Wiersze na lato 2019 (30). Dobrzyńska

Anna Dobrzyńska

Głupstwa

oprac. graf. Autorka

Głupstwa, głupstwa, głupstwa,
Masowy wyrób głupstw,
Usta, usta, usta,
Zrobiły target już.

Podaż – wskaźnik w góre,
Popyt – wskaźnik w góre,
Fabryka haruje,
Widzę wielką chmurę.

Głupstwa jak komary,
Chcę zgasić radary,
Już nie daję rady,
Słuchać tej parady –
– głupstw!

Komar mały siada,
Ręka go dopada,
Głupstwa jak komary,
Lecą całe chmary –
– tu!

Niby nic nie zrobi,
W końcu – kim jest Człowiek (!)
Ale tak umęczy,
Gdy nad uchem brzęczy –
– piiiii.

Można ignorować,
Można dyskutować,
Można klasnąć w ręce,
Można się zamęczyć.

Niby taki mały,
Niby taki słaby,
Ale całą chmarą,
Pożrą twoje ciało –
– w mig!

Wiersze na lato 2019 (29). Rudolf

Teresa Rudolf

Jeden wiersz…

Jak zamknięta dłoń,
zamyka się i otwiera,
otwiera i zamyka…

Mgnienie oka, kamera
genialna, na mój klimat,
na mój we mnie świat.

W zamkniętej dłoni,
…i tak ci nie pokażę,
odwaga w otwartej,

by podzielić się słowem,
bólem, smutkiem,
radością i zachwytem.

Otwieram dziś moją,
prosząc los, by wszystko
zostało tak, jak jest…

TAK JAK JEST!

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Barataria. Wyspy Szczęśliwe. Wiersze (28)

Wyjeżdżam na Wyspy Szczęśliwe, choć  autor, który mnie tam zaprosił, ogłosił w międzyczasie, że Wysp już nie ma. Zobaczymy jednak. Na pewno jednak Barbie umarła, tak jak umarły Urszulka i lalka Lola, mieszkanki Wysp Szczęśliwych.

Tabor Regresywny

W związku z kolejną odsłoną Apokalipsy, Tabor Regresywny pod kierunkiem Emerytowanego Komandora Spływu Kajakowego, autora “Historii seksu”, organizuje ewakuację na Wyspy Szczęśliwe. Ewakuacja ograniczona do Kobiet i Dzieci. Dla mężczyzn przygotowaliśmy kurs: “Jak być kobietą”.

Jednym z mieszkańców Wysp jest…
…Kot Wdzydzki, endemiczny, niegroźny, tylko jak sobie wypije to lepiej mu schodzić z drogi.

Pewnego dnia otrzymałam zaproszenie, na Wyspy i na spotkanie z kotem. Przyjęłam.

Niestety po kilku dniach od tej pięknej zapowiedzi i zaproszenia, ukazał się kolejny wpis na FB…

Piecyk do kawy typu Dar Hasioka, model Wdzycki Kąt (patrz zdjęcie poniżej). A Wysp Szczęśliwych już nie ma. Były, ale zostały wykupione przez koncerny turystyczne. Pobudowali tam hotele i baseny, zatrudniają miejscowych, by w regionalnych strojach udawali, że są szczęśliwi. Prawdopodobnie w Kosmosie są Wyspy Szczęśliwe. Pytanie jak się tam dostać, jednocześnie wystawiając do wiatru koncerny turystyczne wszelkiej maści?

A tu jeszcze pierwotna wersja piecyka do kawy.

Kiedyś w Berlinie autor pojawił się z piecykiem, który składał się z kubka i ogniska nieconego z roślin przydrożnych. Ta wersja (chyba) nie doczekała się zdjęcia.


PS od Adminki. On już TU był.

PS z Wikipedii i innych źródeł: Wyspy Szczęśliwe (gr. Μακάριοι Νήσοι Makárioi Nḗsoi) – w mitologii greckiej część Hadesu – miejsce, dokąd (według niektórych wierzeń) mieli się udawać cnotliwi zmarli, by tam zaznawać wiekuistego spokoju. W XVI wieku często utożsamiano je z Wyspami Kanaryjskimi.

PS z jednym wierszem i zdjęciem (Autor Jan Kochanowski, Foto EMS).

TREN X

Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi sie podziała?
W którą stronę, w którąś sie krainę udała?
Czyś ty nad wszystki nieba wysoko wniesiona
I tam w liczbę aniołków małych policzona?
Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szcześliwe
Wyspy zaprowadzona? Czy cię przez tęskliwe
Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem
Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu moim?
Czy człowieka zrzuciwszy i myśli dziewicze,
Wzięłaś na się postawę i piórka słowicze?
Czyli sie w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała
Jakakolwiek zmazeczka na tobie została?
Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była,
Niżeś sie na mą ciężką żałość urodziła?
Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości,
A nie możesz li w onej dawnej swej całości,
Pociesz mię, jako możesz, a staw sie przede mną
Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną.


Lalka Lola,
kto ją wrzucił do śmietnika?
Wyrzucona, tak, ale jednak ktoś ją tu starannie ułożył.

Zdjęcia Autor, zdjęcia lalek – Adminka.

Tryptyk (wiersze na lato 2019 – 27)

Teresa Rudolf

Wzruszenie

Ściska coś za gardło,
kleszcze zaciskają się
coraz bardziej na szyi.

Łzy napływają do oczu
bezwstydnie zawstydzając,
pokazując się niechciane.

Serce kołacze, bije uroczyście
dzwonami świątecznymi,
na mszę dziękczynną,

że mogę czuć, co czuję.
że nie muszę być kretem
chowającym się pod ziemię,

bo zostałam w porę uchwycona
w ogromne objęcia ramion
Twego wzruszenia…

Strach…

Dzikie zwierzę pędzące
za mną, pęd czyichś nóg,
jest już, tuż, tuż, o Boże…

Serce biegnie szybciej
niż ja, pobija swój rekord biegu
do zawału, oby nie wygrało..

Perkusja w uszach gra
“na maksa” na bębnach,
aż głowa się rozlatuje…

Strach przed niezdążeniem,
i przed ucieczką czegoś
bardzo ważnego goni…

Strach przed tym, co goni,
i o to co już ucieka,
usadza mnie wciąż

na wózku inwalidzkim,
powiedziała mi ta kobieta,
spokojnie,

bez lęku…

Siedząc na takim
właśnie wózku…

Wstręt

Ogarnia me ciało
gwałtownie, napastliwie,
zawsze od stóp do głów.

Wpada nagle w nos,
od razu przewraca mi
tak wrażliwy żołądek.

Może to być zapach
i widok czasem też,
a i dotyku nie pomija.

We mnie mimowolna
rewolucja wszystkich
zmysłów, jakie mam.

Coś wszechmocnego,
coś niewolniczego,
nie da się mu oprzeć.

Ale jest też inna forma
znana na pewno każdemu,
obrzydzenie do słów,

wstręt do elegancji widoku,
a smrodu wstrętnych czynów,
wywracająca znów żołądek.

Wstręt bezlitosny do kogoś,
śmierdzącego zgnilizną
wszystkiego, co ludzkie.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Wiersze na lato 2019 (26). Jahnz.

Zapraszamy do Szczecina w Berlinie  (Wir laden ein, aber zuerst noch ein Gedicht. Zur Einladung bitte nach unten scrollen).

Najpierw wiersz, a zaproszenie poniżej.

Okazuje się, że Książnica Pomorska wpadła na ten sam pomysł co ja i publikuje jeden wiersz różnych szczecińskich poetów. Na szczęście ja już w międzyczasie przestałam liczyć na jeden wiersz i publikuję tyle, ile mi się przyśle, uważając, że nie ma to jak poezja latem.

A skoro jesteśmy w Szczecinie, to zapraszam(y) dziś na berlińską ulicę szczecińską…

Rund um den Stettiner Bahnhof: Geschichte der Verkehrswege Berlin-Stettin

Wann: 13. Juli 2019 um 16 Uhr
Ort: Gemeindesaal der Berliner Stadtmission
Stettiner Straße 45, 13357 Berlin

Die Stettiner Straße verdankt ihren Namen der Nähe zur Berlin-Stettiner Eisenbahn. Vor ungefähr 180 Jahren verliefen entlang der Straße die Eisenbahnschienen Richtung Stettin. Der Stettiner Bahnhof war einer der großen Berliner Kopfbahnhöfe und Ausgangspunkt der Bahnstrecke nach Stettin. Jetzt erinnern nur die alten, neu gestalteten Bahngleise mit den Namen der Zielorte daran. Bis heute ist lediglich der Stettiner Vorortsbahnhof, umgangssprachlich „Kleiner Stettiner“ genannt, erhalten geblieben.

Das und viel mehr erfahren Sie am 13. Juli 2019 um 16 Uhr in dem Gemeindesaal der Berliner Stadtmission, Stettiner Straße 45, 13357 Berlin. Der Vortrag „Rund um den Stettiner Bahnhof: Geschichte der Verkehrswege Berlin-Stettin” wird von Dr. Andreas Jüttemann, Autor und Stadthistoriker, gehalten.

Begleitend zu dem Thema wird noch ein Spaziergang zu der Infotafel “Grünzug auf dem Gelände der ehemaligen Stettiner Eisenbahn” angeboten.

Wiersze na lato 2019 (23). Kuszyk

Po krótkiej przerwie wracam do poezji na lato. Poeci są jednak niesforni i poczynając od Łuby, któremu jeden wiersz rozmnożył się do 12 plus dedykacja (że o komentarzach nie wspomnę), wiemy już, że nie ma mowy o jednym wierszu dziennie, lecz o wierszach. Dziś dwa wiersze.

Karolina Kuszyk

***

Niektórzy debiutują w późnym wieku i to jest
wbrew naturze. Bo przecież mogliby dalej
ochoczo urządzać się w sobie, grać w te gry co wszyscy,
a oni nie. Zaczynają pisać, tym razem na śmierć i życie,
z powagą godną lepszej sprawy, tylko jakiej.

Szukają nowych słów na to, co dawno nazwane,
żłobią te swoje korytarze, kopią te swoje tunele,
badania jakieś prowadzą
rzeczywistosci, a ich miejsce, przeklętych,
ani po tej, ani po tamtej stronie.

Ten i ów próbuje raz jeszcze rozmach
wziąć, ruszyć z kopyta, wszystko to rzucić. Zostaje po nich
zaparowane lustro w łazience, niewyłączony komputer, cień
bez ciała.

***

Pan Jurek kierowca tira patrzy, jak noc odkleja się od drogi
i mruga dziewczynom z bułgarii spieszącym poboczem
na stanowiska,
bo może akurat któremuś się zachce już z rana,
następnie mija pan Jurek lotnisko, widzi różowiejące
cielska samolotów
i też by sobie chciał gdzieś polecieć,
na przykład do egiptu
z żoną. Tyle jest pięknych miejsc na ziemi,
wzdycha pan Jurek. Tej ziemi,
dorzuca z cicha papież z breloczka
i raźnie sobie dynda. Wstaje nowy dzień.

Przed 30 laty upadł Mur Berliński (3)

Joanna Trümner, tekst
Ela Kargol, zdjęcia

Lichtenrade –Lichterfelde

O tym odcinku szlaku muru berlińskiego mówi się, że jest pod względem widoków jednym z najpiękniejszych etapów. Spotkałyśmy się na peronie S-Bahn Lichtenrade i ruszamy rowerami w drogę. Zabudowania kończą się dosyć szybko, wjeżdżamy na teren Brandenburgii, do Mahlow.

Pola kukurydzy i zboża, małe grupy drzew, w cieniu których można na chwilę odpocząć, odgłosy ptaków i piękny, słoneczny dzień – wszystko to jest idyllą, niczym nie zakłóconą letnią sielanką. Aż nie chce mi się wierzyć, że w tym miejscu stał mur, a enerdowscy żołnierze strzelali do ludzi próbujących przedostać się do „wolnego świata”. A tymczasem tylko na pierwszym etapie naszej dwunastokilometrowej trasy zgnięły trzy osoby. Wśród nich znajduje się prawdopodobnie ostatnia ofiara muru – czternastoletni Christoph Manuel Bramböck.

W dniu, w którym w Berlinie Wschodnim podpisano umowę regulującą przystąpienie Niemieckiej Republiki Demokratycznej do Niemieckiej Republiki Federalnej, 31 sierpnia 1990 roku, Christoph spotkał się z kolegą w dzielnicy Marienfelde. Zaopatrzeni w niezbędnie do odłupywania fragmentów muru narzędzia chłopcy ruszyli w drogę. Należeli oni do tysięcy tzw. „dzięciołów muru”, którzy wbrew apelom zachodnioniemieckiej policji rozbijali resztki muru na drobniejsze części. „Dzięcioły” robiły to z protestu lub w celach komercyjnych. Nie wiemy, jaka była motywacja Christopha i jego kolegi, może po prostu nudzili się w to słoneczne letnie popołudnie? W miejscu, w którym chłopcy rozbijali mur, był on zbudowany z poziomo umocowanych betonowych plyt. Jedna z nich spadła na Christopha i zabiła go na miejscu. Spoglądam na zdjęcie zaczepnie patrzącego w kamerę czternastolatka na tablicy pamiątkowej i myślę o absurdzie jego śmierci.

Ojcem ruchu „dzięciołów” stał się w latach osiemdziesiątych Kanadyjczyk John Runnings, noszący przydomek „biegacza po murze”. Ten kanadyjski rencista przybył do Berlina Zachodniego wiedziony wewnętrzną potrzebą przemienienia muru w symbol pokoju, wolności i sprawiedliwości. Na początku swojego pobytu w mieście apelował do ludzi z całego świata, żeby przyjeżdżali do Berlina i… sikali na mur (International Pee-in). Akcja zakończyła się niepowodzeniem, mur stał dalej.

Runnings zdecydował się na zmianę metody walki, zaopatrzył się w wielki młot i drabinę. Balansował po wysokim na 3,60 m murze uderzając w niego młotem. Przypominam sobie scenę z telewizji – starszy, siwy mężczyzna w nienajlepszej kondycji fizycznej wali z całej siły wielkim młotem w „koronę” muru. W chwilę później enerdowscy wartownicy ściągają go za nogi na swój teren. Po sześciu tego typu akcjach mur stał dalej, a zniecierpliwione władze NRD wsadziły Runningsa na trzy miesiące do więzięnia. Następnie skazano go na 18 miesięcy w zawieszeniu i profilaktycznie przetransportowano do kanadyjskiej ojczyzny. Latem 1989 Runnings wrócił do Berlina i próbował dokończyć misję rozwalenia muru, tym razem za pomocą auta i skonstruowanego przez siebie czterometrowego pala (są one dzisiaj eksponatami w Muzeum Muru Checkpoint Charlie). Po upadku muru Runnings wrócił do Kanady, gdzie zmarł w 2004 r.

Nasza trasa biegnie dalej wzdłuż pól, mijamy Aleję Wiśni, prezent stacji telewizyjnej TV Asahi Group. Z okazji upadku muru stacja zorganizowała wśród widzów w Japonii zbiórkę pieniędzy na upiększenie pasa granicznego aleją wiśni. Za zebrany milion euro zasadzono w Berlinie i Brandenburgii około 10.000 ozdobnych wiśni, z których tysiąc stoi przy Alei Wiśni na terenie Teltow-Siegridshorst. Patrzę na równo posadzone drzewa i próbuję wyobrazić sobie, jak pięknie wyglądają pod koniec kwietnia, na początku maja. Wtedy zakwitają, a miasto Teltow organizuje w tym miejscu od kilku lat Festyn Kwitnących Wiśni – Hanami Fest.

Nasza trasa dobiega końca, zbliżamy się do Lichterfelde. W miejscu, w którym teraz pasą się konie, znajdował się plac ćwiczeń armii amerykańskej – Parks Range, nazywane przez mieszkańców okolic „miastem duchów”. Ten opustoszały dzisiaj teren o łącznej powierzchni 70 hektarów służył stacjonującej w Berlinie Zachodnim armii amerykańskiej do ćwiczeń polowych. Tzw. Berlińska Brygada armii amerykańskiej pod dowództwem generała Parksa (stąd bierze się nazwa Parks Range) zarekwirowała ten teren po krwawo stłumionym powstaniu w Berlinie Wschodnim (17 czerwca 1953 r.)

Na terenie Parks Range powstała atrapa miasta (Doughboy City), w której amerykańscy żołnierze ćwiczyli walki w mieście. Atrapa składała się z drewnianych baraków z kościołem, ratuszem, podróbką stacji kolejki z autentycznym starym wagonem i wrakami aut na ulicach. Amerykańscy „Rambos” przeprowadzali ćwiczenia bojowe pod baczną obserwacją enerdowskich strażników

Drukowany w Berlinie Zachodnim plan miasta pokazywał w miejscu „Parks Range” białą plamę, plan drukowany w Berlinie Wschodnim zawierał dokładne detale terenu. Amerykanie do końca istnienia „Parks Range” ignorowali skargi mieszkańców Lichterfelde i Lichtenrade i wypróbowywali na tym terenie wszelkie rodzaje broni i czołgów. W roku 1994 wycofali się, a władze Berlina długo nie wiedziały, w jaki sposób zagospodarować to miejsce – niebawem powstanie tu największe osiedle mieszkaniowe w Berlinie.

Cdn.

 

Barataria 124. Don Chichot (Donkey Xot, Donkey Schott)

“Obiecał, że będę miał własną wyspę”

Osiołek Rucjo, którego dosiadał Sancho Pansa, z własnego punktu widzenia opowiada
o przygodach Don Chichota.

Film animowany.
Reżyseria: José Pozo
Scenariusz: Angel E. Pariente
Produkcja: Hiszpania & Włochy
premiera: 2007

To tak.

***
A to tak:

Jarosław Leszcz

6 stycznia 2008

recenzja kinowa Don Chichot (2007)

To, że Shrek wyznaczył zupełnie nowy poziom w animacji i podejściu do opowiadania historii, przypominają nam na każdym kroku jego epigoni. Od debiutu zielonego ogra minęło już prawie siedem lat, przez taki szmat czasu pomysły mogły się skończyć kontynuatorom serii, ale nie ich naśladowcom. Tu pomysł jest jeden i ten sam, ogrzać się w blasku orginału i zgarnąć trochę kasy.

Za Don Chichota odpowiada Jose Puzo, będący obecnie jednym z najbardziej hołubionych twórców animacji na półwyspie iberyjskim. Hiszpan specjalizuje się w adaptacjach literackich i przerabianiu ich na zabawne gry z tekstem i widzem. O ile jednak będący ekranizacją sztuki Pierre’a Corneille’a El Cid, legenda o mężnym rycerzu (notabene najdroższe dzieło w historii hiszpańskiej animacji) okazał się sukcesem, to gra z arcydziełem Miguela Cervantesa błyskotliwością ani świeżością nie grzeszy.

Don Kichot (głos: Artur Żmijewski) i jego giermek Sancho Pansa (głos: Krzysztof Globisz) nie żyją ze sobą w najlepszej komitywie. Ich napięte relacje odzwierciedlają się we wzajemnej postawie ich wiernych zwierząt, osła Rucia (głos: Borys Szyca) i konia Rosynanta (głos: Tomasz Kot). Cała skłócona czwórka wyrusza jednak na kolejną podróż, by pokonać Rycerza Srebrnego Księżyca, który wyzwał Don Kichota na pojedynek. Rzecz jednak w tym, że podszywających się pod to dumne imię jest wielu, z czego wynikną niejakie komplikacje.

Don Chichot operuje starą dobrą zasadą: dla każdego coś miłego. Dorośli mogą pobawić się w intertekstualne gierki, dzieci zaś dostaną garść dowcipów i zabawnych bohaterów. Rzecz jednak w tym, że zarówno dzieci jak i rodzice dostrzegą szybko, że robi się z nich osła. W końcu uczynienie narratorem żałosnej imitacji przesympatycznej postaci z Sherka jest już szczytem bezczelności. Ja rozumiem, że każdy chce zarobić, ale jak chce się to robić czyimiś kosztem, to trzeba jeszcze to umieć i znać umiar.

Na Don Chichocie dzieci będą się bawić nieporównanie lepiej niż na Szeptach i krzykach Bergmana. Jeżeli jednak macie do wyboru trochę nieświeże i zużyte dziełko Puzo i starego, ale jarego Ogra, nie wahajcie się ani przez moment. W końcu osioł osłu nie równy.


Ale co tam. Jak chcecie to oglądajcie, cały film TU. Jest i sprawa wyspy, nazwanej przez Cervantesa Baratarią czyli Oszukaństwem.

Traf chciał, że na moich włościach jest dokładnie taka wyspa otoczona wodą.
Wznieśmy toast za nowego pana na wyspie. Zdrowie dzielnego Sancho Pansy!

Ale tak naprawdę nie ma wyspy, a mapa jest oszukana.

i to już
KONIEC

odcinka, koniec marzeń o wyspie, koniec cyklu Barataria.

Zmora w Berlinie

Lech Milewski

Den kleinen, kleinen Tod, den stürb ich gerne,
Am Abend tot, beim Licht der ersten Sterne,….
Irene Forbes-Mosse

Trzy lata temu opublikowałem tu na blogu wpis o roboczym tytule Samotna śmierć Hansa Fallady – KLIK.
Wydawało mi się, że temat zakończony, ale nie – stare przyjaźnie nie umierają.
Na półce w bibliotece zauważyłem książkę tego autora – Nightmare in Berlin, niemiecki tytuł – Alpdruck, polski – Zmora.

We wspomnianym na początku wpisie pisałem, że ostatnia książka Fallady – Każdy umiera w samotności – czekała 60 lat na angielskie wydanie, które okazało się ogromnym sukcesem. Myślę, że na fali tego sukcesu wydano również Nightmare in Berlin, która według mnie znacznie ustępuje innym dziełom tego autora. Tym też tłumaczę brak tej książki w Polsce w czasach mojej młodości.

Przypomnę los Fallady podczas wojny – wojna pogorszyła sytuację pisarza. Powrócił do pisania dla dzieci. Sąsiedzi donieśli kilkakrotnie do władz o jego problemach z narkotykami, grozili również donosem o jego zaburzeniach psychicznych, co w III Rzeszy groziło dużym niebezpieczeństwem.
W rezultacie pogrążył się w pijaństwie, jego małżeństwo rozpadło się. Już po rozwodzie próbował zastrzelić byłą żonę, ale z łatwością go rozbroiła.
Policja skierowała Falladę do szpitala psychiatrycznego. Tutaj przypomniał mu się pomysł napisania powieści o wątku antysemickim i pod tym pozorem poprosił o dostarczenie mu racjonowanego wówczas papieru. Wynikiem była autobiograficzna powieść Pijak. Administracja szpitala nie zorientowała się i pod koniec 1944 roku pisarz opuścił szpital.

ulla_losh

Kilka miesięcy później ożenił się z dużo od siebie młodszą, zamożną wdową – Ullą Losch.

Oddaję głos autorowi: …siedziała przy stole otoczona męskim towarzystwem. Wstrząsnęła blond-truskawkowymi włosami i patrzyła uważnie na mówiącego. Wysmukła twarz i urocze krwiste usta. Wydawało ci się, że te usta na ciebie patrzą. A gdy przechyliła głowę do tyłu, jej śnieżnobiała szyja zdawała się tańczyć ze śmiechu. 
Boże jak ona potrafiła się śmiać. Boże, jak młoda ona była!

F. Fallada – Nightmare in Berlin

Akcja książki Nightmare in Berlin rozpoczyna się 26 kwietnia 1945 roku. Główni bohaterowie to dr Doll i jego młoda, zamożna żona – Alma.
Armia Czerwona jest u bram małego miasteczka, w którym mieszkają. Najbliżsi sąsiedzi dziwią się, że doktor jeszcze nie opuścił miasteczka, lada godzina wkroczą tu Rosjanie, młoda żona….
Alma odpowiada za męża: nigdzie się nie wyprowadzimy, przeciwnie, powitamy wyzwolicieli w drzwiach naszego domu!
Póki co, wsiada na rower i jedzie do apteki kupić lekarstwo dla męża. Za rogiem napotyka duży wojskowy samochód, SS-mani pomagają wsiadać młodym kobietom i dziewczynkom.
– Pospiesz się młoda damo – wołają do Almy – to już ostatni samochód wojskowy w mieście.
– To podobne do was łobuzy, zmykacie jak Rosjanie u bram. Objadaliście nas tutaj przez lata, a teraz jak robi się trudno, zadzieracie ogony i uciekacie.
Sytuacja rzeczywiście musi być poważna, bo starszy SS-man nie traci spokoju lecz ponagla: Nie pleć panno głupstw. Wsiadaj bo rosyjskie czołgi są już w mieście.
– Tym lepiej – odparowuje Alma – zaraz je spotkam i pozdrowię.

Przyznam, że gdy czytałem te słowa zrobiło mi się przykro.
To małe miasteczko to Carwitz koło Feldenburga w Meklemburgii. Mieszkała tam wtedy również pierwsza żona Hansa Fallady – Anna Ditzen.
Ona też nie wyjechała. Przezornie ukryła dobrze swoją i Hansa Fallady 12-letnią córkę Lore. Sama jednak padła ofiarą brutalnego gwałtu, po którym spędziła miesiąc w szpitalu.

Wracam do książki.
Wreszcie dochodzi do spotkania z wyzwolicielami. Dr Doll otwiera drzwi, podnosi lewą rekę na znak podrowienia, uśmiecha się, mówi tovaritch, wyciąga prawą dłoń na powitanie.
Po chwili wzniesiona w pozdrowieniu ręka opada, prawą dłoń wkłada do kieszeni, opuszcza wzrok. Trzej Rosjanie wymijają go i wchodzą do mieszkania, sprawdzają, a po chwili, bez słowa, wychodzą.

Dopiero po pewnym czasie dr Doll potrafi ocenić co się stało.
Zdaje sobie sprawę, że trzej Rosjanie mogli uważać go za złośliwe, godne pogardy stworzenie. Zdaje sobie sprawę, że słowo Niemiec brzmi obecnie jak obraza, że nikogo, ale to nikogo na świecie, nie interesuje, że przecież byli i może jeszcze są jacyś “dobrzy Niemcy”.

Zaglądam do biografii autora: …pod koniec kwietnia 1945 roku dowództwo Armii Czerwonej mianowało H. Falladę burmistrzem Feldenburgu.

Tymczasem książkowy dr Doll.
Radzieckie władze przydzielają go do grupy mężczyzn, którzy mają pilnować dużego stada krów. Mężczyzn jest chyba sześciu, miejscowi, dobrze się znają i traktują dr Dolla podejrzliwie. W rezultacie spędzają całe dni na pogawędkach, a dr Doll ugania się za krowami, które zawsze wejdą w szkodę, gdy zbliża się czas zagonienia ich do obór.
Alma Doll ma dużo więcej szczęścia. Jej praca to przenoszenie towarów ze składów SS do magazynów Armii Czerwonej. Istne bogactwo, radzieccy nadzorcy przymykają oczy na drobne kradzieże.
Przełomowy moment to dzień, w którym radzieccy żołnierze znajdują w ogrodzie domu państwa Doll mundur SS. Bardzo łatwo wychodzi na jaw, że to mundur męża sąsiadki. Przy tej okazji dr Doll chętnie współpracuje z władzami i otrzymuje propozycję wygłoszenia przemówienia z okazji święta zwycięstwa – zapewne 9 maja 1945.
Oczywistym następstwem jest przyznanie mu stanowiska burmistrza.

Bardzo trudna to funkcja.
Dr Doll wpada natychmiast w konflikt z praktycznie wszystkimi mieszkańcami miasteczka. Bardzo szybko stwierdza, że wszyscy, absolutnie wszyscy, w jakiś sposób współpracowali z nazistami, a teraz dołożą wszelkich starań, żeby oszukać radzieckich wyzwolicieli.
Ogarnia go złość, nie waha się demaskować krętaczy i oszustów. W rezultacie wszyscy mieszkańcy go nienawidzą, a wymierne skutki jego wysiłków są niewielkie.
Po dwóch miesiącach następuje załamanie nerwowe i ląduje w szpitalu.

To ostatnie zgadza się z biografią pisarza.

1 września 1945 roku państwo Doll opuszczają szpital i jadą do Berlina, gdzie dr Doll ma spore, dobrze wyposażone, mieszkanie.
Tutaj jednak spotyka ich zaskoczenie. Dwa tygodnie wcześniej wszystkie lokale mieszkalne znalazły się pod nadzorem miejscowych władz, a te zakwaterowały tam dodatkowych lokatorów.
Dr Doll musi sobie załatwić kwaterunek we własnym mieszkaniu. Przy okazji stwierdza, że kilku jego byłych sąsiadów wprowadziło się do jego mieszkania i zawłaszczyło sobie wiele użytecznych przedmiotów. Nic dziwnego, że traktują go bardzo nieżyczliwie.

Alma bardzo źle się czuje, wzywają lekarza. Ten zaleca leczenie w szpitalu, a póki co daje zastrzyk morfiny.
…w chwili wyjęcia igły dr Doll zobaczył jak jej twarz przybrała zrelaksowany, nieomal szczęśliwy, wyraz. Uśmiechnęła się, wyciągnęła na kanapie – Boże, jak dobrze – szepnęła i zamknęła oczy.
W pięć sekund zapomniała męża, ból, niewygody, głód. Zpomniała, że jest mężątką, że ma dziecko. Była absolutnie sama ze sobą w swoim własnym świecie. Lekki uśmiech błądził po jej twarzy i pozostał tam. Dr Doll obserwował jak lekko oddychała i zrozumiał, że sam akt oddychania sprawia jej przyjemność.

Po kilku godzinach Alma się budzi i czuje głód, nie chodzi o żywność.
Głód na tyle silny, że w środku nocy, nie zważając na godzinę policyjną, idzie do lekarza. Po niecałej godzinie wraca radosna – znalazła lekarza, dostała zastrzyk. Mało tego, od napotkanego patrolu dostała kilka papierosów. Nie, nie zapomniała o mężu – o, tu są pastylki, bardzo mocne, równie dobre jak morfina, ma je wziąć natychmiast.
– To nie jest w porządku, Doll chciał zaprotestować. To wszystko idzie w złym kierunku. Nie powinniśmy tego robić…

Ale nie powiedział nic. Nagle poczuł, że przygniata go ołowiany ciężar. Nie ma sensu…
Oczywiście wziął tabletki. Wtedy przypomniał sobie wierszyk wydrukowany na okładce opowiadań Ireny Forbes-Mosse: Mała śmierć, taką przyjąłbym chętnie, wieczorem umrzeć, przy świetle pierwszych gwiazd…
Autorka miała na pewno na myśli coś innego, ale Doll właśnie tak nazywał zwalenie z nóg przez narkotyki – mała śmierć. Kochał ją. Ostatnio rozmyślał wiele o jej wielkim bracie – Wielkiej Śmierci. Żył z nią, można powiedzieć za pan brat, przyzwyczaił się widzieć w niej ostatnią nadzieję, która na pewno go nie zawiedzie. Potrzebował tylko odrobiny determinacji. 
Odrobina determinacji, a dopóki jej nie zbierze, ma Małą Śmierć, sześć gramów. A gdy je połknie jest wolny od wszelkich refleksji i analiz – wolny, bo po prostu go nie ma.

Tu następuje kilkadziesiąt stron opisu niepowodzeń w każdym praktycznym działaniu i wiele małych śmierci przeplatanych pobytami w klinikach odwykowych.

Wreszcie dr Doll przypomina sobie swojego przedwojennego wydawcę i składa mu wizytę. Zostaje bardzo dobrze przyjęty. Wydawca wspomina, że ich wspólny dobry znajomy – Granzow – zajmuje obecnie wysokie stanowisko. I że pamięta Falladę, przepraszam – dr Dolla, że o niego pytał.

Po kilku dniach wahania dr Doll wraz z żoną odwiedzają Granzowa. Przyjęcie przechodzi wszelkie wyobrażenie. Granzow absolutnie każe mu wrócić do pisania.
Trudności bytowe – Granzow wręcza mu plik pieniędzy. Za kilka dni załatwi mu mieszkanie w rządowej willi, Tylko ma zacząć pisać. Pisać!

Służbowy samochód odwozi państwa Doll do domu…
Kochany, jestem tak szczęśliwa, że zaraz umrę! Pomyśleć, że ktoś chce nam pomóc! Chcę krzyczeć – krzyczeć z radości!
Paplała jak mała dziewczynka: a teraz musisz być dobry dla swojej małej Almy! Musisz ją ładnie pocałować. Długi, cudowny pocałunek. Teraz! Bo zacznę krzyczeć!
Ale szofer – oponował dr Doll.
– Szofer, staruszek – paplała – staruszek, nic nie widzi, tylko kieruje. Ty jesteś młody, ty pocałujesz zaraz małą Almę. Inaczej zacznę krzyczeć!
I tak Dollowie wymienili pocałunek, długi pocałunek, który zdawał się nie mieć końca.

(…)
Wie pan co, panie Granzow – powiedział szofer gdy wieczorem odwoził swojego szefa do domu. – Ten gość, wie pan, on już ma swoje lata. Ale panie Granzow, jeśli on pisze tak jak całuje, to ja chyba zacznę czytać książki.

Na ostatnich kartach książki dr Doll spaceruje ulicami Berlina i zauważa jak piękny jest świat. Zauważa, że w czasie, który on spędzał w niebycie, ludzie dookoła żyli, pracowali, odbudowywali. Że życie może jeszcze być piękne, że będzie piękne. Nawet dla Niemców.

Biografia H. Fallady podaje, że po wojnie zapiekował się nim Johannes Becher, późniejszy minister kultury NRD.

Czytając ostatnie, promieniejące optymizmem, strony Nightmare in Berlin, nie mogłem oprzeć się gorzkiej refleksji – czyż Fallada nie zauważa, że bohater jego książki jest beneficjentem korupcji, że jego postępowanie nie różni się wiele od postępowania jego rodaków w okresie władzy nazistów?

Wolę pozostać przy jego powieściach.

P.S. Wspominałem o książce pisanej w szpitalu psychiatrycznym – spróbowałem i tego wątku.
Poniżej fragment kopii rękopisu…

Dla czytelników znających język niemiecki odcyfrowanie powyższego będzie niewątpliwie miłą rozrywką 🙂

Dla ułatwienia wspomnę, że Fallada sporą część książki napisał pismem Sütterlina. Był to krój pisma wprowadzony w Cesarstwie Niemieckim w 1911 roku – KLIK – a 30 lat później, w 1941 roku, zakazany.
Na dodatek Hans Fallada miał do dyspozycji tylko 92 kartki papieru, 184 strony. Pisał bardzo drobnym pismem, najpierw opowiadania dla dzieci. Gdy zapisał ostatnią stronę, przewrócił rękopis “do góry nogami” i pisał między wierszami.
Administracja szpitala nie zadała sobie wysiłku aby sprawdzać co tam napisano.
Nie dziwię się.

A co napisano? Oprócz fragmentów książki Pijak, również wydanej dopiero w 2009 roku, książkę – Im meinem Fremden Land. Angielski tytuł – A Stranger in my own Country.
Ze wstydem wyznam, że nie przeczytałem do końca tej książki. Za dużo rozpisywania się o wszelakich krzywdach doznanych ze strony postronnych osób. Krzywd, które w normalnych warunkach mogłyby być błache, ale gdy te osoby miały za sobą poparcie okrutnej i potężnej władzy, każda sprawa mogła skończyć się tragicznie.

Żeby jakoś wynagrodzić zadany czytelnikom trud, mam następującą propozycję: proszę odwiedzić Muzeum Hansa Fallady w Carwitz – KLIK.
Pojezierze Meklemburskie – spojrzałem na mapę, jakież to piękne okolice, a jakie nazwy miejscowości: Strelitz, Neustrelitz, Krakow am See – odwiedźcie i napiszcie!

Urlaubsbriefe / Listy z wakacji

Moin allerseits!

Was erwarten wir, zwei brave Helgoland-Reisende denn wohl, wenn wir zum x-ten Mal auf das sturmumtoste Eiland fahren?

Richtig: Eine Felskante, prall gefüllt mit Basstölpeln (Bilder 01 und 02), Trottellummen (Bild 03 – in der Bildmitte zwei Küken kurz vorm Lummensprung) und Möwen, die im Juni gefälligst mit ihrer Brut für Lärm sorgen.

Und jeder geneigte 7-Tage-Helgoländer weiß: Die viel bewunderten Sonnenuntergänge (Bilder 04 und 05) sind auch nicht zu verachten.

Ein glückliches Zusammentreffen ist es natürlich, wenn (Möwen-)Küken und Sonnenuntergang in einem Augenblick vereint sind (Bild 06).

Mit diesen sechs heftigst komprimierten Helgoland-Happen grüßen gewohnt fröhlich vom unerwartet warmen bis heißen Roten Felsen

Dagmar und Dieter

Hallo Wam Wszystkim!

Czego oczekuje człowiek, który po raz tysiąc siedemnasty udał się na wakacje na owianą wiatrami wyspę Helgoland?

O tak: spodziewamy się skalnej krawędzi, pełnej głuptaków (zdjęcia 01 i 02), nurzyków (zdjęcie 03 – pośrodku wylęgają się właśnie dwa pisklaki) i mew, które w czerwcu posiadają już potomstwo i dbają o odpowiednio hałaśliwą oprawę muzyczną.

Spodziewamy się też słynnych zachodów słońca (zdjęcia 04 i 05), które doprawdy są nie do pogardzenia.

Czasem szczęśliwy traf może zdarzyć, że trafi nam się i pisklę (mewy) i zachód słońca jednocześnie (zdjęcie 06).

Tak oto w sześciu skondensowanych kąskach przedstawiamy Wam Helgoland, przesyłając nadzwyczaj gorące życzenia z Czerwonej Skały.

Dagmar i Dieter