Kaziuki

Roman Brodowski

Dzień świętego Kazimierza resztki zimy uśmierza

Dzisiaj mamy czwartego marca. Mój Boże, jak ten czas szybko biegnie. Tak niedawno brałem udział w zorganizowanym po raz kolejny przez Związek Polaków na Białorusi, Grodnieńskim Święcie Kaziuków…

Właściwie tradycja Kaziuków, ludowego festynu jarmarcznego, pochodzi z Litwy. Jarmark ten organizowany jest już od ponad trzystu pięćdziesięciu lat, zarówno w Wilnie jak i okolicach.

Po raz pierwszy, połączony z pochodem przebierańców, kuglarzy, kupców i mieszkańców, odbył się ponoć w 1638 roku.

Na początku swojego istnienia przypominał on nieco dzisiejszy targ, połączony z odpustem. Można na nim było kupić wyroby rękodzielnicze, żywność wszelkiego rodzaju napitki, no i oczywiście dewocjonalia pod wieloraką postacią. Ten jedyny w swoim rodzaju, trwający dwa dni festyn, był nie tylko czasem zabawy, ale także świętem kultu religijnego św. Kazimierza. Był okresem wspominek o nim, czasem modlitwy. Był też zaczerpniętym z tradycji przedchrześcijańskiej, świętem witania nadchodzącego przedwiośnia.

Kwoli przybliżenia (w kilku słowach) postaci tego świętego nadmienię, że Kazimierz był synem „Pana na Wawelu”, Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Habsburżanki, oraz wnukiem pogromcy Krzyżaków, Władysława Jagiełły. Urodził się w 1458 roku w Krakowie. W wieku dziesięciu lat został uczniem Jana Długosza. Pomimo tego że od najmłodszych lat przy boku ojca uczestniczył w wyprawach wojennych, spotkaniach dyplomatycznych, czy też sejmach, nigdy nie zainteresował się polityką, a wprost przeciwnie. Odznaczał się miłosierdziem względem ubogich i niebywałą, jak na pretendenta do tronu, religijnością. Wiosną 1483 roku król ojciec wysłał go na Litwę, gdzie na początku piastował funkcję podkanclerza, a następnie sprawował faktyczną władzę królewską. Odznaczał się wyjątkową inteligencją. Biegle władał polskim, litewskim, niemieckim oraz łaciną. Znany był z tego, że głosił i wprowadzał na Litwie Kult Najświętszej Marii Panny i Wielkiego Jej Miłosierdzia. Przypisywano mu chrześcijańską zasadę, „lepiej umrzeć niż zgrzeszyć”.

W 1484 roku niespodziewanie zmarł na gruźlicę w odległym od Wilna o sto pięćdziesiąt kilometrów, Grodnie. Miał 26 lat.

Spoczął w podziemiach Katedry Wileńskiej i jest to do dziś miejsce kultu młodego Jagiellończyka.

Za swoją pobożność oraz wkład w krzewieniu kultury chrześcijańskiej, wyniesiony został na ołtarze w 1602 roku. Obrano go patronem Litwy i Polski, czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów, powstałej na mocy Unii Lubelskiej w 1569 roku.

W 1950 roku Pius XII ogłosił go też patronem młodzieży litewskiej. Kanonizacja zmarłego królewicza miała także aspekt polityczny. Chrześcijańska (wówczas już od ponad stu lat) Litwa nie posiadała bowiem żadnego rodzimego patrona, a dla religijnego prestiżu był on nader potrzebny. Kazimierz został pierwszym świętym tej ziemi.

św. Kazimierz w Katedrze Wileńskiej
(ok. r. 1520)

Dniem wspominania świętego Kościół ustalił dzień 4 marca – dziś dzień imienin Kazimierza.

Wracam do moich „kaziukowych” wspomnień. Chętnie sięgam pamięcią do tych wileńskich z 2009 roku.

Do Wilna zaproszony zostałem przez grono moich przyjaciół, z okazji imienin jednego z nich – Kazimierza. Zapowiedzieli mi, że weźmiemy udział w „kaziukowym jarmarku”. Ja jako „polski poeta z Berlina”.

Z Berlina wyjechałem rejsowym autokarem lini Berlin – Tallin – Wilno, wieczorem trzeciego marca.

Trudów podróży zbytnio nie odczuwałem, ledwo wszedłem do autokaru, już, prawie że natychmiast, zasnąłem. Ktoś obudził mnie dopiero na dworcu autobusowym w Kaunas czyli Kownie, gdzie zgodnie z planem musieliśmy przesiąść się z wygodnego pojazdu do mniej wygodnego, lokalnego mini-busa. Czekały na nas cztery pojazdy, które odwoziły pasażerów do Rygi i Tallina lub Wilna i Mińska.

Do Wilna dojechałem wczesnym popołudniem. Moi znajomi czekali na dworcu i od razu zawieźli poza miasto, do motelu. Dali mi kilka godzin, bym mógł odpocząć i doprowadzić się do porządku po trudach podróży. Umówiliśmy się na spotkanie przed motelem o godzinie 18.

Ledwo zdążyłem się wykąpać i założyć na siebie wizytowe ubranie, gdy ktoś zapukał do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Minęła 17. Otworzyłem. Przed drzwiami stało kilka nieznajomych mi osób, z kwiatami i szampanem. Byłem zaskoczony. Wtedy zza pleców jednej z pań wyłonił się Czesław, brat mojego przyjaciela – Kazimierza, wilniuka, mieszkającego od wielu lat w Grodnie. Unosząc napełniony jakimś trunkiem kryształowy puchar w kształcie baraniego rogu, zaintonował „sto lat, sto lat, niech…” Kazik powiadomił go widocznie, że dziś są moje 50 urodziny. Złożył mi życzenia i wręczył kielich, bym jako pierwszy umoczył w nim usta. To był krymski szampan.

Wypiłem nieco, po czym przekazałem napój dalej. Gdy ostatni z gości dopił resztę szlachetnego płynu, udaliśmy się do znajdującej się w piwniczce motelu restauracji.

Jakież było moje zdziwienie, gdy przy suto zastawionym stole ujrzałem Kazimierza, Leszka, który specjalnie na ten wieczór przyjechał z Białegostoku, Ludmiłę z Grodna, Marię, polską nauczycielkę z Wilna oraz Anię, lepszą połowę Czesława. Byli wszyscy, których chciałem zobaczyć. Moi przyjaciele połączyli jutrzejszą imprezę imieninową Kazimierza i moje „półwiecze”. Przyjęcie trwało do północy w miłej, zakrapianej dobrymi trunkami i „zakąszanej” kawiorem i litewskimi „specjałami” atmosferze.

To była naprawdę prawdziwa niespodzianka i mój najpiękniejszy dzień urodzin.

Następnego dnia około dziesiątej pod motel podjechał Czesław. Założyłem palto, przerzuciłem przez ramię torbę z kilkoma egzemplarzami moich zebranych w skromny tomik wierszy, oraz rękopisami, i zaczęliśmy kolejną imprezę. Żona Czesława przygotowała śniadanie. Już od drzwi poczułem swojskie zapachy. Ugoszczono mnie bigosem, białą kiełbasą, jajkami w majonezie, przystrojonymi czerwonym kawiorem, typowo po polsku, ale wszak i rodzina typowo polska. Gospodarze i ich małe dzieci świetnie mówili po polsku, bo już i rodzice Czesława trzymali się reguły, że w domu domownicy rozmawiają tylko w języku przodków. Poza domem oczywiście mówią po litewsku, sporadycznie po rosyjsku, ale w domu – nigdy!

Po śniadaniu wyruszyliśmy do miasta, a tam nieopodal Wilni, rzeczki wpływającej do Nerisa, czekał na nas jarmark – porozstawiane stragany, wozy, prowizoryczne sceny i… prawdziwe mrowisko ludzi. Przy jednym ze stoisk, takim z wileńskimi „specjałami”, czekali na nas Kazimierz i pani Mirka, działaczka mniejszości polskiej na Litwie. Wypiliśmy grzane piwo z miodem i skosztowaliśmy wielkiego „cepelina ze spyrką”, który przypomina w smaku naszą polską pyzę z mięsem, tylko jest o wiele większy i w kształcie podobny do piłki, w jaką grają rugbiści.

Przeciskaliśmy się między ludźmi i co kilkadziesiąt metrów zatrzymywaliśmy obok jakiejś kapeli folklorystycznej, a było ich bardzo wiele. Stoiska kusiły „cepeliadą” – można było kupić wszystko, od wyszywanych serwetek, poprzez tradycyjne pamiątki z drewna, po twory sztuki garncarskiej, kowalskiej, piekarniczej. Były rzeczy antykwaryczne i wielkanocne palmy kunsztownie splecione z kwiatów, ziół, jesiennych liści i gałązek.

kaziuki2

Widok bawiących się całymi rodzinami wilniuków, rozradowanych dzieci, staruszków trzymających się za ręce, korzystających z pierwszych przedwiosennych promieni słońca, i młodzież ciekawej tradycji ojców, naprawdę cieszył nie tylko oczy, ale i duszę.

kaziuki 3

W końcu dotarliśmy prawie że na skraj tego jarmarcznego buszu, w okolice jakiegoś parku. Pod drzewami ustawiona była mała scena, na której właśnie kończył się występ młodzieżowej grupy tanecznej. Pani Mirka podeszła do jakiegoś pana, wyjęła z torby jakieś pismo i pokazała mu, wskazując jednocześnie ręką w naszą stronę. Po chwili pan ów wszedł na scenę i zapowiedział kolejną atrakcję. Tego, co powiedział, niestety nie zrozumiałem, zapowiadał bowiem w języku litewskim. Zrozumiałem natomiast, po geście jaki w moim kierunku wykonał i jego ostatnich słowach – Romanis Brodouskaus – że chodziło o mnie.
Tak – po litewsku nazwisko moje brzmi „Brodouskaus”.
To że w programie mojego pobytu w Wilnie przewidziano spotkanie literackie ze mną, wiedziałem, ale nie wiedziałem, że ma się odbyć w takiej scenografii.

Nieco zaskoczony wszedłem na scenę, usiadłem na krześle i, z mikrofonem w ręku, zacząłem recytować jeden z przygotowanych na tę okazję wierszy. Przed sceną stało kilka osób, nie licząc moich przyjaciół. Dopiero po kolejnym utworze wokół sceny zrobiło się ciasno – przybywało coraz więcej Polaków z Wilna. Czytałem i recytowałem przez dobre pół godziny, a gdy skończyłem, rozległy się głośne brawa. „Wileńscy Polonusi” dziękowali mi za wystąpienie. Na bis przeczytałem jeszcze dwie rymowanki dla dzieci, rozdałem kilkanaście książek z autografem i wreszcie pożegnałem się z audytorium.

Katedra w Wilnie_

Późnym popołudniem udaliśmy się do Katedry na uroczystą mszę w intencji św. Kazimierza, a wieczorem, po kolacji, mój zgoła nie święty Kazimierz pokazał mi swoje piękne miasto przy blasku migoczących na nieboskłonie gwiazd.

Wilno - Ostra Brama
Ostra Brama z obrazem Matki Boskiej, Katedra ze swoją charakterystyczną, podobną wieży w Pizie, dzwonnicą, Baszta Giedymina, pozostałość po świetlanych czasach królewskiego miasta, a wreszcie cmentarz „Na Rossie”, gdzie znajduje się grób matki Józefa Piłsudskiego oraz jego serce. Przeszliśmy wąskimi uliczkami starego miasta do domu, w którym podczas studiów, mieszkał Adam Mickiewicz.

wilno 2009
Tam postanowiłem podziękować Kazimierzowi za gościnę i na miejscu napisałem dla niego wiersz, wiersz o „Kaziukach”. Co prawda trwało to „wieczność”, bo i latarniane oświetlenie, i nocna już pora niezbyt mi w tym przedsięwzięciu pomogły. Jeżeli do tego dodam, że ręce mi kostniały, bo pisałem na prowizorycznym stole – lodowatej masce jakiegoś samochodu, to można powiedzieć, że wiersz dla mojego przyjaciela powstawał w iście „spartańskich warunkach”.

Następnego dnia po śniadaniu, w asyście przyjaciół, obładowany podarkami, z wielkanocną, „kaziukową” palemką w garści udałem się na dworzec autobusowy.

– Jaka szkoda, że muszę wracać na ten męczący Zachód. Tak dobrze się tutaj czuję – powiedziałem, wchodząc do autokaru.
– To wracaj do nas. Będziemy na ciebie czekali, Romku – powiedział Czesław.
– „Za rok, może dwa – zanuciła a capella pani Maria, całując mnie na pożegnanie w policzek.

Autokar ruszył, przyjaciele machali, oddalając się powoli, a ja wciąż miałem przed oczyma wydarzenia z ostatnich dwóch dni…

Dzisiaj mamy dzień czwartego marca. Mój Boże, jak ten czas szybko biegnie, a ja muszę leżeć w tym nudnym… szpitalu

Berlin, 04.03.2015

Kaziuki

Na Kaziuki do Wilna
Pan Kazimierz zaprosił
Toż odmówić to grzech
W takiej sprawie
I zobaczyć też warto
Słynny Jarmark Marcowy
Bo go nie masz i w Gdańsku
I w Mławie

Tysiąc kramów, kramików
A być może i więcej
Rozstawiono na rynku i wokół
Można kupić i sprzedać
Byle wykpić się nie dać
Tyle dobra przed nami
I z boków

Ludu nawet nie zliczysz!
Z Litwy z Łotwy z Estonii
Z Białorusi i z naszej ojczyzny
Przyjechali w przedwiośnie
Kresowiacy radośnie
By tradycję podtrzymać
Polszczyzny

Wszędzie palmy, palemki
W różnych tęczy kolorach
Każda inna i kwieciem bogata
Że aż łezka się kręci
I do kupna są chęci
Dla najbliższych dla siebie
Dla brata

Ta tradycja jest piękna
„Kaziukowe spotkania”
Święto Wilna i jego okolic
Przypomnienie przeszłości
Dla potomnych, przyszłości
Co go nie ma w żadnej
Ze stolic…

Wilno, 04.03.2009

Święty Walenty, święty Walenty…

Ewa Maria Slaska

…serce zgubiłam pod miedzą…

Dziś niedziela, dzień świętego Walentego, lekarza i biskupa, opiekuna żołnierzy rzymskich, skazanego na śmierć za wiarę w Jezusa. Jak Ligia i Winicjusz, jak Ursus, jak pochodnie Nerona…  Dzięki Sienkiewiczowi wiemy całkiem sporo o prześladowaniu chrześcijan w starożytnym Rzymie, o Neronie, który spalił miasto, by móc opiewać katastrofę… Sienkiewicz ukształtował naszą zbiorową wyobraźnię, dał nam poczucie wielkości wiary chrześcijańskiej jako naszego wspólnego dobra, jako niezbywalnego elementu polskości. Brały w tym procesie udział i inne polskie dzieła, w tym może przede wszystkim wielka kurtyna Siemiradzkiego…

Malarz stworzył ją w roku 1876, a Wikipedia twierdzi, że inspiracją była mu powieść Kraszewskiego Rzym za Nerona. Scena przedstawia ogród Złotego Domu, siedziby Nerona. Cesarz właśnie wchodzi, za chwilę rozpocznie się widowisko…

Podobno malarz chciał sprzedać kurtynę carowi Aleksandrowi za 50 tysięcy rubli, nadmienił zresztą, że gotów jest przyjąć zapłatę w ratach, ale mimo to władca jakoś nie kwapił się do zakupu. W roku 1879 artysta przekazał więc obraz powstającemu właśnie Muzeum w Sukiennicach. Kurtyna była pierwszym obiektem w nowym muzeum.

Walenty miał szczęście i nie zginął aż tak “malowniczo”, po prostu go ścięto, ale za to otoczyła go legenda zgoła romantyczna. A było tak… W III wieku naszej ery cesarz Klaudiusz II Gocki zabronił młodym mężczyznom zawierania małżeństw, uważał bowiem, że posiadanie rodziny osłabia zapał bojowy legionistów. Biskup Walenty z Terni udzielał im jednak ślubów, oczywiście chrześcijańskich. Podobno były to bardzo szczęśliwe małżeństwa. Biskupa pojmano i wtrącono do więzienia, gdzie zakochał się w niewidomej córce nadzorcy. Dziewczyna miała dzięki miłości odzyskać wzrok. Sława tego cudu rozeszła się szerokim echem wśród wiernych, a cesarz skazał biskupa na śmierć. Egzekucję wykonano 14 lutego 269 roku. Walentego pochowano w Terni, a jego grób już w IV wieku otoczony był kultem. Papież Juliusz I wybudował nad grobem bazylikę. Walentego uważa się za opiekuna epileptyków i patrona zakochanych.

W dzisiejszych czasach wszyscy jesteśmy, niekiedy fanatycznie wręcz, przekonani, że rozpowszechnienie kultu świętego Walentego jako patrona zakochanych to komercyjne interesy kwiaciarzy, a zwyczaj narzucili nam ohydni kapitaliści amerykańscy.

Ciekawe, jak niektóre przekonania przenoszą się bez najmniejszej zmiany z jednego systemu do drugiego. Ohydny kapitalizm amerykański to retoryka innej epoki, nigdy przez nas tak naprawdę nie akceptowana, nie wiadomo więc dlaczego ożyła tak wspaniale przy okazji Halloween i obchodów świętego Walentego, skoro te upowszechniły się w Polsce dopiero po zmianach ustrojowych.

Od wielu lat bezskutecznie usiłuję “odczarować” dzień ku czci Walentego jako święto z tradycjami i ważny element naszej kultury…

Bo na przykład Ofelia śpiewa taką oto piosneczkę (Hamlet, akt IV, scena 5):

To-morrow is Saint Valentine’s day,
All in the morning betime,
And I a maid at your window
To be your Valentine.

***
Walenty jako patron dwornych figlów pojawia się u Samuela Pepysa czyli w Londynie XVII wieku. Pepys był jako żywo wzorem urzędnika, może nawet pierwszym zawodowym urzędnikiem słynnej angielskiej Royal Navy, na pewno był rozpustnikiem, nie przepuszczającym żadnej spódniczce, zwłaszcza tej z niższego stanu, i nie gardził łapówkami (zresztą kto wtedy gardził łapówkami?), ale nic mi nie wiadomo, jakoby miał być amerykańskim kapitalistą…

O zwyczaju obchodzenia dnia św. Walentego, kiedy to mężczyźni i kobiety wybierali sobie na ten dzień kawalera lub damę, Pepys pisze kilkakrotnie, po raz pierwszy w roku 1660. Angielski wydawca Dzienników dodaje, że był to w owym czasie zwyczaj powszechny, ale że to właśnie u Pepysa znaleźć można najlepszy opis tych zabaw. Kilkakrotnie Pepys zapisze w Dzienniku, że, jak to jest w zwyczaju, już w przeddzień w zaprzyjaźnionym towarzystwie wybierano sobie “walentynów” i “walentynki”. Czasem miało się kilka “dam” albo kilku “kawalerów”, których odwiedzało się rano, przynosząc prezenty lub pieniądze. Czyli tak, jak śpiewała Ofelia: All in the morning betime.

14 lutego 1661 roku pan Pepys zostaje “kawalerem” pani Małgorzaty, a jej mąż, sir Batten, zostanie “walentynkiem” pani Pepysowej. Wieczorem wesołe towarzystwo będzie biesiadowało na jachcie pana Browna, który jest szwagrem pana Battena. Przy tej okazji Samuel zapisze, że jego żona tego dnia po raz pierwszy weszła na pokład statku.

Dworna asysta nie ograniczała się zresztą tylko do 14 lutego, bo jeszcze do końca miesiąca kawalerowie i damy świadczyli sobie grzeczności i dawali podarunki. W tym roku dopiero w kilka dni później Pepys zabierze swoją “walentynkę” do miasta i kupi jej tuzin par rękawiczek, sześć par haftowanych i sześć gładkich. Na co 22 lutego pan Batten przyśle Elżbiecie Pepysowej sześć par rękawiczek, jedwabne pończochy i podwiązki. Pepys zauważa z zadowoleniem, że w niedzielę w kościele Małgorzata miała rękawiczki, które jej podarował.

W roku 1662 Samuel nie chce być znowu “walentynkiem” Małgorzaty, a to dlatego, że stosunki pomiędzy oboma panami bardzo się popsuły.

W 1663 roku Pepys nie jest zadowolony z wyboru “walentynki” i, jak się zdaje, tego dnia nie bierze udziału w żadnej zabawie, a w każdym razie nic o tym wspomina. Pisze natomiast, że zjedli z żoną na kolację parę kaczek. W rok później poszli na kolację do wujka i rozmawiali z ciotką o zaletach kociołka miedzianego do gotowania mięsa, ale i w tym roku nie obchodzili chyba dnia świętego Walentego.

W roku 1665 oboje, i Pepys, i jego żona, znowu świętują ten dzień. Kawalerem pani Pepys zostaje młody chłopak, Dicke Pen, którego i Pepys miałby ochotę pocałować, a damą Samuela jest żona niejakiego pana Bagwella. Pepys ma jednak dużo pracy i nie traci czasu na zabawy. Zresztą poprzysiągł, że nie będzie marnotrawił czasu, sił i pieniędzy na hulanki. W rok później w dniu świętego Walentego Pepys odwiedza malarza (paynter), pana Halesa, i postanawia zamówić u niego portrety swój i żony. Jak się też i stało – obraz znajduje się obecnie w Galerii Portretu w Londynie.

Wieczorem tego dnia Samuel i jego żona idą na tańce, ale nie wiadomo, czy ot tak sobie, czy z okazji wesołego dnia. W następnym roku “mały” Will Mercer i sam Samuel są “walentynami” pani Pepys. Mercer podarował jej własnoręcznie wykonany obrazek – bardzo udatny – jej imię złotymi literami namalowane na błękitnym papierze. Mąż zaś kupił małżonce jakiś prezent, nie wiadomo jaki, który, jak zapisał, kosztował go “5 L”. Liwrów? Wieczorem towarzystwo bierze udział w “posiedzeniu” u payntera, malującego portret pani Pepysowej. Pepys zabawia się trochę z panią Pierce i z góry wie, że będzie go to niestety kosztowało. Bo, dodajmy na marginesie, Pepys jest wspaniałą mieszaniną skąpca i rozrzutnika, przy czym z reguły skąpi na żonę, a “rozrzuca” dla siebie.

Z kolei w rok później “Mercerka” jest walentynką Pepysa, który daje jej w prezencie złotą gwineę, natomiast jego kuzyn (cozen) zostaje “walentynem” pani Pepysowej. Jednak i Samuel musi się z tej okazji wykosztować na pierścionek dla żony z “tureckim kamieniem”, za który przyjdzie mu zapłacić ze 4 lub 5 “L”. Ponadto ma jeszcze wieczorem schadzkę z Doll Lane, która też się uważa za jego “walentynkę”. I wreszcie kupuje kilka prezentów córeczce pani Pierce, która go wylosowała jako swojego “kawalera”.

W roku 1669, ostatnim, kiedy Pepys prowadził swój dziennik, dowiadujemy się, że był “walentynem” pani Turnerowej. Kupuje jej zielone pończochy jedwabne, podwiązki, błyszczące, żółte rękawiczki i jedwabne sznurowadła, co w sumie kosztowało go 28 szylingów.

***

I jeszcze jedno kulturowe odniesienie do świętego Walentego – słynny Piknik pod Wiszącą Skałą (Picnic at Hanging Rock), jeden ze stu najważniejszych filmów w historii kina światowego, australijski dramat filmowy z roku 1975 w reżyserii Petera Weira. Piknik to opowieść o kilkunastu uczennicach, które wraz z nauczycielkami udają się w dzień św. Walentego 1900 roku na piknik, a kilka z nich w tajemniczy sposób znika.

Wikipedia podaje kilka ciekawostek związanych z produkcją filmu:

  • Patricia Lovell, producent wykonawczy filmu, relacjonuje, że podczas kręcenia zegarki ekipy zachowywały się w dziwny sposób: spieszyły się bądź późniły oraz stawały o określonej godzinie. Zarówno w powieściowym pierwowzorze jak i w filmie, zegarki dziewcząt stanęły w samo południe, kiedy przebywały one na skale, co stanowiło punkt wyjścia dla tajemniczych i pełnych grozy wydarzeń, które miały potem nastąpić.

  • Wbrew powszechnemu przekonaniu film oraz książka, na której podstawie powstał, nie są oparte na faktach. Zawarte weń wydarzenia zostały wymyślone przez autorkę książki, Joan Lindsey. W pierwotnej wersji powieści Lindsey zawarła nawet rozdział wyjaśniający, co wydarzyło się z zaginionymi, ale usunęła go w wyniku sugestii wydawcy, by nadać książce większą atmosferę tajemnicy. Wycięty rozdział został wydany po śmierci autorki jako The Secret of Hanging Rock.

  • Akcja filmu rozgrywa się w sobotę 14 lutego 1900 r., w rzeczywistości w ten dzień wypadała środa.

Przyjemnej niedzieli!

Rocznica

Zbigniew Milewicz

Zostań z nami

Zszedł ze swego łoża boleści, zanim oficjalnie stwierdzono jego zgon. Dokładnie stało się to wtedy, kiedy w drodze z Niemiec do Polski, tak powszechnej dla mnie jak droga z piekarni do domu, zobaczyłem przez szybę samochodu deszcz meteorytów sypiący się z nieba, a może tylko jedną gwiazdę, która spadając potrąciła sąsiednie, a tamte znowu inne i zrobiło się zamieszanie w tym rejonie nieboskłonu. Po chwili jednak wszystko wróciło do stanu ładu i równowagi, a Główny Księgowy Firmamentu odnotował w swoim laptopie, że Stan Ciał Niebieskich został zmniejszony w wyniku Rotacji Transcendentalnej o jedną wypaloną jednostkę, a następnie zastąpiony nową. Jej potencjał i możliwości energetyczne znał jednak wyłącznie Główny Energetyk.

To znaczy, do światowych mediów poszła informacja, że: Zszedł o 21.37, a tak naprawdę wydarzyło sie to o 21.31. Wtedy, kiedy monitor elektrokardiogramu pokazał linię płaską, a nie, kiedy ustały funkcje mózgu. On bowiem, mimo swojej wybitnej inteligencji, całe życie kierował się przede wszystkim sercem, a nie rozsądkiem. Spojrzał na sponiewierane chorobą ciało, tak, jakby przed chwilą nie należało do niego, na swoją byłą świtę i medyków zgromadzonych koło łóżka i z ulgą opuścił szpitalny apartament.

Przed budynkiem, na placu, niezliczony tłum z zapalonymi świecami modlił się nadal o Jego zdrowie. Wszystko prawie było jak przedtem: ludzie śpiewali religijne pieśni, skandowali Jego imię, odmawiali różaniec, ale na ich twarzach, zamiast zachwytu malował się smutek. Zauważył, że ten smutek ma różne barwy; dominowały ciemne brązy, różne odcienie szarości, czerni, ale zdarzało się, że spod nich przebijał żywy róż, czerwień, błękit, pomarańcz… Mocniej, albo słabiej, ale wyraźnie były widoczne; podobnie wyglądały oblicza niektórych Strażników Tajemnicy, zgromadzonych wokół Sacrum. Ciągnął się za nimi charakterystyczny, siarkowodorowy zapaszek, każda z tych osób wyposażona była w różnych rozmiarów i kształtów Nożyczki Do Obcinania Kuponów. Większość z nich miała kształt krzyża, ale widział także nożyczki w kształcie młota na niesprawiedliwość społeczną, komunizm, faszyzm, aborcję, albo terroryzm, ale tylko… pobłażliwie uśmiechnął się na ten widok. Gdyby żył, pewnie zareagowałby inaczej.

Odczekał chwilę, aż otworzyło się okno na górze i dostojnik w purpurowych szatach obwieścił Urbi et Orbi, że On nie żyje. I zanim na Placu rozlegl sie powszechny lament, opuścił go. Udał się za rzekę, do Braci Biednych i Bezdomnych, którym raz na rok, na wiosnę, obmywał nogi. Od razu go poznali. Ślepy (od denaturatu) Julek posadził go na skrzynce od margaryny i otulił kocem, bo nocne zimno ciągnęło od rzeki. Głupia Ewka z chmarą swoich i nie swoich dzieciaków herbaty w blaszance mu przyniosla, a Stefek-hifek na harmonijce Cicha Noc zagrał, choć przecież Chrystusik już umarł i dopiero co zmartwychwstał. A Cygan Urke powiedział, że jak nie ma się gdzie podziać, to niech zostanie z nimi.

Zawsze jestem z Wami – powiedział.

Monachium, 07.04.2005

Hanys z Pomorza

Roman Brodowski

 Dlaczego Hanys z Pomorza?

Gdy po ukończeniu szkoły podstawowej podjąłem decyzję nauki w szkole górniczej, nie myślałem o tym, że na Śląsku spędzę wiele wspaniałych lat mojego życia. To że chciałem uczyć się zawodu górnika, bądź co bądź nieco egzotycznego dla pomorzanina, spowodował fakt, iż szkoła znajdowała się bardzo daleko od domu rodzinnego, posiadała internat, a do tego była to, jak mi się wydawało, szkoła dla wybranych. Poza tym podobał mi się ten zawód. Wiele się o nim w tamtych czasach mówiło. Dla naszego pomorskiego społeczeństwa ludzie pracujący pod ziemią, wydobywający węgiel, kojarzeni byli z siłą i odwagą – jednym słowem, byli twardzielami. A ja, najsłabszy i najmniejszy w klasie, często wyśmiewany z powodu cherlawego wyglądu, chciałem być takim prawdziwym twardzielem.

– Co mi tam – myślałem. Ukończę zawodówkę, potem technikum i wrócę do domu. Przecież i na Pomorzu górnicy mogą się przydać, a do tego zarobki w tym zawodzie są o wiele wyższe niż gdzie indziej.

Rzeczywistość jednak okazała się inna niż moje zamierzenia. Po przyjeździe do szkoły górniczej prawie natychmiast poczułem się jak w domu. Większość kolegów, podobnie jak, ja nie pochodziło ze Śląska, lecz z terenu całej Polski. Mietek na przykład przyjechał z okolic Białegostoku, a Adam z Młynar koło Elbląga. Mieszkaliśmy razem w trzyosobowym pokoju.

Miejscowi nazywali nas prześmiewczo „gorolami” (proszę nie mylić z góralami), my zaś mówiliśmy o nich, że są „ hanysami” czyli z niemiecka – Hansami.

To prawda, w tamtych czasach różnice między przybyszami a rodowitymi Ślązakami były dość znaczące. My, przyjezdni, zazwyczaj przywoziliśmy ze sobą naszą kulturę, tradycję oraz nasze „inne” pojęcie świata, co często doprowadzało do konfliktów. Ale też brak było tolerancji.

Pierwsze tygodnie nauki odbywały się w atmosferze wzajemnego poznawania, zawiązywania znajomości czy też przyjaźni. Gdyby nie to, że byliśmy jedyną klasą, do której nie uczęszczała ani jedna, powtarzam, ani jedna dziewczyna, bylibyśmy najbardziej reprezentatywną, i to pod każdym wzgędem, klasą w szkole. Niestety klasy o profilu mechaniczno – technologicznym przewidziane były tylko dla chłopców i wraz z klasami elektro-automatycznymi zaliczały się do tak zwanych klas elitarnych.

Nic więc dziwnego, że zazdrościliśmy innym, mieszanym, klasom przyjemności uczenia się z koleżankami.

Doskonale widać to było na przerwach lub imprezach szkolnych. Gdy któryś z nas, zwłaszcza nie Ślązak, próbował skontaktować się z jakąś ładną śląską koleżanką, natychmiast znajdował się przy niej tak zwany „anioł stróż”, który zazwyczaj skutecznie uniemożliwiał jakąkolwiek przyjemność. A przecież mieliśmy już po szesnaście lat i nic dziwnego w tym nie było, że lgnęliśmy do towarzystwa dziewcząt. One zaś, w okresie dojrzewania, nie były już dla nas głupimi gąskami, nadającymi się do targania za włosy, poklepywania czy też wykorzystywania jako pomoc naukową do odrabiania lekcji. Z wiekiem ich wartość w naszych oczach wzrastała, i to w zastraszającym tempie. Zaczęły być obiektem westchnień, zauroczeń, czy też nie całkiem jeszcze pojętych przez nas pragnień. Tak, to prawda – w naszym gronie przyszłych mechanizatorów górnictwa, czuliśmy się jak w klasztorze, jak duchowni obarczeni balastem celibatu.

Pod koniec października pojawił się w naszej szkole jakiś tajemniczy facet. Chodził od klasy do klasy i w obecności nauczycieli obserwował uczniów, zadając niektórym pytania.

Do naszej klasy wszedł podczas lekcji języka polskiego. Powoli podszedł do nauczycielki, długo z nią o czymś rozmawiał. Sprawiali wrażenie, jakby się bardzo dobrze znali.
My zaś, przekonani, że mamy do czynienia z pracownikiem kuratorium oświaty, czekaliśmy w napięciu na dalszy rozwój sytuacji.
Nagle oboje zwrócili się w naszą stronę, a pani wskazując palcem wywołała kilku z nas po imieniu. Na pierwszy ogień poszedł Mietek, następnie Gerard, Andrzej, a na końcu ja.
– To że Mietek został wybrany, to i słusznie, bo miał najlepsze wyniki w nauce, a poza tym wyróżniał się spokojem i inteligencją – pomyślałem sobie wówczas.            – Gerard też potrafił więcej od innych. Jak na Ślązaka, był wyjątkowo łagodny i koleżeński. Andrzej należał do klasowej elity. Ale ja? Dlaczego ja? Przecież w niczym się nie wyróżniałem. Niczego, ani złego, a tym bardziej dobrego, nie można było o mnie powiedzieć.
Mężczyzna podszedł do mnie i zapytał, czy potrafię dobrze czytać. Zaśmiałem się.         – Czy potrafię czytać? – powtórzyłem z niedowierzaniem pytanie. – Pan chyba ze mnie żartuje, proszę pana – odpowiedziałem z lekką drwiną. – W dziewiątej klasie chyba każdy normalny człowiek potrafi czytać i pisać.
– Twardy jesteś chłopcze i widać że masz charakter, a to mi się w tobie podoba. Skoro więc twierdzisz, że potrafisz, to udowodnij mi i przeczytaj ten wiersz.
Podał mi otwartą książkę. Spojrzałem do środka i zacząłem pospiesznie, na głos, czytać. Najpierw tytuł, potem nazwisko autora, a następnie płynnie i szybko cały utwór. Pamiętam, że była to „Ciemność” Cypriana Kamila Norwida.
Przeczytałem i spojrzałem, w poczuciu dobrze wykonanego zadania, na kolegów, a następnie, oddając książkę właścicielowi, pewny siebie czekałem na werdykt.
– Muszę przyznać, że sprawnie ci to poszło. Bez zająknięcia, jednym tchem i szybko. Super. Nie wiem, czy rozumiałeś treść tego, co przeczytałeś – uśmiechnął się nieco szyderczo. Jeżeli tak, to wytłumacz nam proszę, co autor chciał przekazać swoim czytelnikom słowami tego dzieła?
W klasie zapanowała cisza. Nie wiedziałem c o powiedzieć. Rzeczywiście, z jednej strony przeczytałem tekst, z drugiej zaś nie potrafiłem wytłumaczyć jego sensu.
– To normalne, przyjacielu, że nie wiesz o czym Norwid myślał, pisząc swoje dzieło.     Ja też bym tego nie wiedział, gdybym nie przeczytał powoli, z zastosowaniem tak zwanej analizy myślowej tekstu – przerwał tę ciszę, wybawiając mnie niejako z opresji mój rozmówca.
– A swoją drogą, masz dobrą dykcję i potrafisz w nieudawany sposób wyrażać nie swoje emocje, czyli masz talent i wszelkie predyspozycje, by zostać dobrym aktorem – dodał na zakończenie i, poklepawszy mnie po plecach, odszedł. Pozostał w klasie jeszcze przez jakiś czas, rozmawiając krótko z Mietkiem, Gerardem i Andrzejem, a ja, siedząc w ławce, przez cały ten czas próbowałem zrozumieć, co usłyszałem. Pochłonięty myślami, nawet nie zauważyłem, kiedy po rozmowie z nauczycielką pożegnał się i wyszedł. Dopiero, gdy polonistka, która była jednocześnie opiekunką naszej klasy, zwóciła się do mnie po imieniu – zareagowałem.

– Jutro ty i Gerard zgłosicie się o dziewiątej w Wojewódzkim Domu Kultury, w Katowicach. Zostaliście wytypowani do reprezentowania naszej szkoły podczas tegorocznego święta „Barbórki” i przez najbliższe pięć tygodni, zawsze we wtorek i piątek będziecie uczestniczyli w próbach zespołu międzyszkolnego. Reszty dowiecie się na miejscu – powiedziała. – Pan, który przed chwilą nas opuścił, jest reżyserem, odpowiedzialnym za przygotowanie programu artystycznego. Poszukiwał utalentowanych uczniów we wszystkich szkółach górniczych naszego zjednoczenia – dodała.

Tak więc Gerard jak i ja zostaliśmy wybrani. Szkoda tylko, że Mietek odpadł. Zmartwiło mnie to trochę, byliśmy już niemalże przyjaciółmi.

Następnego dnia wczesnym rankiem, zwolnieni z zajęć, wyruszyliśmy z Gerardem i pięcioma innymi kolegami z naszej szkoły do domu kultury w Katowicach. Kiedy przybyliśmy, w gmachu czekało już około stu pięćdziesięciu uczniów z innych szkół. Punktualnie o dziewiątej wyszedł do nas w asyście dwóch młodych dziewczyn, poznany już wczoraj reżyser.

Powitał nas, przedstawił siebie i obie panie, opisał szczegółowo nasze zadania. Było nas 180 osób z dwunastu szkół i mieliśmy stworzyć zespolony chór, którego zadaniem było przygotowanie i wykonanie trzech śląskich pieśni podczas centralnej akademii z okazji „Barbórki”. Otrzymaliśmy teksty piosenek i asystentki „kapelmajstra” (tak nazwaliśmy szefa) ustawiły nas w sześć rzędów. Mnie oczywiście, jako że należałem do najniższych, postawiono w pierwszym rzędzie, niemalże pośrodku. Reżyser podszedł do jakiegoś chłopaka o kędzierzawych, jasnych włosach, następnie do mnie i, wyciągając nas z rzędów, powiedział: – Dla was panowie mam szczególne zadanie. Nauczycie się na pamięć wierszy i będziecie je recytować między pieśniami. Zajmę się wami osobiście. Pierwsza próba trwała cztery godziny, chór śpiewał, a właściwie wył niby stado zgłodniałych baranów, a my w maleńkim pomieszczeniu socjalnym poznawaliśmy otrzymane wiersze.

Karol, chłopak z Szombierek, dostał trzystonicowy monolog Gustawa Morcinka, ja zaś ośmiozwrotkowy wiersz jakiegoś nieznanego poety z Zabrza.
Po próbie, zmęczony, z tekstem w kieszeni wróciłem wieczorem do internatu.
– Ciesz się bracie, że ciebie nie dostali – powiedziałem do Mietka na powitanie. – Ciesz się – powtórzyłem, rzucając zmiętą kartkę z tekstem do wyuczenia, na stół.

Mijały tygodnie, czas do barbórkowego święta przybliżał się nieubłagalnie, a my zachowywaliśmy się coraz bardziej profesjonalnie. Chór dawno przestał wyć, a zaczął śpiewać tak, że aż miło było posłuchać. Ja także mój wiersz dawno już opanowałem i to do do tego stopnia, że mógłbym go recytować w każdej formie, a to w wersji dramatycznej, a to jak satyrę , a to znowu jak utwór liryczny. I mimo że powtarzałem go go setki razy, reżyser zawsze znalazł coś, co mógłbym lepiej powiedzieć.

W końcu nadszedł ten dzień. W chłodną, słoneczną sobotę, ubrany w galowy strój z czakiem na głowie, maszerowałem przez miasto. Po drodze spotykałem dziesiątki osób odświętnie odzianych
w stroje ludowe lub mundury górnicze.
Wszyscy spieszyli w tym samym kierunku,
do „Spodka”.

Kiedy przybyłem na miejsce, okazało się, że jestem tym ostatnim, na którego czekano.
– No, nareszcie! – usłyszałem zza pleców zdenerwowany głos Karola.
– Gdzie ty się podziewałeś? – zapytał. – Kapelmistrz od zmysłów odchodzi, wydzwaniając za tobą do szkoły.
– Jak to – zdziwiłem się. – Przecież umawialiśmy się na trzecią, a teraz jest dopiero za dwadzieścia – dodałem – spoglądając na zegarek.
-Jakie za dwadzieścia. Dwadzieścia po trzeciej, a nie za dwadzieścia! – wyjaśnił.
Spojrzałem jeszcze raz na cyferblat, następnie przyłożyłem zegarek do ucha. Nie tykał.
– No tak, masz… – nie dokończyłem.
Niespodziewanie, obok mnie pojawił się, jakby spod ziemi wyrósł, Pan Reżyser. Popatrzył, kazał się okręcić, poprawił pióra na głowie i z nieudawanym zadowoleniem, pozytywnie skomentował mój wygląd.

– Przepraszam… – chciałem wyjaśnić spóźnienie. – Nie trzeba. Ważne, że jesteś – przerwał mi, jakby znając moje intencje. Nagle usłyszeliśmy donośny głos organizatora akademii. – Za pięć minut Chór wchodzi na scenę – poinformował – proszę się przygotować.

Dopiero teraz można było zauważyć nasze zdenerwowanie, tremę, strach. Każdy z nas starał się wygłuszyć narastające napięcie, jak tylko potrafił. Jedni bezwiednie poprawiali włosy, inni manipulowali przy guzikach, a jeszcze inni wykonywali jakieś nieskoordynowane ruchy rękoma. Nie mniej od nas przeżywali to, co ma się za chwilę wydarzyć, opiekunowie naszej grupy. Od tego, jak my zaprezentujemy się na scenie, zależało ich „być, albo nie być”

– Wchodzimy – usłyszeliśmy sygnał. Powoli przez odsłoniętą szpaltę zwisającej kurtyny, przesuwalśmy się na wyznaczone wcześniej miejsce na scenie. Scena była ogromna i pomieściłaby nie jeden, a trzy takie chóry jak nasz. Staliśmy na niej podczas prób, nie była więc nam obca. Tym razem jednak wyglądała inaczej.

Oślepiające światła reflektorów, przygotowana w nocy scenografia, a przede wszystkim wypełniona pięcioma tysiącami widzów widownia wywarła na nas wrażenie, że trudnobyłoby to opisać. Na szczęście, o czym dowiedzieliśmy kilka minut przed wystąpieniem, wraz z członkami naszego chóru wystąpić ma około dwudziestu członków zespołu pieśni i tańca, „Śląsk”, wtopionych w naszą grupę. Dzięki temu poczuliśmy śmielej i pewniej.

Zaczęło się. Na początek zaśpiewaliśmy znaną piosenkę „Walczyk górniczy”. Poszło nam całkiem nieźle. Potem wyszedł Karol i powiedział , z prawdziwie aktorskim zacięciem, przygotowywany tak długo monolog , zaśpiewaliśmy jeszcze dwie śląskie pieśni. Przy pomocy zawodowych śpiewaków wykonaliśmy je prawie-że profesjonalnie. W końcu przyszła kolej na mnie.
Wyszedłem z rzędu na trzy kroki do przodu, spojrzałem na publiczność i…
Nie potrafiłem wykrztusić ani jednego słowa. Nogi miałem jak z waty i zapomniałem wszystko, co miałem powiedzieć. Po prostu – zjadła mnie trema .

Na widowni zapanowała cisza, którą co jakiś czas przerywał błagalny szept stojącego z boku reżysera. – Mów coś, nie bój, jestem przy tobie, mów! – powtarzał. Powiedziałem. Nie wiem jak to się stało, ale powiedziałem. Zacząłem spokojnie, bez nerwów szukać w myślach treści wiersza. – Najważniejsze to mówić logicznie, na temat, z właściwie dobranym rymem. – podpowiadało mi moje wnętrze, moje drugie ja.
Nie wiem jak długo mówiłem i co mówiłem. Byłem jak w transie. Dopiero kiedy skończyłem, zrozumiałem, co się stało. Publiczność biła brawo, a ja stałem, nie mogąc się ruszyć. Dopiero, kiedy zeszliśmy ze sceny, emocje opadły.

Kiedy podszedł do mnie ten, który przez kilka tygodni walczył o to, aby nauczyć mnie prawdziwej recytacji, nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy, Czułem, że go zawiodłem. A On powiedział tylko: „Geniusz, prawdziwy talent, chciałbym mieć takiego syna”. Z tym geniuszem to oczywiście przesadził, a to że porównał mnie do syna? –
Z tego co wiedziałem, to po utracie żony w czasie wojny, pozostał sam.
***
– Dlaczego Hanys z Pomorza? – no właśnie. Kiedy schodziłem ze sceny, to głośno dziękowałem św. Barbarze za opiekę, słowami „Gryfna Panienko, kej by nie Ty, to bych nie szafnoł. Dziękuja Ci, ześ mnie obekła w siły”. Idący obok mnie Gerald, kiedy usłyszał te słowa – wykrzyknął „ To jest nosz, Hanys…, z Pomorza!”

I tak przez kolejne trzy lata szkoły nazywano mnie Hanysem z Pomorza.

Droga do Santiago de Compostela. Carrión de los Condes.

Ewa Maria Slaska

Czwartek, 20 września

Mam przed sobą 23 kilometry do Calzadilla de la Cueza. Tylko 23 kilometry, ale za to pierwszą godzinę w zimnisku pod górę, a reszta w słońcu, upale i kurzu. Postanawiam, że od jutra będę rano wkładać również rękawiczki. To ostatnia rzecz, z tych które mam w plecaku, których jeszcze nie używałam. Nawet onuce miałam już na sobie w jakiś ulewny deszcz. Do pierwszej i jedynej miejscowości na trasie – Carrión de los Condes – zaledwie 5 kilometrów i przelatuję je jak czarownica na miotle, ale to pewnie dlatego, że ciemno i zimno.

W Carrión poszłam na mszę do kościoła św. Klary – nie, to zdanie trzeba zapisać odwrotnie. Weszłam do ogromnego kościoła i ponieważ zaczynała się msza – zostałam. Opłacało się z kilku powodów – duchowy pomijam. Po pierwsze: ksiądz był bardzo gruby i sam, pytam więc, kto mu się pomógł ubrać w szaty i ornaty? Te szaty były nader uroczyste, wspaniała koronkowa alba i czerwony ornat. Był sam i prowadził mszę w tych uroczystych szatach wydawałoby się, że dla nikogo – mnie pomijam. Był sam i w liturgii towarzyszyła mu taśma albo płyta z nagraniem. Bardzo to było śmieszne. Ale Podniesienie jednak odprawił on osobiście.  Dopiero po czasie zauważyłam, że wielka część kościoła jest oddzielona gęstą kratą od nawy głównej i siedzi tam cała gromada mniszek. Jasne! Przecież jesteśmy klasztorze! Z kielichem w garści ksiądz podszedł do kraty, ktoś mu otworzył, ksiądz jednak nie wszedł do klauzury, a tylko wsunął tam ręce i tak udzielał komunii. Dopiero po mszy można było obejrzeć śliczną kapliczkę umieszczoną w klauzurze – wyglądała jak mały domek dla lalek, słodko i starannie umeblowany dla lalki, która tam mieszkała czyli Matki Boskiej. W kapliczce kafelki, ołtarzyk, obrazki na bocznych ścianach – marzenie każdej dziewczynki o własnej Matce Boskiej we własnym domku.

No tak, mała dziewczynka czyli ja. Uwielbiałam wtedy książkę Tarcza i kaptur Pii Górskiej, powieść o życiu św. Klary. Na pewno była to powieść bardzo świętobliwa, ale ja z niej odczytywałam przede wszystkim historię miłosną. Klara pochodzi z bogatej rodziny i postanawia przyłączyć się do świętego Franciszka, który wtedy jest już wydziedziczonym biedakiem, w końcu on sam też był z zamożnej rodziny. Klara chce się poświęcić biednym i Bogu, ale dla mnie było to zakochanie, Klara zakochała się we Franciszku i robi wszystko, by być blisko niego. Ciekawe, jakbym to teraz odczytała, gdyby się tak zdarzyło, że wzięłabym tę książkę po raz pierwszy do ręki? Nie mogę być do końca pewna, ale nie jest wykluczone, że to ta powieść ukształtowała moje dziewczyńskie pojęcie o tym, co to jest miłość. A te dziewczyńskie pojęcia mają potem okropnie długi żywot.
Zapomniałam o tym sto lat temu, ale natychmiast mi się przypomniało, jak tylko weszłam do kościoła. Dziękuję świętej Klarze, która stoi sobie w środku barokowego ołtarza, ubrana w nader twarzowy habit.

Oczywiście nie twierdzę, że spędziłam życie na modłach i pracy jak Klara, co to to nie, ale to od Pii Górskiej (nota bene, czy to nie zachwycające, jak imię nas określa na życie – Pia czyli pobożna organizowała naukę religii w ochronkach i przytuliskach i pisała pobożne książki) dowiedziałam się, że poważnego mężczyznę zdobywa się, dzieląc jego zainteresowania. No! W ciągu życia priorytety mi się nieco przestawiły i teraz od wielu lat jestem zdania, że warty uwagi jest tylko ten facet, który dzieli moje zainteresowania, ale w końcu wychodzi na jedno. Trzeba mieć o czym rozmawiać, a to się dobrze udaje, jak się ma wspólne zainteresowania.

Tyle słów Ewy Marii na tę świętą środę.

W czasie realnym przebywamy właśnie oboje, Tomasz Fetzki i ja, na konferencji w Szczecinie 🙂

Koty i święci

Ewa Maria Slaska i Maryna Over o kotach

Nie ma wyjścia, dzisiejszy wpis o kotach trzeba poświęcić świętościom, taki dzień jak dziś jednak zobowiązuje, w końcu nie co dzień Polak zostaje świętym. I w końcu tak wielu tych świętych Polaków nie mamy – święty Jacek (z pierogami), święty Stanisław… Kto zna więcej? Wprawdzie Wikipedia podaje prawie 130 imion (osób jest znacznie więcej) świętych i błogosławionych związanych z Polską czy to poprzez narodowość, czy też miejsce urodzenia lub działalności, ale nawet nasz bardzo kochany święty Wojciech nie był przecież świętym polskim, pochodził z Pragi, działał w Niemczech i nawet umarł nie w Polsce, lecz w Prusiech.

No dobrze, ale koty i polscy święci, to już temat, który chyba nawet moją dociekliwość przerasta. Jak ktoś coś wie, to bardzo proszę, żeby się odezwał. Na razie jednak poprzestanę na klasyce sztuki europejskiej.

LeonardoDaVinciMadonnacon Mabibi a gattoCane-contro-gatto

 

 

 

 

 

 

 

 

X
X
Zacznę od Leonarda da Vinci, którego Madonna z Dzieciątkiem i kotem (rysunek piórkiem przechowywany w Londynie w Galerii Rycin British Museum), dała przed paru laty asumpt żarcikom na temat powieści Dana Browna “Kod Leonarda”, o której chętnie mawiano, że to książka o kocie Leonarda, a nawet o kotce.  Z kolei w internecie zestawia się ten rysunek z drugim, podobnym i pisze o tym, że Leonardo nie mógł się zdecydować, czy kot czy pies? Znawcy twierdzą, że oba rysunki są odmienne od innych szkiców Leonarda i charakteryzuje je szybkie następstwo kolejnych linii, które dopiero wspólnie zbudują sylwetkę postaci. Podobno jest to już zapowiedzią Madonny Benois (to nazwisko jednego z właścicieli) czyli Madonny z kwiatkiem. Ponieważ nie ma tam jednak kota, odsyłam ciekawych poza bloga, ale proszę wróćcie – to TU.

HieronimusBoschWadam-i-Ewa-Ogród rozkoszy ziemskich (1480-1490, detal)Następnym klasykiem, którego nie podejrzewalibyśmy o malowanie kota jest Hieronim Bosch. A jednak Maryna Over odkryła, że i u niego wśród ogromnych truskawek i skrzatów z nosami jak miecz w “Ogrodzie rozkoszy ziemskich” Adamowi i Ewie, których Bóg właśnie stworzył był, pojawia się kot i to zgoła taki, który właśnie upolował mysz a może szczura. Po drugiej stronie, u stóp Ewy widoczny jest z kolei ptak pożerający ogromnego żuka. Podejrzewam tu głęboką symbolikę marności życia ziemskiego, a nie kocie i ptasie portrety, ale czyż to ma znaczenie?

rubensRównież Rubens nie oparł się pokusie skontrastowania kota i świętości. Anioł zwiastował Pannie Maryi, Anioły grają i rzucają kwiaty, a kot… A kot śpi. Niby niewinnie, ale kto wie, kot jest symbolem zmysłowości, może więc jest to ukryta sugestia, że… no jednak… może się tam w alkowie jednak to i owo mogło wydarzyć.

Najbardziej jednak zdumiewającym połączeniem kota i świętości jest podrzucony oczywiście również przez Marynę “Kot – krucyfiks” Marka Szwarca. Artysta urodził się w rodzinie żydowskiej w Zgierzu w roku 1892, zmarł w Paryżu w roku 1958. Studiował w Paryżu, gdzie przyjaźnił się z Fernandem Léger, Amedeo Modiglianim, Chaimem Soutine i Chagallem. W roku 1912  założył z przyjaciółmi pierwsze żydowskie czasopismo artystyczne Makhmadim. W roku 1919 przeszedł na katolicyzm. marekszwarcMimo to pozostał Żydem i był – jak to sam określił – „Żydem wyznania katolickiego”. Zajmowała go problematyka tożsamości żydowskiej. Był jednym z założycieli grupy awangardowych artystów żydowskich w Łodzi – Jung Jidysz (1919-1921). Pisała o niej Lidia Głuchowska we wpisie Yddischland. Szwarc przyjaźnił się ze Stanisławem Kubickim, o którym już tak tu dużo pisałam, że nie będę się powtarzać i przypominać, kim był i co tworzył.

NorwichX

X

Na zakończenie wcale nie symbolicznie raczej pogodny obrazek, przedstawiający mniszkę z kotem. Maryna opatrzyła go jednym słowem – Norwich. Norwich to angielskie miasto średniej wielkości z piękną katedrą średniowieczną
i 35 innymi kościołami z tejżeż epoki. Dziś kilka z nich zostało zamkniętych, ale ich liczba nadal imponuje. Utrudnia jednak życie autorce tego wpisu. No bo dobrze, mniszka z Norwich. I co dalej?  Dziwnie wydaje mi się, że mimo tak wspaniałych średniowiecznych możliwości owa mniszka jest raczej neogotycka niż gotycka. Czytam dokładnie napisy otaczające ów portrecik, układające się w jedno zdanie, bardzo czytelne. Już sam ten fakt musi poddawać w wątpliwość średniowieczną proweniencję nie tyle kota i kobiety, ile ich portretu. All shall be well and all shall be well and all manner of things shall be well. Czytam dalej. U góry po lewej i po prawej odkrywam napis Julian of Norwich. Julian z Norwich. Sprawdzam – nie, to nie on, to ona. Juliana z Norwich, angielska mistyczka z XIV wieku. Pustelniczka, mieszkała w samotnej celi w jednym z kościołów w Norwich, a jej jedynym towarzyszem w samotni był kot. Samotnię i przylegający do niej ogródek otaczał mur, a zadaniem kota było tępić szczury i myszy. Już kiedyś zetknęłam się z takimi pustelnicami. Jedną z nich była Ewa od świętego Marcina w Liege. Wraz z drugą mniszką, Julianą z Liege, taką samą pustelnicą, doprowadziły do ustanowienia święta Bożego Ciała. Nie wychodziły ze swoich cel, jedzenie podowano im przez otwór w drzwiach. Relacje milczą, ale zapewne tak też usuwano nieczystości z celi.

St-Julian's-750218Tu mieszkała Juliana z Norwich i to tu w celi odciętej od świata murem przeżyła 16 objawień. Ze względu na treść trzynastej wizji, która rozmija się z nauką Kościoła, nigdy nie była oficjalnie czczona. Wspominana jest w Kościele anglikańskim oraz… Reformowanym Kościele Katolickim w Polsce 8 maja. Czyli w dniu polskiego świętego – Stanisława.

Swoje objawienia zapisała w kilku książkach, z których najważniejsze jest Revelations of Divine Love. To zdanie o tym, że wszystko będzie dobrze pochodzi właśnie z Objawienia Bożego Miłosierdzia… I myślę, że tak możemy zakończyć ten wpis. Dziś niedziela Miłosierdzia Bożego, ustanowiona przez Jana Pawła II.

Wszystko w tym wpisie, którego jak zwykle nie planowałam, pozwalając się wieść od jednej myśli do drugiej, splotło się wręcz wzruszająco precyzyjnie. Nie ma więc powodu, żeby nie wierzyć Julianie: All shall be well and all shall be well and all manner of things shall be well.

PS 1. Oczywiście znajduję tę ilustrację. Oczywiście to nie jest średniowiecze. Oczywiście jest to malarka współczesna, manierystyczna, religijna – Virginia Wieringa. Umieściła ten obrazek na swojej stronie internetowej z podpisem: Created for my friend Tom Schwanda who told me about Julian. Her story is fascinating.

PS 2. Tymczasem nasza kochana Powsinoga nadesłała z Chicago dwa obrazki, to znaczy jeden to znaczek, a drugi – tak, to taki obrazek czy też święty obrazek, jakie zbierałyśmy (-śmy my) w dzieciństwie i wkładałyśmy do książeczki do nabożeństwa. Te są z Peru ze świętym Marcinem de Porres. Wzruszająca postać – żył w latach 1579-1639, był nieślubnym dzieckiem, mulatem, balwierzem, ogrodnikiem, mnichem z zakonu dominikanów, opiekunem chorych i sierot, dla których zakładał przytułki. Nazywano go świętym z miotłą i przedstawiano z kotem i psem. Został kanonizowany przez Jana XXIII w roku 1962. Jego historia pasuje do wierszy Katarzyny Krenz, które od wielu tygodni publikuję w poniedziałki, które Kasia nazwała Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci. Poczytajcie, najlepiej wszystkie, a nie tylko ten jeden tu zlinkowany.

Peru.Martin de Porres.1965 Peru - św. Marcin de Porres