sukces
za wszelką cenę sukces
powtarza sobie herostrates
każdego dnia
i rozgląda się po okolicy
na rynku kupuje koguta
widziano go jak w bibliotece przglądał stare pergaminy
– bogobojny człowiek – mówi przekupka
– głodny wiedzy – kiwa głową pisarz
nie raz siedział w sali do zachodu słońca,
aż trzeba go było wypraszać –
wreszcie podejmuje decyzję
i podpala świątynię miłości
przypadkowo czy nie
tego samego dnia rodzi się wojna
która grzebie stary świat
ostatni dzień września
jeden po drugim zapalają się
klony
to wszystkie odcienie czerwieni maszerują na skraju lasu przed
zmrokiem
po raz ostatni biegnie chłopiec z latawcem
budzi
gwiazdy
septembers letzter tag
einer nach dem anderen fangen die ahorne zu glühen an
alle farbtöne der röte marschieren am rande des waldes vor der
dämmerung
ein letztes mal läuft ein junge mit dem drachen
er weckt
die sterne
11.10.
o duszy kobiety
ukryła się
w krysztale górskim
proroczo
Monika Maas
Kai liebste
schau mir zu
Ich schlüpfe grade in deine Rolle
erforsche so wie Du
ob Nächte wach sind
oder
wie man ohne Wissen fällt
oder
andere brückenlos mich
in ein Dunkel ohne Bilder
schicken
und in mein Inneres
mit Licht und Messer dringen
und mit Blicken
zutiefst ungehörig
Meine Seele
hatte sich
in Bergkristall verborgen
hellsichtig
Endoskopie
19.05.2010
Kai ukochany
spójrz na mnie
wskakuję właśnie w twoją rolę
badam jak ty
czy noce nie śpią
albo
jak upada się bezwiednie
albo
jak inni wysyłają mnie bezpośrednio
w ciemność bez obrazów
i wdzierają się w moje wnętrze
ze światłem i nożem
i spojrzeniami
najgłębiej bezwstydnie
Moja dusza
ukryła się
w krysztale górskim
proroczoendoskopia
19.05.2010
Kochani czytelnicy/czki. Przepraszam, bo w tym wpisie nic już nie ma. Minęły lata i zniknęły wszystkie zdjęcia, które tu kiedyś umieściłam. Gdzie są?
Bizary… czy ktoś jeszcze pamięta w Polsce to słowo? My w Niemczech prędzej je zrozumiemy, nawet jeśli polskiego słowa wcale już nie znaliśmy, bo po niemiecku jak coś jest dziwaczne, to można o tym powiedzieć, że jest bizarr. A jak człowiek się zachowuje dziwacznie, to jego zachowanie może być określone jako skurril. Wydaje mi się, że tego słowa polszczyzna, również ta dawna, w ogóle nie miała, ale co tam. Byłam na wycieczce w Szczecinie i zobaczyłam taką ilość bizarów i skurili, że postanowiłam się z wami podzielić.
To Krzyżak ze Sztumu. W Szczecinie.
W restaracji “Na kuncu korytarza” w Zamku oferta obejmuje kacze biusty.
Ogłoszenie “Klubu śledziojadów”. W tym Szczecinie oni wciąż tylko o jedzeniu.
Na zdjęciu (a raczej na plakacie) Anita, ongiś zakochana (“na zabój”) w Polaku ze Szczecina hinduska miss piękności, dziś dobrze prosperująca właścicielka kilku egzotycznych restauracji w Szczecinie, które pozostają w rodzinnych rękach – bo syn poszedł w ślady rodziców.
O Anicie powstaje właśnie film w koprodukcji Film Polski – Bollywood. Rolę jej samej otrzyma siostra Anity, słynna aktorka bollywoodzka.
A jak nie o jedzeniu, to o piciu.Zanim Wyszak został piwowarem, był… piratem, ale – i teraz dopisek z kwietnia 2025 roku – umiał sobie załatwiać różne sprawy. Prawie 30 zdjęć zniknęło, a to jedno, jedyne zostało.
Pompy w Szczecinie nie są niestety czynne (w Berlinie są), ale za to mają zabójczy niebieski kolorek.
A tu święto dyni – i pomyśleć, że za czasów mojej młodości dynia znana była w Polsce tylko jako rodzaj pikli na słodko w occie (były paskudne).
Wszędzie można dojść, wszędzie blisko, i do podziemi i pod opiekę niebieską…
Artystyczny wyrzut śmieci
“Wkurw” – wersja rozbrajająco łagodna
Szklany sufit najpiękniejszej poczty na świecie. Przed wojną Szczecin miał więcej abonentów telefonicznych niż Berlin, choć był od stolicy Niemiec czterokrotnie mniejszy. Było 30 telefonistek i pracowały na dwie zmiany.
Orzech czarny, najstarsze drzewo w Szczecinie
W oddali para młoda, niestety więcej nie można było sfotografować. Panna młoda bacznie pilnowała RODO. A szkoda, bo miała ciekawą suknię, haftowaną złotem jak obrus na ołtarz.
Ciekawe ostro czerwone hydranty, aż się proszą, żeby nimi trochę poszarpać. No a jak się za mocno pociągnie, no to hydrant się rozpada – część ląduje na bruku, a część w kwiatkach
Na bruku lądują też serca, białe, być może niewinne
Bardzo ciekawe faktury
Ta firma ze Szczecina ma też swą filię w Berlinie na Kreuzbergu…
Idzie nowe…
Lub jedzie do pracy…
Plakat w Szczecinie zachęca Polki do pracy w Niemczech, ale coś się tłumaczowi pokręciło, nie zrozumiał co jest czym czego i teraz plakaty głoszą, iż w Niemczech zaopiekują się nami – szczecinianami – osoby starsze i godne zaufania. No to niech tam…
Z Nazca ruszamy bardzo wcześnie rano. Nasz kierowca, Daniel, uprzedza nas, że podróż do drugiego co do wielkości miasta Peru, Arequipy, zajmie nam cały dzień. Na dłuższą rozmowę z Danielem nie pozwala nasza znajomość hiszpańskiego, w duchu wściekam się na siebie, że zabrakło mi cierpliwości na dalszą naukę tego języka. Mamy do pokonania prawie 600 km Panamericaną. Pierwsza część podróży jest dosyć monotonna, otacza nas pustynia Atacama, w tej części kraju deszcz spada raz na kilka lat. Czasami monotonię obrazów za oknami samochodu przerywa widok na wzburzony Pacyfik.
Z nudów wczytuję się w ustawione co kilka kilometrów plakaty i hasła wyborcze. „Dla kogo te hasła ustawili, przecież tu nikt nie mieszka?”, zastanawiam się mijając kilometry drogi bez żadnych zabudowań (pomijając nieliczne kurze fermy). W październiku w Peru odbędą się wybory komunalne, do których startuje 16 partii. Większość z haseł jest dla nas, Europejczyków absurdem jak np. hasło „Un neuvo gallo por la region” („Nowy kogut dla regionu”) z mało sympatyczną twarzą kandydata jednej z partii lub też plakat, przekonujący wyborcę, że niejaki Hardin jest przyjacielem („Hardin, tu amigo”). Najwięcej kasy na kampanię wyborczą w tym regionie ma Alfredo Zegarra, jego nazwisko jest widoczne nie tylko na plakatach, lecz również na licznych przydrożnych kamieniach i słupach elektrycznych.
Daniel uśmiecha się pod nosem zza kierownicy – „Tenemos Hitler tambien” („Mamy też Hitlera”). O tym Hitlerze przebąkowiał też coś nasz przewodnik w Limie, Percy. Nie daje mi to spokoju i jeszcze tego samego wieczoru w hotelu dowiaduję się z internetu, że w wiosce Yungar, w andyjskiej prowincji Carhuaz, w wyborach startuje jako kandydat na burmistrza miasteczka… Hitler Alba. W wywiadach przekonuje, że jest „dobrym Hitlerem”. Dodaje, że w międzyczasie pogodził się z nadanym mu przez ojca imieniem i nie zamierza go zmieniać. W sąsiednim dystrykcie do walki politycznej ruszył … Lenin Vladimir Rodriguez Valverde.
W Peru istnieje obowiązek udziału w wyborach, nie stawienie się przed urną wyborczą ponosi za sobą poważne, zależne od zarobków, konsekwencje finansowe. „Największym złodziejem był Kuczynski”, mówi Daniel w drodze do Arequipy patrząc na przydrożne plakat. Nie chwalę się tym, że Pedro Pablo Kuczyński ma korzenie w Wielkopolsce. To już czwarty prezydent tego państwa uwikłany w korupcję, Peruwiańczycy powoli przestają wierzyć w demokrację i od dawna odnoszą wrażenie, że ich bogate w zasoby naturalne państwo, które mogłoby należeć do przodujących przemysłowo państw świata, jest rozkradane przez polityków.
Po pięciu godzinach w drodze robimy się głodni i prosimy Daniela, żeby się zatrzymał, chcemy podzielić się z nim dużą paczką z suchym prowiantem, którą rano dostaliśmy w hotelu w Nazca. Widać, że i naszemu kierowcy ta przerwa jest na rękę. Wyjmujemy cztery duże plastikowe pojemniki z sałatką, kurczakiem z ryżem, kanapki i owoce. W chwilę później stwierdzamy, że hotel zapomniał nam dać plastikowe sztućce. „Estupendo”, mówię na głos, dumna, że coś jeszcze zostało mi w głowie z nauki hiszpańskiego. I chociaż chciałam powiedzieć coś zupełnie innego („estupendo” znaczy „wspaniale” a ja chciałam powiedzieć „estupido” czyli „idiotycznie”), Daniel jest na tyle inteligentny, że w pierwszym małym miasteczku po drodze zatrzymuje się i kupuje plastikowe sztućce.
Druga połowa drogi to wspinanie się serpentynami w górę („Białe Miasto” Arequipa leży na ponad 2.300 metrów), cieszę się, kiedy zapada zmrok i nie muszę już dłużej oglądać licznych krzyży po drodze i spadzistych, niczym nie zabezpieczonych krawędzi. Do miasta docieramy około siódmej. Po rozlokowaniu się w hotelu, idziemy na główny plac, Plaza de Armas, który o tej porze tętni życiem. Kończymy dzień popijając pisco na balkonie restauracji z widokiem na przepiękną olbrzymią katedrę (cała starówka Arequipy jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO).
Dopiero następnego dnia zobaczę, jaki mamy widok z okna pokoju – trzy wulkany w tym jeden czynny – ten czynny to Misti, 5822 m, pozostałe to Chachani 6057 m i Picchu Picchu, 5665 m. Okolice Arequipy często nawiedzane są przez trzęsienia ziemi. Tutaj nasuwają się na siebie w tempie 77 milimetrów rocznie południowoamerykańska płyta tektoniczna z płytą Nazca. Całe Peru jest zresztą miejscem, regularnie nawiedzanym przez trzęsienia ziemi.
Naszą przewodniczką po Białym Mieście jest Gloria. Podczas miesięcznego pobytu w Peru była to jedyna nasza wpadka z przewodnikami, Gloria, podobnie jak wszyscy oprowadzający nas przewodnicy mówiła bardzo dobrym angielskim, ale przez cztery godziny chodzenia z nami po mieście prowadziła z małymi przerwami na powiedzenie nam kilku słów nieustannie rozmowy przez komórkę. Nie wiem, co się w tym dniu stało w jej życiu i przy pożegnaniu widziałam, że zdaje sobie sprawę z tego, że przesadziła z tymi rozmowami, niemniej jednak myślę, że lepiej byłoby zrezygnować z Glorii, pogrzebać w internecie i zwiedzić to przepiękne, stare miasto na własną rękę. Rozstajemy się z nią w klasztorze Świętej Katarzyny, który na szczęście ma własnych przewodników z wyłączonymi komórkami.
Klasztor został zbudowany przez Hiszpanów niedługo po podboju Peru, w 1580 r. i przez wiele lat służył jako szkoła z internatem dla córek z bogatych hiszpańskich rodzin, prowadzona przez siostry zakonne z zakonu im. Św. Katarzyny z Sieny. W tamtych czasach tradycją było, że druga córka lub drugi syn w rodzinie wstępował do klasztoru (pierwsza córka miała zgodnie z tradycją bogato wyjść za mąż, a pierwszy syn zrobić karierę w wojsku).
Santa Catalina przyjmowała do klasztoru wyłącznie kobiety z najbogatszych hiszpańskich rodzin z Arequipy i okolic, które przed wstąpieniem musiały zapłacić „wiano” w wysokości około 2.400 srebrnych monet oraz przynieść ze sobą liczne przedmioty, spisane na specjalnej liście. Zakonnice miały prawo posiadać służbę – po wyposażeniu cel widać, jak były zamożne. W jednej z cel widzę klawesyn.
Klasztor jest przepiękny, bardzo przypomina hiszpańskie miasteczka, których nazwę noszą ulicę w klasztorze. Powierzchnia całego kompleksu przekracza 20 tysięcy metrów kwadratowych – znajdują się tu cele zakonnic, kapela, ogród, pralnia, cmentarz, pomieszczenia gospodarcze. Obecnie w klasztorze mieszka kilkanaście sióstr.
Po wizycie w klasztorze mamy wolny czas. Zaglądamy do małego kościoła niedaleko głównego placu (Iglesia La Compania). Oglądamy obraz ostatniej wieczerzy, z którego znany jest kościół. Przed Chrystusem na półmisku leży świnka morska, pozostałe dania to nieznane jeszcze wtedy w Europie chili i ziemniaki. Patrzący nam prosto w oczy Judasz, z którego promieniuje zło, ma twarz Francisca Pizarra.
Der Expressionist Otto Mueller (1874–1930) ist als Mitglied der Künstlergruppe Brücke international bekannt. Kaum jemand weiß jedoch um seine über zehn Jahre andauernde
Lehrtätigkeit an der Staatlichen Akademie für Kunst und Kunstgewerbe in Breslau.
Vor allem in den 20er-Jahren beflügelte diese – aufgrund ihrer liberalen und weltoffenen
Atmosphäre – innovative Ideen in der Malerei. Besonders Otto Mueller genoss
enormen Einfluss in einem weitgespannten Netzwerk aus befreundeten Kunst- und
Kulturschaffenden. Zu seinem Kreis zählten Künstler und Künstlerinnen, Architekten,
Kunstkritiker, Schriftstellerinnen und Schriftsteller, Sammlerinnen und Sammler
sowie seine Studierenden.
Das Buch macht es sich zur Aufgabe, Muellers dreifache Rolle als Maler, Mentor und Magier aus unterschiedlichen Perspektiven zu beleuchten. Es ist das Ergebnis eines
deutsch-polnischen Ausstellungs- und Forschungsprojektes.
MALER. MENTOR. MAGIER.
Otto Mueller und sein Netzwerk in Breslau
12.10.2018 bis 03.03.2019 Hamburger Bahnhof – Museum für Gegenwart – Berlin
Die Ausstellung „MALER. MENTOR. MAGIER.“ stellt erstmalig den enormen Einfluss des ehemaligen Brücke-Künstlers und Expressionisten Otto Mueller (1874–1930) in den Mittelpunkt: Der Maler lehrte länger als zehn Jahre an der Staatlichen Akademie für Kunst und Kunstgewerbe in Breslau, die seinerzeit zu den fortschrittlichsten Kunstschulen in Europa zählte. Vor allem seit den 1920er Jahren – durch die zahlreichen Neuberufungen des damaligen Direktors Oskar Moll – genoss die Breslauer Akademie den Ruf von Weltoffenheit und Liberalität. Hier standen gleichberechtigt die vielfältigen Strömungen der modernen Malerei nebeneinander: der Expressionismus mit Otto Mueller, die französische Peinture der Académie Matisse mit Oskar Moll, die Neue Sachlichkeit mit Alexander Kanoldt und Carlo Mense sowie das Bauhaus mit Oskar Schlemmer, Georg Muche oder Johannes Molzahn.
Das Hauptaugenmerk der Ausstellung gilt der Malerei der Moderne: Otto Mueller und sein Netzwerk erlebten in Breslau eine schöpferische Phase, die sie angeregt durch Austausch und gegenseitige Einflussnahme als höchst produktiv beschrieben. Ersichtlich wird diese Beeinflussung der Maler-Kollegen untereinander durch thematische Übereinstimmungen und andere Querverweise: in Gemälden, Arbeiten auf Papier, schriftlichen Äußerungen oder Fotografien. Vor allem der charismatische, von Sehnsucht und Freiheitsdrang getriebene Otto Mueller hatte maßgeblichen Einfluss auf die Breslauer Kunstszene. Ein „Romantiker“ und sogar ein „Magier“ soll Otto Mueller nach Aussagen seines unmittelbaren Umfeldes, darunter auch Kunstkritiker und Schriftsteller, gewesen sein. Carl Hauptmann setzte ihm bereits in der Künstlerbiografie „Einhart der Lächler“ (1907) ein Denkmal – damit leistete der Dichter seinen entscheidenden Beitrag für die Grundsteinlegung eines „Künstler-Mythos“.
Muellers auffällige Erscheinung und sein unbürgerlicher Lebenswandel übten eine enorme Faszination auf seine Schüler und Schülerinnen an der Akademie aus. Sie schätzten dessen vollkommene Hingabe an die Kunst, dessen unkonventionelle Lehrmethode und Humor. Einige seiner Schüler – wie Alexander Camaro oder Horst Strempel – gingen von Breslau aus nach Berlin und erlebten hier den Höhepunkt ihrer Maler-Karrieren.
Eine Besonderheit des kuratorischen Konzeptes von „MALER. MENTOR. MAGIER.“ ist das Prinzip des „Gastes“: gemeint sind hiermit ausgewählte Bilder, durch die spotlightartig, epochenübergreifend und interkulturell, insbesondere im deutsch-polnischen Kontext, auf Gemeinsamkeiten und Unterschiede verwiesen werden kann. Das Einbeziehen „Polnischer Expressionisten“ ermöglicht einmalige Sehvergleiche und neue Zusammenhänge, zugleich verschränken sie die deutsch-polnische Ausrichtung dieser Ausstellung.
Die immense Wertschätzung von Otto Muellers Wirken – aus der Perspektive seines Künstlernetzwerks – reicht bis in die Nachkriegsmoderne: Ein wichtiges Kapitel deutsch-polnischer Kunstgeschichte wird unter besonderer Berücksichtigung der Wechselbeziehung zwischen den Städten Berlin und Breslau/Wrocław neu erzählt.
Denn auch die Beziehungen zwischen der Nationalgalerie in Berlin und dem ehemaligen Schlesischen Museum der bildenden Künste in Breslau (heute Muzeum Narodowe in Wrocław) waren durch intensiven Austausch und Zusammenarbeit charakterisiert. Paradigmatisch ist die Otto-Mueller-Gedächtnisausstellung, die 1931 – kurz nach dem Tod des bedeutenden Expressionisten – durch Direktor Erich Wiese in Breslau initiiert und noch im gleichen Jahr von Ludwig Justi, Direktor der Nationalgalerie, als Gedenk-Ausstellung nach Berlin übernommen wurde.
Die aktuelle Schau „MALER. MENTOR. MAGIER.“ nimmt den umgekehrten Weg. Erarbeitet in Berlin, wird sie danach in modifizierter Form in Breslau/Wrocław zu sehen sein. In Berlin setzt die Ausstellung die Folge von Präsentationen zur Klassischen Moderne fort, die während der Sanierung der Neuen Nationalgalerie im Hamburger Bahnhof – Museum für Gegenwart – Berlin gezeigt wurden: „Die schwarzen Jahre. Geschichten einer Sammlung. 1933–1945“, „Ernst Ludwig Kirchner. Hieroglyphen“ und „Rudolf Belling. Skulpturen und Architekturen“.
Künstler*innenliste: Jankel Adler, Alexander Archipenko, Isidor Aschheim, Henryk Berlewi, Alexander Camaro, Johnny Friedlaender, Grete Jahr-Queißer, Alexander Kanoldt, Ernst Ludwig Kirchner, Ludwig Peter Kowalski, Margarete Kubicka, Stanisław Kubicki, Wilhelm Lehmbruck, Carlo Mense, Oskar Moll, Marg Moll, Johannes Molzahn, Georg Muche, Otto Mueller, Żdzisław Nitka, Oskar Schlemmer, Willy Schmidt, Horst Strempel, Heinrich Tischler, Witkacy, u.a.
Zur Ausstellung erscheint ein gleichnamiger, umfangreicher Katalog im Kehrer Verlag, der von deutschen und polnischen Wissenschaftler*innen erarbeitet wurde. Herausgegeben von Dagmar Schmengler, Agnes Kern und Lidia Głuchowska. Zwei separate Sprachausgaben (deutsch und polnisch) sind ab Oktober 2018 erhältlich. Der Katalog wird realisiert durch: ZEIT-Stiftung, Ernst von Siemens-Kunststiftung
1. Station
12.10.2018-3.3.2019, Hamburger Bahnhof – Museum für Gegenwart – Berlin
2. Station
8.4.2019-30.6.2019, Nationalmuseum Wrocław, Breslau
Eine Ausstellung der Nationalgalerie, Staatliche Museen zu Berlin, in Zusammenarbeit mit der Alexander und Renata Camaro Stiftung und dem Muzeum Narodowe we Wrocławiu.
Die Ausstellung wird gefördert durch: Freunde der Nationalgalerie, Hauptstadtkulturfonds, Kulturstiftung der Länder, Ernst von Siemens-Kunststiftung, Stiftung für deutsch-polnische Zusammenarbeit, Stiftung Preußische Seehandlung
Im Rahmen von 100 Jahre Bauhaus.
Neue Galerie
Die Neue Galerie im Hamburger Bahnhof fungiert als Dependance für die Neue Nationalgalerie während der Dauer ihrer Sanierung. In wechselnden Präsentationen werden hier Ausschnitte aus der Sammlung zur Kunst des frühen 20. Jahrhunderts vorgestellt. Ganz bewusst und vor dem Hintergrund der Planungen für einen Neubau am Kulturforum dient die Neue Galerie dabei der Erprobung neuartiger Sichtweisen auf die „klassisch” gewordene Moderne.
MALARZ. MENTOR. MAG. Otto Mueller a środowisko artystyczne Wrocławia
Od 12 października 2018 do 13 marca 2019 Wystawa w Hamburger Bahnhof w Berlinie
Jest to pierwsza wystawa, która skupia się na ogromnej sile oddziaływania Ottona Muellera (1874–1930), ekspresjonisty i artysty grupy Die Brücke. Przez ponad dziesięć lat był on wykładowcą w Państwowej Akademii Sztuki i Rzemiosła Artystycznego we Wrocławiu, która za jego czasów należała do najbardziej postępowych uczelni artystycznych w Europie. Od lat 20 ubiegłego wieku ówczesny dyrektor szkoły, Oskar Moll, sprowadzał tu licznych wykładowców, co sprawiło, że Wrocławska Akademia Sztuki cieszyła się opinią uczelni liberalnej i otwartej na świat. Na równi stały tam ze sobą różnorodne prądy współczesnego malarstwa: ekspresjonizm, reprezentowany przez Ottona Muellera, francuskie malarstwo Académie Matisse – przez Oskara Molla, Nowa Rzeczowość – przez Alexandra Kanoldta i Carlo Mensego oraz Bauhaus – przez Oskara Schlemmera, Georga Muchego i Johannesa Molzahna.
Wystawa poświęcona jest przede wszystkim malarstwu modernistycznemu. Otto Mueller przeszedł we Wrocławiu wraz ze swoim środowiskiem przez etap twórczości opisywany przez nich jako niezwykle produktywny, zainspirowany wymianą i wzajemnym oddziaływaniem. To, jak pracujący ze sobą malarze wpływali na siebie nawzajem pod względem artystycznym, ujawnia się w obrazach, pracach na papierze, w wypowiedziach pisemnych i na fotografiach. To właśnie charyzmatyczna, przepełniona tęsknotą i pragnieniem wolności postać Ottona Muellera miała największy wpływ na wrocławską scenę artystyczną. Był on „romantykiem” a nawet „magiem”, jak wynika z przekazów jego najbliższego otoczenia, do którego należeli również krytycy sztuki i pisarze. Carl Hauptmann już w 1907 r. upamiętnił malarza w biografii artystycznej „Einhart der Lächler” – przyczyniając się w znacznym stopniu do powstania „mitu artysty”.
Niezwykła powierzchowność Muellera i jego wolny od konwenansów styl życia budziły ogromną fascynację w jego uczniach i uczennicach na Akademii. Cenili oni jego całkowite oddanie sztuce, niekonwencjonalne metody nauczania i poczucie humoru. Niektórzy spośród jego uczniów – tacy jak Alexander Camaro czy Horst Strempel – z Wrocławia udali się do Berlina, gdzie ich kariera malarska sięgnęła szczytu.
Cechą szczególną kuratorskiej koncepcji wystawy MALARZ. MENTOR. MAG. jest wybranie obrazów wiodących, pozwalających dostrzec istotne podobieństwa i różnice, a także kontekst ponadepokowy i międzykulturowy, w tym polsko-niemiecki. Włączenie „polskich ekspresjonistów” daje wyjątkową szansę dokonania porównań i odkrywania nowych związków, a jednocześnie pozwala połączyć ze sobą polskie i niemieckie motywy przewodnie wystawy.
Ogromne uznanie dla twórczości Ottona Muellera – z perspektywy jego środowiska artystycznego – sięga aż do modernizmu powojennego, gdy ten ważny rozdział w polsko-niemieckiej historii sztuki napisano na nowo z uwzględnieniem wzajemnych powiązań między Berlinem a Wrocławiem, niegdyś Breslau.
Stosunki między Nationalgalerie w Berlinie a dawnym Śląskim Muzeum Sztuk Pięknych w Breslau [obecnie Muzeum Narodowe we Wrocławiu] charakteryzowały się bowiem również intensywną wymianą i współpracą. Najlepszym przykładem jest retrospektywa Ottona Muellera, zorganizowana przez dyrektora Muzeum we Wrocławiu, Ericha Wiese, w 1931 r., tuż po śmierci wybitnego ekspresjonisty, która jeszcze w tym samym roku została przeniesiona przez Ludwiga Justiego, dyrektora Nationalgalerie do Berlina.
Obecna wystawa MALARZ. MENTOR. MAG. podąża w odwrotnym kierunku. Opracowana w Berlinie, zostanie następnie pokazana w zmodyfikowanej formie we Wrocławiu.
W Berlinie wystawa stanowi kontynuację serii prezentacji na temat klasycznego modernizmu, które podczas renowacji Neue Nationalgalerie zostały pokazane w Hamburger Bahnhof – Museum für Gegenwart: „Die schwarzen Jahre. Geschichten einer Sammlung. 1933–1945” [Mroczne lata. Opowieści z kolekcji. 1933–1945], „Ernst Ludwig Kirchner. Hieroglyphen” [Ernst Ludwig Kirchner. Hieroglify] i „Rudolf Belling. Skulpturen und Architekturen” [Rudolf Belling. Rzeźby i architektury].
Lista artystów: Jankel Adler, Alexander Archipenko, Isidor Aschheim, Henryk Berlewi, Alexander Camaro, Johnny Friedlaender, Grete Jahr-Queißer, Alexander Kanoldt, Ernst Ludwig Kirchner, Ludwig Peter Kowalski, Margarete Kubicka, Stanisław Kubicki, Wilhelm Lehmbruck, Carlo Mense, Oskar Moll, Marg Moll, Johannes Molzahn, Georg Muche, Otto Mueller, Zdzisław Nitka, Oskar Schlemmer, Willy Schmidt, Horst Strempel, Heinrich Tischler, Witkacy i inni.
Wystawie towarzyszy obszerny katalog pod tym samym tytułem, opracowany przez polskich i niemieckich naukowców, wydany przez wydawnictwo Kehrer Verlag pod redakcją Dagmar Schmengler, Agnes Kern i Lidii Głuchowskiej. Katalog zrealizowany dzięki wsparciu: ZEIT-Stiftung, Ernst von Siemens-Kunststiftung
Wystawa Nationalgalerie, Staatliche Museen zu Berlin we współpracy z Alexander und Renata Camaro Stiftung i Muzeum Narodowym we Wrocławiu.
Sponsorzy wystawy: Freunde der Nationalgalerie, Hauptstadtkulturfonds, Kulturstiftung der Länder, Ernst von Siemens-Kunststiftung, Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, Stiftung Preußische Seehandlung
Vom 6. Oktober bis 17. März 2019 / od 6 października do 17 marca 2019 roku
Sztuka szczęśliwych ludzi. Malarstwo na Bornholmie w XIX i XX wieku
Muzeum Narodowe w Szczecinie, ul. Wały Chrobrego 3
godziny otwarcia:
wtorek, środa, czwartek, sobota: 10.00–18.00, piątek, niedziela: 10.00–16.00
Dania od lat 70 XX wieku znajduje się w czołówce Światowego Raportu Szczęścia, często zajmując w nim pierwsze miejsce. Duńczycy słyną z umiejętności osiągania tego stanu, podobnie jak z designu. Pamiętając o tym, na wystawie – po pierwsze – zaprezentowano, w jaki sposób Duńczycy rozumieją szczęście na tle społeczno-kulturowym (począwszy od przełomu XVIII i XIX wieku, skończywszy na latach 70 ub. wieku), które wpłynęło na ukształtowanie samoświadomości duńskiej. Po drugie zaś podjęto refleksję na tym, jaką rolę w tym kontekście odgrywa sztuka duńska XIX i XX wieku.
Pieniądze, sukcesy, sława rzadko są podstawowymi celami Duńczyków. Jeśli można wskazać coś, co jest dla nich naprawdę ważne, byłaby to umiejętność znajdowania równowagi między pracą a czasem wolnym. Jednym słowem: hygge – czyli bycie razem z bliskimi w przyjemnej atmosferze, w poczuciu wspólnoty, wzajemnego zaufania, w przytulnym otoczeniu.
Hygge to zjawisko, które u podstaw ma następujące czynniki: klimat Danii, niewielkie rozmiary państwa, tradycja życia domowego, koncepcja równości społecznej oraz państwa opiekuńczego.
W drugiej połowie XIX wieku zaczęły rozkwitać kolonie artystyczne. Określenie to odnosi się do grup twórców, którzy spotykali się w wybranym miejscu i pracowali we wspólnym celu, kierując się podobnym rozumieniem sztuki. Nie oznacza to jednocześnie, że łączył ich wspólny manifest artystyczny. Wśród dzieł spotykamy różne rozwiązania stylistyczne. Kolonie artystów powstające w Danii – podobnie jak w innych krajach Europy – rozkwitły w związku z popularnością bezpośredniego studiowania natury w 2. połowie XIX wieku. Malarze uciekali ze zwyczajowych centrów kultury w dużych metropoliach i tworzyli grupy w nowych miejscach, które sprzyjały malowaniu na wolnym powietrzu oraz kusiły nietuzinkowymi motywami i intrygującą naturą.
Właśnie na tym tle należy rozpatrywać kolonię na Bornholmie. Wyspa bez wątpienia przyciągała artystów zarówno przez bogactwo przyrody, jak i jej „dzikość”. W konsekwencji w twórczości odnajdujemy podobne motywy i tematy – są to często przedstawienia natury (w różnych warunkach pogodowych), lokalnej architektury, tamtejszej społeczności…
Na wystawie można zobaczyć prawie 100 prac duńskich artystów ze zbiorów Bornholms Kunstmuseum – wśród nich dzieła takich twórców jak: Kristian Zahrtmann (1843–1917); Richard Mortensen (1910–1993; zwany czasem duńskim Wassilym Kandinskym); Edvard Weie (1879–1943); Olaf Rude (1886–1957); Oluf Høst (1884–1966) czy Niels Lergaard (1893–1982).
Wystawie towarzyszy bogato ilustrowany katalog polsko-duńsko-angielski Sztuka szczęśliwych ludzi. Malarstwo na Bornholmie w XIX i XX wieku z esejami kuratorów i opisami wszystkich obiektów z ekspozycji.
PS. Byłam na otwarciu wystawy. Wice-Dyrektor Muzeum i nasz autor, Darek Kacprzak, witając gości, zapytał, kto z nas jest szczęśliwy. Na zdjęciu tego nie widać, bo siedziałam z boku i takie zdjęcie mi przysłano, ale cała sala podniosła ręce do góry.
06.10.2018 Szczecin Muzeum Narodowe w Szczecinie. “Sztuka szczęśliwych ludzi”! Fot. Robert Stachnik
Oczywiście od zawsze wiedziałam, że Waldemar Łysiak to ukryty (nieświadomy?) baratarysta. Cytowałam już w tej serii jego Wyspy zaczarowane i Wyspy bezludne. Tymczasem jednak w nieznanej mi dotąd (a chyba i nieco zapomnianej) książce Łysiaka o podróży po Ameryce, Asfaltowy salon, zupełnie przypadkowo odkryłam, że słynny twórca słowa “blaskomiotny”, pisząc o wszystkim, co się może kojarzyć z Ameryką, napisał również o Baratarii. Pojawia się ona u Łysiaka bez najmniejszego związku Cervantesem – trochę szkoda, bo można by sobie wyobrazić, że byłaby to soczysta dygresja, gdyby Nowy Orlean i pirat Jean Lafitte pociągnęli autora w stronę Don Kichota i Sancho Pansy… Nazwa Barataria nie wywołała jednak u autora żadnych skojarzeń, co o tyle dziwne, że Łysiak pisze (a ja jak dotąd wcale się tego jeszcze nie dowiedziałam), że słynny pirat założył na wyspie “Państwo Barataria” i teraz, skoro Łysiak tego nie zrobił, trzeba będzie się zająć zagadnieniem, jak owo państwo funkcjonowało? No ale to kiedy indziej.
Wg wstępnej metodologii baratarystyki, Asfaltowy salon plasuje się w dziale – wyspa na Morzu Karaibskim, na której w XVIII wieku mieszkali piraci; dziś skansen historyczny i rezerwat przyrody.
Waldemar Łysiak, Asfaltowy salon, księgozbiór DIGG 2011, pdf wykonany na podstawie wydania książki z roku 2005 (wydawnictwo Nobilis), ale sama książka, wydana w roku 1980, opisuje podróż z roku 1977. Jest to wciąż jeszcze produkt komunistyczny, w którym, mimo iż czasy służalczej czołobitności wobec Sojuzu już przecież minęły, autor co i raz powołuje się na radzieckie książki, artykuły i osiągnięcia naukowe.
Etap XV Nowy Orlean
Te domy pamiętają wielkich piratów, szalejących w dorzeczu Missisipi i w Zatoce Meksykańskiej. Największym z nich był Jean Lafitte, znamienity kontynuator klasycznego piractwa karaibskiego à la Morgan i bukanierzy (nowoorleański urzędnik, Walker Gilbert, nazwał go: „największym łotrem, jaki kiedykolwiek działał w jakimkolwiek miejscu na ziemi”), który wraz z bratem opanował w dobie napoleońskiej przybrzeżne wody Luizjany oraz jej świętą rzekę, łupiąc co tylko popadło, towary i Murzynów, i sprzedając to wszystko kupcom z Nowego Orleanu. Kiedy gubernator Claiborne wyznaczył za jego głowę wysoką nagrodę, Lafitte wyznaczył za głowę gubernatora nagrodę o wiele wyższą, co Nowy Orlean skwitował wybuchem śmiechu. Ale kiedy w grudniu 1814 roku wojska brytyjskie uderzyły z Jamajki na Nowy Orlean i angielski generał Pakenham zwrócił się do Lafitte’a z propozycją współpracy, oferując mu stopień kapitana, pirat natychmiast ostrzegł gubernatora Claiborne’a, po czym na czele korpusiku piratów wziął udział po stronie amerykańskiej w bitwie o miasto (8 stycznia 1815), w której Brytyjczycy zostali rozgromieni. Generał Jackson nazwał wówczas piratów „wiernymi i bohaterskimi dżentelmenami”, a prezydent Madison w podzięce darował im wszystkie stare przewiny, za co Jean Lifitte porzucił w kontrrewanżu piracki proceder, itd, itp. Sielanka.
Historycy są raczej zgodni, że bez bijących się jak tygrysy bandziorów Lafitte’a Amerykanie mieliby mniejsze szanse w bitwie o Nowy Orlean, różne książeczki o masowych nakładach podają zaś Jeana jako budujący przykład człowieka, który w odpowiednim momencie zeskoczył z brudnej ścieżki i zamienił się w anioła. Gdyby jednak czytelnicy tych książeczek zapytali się o dalszy ciąg umoralniającej bajki, to okazałoby się, że przykład jest nieco lipny.
Pozbawiony majątku i źródeł swego dotychczasowego utrzymania, napastowany przez wierzycieli i sądy, Lafitte szybko znalazł się na granicy nędzy. Słowem poprawa nie wyszła mu na zdrowie, uleczył się więc wstępując po cichu na służbę wywiadu hiszpańskiej Inkwizycji, wyjechał na jakiś czas do Europy (tam rzekomo próbował po Waterloo pomóc Napoleonowi w ucieczce do Ameryki), a po powrocie jął się znowu piractwa i to tak intensywnie, że do dzisiaj poszukuje się ukrytych przez niego skarbów w kilkunastu miejscach na południowo-wschodnich wybrzeżach USA. Ale o tym podłym „happy endzie” głośno się nie mówi. Jean Lafitte, „król nowoorleańskich piratów”, jest romantycznym bohaterem we wspomnieniach miasta.
Czyż niepiękne są te wspomnienia? Przybłęda nie wiadomo skąd, Francuz, a może Hiszpan, wyrafinowany światowiec i łotrzyk w jednym ciele, trochę „playboy”, trochę komandos, magazynujący gigantyczne łupy z rabunków na wysepkach Barataría i Galveston, a wieczorami odwiedzający wraz ze swą watahą wilków operę w Nowym Orleanie. Bo piraci mieli w tym mieście własny gmach operowy, do którego wozili swoje kobiety, by mogły się pokazywać w najwspanialszych klejnotach świata! Czyż nie były to piękne czasy?
Mnie najwięcej mówi Dom Napoleona, wybudowany w latach 1797-1814 na rogu ulic Chartres i St. Louis przez braci Girod. Dwupiętrowy, niezbyt bogaty, o surowych, nieco posępnych fasadach bez ozdób, nosi w sobie wielką tajemnicę.
Mikołaj Girod, burmistrz Nowego Orleanu w latach 1812-1815, przeznaczył ten dom na mieszkanie cesarza, który miał uciec ze Świętej Heleny. Cudu tego miało dokonać grono spiskowców bonapartystowskich, wśród których byli oczywiście Polacy, między innymi Jacek Colonna-Walewski. Na czele stało pięciu ludzi. Bracia Mikołaj i Klaudiusz Girodowie, bracia Henryk i Karol
Lallemandowie, generałowie napoleońscy, którzy po Waterloo zostali skazani przez Burbonów na śmierć i zbiegli do Ameryki. Oraz pochodzący z San Domingo tajemniczy korsarz Dominik You, który w roku 1811 dołączył do koczujących w Zatoce Barataria braci Lafitte, stał się członkiem wyjętego spod prawa „Państwa Barataria” i po bitwie o Nowy Orlean skorzystał z amnestii, osiadając w Vieux Carré. Legenda głosi, że udało się im i że „bóg wojny” zamieszkał w domu na rogu ulic Chartres i St. Louis, a jego miejsce na Świętej Helenie zajął sobowtór.
A jeszcze trzeba będzie sprawdzić jak się ma pirat do Maison Laffitte, gdzie przez dziesięciolecia Książę Jerzy Giedroyc tworzył Historię Literatury Polskiej. No i spróbować koniaku, który też się tak nazywa. O Baratario! O transmogryfikacjo! Ile tematów!
Krzysztofowi Nowakowi z Leszna dedykuję w podziękowaniu za płytę Moją siostrę Katarzynę pytam, czy to właśnie na tej płycie słychać ten opisany przez nią biały śpiew, czy to jeszcze coś innego?
Mojej raz w życiu widzianej przyjaciółce, Viktorii Borisownej 🙂
Premiera płyty odbyła się w roku 2017, ale ja dostałam tę płytę dopiero teraz. Odsłuchałam i początkowo pomyślałam, że to bardzo nieciekawa muzyka. Puściłam jeszcze raz i jeszcze raz… I nagle poczułam, że już na zawsze będę nosić w sobie te dziwne pozornie monotonne dźwięki, które, tak mi się wydało, nie służą rozrywce tylko medytacji. Wydało mi się, że te tatarskie dźwięki odtwarzają muzykę Kosmosu, zasłuchałam się, zapadłam… I.
I…
I obejrzałam dokładnie płytę, i zdumiałam się, bo w zeszyciku dołączonym do płyty są słowa tych utworów, i widzę, że nie mam racji, że to jednak zwykła muzyka, zwykłe piosenki ludowe, i teraz dopiero nic nie rozumiem.
Pocieszam się, że muzyki nie trzeba rozumieć.
Ej guziel Kyrym
anonimowa pieśń krymskotatarska z 1944 roku
Wiatr od Ałuszty musnął mą twarz
Wspomnienia rodzinnego domu
wzruszyły mnie do łez
Nie mieszkałem tu dość długo
nie nacieszyłem się młodością
Przepełnia mnie tęsknota za ojczyzną
Hej piękny Krymie
Owoce w twych sadach są słodkie
jak miód
Nie napiłem się do syta z twoich
słodkich wód
Dzieci płaczą za ojczyzną
Starcy wznoszą modlitwy
Tłum. Nedim Useinov
Aranżacje i produkcja Karolina Cicha i Bart Pałyga
Ona śpiewa, gra na akordeonie, klawiszach, samplerze, darbuce, janczarach i “innych przeszkadzajkach”
On uprawia śpiew gardłowy i alikwotowy, gra na kobyzie, dotarze, korycie, fideli płockiej, dangyrze i szankauyzie czyli harfie żydowskiej
Karolina potwierdza moją opinię:
W tekstach tatarskich jest dużo elementów wspólnych z innymi kulturami. Mówi się o miłości, ale też obficie używa metafor przyrodniczych. Żeby opowiedzieć o losie człowieka, Tatarzy śpiewają o przebiśniegu albo o samotnej brzozie, która czeka na jarzębinę i gubi liście kolejny rok, a tej jarzębiny jak nie było, tak nie ma. Niektóre metafory są ściśle przypisane do ich kultury. Piękno kobiece ma u Tatarów czarne krzaczaste brwi, a takiego waloru urody żeńskiej nie spotkamy w ludowych pieśniach polskich. Kiedy Tatarzy śpiewają o dobrej imprezie, to dębowa podłoga do tańca musi być wyściełana dywanem, a my w naszej kulturze tańczymy głównie na gołych dechach. Poza tym na tych dywanach muszą stać stoły, na nich talerze, a na talerzach daktyle. Daktyle to kolejny element kultury, który wytrąca nas z codzienności cywilizacji Europy Zachodniej.
Karolina Cicha i Bart Pałyga kolejny raz wracają w swojej muzycznej wędrówce na Podlasie. Nowy materiał, zebrany na „Płycie tatarskiej”, choć zupełnie inny będzie kontynuacją tatarskiego wątku płyty “Wieloma językami”.
Muzyczne dziedzictwo Tatarów polskich to temat niezwykle rozległy. Poszukiwania materiału na tę płytę trwały trzy lata. Powstaje jednak krążek dopracowany w każdym szczególe. Usłyszymy na nim archaiczne skale stepów azjatyckich oraz tureckobrzmiące melodie krymskotatarskie. Usłyszymy instrumenty takie jak kobyz czy stepowy dotar, na którym można grać podczas jazdy konnej. Usłyszymy utwory z kanonu pieśni tatarskich takie jak „Tugan tyl” (pieśń z XIX wieku o pięknie narodowego języka Tatarów nadwołżańskich) czy „Ej Gizel Kirim” (pieśń powstała po wypędzeniu Tatarów z Krymu w 1944 roku).
Oryginalna muzyka Tatarów przybyłych do Polski w XV wieku nie zachowała się. Kultywowali oni swoją orientalną kuchnię, łucznictwo, obyczaje i odrębność religijną, a muzyka nie była ich domeną. Prawdopodobnie zamilkła wraz z ich rodzimym językiem. Tymczasem tradycje muzyczne, które przetrwały u ich pobratymców na terenie Azji są bardzo bogate. I te właśnie ślady są dla Cichej i Pałygi pomocą w rekonstrukcji tego, jak kiedyś mogła brzmieć muzyka przybyła do Polski wraz z Tatarami.
Choć dziś nie istnieje coś takiego jak tradycyjna muzyka Tatarów polskich, to wciąż jest w Polsce mniejszość tatarska, bardzo związana z naszym krajem, ale pamiętająca o swoim pochodzeniu. Poznanie tajników języka tatarskiego, dokonanie wyboru pieśni na płytę, czy odkrycie na jakich powinna być ona zagrana instrumentach udało się tylko dzięki ogromnej pomocy tych właśnie osób.
Roman Brodowski, który kiedyś regularnie pisywał na bloga “w pierwsze piątki miesiąca” (ostatnio się trochę opuścił), przysłał mi kiedyś swoją nową piosenkę – nagrał ją sam, grając jednocześnie na pianinie. Piosenka zaczynała się słowami: Nie oddamy naszej Polski Kaczyńskiemu, a Roman zaśpiewał ją na melodię słynnej piosenki o Wani (Nad kołchozem ciemne chmury wiszą, idzie Wania pijaniutki z Griszą, Wania kandydat do partii…). Nie pozwolił mi jej opublikować na blogu, uznał, że to “zbyt prywatne”. Pozwolił mi natomiast poszukać muzyka, kóry to wykona.
Dwa lata temu podczas demonstracji KODu berlińskiego pod siedzibą Instytutu Polskiego spotkali się poeta, który czasem śpiewa – Roman Brodowski z muzykiem, który jest też poetą – Andrzejem (Andym) Klukowskim. Przedstawiłam ich sobie, a Roman zaśpiewał wówczas ową piosenkę. Andrzej obiecał, że nagra piosenkę Romana, a w dzień lub dwa później przysłał nam nagranie… z nową melodią.
Było to świetnie nagranie. Opublikowałam je tu dwa razy na blogu, w sierpniu 2017 roku w okresie demonstracji w obronie wolnych sądów.
W grudniu 2017 roku Andrzej Klukowski opublikował tę piosenkę na założonej przez siebie stronie Piosenka Patriotyczna, a Roman na swoim profilu faceebookowym, po czym “wrzucił ją” na kilka stron polskich o prodemokratycznej orientacji – KOD, Koalicja Białych Róż, Obywatele RP. W tym momencie Ojczyzna przestała się własnością jej autorów, a stała się pieśnią ludową, setki razy szerowaną na profilach i fanpagach, zyskując to pół, to trzy, to półtora miliona odsłuchań. Już tego nigdy nie policzymy.
Na moją prośbę Roman przekazał mi tu kilkadziesiąt wybranych na chybił trafił komentarzy, bo i komentarzy są już tysiące.
Najpierw posłuchajmy, a potem poczytajmy:
Dorota Kasner Smutne, ale tak bardzo prawdziwe . Choc mieszkam daleko, przykro patrzec na to co dzieje sie w kraju mojego urodzenia.
Wiesława Hajducka Ciekawa jestem czy Kaczyński to odsłuchał ,okazuje się,że mamy tyle mądrych ludzi.A głupi mądrymi rządzi,a to dlatego ,że mądry głupiemu ustąpi.Gdyby nie było to tak tragiczne dokąd zaprowadzą nas te rządy.
Andy, zakochałam się w tych Twoich piosenkach, bardzo dziękuję, są światełkiem w mojej samotności i tej ogarniającej beznadziei, życzę zdrowia, weny, szczęścia zawsze i wszędzie – serdeczności emerytka HeLena
Krzysztof Piwnicki UDOSTĘPNIAMY. Tak też można walczyć by…. nie trzeba bylo naprawdę walczyć.
Halina Wieczorek-KołodziejczakPrawda …. przesłanie dla Polaków….opamiętajcie się zanim będzie za późno. Ja już swoje życie prawie przeżyłam ale młodzi niech pomyślą o przyszłości ich dzieci i wnuków ratujmy Polskę od dyktat
Malgosia Pentman Tak to jest tekst ktory powinien laczyc nas rodakow a nie dzielic. Tak chce kaczynski ale my Polacy nie chcemy. Katolik nie katolik keidys rozmawialismy ze soba i nic nas nie dzielilo. Mielismy czesto te same problemy. Nikt nikogo nie ocenial za wiare albo nie wiare. Pomagalismy sobie na wzajem. Przez kaczynskiego rozpadlo sie to wszystko. Szkoda😖😞👎🆘😷😷😩😷😩😩🆘
Wacław Dulemba Piekny protest song,czas buntu spolecznego na olbrzymia skalę szybko się zbliza,ludzie powrócą z urlopów,bedzie znaczniej “goraco”Osobiście uważam ze jest to tekst jak i muzyka w sposób precyzyjnie. Skomponowana.Panowie bardzo duża klasa.Po wysluchaniu musiałem”ochłonąć”
Marzena Clinton Ta piękna piosenka nie jest adresowana do takich jak pan. Współczuję, bo z takiego zašlepienia chyba już się nie da wyleczyć, aż do momentu gdy się pan obudzi z ręka w nocniku
Małgorzata Kolodziejska Piękne słowa i muzyka, oby więcej takich protest-songów w obronie demokracji, nie można się powstrzymać od łez bo dobro naszej ojczyzny leży na sercu jak dobro naszych bliskich……
Wladek Bilyk Takiej muzyki wiecej ! moze trafi to do pisiakow!
Jozef Jarosz Oby sie nie skonczylo na zachwycie?
Tresc i muzyka sprawiA,ze obojetni powinni zrozumiec w jakim miejscu naród STOI.
Hanna Hanth I nie możemy doposcic do rozlew krwi a na tym najbardziej zależy PISOWI….. To my Polacy jesteśmy rządem to my opowiedzy się za innym kierunkiem prawa obroną Konstytucji. Ci którzy sprawują władze w naszym imieniu stracili nasze zaufanie odbierzmy im nasze głosy jesteśmy w stanie to zrobić przejąć władze…..
Grażyna OparaPiekne słowa moze wiecej takich piosenek chwytają za serce
Nigdy przedtem nie słyszałam o Marii Reiche, podobnie jak nigdy nie przeczytałam i nie przeczytam żadnej książki Ericha von Dänikena, dla którego linie Nazca były miejscem lądowania przybyszy z kosmosu. A szkoda, bo nazwisko Reiche jest jednym z pierwszych nazwisk, o którym słyszą dzieci w peruwiańskich szkołach. Urodzona w Dreźnie w 1903 roku Maria Reiche przyjechała do Peru w roku 1932, po ukończeniu studiów matematycznych. Na początku pobytu pracowała jako opiekunka do dzieci niemieckiego konsula w Cusco, następnie wyjechała do Limy i utrzymywała się z różnych dorywczych prac – jako nauczycielka języka i tłumaczka. Spotkanie w roku 1940 amerykańskiego naukowca, Paula Kosoka, który prowadził obserwacje niedawno odkrytych na płaskowyżu Nazca linii i figur, zmieniło jej życie. Geoglify, stworzone przez kulturę Nazca pomiędzy 800 a 200 lat przed Chrystusem, stały się jej obsesją. Po rozstaniu z Kosokiem, od 1946 r. Maria zamieszkała w małym pokoiku na skraju płaskowyżu i poświęcała każdą chwilę na analizie figur. Finansowo wspierała ją mieszkająca w Niemczech siostra, lekarka. Dochody z publikacji książki Mystery on the Desert badaczka przeznaczyła w dużej mierze na opłacanie strażników i uniemożliwienie rozdeptania geoglifów. Dzięki uporowi Marii Reiche płaskowyż został wpisany na światową listę zabytków ludzkości (1994). 40 lat na pustyni, suchy skwar w ciągu dnia, przenikliwe zimno w nocy, przemierzanie ogromnych przestrzeni, amputacja palca po ukąszeniu przez owada, wózek inwalidzki, samotność – wszystko to nie zniechęciło jej do dalszej pracy.
W wieku 52 lat przymocowana do skrzydeł helikoptera Maria Reiche zrobiła zdjęcia geoglifów, a następnie zadbała o to, żeby świat się o nich dowiedział. Z czasem linie (widoczne tylko z powietrza) stały się prawdziwym magnesem dla turystów z całego świata. Ludność miejscowa, która latami nazywała Marię „wariatką z pustyni”, z szacunkiem zaczęla nazywać ją „damą z pustyni”. Zmarła w wieku 95 lat w niewielkim domu na skraju płaskowyżu, w którym spędziła ostatnich 25 lat życia. Dzisiaj znajduje się tu małe, ale bardzo interesujące muzeum. Oglądając skromne warunki, w jakich żyła, zastanawiam się, gdzie świat byłby dzisiaj bez takich ludzi jak ona i nie mogę doczekać się lotu nad liniami.
Danielle zamówiła nam przedostatni lot o 17.30. Resztę dnia spędzamy na zwiedzaniu okolicy. Nasz pierwszy przystanek to cmentarz Chauchilla, na którym od trzeciego do dziewiątego wieku naszej ery ludzie kultury Nazca chowali swoich zmarłych. „Tyle jest jeszcze do odkrycia w tym państwie”, myślę, przypatrując się mumiom, które dzięki pustynnemu klimatowi i dużej ilości przynoszonej z wiatrem z Pacyfiku soli, zachowały się w niemal idelanym stanie. Na terenie peruwiańskiej pustyni znajduje się wiele podobnych, nie zbadanych jeszcze przez naukowców miejsc. Przed rokiem odkryto na pustyni mumie, o których do dzisiaj chodzą pogłoski, że są to mumie stworzeń bez ludzkiego DNA. Kolejna teoria zwolenników „kosmitów” interesuje mnie mniej niż fakt, że i tutaj wszystkie wartościowe rzeczy w grobach zostały rozkradzione.
W niewielkim muzeum widzę mumię kilkumiesięcznego dziecka, które prawdopodobnie było ludzką ofiarą złożoną bogom. Podobnie jak dziesiątki pięknych, młodych dziewczyn z Domu Wybranych Kobiet w Pachacamac. Danielle uspakaja nas, że ludzkie ofiary były składane bogom bardzo rzadko i że rodziny, których członkowie od wczesnego dzieciństwa przeznaczeni byli na śmierć dla udobruchania Boga Słońca, Deszczu, Urodzaju, Gór i dziesiątków innych bogów, czuły się wyróżnione.
Po cmentarzu kolej na zbudowane około 1.500 lat temu przez kulturę Nazca i zaopatrujące do dzisiaj okolicę w wodę akwedukty Cantalloc. Jest to około dwudziestu ujęć wody, do których prowadzą spiralne rampy. Bez problemu można zejść na głębokość około dziesięciu metrów i napić się krystalicznie czystej wody spływającej z gór. Akwedukty są połączone między sobą podziemnymi korytarzami. Raz do roku odbywa się ich czyszczenie – dwie lub trzy osoby niewielkiego wzrostu przechodzą cały odcinek korytem rzeki pod ziemią i oczyszczają je z gałęzi i kamieni. Ceremonia czyszczenia akweduktów połączona jest z wielką, kilkudniową fiestą dla mieszkańców okolicznych wiosek.
Obiad jemy na własną rękę, z przerażeniem widzę jak pulchna i śmiejąca się od ucha do ucha kelnerka podaje nam olbrzymi talerz z przekąskami. Po zjedzeniu go nie jesteśmy już głodni, można byłoby zapłacić, wstać od stołu i odejść, a tu czeka nas jeszcze drugie danie, wielki talerz z Aji de Gallina (pikantne danie z kurczaka) i ciasto cytrynowe na deser. W uszach brzmi mi przestroga Danielle „Tylko nie jedzcie zbyt dużo na obiad”. Widząc nasze zwątpienie na widok ilości zamówionej przez nas kalorii roześmiana kelnerka komentuje: „W Peru porcje są zawsze takie duże”. Jest tak pełna uroku i rozbrajająca, że śmieję się razem z nią. W godzinę później siedzimy na najmniejszym i najpełniejszym lotnisku świata, na którym liczne linie lotnicze (doliczyłam się dziewięciu) oferują lot nad liniami Nazca. Na odgłos startujących samolotów robi mi się niedobrze. Nigdy w życiu nie leciałam z tak pełnym żołądkiem. Chodzę tam i z powrotem wśród tłumu ludzi w nadziei, że to potworne uczucie przejedzenia jakimś cudem samo przejdzie. Nie wiem jakim cudem udaje nam się przetrwać lot bez incydentów. Może zawdzięczamy to temu, że to, co widzimy za oknem helikoptera jest niesamowicie piękne. Rozpoznajemy każdą z figur: kolibra, pająka, małpę, fregatę i szamana (uważanego przez wielu zwolenników teorii science-fiction za astronautę).
Z powietrza nie zdaję sobie sprawy z ich długości (figury mają od 50 do 300 metrów). Podobnie jak nie zdaję sobie sprawy z tego, że znajdują się na powierzchni 750 kilometrów kwadratowych (50 km długości i 15 km szerokości). Słońce stoi już bardzo nisko (tak blisko równika wstaje przez cały rok, latem i zimią punktualnie o szóstej rano i zachodzi o szóstej wieczorem), dzięki czemu mamy piękną widoczność.
Przed hotelem żegnamy się z Danielle, jutro czeka nas długa podróż samochodem z kierowcą do Arequipy. Ostatnią rzeczą, o której myślę przed zaśnięciem jest jedzenie.
Jesień. Jak co roku nazbierały się dynie na balkonie.
Jesienią tak jest. Jabłka, śliwki, gruszki, orzechy, dynie. W tym roku do zbiorów dołączyły książki. Przez nikogo nie wytypowana, nie licząc, ale myśląc, dlaczego – wybrałam siedem książek. Na FB pokazuje się okładki bez komentarza, ja jednak co nieco skomentuję…
Mogłam wziąć więcej – na zaprzyjaźnionym festynie ulicznym w Szczecinie – było całe stoisko pełne naprawdę niezłych książek. Wzięłam tylko kilka i to starannie wybierając. Postaram się opisać kryteria, bo niekiedy mój wybór mnie samą zdziwił.
1.
Marta Tomaszewska, Zamach na wyspę. Książka z roku 1973, wydanie Naszej Księgarni z roku 1986. Niech nas to jednak nie myli. To książka z lat 70, wszystko w niej jest z tamtych czasów – jak długie włosy chłopców, za których wychodziłyśmy za mąż. Długie włosy, wąsik, koszule z szerokim kołnierzem, garnitury z krempliny, ale też nasze długie spódnice i loki…
Przygodowa książka dla chłopców. Dalekie morza, łodzie żaglowe, wyspy. Takie wtedy miały być te przygody. Wzięłam z myślą o wnuku, ale nie sądzę, by chciał ją czytać, tak jak żaden chłopak nie wziął by dziś po naszych mężach ich garniturów z krempliny. Nawet ja, choć lubię wyspy i przygody, a poza tym z przyzwyczajenia jeśli zaczęłam czytać książkę, to czytam ją do końca – zatem, powtarzam, nawet ja nie przebrnęłam poza 50 stronę…
Książkę dostał w nagrodę za stopnie i sprawowanie niejaki Tomek Bożek, uczeń szkoły podstawowej w Swobnicy. Nie wiadomo z której klasy. Nie wiem też, gdzie leży Swobnica, ale to akurat łatwo sprawdzić. Fajna wioska. Ma zamek Joannitów. To jeden z najcenniejszych zabytków Pomorza Zachodniego. Wybudowany w 1377 roku na półwyspie jeziora Grodziskiego – około 50 km na południe od Szczecina. Na przestrzeni wieków przebudowywany, trafił w końcu w ręce prywatne na początku lat 90. Dziś ponownie jest własnością gminy Banie, która walczy o jego odbudowę.
Nienacki to by wokół tego zamku zbudował przygodę, ale chłopakowi ze Swobnicy dają wydumaną historyjkę Tomaszewskiej, której akcja rozgrywa się w Polinezji.
2.
Jerzy Wittlin, Przedstawiamy humor polski. Pory roku. Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe 1974. Okładka to całe polskie lata 70. Właściwie kwintesencja. Rogatywka i pawie pióro, ale jakoś krzywo i na bakier. Nazwisko autora antologii jest właściwie znakiem firmowym dobrej roboty literackiej tamtych czasów. Jeszcze wszyscy znali polski, jeszcze nikt nie “ubierał butów” ani sukienek, a układ typograficzny serii zrobił Jan Bokiwicz, świetny grafik z tamtych czasów. Poznałam go 12 lat później – mieszkałam już w Berlinie. A przez te 12 lat zachciało nam się dwukrotnie wolności, raz ją zdobyliśmy, raz utraciliśmy i wciąż jeszcze nikt nie “ubierał płaszczy”, co najwyżej ubierano nas w różne sprawy, najczęściej a może zawsze polityczne… Polska miała rosnąć w siłę, a ludziom miało się żyć dostatniej. Mieliśmy pomóc. Mieliśmy zostać drugą Japonią. Mieliśmy czapkę z piór. Jeszcze jej wicher nie poniósł…
Wittlin wybrał utwory 48 autorów. Otwieram książkę na chybił trafił. Wybieram jednego. Boy. Krakowski jubileusz.
Magnificus się podnosi:
(Przypadkowo ginekolog)
I znów z innej beczki głosi
Lapidarny swój nekrolog.
Myśli wątku nie rozprasza,
Ale skupia w treść ogólną:
«Panie… ten… ojczyzna nasza…
Jest nam wszystkim… matką wspólną…
No, tym się przecież dzisiaj zajmują ginekolodzy – ojczyzną.
3.
Alistair MacLean, Santoryn.
Książka potwornie brzydko wydana w roku 1990 w Spółce Wydawniczej ORBITA. Do tego jeszcze właściciel potraktował ją paskudnie, książka jest poplamiona, nadżarta czymś brunatnym, wytarta, nadpleśniała. W oryginale wydana w roku 1986 – ostatnia powieść autora, którego w latach 70 i 80 wszyscy w Polsce czytali, podobnie jak Raymonda Chandlera, możliwe więc, że wszystkim nam mieszają się powieści obu pisarzy. Nie było, a może i do dzisiaj nie ma polskiego autora (niech mi Joe Alex, Bonda i Krajewski wybaczą), który mógłby się równać z tymi dwoma. Santorynu nie czytałam, ale byłam na wyspie Santorini.
4.
Lernt mit uns. Podręcznik do klasy I Liceum Ogólnokształcącego i Liceum Ekonomicznego. Nie zostało to napisane, ale jest to podręcznik do nauki niemieckiego. Na okładce kwintesencja NRD. Wydawnictwa szkolne i pedagogiczne 1974. Wydanie jedenaste. Ilustracje – Gwidon Miklaszewski. Mój Boże, zapomniałam w ogóle, że istniał, a przecież był czas, że co druga książka wydawana była z jego charakterystycznymi, łatwymi do rozpoznania ludzikami. Wer ist Lehrer? Herr Ebert ist Lehrer. Przeskakuję ze sto stron. Was macht der Lehrer? (die Übung, der Schüler). Er liest die Übung des Schülers.
Notatki ucznia koło ćwiczeń świadczą o tym, że pan Lehrer słabo się starał (albo uczeń się nie przykładał): in der szule… albo was yst der…
Książka jest najpaskudniejsza z paskudnych. Zresztą w ogóle niemiecki był paskudny i my z klasy łacińskiej czyli A nigdy do końca nie zrozumieliśmy, co skłoniło tych z D do wyboru niemieckiego. Wiem, wiem, nie musicie mi mówić, sama wiem… 11 lat później mieszkałam już w Berlinie. Książka jest symbolem mojej klęski, mojej niemożności utrzymania w życiu konksekwentnej linii życiowej. Nie lubię niemieckiego – nie jadę do Niemiec.
Nota bene, teraz lubię niemiecki.
W książkę wetknięte kolorowe zdjęcie uczniów z lat 70. Nasze zdjęcie. Wszyscy przecież dzisiaj wyglądamy tak samo. To wtedy jedne z nas były brzydkie, inne ładne i ładnie ubrane. Dziś zdjęcie z lat 70 wykonane papierze Fujicolor, ale mimo to martwo szaro-bure, udowadnia, że wszyscy byliśmy tacy sami. Jest też kawałek kliszy filmowej, z enerdowskiej firmy ORWO, z pięcioma czarno-białymi zdjęciami: ktoś leży na brzuchu, podnosi głowę znad książki, patrzy w obiektyw; ktoś wiosłuje dwoma wiosłami; dom jednorodzinny otoczony płotem, za płotem dwa drzewa; dwie kobiety siedzą blisko siebie; ściana bloku mieszkalnego – widać tylko górne piętra na tle nieba.
Na zdjęciu z tyłu ktoś napisał:
to snor – chrapać (powinno być snore)
a pod spodem
I’ve got to stop think about that
I feel the earth move under my feet
Piosenka jest z roku 1971, ale widocznie właściciel książki dostał krążek po roku 1974.
Zanim odłożę książkę znajduję gdzieś jeszcze słowo Fernseher – telewizor zapisane: Fernzijer…
Patrzę jeszcze na cenę. Wydawca wycenił książkę na 330 złotych, ale potem ktoś dopisał piórem cenę 4000 zł. Czyli co – cztery bańki? Ile to była bańka, sto? tysiąc? milion? Nie wiem…
5.
Henning Mankell, Piramida, wab 2011
To zupełnie inna kategoria. To po prostu Mankell, którego czytam jeszcze chętniej niż kiedyś czytaliśmy Chandlera. Na pewno nie ja jedna, bo całą serie Mankella w roku 2011 wab wydał w ramach lektur na wakacje Polityki.
6.
Elżbieta Szemplińska-Sobolewska, Kochankowie z Warszawy / Śmierć Bazylego. Wydawnictwo Literackie 1985. To dwie powieści z 1939 roku, pierwszą wydano w Roju, drugą w Dzienniku Powszechnym.
Szemplińska-Sobolewska jest bardzo nowoczesna. Emancypowana kobieta. Lubię ją, choć czytałam tylko jedną jej książkę i choć nie pamiętam tytułu (wiem, mogę sprawdzić, ale mi się nie chce), jej treść pamiętam znakomicie – jest to historia dwóch sióstr, z których jedna, samotna, niepokorna, niezależna ma kota, a druga potulna i podporządkowana – psa. Lubię tę pisarkę, mimo iż (a może właśnie dlatego), że okrzyczano ją jako zakamieniałą komunistkę. Pewnie była.
Na okładce fragment obrazu Wacława Borowskiego, Jabłko i kotara.
7.
J. Marchlewski (oczywiście Julian, ale na okładce jest J.), Listy do St. Żeromskiego i Wł. Orkana, Wydawnictwo Literackie 1953.
A… ta książka to zupełnie inna historia. Zupełnie inna. Marchlewski żył w Niemczech, w latach 1903-1904 prowadził w Monachium wydawnictwo, mające na celu propagowanie nowej literatury europejskiej, w tym przede wszystkim polskiej i rosyjskiej na świecie. Sam był tłumaczem tej propagowanej przez siebie literatury. Tak, oczywiście, również komunistycznej. W roku 1903 Marchlewski wydał 29 tytułów, w roku następnym 19. Jednocześnie jest czołowym wspśłpracownikiem Czerwonego sztandaru. W książce jest pełna lista wydanych przez Marchlewskiego pozycji z literatury światowej – Bunin, Dygasiński, Gorki, Przerwa-Tetmajer, Przybyszewski, Żeromski, Wilde…
Ale Marchlewski to nie tylko sztandarowy komunista i nie tylko wydawca. Jest on również ojcem Zosi (Sonji), która jako druga żona Heinricha Vogelera mieszkała po I wojnie światowej w kolonii artystów w Worpswede, a to miejsce, czas i grupa artystyczna, która nas obie z siostrą nadzwyczaj zajmuje. Heinrich Vogeler, Portret Sonji, 1922 Urodziła się w roku 1898 (była rówieśniczką moich różnych dziadków i babek), zmarła w Warszawie w roku 1983. Pochowano ją na Cmentarzu Powązkowskim.
Polska Wikipedia pisze:
Urodziła się ze związku Juliana Marchlewskiego i Bronisławy z domu Gutman (córka Henryka-Hirsza Gutmana (Бронислава Генриховна Гутман). Od 1921 do 1932 działała w Komunistycznej Partii Niemiec. Była tłumaczką w Kominternie. Po wyjeździe do ZSRR pracowała w moskiewskim Instytucie Marksa-Engelsa-Lenina, Komitecie Centralnym Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (MOPR), w Sowinformbiuro, oraz do 1950 pracowała w Związku Pisarzy ZSRR. W 1957 powróciła do Polski, gdzie poświęciła czas na pisaniu wspomnień o swoim ojcu. Opublikowała dwie książki, pisała felietony i recenzowała artykuły i inne publikacje na temat Juliana Marchlewskiego. Była członkiem PZPR.
Straszny życiorys. A i tak nie podaje wszystkiego. Bo do Moskwy Zofia wyjechała z mężem, który tego ideologicznego porywu nie przeżył. A Zofia przeżyła.
Tę historię znajdzie się dopiero w krótkiej notatce o Vogelerze.
Johann Heinrich Vogeler (1872-1942) – niemiecki malarz, pisarz, myśliciel (utopista, pacyfista) i komunista.
Po zdobyciu władzy przez Adolfa Hitlera wyjechał do ZSRR. Działał w otoczeniu niemieckich komunistów, zgrupowanych wokół Wilhelma Piecka. W okresie wielkiej czystki został oszczędzony, podobno przez wzgląd na fakt, iż jego teściem był Julian Marchlewski (był mężem Zofii Marchlewskiej).
W 1941 po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej został ewakuowany do Kazachstanu, gdzie pracował przy budowie tamy i zmarł z wycieńczenia.
Siedem książek, dwie do czytania, pozostałe jako świadectwo historii, historii mojego życia i historii moich zainteresowań.