W górę rzeki (3)

Zbigniew Milewicz

Schronisko braci Hampel

Dziś jest prościej, ale do początku lat 90 Chorzowów administracyjnie było kilka i znaczyły je rzymskie cyfry od I do IV. Ponieważ jednak mało kto wiedział, gdzie kończy się granica jednego, a zaczyna już inny, potocznie mówiło się: ida do miasta, jada do Batorego, albo do Starego i ludzie na ogół kojarzyli, o co chodzi, ale też nie zawsze. Jest taki stary wic, rozprawiają dwie sąsiadki w Świętochłowicach:

– kaj jest Hilda ?
– pojechała do Chorzowa…
– do starego?
– nie, do Emy, pranie prać.  

Dom moich dziadków znajdował się jeszcze w Chorzowie I, choć za południową miedzą był już IV – Chorzów Batory, czyli Hajduki. Rody obydwojga wywodziły się natomiast z Chorzowa II, gdzie dzisiaj stoi Pomnik Powstańca Śląskiego, czyli z samej kolebki Królewskiej Huty. Zarówno babciny ród Hamplów, jak i dziadka, Paluchów, przywędrowały tutaj z Karkonoszy, kiedy cały Śląsk należał do Marii Teresy Austriaczki. Tak twierdziła ciocia Irka, siostra mojej mamy, której konikiem była historia, ale moim zdaniem przeprowadzka nastąpiła ze sto lat później. Fryderyk II pruski zabrał Habsburgom Śląsk w 1742 r. Osiem lat później bracia Hamplowie odkupili od dzieci niejakiego Samuela Breitera ich schedę po ojcu, dwa drewniane szałasy pod szczytem Góry Śnieżki na wysokości 3866 stóp i urządzili tam schronisko, pod szyldem Hampelbaude. Karkonosze nazywały się wówczas Riesengebirge a Góra Śnieżka Schneekoppe. Jeżeli wierzyć rodzinnej legendzie, protoplasta babci przywędrował jednak pod Śnieżkę z Italii, był wesołym, niebieskookim młodzieńcem w krótkich spodenkach i sprzedawał lody. Tyle legenda i zarazem koniec moich możliwości, żeby dalej płynąć pod prąd w tym nurcie rzeki. Hampel nie brzmi mi włosko, więc mógł na przykład pochodzić z Tyrolu, pierwotnie nazywać się inaczej, albo być jedynie wytworem familijnej fantazji. Hampelbaude jest jednak udokumentowana na papierze.

Wszystkie informacje na temat schroniska, które udało mi się znaleźć, sporządzone są w języku niemieckim; Niemcy kochają Sudety, zwłaszcza ten swój raj utracony, który po wojnie znalazł się w granicach Czech i Polski. Haus des deutschen Ostens w Monachium dysponuje biblioteką, z której mogę skorzystać i skopiować to, co mnie interesuje. Najlepsze informacje znajduję jednak w internecie, dostarcza mi ich Erhard Krause, który w oparciu o stare kroniki górskich służb ratowniczych pisał*, że bracia Hamplowie, podobnie, jak ich poprzednik opiekowali się jednocześnie pobliską kaplicą. Samo schronisko natomiast miało początkowo bardzo skromny standard. Składało się z korytarza, kuchni, obszernej izby, komory i obory dla krów. Klepisko wyłożone było słomą i na niej pospołu się spało. Gospodarze karmili swoich gości chlebem, serem, masłem, mlekiem, domową okowitą, czasami jajkami i piwem, warzonym na miejscu. Caspar Lindner, jeleniogórski lekarz, zauważył z przekąsem, że najsmaczniejsza w schronisku jest woda, uchodziłoby jeszcze i piwo, ale tego gospodarze podobno nigdy nie mieli w zapasie. Bracia dokładali jednak starań, aby goście żegnali ich zadowoleni i ponownie zechcieli ich odwiedzić, ich żony i dzieci na zmianę zajmowały się gospodarstwem i usługiwały przybyszom, ale wzorców na prowadzenie takiego interesu jeszcze nie było.

hampelbaude
Moda na chodzenie po górach, na podziwianie piękna przyrody dopiero się w świecie zaczynała. Turystyki górskiej byle kto wówczas nie uprawiał, był to przywilej wyższych stanów, ludzi, którzy mieli środki na to, żeby karetą, z ogromną ilością bagaży i służbą, udać się w niezbadane, dzikie ostępy górskie. Kiedy końmi dalej nie dało się już jechać, szli pieszo, lub niesiono ich w lektykach do pierwszego schroniska, później do następnego, a Hampelbaude była ostatnim schroniskiem przed szczytem Śnieżki. Pruski, wyższy radca konsystorza Johann Fridrich Zöllner, zarazem autor pewnej interesującej książki o Śląsku, który latem 1791 r. zatrzymał się tutaj, stwierdził, że gospodarze mówią i zachowują się w bardzo wytworny sposób. Byli prostymi ludźmi – wywodził – więc mogli się tego nauczyć tylko od swoich gości. Wśród wspomnianych progi schroniska przekroczyły zaś między innymi takie osobistości, jak Leopold Graf von Schaffgotsch, Franz Anton Graf von Spork, Król Fryderyk Wilhelm III i Królowa Luiza (w 1800 r.), a latem 1797 r. poeta Heinrich von Kleist, który wpisał się do księgi pamiątkowej swoim „Hymne an der Sonne“. Także wielki J.W. Goethe miał nocować na sianie w schronisku, zanim rankiem 23 września 1790 r. wspiął się na szczyt, żeby podziwiać wschód słońca.

Dowcipnie skomentował tutaj swój pobyt artysta-malarz Ludwig Richter, autor powyższego sztychu, przedstawiającego Hampelbaude, który 14 sierpnia 1838 r. odnotował w dzienniku, co następuje: „Unzählige Reisende. Damen getragen. Schöne Mädchen. Eine ungeheure Milchsuppe überschwemmt die Stube, da der Boden des Topfes bricht.“ Przytoczyłem w oryginale, bo żaden przekład nie odda lepiej ekspresji na gorąco, w malarskim wizjerze, złapanego życia. Praski poeta Karl Herloßsohn napisał zaś: „Hier spielte eine blinde Harfnerin und tischten uns die jungen, hübschen Tochter der Wirtin ein Frühstück, bestehend aus Brot und Branntwein, ganz á la Riesengebirge, auf.“ Wtedy jednak miejsce to miało już innego właściciela.

Rudolf Hampel 002
W posiadaniu rodziny Hamplów znajdowało się do roku 1836. Po śmierci kolejnego dziedzica, jego trzy córki sprzedały schronisko za 940 talarów rodzinie Adolph, jednak w przewodnikach turystycznych nazwa się utrzymała, nawet jeżeli tylko archiwalnie, do dziś. W 1906 r. budynki spłonęły doszczętnie, odbudowano je w sąsiedztwie, gdzie był lepszy dostęp do wody, dziś stoi tam schronisko „Strzecha Akademicka“.

A rodzina Hamplów…? Częściowo wywędrowała w świat, za nowym szczęściem, za chlebem, inni zostali w Karkonoszach. Jeden adres znalazłem poprzez internet, w czeskim Mostku, może kiedyś tam pojadę. Ojciec mojej babci, czyli mój pradziadek – Tomasz – trafił jako małe dziecko w okolice Lublińca, był sierotą, jego rodzice zginęli tragicznie w jakimś pożarze. Opiekę i wychowanie chłopca przyjął wówczas krewny, który z zawodu był leśnikiem. Praca w lesie jednak Tomaszowi nie odpowiadała, pojechał do Königshütte, późniejszej Królewskiej Huty, gdzie zaczynał powstawać przemysł górniczy i hutniczy. Dostał pracę na kopalni, później założył rodzinę, jego żoną była Anna Anastazja z d. Kubitza. Mieli dwanaścioro albo i czternaścioro dzieci, córek i synów; wśród nich najstarsza była moja babcia Jadwiga, ale na sto procent pewien tego nie jestem. Urodziła się 11 października 1895 r. Rodzina żyła bardzo skromnie, jak większość śląskiego proletariatu, aż mój pradziadek uległ pod ziemią wypadkowi przy pracy. Stracił rękę, dostał za nią dobre odszkodowanie i wtedy kupił konie oraz furę do przewozu węgla. Słowem szczęście w nieszczęściu, które spowodowało, że zwykły śleper zaczął furmanić i handlować węglem.

Interes okazał się trafiony, rodzina mogła popuścić pasa. Z czasem pradziadek Tomasz dokupił karetę ślubną i karawan pogrzebowy, a później otworzył mały sklepik przy ulicy Bytomskiej, w domu, gdzie mieszkali, w którym stanęły za ladą jego starsze córki. Miejsce było świetne, ulica przelotowa, do Bytomia, a w sklepiku sprzedawano wszystko, czego ludzie potrzebowali w domu – szmalc, mydło i powidło. Oczywiście także na kredyt, bo klienci nie byli bogaci, ale przeważnie uczciwi. Z tego okresu pochodzi pewne dydaktyczne wspomnienie mojej babci Jadzi, do którego chętnie wracała przy różnych okazjach:

Szatkowali kapustę z rodzeństwem (czyli musiało to być jesienią), później włożyli ją do beczek i zaczęli, jak nakazywał zwyczaj, deptać bosymi stopami, żeby się zakisiła do sprzedaży, kiedy zjawił się jakiś kuzyn, albo wuj. Przyniósł ze sobą wino i poczęstował młodzież. Jadzia, a po śląsku Hejdla, nigdy jeszcze nie piła żadnego alkoholu, więc ze smakiem ciągnęła słodki napój, nieświadoma konsekwencji. Ile wtedy wypiła, tego nie pamiętała, ale było jej bardzo wesoło; zanim straciła świadomość, dobrała się jeszcze do porcelanowej fajki ojca i razem z rodzeństwem próbowali, jak smakuje palenie tytoniu. Błaznowali ile wlezie, co się skończyło, kiedy w domu niespodziewanie zjawił się gospodarz.
– A kaj Hejdla? – zapytał.
Nikt nie wiedział. Znalazł ją śpiącą w beczce z kapustą, wziął na ręce i zaniósł do łóżka, a kiedy się rano obudziła, nie powiedział jednego złego słowa. Babci było jednak bardzo wstyd i od tamtej pory, aż do ślubu z dziadkiem mogli ją szatkować, ale nie dała się namówić na żaden trunek. Miała go – jak podkreślała – vollständig dość. To był najbardziej kategoryczny zwrot w ustach mojej babci Jadzi, po którym nikt nie mógł jej już do niczego przekonać. Kiedy go słyszałem, jako rozkapryszone dziecko, wiedziałem, że za chwilę weźmie swój pięciorzemienny bat i jednak będę musiał pójść spać, umyć schody, przygotować latarkę na roraty, wyrzucić śmieci, albo dalej ćwiczyć te nudne gamy na pianinie. Dzisiaj ozłociłbym ją, gdyby mi jeszcze raz to powiedziała.

* „Schles. Bergwacht“, SB1978/Jgg.28/S415

Rodzina Berlinerblau – Berli

Tomasz Prot

Julia Wdowicka z domu Berlinerblau (Berli)

Julia Berlinerblau-Berli urodziła się 15 grudnia 1924 r. Po wojnie, kiedy ukrywała się u różnych rodzin, zamieszkała z Anielą i po maturze kształciła się w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na Wydziale Scenografii, gdzie poznała swojego przyszłego męża, malarza i rzeźbiarza Grzegorza Wdowickiego. Wraz z nim, w latach 1950-1953 pracowała w zespole plastyków projektujących malarstwo ścienne warszawskich staromiejskich kamienic, za co zostali wyróżnieni Nagrodą Państwową II stopnia. Pracowała również jako scenografka, robiła ilustracje i projekty graficzne dla wielu wydawnictw, a ostatnie lata twórczości poświęciła na projektowanie i wykonanie unikatowej srebrnej biżuterii. Zmarła w Warszawie w 1985 roku.

wdowickaJulkę poznałem już po wojnie. Po raz pierwszy spotkałem ją u jej wieloletniej opiekunki, „ciotki” Anieli, w roku 1950, kiedy w jakichś sprawach przyjechałem z Wrocławia do Warszawy. Zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Byłem przyzwyczajony do widoku skromnie ubranych i raczej bezbarwnych powojennych kobiet, a tymczasem Julka wyglądała jak z zagranicznego żurnala. Zawdzięczała ten wygląd nie tylko naśladownictwu wzorców z Zachodu, ale przede wszystkim swym odziedziczonym po matce artystycznym zdolnościom. Julka całe życie potrafiła z byle szmatki zrobić kreację podkreślającą jej wyjątkową urodę czy też z paru koralików otrzymać naszyjnik w weneckim stylu. Była pełna wdzięku, niezwykle towarzyska, zawsze otoczona gronem znajomych i ciekawych ludzi

mdmsyrenkaU góry MDM, sgraffito z syrenką, wspólne dzieło Wdowickiego i jego żony oraz Krystyny Kozłowskiej i Józefa Wdowińskiego. Poniżej ulica Piwna 35/37. Tu Berli i jej mąż wykonali sgraffito ornamentalne: martwe natury z flaszami i owocami.

W górę rzeki (2)

Zbigniew Milewicz

Moje stare kąty…

Kiedy przed laty pracowałem, jako nocny portier w pensjonacie „Maja“ w Monachium, przychodził tam czasami w gości pewien stary Żyd. Pensjonat prowadził jego współplemieniec o nazwisku Zimmermann, rodem z miasta Krakowa, więc przychodził jak najbardziej do swoich. Już na progu się chwalił: prawda, że ładnie mnie w Hajfie ostrzyżono? Albo częstował wszystkich w recepcji orzeszkami pistacjowymi, które nigdzie w świecie nie smakowały lepiej, jak te z bazaru w Hajfie.
Oczywiście chwaliłem jego fryzurę i jego pistacje, ale w myślach drwiłem ze starego dziwaka: jak to do fryzjera specjalnie do Hajfy latać, gdzie mu się podziała jego kepele ? Pewnie nie wie, co zrobić z forsą… Rozumiałem, że do fryzjera chodzi się także dla przyjemności porozmawiania o nowinkach w świecie i nie ma to, jak z rodakiem je wymienić, sam odwiedzałem co jakiś czas salon pana Ochmanna, mówiącego po polsku fryzjera, niedaleko Hackerbrücke, pewnie więc nie brakowało i jego żydowskich kolegów w mieście.

Dziś robie dokładnie to samo, co on. Każdy powód, żeby pojechać do Polski, zwłaszcza na mój Górny Śląsk, jest dobry. Fryzjer ma z moimi włosami coraz mniej do roboty, coraz więcej czasu zostaje więc na inne zajęcia. Tychy są moim polskim domem od połowy lat 60, dzieciństwo i wczesną młodość spędziłem w Chorzowie. Tam zostało jeszcze paru krewnych i trochę koleżeństwa klasowego, z którym przeważnie nie rozpoznajemy się już na ulicy, tam są groby bliskich. Zaczynam zwykle od nich, samochód parkuję na dziedzińcu przy kościele św. Ducha i idę na cmentarz, zapalić znicze mamie, dziadkom, cioci. Później ulicą Dąbrowskiego, koło mojej dawnej podstawówki na rogu z Omańkowskiej, mijam niegdysiejszą drukarnię na skrzyżowaniu z Hajducką, budynek ubezpieczalni, dom, w którym dziadkowie ze swoimi córkami mieszkali, zanim wybudowali własny na Wesołej i już jestem przed Słowakiem. Kiedyś ta droga z domu do budy wydawała mi się bardzo długa, a mijane budynki przytłaczały swoimi rozmiarami, dziś widzę to wszystko w odwrotnych proporcjach, dziwne, dlaczego tak się dzieje.

dziadkowiezbycha

Moja babcia po “kądzieli”, Jadwiga Paluch, z córkami Niną i Irką, około 1929 r.
Nie jestem natomiast pewien, kim jest mężczyzna na zdjęciu?

Naprzeciw, na rogu z ul. Zjednoczenia, stoi majestatycznie najstarsza średnia szkoła w Chorzowie, liceum im. M. Curie-Skłodowskiej, dawniej wyłącznie żeńskie, do którego uczęszczała moja mama Nina. Budynek postawiono jeszcze w pruskich czasach, ale mama chodziła już do polskiej szkoły. Urodziła się w 1921 roku, pod koniec III powstania śląskiego, które zakończyło się zwycięstwem, jej ojciec a mój dziadek bił się w tym powstaniu o polski Śląsk, nie mogło być zatem inaczej. Liceum im. Juliusza Słowackiego, w którym ja z kolei zdobywałem w PRL-u wiedzę, powstało dużo później od Curie, w połowie lat trzydziestych, kiedy już gęstniała brunatna mgła nad Śląskiem. Przeznaczeniem prywatnej Eichendorffschule było kształcenie zdolnej młodzieży mniejszości niemieckiej miasta, na co w skarbcu Republiki Weimarskiej nie mogło zabraknąć pieniędzy. Dano jej jak najlepszych pedagogów i wyposażono tak dostatnio w pomoce naukowe, że po zakończeniu II wojny światowej część tego dobytku, którego nie udało się wyszabrować, została podarowana na dobry początek Wyższej Szkole Pedagogicznej w Katowicach i dobrze tam służyła. Wspominam zaś o tym dlatego, że do Eichendorffschule uczęszczała m.in. młodsza o siedem lat siostra mojej mamy, ciocia Irka. Mama należała do Związku Harcerstwa Polskiego, a jej siostra do Bund Deutscher Mädel, takie są zachodnie Kresy, nic nie jest tutaj jednoznaczne w swoim pochodzeniu.

Spod liceum oczywiście na ulicę Wolności, na główny trakt handlowy i spacerowy miasta. Pod numerem 18, na pierwszym piętrze, mieszkałem kiedyś z mamą. Stare kamienice są dziś pięknie odnowione, środkiem porządnie wybrukowanej jezdni biegnie, jak dawniej linia tramwajowa, bo samochody od lat tędy już nie jeżdżą. Kuszą witryny eleganckich sklepów, kawiarń, klubów, czuć pieniądze ze strefy euro. W miejscu przedwojennej synagogi, brzydki jak pryszcz McDonalds, który psuje Wolce wygląd. Na szczęście u szczytu ulicy wszystko po dawnemu – neogotycka poczta stoi, jak stała. Zawsze zachwycała mnie swoją architekturą i staromodną elegancją. Kiedy mam więcej czasu idę dalej, w górę przez wiadukt, nad ratuszem i pozostałymi tylko w pamięci zabudowaniami części rynku. Królowała wśród nich popularna kawiarnia „Nasza“, dokąd zabierała mnie co niedzielę po mszy w Jadwiżce mama w asyście przyjaciół. Lokal miał pyszne ciastka i lemoniadę, grała w nim damska orkiestra i w ogóle było elegancko. Odkryłem tam po raz pierwszy swoje zamiłowania taneczne i przyjemność, jaką dają oklaski publiczności, ale o tym może kiedy indziej opowiem.

chorzowwczoraj
Z albumu Mariana Gałuszki : “Chorzów wczoraj, Königshütte gestern”

Wiaduktem koło zabudowań dawnej hali targowej i placu, na którym stoi Pomnik Powstańca Śląskiego, dzieło z lat 70, nawiązujące do przedwojennego monumentu, który hitlerowcy zburzyli we wrześniu 1939 r. Pierwowzór stał przed pocztą, w miejscu wcześniejszej Germanii i zwrócony był wymownie w stronę najbliższej granicy niemieckiej. Obecnie patrzy na hutę, która po wojnie nazywała się Kościuszko, a od przemian ustrojowych – znowu Królewska. Podobnie, jak pierwowzór, postać powstańca ma rysy piewcy polskości na Śląsku, poety-kowala z Królewskiej Huty, Juliusza Ligonia, przepasana jest hutniczym fartuchem i w ręku trzyma miecz. Za czasów PRL-u zakład był żywicielem wielu mieszkańców Chorzowa, dziś zatrudnia raptem trochę ponad 200 osób. Po modernizacji i reorganizacji zamknięto szereg wydziałów, pozwalniano ludzi, nie ma pieców martenowskich, które witały mnie żarem, ilekroć tamtędy przechodziłem lub przejeżdżałem. Hutą zarządza obecnie hinduski fabrykant, a Romek Wypler, mój kuzyn jest jednym z tych szczęśliwców, którzy nie stracili u niego pracy. Jak będzie jutro, pojutrze, tego nie wie, ale na dziś rodzina jest zabezpieczona.

Podobnie jak Ligoń, Romek jest kowalem hutniczym. Mieszka wraz z żoną, córką, jej mężem i dwoma wnuczkami na czwartymi piętrze przedwojennej kamienicy, na przedłużonej ulicy Wolności. Ciasno im nie jest, bo mieszkanie ma kilka przestronnych pokoi; z niektórych okien roztacza się piękny widok na dachy Chorzowa. Kiedy jestem u Wyplerów na bezuchu, czyli w gościach – a zdarza się to mniej więcej raz w roku, w okolicach Wszystkich Świętych – zawsze sobie z sentymentem pooglądam tę panoramę. Kuzyn wraz z żoną Ewą i córką Izą opiekują się grobami moich bliskich, więc czas odwiedzin jest logiczny. Romek ma także duszę artysty, nie dosyć mu kowalstwa w pracy, w domu uprawia metaloplastykę. Jak ma wolny czas i natchnienie, siada przy jednym z tych panoramicznych okien, które poza pięknym widokiem dają mu jeszcze lepsze światło i dłubie, tnie, kuje, a Ewa goni go z tą robotą, bo jej marasi. Przynajmniej się nie nudzą a efekty są: różnego rodzaju biała broń wisi na ścianach mieszkania, widzę starodawne pistolety, miniatury armat, militaria najbardziej Romka interesują.

SAMSUNG CAMERA PICTURES
Romek Wypler z żoną Ewą w domowych pieleszach.Ten kominek robił oczywiście jeszcze jego ojciec…

Niedawno stracił mamę, parę miesięcy później ojca, mieszkali niedaleko, w Batorym. Ciocia Jutka była schorowana, ale wujek Józek, znany w Chorzowie zdun, w życiu nie był u lekarza. Jak pamiętam zawsze wadzili się o coś obydwoje, ale nigdy na bij zabij, tylko tak dla zasady. Widocznie zabrakło mu tej soli w zupie.

Tym razem nie wchodzę na czwarte piętro, bo trochę się spieszę, spotykamy się z Romkiem na krótko przed jego domem. W czasie rozmowy moją uwagę przyciąga mężczyzna, który stoi nieopodal, na rogu Strzelców Bytomskich. Twarzy na razie nie widzę, bo stoi bokiem, ale jest w nim coś znajomego. Kiedy się odwraca do nas, zatyka mnie z wrażenia. Trącam kuzyna, reaguje podobnie. Józek – mówi. Wierzę w duchy, ale w to, że zmarłemu ojcu Romka chciało się do nas jawnie pofatygować w biały dzień, to nie bardzo. W podwójną halucynację i przypadki też wątpię. Może mi więc ktoś powie, dlaczego w tym samym czasie i akurat pod domem Romka zobaczyliśmy to samo? I wreszcie: co reżyser tego spotkania chciał nam powiedzieć?

Na Wesołą 5, na osiedlu Ruch, gdzie słynny stadion piłkarski, zachodzę rzadko i niechętnie. Ten adres pamiętam najlepiej, ale mi żal, że po śmierci dziadka dom został sprzedany jakimś babom z Gdańska, do tego za półdarmo. Nie wiem, kto teraz tam mieszka, podobno już ktoś inny, sąsiedzi też się zmienili, oglądam go więc sobie tylko z zewnątrz i nie za długo, żeby się zupełnie nie rozkleić. Widać, że nowi właściciele zainwestowali w modernizację domu, ale nie ma już śladu po naszym czarodziejskim ogrodzie, w którym babcia z dziadkiem hodowali różne warzywa, gdzie rosły jabłonie, grusze, krzaki agrestu i pachniało bzem. Nie ma więc sensu szarpać duszę.

Śmierć i wielka jasność

Bronisława Raszkiewicz

Śmierć, powrót i śmierć Ludwika

W 1929 roku Ludwik zapadł w śpiączkę, która trwała trzy dni. Rodzina była pewna, że umarł, nawet lekarz potwierdził zgon. Nie uwierzył w jego śmierć jedynie jego brat Feliks Tomkiewicz. Już pierwszego dnia, kiedy rozpoczęły się przygotowania do pogrzebu, zauważył jak nad lewym okiem brata drży nerw. Feliks odebrał to jako znak od brata i czuwał przy nim dwa dni i dwie noce. Na trzeci dzień nie miał wątpliwości – Ludwik żyje i jest w letargu! Wówczas poprosił Antosię, aby wstrzymała się z pochówkiem męża na trzeci dzień, zgodnie z obrzędem pogrzebowym. Powiedział jej, że chce pobyć z bratem o jeden dzień dłużej. Antosia zgodziła się i Feliks czuwał przy bracie, leżącym już w trumnie, następną noc. Przez cały czas mówił do niego o domu, o rodzinie, że jest potrzebny, że wszyscy go kochają. Trzeciego dnia późnym wieczorem Ludwik zaczął dawać znaki życia, powoli budził się z głębokiego snu. Otworzył oczy i zamknął, znowu otworzył. Po chwili spróbował wstać, ale nie miał siły. Feliks wzruszony pomógł usiąść bratu, delikatnie go podtrzymując. Po kilkunastu minutach Ludwikowi wróciła świadomość. Rozejrzał się wokół i spojrzał na brata. Feliks uśmiechnął się do niego i pomógł mu wyjść z trumny. Posadził go przy stole i wszystko opowiedział, a później zawołał Antosię i resztę rodziny. Zapanowała wielka radość, zaraz też wyniesiono trumnę i pogaszono świece. Antosia szybko zastawiła stół do wspólnej kolacji – tym razem bardzo odświętnej, wszak stał się cud, jak wszyscy myśleli i patrzyli na Ludwika z niedowierzaniem. Ludwik przyglądał się wszystkiemu jak człowiek, który dopiero się obudził i jeszcze ma przed oczami senne obrazy. Nie czuł głodu, jedynie ogromne pragnienie. Zaraz też Antosia podała mu szklankę wody prosto ze studni.

Ludwik opowiedział o tym, co działo się z nim przez te trzy dni i noce. Była to niezwykła opowieść.

Wyszedłem z ciała i uleciałem w górę, przeszedłem przez sufit i popłynąłem w nocne niebo, usłane gwiazdami. Poruszałem się coraz szybciej i szybciej, aż ujrzałem przed sobą wąską wiązkę jasnego światła, która jakby rozcinała przestrzeń i otwierała ją. Ta jasność była bardziej olśniewająca niż zwykłe światło, a jednak mogłem się w nią wpatrywać bez mrużenia oczu. Była biała, jej widoku nie mogę porównać do jakiegokolwiek znanego mi światła. Im bliżej byłem, tym większa stawała się owa świetlista szpara w przestrzeni, a kiedy już znalazłem się na jej skraju, wówczas wessała mnie w głąb. Nie potrafię opisać jakie to było uczucie, po prostu czułem się bosko. Udało się, znalazłem się tam, gdzie być chciałem – pomyślałem. Zostałem otoczony ciepłem i po chwili dostrzegłem, że ktoś mi towarzyszy. Była to przepiękna, jasna postać, od której emanowała dobroć i miłość. Usłyszałem: – Nie bój się, moja obecność nie służy niczemu złemu. Możesz ze mną rozmawiać.

Zacząłem więc rozmowę ze zjawą , ale nie była to zwykła rozmowa, lecz przekaz myśli. Jak na spowiedzi ujawniałem sekrety swojego życia – i te dobre i te złe.

– Nie martw się – usłyszałem. – Najważniejsze są wartości, jakie nosisz w sercu. Po chwili dopowiedziane zostały słowa: – Synu! Za swoje grzechy będziesz nosił na plecach przez dziesięć lat worki piasku.

Na moment zapadła cisza i znowu usłyszałem słowa bez głosu: – W twoim życiu dużo się zmieni. Będziesz miał gromadkę dzieci, więc zamiast tych worków z piaskiem, przez piętnaście lat będziesz nosił po dwa wiadra wody każdego dnia. A teraz posłuchaj mnie – dalej iść nie powinieneś. Wracaj do żywych.

Nie dowiedziałem się dlaczego nie mogę iść dalej, ale posłusznie zawróciłem i skierowałem się ku domowi. Wracałem przez nocne niebo, spłynąłem przez dach i wszedłem w swoje ciało, leżące nieruchomo w trumnie, tak jak wychodziłem – przez czubek głowy. Moje ciało od razu zareagowało i poczułem ciepło i zobaczyłem ciebie, Feliksie.

Ludwik skończył swoją opowieść i zamyślił się.

broniasmiercludwikaOd tej pory Ludwik już nigdy nie bał się śmierci. Pokutę od tajemniczej istoty skojarzył sobie ze swoją datą śmierci. Te piętnaście lat, w czasie których codziennie nosił dwa wiadra wody ze studni, uznał za czas swojego życia, ofiarowany mu przez samego Boga. Był święcie przekonany, że pierwszego stycznia 1945 roku umrze. Nie wiedział tylko, o której godzinie to nastąpi.

Oswojony z myślą o śmierci zastanawiał się przez te wszystkie lata nad życiem i jego sensem. Dziękował Panu Bogu modlitwą za każdy przeżyty dzień. Wciąż też szukał swojego miejsca na ziemi i instynktownie wiedział, że to miejsce, to ta przestrzeń jasna, która prowadzi do Boga.

Kiedy zdarzało się, że zachorował, prosił Antosię, aby przywiozła księdza. Po spowiedzi i Komunii Świętej mógł zjawić się lekarz. Nigdy nie było odwrotnie.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia w 1944 roku. W domu czyniono przygotowania do wigilii. To miała być wyjątkowa wigilia w życiu Ludwika, jego żony Antosi i ich dzieci

Tego dnia na stole pojawiły się potrawy typowe dla Kresów. Wigilia rozpoczynała się kiszonym białym barszczem z kluskami. Później była ryba gotowana, kapusta z grochem, pierogi z kapustą i grzybami oraz ryby smażone – płocie, okonie, szczupaki i inne. Na końcu – kutia i kisiel z żurawin. Kisiel uważano za danie gospodarza, zaś kutię za specjalność gospodyni. Ta potrawa miała na Kresach wielowiekową tradycję i na stole wigilijnym nigdy nie mogło jej zabraknąć. Bardzo ważne były jej podstawowe składniki – mak jako symbol snu i łączności z innym światem oraz miód oznaczający szczęście i powodzenie w życiu. Starzy ludzie wierzyli, że w wigilijny wieczór woda w źródłach zamienia się na chwilę w miód, wino, a nawet złoto. Zobaczyć to mogły jedynie istoty niewinne i szczęśliwe. W niektórych rejonach wiejskich wierzono też, że o północy otwiera się niebo i wypowiedziane wówczas życzenia spełniają się.

Tego wigilijnego wieczoru Ludwik jak zwykle wziął do ręki opłatek i powiedział:

– Kochani moi! Ten wieczór jest szczególny i bardzo uroczysty. Chciałbym powiedzieć wam kilka słów. Uważam, że przełamując się opłatkiem, pragniemy wyrazić szczerze to, co podpowiada serce. Zauważyliście zapewne, że tę wigilię przygotowałem sam. Ucierałem mak, gotowałem kisiel, smażyłem rybę, a nawet zrobiłem kutię, którą zawsze ty Antosiu przygotowywałaś. Dzisiaj pragnę wam powiedzieć, że robiłem to wszystko z wielką przyjemnością i radością , ponieważ czyniłem to dla was. Ta wigilia i święta są ostatnie w moim życiu – zamilkł na chwilę. – Muszę od was odejść do innego świata, tam gdzie jest już wasza siostra, a nasza córka Joasia. Kiedyś na pewno znowu się spotkamy wszyscy. Mój czas zbliża się szybkim krokiem. W tę podróż nie mogę was zabrać ze sobą. Wiem, że zabolały was moje słowa, ale nie może być inaczej. W nadchodzącym 1945 roku nie będzie mnie już pośród żywych. Odejdę, ale cały czas będę tęsknił za wami i czekał na tę chwilę, kiedy znów będziemy razem. A teraz, bardzo proszę, podzielmy się opłatkiem – mówiąc to przełamał opłatek na pół.

Dom rybą pachni
Przy oknie jodełka
Stół nakryty
Pod obrusem siano
Pachnie barszcz z kluskami
Talerz czeka na spóźnionego gościa
Pierwsza gwiazdka
Ojciec opłatek łamie
Życzenia ponad stołem płyną
Za oknem kolędnicy
Idą
Hej kolęda
Kolęda

Po świętach, w wigilię nowego 1945 roku, Ludwik poprosił Antosię, aby przywiozła księdza. Po spowiedzi i ostatnim namaszczeniu o godzinie piętnastej trzydzieści 31 grudnia 1944 roku zwołał całą rodzinę. Przerażona Antosia tuląc dzieci stanęła przy łóżku męża, nie pytając, po co ani dlaczego? Ludwik przez kilka minut zbierał myśli, wreszcie powiedział:

– Poprosiłem mojego brata Feliksa, aby zechciał przyjechać do was i zająć moje miejsce. On jest wdowcem, nie ma dzieci, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby zamieszkał z wami.

Spojrzał na Antosię, oczekując od niej akceptacji, a kiedy kiwnęła głową, na jego twarzy pojawił się spokój, a w oczach zabłysła radość. Po kolei przytulał dzieci i błogosławił je. Najdłużej trzymał w swoich dłoniach rączkę Ani.

Antosia patrzyła na męża i coraz bardziej rozumiała to, o czym on mówił przez ostatnie piętnaście lat. To nie była zmyślona przez niego bajeczka, ani żaden zabobon, to była żywa prawda. On dobrze wiedział, że umrze. Kiedy wybiła północ 31 grudnia 1944 roku Ludwik trzykrotnie westchnął głęboko i zakończył swoją ziemską wędrówkę.

– Zawsze wyjątkowo czuły dla najbliższych, niezastąpiony ojciec, mąż i przyjaciel. Dla mnie pozostał wciąż piękny i młody. Ile razy o nim myślę, cofam się w czasie i znów staję się szczęśliwa w jego ramionach – często powtarzała Antosia. – Dzieci były jego spadkobiercami, ja jego miłością. Pozostał dla mnie postacią niezwykłą, wręcz legendarną – dodawała ze wzruszeniem.

W mroźny styczniowy poranek 1945 roku Ludwik został pochowany na cmentarzu w Bajarelach, obok grobu córki Joanny.

Piaszczysta droga
Dwie ściany lasu
Wieś Bajareli
Rodzinne historie
Las krzyży
Stary cmentarz
Drogowskaz czasu

W górę rzeki (1)

Wiele tekstów w tym blogu, powiedziałabym nawet, że coraz więcej, to zgłębianie, poszukiwanie, chodzenie po śladach lub, jak to nazwał nasz autor, płynięcie w górę rzeki.

Zbigniew Milewicz

Babcia Urszula

Pod prąd płynie się trudniej, niż z prądem, ale za to jaka radość z każdego przebytego metra, wiedzą o tym wszyscy, którzy biorą się za spisywanie wspomnień rodzinnych. Poza tym nie da się płynąć przy nich w dół, tam się tylko trafia prędzej, lub później i szczęśliwy ten, komu uda się wcześniej tę pisaninę zakończyć. Inna sprawa, kogo później zainteresują takie wspomnienia i czy starczy materiału przynajmniej na budę dla psa, ale to już nie zmartwienie autora. Piszący folguje osobistej, pierwotnej potrzebie uchronienia siebie i swoich przodków od zapomnienia, więc liczy na zrozumienie czytelnika, na pogodne non omnis moriar.

Zamierzałem zacząć od kądzieli, bo przędzy mam dużo więcej, niż wiedzy na temat, jak wykuwał się miecz. Wyszło jednak inaczej, trochę z winy mazurskiego projektu Śladami poetów – Ernsta Wiecherta i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, w którym uczestniczyłem latem bieżącego roku.

babcia UrszulaZainspirowany wystawą o Polakach z Kresów Wschodnich na Warmii i Mazurach w mrągowskim muzeum, pojechałem do pobliskiego Kętrzyna, żeby poszukać śladów po babci Urszuli, mamie mojego ojca, a repatriantce z Wilna, którą tam po wojnie rzuciły losy. Powiedział mi o tym mój szczeciński, starszy brat po mieczu, Zdzisław, którym się opiekowała, kiedy był małym dzieckiem. W Kętrzynie zmarła i została pochowana, ale w którym roku oraz gdzie i pod jakim adresem mieszkała, tego nie wiedział.

Babcia Urszula i jej starsza córka, ciocia Maria

Zastępczyni kierownika Urzędu Stanu Cywilnego, pani Irena Korowaj, taksuje mnie nieufnie, pyta o nazwisko babci, ja na to, że w grę mogą wchodzić dwa: Dworzecka, lub Ożarowska. Data śmierci? Około roku 1950 – strzelam. Wiem, że w sumie nic nie wiem, ale gdyby było inaczej, to nie zawracałbym jej głowy i ta moja niewiedza widocznie mi sprzyja, bo w ruch idą stare księgi i nagle słyszę zdziwiony głos, że jest: Urszula Ożarowska, urodzona 9 lutego 1881, wdowa, zamieszkała przy ul. Chopina 5 i zmarła 16 marca 1950 r., po operacji raka. Po chwili urzędniczka – jeszcze bardziej zaskoczona – odnajduje pod tym samym adresem Konstancję Dworzecką, urodzoną o trzy lata wcześniej i zmarłą 22 czerwca 1950 r., przyczyna śmierci – także rak. Konstancja była z domu Ożerowska, prawdopodobnie ten, co zapisywał wówczas dane, wziął nazwisko na słuch i samogłoska „a“ w kresowym zaśpiewie zabrzmiała mu jak „e“. Biurokracja w powojennych urzędach była znacznie mniejsza, niż obecnie, wiele informacji od petentów przyjmowano na wiarę, na podstawie ich ustnych oświadczeń, czy zeznań świadków, jednak chaos był tak duży, że na doraźny użytek często zmyślano nazwiska, daty urodzin, adresy, życiorysy i trudno to było urzędnikom sprawdzić. Ile zatem prawdy kryło się w danych, które uzyskałem, tego nie wiedziałem.

Gdzie babcia spoczywa? Tymi danymi powinno było dysponować przedsiębiorstwo komunalne przy ul. Limanowskiego. Zanim tam pójdę, jeszcze dla porządku wylegitymuję się pani Korowaj, żeby wiedziała, komu udzielała informacji. W mieście roboty drogowe, przez nowo budowane rondo, kierowany przez przechodniów, bez błądzenia docieram pod podany adres. W jednym z baraków z czasów PRL-u, stojących w sąsiedztwie miejskiej zajezdni autobusowej, dowiaduję się, że ksiąg z lat pięćdziesiątych już nie ma. Grób pewnie zlikwidowano, bo gdyby po dwudziestu latach od pochówku ktoś go ponownie opłacił, to został by zarejestrowany w nowych dokumentach starego cmentarza. Po wojnie Kętrzyn miał tylko jedno miejsce pochówku, więc nie ma sensu, żebym dalej szukał. Może parafia, w której odbył się pogrzeb będzie wiedziała, w jakiej kwaterze i na jakim polu złożono szczątki. Ulica Chopina należy do parafii św. Jerzego, przy zamku, z Limanowskiego to dwudziestominutowy spacer, jest ładna pogoda, przy okazji obejrzę miasto. Liczy ono dzisiaj ponad dwadzieścia tysięcy mieszkańców, wszędzie w miarę blisko, tylko do Wilczego Szańca, dawnej głównej kwatery wodza III Rzeszy najlepiej pojechać własnym samochodem albo taksówką, ale tam się nie wybieram, nie moje klimaty.

Niestety kancelaria będzie czynna dopiero o gdzinie 15, za około trzy godziny, wszyscy księża w mieście, bo żadnego samochodu na kościelnym dziedzińcu, a wąsata kucharka dopiero gotuje obiad. W przedsionku czternastowiecznej, gotyckiej świątyni pani sprzedająca dewocjonalia zachęca, abym za drobną opłatą wszedł na wieżę widokową. Bazylika pełniła w swojej krzyżackiej przeszłości funkcje obronne, więc jest też co zwiedzać. Wolę jednak pójść na ulicę Chopina i zobaczyć, co mieści się pod numerem 5. W dół, koło narożnego budynku z dziwną rzeźbą robotnika, zmagającego się z jakimś kołem, przez tory kolejowe i jestem na miejscu. Od frontu, w jednopiętrowym budynku mieści się zakład pogrzebowy „Abel“, z tyłu – warsztat samochodowy. Przedsiębiorcy pogrzebowego nie ma, jest na cmentarzu, jego teściowa mówi, że prowadzą swoją firmę w tym budynku od kilku lat. Przebudowali go i gruntownie odnowili, wcześniej był tutaj zakład produkujący ozdoby choinkowe, dopóki nie spłonął. Właściciel firmy samochodowej to potwierdza i nie wierzy, że moja babcia mogła tu mieszkać, chyba, że była dozorczynią w bombkarni. Na piętrze od zaplecza i w dobudówce od frontu widać jakieś pomieszczenia, ni to gospodarcze, ni mieszkalne, mogła tam się umościć razem ze swoją krewną, jeżeli oczywiście piętra nie dobudowano później.

Dla zabicia czasu idę zwiedzić stary zamek krzyżacki, ratusz, w którym już byłem, miejskie planty, wszystko odrestaurowane, zadbane. Zwracają uwagę drogowskazy na jednym słupku, gdzie i jak daleko stąd do Warszawy, do Berlina, do Kaliningradu. Najbliżej do tego ostatniego, tylko 90 km. Przed 1945 rokiem, kiedy Kętrzyn nazywał się jeszcze Rastenburg, a Kaliningrad – Königsberg, z jednego do drugiego było jeszcze bliżej. W bazylice pw. św. Jerzego zapalam dwie świeczki przed tablicą, poświęconą ofiarom sowieckiego totalitaryzmu. Jedną babci Urszuli, drugą jej najmłodszej córce Stanisławie, którą wywieziono z Wilna do łagru w Kazachstanie. Mamy godzinę 15, pochwalam punktualność miejscowego duchowieństwa. Na kościelny dziedziniec zajeżdża pierwsza gablota; młody, bardzo zażywny ksiądz obrzuca mnie wzrokiem, w którym obojętność idzie w parze z poczuciem wyższości. Czego sobie życzę? Marszczy niskie czoło i myśli przez chwilę – nie, parafianie z ulicy Chopina należeli w 1950 roku jeszcze do świętej Katarzyny. Sprawdza w starych księgach, tak, zgadza się.

Spieszę więc pod tamten adres, do najstarszej, kętrzyńskiej parafii w samym centrum miasta. Kancelaria działa w podobnych godzinach; starsza pani życzliwie zaprasza, abym usiadł przy jej biurku i szuka. Znalazła, niestety numeru pola i kwatery cmentarnej wówczas nie zanotowano, ale są inne dane. Pożółkłym atramentem pisze, że rodzicami babci byli Franciszek Wierszycki i Ewa; brak jej miejsca urodzenia, które jest z kolei u jej krewnej Konstancji. Ujrzała świat na Glimańce, w powiecie wileńsko-trockim i rodzicami byli Franciszek i Ewa. Można zatem przyjąć, że były rodzonymi siostrami? Pytań jest więcej, niż odpowiedzi. Obydwie – podaje dokument – zostały przed śmiercią opatrzone świętymi sakramentami, ale nie zostało zapisane, jakiego babcia była wyznania, co u Konstancji stwierdzono, rzymsko-katolickie. O Ożerowskiej ani słowa, reszta danych pokrywa się z informacjami z USC. Jest jeszcze jedna ciekawostka, według zapisu w księdze parafialnej, obydwie kobiety urodziły się 9 lutego, tyle, że Urszula w 1881 a Konstancja w 1884 roku. Jeżeli nie popełniono zwykłego, pisarskiego błędu, to dwoje moich dzieci poszło w ich ślady. Moja córka Anna-Maria z pierwszego małżeństwa i syn Mikołaj z drugiego urodzili się 6 grudnia, w dziewięcioletnim odstępie czasu.

Nie wiem jeszcze, że powiat wileńsko-trocki powstał dopiero na początku lat dwudziestych ubiegłego stulecia, kiedy obydwie moje krewne były już dojrzałymi kobietami, że wcześniej, w rosyjskiej guberni wileńskiej funkcjonowały oddzielnie – jako obwód wileński i trocki. Miejscowości, w której urodziła się Konstancja nie udało mi się jednak póki co odnaleźć na żadnej mapie, ani w żadnym spisie.

W centrum działa punkt Informacji Turystycznej, w którym próbuję się dowiedzieć, co przed wojną mieściło się przy ul. Chopina 5. Dostaję do wglądu przewodnik historyczny po mieście, autorstwa Tadeusza Korowaja, który jest urodzonym kętrzynianinem, etnografem z wykształcenia i prywatnie mężem pani Ireny z USC. Jaki ten świat na Warmii i Mazurach jest mały. Rastenburgu ulica Chopina nazywała się Freiheit i pod numerem 5 mieściła się fabryka płaszczy skórzanych i torebek Karla Hundriesera. Na Woli znajdowały się ogródki, na ogół zagospodarowane, część z nich przetrwała do dziś. Jeżeli babcia i jej krewna nie znalazły schronienia w dawnej fabryce Hundriesera, to może obok mieszkał jego dozorca, albo ogrodnik, który troszczył się o zielone płuca firmy i tam się ulokowały? Autor przewodnika, z którym dzięki uprzejmości jego żony udaje mi się telefonicznie porozmawiać, nie może tego wątku potwierdzić, ani wykluczyć. Natomiast z relacji Zdzicha wynika, że mogło tak być.

Zdzich słabo przypomina sobie babcię. Kiedy nasz ojciec wyprowadził się z nim ze Śląska do Elbląga, był pod babciną opieką. Miał wtedy może trzy, cztery lata, czuł się przy niej dobrze i bezpiecznie. Kiedy ojciec poznał Celinę, swoją przyszłą, drugą żonę, mama przestała mu być potrzebna. Wtedy zamieszkała u swojej krewnej w Kętrzynie. Pewnego razu ojciec, albo ciocia Maria, zawieźli tam Zdzicha na przechowanie. Zapamiętał parterowy, mocno podniszczony i pachnący wilgocią dom, z drewnianymi okiennicami, które otwierały się na zewnątrz, w oknach piękne, duże pelargonie. Schodziło się do niego w dół, po schodkach, wokół był sad. Mieszkały tam dwie staruszki, które jakoś pasowały do tego domu; tory kolejowe w pobliżu też zapamiętał. Była jeszcze jakaś dziewczynka, może jego rówieśnica, chodzili razem sikać do beczki w sadzie, wkopanej do ziemi, tyle mu zostało w pamięci…

Przed wyjazdem z Kętrzyna idę na stary cmentarz, aby pożegnać się z babcią Urszulą, przynajmniej symbolicznie, ogólnie. Gdzieś w zakamarkach duszy cichutko gra naiwna nadzieja, że może jednak psim swędem natrafię na jakiś ślad po niej, przecież ona wie, że wnuk do niej w gości przyjechał. Grobów tu tysiące, stare w centralnej, górnej części nekropolii, nowsze na zboczu i w dole, nie wiem, w którą alejkę iść, więc skręcam tam, gdzie odzywa się jakiś ptak na drzewie. Po paru krokach widzę znajomy napis na marmurowej płycie, kawałek dalej podobny, później jeszcze jeden Milewicz. Kim są owi zmarli, nie wiem, ale robi się jakoś swojsko, odmawiam pacierz za spokój ich dusz i duszy babci Urszuli. Może kiedyś też na taki zasłużę. Dla porządku robię jeszcze rundę po sąsiednich alejkach, ale nie znajduję już znajomych nazwisk.

Mazury 2014 151

Mazury 2014 150

Mazury 2014 149

Pło

Michałowi dedykuję

Ewa Maria Slaska o rodzinie Boguckich
czyli
Słówka

Zabawą, w jaką graliśmy wszyscy namiętnie, były słówka. Moja cioteczna babka, Karusia i ja grałyśmy w wersję uproszczoną – jedno i to samo słowo pisze się z góry na dół a obok, w pewnej odległości, z dołu do góry. W powstałe przerwy trzeba wpisać słówka i tak opisać je partnerowi, by odgadł, jakie mamy słowo.

Na przykład:

S         atanist             A                                 wierzy w moc szatana

Ł          u                      K                                 średniowieczny do strzelania, np. przez babę

Ó         (ów)                W                                 O roku…, kto ciebie widział…

W        –                      Ó                                 –

K         łu                     Ł                                 Zbyszko niedźwiedzia widłami

A         pi                    S                                  gdyby mu dodać L na początku byłby
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXciemno niebieski kamień, a tak jest byk

Ale naprawdę ulubioną naszą rozrywką były słówka polegające na tym, by z jednego wyrazu ułożyć mnóstwo innych. Dwuliterowe ani jednoliterowe się nie liczą – zawracanie głowy. W słówku możemy użyć każdej litery tylko raz, ale oczywiście jeśli litery się powtarzają, można ich użyć w występującej w danym słowie ilości (np. a występujące dwa razy w słowie architektura może zostać użyte do stworzenia słowa arka, tarka, karta, kara itd)

Na przykład

O d s t ą p i ł

odstąp, pił, piłą, dopił, siąp, odą, post, idą, dostąpi(ł), połą, sit, topi(ł), płot…
i wreszcie ukochany wyraz Mamy, który zaczerpnęła z Bolesława Chrobrego, Głubiewa – pło!

gramyslowkaSłowo odstąpił wybrałam tu, żeby móc ułożyć pło.

Wikipedia podaje, że Pło (regionalnie także pod nazwą spleja) to kożuch roślin torfowiskowych, występujący na wodzie w formie zarastającego brzegu lub rodzaj pływającej wyspy, powstałej w wyniku odrywania się mszarów torfowcowych porastających brzegi jeziora. Stanowi etap zarastania zbiornika wodnego, tworząc trzęsawisko. Zwykle ma charakter torfowiska przejściowego.

Pło mszyste pojawia się na powierzchni jezior dystroficznych (kwaśny odczyn wody).

Rodzajem pła jest wiszar.

I tak dalej.

Drugim obok pła słówkiem Mamy był ponik. O poniku słownik języka polskiego mówi, że był to potoczek, strumyk wytryskujący spod ziemi lub znikający pod powierzchnię ziemi. A jakiś uczony komentator dodaje, że jest to rzeka, która kończy swój bieg w ponorze czyli wchłonie.

Niezależnie od tego, co wiedzą mądrale, Mama wiedziała, że pło i ponik to były małe jeziorka czy inne dziury wypełnione wodą.

Ponik i pło przeszło z nami do gry w scrabble, o której nie będę tu pisać, bo my w nią wprawdzie chętnie gramy, ale Mama jej nie znała. Scrabble ma już wprawdzie tyle lat co ja, ale w Polsce pojawiło się za późno, by mogło zainteresować Mamę. Dodam jednak, że scrabble jest łatwiejsze od naszych słówek, bo można tworzyć dwuliterówki. Dzięki scrabble zatem pło i ponik otrzymały towarzystwo w postaci oza. Oz jest to (patrz Wikipedia) wał lub silnie wydłużony pagórek o wysokości najczęściej kilkunastu metrów i długości nawet kilkudziesięciu kilometrów, wyniesiony wskutek osadzania piasku i żwiru przez wody płynące pod lądolodem, w jego szczelinach lub na powierzchni.

I tak dalej.

kartkislowkaW deszczowe letnie poranki lub wakacyjne popołudnia graliśmy w słówka i potrafiliśmy ambitnie ułożyć z jednego wyrazu nawet do 150 słów. Mama, która z reguły miała najdłuższą listę, dopisywała z boczku wyrazy, jakie ułożyliśmy my, a których ona, o dziwo, nie miała.

Ciekawe, że w internecie tych zabaw nie ma. Nawet pod hasłem “gry z kartką i ołówkiem” pojawią się różne kalambury, okręty, oczywiście “państwa-miasta”, ale słówek nie ma.

Nie wiem, może i tę zabawę, wymyśliła sobie nasza kochana rodzina.

***
Wyzwałam Was do ułożenia listy słówek dla wyrazu POPRZYSIĘGŁA.

Od razu było widać, że możliwe były i oz, i pło, ale ponik nie miał szans. Wiszar takoż.

W komentarzach pod wpisem nadesłane słówka i wytypowanie zwycięzcy, który zgodnie z obietnicą dostał nagrodę  – autobiografię Dariusza Boguckiego, “Śladami życia”.

Dorota Seydenmann z domu Berlinerblau

Tomasz Prot

Dalszy ciąg opowieści o rodzinie Berlinerblau

dorotasedenmann-berlinerblauSiostrą Anieli, drugą córką Józefa Berlinerblau’a była Dorota, (w domu mówiono o niej Dosia), urodzona 1 sierpnia 1898 roku. Po matce, która uzyskała dyplom warszawskiej Szkoły Rysunku, odziedziczyła talent i po ukończeni w Warszawie na pensji 6 klas, studiowała w Krakowie na Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Wojciecha Weissa, Józefa Pankiewicza i Felicjana Szczęsnego Kowarskiego. Po studiach w 1925 roku przeniosła się do Paryża, przystując do Komitetu Paryskiego tj. do grupy polskich malarzy działających w stolicy Francji pod patronatem Józefa Pankiewicza i ówczesnego rektora ASP w Krakowie A. Szyszko-Bohusza. W skład Komitetu Paryskiego wchodzili między innymi Jan Cybis i jego żona Hanna Rudzka-Cybisowa. Nazwa ugrupowania – kapiści – pochodzi od liter KP, które oznaczały Komitet Paryski czyli Komitet Paryskiej pomocy dla wyjeżdżających studentów
na studia malarskie do Francji
.

Kapiści byli grupą artystyczną, malującą zgodnie zasadami pointylizmu, polegającym na kładzeniu obok siebie podobnych w formie, jednakowej wielkości małych plamek czystego koloru, dzięki czemu powierzchnia obrazu stwarza wrażenie barwnej wibracji. Jest to metoda charakterystyczna dla twórczości neoimpresjonistów, a wywodząca się z francuskiego impresjonizmu. Kapiści organizowali wspólne wystawy, pierwsza odbyła się w 1930 roku w Paryżu, następna w galerii Moos w Genewie. Powrót kapistów do kraju nastąpił w 1931 roku, wtedy grupa „KP” miała wystawę w Polskim Klubie Artystycznym w Warszawie, następna wystawa tej grupy była zorganizowana w 1934 roku w Warszawie w Instytucie Propagandy Sztuki, a ostatnia w Salonie 35 w Poznaniu.

Dorota Berlinerblau poślubiła Mieczysława Seydenmanna i stąd, w pracach naukowych pojawia się często jako polska malarka Dorota Seydenmann. W czasie II Wojny Światowej Hanna Rudzka-Cybis, która pomagała prześladowanym Żydom, ukrywała Dorotę, która dzięki temu nie poszła do getta. Na skutek denuncjacji, Dorota Seydenmann nie chcąc ryzykować życia Rudzkiej-Cybis, wyjechała do kuzynki do Rabki, tam jednak została wydana i mimo dobrych dokumentów, osadzona w więzieniu w Nowym Sączu. Została zgładzona koło Nowego Roku. Miejsce jej grobu nie jest znane.

Na aukcjach jej obrazy pojawiają się niezwykle rzadko i są przez znawców bardzo cenione.

Dorota-seydenmann-zabudowania-wiejskie-1932

Kukra i jolki

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Były takie wakacje, spędzone w osadzie domków kampingowych nad kaszubskim jeziorem Wdzydze,  kiedy lało bez przerwy i również bez przerwy Mama, Kasia i ja grałyśmy w kukrę. Kukra to gra podobna do kanasty czy remika, ale znacznie bardziej skomplikowana i trudniejsza. Jeśli akurat nie lało, Mama się opalała, a my mogłyśmy robić, co nam się żywnie podobało.

To błahe wspomnienie wróciło do mnie ostatnio z uderzającą siłą, każąc się zastanowić nad pytaniem, dlaczego była to kukra, a nie kanasta czy remik? Myślę, że sprawę da się wyjaśnić następująco: Mama lubiła tylko trudne zadania i to takie, których trudność łączyła się z elegancją formy. Łatwo więc zrozumieć, dlaczego Mama uznawała tylko jolkę z Gazety Wyborczej, choć nie rozwiązywała żadnej innej krzyżówki. Bo to była inteligentna jolka, tworzona przez inteligentnego, trudnego partnera. Do jolki zaraz wrócę, ale jednak, by nie rozbijać nadmiernie toku narracji, najpierw zajmę się kukrą. Bo kukra wymaga detektywistycznej żyłki, jako że, witajcie w naszej bajce, gry tej nie ma. Bo oczywiście jest tak, że jeszcze niedawno wszystko co było, było również w google’u, albo nawet Wikipedii. Teraz Internet się skomercjalizował i to, że czegoś w nim nie ma, może oznaczać, że owszem jest, ale najpierw muszą się pojawić wszystkie wpisy o hotelach, i że Xanadu to nie jest tajemnicza stolica Kublaj-Chana lecz oprogramowanie, a Avalon nie jest wyspą króla Artura lecz stacją metra. Kukra jest miastem w Nikaragui, a po polsku przede wszystkim pseudo eleganckim zastępstwem internetowym za wulgarną kurwę.

A zatem – kukra przypominała kanastę lub remika i doprawdy nie wiem, czym się od nich różniła. Zapytana o to Ciocia Janka, kuzynka Mamy, udzieliła takiej oto odpowiedzi:

Po wojnie grywaliśmy w “kukrę”, której nazwa pochodzi od pierwszych sylab zdania “Ku Krakowu szło trzech głupich”. Był to lekko zmodyfikowany remik lub remi. Modyfikacje zapożyczono z madżonga, w którego namiętnie grywali nasi Rodzice, a Ojciec zdobył tę grę w czasie okupacji i graliśmy w nią w domu w Zielonce.

O madżongu już pisałam. TU.

Przy okazji, dr Maciej Malinowski, mistrz ortografii polskiej, wyjaśnia, że to ku Krakowu jest poprawne. Jeśli przed nazwą miasta w trzecim przypadku użyjemy przyimka “ku”, nie będzie błędne – o dziwo! – wyrażenie ku Krakowu, a także: ku Tarnowu, ku Ostrowu, ku Tczewu, ku Sochaczewu. Tę przestarzałą konstrukcję językoznawcy dopuszczają (obocznie) do użytku, preferując rzecz jasna współcześnie o wiele lepsze ku Krakowowi, ku Tarnowowi, ku Ostrowowi, ku Tczewowi, ku Sochaczewowi.

No tak, moja Ciocia, moja siostra, a nawet mój siostrzeniec twierdzą, że wiedzą, jak się gra w kukrę, a ja nie. No, nie wiem i już. I jak dotąd nie udało się nam zebrać razem, bym mogła sobie przypomnieć. Pozostają tylko wspomnienia. Widzę ustawiony pod oknem stół w wilgotnym domku kempingowym. Szyby są zlane strugami deszczu, za oknem widać ciemny, mokry las sosnowy. Kasia siedzi po lewej pod ścianą, ja pośrodku, tyłem do drzwi, Mama po prawej, koło okna. Tasujemy dwie talie kart o różowych i niebieskich koszulkach, rozdajemy je, reszta zostaje w zakrytym stosie, jedna karta ze stosu leży wyłożona obrazkiem do góry. I… I co?

Zastanawiam się, czy jest możliwe, że kukra to wynalazek rodzinny i że poza nami nikt go nie zna?

pudelkonakarty

To zapewne były te same karty, w domu używane do pasjansów, na wyjeździe również do gry.

Oceniam, że jako rodzina stawiamy tylko trudne pasjanse, gramy tylko w trudne gry, a jeśli są za łatwe, utrudniamy je sami, rozwiązujemy tylko trudne i inteligentne krzyżówki. Sądząc z wypowiedzi Cioci w sprawie pasjansów i kukry, to nie Mama była autorką zasady, że tylko trudne i piękne jest warte uwagi, lecz raczej ojciec Cioci czyli Dziadek Wiktor. Wydaje mi się, że zanim nastała jolka w Gazecie Wyborczej, Mama rozwiązywała krzyżówki w Przekroju, a może również w gazecie Świat.

Jolka, jak podaje Wikipedia, to  rodzaj krzyżówki, w której określenia do haseł wypisane są bez podania miejsca wpisywania. Określenia wypisane są najczęściej w kolejności losowej, rzadziej w alfabetycznej kolejności odgadywanych wyrazów. Ja dodam, że w jolkach w Wyborczej, na diagramie umieszczone były jakieś litery, np. L albo H.

Te dawne wspaniałe jolki w Wyborczej układał podobno Jacek Szczap. My wprawdzie w domu wierzyliśmy, że ich autorem był syn Władysława Kopalińskiego, ale nigdzie nie znalazłam potwierdzenia tej tezy. A zresztą po czasie dowiem się, że autorem Jolek był pan Czerwiński, zobacz komentarz pod wpisem. Zostawiam jednak we wpisie pana Szczapa, bo to bardzo ciekawa postać. Układał Jolki w przekroju. Umarł w roku 2010, czyli Mama znała tylko jego jolki, a i my wszyscy – moja siostra, jej syn i ja – przywiązaliśmy się do nich tak bardzo, że wysyłaliśmy je sobie za granicę i zabieraliśmy kartki z jolkami w podróże. My bardzo lubiliśmy rozwiązywać jolki wspólnie, choć Mama raczej tego nie praktykowała. Siedziała sama w swojej pracowni i rozwiązywała krzyżówkę, aż ją rozwiązała. Czasem mogło to nawet trwać trzy dni, ale Mama nigdy nie porzucała jolki nie rozwiązanej. Jej jolki bywały tak pobazgrolone, że były praktycznie rzecz biorąc nieczytelne.

jolki

Te jolki też są jeszcze autorstwa Jacka Szczapa. Rozwiązała je Kasia. Są pobazgrolone, ale w żadnym wypadku nie tak, jak to robiła kiedyś Mama.

Zauważmy jednak, że teraz nie trzeba już aż tak bazgrolić, bo gdy nam zbraknie słowa, albo wręcz przeciwnie wpisaliśmy słowo, np. awal, ale nie mamy pojęcia, do czego by się mogło odnosić, prędzej czy później sięgniemy po pomoc do internetu i dowiemy się, że awal to rodzaj podżyrowania weksla. Jednakże za Mamy czasów, gdy własna inteligencja zawiodła, pozostawały tylko encyklopedie i słowniki, opasłe papierowe tomiszcza, ciężkie do dźwignięcia, w których nie zawsze było wiadomo, czego szukać. Bo czy miałby to być basior czy Hasior, jeśli brakowało pierwszej litery, trzeba było przestudiować całą encyklopedię lub, niestety również, słownik a tergo, bo tylko on mógł pomóc stwierdzić, czy to, czego szukamy, to godło czy może rodło, żeby na końcu i tak się przekonać, że chodziło o sadło.

Gdy Jacek Szczap zmarł, Gazeta przestała po prostu drukować jolki. Podejrzewam, że Redakcja musiała walczyć z wiernymi Czytelnikami, którzy wielkim głosem żądali przywrócenia jolek. Wróciły więc po kilku latach, układane przez Leszka Rydza. Nie są złe, ale to już jednak nie to. W tych dawnych były nie tylko nadzwyczaj podchwytliwe hasła, ale i zabawy właściwie po nic, rodem doprawdy jak z zasad gry szklanych paciorków według Hessego albo jak wpisanie tzw. motywu Bacha (b-a-c-h) w utwór skomponowany przez jego następców, wielbicieli i naśladowców. Podobno robił to sam Bach, a po nim niepoliczone rzesze twórców, w tym Schumann, Liszt, Rimskij-Korsakow czy Reger.

I tak w przestrzeni krzyżówki przecinały się Afrodyta z Herą, albo gęsia steczka graniczyła z aleją żurawi. W jednej linijce biegli ku sobie Amor i Psyche albo Herakles uciekał od Dejaniry. Widać było, że autor się świetnie bawi i sam, układając jolki, i z nami, podsuwając nam swoje żarty do rozgryzienia. Pamiętam do dziś taką jolkę, gdy w diagramie zostały dwa wyrazy – kieł i basa, podczas gdy w hasłach było tylko jedno bez przydziału, może być suszona albo spod Krakowa. Zajęło mi ze trzy dni myślenia, zanim olśniło mnie odkrycie, że bezpański wyraz jest jeden, kreskę pomiędzy kłem i basem sama osobiście “dobazgroliłam” i że jest to kiełbasa krakowska. Ot, stupor wegetariański.

Uwaga: jolki w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej nie są nic warte! mogą, jak każda potoczna rozrywka, posłużyć tylko do zabijania czasu.

***

Poszukując informacji o jolkach znalazłam w sieci blog Jacka Kowalczyka Listy Ateisty, a w nim wpis: Żył szybko i umarł za szybko.

Zmarł Jacek Szczap, fachman od łamania głowy, wszelkich konkursów, krzyżówek i gier umysłowych. Swoją pomysłowością zabawiał czytelników wielu gazet i czasopism, był m.in. współtwórcą zawsze niezwykłej krzyżówki Przekroju (od kiedy to pismo wylądowało w Warszawie).

Nie należał z pewnością do grona tych, którzy nadmiernie dbają o swoje zdrowie. I to się na nim zemściło. Miał 56 lat – zaledwie – gdy dopadł go wylew.

Był człowiekiem wesołym, dowcipnym, pozytywnie wykorzystującym swoją niezwykłą inteligencję. Takim go zapamiętam. Takim go pamiętajmy. To jedyna forma nieśmiertelności, w którą wierzę.

Piękne podsumowanie.

Rodzina Berlinerblau. Aniela

Tomasz Prot, ze słynnej polsko-żydowskiej rodziny chemików Berlinerblau, pisał już u mnie na blogu o swym powolnym i bolesnym dochodzeniu do żydostwa. Publikowałam już też trzy wpisy o rodzinie Berlinerblau – jeden: wspólne dzieło moje, Tomasza i Wikipedii, a dwa autorstwa Michała S. Balasiewicza. Dziś kolejny wpis o tej niezwykłej rodzinie:

Aniela Steinsberg z domu Berlinerblau

anielastreinsbergowa-maturaNajstarszą córką Józefa była Aniela urodzona 27 czerwca 1896 roku w Wiedniu. Data ta nie jest pewna, być może w okresie okupacji odjęła sobie parę lat. Dzieciństwo i młodość spędziła w Warszawie. Po skończeniu szkoły średniej, studiowała w Krakowie prawo i jako pierwsza w Polsce kobieta-prawnik została adwokatem i otworzyła własną kancelarię. Jej mężem, którego poślubiła w wieku 24 lat był również adwokat Emil Steinsberg. W okresie międzywojennym, Aniela mając przekonania lewicowe, broniła komunistów i robotników, między innymi oskarżonych o krwawe zamieszki w krakowskiej fabryce wyrobów gumowych „Semperit”.

W czasie okupacji niemieckiej ukrywała się w Warszawie. W tym czasie opiekowała się swoją osieroconą bratanicą Julką, oraz pielęgnowała swoją dawną nauczycielkę, chorą Stefanią Sempołowską, aż do jej śmierci w 1944 roku. Pracowała w Radzie Pomocy Żydom „Żegota”, razem z Władysławem Bartoszewskim, wyszukując kryjówki dla ukrywających się Żydów oraz przekazując im pomoc finansową. Holocaust nie oszczędził najbliższych Anieli, w latach 40-tych, z rąk okupanta zginął jej mąż i siostra, a brata Tadeusza zamordowali we Lwowie nacjonaliści ukraińscy. Natomiast drugiemu bratu Adolfowi – inżynierowi chemikowi, który skrócił nazwisko Berlinerblau na Berli, udało się już po wybuchu wojny w 1939 r. wyjechać do USA. Jego żona Amelia z domu Goldfinger zginęła w 1942 roku przy próbie odzyskania swoich rzeczy pozostawionych u rodziny polskiej, a ich córką Julką, jak już wspomniałem, opiekowała się Aniela. Brat Anieli, Adolf zmarł w Stanach Zjednoczonych w 1978 roku.
anielastreinsbergowaPo wojnie, w styczniu 1945 Aniela przyjeżdża do Lublina i tam zostaje mianowania z nadania Rządu Lubelskiego, wicedyrektorem Biura Prac Ustawodawczych przy Prezydium Rady Ministrów. Wkrótce, razem z Julką, osiedla się w Warszawie i pracuje dla Rządu, ale, pomimo przynależności do PPS, a po zjednoczeniu w 1948 r. do PZPR, zostaje wkrótce wyrzucona z pracy. Po dłuższych staraniach, przypuszczalnie dzięki poparciu premiera Cyrankiewicza, otrzymuje pozwolenie na otwarcie praktyki adwokackiej. Jako adwokat występuje w obronie AK-owców, bierze także udział, razem z mecenasem Winawerem, w obronie Kazimierza Moczarskiego. W 1955 roku Aniela wystąpiła z PZPR ’u i związała się z opozycją wobec komunistycznych rządów. Nadal broniła w procesach politycznych m. in. Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. Wrażenia z przebiegu tamtych procesów spisała w swojej kronice “Widziane z ławy obrończej”, wydanej przez paryską “Kulturę” w 1977 r. Zajmowała się też tłumaczeniami, przekłada „Smutek tropików” i „Totemizm dzisiaj” Claude’a Levi-Straussa, „Biologię twórczą” Jean Rostanda, a także w latach 50 jest redaktorką pism zebranych swojej nauczycielki i przyjaciółki – Stefanii Sempołowskiej.
Aniela była zawsze bardzo aktywna politycznie i społecznie. Po 1956 roku brała często udział w spotkaniach Klubu Krzywego Koła, do którego wprowadziła dwóch uczniów – Jana Grossa i jego przyjaciela Adama Michnika. Niespełna dziesięć lat później broniła ich kolegów, studentów aresztowanych w marcu 1968 r. W rezultacie po marcu 1968 roku, na skutek obrony studentów wyrzuconych z uczelni, została zawieszona w prawach wykonywania zawodu i wkrótce skreślona z list adwokatów. W wieku 74 lat przechodzi na emeryturę, ale nadal chętnie udziela porad prawnych, szczególnie członkom struktur opozycyjnych.

W 1975 podpisała List 59, petycję przeciwko projektowi zmian w Konstytucji PRL (pomysł listu powstał w jej mieszkaniu). W czerwcu 1976 sygnowała list solidaryzujący się z robotnikami represjonowanymi w Radomiu i Ursusie. Była członkiem–założycielem Komitetu Obrony Robotników.

W jej niewielkim mieszkaniu przy okrągłym XIX-wiecznym stole obradowała komisja redakcyjna odpowiedzialna za przygotowywanie komunikatów Komitetu. Młodsi działacze KOR-u wspominają, że Starsi Państwo – pani Aniela, prof. Edward Lipiński, Ludwik Cohn, Jan Józef Lipski i ks. Jan Zieja chronili ich swoim autorytetem przed agresją władz. Jednak ta ochrona nie była w pełni respektowana i świeżo po osiemdziesiątce pani Aniela musi się oswoić z rewizjami, które do tej pory były codziennością jej klientów. Już poważnie chora, co najmniej raz w tygodniu gościła u siebie komisję redakcyjną KOR odpowiedzialną za przygotowanie ostatecznej wersji publikowanych oświadczeń.

Aniela Steinsberg z domu Berlinerblau zmarła w 1988 roku na dwa miesiące przed „Okrągłym Stołem” i została pochowana na cmentarzu ewangelicko-reformowanym przy ulicy Żytniej w Warszawie. 23 września 2006 roku prezydent Rzeczpospolitej Polskiej w 30 rocznicę powstania KOR ‘u odznaczył pośmiertnie Anielę Steinsbergową Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Dalsze lektury:

Wpis w Wikipedii o Anieli – TU
Wpis nr 1 o rodzinie Berlinerblau TU na blogu
Wpis o Józefie Berlinerblau TU na blogu
Wpis o Janie Procie – Berlinerblau TU na blogu

Kardynał i aborcja

… czyli o tym, jak Mama chodziła do szkoły interweniować w mojej sprawie.

Ewa Maria Slaska

Kardynał

Mama nie zajmowała się tym, co robimy w szkole. Nie przejęła się nawet zbytnio, jak sąsiadka zaprowadziła Kasię-pierwszoklasistkę na test do szkoły baletowej, Kasia test zdała, została uczennicą baletówki, a Mama słowem nie pisnęła, że bez jej zgody, że za dużo obowiązków, że dziecko za małe.

Przyznaję, że nie wiem, kto u nas chodził na wywiadówki w szkole, bo jakoś dziwnie podejrzewam, że nie Mama. Ale mimo to Mama co najmniej dwa razy poszła do szkoły, żeby przeciwstawić się ukaraniu mnie. I w obu wypadkach – nigdy mi tego nie wypomniała.

Myślę, że oba wypadki zdarzyły się w roku 1966.

ja2Był rok Tysiąclecia Państwa Polskiego, rocznica, którą Komuna zmuszona była obchodzić, bo Polska jako kraj nie posiadała innej daty założycielskiej, tylko ten nieszczęsny rok 966, rok Chrztu Polski. Ale jak to Komuna, uroczystość się obchodziło, ale i jednocześnie nie wolno jej było obchodzić. Do Gdańska z okazji rocznicy przyjechał kardynał Wyszyński, wciąż jeszcze, po 10 latach, w aurze męczennika Komuny. Cały Gdańsk wybierał  się na powitanie. Cały Gdańsk podległy Komunie na to powitanie iść jednak nie mógł. Każda instytucja na swój sposób próbowała rozwiązać ten skomplikowany problem. W naszym Liceum, a byłam wtedy w 10 klasie, kazano nam wszystkim iść obowiązkowo do kina na jakiś film o Leninie w Poroninie czy coś w tym rodzaju. Nie wybierałam się na powitanie Wyszyńskiego, nie lubię akcji zbiorowych, i skoro jakoś zawsze udawało mi się wymigać od pochodów pierwszomajowych, to zamierzałam się również wymigać od stania w tłumie i czekania, aż przejedzie Kardynał. No ale przecież nie zamierzałam też iść do kina na Lenina z Poronina. Podobnie jak Kardynał, tak i Lenin nie wchodził po prostu w rachubę.

ja3Poszłam więc na spacer nad morze. Bardzo lubiłam takie spacery. Był 28 maja. Do Katedry Oliwskiej przyjechała kawalkada samochodów wioząca Prymasa i towarzyszących mu ponad 40 biskupów i kardynałów. Był wśród nich również Wojtyła.
Według szacunków PRL-owskich funkcjonariuszy, którzy często mieli zwyczaj zaniżać liczby związane z Kościołem, w Bazylice i na placu przed nią zgromadziło się ok. 30 tys. osób. I to mimo że ówczesne władze starały się odciągać od uczestnictwa w kościelnych uroczystościach. Zorganizowano wojewódzki wiec ludności wiejskiej z okazji Święta Ludowego w Wejherowie, duży festyn kulturalny z okazji zakończenia dni książki, prasy i oświaty na molo w Sopocie, turniej żużlowy z udziałem zawodników czechosłowackich w Gdańsku oraz mecz piłki nożnej pomiędzy Lechią Gdańsk a Ruchem Chorzów. Ponadto część młodzieży szkolnej wzięła udział w kilkudniowych wycieczkach poza teren Gdańska.

Tego samego dnia ze stypendium we Włoszech wróciła Mama. Gdy przyszło pismo ze szkoły, informujące rodziców, że zostałam ukarana za zwagarowanie z obowiązkowego popołudniowego wyjścia całej klasy do kina, Mama poszła do szkoły, pokazała swoje skierowanie na stypendium kulturalne we Włoszech, bilet lotniczy z Rzymu do Warszawy oraz bilet kolejowy na powrót do Gdańska, i oznajmiła, że jej kochająca córka była na dworcu witać wracającą z podróży Matkę. Dano mi święty spokój.
Mama nigdy mi tego nie wypomniała, że wprawdzie nie chciałam ani Lenina, ani Kardynała, ale jednak również jej. Często o tym opowiadała, bo była dumna, że udało się jej wygrać ze szkołą, traktowaną tu jako przedłużone ramię władzy, ale nigdy nie miała do mnie o to pretensji.
Nie wiem, być może już wtedy było wiadomo, że ja na wszystko odpowiadam Nie.

Aborcja

ja1Sprawa z aborcją musiała się zdarzyć albo w tym samym roku, albo, najwyżej, rok wcześniej. W ramach zajęć szkolnych przyszła na lekcję lekarka, która najwyraźniej miała nas nastraszyć. Zostaliśmy najpierw poinformowani o tym, jak odbywa się stosunek seksualny, a potem pani opowiedziała nam, jakie potworne mogą być konsekwencje uprawiania seksu. Była więc mowa o syfilisie, rzeżączce i tryprze, ale i o niechcianej ciąży. Niechcianą ciążę można usunąć w szpitalu, ale często głupie i nieuświadomione dziewczyny udają się do jakichś podejrzanych konowałów lub co gorsza tzw. babek, które usuwają ciążę przekłuwając płód szydełkiem, co w konse…
W tym momencie zwaliłam się z ławki na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut. Wychowawczyni odprowadziła mnie do gabinetu higienistki, a sekretarka zadzwoniła po rodziców, żeby mnie zabrali do domu. Moje liceum mieściło się tuż koło bramy Stoczni Gdańskiej, przyszedł więc po mnie Ojciec, który pracował w Biurze Projektowym Stoczni. Następnego dnia Mama musiała się stawić w szkole. Pani Dyrektor poinformowała ją, że skoro tak emocjonalnie zareagowałam na treść lekcji, to znaczy, że albo jestem w ciąży albo ją właśnie usunęłam. Mama zbladła, wstała i przez zaciśnięte zęby powiedziała (o jak dobrze umiem to sobie wyobrazić!), że opowiadanie młodym ludziom takich okropieństw jest niepedagogiczne i że albo szkoła wycofa swoje bzdurne zarzuty, albo ona naskarży w prasie, że najlepsze ponoć liceum w Gdańsku dyskwalifikuje się jako instytucja pedagogiczna.
Tym razem też zostawiono mnie w świętym spokoju.

Na ten temat jednak nigdy więcej nie było mowy, ani w szkole, ani w domu. Sprawa wróciła dziwnym rykoszetem w kilka lat później. Byłam już mężatką. Pewnego wieczora poszliśmy z mężem do znajomych na kolację. Koleżanka właśnie wróciła ze szpitala ginekologicznego i, jak to w Polsce, w trakcie jedzenia opowiedziała nam szczegółowo o wykonanych zabiegach. Otóż trzeba było wykonać kuretaż czyli wy… W tym momencie zwaliłam się z krzesła na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut.

Nikt nigdy nie stwierdził, dlaczego tak emocjonalnie reaguję na takie opowieści, a ja też nie wiem.

PS. W międzyczasie Jerzy Łuczak, który już nam kiedyś zorganizował wpis o noblistach żydowskich, do których Polska się nie przyznaje, przyjaciel rodziny Boguckich od zawsze, nadesłał króciutki tekścik, pasujący wprost rewelacyjnie do tego wpisu. Na moją prośbę Jurek podsyła mi informacje o Mamie i Ojcu, zwłaszcza o czasach lub miejscach, których nie mogę znać ani pamiętać.

Dla nas, studentów z zaliczonym I półroczem studiów jeszcze z okupacyjnej Warszawy (“Kursy Kreśleń Technicznych Inżyniera Jagodzińskiego”) udokumentowanym Indeksem Studiów z wpisami poszczególnych profesorów, z których większość podjęła swoje obowiązki na utworzonej po zakończeniu działań wojennych Politechnice Gdańskiej, stworzono “instytucję” pod nazwą (chyba) “zastępca studenta”. Pracowaliśmy we dnie, prowadząc pomocnicze ćwiczenia z “normalnymi” studentami lub przygotowując materiały do takich ćwiczeń dla profesora – szefa katedry. Za to “noc była nasza”, bo uzupełnianie własnych studiów prowadziliśmy właśnie nocą.

Ufff, jaki długi ten wstęp, ale właśnie często dopiero o świcie wstawaliśmy znad książki (zwykle skryptu – tłumaczenia z niemieckiego, angielskiego, czy rzadziej francuskiego), aby stanąć do obowiązków “zarobkowych”.
I właśnie takiego dnia, pracując w sekretariacie politechniki, ujrzałem przed sobą osóbkę zdecydowaną wręcz do “walki wręcz” w obronie praw swego męża, któremu biurokratyczne i niczym innym nie uzasadnione względy (tu znaczyło to, że właśnie ja to te “względy”) odmawiają praw do przyjęcia na studia politechniczne.

To była Irena, drobna, szczupła, o czarnych włosach, wyrazistym głębokim spojrzeniu, i równie interesującym, głębokim glosie, a podmiotem obrony był Darek, który właśnie zakończył był naukę w “Conradinum”, czymś w rodzaju liceum technicznego ze specjalnością budowy “jednostek pływających”, i tylko względy formalne, których naprawdę nie miałem prawa zmienić, jako pracownik pomocniczy sekretariatu, uniemożliwiały mu zostanie studentem.
Długo pozostałem pod wrażeniem, że miałem do czynienia z kimś niezwykłym.

No więc tak wyglądała Mama, gdy stawała w obronie swojej rodziny! Wspaniałe!

Szybko pospieszam dodać, że z autobiografii Ojca nie wyłaniają się jakieś szczególne problemy związane z rozpoczęciem studiów. Najwidoczniej względy formalne były jakąś przeszkodą doraźną:

Po roku wypełnionym intensywną nauką w Conradinum i pracą przyszedł czas egzaminów końcowych. Pisemne zdałem na tyle dobrze, że z ustnych zostałem zwolniony, i tym sposobem, właściwie bez większych maturalnych emocji, zakończyłem okres średniego wykształcenia, stając się zarazem studentem wydziału budowy okrętów Politechniki Gdańskiej.
W październiku 1946 roku zasiadłem w jednej z nielicznych ocalałych sal wykładowych wypalonego gmachu głównego Politechniki, by wysłuchać pierwszego wykładu z matematyki u prof. Mariana Czerwińskiego.