Barataria 115 Tolo Szaleńczyk

Nie jestem z Olsztyna, podejrzewam więc, że tym co tu napiszę nadszargnę (acz niezbyt poważnie) uznaną lokalną świętość. Antoni Janowski występuje w olsztyńskim radiu jako Tolo Szaleńczyk, a teraz, jako onże, wydał książkę. Tę powyżej. Okładka zachęcająca, miła w dotyku, matowy karton, twarda, niebieska (mój ulubiony kolor), zabawna naklejka, a naklejki na okładkach to  wywoływacze łez nostalgii – kiedy to ja ostatni raz miałam w ręku książkę z naklejką na okładce? Leśmian,Klechdy sezamowe, Czytelnik 1954. No ale ostatni raz miałam ją w ręku w zeszłym roku, kiedy to czciłyśmy z Marysią Szewczyk prywatny Rok Leśmianowski.

Książka irytująca, niech mi pan Antoni Janowski vel Tolo Szaleńczyk vel Blady Koń vel BK wybaczy, bo z jednej strony super dowcip językowy, a z drugiej tyle tego dowcipu, że mdło. Z jednej strony doprawdy warte uwagi przemyślenia starszego pana na temat naszego (bom i ja stara, czego mi młody człowiek, który mi dał tę książkę do przeczytania, nie omieszka wypomnieć przy każdym chyba spotkaniu), a zatem “naszego” (że powtórzę, bo przerwa na dygresję była długa) “starostwa”, a z drugiej jest w tych miniaturowych opisach wiecznie ten sam ton starca młodziakiem podszytego, który to młodziak mu wieczną gębę przyprawia, a on starzec niby wyższy nad młodziaka, a jednak od niego niższy, i zależny, i niby to szczere do bólu, ale jednak nudnie powtarzalne, i na pokaz, żeby się kpy dziwowały i zazdrościły, bo one tak nie potrafią, a on tak, wyższy jest od sztucznej szczęki, prostaty i zmaz nocnych. I dwa, trzy, osiemnaście razy ten ton bawi i intryguje, ale po pięćdziesięciu trzech razach już tylko męczy i nuży, i już masz go dość, ale wciąż czytasz, no bo jakżeby takiej niegrubej książeczki ze śmiesznymi felietonikami do końca nie doczytać.

I co? I opłacało się. Zdania nie zmieniam, to co znakomite w felietonie cotygodniowym, radiowym, a więc słuchanym, a i to z przerwami, niech się na karty książki nie wspina, bo niby uznanie czytelnika wywoła, ale zaraz potem tą swoją nachalną czasową bliskością jednego tekstu po drugim zdrzaźni na maksa, no więc zatem mimo to i tak się opłacało! Bo skoro doczytałam do końca, to przeczytałam i rozdział przedostatni…

Cytuję, bo ten rozdział to baratarystyka (dział: Don Kichot w każdej książce), ale też cytuję, żeby czytelnik poczuł bluesa tych opowieści. Choć czy ja wiem, tu akurat znacznie mniej jest tych inteligentnych i nie dających się wytrzymać rymowanek jak rumianek, zaścianek, poranek i wjechał młody panek, by z dziecinną radością…

Blady Koń – pasażer

Będzie o czasie i o tyłku, który się zgoła bez reszty nie mieści, albo wcale nie wypełni.
O tyłku cierpiącym.

Blady Koń, pasażer przystanków-wiat, w których od dołu ciągnie i podwiewa i twardych siedzeń twardych autobusów, które ubijają kręgosłup na wybojach. Blady Koń – pasażer wysiadający, za każdym razem trochę mniejszy, bo ubity, i samej przyszłości nie widząc, widzący w niej siebie z zachodzącymi na kolana połami marynarki. Blady Koń, pasażer czterech i więcej pór roku w marynarce.
Blady Koń, w marynarce trzy palce nad kolana, wpatrzony w srebrny ślad ślimaka na tej, chyba najcierpliwszej z ziem, pomyślał: “Jeśli się coś rusza, to czas w nas. Nie siwieję jeszcze jak czekolada w upał, a mimo to robię się dla siebie samego niestrawny, choć niesyty.”
I jakby na przekór czasowi wybrał się do teatru popatrzeć na nieśmiertelnego Don Kichota.
Jednak słynny hidalgo okazał się mocno śmiertelny, choć jego kościstość żył jeszcze, głównie polegując i zapadając w odrętwienie.

Fotelikiem Konia szarpało i rzucało jak łupiną po morzu, gdy niejaka madame Obfitość z prawej, a jakby również z lewej, co i rusz to przeformowywała się gwałtownie, jakby tam dokonywała się tajemnica transformacji larwy. Jeśli wyskoczy motyl, będę klaskał – obiecał sobie Koń uroczyście, niczym podczas składania ślubowania czystości myśli.

Ponieważ ani razu nie zarżał sympatyczny Rosynant, ani nie rozkrzyczał się jak stara, nigdy nie oliwiona pompa, sympatyczny osioł Pansy – widocznie zdążyły zejść z naszego padołu w innych teatrach – Koń wywołał z pamięci obraz z dzieciństwa, taki jak go zapamiętała wyobraźnia na podstawie opisu naocznego świadka.

“Jadą obaj, nierozłączni w tej opowieści i w pamięci świata, różni tacy, że trudno o większą różność, nie do pomyślenia wszelako – Don bez Sancza, Sanczo bez Dona.
Don Kichot, chudy i długi, niczym tyka grochowa ku górze pnie się.
Sanczo Pansa, bulwiasty ziemniak, bruzdy się trzyma.
Don Kichot, srebrny kłos wybujały, wiatr kołysze nim, ale nie, nie złamie!
Sanczo Pansa, nać przyziemna, z pędrakami ledwie-ledwie pełznąca, nie popędzisz jej, nie przepędzisz!” (wg W. Woroszylskiego)

A zawsze wydawało mu się, że obfitemu, a zwłaszcza obfitej, jest wszędzie wygodnie. Bo chudy, gdy siada, musi uważać, żeby się nie uderzyć i nie narobić hałasu. On, gdy jest szczególnie przychylny sobie, na przykład w Święto Rozwiniętych Skrzydeł, siadając podkłada dłonie. Wtedy garbi się w wynikający sposób, maleje i wydaje się uprzedzenie skromny, nawet sobie: taki małomówny żuczek w spranym kołnierzyku, na postnych kartoflach, z podkulonym palcem w bucie.
Ani razu nie zmęłły szalone wiatraki, nie poruszył się choćby nikły zefirek czy jakiś anarchistyczny świetlik, ani inny owad gnuśny, tropem starohiszpańskiej śpiewki: “Od druha do druha włazi pluskwa do ucha”.
Według praw przyrodzonych wszelka wylewność, jeśli nie zada sobie popręgu gorsetu, czy choćby żakietu, powinna się wlać, wypełnić luki, niczym orzech skorupę, opaść i godnie dojrzewać jak dochodząca galareta, która zaciąga się przyprószonym kożuszkiem.
Choćby jakieś erotyczne słowo w fikuśnym bolerku, obnażony duch Dulcynei, Ofelii-panny czy Angeliny Jolie – kto wie, co się takiemu szlachcicowi lubi śnić.
Bo on to sobie odgniata. I nie daj Boże przy zakładaniu nogi na nogę wplątać pod nacisk jajeczka.
Czas piął się mozolnie według pana Miguela Cervantesa Saavedry, “jak słońce wspinające się uparcie po niebie jak biedronka po liściu”, a według znękanego ciała jeszcze wolniej, choć równie nieubłaganie jak pleśń po ścianie.
Wreszcie oklaski, wyzwalające oklaski. Bez udziału Konia, który wierny czystości myśli, w dłonie nie zabił, bojąc się spłoszyć motyla, co wypoczwarzając się, już-już ćwierć dupki wystawił. Duch pana Cervantesa, co był się nawet nachylił, na pewno widział więcej: “ćwierć i jeszcze pół ćwierci i ćwierci ćwierć i ponadto ćwierć”.
I nie była to dobra nowina, z którą pobiegnie zaraz misjonować sąsiadów.


Dziękuję, Autorowi. Dobry to tekst i z przyjemnością go tu zacytowałam.

Książka Tola Szaleńczyka została nominowana do nagrody literackiej Warmii i Mazur Wawrzyn. Głosować można TU.

Dziadek (reblog)


Sylwester Gołąb

na FB

Od wydania Nomady minął niemalże rok. W tym czasie nie miałem zbyt wiele okazji, żeby powiedzieć coś o książce. Do Polski z każdym rokiem też mam coraz dalej, więc i spotkań wokół książki nie było.
Powoli zaczynam myśleć o nowym tomie poetyckim i debiucie w prozie. Mam nadzieję, że jeżeli coś wydam, to zerwę się, choćby siłą z fiordów i zobaczę się z Wami w realu.

Wracając do Nomady, w wierszu otwierającym tom pojawia się postać Dziadka. Była to realna osoba, starszy człowiek pracujący na jednej z kopalń na Górnym Śląsku. Starszy
w moim mniemaniu, gdyż miałem wówczas naście lat. Mój kolega miał w zwyczaju prosić go o pieniądze na papierosy, podbiegał i recytował: dziadek, dziadek, daj na fajki! Po chwili dołączali do niego inni, również liczący na hojność Dziadka, który z pewnością nie poskąpi grosza na papierosy trzynastolatkom. Dziadek odebrał sobie życie, mój kolega kilka lat później, obaj w ten sam sposób. Ja napisałem o tym wiersz. W tym całym proszeniu
o pieniądze na papierosy była jakaś tajemnica, nawet nasza poszarzała rzeczywistość przechodziła na stronę sacrum.
O tym wierszu zawsze chciałem coś napisać, o innych nie napiszę nic, nie taka moja rola.

Dziadek

dzieci krzyczały
dziadek dziadek
daj na fajki połóż pod stópki
Najświętszej Panienki co to cię ma na uwadze
i cię nie opuści aż do chwili w której nam odmówisz
naprawdę
tak krzyczały dzieci potem szły na szabry
do gospodarzy co córki
wydają za woły a one nie rodzą Minotaurów
więc całość trzymała się za przyrodzenia i działy się cuda boskie
choć nigdy na świat nie przyszedł twój syn ni córka
dzieci krzyczały
dziadek dziadek
daj na fajki jesteśmy bez tła
i szarpią nas za szelki
połóż pod stópki Najświętszej Panienki
która ma cię w kajeciku i która macha na ciebie palcem
byś nie odmawiał nam pogrobowcom

Wiersze z Nomady nie zrodziły się z przypadku. Każdy z nich przewinął się przeze mnie
w rzeczywistości, dosyć niezrozumiałej, ale jednak rzeczywistości.

Tak czy inaczej, Magda przywiozła kilkanaście egzemplarzy do Norwegii. Nie widzę się jakoś w roli handlarza własnymi książkami, ale jakby ktoś chciał ją mieć, to zapraszam do kontaktu prywatnego (dla osób czytających ten tekst na blogu Ewy Marii – proszę napisać w komentarzu, że chciałoby się Nomadę na wymianę za jakąś inną książkę, oczywiście dobrze, jeśli własną; trzy pierwsze osoby dostaną książkę).

fot. Magdalena Rechlowicz

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 3

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Oho! Stop! Pstryk fotkę…


…i można jechać dalej. Snując refleksje, rzecz jasna.

Powiadają: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Bzdura wierutna i myślenie życzeniowe.
Nie wzmocni, tylko porani i odkształci. Ale żyć trzeba dalej, skoro nie zabiło.
I tylko zastanawiam się, co we mnie bardziej autentyczne. Ta pierwotna, arkadyjska naiwność przed? Czy zimny, stalowy realizm po? Nie pytam, co lepsze (bo oba diabła warte), tylko co precyzyjniej oddaje prawdę o mnie. Wichura – tak, ona była najprawdziwsza, ale przyszła z zewnątrz.

Ot, taka pseudogłębia pseudorozważań. Pseudointelektualisty na bicyklu. Pośrodku boru. Zresztą, byli już tacy, co podobne kwestie roztrząsali dużo wcześniej i znacznie bardziej dogłębnie. Inna sprawa, że z podobnie miernym skutkiem.

I mknę dalej przez las, pokrzepiony łykiem schadenfreude.

Ułaskawienie / Begnadigung

Tekst po polsku poniżej

Ewa Maria Slaska

Aus der Pressemappe des Festivals:

Kolski ist einer der profiliertesten Autorenfilmer Polens. Seine Spezialdisziplin sind kleine, auf den ersten Blick unspektakuläre, parabelhafte Geschichten, die sich in der Provinz abspielen und gelegentlich autobiografische Züge tragen – genau wie „Ułaskawienie“. Der Regisseur entführt uns nach Popielawy, wo er bei seinen Großeltern seine Kindheit verbrachte. Sie sind die Helden seines ungewöhnlichen Roadmovies.

Das eigenwillige Paar, das nicht wie füreinander geschaffen wirkt und doch unzertrennlich ist, hat gerade seinen Sohn verloren, der als sogenannter verfemter Soldat nach dem Zweiten Weltkrieg im Untergrund die Kommunisten bekämpfte und vom Geheimdienst erschossen wurde. Sie haben gegen alle Vernunft eine dramatische Entscheidung getroffen, ihn heimlich in den Hunderte Kilometer entfernten Karpaten beizusetzen. Eine kreuzgefährliche Reise durch das Nachkriegschaos beginnt, in der es nicht nur um Überleben und Ankommen geht, sondern auch um die Wahrung der menschlichen Würde in Zeiten, in denen ein Menschenleben nicht viel wert ist.

***

Osadzona w realiach powojennej Polski historia zmagających się z żałobą rodziców, wyruszających ze swoim synem w ostatnią podróż, opowiedziana z perspektywy ich wnuka Jana. Syn Hanny i Jakuba, żołnierz AK Wacław „Odrowąż” Szewczyk, zostaje jesienią 1946 roku zastrzelony przez UB. Po serii upokorzeń doznanych ze strony nowej władzy, bezczeszczącej zwłoki ich dziecka, Hanna i Jakub postanawiają zapewnić synowi godny pochówek w oddalonej o 500 km Kalwarii Pacławskiej. Podróż rodziców przez wciąż pogrążoną w powojennym koszmarze Polskę staje się metaforyczną wyprawą w głąb ludzkiej duszy i próbą stworzenia na nowo definicji człowieczeństwa w świecie, w którym sąsiedzi zwracają się przeciwko sobie, a nieoczekiwanym sojusznikiem może stać się dotychczasowy wróg.

Polnischer Titel: Ułaskawienie
Deutscher Titel: Begnadigung
Produktionsjahr: 2018
Dauer: 01:40:00

Regie: Jan Jakub Kolski
Drehbuch: Jan Jakub Kolski
Kamera: Julian A. Ch. Kernbach, Jan Jakub Kolski
Darsteller: Grażyna Błęcka-Kolska, Jan Jankowski, Michał Kaleta
Musik: Dariusz Górniok

Zacznę może od informacji podstawowej, bo potem może umknie. Piękny film. Piękne krajobrazy, piękna praca kamery.

Polski film drogi. Tak w kuluarach festiwalu mówiło się o tym filmie. Przede wszystkim jednak “mówiło się” o prywatnych sprawach reżysera i jego byłej żony, która jest również główną aktorką w tym filmie, Jana Jakuba Kolskiego i Grażyny Błęckiej-Kolskiej, którzy kilka lat temu stracili córkę w wypadku samochodowym, oraz o chorobie głównego aktora, Krzysztofa Głobisza, grającego drugoplanową rolę chorego zakonnika. To rola, kolejna już w polskim teatrze i filmie, napisana specjalnie dla niego. W lipcu 2014 aktor doznał udaru mózgu. Po wielomiesięcznym leczeniu, w grudniu 2015 pojawił się w krakowskim Teatrze STU na krótkim, symbolicznym występie w “Hamlecie” jako król Klaudiusz. Od grudnia 2016, pomimo skutków udaru, gra główną rolę w napisanym z myślą o nim spektaklu Mateusza Pakuły “Wieloryb The Globe” wystawionym już w kilku teatrach w Polsce.

Rodzinna tragedia Kolskiego i jego, dziś już byłej żony, Grażyny Błęckiej, odcisnęła niezatarte piętno na nowym filmie Kolskiego, powodując, że jest w nim mniej tego dawnego Kolskiego, opiewającego piękną polską prowincję i że pojawia się tu dramatyczna nuta, tragiczne wątki, nie podmalowane, jak przedtem zawsze – ironicznym autodystansem. Opowiadając historię swoich dziadków, Kolski poniechał dotychczasowej franciszkańskiej wręcz pogody ducha i zarzucił gombrowiczowską groteskę. Jest boleśnie i żarliwie prawdziwie ludzki.

Piszę o tym, bo w Polsce wszyscy o tym wiedzą, wszyscy wiedzą, że to matka prowadziła samochód, i że to, co się zdarzyło odcisnęło piętno i na filmie, i na niej jako aktorce, i na Kolskim jako autorze scenariusza i reżyserze. W filmie cały czas tkwi pod powierzchnią nieme, raz tylko głośno wyrażone, a i to w kłótni, oskarżenie o winę rodziców za śmierć dziecka… To okrutne, i w filmie, i w życiu i w tym, co piszę. Jednak młody człowiek z Instytutu Polskiego, który wprowadzał nas, polskich i niemieckich widzów w Berlinie, w to, co mamy czy możemy myśleć o tym filmie, powiedział, że w Polsce wszyscy to wiedzą, wszyscy wiedzą, że to prywatna rodzinna tragedia Kolskich została przepracowana w Ułaskawieniu. Bo o to właśnie chodzi, o ułaskawienie, o zdjęcie z barków ciężaru winy, nawet jeśli niezawinionej. Tak niezawinionej jak niezawiniona jest wina człowieka w greckiej tragedii. Urodziłeś się, jesteś więc winny.

Zdjęcia Łukasz Bąk

Kolejne recenzje za kilka dni. Festiwal wczoraj się skończył, nie ma więc gorączkowego pośpiechu festiwalowej nocy.  W przyszłym tygodniu jeszcze wrócę do tych filmów, bo “dały mi do myślenia”.

Barataria Jagielskiego (114)

Tibor Jagielski

szachy z koźlej skóry:

pionki – wiatraki
pan kiszot – król
sanczo – królewna
goniec – byk
skoczek – koza
wieża – wieża

wie g., genau stuhr, von maschinen umgeben, aber doofer (selbstmedikamention);
als strafe dafür tingelttangelt er jetzt zwischen krankenhaus und zu in ein schlachtfeld umgewandelten wohnung (3 gehstöcke, zwei rolators, mehrere pc, auch ein smartphone, geladen und bereit)
die sanitäter trugen ihn wieder rein (der einer war bärtig, der andere haarlos)
und setzen ihn auf der couch und verschwanden schleunigst
sein katheterbeutel war übervoll und aus seinen mund floss gelblicher speichel
– jezus! – sagte ich mir tief in inneren – warum?
und dann  fiel mir ein, zu den sänitätern,
dass der bärtige lächelte und der kahle misgrämig war.

Kot, tulipany i dwie panny

Zaczęło się od tego zdjęcia:

To mój stół wielkanocny. Kot siedzi na krześle pod stołem i czai się, żebym się obróciła,
a on (ona) wtedy wskoczy na stół i dopadnie białych papuzich tulipanów.

Okazało się, że… Zresztą czytajcie.

Dziś Wielkanoc prawosławna, jest to więc nadal wpis świąteczny z cyklu o wyższości świąt Wielkiejnocy… I najserdeczniejsze życzenia świąteczne.

Maria Szewczyk

Jej brat ożenił się z moją siostrą. A może byśmy się tak pobrali? – zapytał między jednym
a drugim robrem brydża w sanatorium, gdzie grali we trójkę „z dziadkiem”, bo czwarty do brydża właśnie zmarł. – Potem, to już będziemy całkiem starzy i chorzy, i kto nas będzie chciał? Moja siostra chciała. Po powstaniu i powrocie z obozu tułała się po obcych kątach
i właśnie po stalinowskiej przerwie skończyła medycynę zaczętą jeszcze na tajnych kompletach w czasie okupacji. Teraz będzie nareszcie miała swój kąt, męża… i jego siostrę. No więc jadę na ich ślub autostopem z wakacji z Mazur do miasteczka S. na Pomorzu Zachodnim przez pół Polski, z nocowaniem po drodze w stodole u sołtysa na sianie.
W podwórzu, przy poniemieckiej zszarzałej willi, pompuje wodę ze studni kulawy mężczyna „z plerezą” czarnych włosów i szerokim uśmiechem, istny Mastroianni z Wołkowyska. Pan młody! Pół miasteczka S., prawie wszyscy tam „ź Wilna”.
Ich ślubu ani wesela nie pamiętam, poza radosnym śmiechem, opowieściami i otwartą serdecznością jego przyjaciół Wilniuków. Wieczorem jego siostra woła mnie konspiracyjnie do pokoju, otwiera ciężki dębowy kredens, pokazuje schowaną „większą połowę” tortu, mówiąc: my jutro wychodzimy do pracy, ale ty sobie weź kawałek.
– Jak nie zapomnę, to wezmę.
Na to ona z ogromnym zdumieniem w głosie: – I ty mogłabyś zapomnieć o torcie??? Następnego dnia po przyjściu z pracy otworzyła kredens i wymruczała zawiedziona:
– Jednak nie zapomniała?! Faktycznie, zjadłam kawałek, jak mogłabym po takim pytaniu zapomnieć?

Po latach napisała kronikę swojej rodziny, w której sama o tym nie wspomina, każdy ma inny raster pamięci, bo pisze w skrócie tak: „Ślub i uczta weselna były skromne, ale wzruszające… Natomiast pamiętam pyszny tort, który nie wychodził mi z głowy przez cały następny dzień w pracy. Czy jeszcze coś dla mnie zostanie. Zostało w całości, czemu nie mogłam się nadziwić. Okazało się, że ja jedna z rodziny mam taką słabość do słodyczy”.

Natomiast ja całkowicie, jakby powiedział Freud, wyparłam z pamięci inny epizod, dla niej traumatyczny, który wspomina tak: „ Na Wielkanoc przyjechała Marysia (tzn.ja, MS). Przeniosłam się na kanapę, gościowi ustępując wygodny tapczan. W Wielką Sobotę Basia (moja siostra, a jej bratowa, MS) w pracy dostała od kogoś kilka sadzonek tulipanów (tulipan w doniczce to była wtedy rzadkość, MS). Zaraz po ustawieniu przy kuchennym oknie, najbardziej słonecznym, dopadł do nich kot i kilka pędów zżarł. Basia wymierzyła sprawiedliwość (taki eufemizm: kot dostał za swoje, MS) i nas poprosiła, żeby uważać na kwiatki i kota. Wieczorem nakazała mi spać przy zamkniętych drzwiach, a kota przydzieliła Marysi, żeby spał z nią. W nocy jak przez mgłę widziałam Marysię, która otworzyła drzwi, wrzuciła kota, zamknęła drzwi, oczywiście, skoro miały być zamknięte! Zasnęłam natychmiast twardym snem. Rano do kuchni zajrzała Basia. I w krzyk! Na parapecie siedział kot, czyścioszek, mył zadowolony pyszczek, a po kwiatach ani śladu”…

„Eta była dawno”, jak śpiewała Żanna Biczewska. Czasy były twarde, dlaczego nikt nie płakał nad kotem? I nikt go o zdrowie nie pytał? Jak kilka dni temu u Ewy na FB przeczytałam, że i jej kot wcina tulipany na wielkanocnym stole, pomyślałam, że może to potajemna namiętność kotów, koci narkotyk, jak waleriana, po kropli której, jeśli spadła na podłogę, kot rzucał się w to miejsce i wylizywał je do białości. Ponieważ nikt, łącznie z Ewą, nie był w stanie wyjaśnić tej kwestii, wyruszyłam na poszukiwania i, zgodnie z zasadą „Czego nie wiecie, szukajcie w internecie!”, pod hasłem „kot zjadł tulipany” znalazłam setki stron, forów dyskusyjnych, dobrych rad i zaleceń i drżeń o zdrowie i życie kota. Tu choć kilka z nich:

– Jeśli w twoim domu mieszka kot, to dbając o jego zdrowie i życie, powinieneś zrobić uważny przegląd hodowanych roślinek. Teza o tym, że kot nie zje tego, co mogłoby mu zaszkodzić, nie jest wcale prawdziwa… Szczególnie narażone na toksyny są małe kotki.

– By ustrzec się kłopotów, najlepiej usunąć z domu wszystkie rośliny trujące dla kota!

I tu następują długie listy roślinnych trucizn. Oczywiście są wśród nich i tulipany, choć na innych stronach, chyba na miau.pl, i w sprzecznych komentarzach znajdziesz zdanie, że kwiaty tulipanów – nie, natomiast liście, jak najbardziej. Powiało zewsząd grozą, zwłaszcze że w litaniach roślin dekoracyjnych, doniczkowych, ogrodowych i dziko rosnących znajdziesz też szalej jadowity – Cicuta virosa, który nawet takiego mędrca jak Sokrates, doprowadził do śmierci, skazano go przecież na wypicie cykuty.

No i jeszcze parę komentarzy:

– To co można posadzić na balkonie, jakie rośliny domowe są nieszkodliwe?

– Wszystkie pozostałe 🙂

– No niewiele tego zostało.

– Nie ma na liście, ale się upewnię: mieczyk nie jest szkodliwy? A pytanie numer dwa: moje koty namiętnie obgryzają melisę, czy ma ona na nie również działanie uspokajające?

– Mój 18-letni kotek pił wodę spod melisy.

– Mam wrażenie, że te wasze koty są mądrzejsze od właścicieli!

– Mój kot zatruł się lobelią… Jest aktualnie u weterynarza… Trzymajcie wszyscy kciuki 😭❤
– Może ktoś podałby listę roślin bezpiecznych dla kociaków?

I tym rozsądnym apelem kończę, nadal, po tylu latach, nie wiedząc, co kota tak bardzo ciągnie do tulipanów! Może to się wyjaśni do następnych Świąt?


Dzisiejsze zdjęcie kota i tulipanów:

Z blogu jak udusić kurę: 26 kwietnia

Ewa Maria Slaska

Bardzo długi wstęp

Przez rok od czerwca 2010 do czerwca 2011 prowadziłam bloga o wdzięcznej nazwie Jak udusić kurę, czyli co każda Panna po 30 powinna wiedzieć, a dziwnym trafem nie wie.
W skrócie –
Kura. Po roku Kura przekształciła się Qrę a potem w Altanę, ale ja coraz mniej miałam do czynienia z zawartością tych blogów. W grudniu 2012 roku zaczęłam prowadzić tego bloga, w którym od czasu do czasu publikują też autorki Kury (i Autor, ale o nim zaraz). Kurę prowadziłam z siostrą i dwoma kuzynkami oraz kilkoma przyjaciółkami, po jakimś czasie dołączyła do nas jeszcze Ciotuchna, a potem objawił się jeszcze Autor i, nie zrażony samotnością mężczyzny wśród kur, przetrwał z nami Kurę, Qrę i Altanę, i jest (czasem częściej czasem rzadziej) wierną podporą tutejszego Salonu Odrzuconych (ewamaria.blog, dawniej: ewamaria2013). W skrócie nazywałyśmy siebie Pannami (ja byłam ewentualnie Panną Prymarną), on zaś przybrał, w przypomnieniu Tajemniczego ogrodu, wdzięczne miano Panicza. Owe trzy kobieco nazwane i prowadzone blogi funkcjonowały na blox.pl czyli portalu blogowym Angory, która teraz, nagle (i z naszego punktu widzenia – bez dania racji) postanowiła nam wszystkim uciąć nasze kurze łebki.
29 kwietnia
blox przestanie istnieć i jeden wielki Administrator raczy wiedzieć, w jakich odmętach wirtualnej rzeki świata znikną nasze teksty. Bądź nie znikną. Może być i tak. Nie wiemy. Na wszelki wypadek “Panicz” uratował zapisy edytorskie naszych wpisów, a ja postaram się – przy okazji lub bez niej – umieścić je tu, opatrując je ewentualnie własnym komentarzem.

Robię to po pierwsze dlatego że pisałyśmy (pisaliśmy) tam dobre i ciekawe rzeczy, które teraz hurtem stały się zbiorem tekstów wyrzuconych bez pardonu za burtę i jako takie mają prawo, po osuszeniu, do publikacji w salonie Ewy Marii. Po drugie jednak publikuję tu te teksty w przypomnieniu wesołego roku, jaki spędziłyśmy (spędziliśmy), redagując wpisy do Kury. Myślę że żaden z następnych blogów nie dał nam takiej niewinnej i nieskażonej radości, jak Kura. A ponieważ od czasów Kury minęło sporo lat, pamięć o niej spowija jeszcze mgiełka nostalgii

Miałyśmy jako autorki (i autorzy) pseudonimy. Każdy wpis zawierał przepis kulinarny (powstała też książka kucharska Kury) i zagadkę. Gdy dotychczas przenosiłam jakieś wpisy z Kury do Salonu, usuwałam kulinaria i zagadki, dopasowując kurze piórka do powagi, z jaką kurze przychodzi stąpać po wyfroterowanych posadzkach salonu. Teraz jednak, w ramach szeroko zakrojonej akcji ratunkowej, będę zostawiała wszystko tak, jak było.

Zaczynamy.

Dziś publikuję tu po prostu to, co 9 lat temu ukazało się 26 kwietnia na Kurze.

Kanadyjka

czwartek, 26 kwietnia 2012

O miodzie i smutasach

Czytając wpis Panny Prymarnej o pszczółkach, miodzie i „smoothies” stwierdziłam, że nie zmieszczę się w zwykłym komentarzu, tylko muszę napisać osobny wpis.

Najpierw o miodzie. Wiele lat temu szef firmy, w której pracowałam, miał niewielką farmę a na niej ule. No i na jesieni odbywało się u niego tradycyjne zbieranie miodu. Uczestniczyliśmy w tym rytuale kilka razy. Jak docieraliśmy na farmę, ramki były już wyjęte z uli i czekały na odwirowanie. Nad beczką zamocowana była ręczna wirówka, w którą wkładało się ramkę i kręciło korbką. Ciężka to była robota, ale bardzo satysfakcjonująca.

Powietrze przesycone było pyłem miodowym, wszystko się kleiło, wdychaliśmy ten miód po prostu całym ciałem. Odwirowany miód wlewało się do dużej kadzi. Ale nie bezpośrednio, tylko przez wielowarstwowy muślin, który filtrował wszelkie zanieczyszczenia. Ale co jakiś czas ten muślin się kompletnie zatykał i wtedy następowało najfajniejsza część procedury. Jedna osoba zbierała brzegi muślinu i trzymała wielki worek wypełniony miodem nad kadzią, a reszta rękami wyciskała z tego worka miód. No a potem następowało zlizywanie miodu z rąk (co na zdjęciu właśnie robi nasza córka Ewa). Pycha! Potem jeszcze było nalewanie miodu do słoiczków i przyklejanie nalepek.

Nasze dziewczynki uwielbiały te wyprawy i pomagały dzielnie na wszystkich etapach.

A teraz o „smoothies”, czyli jak je nazywa mój mąż, smutasach. Zaczęto je robić, jako napoje orzeźwiające na plażach Kalifornii. Początkowo były to koktajle z bananów, truskawek i soku pomarańczowego, z dodatkiem lodu. Stopniowo asortyment owoców i jarzyn używanych w smutasach bardzo się powiększył. Można je w zasadzie robić z każdej kombinacji owocowo-warzywnej, z produktów świeżych lub mrożonych. I dodawać mleko, jogurt, lód, soję, miód, a także płatki owsiane, pestki słonecznika itp. Możliwości są nieograniczone. Mam przed sobą książkę z 160 przepisami na smutasy. Podaję tu kilka żeby zilustrować różne warianty tego wspaniałego napoju. A dalej to już panny eksperymentujcie same. Najwyżej, jeżeli wyprodukujecie coś niejadalnego (a właściwie nie pijalnego), to zawsze można to wylać i zacząć eksperymenty od nowa.

Smutas morelowy

sok z 2 limonek
sok z 3 pomarańczy
4 dojrzałe wypestkowane morele (myślę, że brzoskwinie też się nadadzą)
listki świeżej melisy

Smutas śliwkowy

½ kg czerwonych śliwek
3 łyżki miodu
łyżeczka świeżego tymianku (najlepiej cytrynowego)
drobny lód

Smutas malinowy z płatkami owsianymi

Półtorej łyżeczki płatków owsianych zalać ½ szklanką gorącej wody i zostawić na 10 minut.
Zmiksować ze szklanką malin, 2 łyżeczkami miodu i 3 łyżkami jogurtu.

Zielony diabeł

miąższ z 1 awokado
½ ogórka obranego ze skórki i pokrojonego w kawałki
2 łyżki soku cytrynowego
2 łyżki soki z limonek
2 łyżeczki cukru pudru
szczypta soli
1 szklanka soku jabłkowego lub wody mineralnej
2 łyżeczki sosu chili (słodkiego)
kostki lodu


Początkowo nie miałam pomysłu na zagadkę, ale jednak coś znalazłam … o niedźwiadkach. Autor poniższego fragmentu był już cytowany na Kurze, więc myślę, że zgadniecie Panny bez problemu.

Nie za mojej pamięci były dwa niedźwiadki. Te potrafiły kurom piasek sypać, aż gdy kokoszki zbliżyły się, zabijały je łapą – bac! – z ukontentowaniem. Sadownicy przylatywali z wrzaskiem: jeden niedźwiedź na jabłoni siedział i trząsł, a drugi jabłka zbierał i ryczał na Ż., po czym zgodnie szły trząść następne drzewko. Kucharza raz mało szlag nie trafił: wyszedł na chwilę z kuchni, a wróciwszy- zastał Misia mieszającego rozrobione ciasto, do którego sam wlał hładysz śmietany. (…). Przemyślni misiutkowie z zamiłowaniem uprawiali polowanie na pastuchów: wyczekawszy w krzakach, aż ci nakładą kartofli do ogniska i powyjmują z toreb chleb i ser, wypadali z rykiem wielkim i z zadowolonym mruczeniem zasiadali do śniadania.

„Szczenięce lata” Melchiora Wańkowicza. Rozwiązała wczesnym rankiem Żona. Oburzona.

Drogi Przyjacielu

Anna Dobrzyńska

Drogi przyjacielu,

Nie trap zbyt wiele się trudami życia,

Ze mną wszak tyle masz dróg do przebycia.

(…)

Zawsze rozumiem Twoje potrzeby,

I nie oceniam nigdy Twych pragnień,

Pomagam Ci spełniać Twoje marzenia,

Jak Ty nie lubię tego co marne.


W Tobie pokładam mą troskę, nadzieję,

I wierzę w Ciebie, gdy inni nie wierzą,

Pomocną dłoń daję, pocieszam, ratuję,

Twe sprawy codzienne na sercu mi leżą.


Dopóki Ty ze mną – ja się nie odwrócę,

Cenić i wspierać Cię nie przestanę,

W problemie pomogę, troski rozbiję,

Przy mnie nic złego Ci się nie stanie.


Zdania nie zmieniam, humorów nie miewam,

Pomysłów mam wiele i nigdy nie zwodzę,

Spraw nigdy nie gmatwam, nie komplikuję,

Wszystko załatwiam, pomagam, nie szkodzę.


Zabiorę Cie w góry, zabiorę nad morze,

Gdzie plaża szeroka, gdzie ludzie są piękni,

Pomogę odpocząć, ugoszczę w luksusie,

Gdzie życie się kręci, gdzie krew w żyłach tętni.

 

Podobno, tak mówią, że przyjaciela

W biedzie spotykasz i tam go poznajesz,

A ja Ci mówię, gdy ze mną się trzymasz,

Bieda Ci obca i jej nie zaznajesz.


Wszystkiego dobrego, niech Ci się wiedzie,

Trzymaj się ciepło, życzę Ci zdrówka,

Niech wiatr z sił całych wieje w Twe żagle,

Pozdrawiam serdecznie,

Twoja Gotówka.

 

Etnologia jest dyscypliną

Irena Kabat
Organizatorka zjazdu napisała do nas w mailu:

100 lat etnologii na uniwersytecie w Poznaniu celebrowaliśmy w dniach 8-14 kwietnia 2019 roku. Program obejmował ogólnopolską konferencję naukową, wystawę fotograficzną w przestrzeni miasta, zajęcia dla licealistów, debatę wokół transformacji roku 1989, wieczór projekcji filmów z naszego archiwum oraz Zjazd Absolwentek i Absolwentów Studiów Etnologicznych. Na tę okazję powstały jubileuszowe gadżety, specjalne wydawnictwo, a także wystawy “Nasi w mediach” oraz “Pozdrowienia z terenu”. Świąteczny tydzień wypełniała muzyka: od Szamotulan i ich wieloosobowego wesela, poprzez muzykę dudziarską,  jazzowe standardy po specjalny, multimedialny koncert Kapeli ze Wsi Warszawa. Staraliśmy się bardzo, by było godnie, różnorodnie, radośnie i głośno. Mamy szczerą nadzieję, że udało nam się pogodzić powagę z zabawą, a wszystkim uczestnikom wydarzeń zapewnić wspaniałe przeżycia. Dziękujemy, że byliście z nami!

Zdjęcia: absolwentka Etnologii UAM , Zosia Kędziora https://drive.google.com/drive/folders/1WkZwb2Qh8xrU58M27eUL3_NWZ37hh8qR?usp=sharing

Film: http://etnologia.amu.edu.pl/studenci/czym-jest-dla-ciebie-etnologia-film-przygotowany-z-okazji-100-lecia-etnologii-uam/


Było miło i wesoło, ale było też poważnie, bo etnologia jako dyscyplina znika właśnie z krajobrazu nauki polskiej wskutek decyzji ustawodawcy. Ustawa 0.2, produkt biura ministra Gowina (PiS), zakłada wpakowanie wszystkich nierentownych a obdarzonych potencjałem buntu nauk humanistycznych, jak religioznawstwo czy etnologia, do wspólnego worka, nazwanego “nauka o kulturze”.  Spowoduje to zlikwidowanie, a co najmniej, jak się słyszało w wystąpieniach, zamazanie profilu tej nauki. I to akurat w czasach, gdy rola antropologii kulturowej i socjologii etnologicznej wzrosła tak niepomiernie, iż uważa się ją za kluczową dyscyplinę w procesie integracji społecznej i międzykulturowej.

Przedstawiam Czytelnikom aktualnie się rozgrywający i w opinii publicznej niemal nie zauważany protest etnologów, który, zgodnie z zasadami political corectness, jest napisany tak, żeby nie szarpać i nie złościć ponad miarę. Zapewniam jednak, że to co słychać było z trybuny i w kuluarach Piątego Zjazdu Etnologów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (13-14 kwietnia 2019) było ostre, bezpardonowe i budziło szacunek. Gdy się zobaczy ten protest w proeuropejskim kontekście politycznym, okazuje się, że tytułowe hasło to takie współczesne Ah! Ça ira.

To my – na stulecie.

Marcin Skupiński
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie Warszawskim
Zdjęcie pod tekstem:
Tomasz Białecki
II rok studiów, Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Kilka słów o proteście…/A few words about the protest…

Etnologia, albo Antropologia Społeczno-Kulturowa (dawniej zwana w Polsce również Etnografią), to naukowe, empiryczne studia ludzkiego zróżnicowania społecznego i kulturowego. Jako odrębna dyscyplina naukowa wykształciła się pod koniec wieku XIX i na początku XX, przy znacznym udziale polskich naukowców takich jak Maria Antonina Czaplicka czy Bronisław Malinowski. Niestety w czasach PRL-u antropologia została uznana za „burżuazyjną naukę”. Pozostawiono jedynie etnologię, zmarginalizowaną jednak jako naukę pomocniczą historii. Nawet w tym trudnym czasie polskie etnografki kontynuowały studia społeczności ludzkich, tworząc interesujące teorie w oparciu o francuski strukturalizm czy rosyjską semiotykę. Transformacja ustrojowa oznaczała dla polskiej etnologii nowe wyzwania: jak powrócić do globalnej sieci wymiany naukowej? Jak zacząć dialog z badaczami z „Zachodu” na równych zasadach? A przy tym wszystkim nie stracić z pola widzenia zachodzących na bieżąco ogromnych zmian społecznych i kulturowych? Ostatnie trzy pokolenia polskich etnografek i etnografów włożyły ogromny wysiłek w podniesienie poziomu tej dyscypliny w kraju i za granicą. Odnieśli sukces. Dziś polska Etnologia jest rozpoznawalna na całym świecie a w centralnej Europie stanowi jeden z głównych ośrodków nauk etnologicznych i antropologicznych. Najlepszym dowodem niech będzie tegoroczny Kongres International Union of Anthropological and Ethnological Sciences, który odbędzie się w Poznaniu.

Niestety cała ta praca polskich etnolożek i etnologów może pójść na marne za sprawą jednego rozporządzenia ministra*. Etnologia nie jest już rozpoznawalna w Polsce jako oddzielna dyscyplina naukowa. Zostanie włączona do dość rozmytej kategorii „nauk o kulturze i religii” – kategorii, która nie funkcjonuje w żadnym kraju poza Polską. Wraz z tym ruchem, z trudem odzyskana autonomia etnologii/antropologii kulturowej w polskim systemie akademickim zostanie dalej ograniczona a sama dyscyplina – wraz z kulturoznawstwem – zepchnięta do najniższej kategorii uniwersyteckiej „kosztochłonności”. Proces ten zagraża kontynuowaniu w przyszłości przez polskich badaczy długotrwałych badań terenowych – stanowiących od ponad stulecia o specyfice dyscypliny.

Idąc w ślad listów protestacyjnych jakie z całego świata napłynęły do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, oraz studentów/ek i wykładowców/czyń z Poznańskiego Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej, którzy swoją symboliczną akcją zaczęli protest, sprzeciwiamy się stanowczo wymazaniu etnologii i antropologii z polskiej nauki. Jesteśmy studentami/tkami, wykładowcami/czyniami i absolwentkami/ami. Studiujemy, pracujemy i wykładamy w różnych miastach: Poznaniu, Warszawie, Krakowie, Łodzi, Cieszynie, Wrocławiu, Toruniu czy Gdańsku. Protestujemy jednak teraz solidarnie, by powiedzieć NIE wykreślaniu i marginalizacji studiów nad człowiekiem w polskiej nauce!

Zachęcamy wszystkie adeptki i adeptów etnologii i antropologii kulturowej, oraz wszystkie osoby którym na sercu leży dobro polskiego dorobku naukowego do poparcia naszej walki o utrzymanie dyscypliny. Szczegółowe informacje odnośnie akcji protestacyjnych w konkretnych miastach będą pojawiały się na tej stronie – https://www.facebook.com/Og%C3%B3lnopolski-Protest-Etnologii-2290095344591377/

Zapraszamy do jej uważnego śledzenia!


* Chodzi o tzw. ustawę 2.0 o nauce i szkolnictwie wyższym Jarosława Gowina z lipca 2018 roku.

Barataria 113 Paul Emile Machault i…

Kochani, ten wpis jest zasłonką, a czego i dlaczego dowiecie się później. Trzeba tylko cierpliwie doczytać do końca.

Ewa Maria Slaska

Rembrandt i Don Kichot

Tak było. Spotkałam ich obu w Krakowie na wystawie EUROPEUM w starym spichrzu (klasztornym?) Jej motyw przewodni czyli tzw. idea pozostaje nawet po dokładnym zwiedzeniu spichlerza całkowicie niepojęty. No ale był Rembrandt, Pejzaż z miłosiernym Samarytaninem (jedyny Rembrandt w Polsce, którego zresztą już parę lat temu widziałam w Muzeum Narodowym w Szczecinie, a i pejzaż też jedyny – tym razem w dorobku malarza) i był Don Kichot, rzeźba Paula Emile Machault (Francja, 1800 – 1866).

Fajna rzeźba, Don Kichot “jak żywy”. Co go jednak łączy z Rembrandtem?

Sprawdzam i wiem.

Ośrodek Kultury Europejskiej – EUROPEUM

Muzeum Narodowe w Krakowie prezentuje własny zbiór sztuki zachodnioeuropejskiej w XVII-wiecznym Spichlerzu, znajdującym się przy klasztorze oo. Kapucynów.

Ekspozycja w Spichlerzu ukazuje siedem wieków historii sztuki europejskiej na przykładzie ponad 100 obrazów i rzeźb. Zbiory te, gromadzone od założenia muzeum w roku 1879 (głównie jako dary), początkowo nie były objęte jakąś szczególną polityką kolekcjonerską, ponieważ muzeum skupiało uwagę przede wszystkim na dziełach sztuki rodzimej. Sytuacja zmieniła się po wojnie, gdy muzeum nabyło wybitne dzieła malarstwa i rzeźby zachodnioeuropejskiej.

Do 2010 roku zbiory sztuki europejskiej MNK prezentowane były razem z kolekcją Czartoryskich. To sprawiło, że Dyrekcja MNK postanowiła utworzyć samodzielną ekspozycję sztuki europejskiej w budynku Spichlerza.

Ośrodek Kultury Europejskiej EUROPEUM pełni też funkcje edukacyjne i jest jedynym w kraju centrum informacji o zbiorach malarstwa zachodnioeuropejskiego w Polsce. W XXI wieku ma uświadamiać publiczności trwającą od wielu stuleci przynależność do Europy naszej kultury i wielu dziedzin sztuki. EUROPEUM będzie gościć wystawy, imprezy, koncerty, wykłady dotyczące szeroko rozumianej kultury europejskiej.

A za zasłonką

Ryszard Dąbrowski

Hallo,
z okazji początku wiosny, jednego z trzech najważniejszych świąt w szamanizmie, składamy Wam serdeczne życzenia słonecznego słońca, deszczowych deszczy (ale tylko w nocy), obfitych zbiorów i plonów, licznych uśmiechów, dobrego samopoczucia pomyślności oraz ZDROWIA, gdyż „… ile cię trzeba cenić, ten się tylko dowie, kto cię stracił…”.
Jestem w rozterce jakie „pocztówki” dołączyć do tych życzeń lub na jakim i czego odwrocie je zamieścić. Żyjemy teraz w czasach poprawności politycznej, moralnej oraz obyczajowej i każdy nieostrożny krok, zdanie, wypowiedź może się skończyć zerwaniem przyjaźni lub znajomości, co już dwa razy mi się ostatnio przytrafiło. I to mnie! Osobie, która całe swoje świadome istnienie „walczyła” o życie bez cenzury, o prawo czytania, pisania, oglądania oraz wypowiedzi słownej i artystycznej bez jakichkolwiek tabu. Często, zarówno w Polsce jak i w Niemczech spotykałem się z tego powodu z porażkami oraz represjami.
Teraz, poprzez nowe ustawodawstwo, powoli zaciska się pętla cenzury wokół internetu i w niezadługiej przyszłości, o tym co tam będzie mogło być publikowane, przeczytane oraz obejrzane, będą decydować filtry algorytmiczne, „logarytmiczne”, „całkowe” oraz „różniczkowe”. Już teraz przybiera to niekiedy komiczne rezultaty.
Szamańskie święto wiosny, kiedy przyroda budzi się do życia a wszystkie organizmy zwiększają swoją aktywność, obchodzone jest w katolicyzmie jako Święta Wielkanocne i w ikonografii symbolizuje je pisanka, baranek oraz zając.
To pierwsze jest alegorią życia, jego zalążka i narodzin; to drugie zwierzęciem ofiarnym; a trzecie obrazuje płodność.
Doszedłem do wniosku, iż najadekwatniejszym przedmiotem łączącym wszystkie te trzy stworzonka boże powinno być jakieś dzieło sztuki. Najbardziej do tego się nadającym, wydał mi się obraz „Pochodzenie świata” (L’Origine du monde) Gustava Courberta (1819–1877) z 1866 roku znajdujący się w Musée d´Orsay w Paryżu – pocztówka „01”.
Uwaga! po obejrzeniu tego, co w linku, wrócić strzałką w lewym górnym rogu z powrotem do tekstu – bo nadal są sprawy ważne i ciekawe
 
Ten naturalistycznie namalowany anatomiczny fragment ciała kobiety, umiejscowiony w środku obrazu, kontrastuje poprzez jasną karnację skóry z brązowym tłem i dobitnie uzmysławia widzowi, skąd się wzięła cała ludzkość, a pośrednio także i to dzieło oraz wszystko co nas otacza.
Jest to również abstrakcyjne zaproszenie do aktu seksualnego, filozoficzna refleksja oraz kapłański pokłon w kierunku kobiety, a także jakże ważnego obszaru naszego życia.
Ale… czyż ten srom nie mruga zalotnie w naszą stronę?
Obraz ten powstał na zamówienie tureckiego dyplomaty, znawcy i kolekcjonera sztuki, Hali Şerif Paşa. Świadkowie epoki oraz uczeni w sztuce spierają się do dzisiaj, która z kochanek ich obojga została tutaj tak realistycznie przedstawiona oraz twierdzą, iż jest to tylko fragment większej kompozycji, której „obcięta” została głowa.
(Ciekawym polecam prześledzenie w internecie dalszych dziejów tego dzieła sztuki; kilkakrotne zmiany właściciela, przechowywany w schowku za zasłoną obrazu ze śnieżnym „landszaftem” z kościołem, okupację niemiecką przetrwał w sejfie w Budapeszcie, skonfiskowany przez Rosjan, sprzedany na czarnym rynku jego prawnemu właścicielowi, przeszmuglowany w 1946 roku do Paryża, po wędrówce przez USA i kilka rąk, w 1995 trafił do paryskiego muzeum.)
Obraz Courberta fascynował i inspirował także Marcela Duchampa, Balthasara Burkharda, Jaquesa Tardi, Tatjanę Ostojić, Liv Strömquisto oraz wielu, wielu innych.
Powstała też parafraza tej słynnej „ikony”; w setną rocznicę wybuchu pierwszej wojny światowej, artystka Orlan (Mireille Suzanne Francette Porte) namalowała z podobnej perspektywy męski akt z fallusem pod tytułem „Pochodzenie wojny” (“L’origine de la guerre”).
Aktualnie w dobie poprawności moralnej, można znaleźć w internecie wersje jakie przedstawia np. pocztówka „02”.
Rok temu, 15 marca 2018, przed sądem cywilnym w Paryżu zakończył się trwający 7 lat proces francuskiego nauczyciela Frédérica Durand-Baïssa, który wygrał przeciwko „fejsbukowi” za ocenzurowanie i zdeaktywizowanie jego konta po opublikowaniu na nim obrazu „Pochodzenie świata”. Sąd uznał winnym giganta mediów społecznościowych, iż uczynił to bez uzasadnionego okresu wypowiedzenia i podania przyczyn. Oddalił jednak roszczenia finansowe nauczyciela oraz żądanie 20 tysięcy Euro odszkodowania.
P.S. Tradycjonalistom przesyłam także tradycyjny filmik „03” o tym jak w Niemczech produkuje się pisanki. Otrzymałem go od „starego”, wiekiem i stażem znajomości, bliskiego kolegi z Monachium.
P.S. 2. W Niemczech, już w piątek, dniem wolnym od pracy, rozpoczęła się czterodniowa obżarcza orgia świąteczna. I o to chodzi „weihnachten-bis”; żadnego zastanowienia, refleksji – rachunek sumienia zostawiając ateistom.