Koty

Koty otaczają mnie ze wszystkich stron. Znajduję je, ludzie mi przysyłają… Jest ich tyle, że nie nadążam z przygotowywaniem jakichś sensownych wpisów na temat. Dziś więc wstawiam je tu hurtem, podzieliwszy uprzednio na kilka (nielogicznych) kategorii.

Koty w sztuce. Picasso 1954.

Japonia (nadesłane przez syna)

To zresztą też jest sztuka. Koty na stadionie.

Granica między sztuką a badziewiem bywa płynna. W międzyczasie wszyscy to już zapewne wiemy – koty z podniesioną do góry łapką przynoszą szczęście. Czasem nawet tą łapką machają – te jednak nie.

Kawiarnie dla kotów. Są na całym świecie coraz popularniejsze. W Japonii są też kawiarnie, gdzie można pogłaskać sowy i jeże. W Berlinie znam knajpkę z papugami. Nie dają się głaskać i strasznie wrzeszczą.

Nie podskakuj.

I najdziwniejsza rzecz, o jakiej w życiu słyszałam. Automaty z czapkami dla kotów. Nie mogę się nadziwić. Jakie może być w normalnych warunkach, w codziennym japońskim życiu zapotrzebowanie na czapki dla kotów, że opłaca się wyprodukować lub przystosować automaty, mające tę potrzebę zaspokoić???!!! (Po zastanowieniu myślę, że to jest całkiem na odwrót – nie ma żadnego zapotrzebowania na czapki dla kotów, a automaty mają je wygenerować).

Szczecin

W hoteliku Elka-Sen (uwaga reklama! mały, skromniutki, tani, świetny hotelik w samym centrum miasta!!!) w recepcji wiszą zdjęcia aktorów. Marylin Monroe wciąż jeszcze przyciska do kolan swą najsłynniejszą białą sukienkę, a Marlon Brando trzyma na ręku kota. To plakat filmu Ojciec chrzestny – nie pamiętam, czy stary Corleone naprawdę miał w filmie kota, ale chętnie się zgodzę.

W sieci

Prawda życiowa dla pracujących.

Koszulki i skarpetki z serii Happy socks (to chyba też reklama – nie wiem, ale na pewno product placement)

 

Jeszcze jedna mądrość życiowa. Jest ich w internecie zatrzęsienie.

Berlin (z polskimi aluzjami?)

Jaruzelski?

To na spacerze. A po spacerze w sklepie też koty. To wino dla polskich miłośników kotów i wina. Bo ci Francuzi już wiedzą, że ich wybrzeże czyli cote to jednak po polsku kote(k) lub (z) kote(m) 🙂

W moim ogrodzie

Teresa Rudolf

Harmonia…

Spojrzenie czyjeś, radosne, ciepłe,
leciutki poranny powiew wiatru,
kot spoglądający przez okno,
śmiech szczęśliwy dziecka.

Kolorowy motyl, a wokół
tak zielono, aż mi zielono
w głowie, aż mi kolorowo,
a w brzuchu też motyle.

Zakochanie w tym, co wokół,
co bezinteresownie dane,
nie pyta o nic, po prostu jest
dla nas, pachnie samym życiem.

Myśl radosna o bliskich,
oby było im przepięknie,
i nie było żadnych czarownic,
z szczególnym talentem
do zła.

A świtem… kocham Cię, życie..

Świtem zaczynają się czary,
już ptaki szaleją śpiewając
na chwałę dnia, bawiąc się
w chowanego ze słońcem.

Unosi się dym “papierosowy”
mgły porannej, takiej maseczki
upiększającej każdą zmarszczkę
życia, nie zawsze doskonałego.

Wszystkie panny kwiatowe
zaczynają się stroić, na wystawę
ogrodowo-wiosenno-letnią?
Oprawa artystyczna będzie dziś:

na zielono…
na czerwono…
na niebesko…
na… pięknie…

Stonka

Drąży, natychmiast zżera
wszystko, bo gdy pojawi się,
znów wszystko jest inaczej,
jakże znamy to od lat…

Drąży opluwając znów każde
słowo powstałe, by mogło
przejść do Ciebie, podane
z nadzieją wyciagniętej ręki…

Słowo, owoc już dojrzały,
do wspólnego pokrojenia,
smakując słodko-kwaśno,
kiedy wspólnie kosztujemy.

Słowo, owoc dojrzewający
latami, spada znów prosto
na me serce i głowę, chce się
dzielić, tym niepodzielonym.

Ale Ty? Chcesz jedynie tylko
tę “słodkość”, dając co kwaśne
znów mnie, wypuszczając
na nas wstrętne robactwo…

I niweczy ten robak wszystko,
drąży, odrywa się znów od
twego środka, maszerując do
mnie, nieświadomie, ślepo.

Drąży, drąży, zmieniając mą
intencję, czyny, maszeruje
po twojej ręce na moją,
ciągle otwartą do Ciebie.

Drąży swe rowki pracowicie
na mej dłoni, zamykającej
się znów, jakby był już tylko
mój, bo usunęłaś swą sprytnie…

I już jej nie chcę i wypuszczam
na wolność Robaka Nieporozumień,
nie dam mu nigdy już drążyć, by
mnie natrętnie pytał, czy była to
przyjaźń…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Eva

Krystyna Koziewicz

Piękne chwile

Tytuł nawiązuje do tekstu piosenki zespołu Dżem w wykonaniu Ryszarda Riedera „W życiu piękne są tylko chwile”. Nie ma człowieka, który by nigdy nie przeżył jakiejś szczęśliwej chwili. Zdarza się, że trafiają się fajne momenty, które zostają zapamiętane na długo w pamięci, jak w przypadku, który tu opiszę.

Otóż, jadąc berlińskim metrem, często można zaobserwować ciekawe widoki, ale dużo jest też ludzi w milczeniu siedzących obok siebie, jakby byli nieobecni, czytają prasę, książkę czy buszują w smarfonie, są niby obok, ale naprawdę gdzie indziej. Z reguły nikt na nikogo specjalnie nie zwraca uwagi, chyba że trafi się jakaś nadzwyczajna grupka, która ożywi jadących podróżnych kolebiących się wśród stukotu kół wagonu. Właśnie Ewie i mnie wydarzyło się coś naprawdę wyjątkowego, wręcz magicznego.

Była wiosenna niedziela, wieczór. Wracałyśmy metrem do domu, po prawdzie – dość zmęczone. Na jednej ze stacji wsiadła gwarna grupka młodych ludzi. Po wyglądzie sądzić można było, że nie byli to Europejczycy, co też wkrótce się potwierdziło. Zauważyłam u jednego z chłopców żołnierską czapkę z gwiazdą sowiecką i powiedziałam to Ewie, a Ewa odpowiedziała, aaa, jak Che Guevara. Rozmawiałyśmy półgłosem i po polsku, ale chłopak usłyszał słowo Che Guevara, ucieszył się i natychmiast do nas zagadał po angielsku.


Zgromadziło się koło nas trzech chłopaków – czarnoskóry, śniady (ten w berecie Che Guevary) i różowoskóry blondyn. Powiedzieli, że są z Brazylii. Ewa powiedziała, że są we trzech piękną trzykolorową Brazylią, a oni się roześmieli i odparli, że jest ich tu więcej. Rozejrzałyśmy się i rzeczywiście – zobaczyłyśmy dużą wesołą i rozhasaną gromadkę dziewczyn i chłopców. Powiedzieli nam, że są aktorami i muzykami. Przyjechali na wakacje do Europy. Entuzjastycznie opowiadali o kolejnych miastach – byli już w Madrycie, Lizbonie i Paryżu, a teraz przyjechali do Berlina, wszędzie im się podobało, wszystko zasługiwało na pełne zachwytu „ochy i achy”. Z Berlina będą już wracali do domu, bo nie mają więcej pieniędzy. Ewa zapytała, czy nie pojadą do Polski, a oni zgodnym chórem wykrzyknęli dwa słowa: Varsowia i Walesa. Ciekawe, co by młodym Brazylijczykom odpowiedzieli ci Polacy, którzy dzisiaj opluwają Wałęsę?


Przez chwilę Ewa i ja, dwie starsze panie, stałyśmy się częścią grupy. Radość, śmiech i wzajemne przekrzykiwanie trwało wprawdzie krótko, ale intensywnie. Chłopcy zapytali Ewę, jak ma na imię, a gdy odpowiedziała, z zachwytem zaśpiewali chóralnie jakąś brazylijską piosenkę o Ewie. Okazało się, że to jedna z najbardziej popularnych posenek w Brazylii. Ewa, zachwycona, zapytała, czy nie znają jakiejś piosenki o Krystynie, a grupa zaimprowizowała coś na moją cześć. „Che Guevara” zaczął pytać innych pasażerów, jak mają na imię, po czym Brazylijczycy zupełnie składnym chórem śpiewali im jakieś wariacje piosenki o Ewie.

Ależ to byli bystrzy, weseli i inteligentni młodzi ludzie! Dawno nie doznałam czegoś tak niebywałego.

Wszyscy świetnie się bawili, atmosfera w wagonie zrobiła się wyjątkowa. Wysiadających głośno żegnano. Przyznaję, że był to moment pełnego szczęścia – poczucia prawdziwej ludzkiej wspólnoty bez względu na wiek, płeć, narodowość czy kolor skóry. Było to szczęście, którym długo się delektowałam.
Tak sobie myślę, że trzeba czerpać z życia krótkie pozytywne przeżycia, wchodząc w ciekawe interakcje z ludźmi, okazując im przyjazne gesty sympatii, dające człowiekowi radość z najmniej oczekiwanej strony.

Hasta pronto Brasil!

Udało mi się ukradkiem zrobić dwa zdjęcia, ale nie nagrałam ich piosenek. Szkoda, ale Ewa znalazła Evę na youtubie w wykonaniu Ivete Sangalo, największej współczesnej piosenkarki brazylijskiej.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 6

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Przez las i przez pola. Na polach horyzont, ku któremu wzrok sięga, rzecz jasna – znacznie szerszy. Toteż już z daleka to dostrzegam. Bo i nie sposób tego nie dostrzec. Żółty zamek. Kanarkowo-cytrynowa poświata bije, jak mówią, po oczach.
Janowiec jest rośliną dosyć pospolitą. Przynajmniej w moich stronach rodzinno-bytowych. Jednak zazwyczaj spotyka się go w postaci rozproszonych, niewielkich krzewów. Takiego nagromadzenia jak tutaj nie spotkałem jeszcze nigdy. Ale może za krótko żyję?
Zdjęcie nie oddaje potęgi wału uformowanego z gęstych, wysokich zarośli, ani tym bardziej intensywności jego barw. Bo aparat, wiadomo, gówniany. Fotograf też nietęgi.


Pozostawiam rower na skraju polnej drogi i urzeczony brnę przez trawy, by z bliska przyjrzeć się zjawisku. Z każdym krokiem trans się nasila.

Że ulotne?
Że przeminie?
A mam wybór?
Nawet secundum nie datur
Że o tertium nie wspomnę
Ulotne
Przeminie
Wybieram
Wchodzę


I mknę dalej przez lasy-pola, zażenowany nieco tym, że znów odpuściłem sobie ścisłą
samokontrolę. Grafomania to trucizna. Szkodliwa nawet bardziej dla autora, niż dla
czytelnika.

Barataria 119. O bzach i poezji

Ewa Maria Slaska

Takie zdjęcie przysłane na messengera. A w nim warstwy znaczeń, aluzji, przypomnień.  Ale nie wszystkie widać od razu. Pierwsza, najprostsza – zasuszone wielopłatkowe kwiatki bzu, a w tekście – powracający motyw bzu

Dla A

When Lilacs Last in the Dooryard Bloom’d
By Walt Whitman

1
When lilacs last in the dooryard bloom’d,
And the great star early droop’d in the western sky in the night,
I mourn’d, and yet shall mourn with ever-returning spring.

Ever-returning spring, trinity sure to me you bring,
Lilac blooming perennial and drooping star in the west,
And thought of him I love.

2
O powerful western fallen star!
O shades of night—O moody, tearful night!
O great star disappear’d—O the black murk that hides the star!
O cruel hands that hold me powerless—O helpless soul of me!
O harsh surrounding cloud that will not free my soul.

3
In the dooryard fronting an old farm-house near the white-wash’d palings,
Stands the lilac-bush tall-growing with heart-shaped leaves of rich green,
With many a pointed blossom rising delicate, with the perfume strong I love,
With every leaf a miracle—and from this bush in the dooryard,
With delicate-color’d blossoms and heart-shaped leaves of rich green,
A sprig with its flower I break.

4
In the swamp in secluded recesses,
A shy and hidden bird is warbling a song.

Solitary the thrush,
The hermit withdrawn to himself, avoiding the settlements,
Sings by himself a song.

Song of the bleeding throat,
Death’s outlet song of life, (for well dear brother I know,
If thou wast not granted to sing thou would’st surely die.)

5
Over the breast of the spring, the land, amid cities,
Amid lanes and through old woods, where lately the violets peep’d from the ground, spotting the gray debris,
Amid the grass in the fields each side of the lanes, passing the endless grass,
Passing the yellow-spear’d wheat, every grain from its shroud in the dark-brown fields uprisen,
Passing the apple-tree blows of white and pink in the orchards,
Carrying a corpse to where it shall rest in the grave,
Night and day journeys a coffin.

6
Coffin that passes through lanes and streets,
Through day and night with the great cloud darkening the land,
With the pomp of the inloop’d flags with the cities draped in black,
With the show of the States themselves as of crape-veil’d women standing,
With processions long and winding and the flambeaus of the night,
With the countless torches lit, with the silent sea of faces and the unbared heads,
With the waiting depot, the arriving coffin, and the sombre faces,
With dirges through the night, with the thousand voices rising strong and solemn,
With all the mournful voices of the dirges pour’d around the coffin,
The dim-lit churches and the shuddering organs—where amid these you journey,
With the tolling tolling bells’ perpetual clang,
Here, coffin that slowly passes,
I give you my sprig of lilac.

7
(Nor for you, for one alone,
Blossoms and branches green to coffins all I bring,
For fresh as the morning, thus would I chant a song for you O sane and sacred death.

All over bouquets of roses,
O death, I cover you over with roses and early lilies,
But mostly and now the lilac that blooms the first,
Copious I break, I break the sprigs from the bushes,
With loaded arms I come, pouring for you,
For you and the coffins all of you O death.)

8
O western orb sailing the heaven,
Now I know what you must have meant as a month since I walk’d,
As I walk’d in silence the transparent shadowy night,
As I saw you had something to tell as you bent to me night after night,
As you droop’d from the sky low down as if to my side, (while the other stars all look’d on,)
As we wander’d together the solemn night, (for something I know not what kept me from sleep,)
As the night advanced, and I saw on the rim of the west how full you were of woe,
As I stood on the rising ground in the breeze in the cool transparent night,
As I watch’d where you pass’d and was lost in the netherward black of the night,
As my soul in its trouble dissatisfied sank, as where you sad orb,
Concluded, dropt in the night, and was gone.

9
Sing on there in the swamp,
O singer bashful and tender, I hear your notes, I hear your call,
I hear, I come presently, I understand you,
But a moment I linger, for the lustrous star has detain’d me,
The star my departing comrade holds and detains me.

10
O how shall I warble myself for the dead one there I loved?
And how shall I deck my song for the large sweet soul that has gone?
And what shall my perfume be for the grave of him I love?

Sea-winds blown from east and west,
Blown from the Eastern sea and blown from the Western sea, till there on the prairies meeting,
These and with these and the breath of my chant,
I’ll perfume the grave of him I love.

11
O what shall I hang on the chamber walls?
And what shall the pictures be that I hang on the walls,
To adorn the burial-house of him I love?

Pictures of growing spring and farms and homes,
With the Fourth-month eve at sundown, and the gray smoke lucid and bright,
With floods of the yellow gold of the gorgeous, indolent, sinking sun, burning, expanding the air,
With the fresh sweet herbage under foot, and the pale green leaves of the trees prolific,
In the distance the flowing glaze, the breast of the river, with a wind-dapple here and there,
With ranging hills on the banks, with many a line against the sky, and shadows,
And the city at hand with dwellings so dense, and stacks of chimneys,
And all the scenes of life and the workshops, and the workmen homeward returning.

12
Lo, body and soul—this land,
My own Manhattan with spires, and the sparkling and hurrying tides, and the ships,
The varied and ample land, the South and the North in the light, Ohio’s shores and flashing Missouri,
And ever the far-spreading prairies cover’d with grass and corn.

Lo, the most excellent sun so calm and haughty,
The violet and purple morn with just-felt breezes,
The gentle soft-born measureless light,
The miracle spreading bathing all, the fulfill’d noon,
The coming eve delicious, the welcome night and the stars,
Over my cities shining all, enveloping man and land.

13
Sing on, sing on you gray-brown bird,
Sing from the swamps, the recesses, pour your chant from the bushes,
Limitless out of the dusk, out of the cedars and pines.

Sing on dearest brother, warble your reedy song,
Loud human song, with voice of uttermost woe.

O liquid and free and tender!
O wild and loose to my soul—O wondrous singer!
You only I hear—yet the star holds me, (but will soon depart,)
Yet the lilac with mastering odor holds me.

14
Now while I sat in the day and look’d forth,
In the close of the day with its light and the fields of spring, and the farmers preparing their crops,
In the large unconscious scenery of my land with its lakes and forests,
In the heavenly aerial beauty, (after the perturb’d winds and the storms,)
Under the arching heavens of the afternoon swift passing, and the voices of children and women,
The many-moving sea-tides, and I saw the ships how they sail’d,
And the summer approaching with richness, and the fields all busy with labor,
And the infinite separate houses, how they all went on, each with its meals and minutia of daily usages,
And the streets how their throbbings throbb’d, and the cities pent—lo, then and there,
Falling upon them all and among them all, enveloping me with the rest,
Appear’d the cloud, appear’d the long black trail,
And I knew death, its thought, and the sacred knowledge of death.

Then with the knowledge of death as walking one side of me,
And the thought of death close-walking the other side of me,
And I in the middle as with companions, and as holding the hands of companions,
I fled forth to the hiding receiving night that talks not,
Down to the shores of the water, the path by the swamp in the dimness,
To the solemn shadowy cedars and ghostly pines so still.

And the singer so shy to the rest receiv’d me,
The gray-brown bird I know receiv’d us comrades three,
And he sang the carol of death, and a verse for him I love.

From deep secluded recesses,
From the fragrant cedars and the ghostly pines so still,
Came the carol of the bird.

And the charm of the carol rapt me,
As I held as if by their hands my comrades in the night,
And the voice of my spirit tallied the song of the bird.

Come lovely and soothing death,
Undulate round the world, serenely arriving, arriving,
In the day, in the night, to all, to each,
Sooner or later delicate death.

Prais’d be the fathomless universe,
For life and joy, and for objects and knowledge curious,
And for love, sweet love—but praise! praise! praise!
For the sure-enwinding arms of cool-enfolding death.

Dark mother always gliding near with soft feet,
Have none chanted for thee a chant of fullest welcome?
Then I chant it for thee, I glorify thee above all,
I bring thee a song that when thou must indeed come, come unfalteringly.

Approach strong deliveress,
When it is so, when thou hast taken them I joyously sing the dead,
Lost in the loving floating ocean of thee,
Laved in the flood of thy bliss O death.

From me to thee glad serenades,
Dances for thee I propose saluting thee, adornments and feastings for thee,
And the sights of the open landscape and the high-spread sky are fitting,
And life and the fields, and the huge and thoughtful night.

The night in silence under many a star,
The ocean shore and the husky whispering wave whose voice I know,
And the soul turning to thee O vast and well-veil’d death,
And the body gratefully nestling close to thee.

Over the tree-tops I float thee a song,
Over the rising and sinking waves, over the myriad fields and the prairies wide,
Over the dense-pack’d cities all and the teeming wharves and ways,
I float this carol with joy, with joy to thee O death.

15
To the tally of my soul,
Loud and strong kept up the gray-brown bird,
With pure deliberate notes spreading filling the night.

Loud in the pines and cedars dim,
Clear in the freshness moist and the swamp-perfume,
And I with my comrades there in the night.

While my sight that was bound in my eyes unclosed,
As to long panoramas of visions.

And I saw askant the armies,
I saw as in noiseless dreams hundreds of battle-flags,
Borne through the smoke of the battles and pierc’d with missiles I saw them,
And carried hither and yon through the smoke, and torn and bloody,
And at last but a few shreds left on the staffs, (and all in silence,)
And the staffs all splinter’d and broken.

I saw battle-corpses, myriads of them,
And the white skeletons of young men, I saw them,
I saw the debris and debris of all the slain soldiers of the war,
But I saw they were not as was thought,
They themselves were fully at rest, they suffer’d not,
The living remain’d and suffer’d, the mother suffer’d,
And the wife and the child and the musing comrade suffer’d,
And the armies that remain’d suffer’d.

16
Passing the visions, passing the night,
Passing, unloosing the hold of my comrades’ hands,
Passing the song of the hermit bird and the tallying song of my soul,
Victorious song, death’s outlet song, yet varying ever-altering song,
As low and wailing, yet clear the notes, rising and falling, flooding the night,
Sadly sinking and fainting, as warning and warning, and yet again bursting with joy,
Covering the earth and filling the spread of the heaven,
As that powerful psalm in the night I heard from recesses,
Passing, I leave thee lilac with heart-shaped leaves,
I leave thee there in the door-yard, blooming, returning with spring.

I cease from my song for thee,
From my gaze on thee in the west, fronting the west, communing with thee,
O comrade lustrous with silver face in the night.

Yet each to keep and all, retrievements out of the night,
The song, the wondrous chant of the gray-brown bird,
And the tallying chant, the echo arous’d in my soul,
With the lustrous and drooping star with the countenance full of woe,
With the holders holding my hand nearing the call of the bird,
Comrades mine and I in the midst, and their memory ever to keep, for the dead I loved so well,
For the sweetest, wisest soul of all my days and lands—and this for his dear sake,
Lilac and star and bird twined with the chant of my soul,
There in the fragrant pines and the cedars dusk and dim.


Autora wiersza rozpoznaję jednak wcale nie po bzie, lecz po… słowie “kapitan”, które pojawi się w tytule następnego wiersza na tej samej stronie.

O Captain! My Captain

O Captain! my Captain! our fearful trip is done;
The ship has weather’d every rack, the prize we sought is won;
The port is near, the bells I hear, the people all exulting,
While follow eyes the steady keel, the vessel grim and daring:
But O heart! heart! heart!
O the bleeding drops of red,
Where on the deck my Captain lies,
Fallen cold and dead.

O Captain! my Captain! rise up and hear the bells;
Rise up—for you the flag is flung—for you the bugle trills;
For you bouquets and ribbon’d wreaths—for you the shores a-crowding;
For you they call, the swaying mass, their eager faces turning;
Here Captain! dear father!
This arm beneath your head;
It is some dream that on the deck,
You’ve fallen cold and dead.

My Captain does not answer, his lips are pale and still;
My father does not feel my arm, he has no pulse nor will;
The ship is anchor’d safe and sound, its voyage closed and done;
From fearful trip, the victor ship, comes in with object won;
Exult, O shores, and ring, O bells!
But I, with mournful tread,
Walk the deck my Captain lies,
Fallen cold and dead.

Oba wiersze są lamentem na cześć Abrahama Lincolna, zamordowanego 14 kwietnia 1865 roku, w porze kiedy kwitną bzy. Piszę do A, że podoba mi się słowo “kapitan”, ale nie piszę, że jest dla mnie ważne. Nawet nie wiem, czy on wie, dlaczego jest ważne – że to mój Ojciec, i że tak jak o Mamie wszyscy mówili Artist lub Artysta, tak o Ojcu – Kapitan lub Captain. O Captain! My Captain! A właśnie o nim pisałam…

W odpowiedzi dowiaduję się, że owszem, jestem uważną czytelniczką, a jakbym zauważyła coś jeszcze, to żebym dała znać. Nie zawracam sobie tym głowy. Takie sobie komplementy. Wszyscy, my, którzy zajmujemy się książkami, jesteśmy uważnymi ich czytelnikami. Zresztą, o czym tu pisać? Oczywiście zauważyłam zasuszone kwiatki bzu, oczywiście je pamiętam, bo miesiąc temu A pokazał mi je świeżo zerwane, być może w jednym z ogrodów na mojej wiecznie kwitnącej ulicy. Mamy tu kwiaty, które kwitną jeszcze w grudniu i takie, które już w grudniu zakwitają.

Dopiero po kilku godzinach pojawią się następne skojarzenia. Walt Whitman! Wiersze po angielsku! Oczywiście!

15 kwietnia. Wczoraj A, który zebrał i zasuszył fioletowe kwiatki i włożył je do zielonej książki, tam, gdzie Whitman pisze o bzie, miał urodziny. Nie było mnie jednak.
15 kwietnia zostanę więc zaproszona na ciasto urodzinowe, upieczone przez solenizanta. Prezent dałam mu już przed wyjazdem – wiersze Lorki w tłumaczeniu Mamy, zakupione przez moją siostrę i sprowadzone w skomplikowany sposób z Gdańska do Berlina. Ale jednak jak się idzie na urodziny, to nie można iść z pustymi rękoma. Rozglądam się po mieszkaniu
i widzę zieloną książkę. Nie powinno jej tu być, ale jest. Nie została odłożona na półkę przez kolegę, który wczoraj dokonał dorocznego i dogłębnego odkurzania książek. Whitman nie wrócił tam, skąd się pojawił – na półkę, gdzie stoją książki po angielsku ze zbiorów Mamy. I już nie wróci, bo zabieram go zamiast prezentu. Lorca Mamy, Whitman Mamy, kwiatki bzu. Nawet śmierć obecna w obu wierszach Whitmana towarzyszyła nam, żywym, tego dnia, bo po herbacie i cieście z lodami poszliśmy na cmentarz, na grób zmarłego przed miesiącem kolegi dziennikarza.


A gdy już to wszystko napiszę, to nagle dojrzę misterną, baratarystyczną sieć pułapek, jaką na mnie zarzucił A. Bo tego dnia rano (jest 21 maja), przy dzbanku herbaty na balkonie, rozmawiamy o Don Kichocie. Już jakiś czas temu A zapytał mnie, dlaczego właściwie tak mnie interesuje Don Kichot? Odpowiedziałam wtedy, że nie wiem, że tak się zdarzyło i że jest to zapewne zasłużona kara za to, iż przez wiele lat nie lubiłam tej książki i nie chciało mi się jej czytać. Teraz wracam do tego pytania i mówię, że lubię rozmyślać o wędrówkach motywów w kulturze – w końcu jestem archeolożką i etnolożką, a to zawody, które tym się zajmują. A poza tym lubię, jak rzeczywistość przeplata się z kulturą – lubię usłyszeć w autobusie, od przypadkowo siedzącego obok mnie pasażera, odpowiedź na pytanie, które zadał sobie i mnie bohater czytanej wczoraj powieści.

Tym razem, rzecz się jeszcze komplikuje, bo tę powieść, po raz kolejny oczywiście, czytał A. I wieczorem przysłał mi nie tylko wiersz Whitmana, ale i tę karteczkę. Właśnie skończył lekturę.
– Po cóż iść za tropem tego, co się już skończyło?
– Bo tak, odpowiedział mi dziś żebrak w metrze.

Berlin, 22 maja 2019

PS 1. znaleziony tego dnia na FB u Danusi:

Ponieważ “To był maj / pachniała Saska Kępa / szalonym, zielonym bzem”… ponieważ 175 lat temu, 22 maja, urodziła się Mary Cassatt, amerykańska malarka i graficzka tworząca we Francji, impresjonistka, autorka wielu obrazów inspirowanych prozą Henry’ego Jamesa… “Lilacs in a Window” (Bez w oknie), 1879 r., Metropolitan Museum of Art (The Met), Nowy Jork:

PS 2. Pisałam ten wpis przez kilka tygodni. W międzyczasie, 31 maja, minęła dwusetna rocznica urodzin poety. Z tej okazji różne instytucje przypominają jego wiersze. Np berliński festiwal poezji, który 19 czerwca zaprasza do Kulturbrauerei na rozmowy o whitmanowskich źdźbłach trawy. Wszystko się łączy ze wszystkim.

Und es ist gut so!

Kicia kocia dawniej i dziś

Dawniej…

Franz Marc (*1880; † Verdun, 4 marca 1916), Koty na czerwonej tkaninie, 1910

Miron Białoszewski (1922 – 1983)

Kabaret Kici Koci (KKK)

KKK to piosenki, monologi i skecze rozpisane na głosy pięciu osób, zapisujące polską codzienność początku lat 80, są to więc też zapiski stanu wojennego

Poeta w czasie reanimacji pisze tango dla Kici
Koci zamówione przez nią pilnie o 3 dni wstecz
w nastroju balowym

W mym półgrobie
Piszę Tobie
Zamówione tango

Póki żyłem
Nie zdążyłem
Teraz za to mam go

Canto:
Nie bój się nic
Bo życie nic nie znaczy
Bo śmierć jak rydz
Zdrowa dla umieraczy
Już Hamlet-fryc
Myślał, że przeinaczy
(tańczyć z przegięciem)
Nie wyszło mu
Nic a nic
Z tym jego
Byc albo nie byc

Kicia Kocia
odpisuje poecie na reanimację                  Arnaud d’Hauterives  (1933 – 2018)
dedykację

(oberek-mazurek)

Od zawały
Do zawału
Raz na prędko
Raz pomału.
Najważniejsze:
W te odstępy
Poupychać
Kręty-węty
I tak człowiek
Będzie święty,
Kiedy zejdzie
stąd

Dorota Nowakowska jako Kicia Kocia; Kabaret Kici Koci, 16 kwietnia 1988, Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza (Warszawa). Fot. Zygmunt Rytka / Wiersz: Miron Białoszewski, Obmapywanie Europy. AAAmeryka. Ostatnie wiersze, 1988

Miron Białoszewski
Wybuch stanu
cykl: Kabaret Kici Koci; tomik: Oho

BŁOGOSŁAWIONA SIWULA Z WISZNU WOLI oraz STRESA (wpadają
do mieszkania KICI KOCI i SYBILLI GROCHOWA, krzyczą)
Stan wojenny!
KICIA KOCIA z SYBILLĄ GROCHOWA
Wojna?
z kim?
STRESA
nie z kim
BŁ. SIWULA
stan wojenny!
KICIA KOCIA
co za stan?
STRESA
w Polsce zawsze były trzy stany: przedwojenny, wojenny
i powojenny
SYBILLA GR.
teraz jest ten środkowy
KICIA KOCIA
rozumiem
BŁ. SIWULA
módlmy się do wszystkich bóstw o małe nic złego
(padają rzędem we cztery, głowy do podłogi, antygłowy wypięte)
BŁ. SIWULA
nic złego
i w tył:
ogełz cin
i w przód:
nic złego
WSZYSTKIE
i w tył:
ogełz cin
BŁ. SIWULA (antygłowa w dół, głowa w górę)
chyba że zaprotestujemy
WSZYSTKIE (odstają od podłogi)
BŁ. SIWULA
stanem pokoju
STRESA
wewnętrznego
KICIA KOCIA
zewnętrznego
SYBILLA GR.
powróżmy, którego
(sunie do okna)
wiecie, co weszło na drogi?
KICIA KOCIA, STRESA
czołgi?
BŁ. SIWULA
kryj się!
(padają głowami do podłogi, antygłowy wypięte)
CHÓREM
kryj się! nie daj się!
kryj się! nie daj się!

***
Dawniej ciachali głowy.
Teraz przyszła kolej na słowa.
Biorą — wronę — okonia — prom
i obciachowują końcówkowatości
WRON OKON PRON
Omyłki o literę…
Srom w niebezpieczeństwie!
Znormalizują erotykę.
Ostatnią przyjemnostkę narodową.
Prują suki w sukach syny
suwysuk na nasze wyłaniania
przepytujemy się z pałek użycia do bicia
O, Jezu! użyli gazu… — im o to żeby załzawić?
— e, o to żeby śmierdziało

Wiersze bez tytułu drukowane w „Kulturze Niezależnej” nr 63/1990

Dziś:

1/ Klubokawiarnia Kicia Kocia

A gdzie są koty? Czy koty jeszcze śpią? Mruczki poszły na spacer? Czy można przynieść jedzenie dla kotów? Czy dodzwoniłam (-em) się do kociej kawiarni?
To najczęstsze pytania, na które ostatnio odpowiadamy.
Nam one w ogóle nie przeszkadzają, ale widząc rozczarowane miny i słysząc zawiedzione głosy, czujemy się w obowiązku uprzejmie przypomnieć, że nie jesteśmy kocią kawiarnią, choć czasami bywają u nas te zwierzaki i zawsze są mile widziane.
Nasz lokal jest dedykowany wybitnemu poecie, Mironowi Białoszewskiemu, który bywał na Grochowie i unieśmiertelnił okolicę w swojej twórczości.
W kamienicy przy ul. Grochowskiej koło placu Szembeka rozgrywa się wiele scen napisanego przezeń „Kabaretu Kici Koci”. Pierwowzorem tytułowej bohaterki jest pani Halina Oberlaender, muza i przyjaciółka autora. To właśnie w jej rodzinnym mieszkaniu rozgrywa się akcja wspomnianego utworu. Próbujemy upowszechniać wiedzę o tym, że Grochów zapisał się w dziejach literatury polskiej i dlatego zatytułowaliśmy naszą klubokawiarnię Kicia Kocia. Jesteśmy dumni z tego dziedzictwa.
Pani Kicia Kocia bywała u nas. Odwiedzała pierwszą, nieistniejącą już siedzibę klubokawiarni przy ul. Garibaldiego. Po raz pierwszy wstąpiła z niezapowiedzianą wizytą latem 2013 roku. Pokrzepiła się oranżadą grochowską i opowiadała o przyjaźni z Mironem. Niezwykłe spotkanie utrwaliła na fotografii Maja Hałabuda.

***
Kicię Kocię założył Cezary Polak, dziennikarz, varsavianista, animator kultury i aktywista miejski.

2/ Kicia Kocia. Książeczki dla dzieci. Autorka: Anita Głowińska. Seria polecana rodzicom: Kicia Kocia wraz z przyjaciółmi Packiem, Adelką i Juliankiem uczy się, jak funkcjonować w świecie, poznaje jego zasady i reguły. Książeczki o Kici Koci są wyraziste i kolorowe. Przygody Kici uczą dzieci gotować, radzą, jak zachować się u lekarza, pozwalają poznać różne zawody, np. policjantów czy strażaków. Kicia ma braciszka, Kicia jeździ na rowerku, Kicia…

Czy autorka serii świadomie odwołuje się do Białoszewskiego? Nie wiem, wydaje mi się jednak, że nie jest to też bezczelny plagiat, tylko raczej nieświadome sięgnięcie po kocie imię do zasobów publicznej domeny współczesnej kultury codzienności. Białoszewska Kicia Kocia znaleziona pod postmodernistyczną mickiewiczowską strzechą. Gdyby było inaczej – autorka powiedziałaby to (chyba), odpowiadając na pytanie koleżanki-blogerki:

Bohaterką serii uczyniła Pani kotkę, co zdecydowało o wyborze kota na bohatera książeczek? Czy Kicia Kocia ma jakiś realny pierwowzór?

– Czasami mam wrażenie, że to nie ja, tylko Kicia Kocia zadecydowała, że stała się bohaterką książeczek. Koty są przecież wszechobecne! – na podwórku, w ogródku u babci, przy śmietnikach i… na kanapie. Ja miałam dwa koty. Pierwszy pojawił się, kiedy jeszcze studiowałam. Wspólnie z obecnym mężem uratowaliśmy czarnego dachowca z rąk energicznego trzylatka; drugiego wyciągnęliśmy kilka lat później spod kół naszego samochodu. Przyjaźń i codzienne obcowanie z kotami było dla mnie niezwykłym doświadczeniem (w dzieciństwie miałam psa). Obecność miauczącego indywidualisty nie tylko zreformowała moje wyobrażenia na temat kociego charakteru, ale – przede wszystkim – nauczyła mnie cierpliwości w poszukiwaniu wspólnego języka z ludźmi!

Kicia Kocia powstała, kiedy nasze zwierzaki były już w kocim niebie, ja zaś byłam absolutnie szczęśliwą mamą. I patrząc na moje dzieci – córkę i synka – trudno mi się oprzeć wrażeniu, że ich zabawy, spryt, indywidualizm i potrzeba czułości – są już mi znane… Dlatego nie potrafię określić, kto tak naprawdę jest pierwowzorem Kici Koci – prawdziwe koty, czy te kociaki, z którymi oboje z mężem uwielbiamy chichotać po pracy.

Awangarda jidisz. Łódź i Wrocław / wystawa, konferencja, projekt badawczy

Ekspresje wolności

Latem 2019 roku odnotować trzeba kilka ważnych wydarzeń kulturalno-naukowych nt. historii awangardy jidisz w Polsce.

Od 1 do 7 czerwca 2019 roku w Synagodze pod Białym Bocianem we Wrocławiu odbywa się
21. Festiwal Kultury Żydowskiej SIMCHA
połączony z koncertami i prezentacjami książek
Więcej… i więcej…

W ramach festiwalu 6.06.2019 będzie miało miejsce spotkanie uczestników
projektu badawczego, wspieranego przez Narodowy Fundusz Rozwoju Humanistyki, „Łódzka awangarda jidisz”
pod kierunkiem prof. Krystyny Radziszewskiej.
Oprócz jidyszystów i literaturoznawców w spotkaniu udział biorą dwie historyczki sztuki – dr Irmina Gadowska i dr Lidia Głuchowska.

Wystawa

W dniach 12-13.06.2019 w Muzeum Miejskim w Łodzi odbędzie się wernisaż wystawy
Ekspresje wolności. Bunt i Jung Idisz. Wystawa, której nie było…
z prezentująca prace działających w okresie międzywojennym w Poznaniu, Łodzi i Berlinie grup “Bunt” i “Jung Idisz”. Na wystawie pokazane zostaną m.in. dzieła artystów “Buntu” pochodzące z donacji profesora St. Karola Kubickiego, o której tu na blogu obszernie pisaliśmy.
Wystawie towarzyszy międzynarodowa konferencja naukowa. Z tej okazji ukażą się tłumaczenia czasopisma Jung Idisz na język polski i angielski oraz
publikacja towarzysząca.
Wystawa potrwa do października.

Podczas wystawy zaprezentowane też zostaną prace współczesnych twórców z Poznania, Łodzi i Izrael, stanowiące hommage dla artystów klasycznej awangardy.

Dr Lidia Głuchowska pisze:

Na wystawie prezentowane będą m.in. prace artystów z poznańskiej grupy Bunt i łódzkiej Jung Idysz (Yung Yiddish), pochodzące z byłej kolekcji Margarete i Stanisława Kubickich.
Oba ugrupowania współpracowały ze sobą nie tylko w Polsce, planując w 1919 r. wystawę,
która nie dosyła do skutku (skąd tytuł obecnej ekspozycji), lecz także na terenie Niemiec – w Berlinie i Nadrenii.
Jankiel Adler, Pola Lindenfeldówna i prawdopodobnie Artur Nacht-Samborski mieszkali
nawet przejściowo w atelier Kubickich w Berlinie. W domu polsko-niemieckich artystów czasy wojny przetrwały m.in. prezentowane prace
Głowa kobiety, autorstwa Lindenfeldówny (ok. 1922)


i grupa prac Adlera

z których jedna dedykowana jest Kubickim, a także wykonany przez niego portret Kubickiej.

Kubiccy, Adler, Lindenfeldówna, Marek Szwarc i Henryk Berlewi spotkali się w 1922 roku na Kongresie Międzynarodowej Unii Artystów Postępowych w Düsseldorfie.
Kolejnym wspólnym przedsięwzięciem artystów z tej grupy była Międzynarodowa Wystawa Artystów Rewolucyjnych w Berlinie. Zaproszenie na tę wystawę zdobił linoryt Kubickiego Samotnik.


Wspólnie ich prace prezentowane były m.in. w sali Awangarda na wystawie My, berlińczycy. Historia polsko-niemieckiego sąsiedztwa (Berlin, 2009, kuratorka: Lidia Głuchowska)

Więcej na ten temat w moim wystąpieniu na konferencji towarzyszącej otwarciu wystawy
oraz w planowanej publikacji.

Prezentowane prace pochodzą z dawnej kolekcji Margarete i Stanisława Kubickich.
Fot. 3 – Anna Kraśko / Fot. 1, 2, 4, 5 – Lidia Głuchowska

Konferencja

Grupa Jung Idysz i żydowska awangarda artystyczna w dwudziestoleciu międzywojennym. Idee – postawy – relacje.
Konferencja organizowana przez Muzeum Miasta Łodzi, Polski Instytut Studiów nad Sztuką Świata, Instytut Historii Sztuki Uniwersytetu Łódzkiego oraz Zakład Niemcoznawstwa w Instytucie Filologii Germańskiej Uniwersytetu Łódzkiego
Łódź, 12-13 czerwca 2019 roku.

Muzeum Miasta Łodzi, ul. Ogrodowa 15

PROGRAM
ŚRODA 12.06
Otwarcie konferencji
10.00-10.15 – Barbara Kurowska, Adam Klimczak – oficjalne otwarcie konferencji
10.15-10.45 – prof. Jerzy Malinowski, dr Małgorzata Geron,
Badania żydowskiej awangardy artystycznej w Polsce. Historia – perspektywy – najnowsze publikacje
10.45-11.15 – dr hab. Eleonora Jedlińska, Uniwersytet Łódzki,
Grupa Jung Idysz i tradycja ekspresjonizmu – malarstwo amerykańskiej sztuki figuratywnej w XX wieku
11.15-11.45 – dr hab. Artur Kamczycki, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu,
Kilka refleksji nad sztuką Jankiela Adlera
11.45-12.20 – dyskusja i przerwa
Panel I
12.20-12.40 – dr Renata Piątkowska, Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN /
Polski Instytut Studiów nad Sztuką Świata,
Sztuka narodowa czy sztuka narodu?
Wystawy artystów z kręgu awangardy w Żydowskim Towarzystwie Krzewienia Sztuk Pięknych w Warszawie
12.40-13.00 – dr Tamara Sztyma, Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN /
Uniwersytet Warszawski,
„Nowa sztuka żydowska” jako wyraz nowych postaw ideologicznych i przemian tożsamości polskich Żydów w pierwszych dekadach XX wieku
13.00-13.20 – Teresa Śmiechowska, Żydowski Instytut Historyczny,
Jidyszland – fotografia jako środek tworzenia mitu narodu
13.20-13.40 – dr Karol Jóźwiak, Uniwersytet Łódzki,
Problem tożsamości w twórczości Stefana Themersona
13.40-14.00 dyskusja
14.00-15.00 obiad
Panel II
15.00-15.20 – dr Małgorzata Stolarska-Fronia, Centrum Badań Historycznych
Polskiej Akademii Nauk w Berlinie,
Kolektywy młodych gniewnych? Portret grupowy Jung Idysz na tle awangardowych grup z Niemiec
15.20-15.40 – dr Lidia Głuchowska, Uniwersytet Zielonogórski,
Bunt i Jung Idisz. Między Poznaniem, Łodzią a Berlinem. Kontakty, koncepcje i wydarzenia artystyczne
15.40-16.00 – Agnieszka Salamon-Radecka, Muzeum Narodowe w Poznaniu,
Kontakty Giny i Marka Szwarców ze środowiskiem poznańskiego „Buntu” w
okresie dwudziestolecia międzywojennego w świetle zachowanych materiałów
źródłowych
16.00-16.20 dyskusja i przerwa
Panel III
16.20-16.40 – David Mazower, Yiddish Book Center, Fun’m opgrunt /
Out of the Abyss: The Women Artists of Farlag Achrid – A Forgotten Chapter of Yung Yidish
16.40-17.00 – dr Ewa Rybałt, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie,
Margit Sielska-Reich w poszukiwaniu środka ciężkości
17.00-17.20 – dr Magdalena Maciudzińska-Kamczycka, Uniwersytet Mikołaja
Kopernika w Toruniu,
Żydowska, kobieca, feministyczna? Artystki Jung Idysz i ich sztuka
17.20-17.30 – Anna Małaczyńska, Muzeum Miasta Łodzi,
Felicja Pacanowska (1907-2002) – przyczynek do biografii
(komunikat)
17.30-17.50 – dyskusja
18.00 – wernisaż wystawy „Ekspresje Wolności. Bunt i Jung Idysz – wystawa,
której nie było…”

CZWARTEK 13.06
10.00-11.00 – Oprowadzanie kuratorskie po wystawie „Ekspresje Wolności. Bunt i
Jung Idysz – wystawa, której nie było…”
Panel IV
11.00-11.20 – dr Monika Polit, Uniwersytet Warszawski,
Ludowy inteligent na obrzeżach Awangardy
11.20-11.40 – Izabella Powalska, Polski Instytut Studiów nad Sztuką Świata,
„Wiersze słowem i grafiką”. Ilustrowane wydawnictwa z kręgu Jung Idysz
11.40-12.00 – Dariusz Dekiert, Uniwersytet Łódzki,
Między Jidyszlandem a Palestyną. Twórczość jidyszowa i hebrajska Icchoka Kacenelsona
12.00-12.20 – dr Krzysztof Cichoń, Uniwersytet Łódzki,
Nieuchronność etnosu. Letryzm i mesjanizm po „la rafle du Vel’ d’Hiv”
12.20-12.50 – dyskusja i przerwa
Panel V
12.50-13.10 – prof. Małgorzata Leyko, Uniwersytet Łódzki,
Mojżesz Broderson i żydowska awangarda teatralna
13.10-13.30 – dr hab. Agata Chałupnik, Uniwersytet Warszawski,
Tango judío i asymilacja przez muzykę
13.30-13.50 – dr Joanna Podolska, Uniwersytet Łódzki,
Niedaleko Jung Idysz. Bracia Bajgelmanowie i ich muzyka
13.50-14.10 – dr Adam Sitarek, Uniwersytet Łódzki,
Żydowscy artyści i Zagłada. Przypadek getta łódzkiego
14.10-14.30 – podsumowanie konferencji

Wycieczka do Tübkego / Zum Tübke

Zdjęcia: Ania, Netz i komórka Adminki
Wstęp: Adminka
Teksty: Sieć
Uczestniczki: Dorotek, Ania, Ewa (Adminka), Ela
Tübke (duchem)
Golf Touran (piękny)
Maj (piękny)
Kwiaty, trawa, drzewa (piękne)
Język: słubfurcki / Beitrag verfasst in der Slubfurter Sprache (Erklärung siehe TU)

Wstęp
Przed wielu wielu laty Dorotek obiecała, że na urodziny zabierze Adminkę (dalej: Ewę) na wycieczkę dokądś (Ewa nie zapamiętała dokąd, ale wiedziała, że gdzieś na południe od Berlina), aby jej pokazać panoramę namalowaną przez Tübkego. Dorotek zakładała, że Ewa wie, dokąd i co tam będzie, bo istnieje pewne (nie do końca uzasadnione, ale też nie całkiem nieuzasadnione) przekonanie, że Ewa wie (wszystko). Kilka razy w ciągu minionych lat Dorotek i Ewa uzgadniały nawet pewne terminy (w środę za tydzień od tego słupka), ale z przyczyn najróżniejszych, znanych ogólnie jako Vis Maior, wycieczka nie dochodziła do skutku, zmieniając się powoli w mityczną opowieść o krainie, w której jest piękna pogoda, piękna sztuka i piękna panorama Tübkego i do której “się” kiedyś dotrze.

Sprawa była mityczna już kilka lat temu, w październiku 2015 roku, gdy Dorotek i Ewa były wspólnie w Lipsku. Dorotek prowadziła tam lekcje niemieckiego, a ponieważ Ewa zna już niemiecki, mogła robić, co chciała. Poszła więc zwiedzić Bibliotekę Narodową, a potem odwiedziła Pomnik Bitwy Narodów, o czym napisała TU. Ponieważ, mimo tak ambitnych planów i ich realizacji, Ewa wciąż miała dużo czasu do końca lekcji, to z przyzwyczajenia poszła na cmentarz, który był tuż obok (Südfriedhof), gdzie przeczytała na tablicy (zawsze czyta), że jedną z osób, które są tam pochowane jest Tübke. Znalazła grób, sfotografowała i po lekcjach oznajmiła, że już wszystko w porządku, temat Tübke został odhaczony i już nie trzeba w ogóle jechać do Bad Frankenhausen.

Aż tu nagle, w maju 2019 roku temat powrócił. Dorotek kupiła nowe auto (piękne) i obiecała Ani, że zabierze ją tym autem na przejażdżkę. Na wyprawę została jeszcze zaproszona Ela, której Dorotek obiecała nie wiadomo co, ale na pewno coś.

I tak to w pewną majową sobotę pojechałyśmy we cztery “do Tübkego”.


Werner Tübke gehört zu den bedeutenden und gleichzeitig umstrittensten Maler des 20.Jahrhunderts und zur sogenannten Leipziger Schule.

Tübke wurde vor allem durch das Bauernkriegspanorama in Bad Frankenhausen populär. Das gigantische Rundgemälde von 14 Metern Höhe und 120 Metern Umfang mit mehr als 3000 Figuren war ein Auftragswerke des DDR-Kulturministeriums. 1976 begonnen, dauerte die Vollendung 11 Jahre.
1997 schuf er einen Flügelaltar für die St. Salvatoris-Kirche in Clausthal-Zellerfeld.
Zwischen 1970 und 1973 gestaltete er das Wandbild „Arbeiterklasse und Intelligenz“, es befand sich im Hauptgebäude der Karl-Marx-Universität Leipzig und lagert derzeit im Depot des Museums der Bildenden Künste Leipzig.
1972 wurde er zum Professor ernannt, von 1973 bis 1976 war er Rektor der Hochschule für Grafik und Buchkunst in Leipzig. Er hinterließ neben tausenden von Zeichnungen mehr als 500 Aquarelle und 353 Gemälde.
Sein Lebenswerk stiftete Tübke testamentarisch dem Germanischen Nationalmuseum, ausgestellt wird es in einer Dauerausstellung in seinem ehemaligen Haus mit Atelier, der Villa Tübke in der Leipziger Springerstraße 5.


Pewnego (pięknego) majowego dnia wyjechałyśmy więc z Berlina, przejechałyśmy 300 kilometrów, dojechałyśmy na parking, wysiadłyśmy z auta (pięknego) i poszłyśmy (piękną) drogą wśród (pięknych) tzw. okoliczności natury…

I tak sobie szłyśmy, aż doszłyśmy.

W muzeum (bilety po 8 euro, ulgowe po 7!). Kolejne zdziwienie, bo nie wszystkim z nas udało się w kawiarni dostać zamówioną kawę (no ale cóż, nie wszyscy uczciwym życiem zasłużyli sobie na kawę z widokiem, a widok był niezwykły; na szczęście oglądało się go również bez kawy i zasług).

W muzeum nie wolno fotografować słynnej panoramy. Also wenn ihr sehen wollt, wie es dort drinne ist, schaut HIER. Oder – fährt HIN.

PS. Potem jeszcze pojechałyśmy do Erfurtu. I też było przyjemnie, a kelnerki przyniosły kawę i/lub herbatę 🙂

Konwój

Sylwester Gołąb! autor przygotował ten wpis dla Ciebie w podziękowaniu za książkę Nomada!

Tibor Jagielski

Wiersze

jackowi kaczmarskiemu
in memoriam
I

obława na wilki okazała się być skuteczna
psy inkwizycji merdają ogonami, awansują i dostają ordery
powściągliwość, kochanie,
powściągliwość i praca

najpierw było powstanie helotów, pamiętasz?
anna walentynowicz na dźwigu
jak marusia na rudym
a anarchiści całego świata kupowali rozmówki polskie
i stali w kolejkach przed konsulatami w oczekiwaniu na wizy
do mekki zwanej gdańskiem
do nowej missolounghi

mamy misję, stara,
nareszcie ją mamy

a psy uwięzione na smyczy czekały

II

kiedy zaczął się ten powiew wolności?
latem roku siedemdziesiątegoósmego, nie?
a skończył dokładnie trzy lata później
jakiś pies strzelił nam w trzewia

nie bójcie się…

tak, tak, stanęliśmy znowu na nogi
jak ogłuszony po knockoucie bokser
ale to był dopiero początek
cóż, stara, potem ścieżka zdrowia, krypteia

III

wiesz, w gruncie rzeczy nie jesteśmy nikim innym
jak żydowską sektą
semiccy do szpiku kości,
który czasem buntuje się ponuro pogromem

modlimy się do chrystusa
a w skrytości duszy tęsknimy za mahometem
(harem, kredyt bez procentu, fatamorgana)
i boimy się
o jakże się boimy, kochanie,
rzuceni w głębiny kosmosu
w którym jedynym azymutem
jest samotna gwiazda serca

lato, 1988

brzydcy, szesnastoletni

dla romka i marka

czasami zazdroszczę wam
samobójstwa
poprosiliście o zwolnienie z lekcji historii
(niektórzy nazwą to dezercją)

pozostały nieme gitary
sztambuchy – niezapisane
nierozwiązane zadania maturalne

czasami zazdroszczę wam cholernie
że mieszkacie już na champs d´elysees
a nie na skrzyżowaniu
marszałkowskiej z wall street
albo wałów jagiellońskich z jp II

nigdy was nie zapomnę
brzydkich, szesnastoletnich…
a gdy nadejdzie mój kres
poproszę o rozgrzeszenie
ale bez spowiedzi.

10

Pamięci pokolenia staszka pyjasa

twoje pokolenie
spadło ze schodów
w wieku lat 24

wczoraj
– po wielokrotnych denuncjacjach i inwigilacjach,
wiwisekcjach i ekshumacjach –
ogloszono na fesjsbuku:

było pijane
i samo sobie winne.

xxxxxxxxxxxxxxxxxz cyklu: “wizje tylko lokalne”

11/2

haloween

nieciekawe czasy
nazwijmy je eufemistycznie
feministycznymi
ani wielkiej wojny, ani rewolucji,
tylko potyczki
przeważnie out of area

niekiedy eksploduje list
i urywa nos sekretarce
albo adjunkt dostaje amoku
i wbiega do auli z siekierą…

powiedzmy szczerze: jest nudno
bohaterem takich dni
jest akuszerka
no i sprzątaczka

gdy dochodzi do zmiany rekwizytów
(co czasami się zdarza)
to pierwsza odlatuje na miotle
a druga idzie z torbami.

X 10

do sindbada

świetny pomysł
poproś o azyl mocarstwo dobra
tam gdzie krawężniki ze złota, gołąbki do gąbki i zniewieściali mężczyzni
mdlejący na widok twoich obnażonych ramion

wypełniając wniosek
nie zapomnij wspomnieć o diable morskim
o tym
jak prześladował ciebie przez całe życie
(dzieki temu urzędnik przybije szkarłatną pieczątkę)

należy ci się willa w obrębie murów
i sto sztuk srebra miesięcznie
żyć nie umierać

spisz wspomnienia
wystąp z serią odczytów
ale tonuj twoje wypowiedzi o złym

mocarstwo dobra
pragnie obecnie
pokojowej koegzystencji

heroina alladyna

cios trafia w sklepienie nieba
mózgi chmur stają w ogniu jak sterowce
heroina alladyna

tych
którzy umarli ze śmiechu
przebija się osinowym kołkiem

przywala głazami na bagnach
lży się ich i nienawidzi
czosnek zdobi powały chat

heroina alladyna
przybywa do nas z orientu podświadomości
na grzbietach komet pędzonych batem przemytnika

jeżeli jej zażyjesz
nie podchodź do zwierciadła egzystencji
obudzisz śpiący w trzewiach śmiech

(z cyklu: „nowe bajki”, 1984)

noc listopadowa

szaleństwo jest naszym cicerone
mroczne labirynty ulic
larwy honoru w zgniłym mięsie listopada

nie istnieje toskania
nie ma łąk irlandzkich
metalowe oko satelity
ślizga się po stryczku równika

za rogiem rozdaje się karabiny
kobieta we frygijskiej czapce
woła nas na barykady

trzask zamykanych okiennic
bieg w samotności i osłupieniu
bieg do belwederu

reflektory unosza się nad planem
pijany jahwe z tubą w ręce
pałka księżyca uderza w gong nocy
– jeszcze tylko jedno ujęcie, ostatnia klatka –

kobieta we frygijskiej czapce
poprawia szybko i zręcznie makijaż
patrzymy na nią wstrzymując oddech

oto ona
nasza miłość
największa miłość statystów

(z cyklu: „nowe bajki”, 1984)

wilk

drapieżne godziny czają się na gzymsach
pojazdy mechaniczne wdzierają się do hal targowych
ambra, mirra i magiczny proszek padają ich łupem
oszołomione ptaki pożerają się wzajemnie

zapach rui w powietrzu
dziewczynka w kapturku
stoi w elektrycznym lesie
z łonem pełnym wiktuałów

podchodzisz powoli
na łapach obolałych od ucieczek i pogoni
rzucasz pytanie
ciężkie od tysiącletnich deszczów żądz
twoje wielkie oczy twoje długie zęby

uryna oznakowała terytorium
wyjesz u sinych zwłok poranka
znak dla twoich braci
jesteś i trwasz

(z cyklu: „nowe bajki”, 1984)

Tłumaczenia

Hans Magnus Enzensberger

Wskazówki dla Syzyfa

To co czynisz jest beznadziejne.
No dobrze:
pojąłeś to, przyznaj,
ale nie spocznij na laurach
mężczyzno z kamieniem.
Nikt
ci nie podziękuje. Kredowe linie,
deszcz je liże znudzony,
wyznaczają śmierć. Nie ciesz się
za wcześnie, beznadzieja
nie jest karierą. Z własną
tragiką witają się bękarci,
strachy na wróble, augurowie. Milcz,
wymień słowo ze słońcem,
w czas gdy toczy się kamień, lecz
nie rozstrząsaj twojej bezsilności,
tylko zwiększ o centnar
gniew w świecie tym, o gram.
Brakuje mężczyzn
co beznadziejne czynią milcząc,
rwąc nadzieję jak trawę,
ich śmiech, przyszłość toczący,
toczy ich gniew na szczyty.

Rose Ausländer

Zdziwieni

Kiedy stół pachnie chlebem
truskawki wino kryształ

myśl o przestrzeni z dymu
dymu bez ksztaltu

Jeszcze nie zrzucona
sukienka z getta

siedzimy wokół pachnącego stołu
zdziwieni
że tutaj siedzimy

Ewa Lipska

Die Sturzflut hat mich nicht gerettet
obwohl ich tief am Boden lag.

Die Feuersbrunst hat mich nicht gerettet
obwohl ich viele Jahre brannte.

Die Katastrophen haben mich nicht gerettet
obwohl Autos und Züge über mich hinrollten.

Die Flugzeuge, die mit mir in der Luft explodierten
haben mich nicht gerettet.

Es stürzten auf mich
Die Mauern großer Städte.

Die giftigen Pilze haben mich nicht gerettet
und auch nicht die Salven der Exekutionskommandos.

Der Weltuntergang hat mich nicht gerettet
dafür hatte er keine Zeit übrig.

Nichts hat mich gerettet.

ICH LEBE.

Julian Kornhauser

Eine Frau

Eine Frau gebiert
wird eine Blume
führt den Mann an der Hand

Eine Frau schließt die Augen
berstet explodiert

Frauenleib
empfängt
dürstet

Eine Frau geht nicht
sie schwebt

wenn sie spricht
sprechen ihre Augen und Brüste
Haut und Finger

Eine Frau liebt keinen
sie gib sich hin

Maj, a w maju komunie…

Ela Kargol

Komunia

„No to będziesz komunistą?”, bardziej stwierdziła niż zapytała mojego wnuka fryzjerka, zabierając się do dzieła. Magnus pytającym wzrokiem popatrzył najpierw w lustro, a potem na mnie. Siedział pokornie w za dużym fotelu w małym zakładzie fryzjerskim na południu Polski w Lachowicach i nie rozumiał znaczenia słów skierowanych do niego. „To chyba będzie pierwszy w rodzinie”, odpowiedziałam za niego.

Z tą komunią zaczęło się już dwa lata temu w Berlinie, kiedy moja córka Marta pomyliła kurs dla „komunistów” ze spotkaniami zastępu harcerzy działającym też przy kościele. Magnus chętnie chodził na zbiórki. Z drużynowym grali w piłkę lub piłkarzyków, łazili po drzewach, jeździli na biwaki. Wtedy Marta się zorientowała, że to nie ten kurs. Na drugi rok była bardziej uważna i Magnus zaczął edukację przedkomunijną w odpowiedniej już grupie. Opiekunka grupy, osoba w wieku pochrystusowym bardzo przejęła się rolą. Odwiedziła wszystkie rodziny, rozdała biblie i przedstawiła plan działania. Ksiądz z kolei podziękował rodzicom za zaufanie w czasach kryzysu i upadku kościoła i nie dziwił się tym, którzy się od niego odwrócili.

No i się zaczęło. Wtorki były zajęte. Magnus chodził chętnie. Czegoś tam musieli się uczyć, ale bardziej przez zabawę, a w domu nikt go do niczego nie zmuszał.

Nie wierzyłam własnym oczom i słuchałam z otwartymi ustami, gdy po wizycie u fryzjera poszliśmy do pobliskiego starego drewnianego kościoła i tam Magnus objaśniał mi drogę krzyżową namalowaną na zewnątrz świątymi pod tzw. sobotami, stacja po stacji. Nie nauczył się prawie żadnych modlitw, w mszach niedzielnych uczestniczył rzadko, nudziły go, zresztą tak jak i mnie.

Różnice między kościołami i podejściem do wiary w Polsce i Niemczech są ogromne.
Z radością stwierdzam i popieram w berlińskim kościele katolickim duży wpływ protestantyzmu. Na pewno niejeden Martin Luther przydałby się kościołowi katolickiemu
i to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie.

Czym jest komunia? Dla mnie była wtedy białą sukienką, cienkimi rajstopami, białymi butami, które zniszczyłam biegając z kuzynkami po łąkach, dla Tomka, mojego męża była niebieskim rowerem i krótkimi spodenkami, w których zmarzł. Miałam to szczęście, że żaden ksiądz mnie nie skrzywdził.

 Kościół mnie nudził, nie należałam do żadnego ruchu oazowego, dopiero w latach 70 i 80 poznańscy Dominikanie zainteresowali mnie i przyciągnęli wyraźną opozycją w stosunku do panującego reżimu.

W wielu kulturach świętuje się w pewnym wieku dziecka granicę wyjścia z dzieciństwa i przejścia w wiek dojrzewania. W naszym przypadku były to postrzyżyny i komunia. Ojciec opowiadał, że w dniu wybuchu II wojny światowej matka jego, a moja babcia była o niego spokojna „Ty już sobie dasz radę, ty byłeś już u komunii.”

O czym myślał Magnus ubrany w białą szatę wchodząc z zapaloną świecą do kościoła? Nie wiem, dzień przedtem miał wysoką gorączkę, w dzień uroczystości, o czym nie wiedziałam, gorączkę miał jeszcze wyższą, rodzice obniżyli ją nurofenem. Okapnik do świecy, specjalnie na tę uroczystość zakupiony w Kalwarii Zebrzydowskiej, nie spełniał swojej funkcji i wosk parzył dłonie wnuka. Czy myślał o tej całej duchowości, o eucharystii, której ja do teraz nie rozumiem, o tej cudownej zamianie, w którą nie wierzę, a czasami chciałabym.

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20, 29b).

Zaczęła się uroczystość. Wskazówki, zakazy i nakazy, treści modlitw i pieśni, objaśnienia dla niewiernych i niewiedzących pojawiały się na dużym ekranie.

Ksiądz powitał parafian i nieparafian, wiernych i niewiernych, wątpiących i poszukujących, wyznawców innych religii, agnostykow i ateistów. Wszystkich. A ponieważ 70% przystepujących do komunii dzieci miało polskie korzenie, powitał też po polsku, już trochę krócej. Wiadomo, w Polsce nie ma wątpiących ani wyznających inne religie, są tylko katolicy.

Niestety nagłośnienie w kościele nie działało wystarczająco dobrze, większości słowa mówionego nie rozumiałam więc. Z zamyślenia wybudziła mnie „Barka”, pieśń swego czasu chętnie śpiewana nie tylko podczas religijnych spotkań. Polacy zdziwieni nie podjęli pieśni, tak jak nie podjęli „Ojcze nasz” po polsku.

Później był fotograf, zdjęcia z księdzem, bez księdza, w grupie i samodzielnie, ze świecą i bez świecy, w albie i bez alby… W zanadrzu trzymaliśmy jeszcze polskim zwyczajem różaniec i książeczkę do nabożeństwa. Próbowaliśmy pstryknąć Magnusowi taką fotkę, jakie znam sprzed 50 lat, ale się nie do końca udało.

Na specjalne życzenie bohatera dnia komunijną uroczystość kontynuowaliśmy przy pobliskiej budce z frytkami. Frytki z akcentem biało-czerwonym smakowały wyśmienicie. Madonna zza szyby w pobliskim sklepie ze starociami spoglądała na nas z nadzieją.

Rozczarowała mnie natomiast „pokomunijna komunia” w Polsce. Specjalnie dla prababci powtórzyliśmy całą ceremonię. Goście dopisali, pogoda też, obiad w zaprzyjaźnionej knajpce pyszny. Dzieciaki grały w piłkę, w klasy, w gonito, skakały przez gumę…
W niedzielę wybraliśmy się z prababcią do kościoła, żeby zrobić jej przyjemność i przeżyć to jeszcze raz. Moja mama nie była nigdy superkatoliczką i nie wychowała nas w wierze, raczej w poczuciu obowiązku. Uważała, że do kościoła się chodzi i już. Ojciec z kolei głęboko wierzący, nie wymagał niczego. Ja, osoba na co dzień niepraktykująca, towarzyszyłam mu zawsze, w ostatnich latach jego życia w niedzielnych mszach. Robię to nadal dla niego.

W „powtórce z komunii” nudziliśmy się jak prawie zawsze w kościele, choć Magnus był przejęty rolą. Do komunii nie przystąpił, bo nie ten kościół i nie ten ksiądz. Po mszy, gdy kapłan zaczął krytykować wolność sztuki i zaczął liczyć kolory tęczy, poczułam niesmak
i niechęć do tego zaściankowego katolicyzmu. Prababcia z kolei, niedowidząca, niedosłysząca, z lekką demencją stwierdziła, że było pięknie, tylko jakoś dzieci mało.