Wiersze na lato 2019 (23). Kuszyk

Po krótkiej przerwie wracam do poezji na lato. Poeci są jednak niesforni i poczynając od Łuby, któremu jeden wiersz rozmnożył się do 12 plus dedykacja (że o komentarzach nie wspomnę), wiemy już, że nie ma mowy o jednym wierszu dziennie, lecz o wierszach. Dziś dwa wiersze.

Karolina Kuszyk

***

Niektórzy debiutują w późnym wieku i to jest
wbrew naturze. Bo przecież mogliby dalej
ochoczo urządzać się w sobie, grać w te gry co wszyscy,
a oni nie. Zaczynają pisać, tym razem na śmierć i życie,
z powagą godną lepszej sprawy, tylko jakiej.

Szukają nowych słów na to, co dawno nazwane,
żłobią te swoje korytarze, kopią te swoje tunele,
badania jakieś prowadzą
rzeczywistosci, a ich miejsce, przeklętych,
ani po tej, ani po tamtej stronie.

Ten i ów próbuje raz jeszcze rozmach
wziąć, ruszyć z kopyta, wszystko to rzucić. Zostaje po nich
zaparowane lustro w łazience, niewyłączony komputer, cień
bez ciała.

***

Pan Jurek kierowca tira patrzy, jak noc odkleja się od drogi
i mruga dziewczynom z bułgarii spieszącym poboczem
na stanowiska,
bo może akurat któremuś się zachce już z rana,
następnie mija pan Jurek lotnisko, widzi różowiejące
cielska samolotów
i też by sobie chciał gdzieś polecieć,
na przykład do egiptu
z żoną. Tyle jest pięknych miejsc na ziemi,
wzdycha pan Jurek. Tej ziemi,
dorzuca z cicha papież z breloczka
i raźnie sobie dynda. Wstaje nowy dzień.

Przed 30 laty upadł Mur Berliński (3)

Joanna Trümner, tekst
Ela Kargol, zdjęcia

Lichtenrade –Lichterfelde

O tym odcinku szlaku muru berlińskiego mówi się, że jest pod względem widoków jednym z najpiękniejszych etapów. Spotkałyśmy się na peronie S-Bahn Lichtenrade i ruszamy rowerami w drogę. Zabudowania kończą się dosyć szybko, wjeżdżamy na teren Brandenburgii, do Mahlow.

Pola kukurydzy i zboża, małe grupy drzew, w cieniu których można na chwilę odpocząć, odgłosy ptaków i piękny, słoneczny dzień – wszystko to jest idyllą, niczym nie zakłóconą letnią sielanką. Aż nie chce mi się wierzyć, że w tym miejscu stał mur, a enerdowscy żołnierze strzelali do ludzi próbujących przedostać się do „wolnego świata”. A tymczasem tylko na pierwszym etapie naszej dwunastokilometrowej trasy zgnięły trzy osoby. Wśród nich znajduje się prawdopodobnie ostatnia ofiara muru – czternastoletni Christoph Manuel Bramböck.

W dniu, w którym w Berlinie Wschodnim podpisano umowę regulującą przystąpienie Niemieckiej Republiki Demokratycznej do Niemieckiej Republiki Federalnej, 31 sierpnia 1990 roku, Christoph spotkał się z kolegą w dzielnicy Marienfelde. Zaopatrzeni w niezbędnie do odłupywania fragmentów muru narzędzia chłopcy ruszyli w drogę. Należeli oni do tysięcy tzw. „dzięciołów muru”, którzy wbrew apelom zachodnioniemieckiej policji rozbijali resztki muru na drobniejsze części. „Dzięcioły” robiły to z protestu lub w celach komercyjnych. Nie wiemy, jaka była motywacja Christopha i jego kolegi, może po prostu nudzili się w to słoneczne letnie popołudnie? W miejscu, w którym chłopcy rozbijali mur, był on zbudowany z poziomo umocowanych betonowych plyt. Jedna z nich spadła na Christopha i zabiła go na miejscu. Spoglądam na zdjęcie zaczepnie patrzącego w kamerę czternastolatka na tablicy pamiątkowej i myślę o absurdzie jego śmierci.

Ojcem ruchu „dzięciołów” stał się w latach osiemdziesiątych Kanadyjczyk John Runnings, noszący przydomek „biegacza po murze”. Ten kanadyjski rencista przybył do Berlina Zachodniego wiedziony wewnętrzną potrzebą przemienienia muru w symbol pokoju, wolności i sprawiedliwości. Na początku swojego pobytu w mieście apelował do ludzi z całego świata, żeby przyjeżdżali do Berlina i… sikali na mur (International Pee-in). Akcja zakończyła się niepowodzeniem, mur stał dalej.

Runnings zdecydował się na zmianę metody walki, zaopatrzył się w wielki młot i drabinę. Balansował po wysokim na 3,60 m murze uderzając w niego młotem. Przypominam sobie scenę z telewizji – starszy, siwy mężczyzna w nienajlepszej kondycji fizycznej wali z całej siły wielkim młotem w „koronę” muru. W chwilę później enerdowscy wartownicy ściągają go za nogi na swój teren. Po sześciu tego typu akcjach mur stał dalej, a zniecierpliwione władze NRD wsadziły Runningsa na trzy miesiące do więzięnia. Następnie skazano go na 18 miesięcy w zawieszeniu i profilaktycznie przetransportowano do kanadyjskiej ojczyzny. Latem 1989 Runnings wrócił do Berlina i próbował dokończyć misję rozwalenia muru, tym razem za pomocą auta i skonstruowanego przez siebie czterometrowego pala (są one dzisiaj eksponatami w Muzeum Muru Checkpoint Charlie). Po upadku muru Runnings wrócił do Kanady, gdzie zmarł w 2004 r.

Nasza trasa biegnie dalej wzdłuż pól, mijamy Aleję Wiśni, prezent stacji telewizyjnej TV Asahi Group. Z okazji upadku muru stacja zorganizowała wśród widzów w Japonii zbiórkę pieniędzy na upiększenie pasa granicznego aleją wiśni. Za zebrany milion euro zasadzono w Berlinie i Brandenburgii około 10.000 ozdobnych wiśni, z których tysiąc stoi przy Alei Wiśni na terenie Teltow-Siegridshorst. Patrzę na równo posadzone drzewa i próbuję wyobrazić sobie, jak pięknie wyglądają pod koniec kwietnia, na początku maja. Wtedy zakwitają, a miasto Teltow organizuje w tym miejscu od kilku lat Festyn Kwitnących Wiśni – Hanami Fest.

Nasza trasa dobiega końca, zbliżamy się do Lichterfelde. W miejscu, w którym teraz pasą się konie, znajdował się plac ćwiczeń armii amerykańskej – Parks Range, nazywane przez mieszkańców okolic „miastem duchów”. Ten opustoszały dzisiaj teren o łącznej powierzchni 70 hektarów służył stacjonującej w Berlinie Zachodnim armii amerykańskiej do ćwiczeń polowych. Tzw. Berlińska Brygada armii amerykańskiej pod dowództwem generała Parksa (stąd bierze się nazwa Parks Range) zarekwirowała ten teren po krwawo stłumionym powstaniu w Berlinie Wschodnim (17 czerwca 1953 r.)

Na terenie Parks Range powstała atrapa miasta (Doughboy City), w której amerykańscy żołnierze ćwiczyli walki w mieście. Atrapa składała się z drewnianych baraków z kościołem, ratuszem, podróbką stacji kolejki z autentycznym starym wagonem i wrakami aut na ulicach. Amerykańscy „Rambos” przeprowadzali ćwiczenia bojowe pod baczną obserwacją enerdowskich strażników

Drukowany w Berlinie Zachodnim plan miasta pokazywał w miejscu „Parks Range” białą plamę, plan drukowany w Berlinie Wschodnim zawierał dokładne detale terenu. Amerykanie do końca istnienia „Parks Range” ignorowali skargi mieszkańców Lichterfelde i Lichtenrade i wypróbowywali na tym terenie wszelkie rodzaje broni i czołgów. W roku 1994 wycofali się, a władze Berlina długo nie wiedziały, w jaki sposób zagospodarować to miejsce – niebawem powstanie tu największe osiedle mieszkaniowe w Berlinie.

Cdn.

 

Barataria 124. Don Chichot (Donkey Xot, Donkey Schott)

“Obiecał, że będę miał własną wyspę”

Osiołek Rucjo, którego dosiadał Sancho Pansa, z własnego punktu widzenia opowiada
o przygodach Don Chichota.

Film animowany.
Reżyseria: José Pozo
Scenariusz: Angel E. Pariente
Produkcja: Hiszpania & Włochy
premiera: 2007

To tak.

***
A to tak:

Jarosław Leszcz

6 stycznia 2008

recenzja kinowa Don Chichot (2007)

To, że Shrek wyznaczył zupełnie nowy poziom w animacji i podejściu do opowiadania historii, przypominają nam na każdym kroku jego epigoni. Od debiutu zielonego ogra minęło już prawie siedem lat, przez taki szmat czasu pomysły mogły się skończyć kontynuatorom serii, ale nie ich naśladowcom. Tu pomysł jest jeden i ten sam, ogrzać się w blasku orginału i zgarnąć trochę kasy.

Za Don Chichota odpowiada Jose Puzo, będący obecnie jednym z najbardziej hołubionych twórców animacji na półwyspie iberyjskim. Hiszpan specjalizuje się w adaptacjach literackich i przerabianiu ich na zabawne gry z tekstem i widzem. O ile jednak będący ekranizacją sztuki Pierre’a Corneille’a El Cid, legenda o mężnym rycerzu (notabene najdroższe dzieło w historii hiszpańskiej animacji) okazał się sukcesem, to gra z arcydziełem Miguela Cervantesa błyskotliwością ani świeżością nie grzeszy.

Don Kichot (głos: Artur Żmijewski) i jego giermek Sancho Pansa (głos: Krzysztof Globisz) nie żyją ze sobą w najlepszej komitywie. Ich napięte relacje odzwierciedlają się we wzajemnej postawie ich wiernych zwierząt, osła Rucia (głos: Borys Szyca) i konia Rosynanta (głos: Tomasz Kot). Cała skłócona czwórka wyrusza jednak na kolejną podróż, by pokonać Rycerza Srebrnego Księżyca, który wyzwał Don Kichota na pojedynek. Rzecz jednak w tym, że podszywających się pod to dumne imię jest wielu, z czego wynikną niejakie komplikacje.

Don Chichot operuje starą dobrą zasadą: dla każdego coś miłego. Dorośli mogą pobawić się w intertekstualne gierki, dzieci zaś dostaną garść dowcipów i zabawnych bohaterów. Rzecz jednak w tym, że zarówno dzieci jak i rodzice dostrzegą szybko, że robi się z nich osła. W końcu uczynienie narratorem żałosnej imitacji przesympatycznej postaci z Sherka jest już szczytem bezczelności. Ja rozumiem, że każdy chce zarobić, ale jak chce się to robić czyimiś kosztem, to trzeba jeszcze to umieć i znać umiar.

Na Don Chichocie dzieci będą się bawić nieporównanie lepiej niż na Szeptach i krzykach Bergmana. Jeżeli jednak macie do wyboru trochę nieświeże i zużyte dziełko Puzo i starego, ale jarego Ogra, nie wahajcie się ani przez moment. W końcu osioł osłu nie równy.


Ale co tam. Jak chcecie to oglądajcie, cały film TU. Jest i sprawa wyspy, nazwanej przez Cervantesa Baratarią czyli Oszukaństwem.

Traf chciał, że na moich włościach jest dokładnie taka wyspa otoczona wodą.
Wznieśmy toast za nowego pana na wyspie. Zdrowie dzielnego Sancho Pansy!

Ale tak naprawdę nie ma wyspy, a mapa jest oszukana.

i to już
KONIEC

odcinka, koniec marzeń o wyspie, koniec cyklu Barataria.

Zmora w Berlinie

Lech Milewski

Den kleinen, kleinen Tod, den stürb ich gerne,
Am Abend tot, beim Licht der ersten Sterne,….
Irene Forbes-Mosse

Trzy lata temu opublikowałem tu na blogu wpis o roboczym tytule Samotna śmierć Hansa FalladyKLIK.
Wydawało mi się, że temat zakończony, ale nie – stare przyjaźnie nie umierają.
Na półce w bibliotece zauważyłem książkę tego autora – Nightmare in Berlin, niemiecki tytuł – Alpdruck, polski – Zmora.

We wspomnianym na początku wpisie pisałem, że ostatnia książka Fallady – Każdy umiera w samotności – czekała 60 lat na angielskie wydanie, które okazało się ogromnym sukcesem. Myślę, że na fali tego sukcesu wydano również Nightmare in Berlin, która według mnie znacznie ustępuje innym dziełom tego autora. Tym też tłumaczę brak tej książki w Polsce w czasach mojej młodości.

Przypomnę los Fallady podczas wojny – wojna pogorszyła sytuację pisarza. Powrócił do pisania dla dzieci. Sąsiedzi donieśli kilkakrotnie do władz o jego problemach z narkotykami, grozili również donosem o jego zaburzeniach psychicznych, co w III Rzeszy groziło dużym niebezpieczeństwem.
W rezultacie pogrążył się w pijaństwie, jego małżeństwo rozpadło się. Już po rozwodzie próbował zastrzelić byłą żonę, ale z łatwością go rozbroiła.
Policja skierowała Falladę do szpitala psychiatrycznego. Tutaj przypomniał mu się pomysł napisania powieści o wątku antysemickim i pod tym pozorem poprosił o dostarczenie mu racjonowanego wówczas papieru. Wynikiem była autobiograficzna powieść Pijak. Administracja szpitala nie zorientowała się i pod koniec 1944 roku pisarz opuścił szpital.

ulla_losh

Kilka miesięcy później ożenił się z dużo od siebie młodszą, zamożną wdową – Ullą Losch.

Oddaję głos autorowi: …siedziała przy stole otoczona męskim towarzystwem. Wstrząsnęła blond-truskawkowymi włosami i patrzyła uważnie na mówiącego. Wysmukła twarz i urocze krwiste usta. Wydawało ci się, że te usta na ciebie patrzą. A gdy przechyliła głowę do tyłu, jej śnieżnobiała szyja zdawała się tańczyć ze śmiechu. 
Boże jak ona potrafiła się śmiać. Boże, jak młoda ona była!

F. Fallada – Nightmare in Berlin

Akcja książki Nightmare in Berlin rozpoczyna się 26 kwietnia 1945 roku. Główni bohaterowie to dr Doll i jego młoda, zamożna żona – Alma.
Armia Czerwona jest u bram małego miasteczka, w którym mieszkają. Najbliżsi sąsiedzi dziwią się, że doktor jeszcze nie opuścił miasteczka, lada godzina wkroczą tu Rosjanie, młoda żona….
Alma odpowiada za męża: nigdzie się nie wyprowadzimy, przeciwnie, powitamy wyzwolicieli w drzwiach naszego domu!
Póki co, wsiada na rower i jedzie do apteki kupić lekarstwo dla męża. Za rogiem napotyka duży wojskowy samochód, SS-mani pomagają wsiadać młodym kobietom i dziewczynkom.
– Pospiesz się młoda damo – wołają do Almy – to już ostatni samochód wojskowy w mieście.
– To podobne do was łobuzy, zmykacie jak Rosjanie u bram. Objadaliście nas tutaj przez lata, a teraz jak robi się trudno, zadzieracie ogony i uciekacie.
Sytuacja rzeczywiście musi być poważna, bo starszy SS-man nie traci spokoju lecz ponagla: Nie pleć panno głupstw. Wsiadaj bo rosyjskie czołgi są już w mieście.
– Tym lepiej – odparowuje Alma – zaraz je spotkam i pozdrowię.

Przyznam, że gdy czytałem te słowa zrobiło mi się przykro.
To małe miasteczko to Carwitz koło Feldenburga w Meklemburgii. Mieszkała tam wtedy również pierwsza żona Hansa Fallady – Anna Ditzen.
Ona też nie wyjechała. Przezornie ukryła dobrze swoją i Hansa Fallady 12-letnią córkę Lore. Sama jednak padła ofiarą brutalnego gwałtu, po którym spędziła miesiąc w szpitalu.

Wracam do książki.
Wreszcie dochodzi do spotkania z wyzwolicielami. Dr Doll otwiera drzwi, podnosi lewą rekę na znak podrowienia, uśmiecha się, mówi tovaritch, wyciąga prawą dłoń na powitanie.
Po chwili wzniesiona w pozdrowieniu ręka opada, prawą dłoń wkłada do kieszeni, opuszcza wzrok. Trzej Rosjanie wymijają go i wchodzą do mieszkania, sprawdzają, a po chwili, bez słowa, wychodzą.

Dopiero po pewnym czasie dr Doll potrafi ocenić co się stało.
Zdaje sobie sprawę, że trzej Rosjanie mogli uważać go za złośliwe, godne pogardy stworzenie. Zdaje sobie sprawę, że słowo Niemiec brzmi obecnie jak obraza, że nikogo, ale to nikogo na świecie, nie interesuje, że przecież byli i może jeszcze są jacyś “dobrzy Niemcy”.

Zaglądam do biografii autora: …pod koniec kwietnia 1945 roku dowództwo Armii Czerwonej mianowało H. Falladę burmistrzem Feldenburgu.

Tymczasem książkowy dr Doll.
Radzieckie władze przydzielają go do grupy mężczyzn, którzy mają pilnować dużego stada krów. Mężczyzn jest chyba sześciu, miejscowi, dobrze się znają i traktują dr Dolla podejrzliwie. W rezultacie spędzają całe dni na pogawędkach, a dr Doll ugania się za krowami, które zawsze wejdą w szkodę, gdy zbliża się czas zagonienia ich do obór.
Alma Doll ma dużo więcej szczęścia. Jej praca to przenoszenie towarów ze składów SS do magazynów Armii Czerwonej. Istne bogactwo, radzieccy nadzorcy przymykają oczy na drobne kradzieże.
Przełomowy moment to dzień, w którym radzieccy żołnierze znajdują w ogrodzie domu państwa Doll mundur SS. Bardzo łatwo wychodzi na jaw, że to mundur męża sąsiadki. Przy tej okazji dr Doll chętnie współpracuje z władzami i otrzymuje propozycję wygłoszenia przemówienia z okazji święta zwycięstwa – zapewne 9 maja 1945.
Oczywistym następstwem jest przyznanie mu stanowiska burmistrza.

Bardzo trudna to funkcja.
Dr Doll wpada natychmiast w konflikt z praktycznie wszystkimi mieszkańcami miasteczka. Bardzo szybko stwierdza, że wszyscy, absolutnie wszyscy, w jakiś sposób współpracowali z nazistami, a teraz dołożą wszelkich starań, żeby oszukać radzieckich wyzwolicieli.
Ogarnia go złość, nie waha się demaskować krętaczy i oszustów. W rezultacie wszyscy mieszkańcy go nienawidzą, a wymierne skutki jego wysiłków są niewielkie.
Po dwóch miesiącach następuje załamanie nerwowe i ląduje w szpitalu.

To ostatnie zgadza się z biografią pisarza.

1 września 1945 roku państwo Doll opuszczają szpital i jadą do Berlina, gdzie dr Doll ma spore, dobrze wyposażone, mieszkanie.
Tutaj jednak spotyka ich zaskoczenie. Dwa tygodnie wcześniej wszystkie lokale mieszkalne znalazły się pod nadzorem miejscowych władz, a te zakwaterowały tam dodatkowych lokatorów.
Dr Doll musi sobie załatwić kwaterunek we własnym mieszkaniu. Przy okazji stwierdza, że kilku jego byłych sąsiadów wprowadziło się do jego mieszkania i zawłaszczyło sobie wiele użytecznych przedmiotów. Nic dziwnego, że traktują go bardzo nieżyczliwie.

Alma bardzo źle się czuje, wzywają lekarza. Ten zaleca leczenie w szpitalu, a póki co daje zastrzyk morfiny.
…w chwili wyjęcia igły dr Doll zobaczył jak jej twarz przybrała zrelaksowany, nieomal szczęśliwy, wyraz. Uśmiechnęła się, wyciągnęła na kanapie – Boże, jak dobrze – szepnęła i zamknęła oczy.
W pięć sekund zapomniała męża, ból, niewygody, głód. Zpomniała, że jest mężątką, że ma dziecko. Była absolutnie sama ze sobą w swoim własnym świecie. Lekki uśmiech błądził po jej twarzy i pozostał tam. Dr Doll obserwował jak lekko oddychała i zrozumiał, że sam akt oddychania sprawia jej przyjemność.

Po kilku godzinach Alma się budzi i czuje głód, nie chodzi o żywność.
Głód na tyle silny, że w środku nocy, nie zważając na godzinę policyjną, idzie do lekarza. Po niecałej godzinie wraca radosna – znalazła lekarza, dostała zastrzyk. Mało tego, od napotkanego patrolu dostała kilka papierosów. Nie, nie zapomniała o mężu – o, tu są pastylki, bardzo mocne, równie dobre jak morfina, ma je wziąć natychmiast.
– To nie jest w porządku, Doll chciał zaprotestować. To wszystko idzie w złym kierunku. Nie powinniśmy tego robić…

Ale nie powiedział nic. Nagle poczuł, że przygniata go ołowiany ciężar. Nie ma sensu…
Oczywiście wziął tabletki. Wtedy przypomniał sobie wierszyk wydrukowany na okładce opowiadań Ireny Forbes-Mosse: Mała śmierć, taką przyjąłbym chętnie, wieczorem umrzeć, przy świetle pierwszych gwiazd…
Autorka miała na pewno na myśli coś innego, ale Doll właśnie tak nazywał zwalenie z nóg przez narkotyki – mała śmierć. Kochał ją. Ostatnio rozmyślał wiele o jej wielkim bracie – Wielkiej Śmierci. Żył z nią, można powiedzieć za pan brat, przyzwyczaił się widzieć w niej ostatnią nadzieję, która na pewno go nie zawiedzie. Potrzebował tylko odrobiny determinacji. 
Odrobina determinacji, a dopóki jej nie zbierze, ma Małą Śmierć, sześć gramów. A gdy je połknie jest wolny od wszelkich refleksji i analiz – wolny, bo po prostu go nie ma.

Tu następuje kilkadziesiąt stron opisu niepowodzeń w każdym praktycznym działaniu i wiele małych śmierci przeplatanych pobytami w klinikach odwykowych.

Wreszcie dr Doll przypomina sobie swojego przedwojennego wydawcę i składa mu wizytę. Zostaje bardzo dobrze przyjęty. Wydawca wspomina, że ich wspólny dobry znajomy – Granzow – zajmuje obecnie wysokie stanowisko. I że pamięta Falladę, przepraszam – dr Dolla, że o niego pytał.

Po kilku dniach wahania dr Doll wraz z żoną odwiedzają Granzowa. Przyjęcie przechodzi wszelkie wyobrażenie. Granzow absolutnie każe mu wrócić do pisania.
Trudności bytowe – Granzow wręcza mu plik pieniędzy. Za kilka dni załatwi mu mieszkanie w rządowej willi, Tylko ma zacząć pisać. Pisać!

Służbowy samochód odwozi państwa Doll do domu…
Kochany, jestem tak szczęśliwa, że zaraz umrę! Pomyśleć, że ktoś chce nam pomóc! Chcę krzyczeć – krzyczeć z radości!
Paplała jak mała dziewczynka: a teraz musisz być dobry dla swojej małej Almy! Musisz ją ładnie pocałować. Długi, cudowny pocałunek. Teraz! Bo zacznę krzyczeć!
Ale szofer – oponował dr Doll.
– Szofer, staruszek – paplała – staruszek, nic nie widzi, tylko kieruje. Ty jesteś młody, ty pocałujesz zaraz małą Almę. Inaczej zacznę krzyczeć!
I tak Dollowie wymienili pocałunek, długi pocałunek, który zdawał się nie mieć końca.

(…)
Wie pan co, panie Granzow – powiedział szofer gdy wieczorem odwoził swojego szefa do domu. – Ten gość, wie pan, on już ma swoje lata. Ale panie Granzow, jeśli on pisze tak jak całuje, to ja chyba zacznę czytać książki.

Na ostatnich kartach książki dr Doll spaceruje ulicami Berlina i zauważa jak piękny jest świat. Zauważa, że w czasie, który on spędzał w niebycie, ludzie dookoła żyli, pracowali, odbudowywali. Że życie może jeszcze być piękne, że będzie piękne. Nawet dla Niemców.

Biografia H. Fallady podaje, że po wojnie zapiekował się nim Johannes Becher, późniejszy minister kultury NRD.

Czytając ostatnie, promieniejące optymizmem, strony Nightmare in Berlin, nie mogłem oprzeć się gorzkiej refleksji – czyż Fallada nie zauważa, że bohater jego książki jest beneficjentem korupcji, że jego postępowanie nie różni się wiele od postępowania jego rodaków w okresie władzy nazistów?

Wolę pozostać przy jego powieściach.

P.S. Wspominałem o książce pisanej w szpitalu psychiatrycznym – spróbowałem i tego wątku.
Poniżej fragment kopii rękopisu…

Dla czytelników znających język niemiecki odcyfrowanie powyższego będzie niewątpliwie miłą rozrywką 🙂

Dla ułatwienia wspomnę, że Fallada sporą część książki napisał pismem Sütterlina. Był to krój pisma wprowadzony w Cesarstwie Niemieckim w 1911 roku – KLIK – a 30 lat później, w 1941 roku, zakazany.
Na dodatek Hans Fallada miał do dyspozycji tylko 92 kartki papieru, 184 strony. Pisał bardzo drobnym pismem, najpierw opowiadania dla dzieci. Gdy zapisał ostatnią stronę, przewrócił rękopis “do góry nogami” i pisał między wierszami.
Administracja szpitala nie zadała sobie wysiłku aby sprawdzać co tam napisano.
Nie dziwię się.

A co napisano? Oprócz fragmentów książki Pijak, również wydanej dopiero w 2009 roku, książkę – Im meinem Fremden Land. Angielski tytuł – A Stranger in my own Country.
Ze wstydem wyznam, że nie przeczytałem do końca tej książki. Za dużo rozpisywania się o wszelakich krzywdach doznanych ze strony postronnych osób. Krzywd, które w normalnych warunkach mogłyby być błache, ale gdy te osoby miały za sobą poparcie okrutnej i potężnej władzy, każda sprawa mogła skończyć się tragicznie.

Żeby jakoś wynagrodzić zadany czytelnikom trud, mam następującą propozycję: proszę odwiedzić Muzeum Hansa Fallady w Carwitz – KLIK.
Pojezierze Meklemburskie – spojrzałem na mapę, jakież to piękne okolice, a jakie nazwy miejscowości: Strelitz, Neustrelitz, Krakow am See – odwiedźcie i napiszcie!

Urlaubsbriefe / Listy z wakacji

Moin allerseits!

Was erwarten wir, zwei brave Helgoland-Reisende denn wohl, wenn wir zum x-ten Mal auf das sturmumtoste Eiland fahren?

Richtig: Eine Felskante, prall gefüllt mit Basstölpeln (Bilder 01 und 02), Trottellummen (Bild 03 – in der Bildmitte zwei Küken kurz vorm Lummensprung) und Möwen, die im Juni gefälligst mit ihrer Brut für Lärm sorgen.

Und jeder geneigte 7-Tage-Helgoländer weiß: Die viel bewunderten Sonnenuntergänge (Bilder 04 und 05) sind auch nicht zu verachten.

Ein glückliches Zusammentreffen ist es natürlich, wenn (Möwen-)Küken und Sonnenuntergang in einem Augenblick vereint sind (Bild 06).

Mit diesen sechs heftigst komprimierten Helgoland-Happen grüßen gewohnt fröhlich vom unerwartet warmen bis heißen Roten Felsen

Dagmar und Dieter

Hallo Wam Wszystkim!

Czego oczekuje człowiek, który po raz tysiąc siedemnasty udał się na wakacje na owianą wiatrami wyspę Helgoland?

O tak: spodziewamy się skalnej krawędzi, pełnej głuptaków (zdjęcia 01 i 02), nurzyków (zdjęcie 03 – pośrodku wylęgają się właśnie dwa pisklaki) i mew, które w czerwcu posiadają już potomstwo i dbają o odpowiednio hałaśliwą oprawę muzyczną.

Spodziewamy się też słynnych zachodów słońca (zdjęcia 04 i 05), które doprawdy są nie do pogardzenia.

Czasem szczęśliwy traf może zdarzyć, że trafi nam się i pisklę (mewy) i zachód słońca jednocześnie (zdjęcie 06).

Tak oto w sześciu skondensowanych kąskach przedstawiamy Wam Helgoland, przesyłając nadzwyczaj gorące życzenia z Czerwonej Skały.

Dagmar i Dieter

Reblog. Bardzo długi post.

Radek Wiśniewski

Ballada o dzielnych Czechach, Słowakach i jednym zdrajcy

“Odważnym wszystkim – pokłon niski, pogarda – dla kanalii”
(J.J.Kelus, “Jesień w pasiece”)

18 czerwca 1942 roku przed cerkwią św. Cyryla i Metodego kłębią się Niemcy w mundurach żandarmerii, policji i SS. Z częściowo zalanej wodą krypty wyciągnięte zostały zwłoki sześciu młodych ludzi w cywilnych ubraniach, siódmy z nich, ciężko ranny w walce, umiera nie odzyskawszy przytomności w sanitarce. Na miejscu jest dwóch wysokich funkcjonariuszy niemieckiego aparatu terroru w Pradze – Heinz Pannwitz, prowadzący śledztwo i Karl Hermann Frank, szef policji i SS w Protektoracie Czech i Moraw. Obok nich jest Czech, który identyfikuje zwłoki. To przyjaciel i towarzysz broni rannego, który umiera właśnie w sanitarce i sześciu, którzy wybrali samobójczą śmierć zamiast niewoli i tortur na Gestapo.

Tych sześciu to Adolf Opalka, Josef Bublik, Josef Gabčik, Jan Hruby, Josef Valčik i Jaroslav Svarč. Ten który umiera w sanitarce to Jan Kubis. Wszyscy są czeskimi cichociemnymi, dywersantami zrzuconymi na spadochronach z Anglii. Tak jak ten, który ich identyfikuje – Karel Čurda. Wyszkoleni w ośrodku treningowym SOE (Special Operations Executive) w Szkocji, zrzuceni w czasie kilku osobnych misji na terytorium Czech i Moraw w ramach operacji, których celem miało być przede wszystkim nawiązanie
i wzmocnienie ruchu oporu na miejscu, ale także wykonanie spektakularnych akcji bojowych. Rząd Czechosłowacji na wychodźstwie dramatycznie musi jakoś podbić swoje karty w rozgrywce wśród aliantów. Czuje, że nie są one mocne. Powszechna opinia jest taka, że Czesi nie stawiają oporu, a Słowacy w zasadzie kolaborują, albo na odwrót. Rzecz jest w tym, żeby zademonstrować wolę oporu w sposób, któremu nie da się zaprzeczyć.

Čurda został zrzucony w nocy z 27 na 28 marca 1942 roku w grupie Out Distance wraz z grupą Zinc. Spadochroniarze mieli między innymi przy pomocy radiolatarni naprowadzić alianckie bombowce na pracujące dla Niemców zakłady Skody w Pilznie. Zrzut odbył się poza planowanym miejscem, Adolf Opalka, dowódca grupy do której należał Čurda – odniósł obrażenia, a drugi towarzysz – Ivan Kolarik zgubił fałszywe dokumenty w które miał włożone zdjęcie swojej narzeczonej Milad Hrusakovej z dedykacją. Rozdzielili się, ustalili sposób spotkania, mieli sie umówić poprzez płatne ogłoszenie w prasie. Zostawili na miejscu ukrytą radiolatarnię. Niestety – desant został wykryty, radiolatarnia wpadła, Niemcy znaleźli też dokumenty Kolarika ze zdjęciem narzeczonej. On sam został osaczony 1 kwietnia i popełnił samobójstwo przegryzając kapsułkę z cyjankiem, aby nie narażać rodziny i współpracowników, gdyby nie wytrzymał w śledztwie.

Opalka i Čurda spotkali się w Pradze i mimo utraty radiolatarni próbowali wraz z członkami innych grup zrzuconych wcześniej naprowadzić alianckie bombowce przy pomocy sygnałów świetlnych – czyli ognisk – na owe zakłady Skody 25 kwietnia 1942 roku. Mimo ich wysiłków bomby nie trafiły w zakłady. Opalka przejął dowództwo nad wszystkimi ukrywającymi sie spadochroniarzami, jednak wkrótce rozwiązał grupę, w związku z tym, że kolejne zadania miała przejąć now ekipa skoczków o kryptonimie „Intransitive”. Čurda ukrywał się w Pradze a potem wyjechał do siostry i swojej dziewczyny, z którą (o czym nie wiedział) miał dziecko, do Kolina.

W tym czasie Valcik, Gabcik i Kubis pracowali nad przygotowaniem operacji, dla której zostali zrzuceni pod kryptonimem „Anthropoid” jeszcze w poprzednim roku. Chodziło o zamach na trzecią osobę w Rzeszy, ulubieńca Adolfa Hitlera, nadzorcę sławnych Einsatztruppen mordujących ludność cywilną, w szczególności Żydów na tyłach frontu, począwszy od 1939 roku szefa Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, organizatora konferencji w willi nad Wansee, jak chcą niektórzy, także pisemnego opracowania „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, wreszcie okrutnego Protektora Czech i Moraw – Reinharda Heydricha. Co ciekawe – nie było to tak trudne zadanie jak którykolwiek z zamachów organizowanych w późniejszym czasie przez grupy Armii Krajowej w Polsce, na przykład na szefa policji i SS dystryktu warszawskiego Franza Kutscherę. Niemcy czuli się w Pradze bezpiecznie. Heydrich poruszał się po mieście stałymi trasami, znany był jego rysopis, zwyczaje, miejsca pracy i zamieszkania. Woził go codziennie ten sam samochód z rejestracją „SS-3” co miało oznaczać, że czuje się trzeci w hierarchii nadludzi – zaraz po Heinrchu Himmlerze i Adolfie Hitlerze. Nie miał ochrony. Jeździł z szoferem, otwartym wozem.

Dla pełnej jasności – główne dowództwo SOE nie było w tym czasie entuzjastycznie nastawione do tego typu spektakularnych, acz skrytobójczych operacji, uważając, skądinąd słusznie, że na tym etapie wojny wywoła to trudne do przewidzenia represje i straty wśród ludności cywilnej. Ale rząd Czechosłowacji na wychodźstwie był innego zdania. Potrzebował sukcesu. Właśnie spektakularnego. Według wspomnień szefa czeskiego wywiadu Franciszka Moravca – w sprawę zamachu na Heydricha wtajemniczony był sam prezydent Czechosłowacji na uchodźstwie Beneš, podobno sam żegnał spadochroniarzy słowami „sbohem”. Rzeczywiście – idącym na taką akcję nic innego w zasadzie nie da się powiedzieć.

27 maja 1942 roku wszyscy trzej zamachowcy czekali w miejscu gdzie jadący z Heydrichem samochód musiał zwolnić na zakręcie drogi koło szpitala Bulovce. Gabčik i Kubiš mieli wykonać wyrok, Valčik miał im dać znak małym ręcznym lusterkiem, że jedzie Heydrich bo ze swoich pozycji na skrzyżowaniu ulic V Holešovičkách i Kirchmayerstrasse mogli nie zorientować się w porę. Heydrich się spóźnił, ale kilka minut. Valcik dał znak lusterkiem. Kiedy Mercedes mijał Gabčika, ten odsłonił płaszcz i wyjął spod niego brytyjski pistolet maszynowy STEN. Był tak blisko, że nie mógł chybić, gdyby tylko mógł strzelić, ale pistolet w tym momencie się zaciął. Heydrich zamiast nakazać szoferowi dodać gazu i ratować własną skórę, kazał się zatrzymać i sięgnął po pistolet w kaburze, żeby zabić zamachowca. Wtedy ubezpieczający Gabčika Jan Kubiš wyjął z aktówki przeciwpancerny granat, odbezpieczył i rzucił w stronę samochodu Heydricha.

Porzucony sten. Poniżej: auto z rejestracją SS-3

Granat nie zawiódł. Eksplozja jednak nie zabiła Protektora. Połamała mu żebra, a połamane żebra i odłamki uszkodziły nerki i śledzionę. Był w stanie jeszcze ruszyć w pościg za Gabčikiem, zanim siły go opuściły i przewrócił się na ziemię. Zamachowcy oddalili się z miejsca walki z przeświadczeniem, że zamach się nie udał. Bo w zasadzie tak było. Heydrich przeżył. Tyle, że rany były na tyle poważne, że bez antybiotyków zakażenie i to poważne było nie do uniknięcia. A tak się składa, że penicylina została już wynaleziona, ale Niemcy jej nie mieli w użyciu. 4 czerwca , czyli po ośmiu dniach od zamachu mimo operacji i desperackich prób ratunku – Reinhard Heydrich zmarł w wyniku ogólnego zakażenia. Jego pogrzeb odbył się z niezwykłą pompą
9 czerwca w Berlinie. W jego trakcie szef policji i SS dla Czech i Moraw – Karl Herman Frank przedstawił Hitlerowi plan systematycznych represji i zastraszenia Czech i Moraw, w tym pacyfikacji wsi Lidice oraz Leżaky. Hitler się zgodził i wyraził entuzjazm dla wszelkich działań sił policji i SS. Wiadomo, że Frank miał nadzieję na przejęcie schedy po Heydrichu i chciał się pokazać jako ewentualny godny następca. Niezłomny i hardy.

10 czerwca 1942 roku SS i policja zablokowały wieś Lidice na Morawach. Pretekstem miał być list jednego z mieszkańców do dziewczyny z Lidic sugerujący, że jest członkiem ruchu oporu i wie więcej niż wie. Wieś otoczono i na dziedzińcu jednego z zabudowań urządzono ścianę straceń okładając ściany stodoły materacami i siennikami. Przyprowadzano mieszkańców najpierw po pięciu a następnie po dziesięciu. Rozstrzelano 173 mężczyzn i chłopców powyżej 14 roku życia. Ze 105 dzieci poniżej tego wieku, 23 wybrano po licznych badaniach rasowych do zniemczenia w lebensraumach, a 82 wysłano 2 lipca 1942 roku do obozu zagłady Khulmhof nad Nerem i tego samego dnia zagazowano. 26 mieszkańców Lidic którzy z różnych względów nie byli owego 10 czerwca we wsi wyłapano i stracono 16 czerwca w Pradze. 184 kobiety z Lidic wysłano do obozu w Ravensbruck, z czego 53 nie przeżyły. Łącznie z 506 mieszkańców wsi Lidice zamordowano w różny sposób nie mniej niż 340 osób. Po wojnie odnaleziono tylko trzynaścioro z 23 dzieci zabranych do lebensraumów. Samą wieś zrównano z ziemią. Podobny los dwa tygodnie później spotkał mniejszą wioskę Leżaky i jej mieszkańców. Dzieci ze wsi Leżaky podobnie wysłano do zagazowanie w Khulmhof nad Nerem.

Tymczasem trzej zamachowcy ukryli się najpierw w domu pielęgniarki Marii Moravcovej, która była zaangażowana w ruch oporu, a jej syn Vlastimil pełnił funkcje łącznika. Zdawali sobie jednak sprawę, że narażają całą rodzinę na niebezpieczeństwo i zdecydowali się dołączyć do czterech kolegów z innych grup zrzutowych już ukrywających się w krypcie zboru św. Cyryla i Metodego w Pradze.

W tym samym czasie, wiedząc, że po zamachu na Heydricha rozpęta się piekło – Čurda opuścił swoją narzeczoną i dziecko, zmienił kilka kryjówek i ostatecznie zamelinował się w domu swojej matki w Novej Hlinie. Tutaj doszły go wieści o pacyfikacji Lidic i represjach na ludności cywilnej. Napisał wówczas, być może pod wpływem przerażających wieści, pierwszy anonimowy donos wskazując Gabčika i Kubiša jako sprawców zamachu, który wysłał na adres posterunku żandarmerii w Benešovie, w którym pisał m.in.:

„Przestańcie szukać sprawców zamachu na Heydricha. Przestańcie aresztować i zabijać niewinnych ludzi. Nie mogę tego już wytrzymać. Zamach z całą pewnością przygotowali i przeprowadzili Gabčík ze Słowacji i Jan Kubiš, którego brat jest właścicielem gospody na Morawach”

Donos trafił jednak na czeskich patriotów, którzy tylko zamarkowali wszczęcie śledztwa na papierze, ale nie przekazali od razu donosu dalej, do Gestapo, tworząc sobie tylko wygodne alibi, na wszelki wypadek. Tymczasem Čurda zorientował się, że jego donos nie zadziałał i 16 czerwca udał się osobiście pociągiem do Pragi prosto do siedziby praskiego Gestapo. Przekazano go od razu prowadzącemu śledztwo w sprawie zamachu Heinzowi Pannwitzowi. Jednak podobno tak potwornie się jąkał, że nikt nie rozumiał o co mu chodzi. Dopiero kiedy rozpoznał wśród dwudziestu innych aktówkę Josefa Gabčika, prowadzący śledztwo zorientowali się, że mają do czynienia z bardzo wartościowym źródłem informacji, w dodatku człowiekiem, który sypie sam, nie trzeba go zanadto zmiękczać torturami. Kiedy Čurda na jakimś etapie śledztwa nie chciał sypać wszystkiego i wszystkich, Gestapo aresztowało jego matkę i siostrę. Čurda sypał tak skutecznie, że jeszcze w nocy z 16 na 17 czerwca Niemcy pojawili się w mieszkaniu Marii Moravcovej. Ta zażyła na oczach męża i syna kapsułkę z cyjankiem potasu. W związku z tym w nocy torturom poddani zostali Alois i Vlastimil. Ten ostatni załamał się i, jak wierzył, za cenę ocalenia siebie i ojca wskazał miejsce ukrywania się czeskich i słowackich spadochroniarzy.

18 czerwca cerkiew świętego Cyryla i Metodego została otoczona przez około 800 policjantów, żołnierzy SS i żandarmów. Siedmiu czeskich żołnierzy broniło się kilka godzin. Najpierw w nawie głównej, a potem w krypcie. Do krypty nie zszedł ciężko ranny od odłamków granatów Jan Kubiš, który ostrzeliwał się z chóru erkaemem. Niemcy wzięli go do niewoli i zapakowali do sanitarki. Zmarł nie odzyskawszy przytomności. Nie natrafiłem na informacje o stratach Niemców. Wiadomo, że Čurda kilkukrotnie wyzwał kolegów do poddania się. Za każdym razem odpowiadali, że są żołnierzami czechosłowackich sił zbrojnych i nigdy się nie poddadzą. Niemcy próbowali zalać wnętrze krypty wodą, żeby zmusić obrońców do poddania się, a następnie wymusić torturami zeznania i rozbić całkowicie siatkę. Uwięzieni w podziemiach próbowali w ostatniej chwili wykuć przejście z krypt do kanałów, ostrzeliwali się z małego okna wychodzącego na zewnątrz ulicy, w końcu kiedy poziom wody podniósł się zbyt wysoko a amunicja uległa wyczerpaniu – wszyscy popełnili samobójstwo.

Ich zwłoki zidentyfikował były kolega, wydając tym samym wyroki na ich rodziny. Niezależnie od tego w odwecie 18 czerwca 1942 roku Niemcy stracili 115 czeskich zakładników w tym byłego premiera kadłubowego rządu Czech i Moraw, Aloisa Eliaša.

Zwłoki Jozefa Gabčika i Jana Kubiša oraz ich towarzyszy zostały pochowane w zbiorowym grobie na praskim cmentarzu Dablice. Głowy obu zamachowców, odcięte od reszty ciała były podobno zachowane w słoikach z formaldehydem w Praskim Instytucie Nauk Medycznych. 20 kwietnia 1945 roku, zgodnie z ustaleniami dziennikarskiego śledztwa BBC, w ostatnie urodziny Hitlera, zostały wysyłane w nieznanym kierunku razem z wyprawionymi czaszkami pozostałych spadochroniarzy osaczonych w cerkwi Cyryla i Metodego w Pradze.

Ocenia się że represje po zamachu na Heydricha dotknęły około 6 tysięcy osób, z których zginęło lub zmarło ponad trzy tysiące. Do końca roku 1942 aresztowano i zamordowano w KL Mathausen między innymi 262 członków rodzin skoczków spadochronowych, którzy zginęli w cerkwi Cyryla i Metodego. Mordowano wszystkich bez różnicowania płci i wieku. 24 października 1942 w KL Flossenburg zamordowano też Aloisa Moravca i jego syna Vlastimila. Po „heyderichiadzie”, jak ludzie Czech i Moraw nazywali falę represji po śmierci Heydricha – ruch oporu praktycznie utracił ledwo zawiązującą się spoistość. Z czasem okazało się, że bez komunistów wspieranych z Moskwy organizacja oporu na szerszą skalę jest w zasadzie niemożliwa.

Na cześć Heydricha akcję masowego mordu na Żydach w Generalnym Gubernatorstwie prowadzoną latem, jesienią i zimą 1942 roku Niemcy nazwali „Aktion Reinhard”. Zamordowano w jej trakcie nie mniej niż 2 miliony Żydów. Gdyby Heydrich przeżył, akcja nazywałaby sie zapewne inaczej i sam Heydrich by ja nadzorował. Bo lubił zabijać.

Gestapo okazało się słowne w stosunku do Karela Čurdy. Matka i siostra zostały zwolnione z aresztu, on sam otrzymał nagrodę w wysokości 500.000 reichsmarek czyli około miliona ówczesnych koron. Drugie pół miliona reichsmarek otrzymał Viliam Gerik. Karl Čurda nie ożenił się z matką swojego dziecka, ale z Niemką, Marią Bauer. Dostał nową tożsamość jako Karl Jerhot. Pracował do końca wojny jako agent-prowokator pobierając pensję w wysokości 30.000 koron miesięcznie, otrzymał też służbowe mieszkanie na Vinohradach w Pradze. Jeździł po Czechach i Morawach, podawał się za cichociemnego, prosił o pomoc różnych ludzi, po czym denuncjował do gestapo, tych, którzy w dobrej wierze udzielili mu schronienia. Identyfikował ciała swoich kolegów z kolejnych grup zrzucanych z Anglii i tym samym wydawał wyrok na ich rodziny, przyjaciół i bliskich. Podobno do końca wojny wierzył w Hitlera. Wpadł 5 maja 1945 roku w rejonie Pilzna, kiedy próbował przedostać się do amerykańskiej strefy okupacyjnej z dużą ilością pieniędzy.

Początkowo zwolniony 15 maja, bo nikt się nie zorientował kim tak naprawdę był zatrzymany Karl Jerhot. Dopiero 17 maja 1945 roku został aresztowany ponownie. Sądzony za wielokrotną zdradę i spowodowanie śmierci co najmniej 254 osób, wiedział, że nie uniknie stryczka. Zachowywał się wyzywająco, butnie, na pytanie, jak mógł zdradzić kolegów, miał odpowiedzieć sędziemu – ”zrobiłby Pan to samo za milion marek”. Został powieszony 29 kwietnia 1947 roku na dziedzińcu więzienia Pankrac w Pradze, dwanaście minut po innym zdrajcy spośród grona Czechosłowackich Cichociemnych, Viliamie Geriku.

Karl Čurda alias Karl Jerhot

W czasie wojny zrzucono nad Czechosłowacją 153 z wyszkolonych około 300 cichociemnych. Do końca wojny dożyło 53. Zdradziło 3. Przy czym, żeby zrozumieć, na co się decydowali, warto w tym miejscu zaznaczyć, że w Polsce Cichociemny był zrzucany “na placówkę”, miejsca zrzutu były oznaczone sygnalizatorami świetlnymi, najczęściej ogniskami, zrzutowisko było obstawione zbrojnie przez placówkę przyjmującą. Po wylądowaniu zrzutkowie z Anglii mieli opiekę tzw. „ciotek”, które uczyły ich krok po kroku przez kilka tygodni okupacyjnych realiów. Czescy i słowaccy komandosi nie mieli takiego wsparcia na ziemi, a zdarzało się, że zrzut w wyniku pomyłki załogi polskiej, kanadyjskiej lub brytyjskiej odbywał się nawet wiele kilometrów od planowanego miejsca. Zrzucano ich w zespołach po trzy osoby i mogli liczyć tylko na siebie. Nikt na nich na dole nie czekał, nikt nie oświetlał ogniskami strefy zrzutu, nikt ich nie wprowadzał w realia. Jeżeli przed załadunkiem nie dostali kartek żywnościowych (a tak się zdarzyło), jakie obowiązywały na terenie Protektoratu Czech i Moraw – to nie mieli jak kupić jedzenia, mimo iż posiadali znaczne sumy pieniędzy. Musieli sobie radzić. Znawcy spraw wojny podziemnej wytykali im, że nawiązywali zakazane w tym fachu kontakty z rodzinami, dziewczynami zostawionymi w kraju, co narażało ich oraz ich bliskich na śmierć. Ale jakie mieli wyjście, kiedy lądowali w śniegu 200 kilometrów od najbliższego lokalu konspiracyjnego, który i tak często okazywał się spalony?

Bardzo żałuję, że nie jestem w stanie trafić na żadną książkę traktująca całościowo o wysiłku i odwadze tych chłopaków. Myślę, że są warci książki w każdym języku świata. A już po polsku zwłaszcza.

Z braku książek – na tę historię trafiłem w wieku może 10 lat w archiwalnym już wówczas drugim numerze kultowego magazynu komiksowego “Relaks”; narysował ją Jan Saudek. Tak jak nie jestem entuzjastą sztuki komiksowej – tamta wryła się we mnie całymi planszami, dotarczając wciąż nowych informacji, gdy zbierałem materiały do tej notatki – wiem, że wszystko układa się nieodmiennie na planszach tamtej rysunkowej opowieści. Pewnie dlatego nigdy nie bawiły mnie polskie żarty o czeskim ruchu oporu.

Dzisiaj, 18 czerwca w rocznicę bohaterskiej śmierci Opalki, Hrubego, Valcika, Gabcika, Kubisa i Skoverca wspominam zeszłoroczne, październikowe pijaństwo w schronisku na Markowych Szczawinach na zboczu Babiej Góry z trzema Czechami – Stanislavem, Georgim i tym trzecim, którego imienia już nie pamiętam. Pamiętam, że na zewnątrz zamkniętego baru została pipa od pipa, od której ktoś nie odłączył kega i obficie z tej nieuwagi korzystaliśmy do późna w nocy. Śpiewaliśmy, a ja ryczałem co któreś piwo “Sto lat Josef Gabcik!”, “Chwała Jan Kubis!” a oni odpowiadali “Nech zyje Polskou Armia Krajowa”. Mieliśmy się świetnie i upiliśmy się do nieprzytomności i heroicznie. Jak bracia.

#nie_takie_latwe_zwyciestwo


PS od Adminki – wiele lat temu jako towarzyszka Margit Miosgi i Freyi Klier zajmowałam się zbieraniem materiałów na temat Polek, które poddano w KL Ravensbrück eksperymentom medycznym. Eksperymenty te zarządzono w odpowiedzi na zamach na Heindricha, po to by wypróbować sulfamidy, co do których medycyna niemiecka żywiła nadzieję, że potrafią przeciwdziałać gangrenie wytwarzającej się w zakażonych ranach. Obie dziennikarki wydały książkę pt. Króliczki z Ravensbrück.

Lato 2019. Codziennie jeden wiersz (22). Dobrzyńska

Nigdy nie ufaj słowom takim jak koniec…

Anna Dobrzyńska

Rys. Anna Dobrzyńska

Leciwi ludzie, na zdjęciach z młodości,
są jakby nie w pełni, jakby nie cali,
w pół-drogi, w pół-prawdzie,
w pół-wyrzeźbieni,
niedokończeni,
naszkicowani.
Dopiero teraz już jakby są – całkiem,
życiem zmierzeni, prawdą poznani,
od końca do końca,
stu-procentowi,
skontrastowani,
namalowani.

Na starość człowiek jest jakby – odkryty,
jakby odarty z tajemniczości,
zapowiedź jest faktem,
obawa – materią,
najwyższy stopień
rzeczywistości.

Lato 2019. Codziennie jeden wiersz (21). Kulikowska

Katarzyna Kulikowska

Samotność

Czarna pani przechadza się po pustych pokojach
Przegląda w lustrze wspomnień
Zrywa kartki z kalendarza jak zeschłe liście
I czeka

Przesiąkłam deszczem
Pełna wilgoci wypuszczam z ust strzały
Ukrywam się w kamieniu
Nie odczuwam nic
Nawet ognia Twojej obecności

Jedno spojrzenie
Jeden gest
Przezroczystość myśli
Embrion lęku wykluwa się
Powietrze gęstnieje

Będę milczeć
Nic nie powiem
Powiem nic
Będę niczym
Będę nic
Nie wykrzyczę tego że nie ma nic
Zawsze będzie szyba której nie chcesz zbić
I drgające znikające nic

Gdy patrzysz na mnie słonecznieję
Wplatam we włosy promienie
Przesypuję piasek przeznaczenia
I nie wiem

Połknęłam ciernisty krzak Twojej obojętności
Przekłułam sobie język i duszę
Słowa zarosły kolcami

Przez sekundę jestem
Przez tysiąc czasów nie istnieję
Wypełniam czas niepokojem jak żrącym kwasem
Palę kartki wspomnień


PS od Adminki: na tym kończę tymczasem letni cykl jednego wiersza, ale na życzenie możemy tę akcję powtórzyć w sierpniu. Czyli – proszę o przysyłanie wierszy.

Barataria 123. Miczura (reblog). Codziennie jeden wiersz (20). Gałczyński

PS czyli Pre Scriptum: Od dawna podejrzewałam, że koty i donkichoty to w gruncie rzeczy dwie strony baratarystyki.

We wpisie pojawiają się Don Kichot i kot, następuje też wyjaśnienie, kim byli tajemniczy magicy, Adamus i Rączka, ze sztuki (sztuczki) Gałczyńskiego Babcia i wnuczek, która jest ważnym elementem badań baratarystycznych, omawianym już w odcinku 85. Wiersz-prolog z Babci i wnuczka, dla porządku nr 20) – patrz TU.

Justyna Sobolewska

Miczura, Adamus i Rączka

Zespół filmowy Miczura był primaaprilisowym żartem Kornela Filipowicza, Tadeusza i Stanisława Różewiczów. Kornel z Tadeuszem pisali scenariusze, Stanisław reżyserował.

Pytałam znajomych zajmujących się kulturą o Miczurę, ale nikt nic nie słyszał. Historia filmu polskiego też raczej milczy o grupie twórczej Miczura – Film. Nie tak całkiem na szczęście, bo co pewien czas upominają się o nią filmoznawcy, m.in. Marek Hendrykowski, Piotr Śmiałowski, a ostatnio Adriana Prodeus. A Miczura miała na koncie dziesięć filmów, z czego przy powstawaniu pięciu uczestniczył pisarz Kornel Filipowicz. Ten zespół filmowy był primaaprilisowym żartem Filipowicza, Tadeusza i Stanisława Różewiczów. Kornel z Tadeuszem pisali scenariusze, Stanisław reżyserował. Żart miał ramy formalne i całkiem poważne przepustki osobowe, które zrobił własnoręcznie Kornel, podpisane przez Rączkę, czyli Różewicza, i Adamusa (von Tulczynskiego), czyli Filipowicza. Data wystawienia:
1 kwietnia 1958 roku. Grupa zawiązała się w Krakowie, na ulicy Lea w mieszkaniu Kornela. I to właśnie tam w ich spotkaniach uczestniczyła kotka Miczura, od której pochodzi nazwa grupy. Spotykali się w Gliwicach u Tadeusza, potem czasem w Warszawie u Stanisława albo na Lea w Krakowie – gdzie Kornel serwował kolegom kaszę ze zsiadłym mlekiem.

Zaczęło się od pracy nad scenariuszem „Trzech kobiet” (1957) na podstawie opowiadania Kornela. Celina, Helena i Maria – trzy więźniarki w różnym wieku po wyjściu z obozu próbują żyć razem i stworzyć wspólny dom. Filipowicz był bardzo krytyczny wobec swojego tekstu, ale Tadeusz uspokajał go w 1956 roku: „Jesteś zbyt surowy w stosunku do tego opowiadania – dużo w nim dobrego”. Film był zdaniem Piotra Śmiałowskiego wierny opowiadaniu Filipowicza: „Dominuje powściągliwy ton, a zdarzenia mają rys niepozorności: zdobycie mebli do mieszkania, słuchanie muzyki z gramofonu, szukanie spokoju po wojennej traumie. W zasadzie na ekranie rzadko coś się ewidentnie «dzieje», a przecież dzieje się bardzo dużo. Zupełnie jak w prozie Filipowicza, który właśnie poprzez unikanie niepotrzebnych dla akcji zdarzeń, potrafił przyjrzeć się temu, co naprawdę czuje jego bohater”. Odnajdywano w nim też wpływ prozy Tadeusza Borowskiego i chwalono debiutującą Annę Ciepielewską. „Wtedy z Tadeuszem przeszliśmy «szkołę podstawową pisania dla filmu»” – komentował Kornel początek współpracy w wywiadzie dla „Filmu” w roku 1963. Tadeusz Różewicz miał już wcześniejsze doświadczenia. W 1948 roku zaczął pracować nad scenariuszami. Pojawił się wtedy pomysł, żeby przyciągnąć literatów do polskiej kinematografii. W pierwszym scenariuszu o historii sztandaru posłużył się – jak pisała Adriana Prodeus w tekście „Daj się ponieść”, opublikowanym w tomie „Interpretacje” – poetyką kontrastu: ciszy i huku, błysku i ciemności, detalu i długich chwil milczenia. Jego brat współpracował z różnymi autorami, ale ciekawe efekty dawała mu właśnie współpraca z Tadeuszem. Mówiło się, że Stanisław Różewicz lubi teksty nieefektowne i właśnie na takiej podstawie robi dobre filmy. Być może „to, że Stanisław Różewicz dopracował się konsekwentnie swojego stylu, jest w jakimś stopniu zasługą nas trzech” – zastanawiał się Filipowicz.

Jak wyglądała praca Miczury, można się domyślać z pierwszych scen ich wspólnego filmu „Piekło i niebo” (1966), który zaczyna się właśnie od sceny pisania scenariusza. Reżyser przychodzi do mieszkania, w którym koledzy pracowali całą noc. Najpierw pyta gosposię, czy czytała: „E tam, ekspozycja za długa”. „A dialogi?” „Za dużo gadania. Takie to rozlazłe jakieś” – dodaje gosposia. Scenarzyści: Jacek Fedorowicz jako Tadeusz Różewicz i Jan Kobuszewski jako Kornel Filipowicz leżą w pokoju wśród stosu zgniecionych kartek, pustych butelek i filiżanek po kawie. Obudzeni protestują, że jak można scenariusz napisać w trzy dni, za tak małe pieniądze. „Za tysiąc dolarów podejmuję się napisać «Don Kichota» i «Fausta» – razem” – mówi Fedorowicz. „Pisanie scenariusza to samobójstwo dla rasowego pisarza” – dopowiada Kobuszewski. „Za małe pieniądze napisaliśmy mały scenariusz” – dodaje. Praca przyspiesza, kiedy dowiadują się, że pieniądze zostały już wysłane.

Pracę scenariuszową pisarze traktowali dość użytkowo. Tadeusz w listach podkreślał, że trzeba się mobilizować: „Pilnujmy tego, z czego żyjemy, czyli filmu”. Kornel, tak jak Kobuszewski w filmie, miał poczucie, że pisanie scenariusza ogranicza pisarza: „Praca dla filmu zawsze była połączona z rezygnacją – mówił pisarz w audycji radiowej. – Pisarz jest reżyserem, uruchamia wyobraźnię czytelnika, pisząc dla filmu, muszę wyrzec się tej roli. Ale ciągle wracam do filmu. Ideałem byłby reżyser, który sam pisałby tekst i go reżyserował”. Filipowicz narzekał, ale proces pisania był połączony z przyjemnościami – ze wspólnymi nasiadówkami przy piciu i jedzeniu: „Kornellupisze w roku 1956 Stanisław – zajechaliśmy szczęśliwie na Zygmunta Starego (adres Gliwicki Tadeusza), a więc serdelki, dorsz w sosie pomidorowym itp. T., jak twierdzi, ma idealną pustkę w głowie – a o mnie lepiej nie pisać. Tym niemniej myślimy (?) o tej komedii poważnie (?) i zjazd na Pieprzowej 16 bieżącego miesiąca aktualny. W celu pogłębienia warsztatu myślimy iść dziś do kinka”. „Praca z Tadeuszem i Kornelem to było gadanie o wszystkim: o tym, co się dzieje dookoła, o filmie, o literaturze, o malarstwie. Ja im właściwie kibicowałem. Upierałem się, że trzeba zrobić tzw. drabinkę, czyli ustalić przebieg dramaturgiczny filmu. Tadeusz i Kornel śmiali się ze mnie: «Jaką drabinkę? Po co ci drabinka?!»” – wspominał Stanisław w książce „Było, minęło”. Praca zazwyczaj szła jak po grudzie, zwłaszcza latem. Kornel wtedy w ogóle znikał na rybach i z pracy nici. Tadeusz pocieszał towarzystwo: „Ostatecznie nie możemy opuszczać rąk – mimo braku pewnych zdolności. Ja myślę jechać jutro na leśne kąpielisko, ale mina szefa nie wróży nic dobrego, więc milczę”(1958).

Bracia Różewiczowie wychowali się na włoskim neorealizmie. Czytali „Trzech towarzyszy” Remarque’a, dyskutowali o „Obywatelu Kanie” i „Aleksandrze Newskim”. Kornel cenił szczególnie Buñuela i Felliniego. Miał w zwyczaju pisać do Stanisława listy z uwagami po każdym jego filmie (podpisywał się von Tulczynsky). Listownie umawiali się na zjazdy: „Jak nie zaśpię, to wyjadę o bezsensownej godzinie 4, 0 % rano i przybędę do Warszawy o 9, czyli koło godziny 10 zjawię się na Złotej, gdzie mam nadzieję pozwolisz mi zdrzemnąć się do południa. Potem obiadek, drzemka, telewizja, kolacyjka, drzemka – i jakoś to będzie. Uściski – K.”. Stanisław we wspomnieniach przywołał scenę z pisania u niego na ulicy Złotej. Nie szło zupełnie, więc Kornel poszedł się zdrzemnąć. Po paru minutach zjawił się ponownie w hełmie pruskim z roku 1870 na głowie i z szablą w ręku. W tym rynsztunku zaszedł do kuchni i groźnie zapytał żonę Stanisława, Isię: „Wann wird das Mittagessen gegeben sein?” – czyli: „Kiedy będzie obiad?”. „Na obiad były leniwe, które Kornel lubił” – pisze Stanisław. Podczas kręcenia „Trzech kobiet” Kornel po raz pierwszy pojechał na plan filmowy do Paczkowa. Potem pracowali nad scenariuszem filmu „Hiena”.
Tadeusz w liście do Kornela: „
Stanisław robi «Pocztę», pisał mi, że «Hienę» robiłby jako następną rzecz – więc nie rezygnuje z tego. Nie pozostaje nam nic innego – jak w wolnym i uzgodnionym czasie posiedzieć nad tym zwierzęciem”.
„Hiena” w trakcie pracy zmieniła tytuł na „Miejsce na ziemi”
.

Zblazowany Różewicz i Filipowicz celujący do niego ze strzelby. Archiwum rodzinne.

Współpraca była zgodna, ale i burzliwa. Członkowie Miczury nadawali formalny kształt również swoim kłótniom i zerwaniom (w formie żartów) – pozostały ślady w korespondencji w sprawie zerwanej umowy.
Kornel pisze: „Z przyczyn ode mnie niezależnych jestem zmuszony zerwać umowę na nowelę pt. «Miłość prowincjonalna». Robotę przerywam i odkładam, i wyjeżdżam na ryby. O ewentualnym późniejszym podjęciu pracy przy w/w noweli członkowie Biura Filmowego Miczura – Film zostaną powiadomieni w odpowiednim czasie”.
Tadeusz odpowiada na ten list bardziej kwieciście i melodramatycznie:
Waszą kartę, w której zawiadamiacie, że «jesteście zmuszeni zerwać umowę na nowelę „Miłość prowincjonalna”» otrzymałem. Treść tej lapidarnej kartki poruszyła do głębi członków Biura Miczura – Film. Kol. Rączka oświadczył, że grozi to straszliwymi powikłaniami. Poeta Jan Józef Wincenty Bolesław Bąbel jest psychicznie załamany i chce zwrócić legitymację. Zaklinam na wszystko Waszą Ekscelencję, by raczył zmienić swoje usposobienie na naszą korzyść. PS Gdyby Wasza Ekscelencja nie zechciał mnie przyjąć w swym mieszkaniu, proszę o podanie miejsca i godziny, gdzie mój wysłannik mógłby wręczyć Waszej Wysokości przedni serbski tytoń fajkowy – zakupiony z myślą o Was. Jeszcze raz zapewniam Was o głębokim szacunku i pozostaję pogrążony w zadumie. Nędzny wyrobnik rodzenków do Waszego genialnego cista Tadeusz Rączka”.

Kiedy indziej Tadeusz sam korespondencyjnie żegnał się z resztą zespołu: „W związku z perfidnym wyeliminowaniem mojego wkładu (humor, inteligencja, tragizm) w «Miejscu na ziemi» zrywam współpracę. Niestety bez wyrazów szacunku T. Rączka”.

Kornel wbrew zapowiedziom jednak podjął pracę nad mikropowieścią „Miłość prowincjonalna” (która stała się finalnie „Romansem prowincjonalnym”), opowieścią o świetnej dziewczynie z prowincjonalnego miasteczka i warszawskim bufonowatym poecie. Pisał Tadeuszowi w trakcie pracy, że to szaleniec Turlej wyrasta na głównego bohatera. „Nic na to nie poradzę. Piszę codziennie po 1–2 strony, czasem nawet 3–4. Ale tu Wielkie RYBY, Brany, Płocie, Okonie i Kiełbie w głowie zamiast słów”.
Różewicz nie odpuszczał: „W grudniu chcę widzieć nowelę «Romans prowincjonalny» – która zostanie przeze mnie odpowiednio przystosowana, wypchana, poćwiartowana oraz nadziana truflami mego dowcipu, żółcią antypoetycką” .
Kornel: „Może nam się uda przesunąć cały «Romans» w stronę Turleja albo w jakąś inną, byleby ostrzejszą stronę, bo tak to flaki z olejem. Stanisław wzdycha w liście: Kiedyż zrobię film akcyjny?! Ale to nie o to chodzi. Trzeba mu dać tekst emocjonalny (emocjonujący), to będzie wszystko w porządku, nie trzeba akcji, tej, o której on myśli”.
Ich wspólny film na podstawie „Romansu” nie powstał nigdy. Dopiero w 1977 Filipowicz napisał scenariusz do filmu Krzysztofa Wierzbiańskiego.

Skoro istniał zespół filmowy, to powinien odnosić jakieś sukcesy. Kornel wziął to w swoje ręce i po filmie „Miejsce na ziemi” wręczył Stanisławowi monetę rosyjską: „W imieniu Miczura – Film Order Fiodora Iwanowicza Pierwszej Klasy”. Inną nagrodą przyznawaną przez Kornela był maleńki model kutra wystrugany przez niego z kory. Mieli też pomysł na nagrodę dla całego zespołu, pisał Różewicz do Kornela: Przekazanie dzwoniącego budzika powinno się odbyć na Lea albo na Zygmunta Starego. Jeśli inni wręczają sobie Oscary czy Złote Palmy, niechże nasz zespół ma choć dzwoniący budzik. A może rzucisz zupę z płucek?”

Premiera „Miejsca na ziemi” odbyła się w roku 1960: „Szykuj spodnie, koszulę, chustki do nosa, myj nogi – czeka Cię premiera” – pisze Tadeusz. A dalej dodaje, co u niego: „Ostatnie trzy dni u nas dymi z pieców. Wybieranie sadzy, wietrzenie mieszkania – uniemożliwiły mi czynności liryczne. Szlag na to wszystko. Jestem zadymiony i zniechęcony”.

Film został wyróżniony dyplomem hiszpańskiej szkoły filmowej na festiwalu w San Sebastian. „Miejsce na ziemi” miało kilka dobrych recenzji, nawet Maria Dąbrowska w „Dziennikach” pisała o nim dość ciepło: „Jest to film o «kluczowym» zagadnieniu młodego pokolenia: alienacja i poczucie bezsensu życia. Charakterystyczna oszczędność dialogu, który w ogóle w nowoczesnych filmach sprowadza się do półzdań i pojedynczych słów, co mi zresztą odpowiada” („Dzienniki 1960–1965”). Tempo akcji jest powolne, co tłumaczył Filipowicz w „Filmie”: „Charakterystyczne zwolnione tempo dziania się stosowaliśmy w niektórych sekwencjach filmowych od początku naszej współpracy. Byliśmy zdania, że człowiek współczesny zasługuje na to, aby zająć się bliżej jego samotnością, przyjrzeć się jego obcowaniu z rzeczami. Chodziło nam także o zahamowanie pośpiechu i, że się tak wyrażę, rozrzedzenie tłumu na ekranie. W żadnym jednak razie nie o całkowite wyobcowanie człowieka – co nam niekiedy dawniej wytykano”.

Kot Miczura pod zdjęciem Filipowicza

I bez wątpienia jest to jeden z najlepszych, jeśli nie ten najlepszy, ich wspólny film. Zaczyna się niemal tak samo jak jedno z późniejszych opowiadań Filipowicza „Pan X, czyli o subiektywizmie przeżyć”: „Pewien mój przyjaciel filozof jest zdania, że człowiek mieć może – w najlepszym razie – tylko bardzo niejasne pojęcie o tym, co przeżywa inny człowiek”. W filmie narrator z offu mówi w pierwszych scenach, że nie wiemy nic o ludziach, którzy mijają nas na ulicy, choćby o tym, co myśli ten chłopak – i tak poznajemy głównego bohatera Andrzeja, uciekiniera z poprawczaka, kogoś, kto nie chce nic dawać i nikomu niczego zawdzięczać. W tym filmie kontrastują ze sobą dwa światy: ciemne, nędzne kamienice i jasna przestrzeń morza oraz plaży. Wszystko obraca się przeciwko chłopakowi, ale on dochodzi do momentu, kiedy zaczyna mu na czymś w życiu zależeć. Świetnie pokazany jest tu też dramat ludzi, którzy wyszli z wojny z niczym, wszystko muszą na nowo sami stworzyć własnymi rękami i zadają sobie pytanie o sens tamtej walki. Uderza niewymuszona lekkość dialogów i rzeczywiście ten film kojarzy się z neorealizmem włoskim, przy czym nie odbiera też całkowicie nadziei.

Pomysł na kolejny scenariusz podsunęła im sprawa pewnej oszustki, która podawała się za medium i razem ze wspólnikiem wyłudzała pieniądze od ludzi – tak powstał film „Głos z tamtego świata”. „Materiał autentyczny był zbyt ubogi dla scenariusza. Film nie jest przecież faktomontażem. Zebraliśmy się we trójkę na «naradzie wojennej» – z Tadeuszem i Stanisławem Różewiczami – pomysł został obudowany kilkoma wątkami, połączonymi jedną, wspólną tezą, którą najogólniej można by tak wyrazić: człowiek w nieszczęściu, chorobie, starości, wobec śmierci – szuka pociechy, nadziei, gotów jest się karmić nawet iluzjami; potrzebuje tego” – mówił Filipowicz w „Filmie”. Stanisław wspominał , jak się dzielili pracą: Kornel pisał sceny ze Znachorem, którego grał Kazimierz Rudzki, i z jego ofiarą, bo lepiej czuł te postaci. Tadeusz – sceny z nawiedzoną Wiktorią, która mówiła głosem Göringa.

W listach widać, że Różewicz był nie do końca zadowolony ze scenariusza, z poprawek Filipowicza: „Rzeczywiście wyraziłem się ujemnie o materiale, który nadesłałeś, w pewnej chwili zrobiło to na mnie wrażenie wypracowania szkolnego”. Miał nadzieję, że Kornel poprawi jego błędy: „Ja byłem (jestem) w dość kiepskiej formie i myślałem, że Ty wzmocnisz te słabe miejsca, które ja zrobiłem, tymczasem okazało się, że nic! (…) ja uważam, że wyciągnęliśmy jakieś 50%–60% na przyzwoity poziom, a reszta jest puszczona”. Może jeszcze udało im się coś później poprawić – dość, że ten film otrzymał kilka nagród – Syrenkę Warszawską i nagrodę klubu krytyki SDP dla najlepszego filmu 1962 roku.

Tadeusz Różewicz bardzo przeżywał krytykę. Po pierwszym wspólnym filmie, czyli „Trzech kobietach”, pisał: „Kornel, a może temu kretynowi z «Filmu» jednak wytłumaczysz bodaj w liście do redakcji, że Helena nie «terroryzuje dwudziestu podpitych drabów», bo przecież tam nawet śmiech wybucha w pewnym momencie”.

Kornel raczej nie wdawał się w polemiki w prasie dotyczące ich filmów. Tekst Kazimierza Brandysa o „Miejscu na ziemi” rozwścieczył Różewicza: „Ten pan stworzony przez atmosferę «literatury warszawskiej» z wazeliny, mydła i papieru toaletowego warszawskim dowcipem zabrał się do naszego scenariusza. W dłuższej głupiej notatce (…) streścił nasz scenariusz. Może w formie listu do redakcji napiszesz mu coś rzeczowego?”

Stanisław Różewicz z bratem. Filipowicz z Różewiczem.

Najgorzej przyjęto ich wspólną komedię „Piekło i niebo”. Ten film-żart, w którym w piekle na wielkich rusztach obracają się na ogniu dyktatorzy, a w niebie pojawia się alkohol i kusząca bielizna, księża potraktowali zbyt poważnie – w przedsionkach kościołów pojawiło się ogłoszenie przestrzegające przed oglądaniem „Piekła i nieba”. Profesjonalni krytycy z kolei mówili, że to nie parodia „8 ½”, ale „nasze krajowe Cztery i ćwierć”. Miała być to „nieludzka komedia” bez wielkich pretensji, ot, zabawa oparta o powszechne wyobrażenia. „Chodzi nam po prostu o to – pisał Filipowicz w liście do Stanisława – aby pozwolić się ludziom pośmiać z produktów własnej wyobraźni, z diabłów, aniołów, i zobaczyć samych siebie w krzywym zwierciadle”. Film z plejadą znakomitych aktorów przypomina jednak studencką etiudę w papierowych dekoracjach, a dialogom brak lekkości „Miejsca na ziemi”. Członkowie „Miczury” marzyli o stworzeniu komedii, ale żarty przy pisaniu nie oznaczyły, że scenariusz zyska temperament komediowy.
Tadeusz: „Najstraszliwszą recenzję z «Piekła i nieba» mieliśmy w «Ekranie» – Alicji Lisieckiej – my obaj zostaliśmy skopani za scenariusz («właściwie to najgorszy scenariusz w dziejach filmu polskiego») – Alicja Lisiecka po prostu odsądziła nas od czci. Musisz to sobie koniecznie przeczytać. Duża rzecz (tym bardziej, że nakład «Ekranu» jest wielki)”.

Kolejny film zrobili już we dwóch – Stanisław z Kornelem, bez Tadeusza Różewicza, w roku 1972 „Szklaną kulę”. W 1970 Tadeusz pisał do Kornela, oficjalnie kończąc pracę scenarzysty: „Rączka do Adamusa, jako że w ostatnich latach porzuciłem niewdzięczne zatrudnienia przy scenariuszopisarstwie – uznany za najgorszego scenarzystę PRL w XXV-lecie i spędzam czas na czytaniu naszych gazet z lat 1956–1970 i czasem wyłowię wiadomość, która mną do głębi wstrząsa (…). Gonitwę mych myśli i pląsawicę daruj, Dobrodzieju, aliści ostatnie lata bardzo mnie na umyśle poturbowały i nie widzę już konieczności łączenia w całość zdań jednej epistoły. Błogosławię Cię na dalszą drogę życia, twój dawny wspólnik i bywszy kolega po piórze. Tadeusz Rączka”.

I tak zakończyła się działalność Miczury – Filmu. Kornel napisał jeszcze razem z Janem Rutkiewiczem scenariusz filmu telewizyjnego „Egzekucja w zoo” na podstawie swojego opowiadania. Ale nie lubił robić adaptacji własnej prozy: „Przerabianie powieści czy opowiadań, krajanie, siekanie ich na drobne – szkodzi literaturze, a dla filmu nie jest drogą rozwoju. Muszą powstawać oryginalne teksty pisane dla reżyserów”. Ciekawą adaptacją, dobrze oddającą ducha jego prozy, był „Dzień wielkiej ryby” (1996) Andrzeja Barańskiego, który napisał scenariusz na podstawie wielu opowiadań. Pozostało też kilka niezrealizowanych projektów samego Filipowicza: komedia „Główna wygrana”, „Ulica Północna” o powstaniu robotniczym w Łodzi w 1905 roku czy nieukończona „Ucieczka” – rozgrywająca się w obozie jenieckim. W spuściźnie odnalazł się też „Zachód słońca”, który powstał pod koniec życia pisarza, w latach 1988–1989, dla Stanisława Różewicza. O tym tekście pisał reżyser do Wojciecha Lipowskiego: „Sama historia jest trochę niezwykła, trochę ze snu, trochę z rzeczywistości – chciałem to nakręcić, ale producenci nie bardzo rzecz widzieli – odkładaliśmy…”. A rzecz dotyczy polskich lat 80., historii profesora biologa (sam Filipowicz był z wykształcenia biologiem). Dla Filipowicza praca przy filmach była częścią życia, tylko jedno marzenie związane z filmem się nie spełniło: „Miałem ochotę zagrać w filmie, na szczęście nie doszło do tego”.

Miczura była efemerydą, ale stworzyła choćby wyjątkowe „Miejsce na ziemi”, film należący do tradycji, której nie ma w polskim kinie. Oparty na subtelnościach i półcieniach, minimalistyczny. „Współcześnie, robiąc podobne filmy, reżyserzy powołują się na Roberta Bressona (…), który objawił się parę lat później niż Różewiczowie i bardzo przypadł obu braciom do gustu” – pisze Adriana Prodeus. Ten rodzaj opowiadania nie przyjął się. Maria Malatyńska tłumaczyła, dlaczego tak się stało: „W kraju, który często lubił rozpalać się temperamentem swoich twórców, ta twórczość zawsze była ostentacyjnie chłodna, świadomie skupiona i kontemplacyjna. Niektórzy pisali o niej, że jest «nierozgrzana». Ale łatwo można było zrozumieć, że jej chłód wypływa ze swoistego strachu przed łatwością wielkich emocji w sztuce. Stąd tak częste u Różewicza «trzymanie się konkretów», «rzeczy», «opisów prostych», aby nie wyglądało, że fabuła chce się narzucić, zmusić odbiorcę do własnych interpretacji”. Ten dystans pasuje też do twórczości Filipowicza, który dbał o to, by nigdy nie nadużywać emocji, natomiast pokazywać to, co dzieje się w człowieku. Nie miał wątpliwości, że to w literaturze, a nie w filmie, może powiedzieć więcej: „Słowo i obraz mijają w filmie. Że cały film w jakimś mechanicznym tempie mija.
I że końcowy rezultat odbioru filmu jest jakimś sumowaniem się tego, co już bezpowrotnie minęło, podczas gdy w literaturze, gdzie ma się do czynienia ze słowem pisanym, można się zawsze cofnąć – odwracając po prostu dwie czy pięćdziesiąt nawet stron”.

W literaturze interesowało go przede wszystkim poznawanie człowieka, odkrywanie kolejnych warstw: „Staram się zejść jeszcze głębiej w to, co jest w człowieku zakryte. Zamiast fabuły poszukuję motywów działań ludzkich”. I to udało się osiągnąć – innymi niż literackie środkami – w filmie „Miejsce na ziemi”. Ten chłopak z poprawczaka mógłby zejść z kart książek Alberta Camusa. Rzeczywiście w twórczości pisarza pojawiają się odniesienia do egzystencjalistów – pisze o tym Justyna Gorzkowicz w książce „W poszukiwaniu antagonisty”. „Miejsce na ziemi” wydaje się rodzajem odpowiedzi, polemiki z Camusem. Film pokazuje człowieka, który ponosząc kolejne porażki, decyduje się w końcu stawić opór bezwładności i absurdowi życia. W tle pojawia się postać jego matki, kobiety, która została przez życie pokonana. Andrzej idzie inną drogą. Nie wiemy, czy mu się to uda, ale ma szansę.

W „Miejscu na ziemi” można znaleźć to, czym zachwycano się w filmach światowych reżyserów: minimalizm, dystans, oszczędność środków wyrazu i historię buntownika – jednak ta boczna ścieżka polskiego filmu popadła w zapomnienie, a obaj pisarze wrócili do literatury. Zmarły w 1990 roku Kornel Filipowicz przeszedł przez czyściec literacki i dziś wraca – nie tylko jako partner Wisławy Szymborskiej, a wcześniej Marii Jaremy (właśnie wyszła biografia artystki), ale jako pisarz. Ukazały się już dwa wybory wznowionych opowiadań i nowe analizy jego twórczości. Teraz można pomarzyć, żeby tak samo wróciło kino Stanisława Różewicza. Również jako inspiracja. Miczura czeka na następców. Na razie machnęła ogonem i tyle ją widziano.

 

Lato 2019. Codziennie jeden wiersz (19). Szopa

Łukasz Szopa

work in progress 3, tom 2

Dopiero dal umożliwiła nam ponowną bliskość.
(Wiedzieliśmy z góry, że tak właśnie będzie.)
Dwa miasta, dwa domy, dwa życia.
Deszczu nigdy nie braliśmy na serio, nie miał żadnych szans.
Ciepło owija nas szybko, wiąże delikatnie i ostatecznie.
Błądzenie przez targ jest znajdowaniem siebie.
Szukamy starych miejsc, szukamy naszych miejsc.
Tworzymy nowe.
Pomagamy wzajemnie nieść brzemię drugiego.
Nawet cieniste błoto, bladoblond żwir,
Śmiejemy się razem jak nigdy dotąd.
Śmieję się z tobą tak dużo jak nigdy dotąd.
Rozmowa i milczenie zwarte we wreszcie rytmicznym tańcu,
jednak to słowa, które subtelnie lecz zdecydowanie prowadzą.
Przyjaźnią i śmiercią nie można się dzielić. Można rozumieć.
Czas jest jak ulubiona piżama – trochę dziurawy i łagodny.
Bierzemy sobie kilka chmur jako koce.
(Z materaców rezygnujemy)
Opowiadam ci o miłości do trzech kobiet.
Robię ci kawę, gdyż tu jesteś.
I gdyż samemu nie smakuje.
Jestem ci jednym bokiem,
wspieram cię od wewnątrz.
Dajesz mi wolność,
Dajesz mi przestrzeń,
dajesz mi ufność i luz.
Słońce łaskocze policzki,
Trawa przedramiona.
(Wybacz chrapanie potem,
niepasujące może do oddechu pociągu.
Ale było dobrze.)