Z wolnej stopy 10

Zbigniew Milewicz

Dzień dużego rozmiaru

2 września to przede wszystkim urodziny naszej Adminki, wszystkiego najlepszego Ewuniu 🙂
Z Kalendarza Świąt Nietypowych, Kalbi dowiaduję się, że jest to również międzynarodowy dzień pulchnych pań, których osobiście jestem wielbicielem. Oto, co pisze o nim Kalbi:

„Dzisiaj mamy święto “dużych” ciałek, krągłości, wypukłego brzuszka, obfitych udek, ponadwymiarowych biustów, wielkich stópek i pulchnej pupci.

Z tej okazji warto zastanowić się czemu moda kreuje wychudzone wieszaki – model kobiecego ciała, który ma niewiele wspólnego z seksownością, zdrowym i zadbanym wyglądem? Jeszcze nasze prababcie i babcie powiadały, że chude to chorowite. Coś w tym jest. Wielu panów otwarcie przyznaje, że woli, aby partnerka była “przy kości”, żeby “było za co łapać”. Po za tym szersze kobiety kojarzą się z ciepłem domu rodzinnego, z dobrą kuchnią, z dogadzaniem i poczuciem humoru. Czemu więc na siłę, przez media promuje się chude ciało? Czy tęga osoba nie może być zgrabna, przystojna, modna? To jest jakiś mit, który został wtłoczony społeczeństwu do głów. Wiele kobiet popada w kompleksy z powodu większej wagi. Dla niektórych kobiet bycie chudą jest po prostu niemożliwe z racji uwarunkowań biologicznych. Nadmierne odchudzanie się w takich przypadkach może prowadzić tylko do spadku odporności i chorób.

Oczywiście we wszystkim trzeba mieć umiar. Chodzi tu tylko o naturalne krągłości, a nie o przesadną otyłość. Australijska modelka Jessica Vender Leahy wpadła na pomysł genialnej kampanii “Project Woman KIND”, która ma na celu pomóc zaakceptować szerokim dziewczynom swoje ciało. Razem z innymi modelkami plus size, nagrały filmiki w których opowiadają jak się z nich śmiano z powodu ich ciała. Dziś te kobiety są sławnymi modelkami. Może zamiast popadać w kompleksy, lepiej zgłosić się do konkursu na Miss? Co roku odbywają się ogólnopolskie i światowe wybory Miss Plus Size. Jest to konkurs dla wszystkich kobiet w rozmiarach od 40/42 do 52/54. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się konkurs Miss Plus America, w którym startują piękne kobiety o obfitych kształtach.

W Polsce działa kilka agencji modelek over size. Światową ikoną modnych, puszystych kobiet, ostatnio jest Tess Munster (na zdjęciach). Dziewczyna z wielkimi gabarytami na początku 2011 roku podpisała umowę z ważną brytyjską agencją, a już w 2013 roku jej zdjęcia ukazały się w magazynie VOGUE, w rankingu najważniejszych modelek plus size. Warto, też wspomnieć o Ashley Graham, która współpracuje z wieloma markami odzieży dla puszystych kobiet m.in. Lane Bryant czy Addition Elle. Modelka wypuściła własną kolekcję bielizny XXL, która jest inspirowana książką “50 twarzy Greya”. Choć w Polsce jeszcze trzeba trochę poczekać na szerszy asortyment odzieży w szerszych rozmiarach, to w Wielkiej Brytanii bez problemu można znaleźć takie sklepy. Przełomem było wypuszczenie przez Triumph bielizny w większych rozmiarach. Wszystko zmierza ku temu, aby naprawić kanon piękności damskiego ciała, wrócić do rzeczywistego i normalnego wyglądu, do akceptacji w mediach tego co okrągłe, tęgie i ponętne.

Podpisuję się oburącz pod tą odą do BBW, Big Beautiful Woman, w nadziei, że czytelniczki w rozmiarach mniejszych niż 40/42 nie wezmą mi tego za złe. Duży iloraz inteligencji i poczucia humoru z pewnością rekompensuje im brakujące kilogramy. Przy okazji przypomina mi się primaaprilisowa zabawa dziennikarska, którą w latach 70 organizowaliśmy w katowickim Dzienniku Zachodnim. Raz do roku, 1 kwietnia, dziennikarze mogli sobie zażartować z czytelników i wymyślali, co im tylko fantazja podsunęła. Nie wiem już dokładnie, kiedy to było, ale pewnego razu napisałem, że w miejscowej Hali Widowiskowo – Sportowej, słynnym kapeluszu Ziętka, właśnie odbędą się wybory miss pań przy kości. W warunkach uczestnictwa podałem chyba dolną granicę wieku 45 lat, wagę od 90 kilogramów wzwyż i byłem święcie przekonany, że nikt się nie da nabrać. Tymczasem przyjechało kilkanaście kandydatek, niektóre aż zza Częstochowy, w swoich najlepszych ciuchach i makijażu jak na Sylwestra. Ileż ja się musiałem naprzepraszać, redakcja zwróciła im pieniądze za dojazd, z własnej kieszeni kupiłem kwiaty i jakieś czekoladki , ale widziałem, że było im przykro, a mnie z tego powodu też.

Współcześnie zorganizowanie takiego konkursu w kraju nad Wisłą byłoby realne, więc z okazji dzisiejszego święta zachęcam: nie wstydźcie się panie swoich gabarytów, pokażcie się, duże jest piękne.

Polskie akcenty w wydarzeniach historycznych Stuttgartu i Badenii-Wirtembergii

Jak się steruje tym, co ma się ukazać w twojej gazecie (na twoim blogu), to oczywiście teraz pojawiałyby się teksty o jesieni, wojnie (to w końcu właśnie dziś – zapraszamy na otwarcie nowego pomnika w Berlinie) i Solidarności, o Białorusi i Margot, którą na szczęście kilka dni  temu wypuszczono z aresztu. Oczywiście są takie teksty (albo na nie liczę i czekam), są też liczne wpisy o tych, którzy odeszli, bo odeszła ich w sierpniu cała plejada, ale jednak otwarta formuła pracy redakcji zawsze może przynieść niespodzianki, takie jak dzisiejszy tekst Tadeusza.

Tadeusz Rogala

Chociaż Stuttgart oddalony jest ponad 600 kilometrów od obecnej granicy polskiej, to jednak zarówno w historii miasta, jak kraju związkowego Badenia-Witrembergia znaleźć można polskie ślady i wydarzenia związane z Polską.

Pierwszą osobą wartą wymienienia jest Agnieszka Śląska, córka Bolesława II Rogatki z rodu Piastów, księcia śląsko-legnickiego, zwanego także Łysym, syna Henryka II Pobożnego i Anny z Przemyślidów, księżnej krakowskiej i śląskiej. Anna była córką króla Czech Przemysława Otokara I i jego drugiej żony Konstancji Węgierskiej.

Bolesława II wychowywała babka, święta Jadwiga Śląska. Po śmierci ojca w bitwie pod Legnicą (w roku, przypomnijmy, 1241) Bolesław objął rządy w całym dziedzictwie pozostawionym po ojcu, obejmującym Śląsk, Kraków i południową Wielkopolskę. Bolesław jednak niemal natychmiast utracił Kraków na rzecz Konrada I Mazowieckiego. Posiadłości w Wielkopolsce przejęli natomiast dzięki pomocy miejscowego rycerstwa synowie Władysława Odonica.

Bolesław nie pozostawił po sobie dobrych wspomnień. Obarczano go odpowiedzialnością za klęski i anarchię, a jego samego uważano za człowieka niepoczytalnego i słabego umysłu. Był wielkim miłośnikiem kultury rycerskiej, gościł poetów, otaczał się niemieckim rycerstwem, natomiast niechętnie odnosił się do polskiego możnowładctwa. Nie był więc postacią tuzinkową, ale nie pasował do ówczesnych wyobrażeń o powinnościach władcy.

W roku 1242 Bolesław poślubił Jadwigę, hrabianką Anhaltu (1242–1259), córkę Henryka I, hrabiego Anhaltu. Mieli siedmioro dzieci, najstarszą córką była Agnieszka. Agnieszka (Agnes) urodziła się około roku 1245, a po roku 1259 poślubiła hrabiego Ulricha I Wirtemberskiego.

Pierwszą żoną Ulricha, syna Hermanna Wirtemberskiego i Irmengrad von Ulten, była Matylda, córka Hermanna V, margrabiego Badenii. Dzięki temu małżeństwu Ulrich powiększył swoje terytorium o Stuttgart. Ulrich i Matylda mieli troje dzieci. Matylda zmarła po roku 1258.

Powody małżeństwa Agnieszki z Ulrichem są nieznane. Dynastia książąt piastowskich na Śląsku w owych czasach była znaczącą dynastią w Europie. Książęta śląscy realizowali swoje cele polityczne poprzez powiązania małżeńskie. Agnieszka urodziła dwoje dzieci, Irmgard i Eberharda I. Kilka miesięcy przed urodzeniem Eberharda, 25 lutego 1265 roku zmarł Ulrich I. Z dniem urodzenia Eberharda związana jest tragedia Agnieszki, która nie mogła drugiego dziecka urodzić w sposób naturalny. Konieczne było cesarskie cięcie, które w owym czasie zawsze kończyło się śmiercią kobiety, najczęściej wskutek zakażenia poporodowego. Towarzyszący porodowi lekarze stali więc przed alternatywą, albo pozwolić umrzeć matcę ziecku, albo przeprowadzić operację. Wybrano dziecko. Agnieszka prawdopodobnie była świadoma wyboru i swojego poświęcenia. Agnieszka Wirtemberska z rodu Piastów, prawnuczka świętej Jadwigi Śląskiej zmarła po porodzie 13 marca 1265 roku.

Została pochowana najpierw w kolegiacie w Beutelsbach, gdzie był pochowany jej mąż. W roku 1321 ich szczątki zostały przeniesione do kolegiaty w Stuttgarcie, gdzie spoczywają do dnia dzisiejszego. Agnieszka była we Wirtembergii nazywana polską księżniczką, na inskrypcji na grobie w stuttgarckiej kolegiacie Agnes jest wymieniona jako córka księcia polskiego (filia ducis Poloniae).

Syn Agnieszki, Eberhard I, zwany Wybitnym, po śmierci starszego brata Ulricha II, obejmuje władzę w hrabstwie wirtemberskim. Jego rządy to niemal nieprzerwana seria wojen i waśni, z ciągłą zmianą stron, której jedynym celem było przeciwstawienie się jakiejkolwiek potędze, która mogłaby zagrozić rodzącemu się terytorium Wirtembergii. Widocznie swój charakter odziedziczył po dziadku Bolesławie II. Eberhard I zmarł 5 czerwca 1325 roku i został pochowany w kolegiacie stuttgarckiej, tam gdzie jego rodzice. Po nim rządy w Wirtembergii objąl jego syn Ulrich III.

Inną kobietą, która związała swoje losy z rodem Wirtembergów była Maria Anna Czartoryska. Maria Anna, później księżna Wirtemberska, urodziła się 15 marca 1768 w Warszawie, była córką Adama Kazmierza Czartoryskiego, pisarza, działacza politycznego, mecenasa nauki i sztuki, i Izabeli z Flemmingów. Są przypuszczenia, że jej prawdziwym ojcem był Stanisław August Poniatowski, który był kochankiem jej matki. Maria otrzymała staranne wykształcenie domowe. Dom Czartoryskich był ośrodkiem życia kulturalnego i politycznego, bywali tu Franciszek Kniaźnin, Grzegorz Piramowicz, Julian Ursyn Niemcewicz.

Za namową matki Maria Anna 28 października 1784 roku wychodzi za mąż za księcia wirtemberskiego, Fryderyka Ludwika Würtemberg-Montbéliard, syna Fryderyka Eugeniusza Wirtemberskiego i pruskiej księżniczki, Fryderyki Zofii. Ojciec Fryderyka Ludwika był w latach 1795- 1797 czternastym księciem Wirtembergii.

Ślub odbył się w Siedlcach. Fryderyk Ludwik był spokrewniony z wpływowymi rodami ówczesnej Europy. Był siostrzeńcem króla pruskiego Fryderyka II Wielkiego i bratem wielkiej księżnej rosyjskiej, później carycy Marii Fiodorownej, a także arcyksiężnej Elżbiety, żony Franciszka II Habsburga, późniejszego cesarza. Matka Anny Marii prawdopodobnie dostrzegała w nim dobrego kandydata, przede wszystkim ze względu na powiązania rodzinne. Jednak małżonek nie pasował do wykształconej, inteligentnej, uczuciowowej i wrażliwej Marii Anny. Przyszły mąż nie cieszył się dobrą sławą, był zdegenerowany moralnie, porywczy i rozrzutny. Najwyraźniej nie przejął żadnych pozytywnych cech od swych ziomków Szwabów, którzy do dzisiaj znani są z oszczędności, zaradności i pracowitości. Małżeństwo Marii Anny i Fryderyka nie układało się dobrze. Mąż był wybuchowy, znęcał się nad nią psychicznie, a niekiedy i fizycznie, poniżał. Był notorycznie zadłużony, finansowo zależny od teściów.

Trzy miesiące po ślubie państwo młodzi wyjechali do Berlina, a następnie do Montbéliard. Na pewno w tym czasie młoda para bywała niejednokrotnie u teściów w Stuttgarcie i Wirtembergii. Po trzech latach, w roku 1788 małżonkowie wrócili do Polski, aby ostatecznie osiąść w zamku w Trzebiatowie na Pomorzu, ponieważ Maria bardzo tęskniła za rodzinnymi stronami. W roku 1789 książę Fryderyk uzyskał indygenat i nominację na generała-majora, dowódcę dywizji małopolskiej wojsk koronnych. Fryderyk jako wódz wojsk litewskich w wojnie z Rosją w roku 1792 symulował chorobę i pozostając bezczynnie, działał na korzyść Prus i Rosji, co przyczyniło się się do przegrania wojny. Już wcześniej pozostawał w układach z Rosjanami, paraliżował podległe mu wojska, przez co stał się powszechnie znienawidzony.

Po ośmiu latach małżeństwa (16 stycznia 1792) urodził się ich pierworodny syn, Adam Karol Wilhelm. Maria jednak miała już dość takiego męża i wniosła o rozwód. W roku 1793 książę przystał na rozwód pod warunkiem oddania mu na wychowanie jedynego ich syna. Chłopiec miał wówczas dwa lata. Adam Karol Wilhelm trafił więc pod opiekę ojca, który wychował go w głębokiej nienawiści do matki, jej rodziny i do polskości. Adam Karol w czasach Królestwa Kongresowego dowodził brygadą ułanów, a w powstaniu listopadowym walczył po stronie rosyjskiej przeciwko Polakom. Ostrzelał Puławy i wypędził sędziwą babkę, Izabelę Czartoryską. Za swoje zasługi w tłumieniu powstania otrzymał od cara część dóbr Czartoryskich.

Maria Wirtembergska po rozwodzie na krótko zamknęła się w klasztorze sióstr sakramentek w Warszawie, taki był zwyczaj ówczesnej epoki. Potem wyjechała do Wiednia, a w roku 1808 roku wróciła do Warszawy. Stała się tu gwiazdą warszawskich salonów w stolicy marionetkowego państwa, stworzonego przez Napoleona. Włączyła się z dużym zaangażowaniem w życie umysłowe ówczesnej Warszawy. Słynne stały się jej „błękitne soboty” – salon literacki, którego gościem bywał m.in. Julian Ursyn Niemcewicz. Brała udział w posiedzeniach Towarzystwa Iksów, działała w Izbie Edukacyjnej i Towarzystwie Dobroczynności. Wraz z matką zajmowała się działalnością filantropijną i edukacyjną wśród chłopów.

Około roku 1813 spod jej pióra wyszała pierwsza polska powieść sentymentalna – Malwina, czyli domyślność serca, która ukazała się drukiem w 1816 roku.. W 1821 roku książkę przełożono na francuski. Pozostała twórczość Marii pozostała w większości w rękopisie.

Po upadku powstania listopadowowego księżna Wirtemberska osiadła w Galicji, a w 1837 roku przeniosła się do Paryża, do brata Adama Jerzego Czartoryskiego. Trudno powiedzieć, czy Maria Wirtemberska znała Fryderyka Chopina już w Warszawie, czy poznała go dopiero w Paryżu. Na pewno wzbudziła u Chopina uznanie, skoro dedykował jej powstałe w roku 1836/1837 utwory – op. 30 mazurki à Madame la Princesse de Würtemberg née Princesse Czartoryska.

Maria Wirtemberska zmarła 21 października 1854 w Paryżu. Została pochowana w rodzinnym grobowcu Czartoryskich w Sieniawie.

Upadek postania listopadowego był straszliwym ciosem dla Polski, tysiące wybitnych ludzi opuściło ojczyznę. Wśród nich oprócz Marii Wirtemberskiej był także Fryderyk Chopin.

Fryderyk Chopin dał 11 października 1830 roku w Warszawie pożegnalny koncert przed wyjazdem do Wiednia i Paryża. W mieście odczuwało się atmosferę niepokoju i napięcie wsród patriotów. Na pożegnalny koncert do Teatru Narodowego przyszło ponad 700 osób. 2 listopada 1830 roku Chopin opuścił Warszawę. Wybuch Powstania Listopadowego zastał go w Wiedniu. Znajomi i rodzina powstrzymali go przed powrotem do kraju ze względu na jego słaby stan zdrowia, a on sam pisał: “Przeklinam chwilę wyjazdu”.

W Wiedniu spędza sam wigilię, a potem idzie do katedry św. Stefana na pasterkę. Bardzo przeżywa okres powstania, interesuje się jego przebiegiem i żałuje bardzo, że nie jest obecny w kraju. Dla spełnienie patriotycznego obowiązku dużo komponuje.

2 kwietnia 1831 roku opuszcza Wieden i przez Linz, Salzburg i Monachium udaje się w kierunku Paryża. Na początku września dociera do Stuttgartu. Zatrzymuje się w hotelu Zum König von England, kilkanaście metrów od kolegiaty stuttgarckiej, gdzie znajduje się sarkofag Agnieszki Wirtemberskiej z rodu Piastów. 8 września 1831 roku otrzymuje wiadomość o upadku powstania listopadowego w Polsce i maskrze ludności Warszawy przez wojska rosyjskie. Przeżywa to strasznie, w nocy ma straszne sny, majaczy. W dzienniku pisał:

[…] Ojcze, Matko, dzieci. Wszystko to, co mi najdroższe, gdzieście wy? — Może trupy? — Może Moskal zrobił mi figla! — A, zaczekaj! — Czekaj… Ależ łzy? — Dawno już nie płynęły? — Skądże to? — Wszakże suchy smutek od dawna mnie ogarnął. Ach — długo płakać nie mogłem. Jakże mi dobrze… tęskno! Tęskno i dobrze! — Jakież to uczucie? Dobrze i tęskno, kiedy tęskno, to niedobrze, a jednak miło! — Jest to stan dziwny. Ale i trup tak. Dobrze i niedobrze mu razem w jednej chwili. Przenosi się w szczęśliwsze życie i dobrze mu, żałuje przeszłego opuszczać i tęskno mu. To trupowi musi być tak, jak mnie było w chwili, gdym skończył płakać. Było to, widać, jakieś skonanie momentalne uczuć moich — umarłem dla serca na moment! Albo raczej serce umarło dla mnie na moment. — Czemuż nie na zawsze? — Może by mi znośniej było. — Sam, sam —. Ach, nie da się moja biedota opisać. Ledwo ją czucie zniesie. Ledwo serce nie pęka z uciechy i z wielkich przyjemności, jakich się w ciągu tego roku doznało. Na przyszły miesiąc paszport mi się kończy — nie mogę żyć za granicą, a przynajmniej urzędownie żyć nie mogę. Będę tym jeszcze podobniejszy do Trupa. — Studgard. Pisałem poprzednie karty nic nie wiedząc — że wróg w domu — Przedmieścia zburzone — spalone — Jaś! — Wiluś na wałach pewno zginął — Marcela widzę w niewoli — Sowiński, ten poczciwiec, w ręku tych szelmów! — O Boże, jesteś ty! — Jesteś i nie mścisz się! — Czy jeszcze ci nie dość zbrodni moskiewskich — albo — alboś sam Moskal! — Mój biedny Ojciec! — Mój poczciwiec, może głodny, nie ma za co matce chleba kupić! — Może siostry moje uległy wściekłości rozhukanego łajdactwa moskiewskiego! Paszkiewicz, jeden psiak z Mohilewa, dobywa siedziby pierwszych monarchów Europy?! Moskal panem świata? — O Ojcze, takież to przyjemności na twoje stare lata! — Matko, cierpiąca, tkliwa matko, przeżyłaś córkę, żeby się doczekać jak Moskal po jej kościach wpadnie gnębić was. Ach, Powązki! Grób jej szanowali? Zdeptany — tysiąc innych trupów przywaliło mogiłę. Spalili miasto!! — Ach, czemuż choć jednego Moskala zabić nie mogłem! O Tytusie — Tytusie! Studgard. Co się z nią dzieje? Gdzie jest? — Biedna! — Może w ręku moskiewskim! — Moskal ją prze — dusi — morduje, zabija! — Ach, Życie moje, ja tu sam — chodź do mnie — otrę łzy twoje, zagoję rany teraźniejszości przypominając ci przeszłość. Wtenczas, kiedy jeszcze Moskali nie było. — Wtenczas, kiedy tylko kilku Moskali tobie najgoręcej podobać się chciało, a tyś z nich kpiła, bom ja tam był — ja, nie Grab…! — Masz Matkę? — I taką złą! — Ja mam taką dobrą! — A może wcale matki już nie mam. Może ją Moskal zabił… zamordował — siostry bez zmysłów, nie dają się — nie — Ojciec w rozpaczy, nie wie sobie rady, nie ma komu podnieść Matki. — A ja tu bezczynny, a ja tu z gołymi rękami, czasem tylko stękam, boleję na fortepianie, rozpaczam — i cóż nada[l]? — Boże, Boże. Wzrusz ziemię, niech pochłonienie [!] ludzi tego wieku. Niech najsroższe męczarnie dręczą Francuzów, co nam na pomoc nie przyszli.

Na gruncie tych przeżyć powstała w stuttgarckim hotelu Etiuda c-moll op. 10 nr 12, nazywana Rewolucyjną. Jeszcze we wrześniu 1831 roku artysta wyjechał ze Stuttgartu dalej do Paryża.

Polskie organizacje już dwa razy bez powodzenia zwaracały się do władz Miasta Stuttgart o pozwolenia na ustawienie pomnika lub tablicy pamiątkowej, upamiętniających to wydarzenie. Niestety Stuttgart nie ma szczęcia do swoich włodarzy, którzy mieliby wizję rozwoju kulturalnego miasta i umieliby wykorzystać fakty historyczne do promowania miasta.

Po upadku powstania listopadowego w roku 1831 tysiące powstanców udało się na emigrację. Powstańcy internowani w Austrii wyruszyli z Moraw przez Czechy do granicy bawarskiej, przez Norymberię i Würzburg w Bawarii, dalej przez Heilbronn w Wirtembergii do Strassburga. Inna grupa szła przez Ratyzbonę i Ausburg w Bawarii, dalej przez Ulm, Stuttgart, Tybingę w Wirtembergii i Bazyleę do Francji.

Austriacy odesłali powstańców do granicy Bawarii pod eskortą wojskową. Z chwilą przekroczenia granicy Bawarii koszty dalszej podróży podjęły lokalne Komitety Przyjaciół Polski (Polenvereine). Powstańcy, którzy do granicy bawarskiej cierpieli nędzę i upokorzenia, witani byli przez Niemców z sympatią i entuzjazmen, doznawali wielu dowodów przyjaźni i gościnności. Niemiecka ludność patrzyła z podziwem na powstańców, którzy nie bali się wystąpić przeciw despotyzmowi rosyjskiemu.

Rzesze mieszkańców wszystkich stanów społecznych wiwatowały Niech żyją Polacy, niekiedy przy dźwiękach armat i salw honorowych artylerii. Powstańcom udostępniano najlepsze hotele i domy prywatne. Na ich cześć urządzano bale i wieszano transparenty: Jeszcze Polska nie zginęła, póki żyją Niemce. Powstawały też utwory poetyckie poświęcone bohaterskim Polakom.

Bywało jednak i inaczej. W Ludwigsburgu na przykład, w archiwum miejskich, istnieją zapiski policji z tego okresu, że wycieńczeni podróżą powstańcy próbowali zdobyć na własną rękę potrzebne im rzeczy.

Ogólnie jednak przemarsz powstańców zapisał się dobrze w pamięci Niemców opowiadających się głównie po stronie niemieckiej opozycji liberalno-demokratycznej i był ważnym czynnikiem, wzmacniającym patriotyzm. Popieranie „sprawy polskiej” było dla niemieckich demokratów dobrą sposobnością do mówienia o własnych problemach i wysuwania własnych postulatów. Te propolskie stowarzyszenia przekształciły się potem w kluby polityczne, podejmujące działania w imię wolności i demokracji przeciwko autokratycznym rządom w różnych, niezrzeszonych jeszcze, państwach niemieckich.

Symbolem sympatii społeczeństwa niemieckiego do powstańców i Polaków był festyn na zamku w Hambach. 27 maja 1832 roku wyrusza z Neustadt prawie trzydziestotysięczny pochód mieszczan. Z przodu kroczyła gwardia obywatelska przepasana biało-czerwonymi szarfami, a jej chorąży niósł biało-czerwoną flagę. Na baszcie zamku zatknięto dwie flagi, jedną polską biało-czerwoną, drugą czarno-czerwono-złotą z napisem Odrodzenie Niemiec.

Przetłumaczony wtedy na niemiecki polski hymn narodowy stał się najpopularniejszą pieśnią w Bawarii, Badenii, Nadrenii i Palatynacie. W kościołach odprawiano nabożeństwa w intencji powstańców i zniewolonej Polski. Znany publicysta, Jochan Georg August Wirth twierdził, że: Odrodzenie Polski może się dokonać tylko dzięki Niemcom. Nasz naród jest też zobowiązany moralnie i prawnie, aby odkupić grzech unicestwienia Polski. Nasz naród musi uznać odrodzenie Polski za swoje najważniejsze i najpilniejsze zadanie, także w swoim własnym interesie. Nigdy przedtem Polska i sprawy polskie nie były tak popularne na ziemi niemieckiej i nigdy dotąd Polacy nie zetknęli się tak gorącym przyjęciem, poparciem i solidarnością ze strony społeczeństwa niemieckiego.

31 maja 1992 roku w 160 rocznicę Hambacher Fest Polskie Stowarzyszenie Kulturalne z Karlsruhe zorganizowało na zamku w Hambach sesję naukową. Ważnym wydarzeniem tych uroczystości jubileuszowych było odsłonięcie tablicy, upamiętniającej udział Polaków w tym ważnym dla historii Niemiec i Europy wydarzeniu.

W 175 rocznicę wydarzeń poczta niemiecka wydała okolicznościowy znaczek na listy. Od roku 2007 w Hambach odbywają się spotkania młodzieży z Niemiec, Polski i Francji.

Ta Wielka Emigracja, rozpoczynająca się po upadku powstania listopadowego, a trwająca do roku 1870 objęła około 8-9 tysięcy osób, głównie z wyższych warstw społecznych.

Z powstaniem listopadowym wiąże się też osoba Ludwika Adama Mierosławskiego, który potem stał się bohaterem Badenii. Mierosławski (ur. 17 stycznia 1814 roku w Nemours) był polskim pisarzem i poetą, działaczem politycznym i narodowościowym, a także historykiem wojskowości.

W wieku lat 16 w stopniu porucznika, brał udział w powstaniu listopadowym. Po klęsce powstania, od roku 1833 roku przebywał na emigracji we Francji.

 

Portret, ok. r. 1840

Mierosławski został wybrany na dowódcę powstania w roku 1846. Uwięziony i skazany na karę śmierci w procesie berlińskim, uniknął jej wykonania dzięki wybuchowi rewolucji berlińskiej. Wraz z Karolem Liebeltem został oswobodzony w marcu 1848 roku z berlińskiego więzienia Moabit. Wrócił do Polski i został naczelnym wodzem armii polskiej zaboru pruskiego. Dowodził m.in. w zwycięskiej potyczce pod Miłosławiem i Sokołowem, oraz przegranym starciu pod Wrześnią. Po kapitulacji powstania poznańskiego Mierosławski ponownie dostał się do niewoli pruskiej.

W grudniu 1848 roku przybył do Palermo, gdzie objął stanowisko szefa sztabu armii rewolucyjnego rządu sycylijskiego. Po upadku powstania w kwietniu 1849 roku wrócił do Paryża, ale już w czerwcu znalazł się w Karslruhe, gdzie rząd Badenii i Palatynatu mianował go naczelnym wodzem armii rewolucyjnej. Po klęsce w bitwie z Prusakami pod Rastatt Mierosławski podał się do dymisji i powrócił do Paryża.

Zmarł 22 listopada 1878 roku i został pochowany na cmentarzu Montparnasse.

***
Z pewnością jest więcej osób i wydarzeń związanych ze wspólną historią polsko-niemiecką. Może warto przejrzeć archiwa i wydobyć na światło dzienne tą wspólną historię.

Sierpień umarłych 3

Zbigniew Milewicz

Post scriptum

Kiedy miałem już gotowy sobotni wpis Non omnis moriar, żegnający troje polskich artystów, natknąłem się w internecie na wywiad z Ewą Demarczyk – Ja nie jestem na sprzedaż. Tego spodziewałem się najmniej. Czarny Anioł przez ostatnie 20 lat swojego życia konsekwentnie unikał kontaktów z mediami i być może ten, z 1998 roku, który znalazłem był ostatnią publiczną wypowiedzią wybitnej artystki. Trochę wyjaśnia ona powody, dla których Ewa Demarczyk w pewnym momencie wycofała się z życia publicznego i sporo mówi o prawie każdego z nas do prywatności. W przypadku znanych ludzi tę sferę bardzo trudno ochronić, bo są w pewnym sensie publiczną własnością, ale przecież nie dosłownie.

Sierpień umarłych 2

Zbigniew Milewicz

Non omnis moriar…

Ciężko. Polska scena muzyczna ponosi duże straty. 25 lipca, dzień po swoich 98 urodzinach odszedł Bernard Ładysz, 14 sierpnia – Ewa Demarczyk, sześć dni później – Piotr Szczepanik, troje bardzo różnych artystów. Ostatniego z nich poznałem osobiście, około 2000 roku, kiedy wspólnie z moją byłą żoną zajmowałem się jeszcze organizacją polonijnych imprez kulturalnych. Ciepły i skromny człowiek z nieodłączną fajką i gitarą, przyjechał swoim starym Saabem do Monachium, zgodził na nocleg w tanim pensjonacie i jeden koncert za niewygórowaną gażę. Do Weyprechthofu na Harthofie, knajpy, której też już nie ma, przyszło tylko około 30 wielbicieli jego talentu, a głównie wielbicielek. Nikt z równie piękną zadumą i melancholią nie potrafił bowiem tak śpiewać o miłości, jak właśnie On. To był już wieczór kariery artystycznej Pana Piotra, ale jego Kormorany, Żółte Kalendarze i Kochać, brzmiały równie pięknie, jak niegdyś i nagradzaliśmy je szczerym aplauzem.

Piotr Szczepanik

Piwnica pod Baranami, krakowski kabaret, z którym Ewa Demarczyk była przed laty związana, pożegnał ją na facebooku tylko dwoma słowami: Odeszła największa.

Wokalistka miała 79 lat. Kilku pokoleniom prezentowała to, co w piosence najszlachetniejsze, najbardziej wartościowe. Nie zostawiła po sobie zbyt wielu nagrań, ale – same perły. One będą z nami, przypominając o fenomenie Ewy Demarczyk, napisał Wacław Krupiński, dziennikarz i krytyk. Urodziła się w Krakowie i z tym miastem była związana najbliżej. Myślała o studiach medycznych, później o karierze pianistki, ostatecznie dostała się do krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i jeszcze w trakcie studiów dołączyła do ekipy Piwnicy pod Baranami. Wcześniej w klubie Cyrulik wypatrzyli ją Piotr Skrzynecki i Zygmunt Konieczny, kompozytor, dla którego Demarczyk stała się muzą. W 1963 roku, niedługo po debiucie w Piwnicy, wystąpiła na I Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Zaśpiewała tam Taki pejzaż i Czarne anioły Koniecznego i publiczność oszalała na jej punkcie. Ewa Demarczyk miała za sobą już pierwszy artystyczny sukces na większą skalę, na również pierwszym Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie, gdzie zaśpiewała porywającą Karuzelę z madonnami, później przyszło zaproszenie na trzeci Międzynarodowy Festiwal Piosenki do Sopotu, gdzie zdobyła nagrodę specjalną “za oryginalność utworu” Czarne Anioły. Ten tytuł został z nią do końca – miłośnicy jej talentu mówili o niej właśnie Czarny Anioł.

Po recitalu w Sopocie dostała szansę, żeby wyjechać do Paryża i robić międzynarodową karierę, ale odmówiła – chciała najpierw ukończyć studia w PWST. Paryż nie czekał na nią długo, zaśpiewała tam po raz pierwszy w roku 1964 i oczarowała publiczność nad Sekwaną. W tym samym roku festiwal w Sopocie przyniósł jej główną nagrodę za wykonanie Grande valse brillante. Żyła w pełnym pędzie – śpiewała w Polsce, za granicą, odnosiła coraz więcej sukcesów. Wiele zmian przyniósł rok 1966. Skończyła studia, założyła własny zespół i zakończyła współpracę z Zygmuntem Koniecznym. To jej owocem była nagrana na początku 1967 roku debiutancka płyta Ewa Demarczyk śpiewa piosenki Zygmunta Koniecznego, która pomogła utwierdzić jej status wielkiej gwiazdy. Nastąpiły wyjazdy na koncerty do Włoch, Meksyku, USA, Australii i Japonii, do największych sal koncertowych, a śpiewała tylko… po polsku. Twierdziła, że muzyka i poezja, a jej interpretacje były najwyższej próby, są językiem duszy i nie ma znaczenia, w jakim języku się je wykonuje. Hipnotyzowała sobą publiczność, brała ją w absolutne władanie. Porównywano ją do Edith Piaff i Juliette Greco. Po każdym utworze, który śpiewała, najpierw trwała na widowni nabożna cisza, później publiczność wstawała z miejsc i rozbrzmiewały oklaski. Tak było wszędzie. Na koncertach, w których osobiście miałem zaszczyt i przyjemność uczestniczyć, jak i tych, o których tylko słyszałem.

Z Piwnicą pod Baranami ostatecznie rozstała się w 1976 roku. Trzy lata później światło dzienne ujrzał wyczekiwany przez wielu podwójny album koncertowy – ostatni w jej dyskografii. Demarczyk stopniowo zawieszała karierę muzyczną – w latach 80 prowadziła w Krakowie Teatr Muzyki i Poezji, który pochłonął ją bez reszty. Dwadzieścia lat temu zniknęła, bez słowa. Szkoda.

Bernard Ładysz

Droga życia najznakomitszego polskiego basa wszech czasów, Bernarda Ładysza, rozpoczęła się w 1922 roku, w Wilnie.

„Gdy wybuchła wojna – wspominał po latach – wstąpiłem do Armii Krajowej. A potem do Wilna wkroczyły wojska radzieckie. W 1944 roku w Wilnie kilka tysięcy mężczyzn przeszło przeszkolenie do służby wojskowej. Mieliśmy zostać wysłani na front, odbijać Warszawę. Postawiono nam jeden warunek: musieliśmy złożyć przysięgę Związkowi Radzieckiemu. Na to się nie zgodziliśmy. Za karę wywieziono nas na Syberię, w różne miejsca. Próbowałem uciekać, ale mnie złapano. Wylądowałem w słynnym obozie pracy w Kałudze. Wysłano mnie do pracy do lasu przy wyrębie drzewa. Mróz był straszliwy, głodzono nas, pracowaliśmy w nieludzkich warunkach. Bardzo wtedy podupadłem na zdrowiu”.

Po wojnie, w 1947 roku, miastem Bernarda Ładysza stała się Warszawa. Niestety do Wilna, gdzie ciągnęła dusza, nie mógł wrócić, nie było go już po polskiej stronie. „Zakochałem się w Warszawie – kontynuował – gdy wróciliśmy z Rosji. Wjechaliśmy do miasta gruzów. I ono nas przyjęło, bo byliśmy partyzantami i wróciliśmy stamtąd. Ta biedna Warszawa oddała nam serce. Oddała 20-metrowy pokój dwudziestu osobom, chociaż miejsca było tylko dla czterech. Pamiętam: siedzieliśmy w kawiarni Maxim i gdy zaczęliśmy śpiewać, ludzie płakali. Płakaliśmy wspólnie nad polskim losem. Dlatego kocham Warszawę”.

Dysponował znakomitym głosem, miało więc sens, że przez dwa lata studiował wokal w Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie, a potem wstąpił do Centralnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego, z którym jeździł również na zagraniczne koncerty. W 1950 roku zaangażowała go Opera Warszawska, zadebiutował rolą Griemina w Eugeniuszu Onieginie Piotra Czajkowskiego. Później olśnił publiczność rolą Mefista w Fauście Charlesa Gounoda, która dała mu możliwość pokazania w pełni, na co go głosowo stać oraz jaki ma temperament i talent sceniczny. Zwrotnym momentem w karierze Bernarda Ładysza stał się konkurs śpiewaczy w Vercelli we Włoszech, w 1956 roku. Odniósł tam tryumf, zdobył I nagrodę i zyskał międzynarodową popularność. Sukces ten otwarł mu drogę na włoskie sceny operowe i możliwość współpracy z artystami tej miary co Victoria de los Angeles, Antonietta Stella, Anita Cerquetti, Tullio Serafin. Zgodnie z regulaminem konkursu w Vercelli laureat mógł zadebiutować w mediolańskiej La Scali. Bernard Ładysz nie zdecydował się jednak na ten krok – zaangażował się natomiast do występów w Teatro Massimo w Palermo. W 1959 roku nagrał w Londynie Łucję z Lammermoor Gaetano Donizettiego, wspólnie z Marią Callas, pod dyrekcją Tullio Serafina.

Sukcesem artystycznym w karierze Bernarda Ładysza była kreacja roli tytułowej w Borysie Godunowie Modesta Musorgskiego w Operze Warszawskiej (1960), a także w nowej inscenizacji tej sztuki w Teatrze Wielkim w Warszawie (1972). Najbardziej jednak znanym polskiej publiczności będzie jego rewelacyjna aria Skołuby Ten zegar stary, z moniuszkowskiego Strasznego Dworu. W operach Stanisława Moniuszki występował bowiem chętnie. Ładysz wziął udział w nagraniach sztuki Król Roger Karola Szymanowskiego oraz opery radiowej Usziko Tadeusza Paciorkiewicza, w prawykonaniach Pasji według Św. Łukasza i Jutrzni oraz w prapremierze opery Diabły z Loudun (w roli Ojca Barre) Krzysztofa Pendereckiego.

Występował również w filmach, m.in. w Ziemi obiecanej, Znachorze, w musicalach, m.in. w roli Tewiego w Skrzypku na dachu Josepha Steina i Jerry’ego Bocka oraz na estradzie piosenkarskiej. Współpracował z Teatrem Syrena w Warszawie.

Pytany o to, co jest jego zdaniem najważniejsze w śpiewaniu artysta odpowiadał: “Wrażliwość, dusza, serce i dar od Boga: głos. A najważniejsze, to umieć to docenić”.

W 98 urodziny Bernarda Ładysza, czyli dzień przed śmiercią, jedna ze słuchaczek Radia Maryja poprosiła o zadedykowanie Solenizantowi pieśni, którą chętnie wykonywał i darzył szczególną estymą: Matko moja, ja wiem. Śpiewał ten utwór wspólnie ze swoją ukochaną żoną, Leokadią Rymkiewicz-Ładysz. Niestety nie wiadomo, czy zdołał jeszcze przyjąć ten prezent, który miał zaakcentować szczególną miłość jego życia, miłość do matki. Dlatego pozwolę sobie teraz załączyć ten utwór.

P.S. Pogrzeb Piotra Szczepanika odbędzie się 31 sierpnia na Starych Powązkach w Warszawie.

Sierpień umarłych 1

Ewa Maria and Friends

Mojej Siostrze Kasi, bo mimo iż to ja to piszę, to jest to nasz wspólny wpis.

6 sierpnia umarł Jacek Mydlarski, malarz, fantastyczny partner rozmów, rzadko, zbyt rzadko, widywany przyjaciel, którego obrazy wędrowały ze mną niemal przez wszystkie moje berlińskie mieszkania, aby po 30 latach przenieść się z powrotem do Polski, do mojego siostrzeńca.

Miał 70 lat. Bardzo mnie poruszyła ta śmierć.
Tak się zaczął
Sierpień umarłych.

14 sierpnia umarła Ewa Demarczyk.

15 sierpnia umarł Henryk Wujec, jeden z najmilszych ludzi Solidarności, prawy, kochany, uczciwy, skromny, szlachetny. Człowiek, który nigdy nie zawiódł naszego zaufania.

To już nie były “zwykłe śmierci” (bo przecież zawsze ktoś odchodzi), to były po prostu Gorzkie żniwa. Tak jakby wszyscy na raz, powiedziała moja siostra, jakby wszyscy na raz postanowili opuścić Polskę, bo tu już się nie da żyć. W ciągu następnych kilkunastu dni umarli Wojciech Karpiński (18 sierpnia), Piotr Szczepanik i Andrzej Walicki (20 sierpnia), Józefa Hennelowa (22 sierpnia), Maria Janion (23 sierpnia). Nie nadążaliśmy z żałobą po każdej kolejnej stracie.

Były też rocznice, gorzkie, smutne, mimo minionych lat przejmujące poczuciem straty i tęsknotą.
18 sierpnia minęły 84 lata od śmierci Federica Garcii Lorki. To u nas w rodzinie ważna rocznica, bo Lorca był zawsze ważny, a potem, gdy Mama, Irena Kuran-Bogucka, zaczęła tłumaczyć jego wiersze, stał się wszechobecny.

Jacek Dehnel napisał na FB:

Osiemdziesiąt cztery lata temu, 18 lub 19 sierpnia 1936 roku hiszpańscy faszyści zamordowali jednego z największych poetów XX wieku. Kiedy ginął, zastrzelony przy drodze, był o dwa lata młodszy, niż ja teraz. Z wszystkiego, co napisałby później, zostaliśmy obrabowani, tak jak zostaliśmy obrabowani przez faszystów niemieckich ze wszystkiego, co napisałby później Baczyński.

Kiedy miałem szesnaście czy siedemnaście lat, nie mogłem nigdzie dostać kanonicznego – i jak dotąd najlepszego – przekładu jego wierszy, autorstwa Ireny Kuran-Boguckiej, więc pożyczyłem go od przyjaciółki i wklepałem w komputer. 375 stron, wiersz po wierszu, poemat po poemacie. Po blisko ćwierćwieczu, przenoszony z twardego dysku na twardy dysk, podróżuje ze mną nadal. Ze wszystkich miłości, które przeżyłem w życiu, którymi nadal żyję, ta jest jedną z najtrwalszych.

Federico Garcia Lorca (tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka)
Nokturn martwego młodzieńca

O, pójdźmy w milczeniu nad rzekę skłębioną,
zobaczyć młodzieńca, który tu utonął.

O, pójdźmy w milczeniu poprzez brzegi wietrzne
zanim go do morza zniosą fale rzeczne.

Łkała jego dusza drobna i zraniona,
nad nią traw i sosen wznosił się aromat.

Z księżyca spływała z rozplecionym włosem
woda, sypiąc lilie na gór nagich zbocze.

Kameliami cienia zasypały wiatry
przytłumione światło ust smutnych i martwych.

Przyjdźcie jasnowłosi chłopcy z turni, z hali,
zobaczyć młodzieńca, co utonął w fali.

Przyjdźcie ciemni ludzie z góry i z doliny,
zanim go zaniesie rzeka w mórz głębiny.

Zanim go zaniesie w morze białogrzywe,
po którym wędrują wody woły siwe.

Ach, jak w Sil śpiewały i drzewa, i góry!
Lśnił księżyc zielony, jak krągły tamburyn.

Chodźmy szybko, chłopcy, niechaj nikt nie zwleka
bo oto już w morze porywa go rzeka!

Popłakałam się, jak przeczytałam ten wpis. A myślałam, że kiedyś wreszcie dorosłam i już nie płaczę…
Lorca był na pewno największą miłością w życiu Mamy.
21 sierpnia minęła 25 rocznica jej śmierci.
Zawsze nas przejmował fakt, że umarła w dwa dni po nim.
Grafika z cyklu Romancero Cygańskie 2 (ilustracje do wierszy Federica Garcii Lorki / Aresztowanie Antonia el Camborio na drodze do Sewilli)

Katarzyna Krenz (moja siostra) napisała:
21 sierpnia o godz. 12:59

Irena Kuran-Bogucka 1925-1995

Mama odeszła 25 lat temu.
Jej cień.
Wracają do mnie Jej kolory: zielony księżyc i granatowa noc. Czarny profil kobiety na złotawej desce drzeworytu. Zapach majowego deszczu i farby drukarskiej. Gwiazdy milczą. Ich milczenie przerywa krzyk Cyganki i tnie z szelestem białe płótno wiersza Federica. Zielony księżyc jest młody i zagięty jak rogalik. O byku nikt nie mówi, bo byk zawsze umiera. Rytmy posunięć dłuta i głębokiej pieśni płyną wspólnie po plastrze lipowego drewna przez otwarte okno ku nocy. Dzwony w kościele Najświętszego Serca Jezusowego na ulicy Czarnej wybijają godzinę pierwszą, drugą, trzecią… Dzwony na wieżach Kordoby wybijają swoje godziny

Ay, mój koniu niestrudzony! Ay, przecież śmierć mnie tu czeka, zanim dotrę do Kordoby
Kordoba samotna w dali.

O tym, że umarła Maria Janion dowiedziałam się z wpisu Justyny Sobolewskiej na FB:

Justyna Sobolewska
23 sierpnia, godz. 21:42

Wielki smutek. Zmarła profesor Maria Janion. Wielka humanistka i nauczycielka kilku pokoleń studentów. Ostatnio przypomniało mi się to zdanie Goethego, które interpretowała najpierw na naszym seminarium potem w książce „Odyseja wychowania” – najwyższym szczęściem dzieci ziemi jest jedynie osobowość. Tych ważnych zdań, które zostały, jest wiele. Pozostało mnóstwo książek – czasem białych kruków jak cykl „Transgresje” z gdańskiego seminarium. Wiele z nich miało swoje źródło w pracy podczas seminarium – „Bohater, spisek, śmierć”, „Niesamowita słowiańszczyzna”, „Kobiety i duch inności” czy „Płacz generała. Eseje o wojnie”. W tej ostatniej książce opisywała m.in. niebezpieczeństwa mitu bohaterskiego, który ma ładunek śmiercionośny i jednocześnie wielką siłę przyciągania. Widzimy to wyraźnie dzisiaj. Jej książki z lat 90 i dwutysięcznych badają życie pośmiertne romantyzmu, ale otwierają się na współczesność. Są przede wszystkim próbą przywrócenia zjawisk nie dość opisanych i zauważanych w kulturze. Zawsze chodziło jej o przekroczenie stanu świadomości polskiej, narodowej i symbolicznej uwięzionej w dawnych fantazmatach. Jej gigantyczny dorobek to próba przepracowania polskich traum i mitów. To była praca Syzyfa – w wywiadzie w Polityce w 2005 roku Janion mówiła, że cała moja ciężka walka o to, żeby paradygmat romantyzmu i historii przekształcić w paradygmat romantyzmu i egzystencji, nie powiodła się. Ale nie ustawała w wysiłkach. Pozostały ważne książki, do których zawsze będzie można wrócić, o które będzie można oprzeć kolejne projekty wolnościowe, emancypacyjne.

Fot. Agencja Gazeta

Tibor Jagielski przytoczył z kolei taki cytat: Dziś obserwujemy oczywisty, centralnie planowany zwrot ku kulturze upadłego, epigońskiego romantyzmu – kanon stereotypów bogoojczyźnianych i Smoleńsk jako nowy mesjanistyczny mit mają scalać i koić skrzywdzonych i poniżonych przez poprzednią władzę. Jakże niewydolny i szkodliwy jest dominujący w Polsce wzorzec martyrologiczny! Powiem wprost – mesjanizm, a już zwłaszcza państwowo-klerykalna jego wersja, jest przekleństwem, zgubą dla Polski. Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu.

Niestety tak, napisał Tibor, cześć jej pamięci.

Niestety tak, cześć ich pamięci.

***

Anna Krenz napisała przed chwilą na FB o kolejnej śmierci, o której pamiętamy:

Dziś mija rok…. / It has been a year today….
Longina Poterek-Krenz (16.2.1946-28.8.2019)
Moja najukochańsza Mama / my beloved Mom.

Jutro drugi wpis zatytułowany Sierpień umarłych.

Wróżby i koty

Teresa Rudolf

Takie wróżby…

Otwórz  rękę,
ależ pokiereszowana
losem, zamknij…

Otwórz rękę,
ależ bardzo pracowita
zawsze, zamknij…

Otwórz rękę,
gwiazda tam znów
świeci, zamknij…

Otwórz rękę, znów
księżyc tam w pełni,
dzisiaj??? zamknij…

Otwórz rękę,
serce czyjeś z piernika
ci wpadło, zamknij…

Znudziło się?
Nie otworzysz?
Biegniesz do wróżki?

Otwórz rękę, ten
jeden, ostatni, jedyny
znów raz…

Jestem  tylko Cyganką,
to wiesz, ohooo… wróżka,
zmarła, zamknij.

Kotka Lili

Piękny,
elegancki chód,
cichej pantery…

Oczy
szmaragdy,
z ironią wyższości.

Błysk
czarnego aksamitu
odbijał księżyc,

w dzien
lśnił w słońcu
wielokaratowo…

Położyła się
na mym sercu
jak w łóżku…

I nie pozwala
mi go na długo,
teraz zaścielić.

Samotność kota

Moritz, mój kot, nastroszona sierść,
nos przy parkiece
i na balkonu betonie.

Moritz mały tygrys,
zagrzebuje łapą swą
“podłość”, błaga wciąż
o kocie wybaczenie.

Moritz, koci macho,
nie chce niczego,
a jedynie, by wyszła,
by weszła, przeszła,

by spadła znów
z nieba, ta sama,
z tej samej mamy,
czarna kotka Lili.

A ona? A Lili?
Na tęczowym moście
wciąż, zanim przejdzie,
najpierw chce wybaczyć.

I calkiem niewinna,
szybsza jak człowiek,
jak zawzięty człowiek,
da mu sygnał: OK.

Dzisiaj,
bo dziś
niedziela…

Z wolnej stopy 9

Zbigniew Milewicz

Polacy nad Dźwiną

Rozmawiają ze sobą dwaj starsi panowie: rozumiem, mówi jeden, twoja pierwsza żona miała żydowskie korzenie, przy niej zrobiłeś swoją zawodową karierę. Druga była Ukrainką, wesołą kobietą i namiętną kochanką, rewelacyjnie gotowała i na nic w domu nie narzekałeś. Nie pojmuję wobec tego, po co ci jeszcze Łotyszka… A ty wiesz – odzywa się drugi – jak one świetnie dbają o groby?

Tę anegdotę opowiedziała mi kiedyś Aina, po polsku Ania, moja dobra znajoma, kiedy jeszcze mieszkała w Monachium. Pracowała tu jako opiekunka starszych osób, ale w końcu i jej zabrakło sił i kilka miesięcy temu wróciła na Łotwę, do swojego domu i wyuczonego zawodu nauczyciela-gastronomika. Kiedy przeczytała mój wpis o Bitwie Warszawskiej, odwrotną pocztą dostałem zdjęcie mogiły polskich legionistów z cmentarza w Ezernieki, niedaleko Daugavpils, Polaków poległych w bitwach z bolszewikami o niepodległość Łotwy. Miejsce ich pochówku prezentowało się godnie i wtedy przypomniała mi się przytoczona anegdota. Ktoś powie, że nad czyimś grobem nie wypada żartować i może będzie miał rację, ale jak miejsce jest zadbane, to chyba można się uśmiechnąć. Zmarli za życia też to robili.

Foto: Aina Jakovele

Kampania Łatgalska to mniej znany epizod wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku, więc chciałbym poświęcić mu przynamniej kilka zdań. Na początek – miejscu, czyli Łatgalii. Jest to historyczna nazwa jednej z czterech dzielnic Łotwy, wspartej o brzeg rzeki Dźwiny .Jest wielonarodowa, oprócz Łotyszy, Białorusinów, Niemców i innych nacji od XVI wieku mieszkali tu Polacy, a w okresie zaborów przybyli Rosjanie. Ze względu na swoją ponad 200-letnią przynależność do Rzeczpospolitej Obojga Narodów nazywano ją Polskimi Inflantami, który to status utraciła po I rozbiorze Polski w 1772 roku, gdy została wcielona do Rosji. Ludność polska zamieszkująca Łatgalię to była głównie drobna szlachta i chłopstwo. Szlachta Inflant Polskich, pochodząca z rodów rycerskich kawalerów mieczowych, miała korzenie niemieckie, lecz związana była licznymi węzłami cywilizacyjnymi z Polską. Z czasem uległa gruntownej polonizacji, dostarczając szeregu zasłużonych Rzeczpospolitej rodów, w tym: Tyzenhauzów, Grothusów, Rejtanów, Denhoffów, Korffów, Romerów, Mohlów, Weyssenhoffów, Platerów, Manteufflów i innych. Nawet w okresie zaborów dominowały tu polskie wpływy kulturowe i gospodarcze, których przewaga zakończyła się dopiero w czasach niepodległości Republiki Łotewskiej w międzywojniu, ale polska obecność cywilizacyjna jest nadal widoczna.

Bez Polaków Łotysze nie świętowaliby dzisiaj stulecia uzyskania niepodległości. We wrześniu 1919 wojska generała Śmigłego-Rydza, wchodzące w skład Frontu Litewsko-Białoruskiego, podeszły pod Dyneburg, stolicę Łatgalii, i po miesięcznych walkach wyparły bolszewików za Dźwinę. Były to tereny okupowane przez bolszewicką 15 Armię. Wojsko Polskie stanęło przed dylematem: jeśli bolszewikom udałoby się tam utrzymać, umocniliby łączność między 15 a 16 Armią, od lutego walczącą z Polakami. Gdyby miasto zdobyły wojska generała von der Goltz, umocniłyby się niepożądane przez rząd polski wpływy niemieckie w państwach bałtyckich. W związku z tym jedynym korzystnym dla Polski wyjściem był sojusz wojskowy z Łotwą. Dnia 30 grudnia 1919 roku podczas rozmów w Rydze osiągnięto porozumienie, na mocy którego Wojsko Polskie miało pomóc Łotyszom w ich walce z Armią Czerwoną. Poza politycznymi korzyściami porozumienia były i operacyjne, w postaci skrócenia frontu wschodniego, poprzez zwinięcie jego długiego odcinka wzdłuż Dźwiny i oparcie lewego, polskiego skrzydła o sprzymierzoną armię łotewską.

Bitwa o Dyneburg, Dźwińsk, Daugavpils rozpoczęła się w ostatni dzień 1919 roku i zakończyła 3 stycznia 1920 roku pełnym sukcesem wojsk polsko-łotewskich. Prowadzono ją w trudnych warunkach klimatycznych, przy 35-stopniowym mrozie i obfitych opadach śniegu, i, jak to na wojnie, za cenę strat ludzkich i materiałowych. W trakcie transportu dział przez zamarzniętą Dżwinę, załamał się lód i wielu legionistów zginęło w nurtach rzeki wraz ze sprzętem, albo zmarło później na skutek odmrożeń, inni padli od kul przeciwnika. Ogólnie szacuje się, że w czasie Kampanii Łatgalskiej poległo około 500 polskich legionistów. Są pochowani w różnych łatgalskich nekropoliach. Naczelnik Państwa, Józef Piłsudski docenił bohaterstwo uczestników operacji, która przyniosła Łotwie niepodległość, polecając umieścić ich na pierwszych miejscach listy odznaczonych krzyżami Virtuti Militari, za walki lat 1919–1920.

W czasach ZSRR, kiedy Łotwa była jedną z radzieckich republik, większość populacji miasta Daugavpils stanowili Rosjanie. Podobnie jest i dziś, mimo że to już strefa Schoengen. Dzisiaj Daugavpils (w wolnym tłumaczeniu miasto nad Dźwiną) liczy ponad 100 tysięcy mieszkańców, przy czym Łotysze stanowią około 17 procent jego populacji, a Polacy ok. 15 proc. Prapradziadek (po mieczu) Ainy, czyli Ani, która mieszka 40 kilometrów od Daugavpils, był Polakiem, nazywał się Luns. A jej ojciec szczycił się tym, że ma polskie korzenie i choć sama Aina uważa się za stuprocentową Łotyszkę, to coś ją czasami ciągnie na mszę w języku polskim, odprawianą w jednym z kościołów w Daugavpils, do polskich przepisów kulinarnych w internecie, albo do przebojów Anny German w oryginale, czyli nie do końca jej te lechickie geny gdzieś wyparowały.

– Przyjeżdżaj w gości – zaprasza. – Pokażę ci wszystkie polskie miejsca u nas, gimnazjum imienia Piłsudskiego, kościoły, groby…

Do tych ostatnich podchodzę z pewną rezerwą, ale kto wie, może dam się zaprosić.

Reblog o podróżowaniu

Ni stąd ni z owąd dostałam mailem instrukcję z travelbit, klubu podróżników online, jak mam przygotować prezentację o moich podróżach. Nie wiem, dlaczego ją dostałam. Nie jestem podróżniczką, choć bardzo lubię podróże i wędrówki. Zwłaszcza wędrówki. Czasem zdarzało mi się gdzieś bywać w świecie, nikt mnie jednak nigdy do klubu podróżników nie zapraszał. W tym roku zaś, kiedy to największym moim osiągnięciem poza-miejskim była czterodniowa wyprawa na Wdzydze i trzy minirejsy szalupą z przystani Wdzydzki Kąt na wyspę Mały Ostrów (nie ja byłam kapitanem, nie ja żeglowałam, nie ja wiosłowałam), zostaję zaproszona… I teraz się waham, bo może jednak trasa Wdzydzki Kąt – Mały Ostrów ma rzeczywiście, jak twierdzi nasz kapitan, znaczenie ponadczasowe.

Tymczasem, nie mogąc się zdecydować, czy by jednak nie opisać tej Wielkiej Podróży, wchodzę na stronę i czytam sobie informacje o innych Wielkich Podróżnikach…

Reblog

Historia „polskiego” poznawania świata zaczyna się całkiem efektownie

Pierwszy – jeżeli można go tak nazwać – polski globtroter był jednym z głównych uczestników największej zorganizowanej przez Europejczyków w XIII wieku ekspedycji. Nazywał się Benedykt Polak (Benedictus Polonus). Urodził się ok. 1200 toku w Wielkopolsce a zmarł ok. 1280 w Krakowie jako gwardian tamtejszego zakonu franciszkanów. Benedykt uczestniczył w pierwszej europejskiej wyprawie w głąb Azji, która dotarła do Mongolii. Miała ona pionierskie i przełomowe znaczenie w dziejach odkrywania Azji.

Powodem zorganizowania ekspedycji były najazdy tatarskie na Europę. Wobec realnego zagrożenia dla chrześcijańskiej Europy, papież Innocenty IV postanowić wysłać specjalną misję do wielkiego chana. Miała ona spowodować zaniechanie najazdów na chrześcijańskie kraje, a także nawrócić chana i jego poddanych na wiarę Chrystusa. Ponieważ wiedza Europejczyków o wnętrzu Azji była w tamtych czasach, co najmniej mglista, dodatkowy cel wyprawy stanowiło zdobycie informacji o trybie życia, wierzeniach, obyczajach i organizacji państwa Mongołów.

Misja papieska wyruszyła z Lyonu 16 kwietnia 1245 roku a jej kierownikiem został Włoch Giovanni da Pian del Carpine. Benedykt Polak był bardzo ważnym uczestnikiem ze względu na wiedzę i kontakty. Ekspedycja 18 listopada 1247 roku wróciła do Lyonu. Wysłannicy spotkali się z wielkim chanem, który jednak odpowiedział odmownie na list papieża. Co więcej, zażądał przybycia do swojej stolicy wszystkich władców Europy celem złożenia mu hołdu.

Mimo to wyprawa była sukcesem, gdyż zdobyła bezcenne informacje pozwalające przygotować opisy odwiedzanych krain. Według przeprowadzonych badań, powstały trzy relacje. Najobszerniejsza „Historia Tartarorum” (rękopis znajduje się w posiadaniu Uniwersytetu Yale) przypisywana jest właśnie Benedyktowi Polakowi. Należy pamiętać, że wyprawa Benedykta miała miejsce ponad ćwierć wieku wcześniej niż znacznie bardziej znana wyprawa Wenecjanina Marco Polo. Fachowcy twierdzą także, że „Historia Tartarorum” Benedykta jest bardziej rzetelna niż „Opisanie świata” Marco Polo.

W roku 2004 śladami Benedykta Polaka wyruszyła wyprawa zorganizowana przez Roberta Szyjanowskiego ze Szczecina. Była ona efektem fascynacji osobą pierwszego polskiego globtrotera, ale także wieloletnich badań i przygotowań. Wyprawa trwała trzy miesiące (czerwiec-wrzesień) i przebiegła trasą opisaną przez Benedykta (www.benedyktpolak.org).

 

Ciąg dalszy TU

Stettiner Bahnhof

Fragment po polsku na samym dole

Für heute wurde vom Verein Städtepartner Stettin eine Führung angesagt.
Organisatorin Ela Kargol.

SAMSTAG 22. August 2020
VON 15:00 BIS 17:00

Rund um den Stettiner Bahnhof

Öffentlich & kostenlos · Gastgeber: Städtepartner Stettin e.V.
Von hier fuhren damals die Züge nach Stettin. Er gehörte zu den größten und prächtigsten Bahnhöfen Berlins. Was ist geblieben, was verschwand von der Stadtkarte und warum? Weshalb wurde der Stettiner Bahnhof umbenannt?
Auf diese und ähnliche Fragen antwortet und führt uns durch die Umgebung um den jetzigen Nordbahnhof Dr. Andreas Jüttemann, Autor und Stadthistoriker.
***
Und so ist es gewesen; Impressionen von Artur Jedyński:

Bericht von Ela Kargol:

Ein Spaziergang mit Dr. Andreas Jüttemann rund um den Stettiner Bahnhof.
Früher fuhren die Bewohner Berlins vom Stettiner Bahnhof nach Stettin und weiter an die Ostsee. Jetzt könnte man sich eigentlich die Reise sparen. Ein ostseeähnliches Vergnügen bietet die Appartementanlage Cube Lodges Berlin Mitte direkt auf den ehemaligen Gleisanlagen der Stettiner Bahn. Es gibt genug Sand, aber kein Meer zu sehen, genau wie in Stettin.
Die Liesenbrücke ist sowieso unfahrbar für die Züge, dafür aber sehr fotogenisch. Aus dem Noa Stellwerk wurde eine Denkmalfabrik und der geheime Eingang zum Friedhof über eine Wohnanlage bleibt wie in DDR-Zeiten geschlossen. Geschlossen und zugeschüttet ist auch der Stettiner Tunnel unter dem Park auf dem Nordbahnhof, der erste Fussgängertunnel Berlins. Die Wartehalle im “Kleinen Stettiner” sah heute besonders nobel , fürstlich und einladend aus. Großes Feiern kündigte sich mit prächtigen Blumenschmuck an. Hier würde es vielleicht sogar Alfred Döblin gefallen. Als er mit seiner Mutter aus Stettin nach Berlin kam im Jahre 1888 und auf dem Stettiner Bahnhof ausgestiegen ist, hat ihn die Größe und Pracht des Bahnhofs nicht angetan. Das ganze versmokte Industriegebiet um den Bahnhof, genannt Feuerland, hat ihn mehr erschrocken als begeistert.

Danke an Andreas Jüttemann für die interessante, informative und vielfältige Führung durch die Gegend um den Stettiner Bahnhof.

***
Kommentarz młodej mamy, która z dwójką dzieci wzięła udział w zwiedzaniu dawnego Dworca Szczecińskiego:

Taki jest właśnie Berlin, jak ta grupa od staruszków z ulicy Szczecińskiej, których wprowadziła w błąd informacja, bo na ulotce był adres Invalidenstr 130, a cała grupa zebrała się przed wejściem, a to był plac Elisabeth Schwarzhaupt 1. I nikt z nas nie sprawdził, czy tam ktoś czeka, bo na ulotce było też napisane, że “przed wejściem do kolejki czyli S-bahny” i tam się wszyscy zebrali. Na szczęście staruszkowie sami nas odkryli. Typowi dla Berlina byli też obaj, polscy zresztą, młodzi ludzie, określeni przez nas jako “galernicy”, z grubymi łańcuchamy zapiętymi na kłódki na szyjach. Bardzo mili i ciekawi młodzi ludzie. Inna starsza pani nie omieszkała na dzień dobry zwrócić Ewie uwagi, że nie wolno mówić obcym ludziom miłych słów, bo nie wiadomo, jak to przyjmą. Ewa się jednak nie przejęła. Dzieci, którym trzeba było obiecać lody i w przyszłości wyjście do parku wspinaczkowego, z całej wyprawy najlepiej zapamiętały tunel i uznały, że to jest loch za kratami, a wyobraźnia podpowiedziała im całą resztę. Następnego dnia malowały taki loch. Berliński poeta ofiarował Ewie kwiaty z własnego ogrodu, którymi Ewa wysmarowała sobie całą białą, płócienną torbę, bo kwiaty okazały się jeżynami. Jedna z młodych dziewcząt z Misji Miejskiej na ulicy Szczecińskiej (Stadtmission Stettiner Strasse) obchodziła bat mizwę, a my braliśmy prawie udział w przygotowaniach. Nie weszliśmy na cmentarz, bo furtka była zamknięta. NRD to jednak NRD.
Jednym słowem, fajnie i rozmaicie. A ukoronowaniem naszej rozmaitości była tęcza.

Myśli

Teresa Rudolf

Myśl w pułapce

Myśl wyleciała nagle,
jak ptak z jego głowy
i siedzi na ramieniu.

Nerwowo dziobie,
straszy, nie daje spać,
czeka na rychły odlot.

Póki co, pyta i pyta,
drąży, chce tej jednej,
jedynej odpowiedzi.

Ten pająk pracowity
tka siatkę rozwiązań,
trzyma w pułapce.

I wszystko wciąż po to,
by wreszcie wiedziec,
co zrobić i nie przegrać.

A życie może wzniesie
“łapkę w górę”, a nie opuści
znów tej “łapy w dół”…

Słuchaweczka

Muzyka w środku nocy
u mnie w uchu, dla mnie,
w  ciszy wielkiej, głośna
w moim cichym wnętrzu.

Raz tańczy, a  raz płacze,
raz zawodzi jak Cyganie,
a raz gra znów, na mego
serca starych bębnach…

Dziś jestem na  koncercie
mych uczuć, biję brawo,
szaleję, wrzeszczę, tańczę
i zamieram nagle w lęku,

co będzie, jeśli ona kiedyś
ucichnie nagle, na zawsze,
bo moje uszy umrą
ze starości…
lub ja…