Czy warto było kłaść to wszystko na ołtarzu wierności?

W ogóle – pyta sam siebie Wędrowiec – czy warto? Dla jakiej wiary czy idei warto? Niestety, ofiara z życia nie świadczy o prawdzie czy nawet wartości którejkolwiek z nich. Przykra to konstatacja i boleśnie ją wypowiadać, ale ludzie umierali ochoczo, z poświęceniem, za tak różne ideały, czasem wręcz zbrodnicze, że męczeństwo niestety nie przesądza o niczym. Na pewno nie o tym, czy bliżej do Boga ma łacinnik, ortodoks albo unita. Chrześcijanin, żyd czy zgoła ateusz. Za każdą z tych idei ludzi szli na śmierć ze śpiewem na ustach.

Ale jedno jest oczywiste, już zresztą na Majdanku Viator dał wyraz temu przekonaniu: moment, gdy ktoś uznaje, że ma prawo decydować za bliźniego, w co ten ma wierzyć, jakim bogom i w jakich szatach liturgicznych powinien się kłaniać, gdy przyznaje sobie prawo do decydowaniu o życiu innych – ten moment to czarne jądro i źródło wszelkiego zła. Chciałoby się rzec do tych ludzi: odpierdolcie się i dajcie nam żyć w spokoju! Niestety. Doświadczenie uczy, że się nie odpierdolą. Żeby pozostać sobą, żeby zachować szacunek dla samego siebie, trzeba im się przeciwstawić.

Umierać za idee? Nie warto. Ale czasem trzeba.

Czy o tym myśli dusza Wincentego, w gołębia wcielona, gdy na gontach dzwonnicy wraz z towarzyszem przysiadłszy, smętnie grucha?

Nie lepiej żyć w zgodzie? Wygląd krzyża ma decydować o tym, kogo nienawidzę? No bzdura, absurd, dewiacja! Niech stoją sobie oba. Komu tu przeszkadza? Ano – są tacy, którym przeszkadza. I zawsze będą.

Nie da się tak trwać zbyt długo w bolesnych rozważaniach, w zawieszeniu między doczesnością a wiecznością. To wbrew zasadom higieny psychicznej. Zajmijmy myśli czymś lżejszym.

Janów Podlaski. Niegdyś miasto, siedziba biskupstwa. Dziś senna wioska na równinach nadbużańskich. Wielka historia ostatnio omija ją raczej. Może dlatego na rynku zachowały się jakimś cudem jedne z najstarszych w Polsce dystrybutory paliwa? Stacja benzynowa z 1928 roku!

Ale jeśli ktoś się uprze, by o tej wielkiej historii podumać, to proszę bardzo. Kolegiata św. Trójcy, dawna katedra diecezji janowskiej. Ślad po minionej chwale

We wnętrzu świątyni grobowiec oraz pomnik Adama Naruszewicza. Chcieliście wielkiej historii, to macie: życiorys rozdarty między Konstytucją 3 Maja a Targowicą. Patriotyczną publicystyką a pobieraniem jurgieltu. Pisarstwem oświeceniowym a podlizywaniem się carycy Katarzynie. Potępieniem zwyrodniałej cywilizacji a zamieszkiwaniem w luksusach janowskiego pałacu biskupiego. Ciekawe czasy, ciekawi ludzie, których trudno jednoznacznie oceniać.

Jest jeszcze wcześnie, poranne słońce jasno oświetla statuę Biskupa. Jest jeszcze wcześnie, ale Pielgrzym ma już dość zmagania się z przyciężkawymi dylematami. Musi, koniecznie musi, odetchnąć choć na chwilę.

Tutaj uda się to najłatwiej. Mężnie zwalcza Viator pokusę rozważań historiozoficznych o dziejach janowskiej stadniny. Stwierdza po prostu, iż klasycystyczna Stajnia Zegarowa jest piękna.

Jeszcze bardziej po bohatersku nie zagłębia się Wędrowiec w dywagacje na temat tego, co się tutaj, w myśl zasady Co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu jeszcze? ostatniemi laty z woli władz działo.

Nie i jeszcze raz nie! Dłuższą chwilę spędza Viator z Viatorką na kontemplacji piękna koni. Ich wolności i szczęścia. Li i jedynie.

Chciałoby się zostać z janowskimi arabami znacznie dłużej. Ale nie można. Bug wzywa! Spotkamy się z nim w Serpelicach.

Viatorka

Viatorka urzeczona była pięknem Janowskich arabów, ich niesamowicie długimi szyjami i nogami. Tym luzem i poczuciem wolności. Kilkadziesiąt koni na zielonym wybiegu to sobie kłusowało, to się pasło, to znów zażywało piaskowych kąpieli. Kolejno podchodziły do niewielkiegomiejsca wśród trawy, wysypanego suchym, rozgrzanym od słońca żwirkiem. Najpierw zginały długie, przednie nogi, siadały, przewracały się na bok, potem na grzbiet i radośnie tarzały się wymachując wszystkimi kończynami, zupełnie jak Viatorostwa ukochane psiaki. Uroczy widok. Viatorostwo zatrzymało się przy tej scenie najdłużej, robiąc zdjęcia i nagrywając filmik na smartfona. Dla jednego z ogierów chyba coś musiało być podejrzane, bo leżąc zaczął nas bacznie obserwować. Mimo że odległość między nami była dość duża, mieliśmy z tym zwierzęciem autentyczny, długotrwały kontakt wzrokowy. Niesamowite uczucie. Szczęśliwe konie! Czują się wolno i swobodnie, choć tak naprawdę są dla ludzi jedynie lokatą kapitału, ekskluzywną, żywą zabawką, a nawet tematem debaty i walki politycznej.

Czas jechać dalej – nad BUG. Strasznie cieszyła się już od kilku dni Viatorka na perspektywę spływu kajakiem po tej romantycznej rzece. I w ogóle na to, że po półtorarocznej przerwie spowodowanej różnymi przykrymi wydarzeniami, znowu, jeśli tylko pogoda dopisze, wsiądzie do kajaka.

Od kilku lat to Viatorostwa ulubiona forma rekreacji. Ulubiona, bo niesamowitych wrażeń dostarczyła każda rzeka, zalew, jezioro, jakie przepłynęliśmy. Ale ulubiona również dlatego, że jest to jedna z nielicznych aktywności dających tak bliski kontakt z przyrodą, która jest dla Viatorki, osoby mocno już niepełnosprawnej, dostępna. Kiedyś, ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze w czasach narzeczeństwa, chodziło Viatorostwo po górach. Omijaliśmy tylko te zatłoczone, gdzie przed wejściem na szczyt czekać było trzeba w kolejce. Straszny był to już wtedy dla Viatorki wysiłek, ale ta przestrzeń, te widoki, rekompensowały wszystko.

Dziś o chodzeniu po górach mowy nie ma, choć nie tak dawno podejmowało Viatorostwo udane, jakkolwiek karkołomne, próby dotarcia tylko we dwójkę, Viatorka na wózku inwalidzkim rzecz jasna, w różne ciekawe miejsca – chociażby do zamku Bolczów w Rudawach Janowickich.

Z kajakiem aż takich problemów nie ma – trzeba tylko znaleźć trasę bez przenosek, dogodne, płaskie dojście i wyjście z rzeki, pomóc Viatorce wsiąść i wysiąść, a właściwie wsadzić i wyciągnąć ją z kajaka. A w trakcie spływu oddaje się Viatorka po prostu z pełnym zaufaniem w ręce Viatora, który świetnie posługuje się wiosłem, no i umie, w przeciwieństwie do Viatorki, pływać. I nigdy jeszcze Viator tego zaufania nie zawiódł. Potem można przez kilka godzin chłonąć przyrodę, świeże powietrze, widoki, ciszę i napawać się poczuciem wolności.

To dopiero 29 kwietnia. Po raz pierwszy tak wcześnie wybrało się Viatorostwo na spływ, a Bug to jednak spora rzeka – woda pewnie jeszcze bardzo zimna. Ale nic, ruszamyw Serpelicach, jak zwykle samodzielnie, nie w grupie, bo tylko tak lubimy.Ma być tylko przyroda imy!

Niestety, jak się okazało, nie w tym przypadku. Serpelice to miejscowość wypoczynkowa. A jak najbardziej lubią odpoczywać polscy turyści? Cóż: w tłoku i hałasie. Jak jest rzeka, to po co męczyć ręce wiosłem, skoro lepiej mieć motorówkę. Przez pierwszą część spływu towarzyszył Viatorostwu huk silników, wysokie fale niebezpiecznie kołyszące kajakiem oraz widok łodzi motorowych, gdzie na dziobach opalali się rozebrani do pasa panowie z piwem w ręce (oraz z okazałym zazwyczaj mięśniem piwnym) – takie nowoczesne Galiony. Stojący na brzegu wędkarze wyglądają na przyzwyczajonych do tego, ani śladu irytacji na twarzach. A wzdłuż brzegu samochody – każdy kierowca chce stanąć jak najbliżej wody, potem rozpala małego grilla i zupełnie go nie zraża fakt, że co chwilę jego wysmażane kiełbaski pokrywa chmura kurzu spod kół przejeżdżających tuż obok kolejnych aut.

Ale właściwie po co Viatorka się czepia? W końcu każdy odpoczywa tak, jak lubi. Zresztą po godzinie z ulgą minęło Viatorostwo te krzyczące oznaki cywilizacji. Uff, nareszcie cisza i spokój.

Zmieniające się widoki, pola, lasy, zarośnięte wysepki. Im dalej, tym piękniej. Podrywające się do lotu ptaki – Viator na pewno już wymyśliłby, czyim są wcieleniem.

Rzeka coraz szersza, ma już pewnie ze 150 metrów. W końcu ostre zakole i…  widać przystań. Koniec trasy. Jak zwykle: szybciej, niżby się chciało, choć tym razem Viator coś marudzi, że może i dobrze, bo jego siedzenie odwykłe od takiego wysiłku domaga się odpoczynku. Szkoda.

Viator

A teraz czas na kolejną wizytę, którą Viator wymarzył sobie już dawno temu. Konkretnie: w liceum, gdy po raz pierwszy obejrzał film Panny z Wilka. Otwórzcie, proszę, odtwarzanie, zobaczcie, co się dzieje w 8 minucie, 40 sekundzie: Wiktor Ruben wsiada na prom, by przepłynąć rzekę. Widok brzegu, ku któremu zmierza, to jeden z najpiękniejszych plenerów polskiego kina. Daniel Olbrychski sam wskazał to miejsce Andrzejowi Wajdzie. Panorama Drohiczyna. Wędrowiec wiedział od lat, że musi tu przybyć, bo się w owej panoramie autentycznie zakochał. Teraz wreszcie się udało. Choć nie było łatwo: coraz bezwzględniejsze i dzikie bezdroża prowadzą ku wymarzonemu miejscu, Pielgrzym coraz bardziej ryzykuje uszkodzeniem zawieszenia samochodu. Czy będzie warto?

Niech Czytelnicy sami ocenią, czy było. Viator nie ma najmniejszej wątpliwości.

Aby dostać się do samego miasta, trzeba nadłożyć jeszcze sporo kilometrów, bo najbliższy most na Bugu znajduje się dopiero we Frankopolu. Wracamy przeto powoli po bezdrożach nadbużańskich łęgów, chłonąc ich spokój. I nie ma chyba potrzeby dodawać, że w te dwa żurawie wcieliły się dusze Wiktora Rubena i Tuni (a może Feli?), aby, wolne już od wszelkich trosk, na wieczność całą cieszyć się swą obecnością.

 

Dziś i jutro

Myślałam, że podczas Kongresu porozmawiamy też o tym, że sto lat temu Niemki i Polki, niekiedy wspólnie, walczyły o prawa wyborcze kobiet.

12 listopada 1918 roku w Niemczech walka kobiet zakończyła się sukcesem. W 16 dni później taki prawa przyznano Polkom. Legenda założycielska głosi, że dzięki temu, iż uzbrojone w parasolki kobiety poszły pod willę Piłsudskiego w Sulejówku, domagając się tego, co ich koleżanki wojowniczki w Rosji i w Niemczech już otrzymały. Można było porozmawiać o tym wspólnym doświadczeniu walki. O Róży Luxemburg, której w Zamościu właśnie usunięto tablicę upamiętniającą, że tu się urodziła… O Gabrieli Iwanowskiej-Balickiej, posłance na sejm, która zaczęła walkę na studiach w Genewie i pracując dla czasopisma Ster w Monachium.  O Zofii Sokolnickiej, jednej z założycielek Zjednoczenia Polskich Kobiecych Towarzystw Oświatowych w Rzeszy Niemieckiej (1909). O Franciszce Wilczkowiakowej, która przed I wojną światową prowadziła działalność polonijną w Niemczech, a w 1916 r. została działaczką Naczelnej Rady Ludowej. O Annie Piaseckiej, nauczycielce języka polskiego na tajnych kompletach w Toruniu…

Ale też o Marcie Wygodzinski, zamordowanej w Teresinie 27 lutego 1943, lekarce ubogich, jednej z pierwszych niemieckich lekarek, jednej z pierwszych posłanek komunalnych w Berlinie…

Tak się nie stało. Szkoda. Była dobra szansa, żeby Niemki i Polki porozmawiały w Polsce o tym, co wspólne. W Berlinie wciąż odczuwamy ich solidarność w stosunku do naszych polskich problemów.  W Polsce… owszem, jesteśmy silne, jesteśmy oprócz Tuska i możliwości, że Unia odetnie pieniądze, najgorszym wrogiem rządu. To wzmacnia, jasne… Ale czy to znaczy, że już nie musimy być sprzymierzone…

Ale co tam, ważne, że jest Kongres!

SOBOTA, 16 czerwca

10.00-13.30  Sala Plenarna

OTWARCIE

SESJA 1: Gabinet Cieni, m.in.: Henryka Bochniarz, Danuta Huebner, Bogusława Matuszewska, Monika Płatek, Magdalena Środa

SESJA 2: Stulecie praw kobiet, m.in.: Sylwia Chutnik, Małgorzata Fuszara, Agata Kobylińska, Joanna Mucha, Maria Seweryn, Kazimiera Szczuka, Małgorzata Tkacz-Janik, Olga Tokarczuk

Gdyby Polska była kobietą – Manuela Gretkowska

SESJA 3: Gniew kobiet – czas protestów, m.in.: Miranda Korzeniowska, Marta Lempart, Oxana Lytvynenko, Bożena Przyłuska, Joanna Scheuring-Wielgus, Marta Wosak

14.30-19.30  CENTRA (szczegóły poniżej)

20.00            Koncert

21.00            Spektakl

NIEDZIELA, 17 czerwca

09.00-12.30  CENTRA (szczegóły poniżej)

13.30-17.30   Sala plenarna

Koncert Żelazne Waginy

SESJA 4: Nie molestuj mnie!, m.in. Renata Durda, Agnieszka Holland, Elżbieta Klimek, Sylwia Spurek

Wielka debata samorządowa, m.in. Jolanta Batycka-Wąsik, Wioletta Dzienniak, Katarzyna Lubnauer, Marta Mazurek, Agnieszka Odachowska, Małgorzata Tracz, Agnieszka Trafas, Hanna Zdanowska

Przy kawie o sprawie – NA ŻYWO

Nagrody Kongresu Kobiet wręczają Jacek Jaśkowiak, Olga Tokarczuk

Postulaty X Kongresu Kobiet

ZAKOŃCZENIE


CENTRA

SOBOTA   14:30 – 19.30

CENTRUM PRZEDSIĘBIORCZOŚCI I INNOWACJI –  a w nim m.in.:  o różnorodności, równości i sukcesie, niezależności ekonomicznej kobiet, # PayMeToo, czego warto się uczyć, aby dobrze zarabiać, przedsiębiorczości po łódzku, z udziałem m.in.: Dominiki Bettman, Henryki Bochniarz, Krystyny Boczkowskiej, Małgorzaty Nowak-Niedźwiedzkiej, Ewy Rumińskiej-Zimny

CENTRUM DIALOGU KULTUR –  a w nim m.in.:  o kobietach i religii, wielokulturowości, Ukrainkach, tolerancji, z udziałem m.in.: Renaty Kim, Dominiki Kozłowskiej, Haliny Radacz, Agaty Tuszyńskiej, Ludwiki Włodek

CENTRUM SPOŁECZNE –  a w nim m.in.:  o pracy w warunkach niepewności, samozatrudnieniu, pracy opiekuńczej kobiet, 500+, dawnej pracy łodzianek, z udziałem m.in.: Izy Desperak, Krystyny Mazurówny

CENTRUM MIĘDZYNARODOWE –  a w nim m.in.:  o sieci kobiet, rozbijaniu szklanego sufitu, kobietach romskich, 100 latach praw wyborczych kobiet, kobietach w służbach, z udziałem m.in.: Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, Wandy Nowickiej

CENTRUM EDUKACJI –  a w nim m.in.:  o tym czego nie uczy polska szkoła, alternatywnych modelach edukacji, edukacji równościowej, świeckości szkoły, wychowaniu wonderwoman, z udziałem m.in.: Agaty Kobylińskiej, Leny Kolarskiej-Bobińskiej, Doroty Łobody

CENTRUM PRAW DO ODPOWIEDZIALNEGO RODZICIELSTWA –  a w nim m.in.:  o poronieniu, przemocy instytucjonalnej wobec kobiet, In vitro, ojcostwie, z udziałem m.in.: Agnieszki Graff, Aleksandry Knapik, Ewy Woydyłło-Osiatyńskiej, Doroty Zawadzkiej

CENTRUM CHCEMY CAŁEGO ŻYCIA –  a w nim m.in.:  o edukacji włączającej, pokonywaniu barier i samostanowieniu, sytuacji opiekunek i osób z niepełnosprawnościami, systemie wsparcia, z udziałem m.in.: Katarzyny Bekasiak, Hanny Pasterny, Teresy Kamińskiej, Jadwigi Król, Sylwii Mądrej, Agnieszki Kossowskiej, Katarzyny Żeglickiej, Doroty Próchniewicz

CENTRUM PATRIOTYZMU I OBYWATELSKOŚCI –  a w nim m.in.:  o wartości konstytucji, prawach kobiet, wolności i wspólnocie, z udziałem m.in.: Adama Bodnara, Katarzyny Gajowniczek-Pruszyńskiej, Anny Grupińskiej, Ewy Łętowskiej, Róży Rzeplińskiej

CENTRUM KULTURY –  a w nim m.in.:  o kobietach w malarstwie

CENTRUM ZDROWIA –  a w nim m.in.:  o depresji, filmoterapii, Hashimoto, wstydliwych chorobach, z udziałem m.in.: Katarzyny Montgomery, Grażyny Torbickiej, Edyty Wlaźlak

CENTRUM ZWIERZĄT  –  a w nim m.in:  o walce o prawa zwierząt, myśliwych, wielkich fermach, etycznych wyborach konsumenckich dla zwierząt, z udziałem m.in.: Ewy Lieder, Ewy Podolskiej, Karoliny Skowron, Olgi Tokarczuk

CENTRUM MATEK –  a w nim m.in.:  o chustonoszeniu, matkach-siłaczkach, WNM, codziennej pielęgnacji i rozwoju, z udziałem m.in.: Anny Osowskiej-Rembeckiej, Eweliny Tyszko-Bury, Anity Ziegler-Chamielec

CENTRUM WZMACNIAJĄCE –  a w nim m.in.: o byciu skuteczną w samorządach, przetrwaniu rozwodu, pozytywnych relacjach w rodzinie, technologiach, z udziałem m.in.: Bogny Czałczyńskiej, Katarzyny Lubinieckiej-Różyło, Agnieszki Łuczak, Beata Maciejewskiej

NIEDZIELA 9.00 – 12.30

CENTRUM NOWEJ DEMOKRACJI –  a w nim m.in.: o nowej demokracji, ksenofobii, mocy swojego głosu, z udziałem m.in.: Agaty Araszkiewicz, Agaty Czarnackiej, Katarzyny Kądzieli

CENTRUM HERSTORYCZNE –  a w nim m.in.: o tym jak upamiętniać kobiety, historii kobiet, walce o prawa kobiet, prawnuczkach niepodległości, z udziałem m.in.: Marty Dzido, Małgorzaty Fuszary, Barbary Kijewskije, Anity Kucharskiej-Dziedzic, Barbary Kurzaj, Marii Seweryn, Małgorzaty Tkacz-Janik

CENTRUM SAMORZĄDOWE –  a w nim m.in.: o kobietach i władzy, miastach równych szans, prawach lokatorskich, z udziałem m.in.: Joanny Jaśkowiak, Barbary Nowackiej, Małgorzaty Okońskiej-Zaremby, Joanny Scheuring-Wielgus

CENTRUM ZIELONE –  a w nim m.in.: o klimacie, ekobojowniczkach i ekonaprawiaczkach, z udziałem m.in.: Beaty Maciejewskiej, Joanny Pawluśkiewicz,  Ewy Sufin-Jacquemart

CENTRUM DUCHOWE EWY WOYDYŁŁO –  a w nim m.in.: o wolności, odpowiedzialności, wolnej woli i pięknie, z udziałem m.in.: Barbary Labudy, Tanny Jakubowicz-Mount, Ewy Woydyłło-Osiatyńskiej

CENTRUM SEKSUALNOŚCI – a w nim m.in.: o edukacji seksualnej, przemocy seksualnej wśród młodzieży, kobiecym ciele, z udziałem m.in.: Alicji Długołęckiej, Aleksandry Józefowskiej, Ewy Tyszko

CENTRUM KULTURY – a w nim m.in.: o matkach i córkach w literaturze, emigracji wewnętrznej, kulturze przemocy i kulturze gwałtu, z udziałem m.in.: Manueli Gretkowskiej, Agnieszki Holland, Doroty Stalińskiej, Joanny Szczepkowskiej

CENTRUM LGBTQIA – a w nim m.in.: o  kulturze lesbijskiej w Polsce, wykluczeniu i dyskryminacji, z udziałem m.in.: Anety Dekowskiej, Moniki Płatek, Remigiusza Ryzińskiego

CENTRUM MEDIALNE – a w nim m.in.: o kobietach w sieci, mediach bez / dla / z kobietami, z udziałem m.in.: Joanny Brodzik, Agaty Diduszko-Zyglewskiej, Renaty Kim, Aleksandry Klich, Piotra Pacewicza, Pauliny Smaszcz-Kurzajewskiej, Doroty Warakomskiej

CENTRUM ROZWOJU OSOBISTEGO – a w nim m.in.: o naszych możliwościach, jak być szczęśliwą  i jak się realizować, z udziałem m.in.: Agnieszki Odachowskiej, Violetty Ratajczak

CENTRUM PRZEDSIĘBIORCZOŚCI I INNOWACYJNOŚCI – a w nim m.in.: o design thinking, liderstwie, zdobywaniu funduszy, z udziałem m.in.: Justyny Frydrych, Beaty Michalskiej-Dominiak

CENTRUM CHCEMY CAŁEGO ŻYCIA – a w nim m.in.: o niepełnoprawnej seksualności, wolności od przemocy i mądrym wspieraniu osób z niepełnosprawnościami. Udział: Anna Janiak, Izabela Fornalik, Joanna Ławicka, Agnieszka Frankowska

Stuart 48

I hope that the days come easy and the moments pass slow,
And each road leads you where you want to go,
And if you’re faced with a choice, and you have to choose,
I hope you choose the one that means the most to you.
And if one door opens to another door closed,
I hope you keep on walkin’ till you find the window,
If it’s cold outside, show the world the warmth of your smile,

Mam nadzieję, że dni będą nadchodziły szybko,
A chwile warte zapamiętania przemijały powoli.
Jeżeli będziesz musiał dokonać wyboru
To mam nadzieję, że wybierzesz to, co dla ciebie najważniejsze
Jeżeli otworzą się przed tobą drzwi, za którymi stać będą kolejne zamknięte drzwi
To mam nadzieję, że będziesz szedł tak długo, dopóki nie uda ci się znaleźć okna.
Pokazuj światu ciepło twojego uśmiechu, jeżeli dookoła zrobiło się zimno.

My wish, Rascal Flatts

Joanna Trümner

Przyjaźń

Stuart siedział na ławce w poczekalni na lotnisku i przyglądał się wchodzącym do hali pasażerom. „Kiedy ostatni raz widziałem Iana? Trzy, a może cztery lata temu?”, zastanawiał się, ciesząc się na spotkanie. Wkrótce potem bez trudu rozpoznał bujną, nieokiełznaną czuprynę Iana w tłumie pasażerów. Idąc w jego kierunku, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że przyjaciel w ogóle się nie zmienił. Ekscesywny tryb życia, wieloletnia walka z nałogami i pobyty w szpitalach psychiatrycznych nie pozostawiły po sobie śladu.

Po przyjeździe do domu Stuart i Ian rozmawiali do białego rana. Po raz pierwszy od dawna Stuart śmiał się do łez, słuchając opowiadania Iana o energicznej i wszechwiedzącej współpasażerce lotu z Hong Kongu, prowadzącej przez jedenaście godzin podróży monolog o swoim życiu. W trakcie rozmowy do Stuarta docierało coraz bardziej, że bardzo brakowało mu przez ostatnie miesiące kogoś, z kim mógłby porozmawiać, pośmiać się, kogoś, komu mógłby zwierzyć się z nieprzyjemnej historii, którą przeżył w szkole. Czuł ulgę, wyrzucając z siebie wraz z wypowiadanymi słowami napięcie ostatnich kilku miesięcy. Ian w milczeniu słuchał opowiadania przyjaciela, które następnie skomentował z niedowierzaniem: „Jesteś ostatnią osobą, po której spodziewałbym się tego typu kłopotów. Ostatnim człowiekiem, który byłby zdolny do wyrządzenia komuś krzywdy”.

Po chwili milczenia dodał, „czego niestety nie mogę powiedzieć o sobie. W ciągu ostatnich lat zrobiłem wiele głupot, czasami nawet świństw. Od lat próbuję znowu znaleźć równowagę. Niełatwo jest wrócić na tor, z którego wyrzuciło cię życie”. „Może się za mało starasz”, Stuart przypominiał sobie opowiadanie Ann o bracie i jego wielokrotnych próbach zerwania z nałogami. Przypomniało mu się ich wspólne mieszkanie w Londynie i godziny, spędzone przez Iana w łóżku w deszczowe dni, dni, w które nie miał ochoty pójść na wykład. Dni, kiedy leczył kaca i wyłączał wszystkie budziki w domu. Stuart nieraz zastanawiał się, skąd przyjaciel zawsze wiedział, ile czasu należy zainwestować na przygotowanie się do egzaminów i jakim cudem skończył studia z wyróżnieniem.

„Jakie masz dalsze plany?”, zapytał Stuart po chwili. „Chętnie zostanę na razie u ciebie, dwa, trzy tygodnie, góra miesiąc. Oczywiście dołożę się do czynszu, nie przyjechałem bez pieniędzy. Na początek starczą. Ale nie martw się, postaram się w miarę szybko znaleźć pracę i mieszkanie. To mój kolejny punkt zero, nowy początek. Tyle ich w międzyczasie było, że przestałem liczyć. Szczerze mówiąc, cieszę się na nowe wyzwanie. Tym razem muszę sobie dać radę, od teraz wszystko jest na własny rachunek, bez kurateli rodziny. Tyle tylko, że nie mam już dwudziestu czterech lat, jak wtedy, kiedy tu wspólnie przyjechaliśmy”.

Stuart popatrzył na niego z zaskoczeniem. „Aż nie chce mi się wierzyć, że od tamtej pory minęło już dziesięć lat”, powiedział. Musimy to jakoś uczcić. Jak znajdziesz pracę, urządzimy imprezę z okazji dziesięciolecia projektu ‘Australia’”.

„Niedawno przypadkowo spotkałem na lotnisku w Ann”, dodał, patrząc przyjacielowi prosto w oczy. „Moja piękna, bezbłędna siostra na pewno niczego dobrego o mnie nie powiedziała”, odpowiedział Ian z wyraźną złością w głosie. „Spotkaliśmy się na lotnisku, każde z nas czekało na samolot, niewiele mi w ogóle zdążyła opowiedzieć”, odparł Stuart. „To już nie jest Ann, którą znałeś za starych, dobrych czasów w Londynie. Nie chce mi się wierzyć, że była kiedyś twoją dziewczyną. Pod wpływem męża bardzo się zmieniła, powoli staje się jego echem. Źle mi się robi od tego wiecznego „my”, „naszym zdaniem”. „Naszym”, czyli jego. Święty Michael jest niesamowicie dobrym adwokatem, wyjątkowo się sprawdził w wyrywaniu pieniędzy od mojej rodziny. Pod jego wpływem ojciec zmienił testament i zrobił ze mnie osobę częściowo ubezwłasnowolnioną. Przez ponad dwa lata nie mogłem zrobić kroku bez zgody ojca. Prawdopodobnie w testamencie nie ma już śladu po mnie. Dopiero niedawno, łaskawie, rada rodzinna przywróciła mi wszystkie prawa. Dzięki temu mogłem wyjechać. Czasami wydaje mi się, że od śmierci matki nie mam już rodziny. Dla ojca zresztą zawsze byłem ‘czarną owcą’, a Ann zrezygnowała ze mnie z przylepionym do twarzy uśmiechem i komentarzem: ‘Nie pasujesz już do nas’. Z tym swoim uśmiechem i wyglądem jest stworzona do życia w Stanach. Ojciec jest stary i chyba już nie bardzo wie, co robi, ale szwagier nie miał prawa wtrącać się w sprawy mojej rodziny. Dla mnie ten człowiek przestał istnieć”. W tonie głosu przyjaciela Stuart usłyszał morze nienawiści. Przez chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że ta nienawiść jest w tej chwili dla Iana jedyną emocją, która go trzyma przy życiu. Myślał o tym, że nie zna rodziny, w której nie byłoby nieporozumień, zazdrości i wzajemnej niechęci… On sam nigdy nie rozumiał się ze starszą siostrą. Eve i on mówili innym językim, żyli w innych światach, różnili się pod każdym względem tak bardzo, że Stuart nieraz zastanawiał się nad tym, czy to możliwe, że mają tych samych rodziców.

W kilka dni później przyzwyczaił się do obecności Iana w swoim domu. Nie chciało mu się wyjeżdżać, ale obiecał Brianowi, że zaraz po rozpoczęciu wakacji odwiedzi go w Adelajdzie.

„Odpoczniemy od siebie przez tydzień”, oznajmił Ianowi przy wspólnym śniadaniu. „Nie ma od czego, od dawna nie było mi nigdzie lepiej, na twoim miejscu bałbym się, że zostanę tu na zawsze”, odpowiedział przyjaciel.

Podczas tygodniowego pobytu w Adelajdzie gospodarze prześcigali się w pomysłach atrakcyjnego spędzania wspólnego czasu. Odwiedzili Barossa Valley, pojechali na cały dzień na plażę w Glenelg i na półwysep Fleurieu. Patrząc na nieznane krajobrazy Południowej Australii, przypominające mu nieco Anglię, Stuart czuł, jak wraca do niego spokój. W miarę upływu czasu historia z Emmą oddalała się coraz bardziej i stawała się coraz większą bagatelą. Wieczory spędzali w trójkę, popijając wino na wielkim tarasie domu Phila, rozmawiali o planach na przyszłość. Brian popierał plan rzucenia pracy w szkole i życia z muzyki. Doradził jednak Stuartowi, żeby nie sprzedawał domu. „Dobuduj dodatkowe wejście i zrób dla siebie na parterze mieszkanie, resztę możesz wynająć. Albo odwrotnie, wynajmuj mieszkanie, a dom zostaw dla siebie. Musisz mieć jakiś kąt, do którego zawsze można wrócić. Chętnie ci pomogę przy przebudowie”.

Tymczasem przez ten tydzień w Sydney wiele się zmieniło. Ian był euforii. „Za tydzień zaczynam naprawdę nowe życie, udało mi się znaleźć pracę”, powiedział i z dumą dodał, „sam ją znalazłem, bez niczyjej pomocy”. „Co będziesz robił?” „Będę uczył księgowości w szkole zawodowej w Perth. Nawet się cieszę, że będe mieszkał w nowym mieście, miejscu, z którym nie wiążą się żadne wspomnień. Perth nie jest aż tak daleko, mam nadzieję, że będziesz mnie od czasu do czasu odwiedzał”.

Stuart poczuł żal na myśl o tym, że niedługo znowu będzie sam. Równocześnie przypomniał sobie, jak kilka dni temu zastał Iana siedzącego samotnie w pokoju gościnnym. Po raz pierwszy od przyjazdu do Sydney Ian patrzył na niego niewidzącym wzrokiem, wzrokiem osoby walczącej ze łzami. Wieczorem Ian podszedł do niego i poklepał go po ramieniu, tak jakby chciał go przeprosić za swoje zachowanie: „Byłem dzisiaj na cmentarzu, nigdy nie będę w stanie zrozumieć, dlaczego to musiało spotkać właśnie mnie”. Stuart przypomniał sobie niespodziewaną wizytę Toma z Ritą i małą Emily i zgaszony wzrok przyjaciela na widok dziecka.

Po wyjściu gości zaczął pisać piosenkę dla przyjaciela. Siedział przed kartką papieru i po raz pierwszy od dawna miał uczucie, że słowa i melodia same go znalazły. Wraz z nowym etapem w życiu Iana, coś zmieniło się i w jego życiu, zniknęła blokada, która nie pozwalała mu napisać niczego przez ostatnie tygodnie.

W przeddzień odlotu Iana do Perth poszli na ostatnią wspólną kolację. Ian wręczył mu do ręki kopertę z pieniędzmi „To za koszty mojego pobytu”. „Nie trzeba”, odpowiedział Stuart, zdając sobie w tym samym momencie sprawę z tego, że przyjaciel w przestał być czarną owcą, żyjącą kosztem innych. Wziął do ręki kopertę z pieniędzmi, wiedząc, że w ten sposób pokaże respekt temu nowemu, zmienionemu Ianowi. „Perth nie jest aż tak daleko”, pomyślał patrząc na Iana z wdzięcznością.

Cdn.

Szopa w salonie 28

Łukasz Szopa

Świat, a tym samym i społeczeństwo, ale i nauka pełne są uprzedzeń dotyczących kobiet. Oczywiście, też uprzedzeń pozytywnych.

Jak na przykład teza, że „dobrze byłoby w polityce mieć więcej kobiet – byłoby mniej przemocy, agresji i wojen“ (bo niby kobiety mają w sobie taki miły, pokojowy „gen matczyny“ i są bardziej „ciepłe“ i solidarne).

Cóż, nie wiem co na to powiedzą osoby, które przeżyły – bliżej lub mniej bliżej – czas rządów Margaret Thatcher. Albo co cejlońscy Tamilowie powiedzieli by o Indirze Gandhi. Historycy nie zapomnieli o Katarzynie Wielkiej czy Marii Teresie, a legendy wspominają o całkiem „niepokojowych“ Amazonkach. Wreszcie sama Pallas Athena to bogini… owszem, mądrości – ale również strategii i walki.

Osobiście swego czasu mieszkając w Bośni, w zniszczonym i podzielonym bratobójczą kilkuletnią wojną domową („miastową“) Chorwatów i Bośniaków, miałem w głowie tą właśnie tezę – i jakoś tak wyszło, że skonfrontowałem z nią panią sprzedającą mi hotdoga w budce z fastfoodem. Gdy usłyszała moje nieśmiałe zdanie, że „właśnie teraz, tuż po wojnie, kobiety bardziej niż mężczyźni – nauczeni przez politykę i front nienawiści i agresji – mogą spełnić bardzo ważną rolę w pokoju, a nawet w pojednaniu…“ Spojrzała na mnie, jakbym zaproponował jej seks za ladą przy równoczesnym podpaleniem całej budki do muzyki Stravinskiego. Po czym opanowując się, ale głosem bardzo żelaznej damy odparła, że nie mam pojęcia, jakie są kobiety. Że kobieta – szczególnie, gdy ma na froncie albo straciła męża, synów, brata – potrafi nienawidzić dużo silniej niż jakikolwiek „wojujący“ facet. Nie mówiąc o tym, że kobiecie dużo trudniej przychodzi zapomnieć. Odszedłem z krótkim „Do vidjena“ z moim hot-dogiem, zawstydzony i rozczarowany.

Są również – całkiem współczesne – teorie, pokazujące empirycznie, że gdyby było więcej kobiet w zarządzaniu ministerstw i firm, na giełdach, w bankach itp. – to nie doszłoby do kryzysu finansowego w 2007/2008, bo kobiety działają mniej ryzykownie, bardziej „ostrożnie“, bardziej liczy się dla nich „wróbel w garści“ niż „gołąb na dachu“. No i tam takie o „nadambitnych macho na testosteronie“, których jest za dużo tam, gdzie podejmuje się ważne decyzje i liczą się pieniądze.

Zgadzam się, dobrze byłoby mieć więcej kobiet w „top-menadżmencie“, na ławkach trenerskich czy jako przewodników wypraw himalaistycznych. Dobrze dla ogółu, ale i dobrze dla samych kobiet.

Ale… ale natrafiłem na ciekawy artykuł, też w sumie statystyka, jednak inaczej podchodząca do sprawy, czy kobiety rzeczywiście są mniej łacne na ryzyko, czy myślą i działają ostrożniej i „solidarniej“, czy są mniej ambitne, egoistyczne i podatne na gotujące się hormony niż panowie.

Otóż autorzy tego opracowania (przepraszam za brak linku czy notki, ale gazeta przed weekendem powędrowała na makulaturę pod domem…) nie przeczą temu co wyżej, że kobiety przeciętnie, gdy są u szczebli władzy i pieniądza, zachowują się „pasywnie“ i że w miksie z przeciętnie inaczej zachowującymi się samcami – daje to lepsze rezultaty niż zarządzanie „monokulturowe“.

Zbadano jednak powód, skąd się tak bierze. Czy to rzeczywiście jakiś „żeński“, „matczyny“ gen? A gdzie tam!!!

Okazuje się, że dużo większy wpływ niż inne czynniki w działaniu kobiety (wiek, kręg kulturowy, pochodzenie, no i sama płeć) ma… wychowanie i otoczenie kulturowo-socjalne w okresie dorastania (a i wcześniej, czyli od przedszkola). Czyli czynniki, które współdecydują – i to mocno! – o tym, czy kobieta będzie samodzielna („decyzyjna“), odważna (w tym – ryzykowna), krytyczna i samokrytyczna (czasem za bardzo), otwarta i komunikatywna, czy też zamknięta i sceptyczna (też do siebie samej, ale i innych) i tak dalej. Testy zachowania kobiet porównywano do ich edukacji i otoczenia z dzieciństwa i młodości.

I cóż się okazuje? Że kobiety wychowane w szkołach bardziej liberalnych i nowoczesnych, były dużo bardziej „ryzykowne“ i „ambitne“ (czyli „facetowate“) w działaniu, niż panie z edukacją w szkołach czy rodzinach tradycyjnych czy konserwatywnych. Podobnie, co ciekawe, dużo bardziej „z jajami“ były te, które odbyły edukację w szkołach tylko żeńskich, niż w mieszanych – co interpretowano nie tyle uciskaniem dziewczynek przez chłopaków, co… wpływem grona pedagogicznego („Chłopakowi więcej wolno, a dziewczynka powinna się zachowywać!“)
Wreszcie takie porównanie, że kobiety żyjące w dzieciństwie z siostrą bliźniaczką, podobnie jak jedynaczki – miały potem jako dorosłe mniej kompleksów i dużo silniejszą – i „naturalną“ – siłę przebicia.

Wniosek mój jest taki, że wcale nie byłoby więc lepiej, gdybyśmy mieli więcej kobiet w globalnych spółkach, na giełdach, czy w korporacjach finansowych. Powinniśmy mieć… mniej mężczyzn! Czyli w sumie w ogóle mniej ludzi – gdyż wychodzi na to, że homo sapiens, damski czy męski, jednak zachowuje się w swym poczuciu wolności aż za często ryzykownie, emocjonalnie, słowem – irracjonalnie. Jeśli mógł się rozwijać w sprzyjającym wolności i samodzielnym myśleniu środowisku. Czego jednak – takiego wychowania i dorastania i edukacji – życzę zarówno kobietom, ale i mężczyznom, gdyż życie „pozapieniężne“ oferuje nam wiele pięknych okazji, by wyżywać nasze emocje, chęć ryzyka i irracjonalność!