Parę słów o Dziadku…

agatadziadek2 (2)Kolejny wpis, który to już!, że udało mi się namówić kogoś, by spisał wspomnienia rodzinne. Wciąż bowiem powtarzam, piszmy o naszych przodkach, rozmawiajmy z nimi, pytajmy, zapisujmy to, co o nich wiemy, bo inaczej zaginą w niepamięci…

Agata Kopydłowska

… Bogusławie Kopydłowskim

Dziadek urodził się w 1920 roku w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Był najstarszym z rodzeństwa – miał młodszego brata Mirosława i siostrę Danutę. W czasie wojny uczył na tajnych kompletach języka polskiego i historii. Po wojnie ukończył historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i pracował w Muzeum Narodowym w Warszawie. Zajmował się kowalstwem artystycznym/architektonicznym oraz średniowiecznymi srebrami (w tamtym czasie był cenionym znawcą w tej dziedzinie). Na temat kowalstwa wydał książki:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/27309/kowalstwo-artystyczne-tom-1

http://www.arkady.com.pl/product/912,polskie_kowalstwo_architektoniczne.html

MINOLTA DIGITAL CAMERA MINOLTA DIGITAL CAMERADziadek ożenił się z Babcią, Aleksandrą Czarnecką (również historykiem sztuki) w 1959 roku, a rok później urodził się ich syn Marek, a mój Tata.

W 1965 roku przeprowadzili się do Olsztyna, gdzie Dziadek został dyrektorem Muzeum Warmii i Mazur. Niestety był nim tylko kilka lat. W wyniku prowadzenia prac badawaczych na historią tego terenu, które kolidowały z interesami “ziemiaństwa” niemieckiego, w 1969/70 roku został odwołany z funkcji z “wilczym biletem”. Niemieckiej części mieszkańców nie zależało, aby wykazać, że ziemie Warmii i Mazur były zamieszkiwane przez Słowian aż od okresu średniowiecza, a Dziadek był historykiem, więc nastąpił konflikt interesów. Jednocześnie Dziadek nie należał do partii.

kopydlowski (1)Dziadkowie przeprowadzili się z powrotem do Warszawy, jednak Dziadek nie miał pracy przez prawie dwa lata. W końcu znalazł ją w cechu zegarmistrzowskim. Założył Muzeum Zegarów, znajdujące się na warszawskiej Starówce. Następnie pracował jako dyrektor w “Desie” – państwowym antykwariacie z dziełami sztuki i antykami, a potem w dziale kultury w NIKu czyli Najwyższej Izbie Kontroli.

kopydlowskiWłaśnie czasie pracy w “Desie” zaczął malować pierwsze obrazy. Dostał dokument Artytysty Plastyka (w tamtym czasie był on konieczny, aby np. mieć wystawy lub dostęp do artykułów plastycznych). Jeździł niejednokrotnie do Zalesia oraz nad Pilicę w okolicę Warki, skąd czerpał inspirację. Nad Pilicą wynajmował domek i tam malował, zbierał zioła, gdyż z zamiłowania był również zielarzem i przyrodnikiem.

Najczęstszymi tematami były pejzaże, martwa natura, a także malarstwo symboliczne. Stworzył cykl “Strachów”, który był odpowiedzią na sytuacje polityczną związaną ze stanem wojennym i nastrojem w społeczeństwie. Miewał wystawy w warszawskich domach kultury.

Zmarł w 1992 roku w Warszawie.

Dziadek był bardzo skromnym człowiekiem, nie starał się zaistnieć jako malarz i nie zabiegał o popularność. Malował dla przyjemności. Potem po prostu wpadał na pomysł, że można by było zrobić wystawę.

agatadziadekpodwW celu zebrania tych informacji musiałam się konsultować z Tatą, gdyż niestety prawie nie pamiętam Dziadka. Miałam 6 lat, jak umarł. Pamiętam, że lubił się z nami bawić (ze mną i moją siostrą), jak przyjeżdzaliśmy ich odwiedzać oraz że miał miły głos

Miasto drugiej kategorii

mika-kanalKrzysztof Mika

FrauLanganke (cz.1)

(proszę zachować pisownię razem – FrauLanganke!)

Tak się składa, że moje życie w dość specyficzny sposób łączy się z obszarem Polski, nazywanym Ziemiami Odzyskanymi, albo północno-zachodnimi. Jak to się stało, że dziecko rodziny przesiedlonej po wojnie z Warszawy do Elbląga, nie wyrośnie we wrogim nastawieniu, lecz znajdzie swoje miejsce właśnie w tej rzeczywistości, teoretycznie całkowicie obcej – polubi Elbląg, który stanie się jego miastem rodzinnym?

Gdyby to jeszcze to był Gdańsk, którego, jak chciała oficjalna historia i propaganda, związki z Polską liczne i mocne… Gdańsk łatwiej było pokochać. To taki ważny symbol. W końcu o Gdańsk zaczęła się wojna. Taki Elbląg, też niby był z Polską związany, ale zdecydowanie nie znajdował się w głównym nurcie, to tylko wschodnio-pruskie ubocze, choć najpierw były to Prusy Królewskie. Owa różnica miała swój praktyczny i zarazem symboliczny wyraz: pociągi z Warszawy jechały do Gdańska, a przesiadka do Elbląga w Malborku. Do Elbląga połączenia bezpośredniego nie było. Miasto drugiej kategorii. Jak bardzo drugiej kategorii pokazuje fakt, że nigdy nie zostało odbudowane w swoim historycznym kształcie, no cóż (o czym będzie) orłów polskich raczej nie szukano. Taka prowincja w prowincji – bo stolicą był Królewiec i do Królewca ciążyło całe życie społeczno-gospodarcze Prus Wschodnich. Koleje i drogi wiodły równoleżnikowo do Królewca.

Elbląg w tragiczny sposób w 1945 wysunął się na czoło miast wschodniopruskich – był pierwszym dużym miastem zdobytym przez Armię Czerwoną, za co miasto i mieszkańcy zapłacili zresztą straszną cenę. Królewiec również – jeszcze w latach 60 na rozkaz Chruszczowa burzono resztki zabytków, żeby zniszczyć ostatecznie ślady „proklatoj Germanii”.

kanal (6)Wracajmy do Elbląga. Dziadkowie, ci ze strony Mamy, byli dziwni – oboje nauczyciele historii, opowiadali historię Elbląga, oczywiście w sposób dostosowany do możliwości poznawczych dziecka, ale konsekwentnie sączyli do głowy elbląskie historie. Spacery zawsze zahaczały o reszteczki starówki, nabrzeże Kanału Elbląskiego, potem dalej, gdzieś na przedmieścia, poza obszar historycznego centrum, czasem w ulubione przeze mnie miejsce – do składnicy złomu, gdzie zgromadzone były resztki różnych wspaniałych rzeczy, związanych z historią miasta i okolicy. Np. stareńkie maszyny parowe pochodzące ze złomowanych stateczków kursujących po Zalewie Wiślanym i Kanale Elbląg-Ostróda. W pewnym sensie były dla mnie dziełami sztuki, przepiękne w swoim anachronizmie, ozdobione mosiężnymi elementami, najczęściej wyprodukowane w zakładach Schihaua, teraz nazywanych „Zamechem”. Godzinami potrafiłem oglądać te maszyny, dotykać ich, brudząc się niemiłosiernie, wyobrażając sobie stateczki, w których były zamontowane, a siebie w roli mechanika Po kilkudziesięciu latach dowiedziałem się, jakie to były jednostki, jak się nazywały, ale to zupełnie inna historia. W składnicy złomu były inne fascynujące rzeczy – np. gąsienice czołgów. Niemieckich. Wykopane gdzieś na polach pod miastem. Wojenna historia wracała i w taki sposób.

Rok 1980. Kończyłem pisać pracę magisterską z historii żeglugi polskiej w dwudziestoleciu międzywojennym i siedziałem całymi dniami w archiwum państwowym w Gdańsku, dojeżdżając tam z Elbląga, gdzie mieszkałem u Dziadków.

kanal (5)Rok 1980 zatem. Rozpoczął się karnawał Solidarności – uczestniczyłem w nim od początku, od strajku w Stoczni, nb. byłem pierwszym polskim dziennikarzem, który tam był. Pracowałem wtedy w Ekspresie Wieczornym, równolegle kończąc studia. Atmosfera wolności i buntu dotarła też do zakurzonego wojewódzkiego archiwum w Gdańsku. Pewnego dnia jeden z archiwistów zdobył się na śmiałość i powiedział: „zostaw Pan na chwilę te notatki, coś Panu pokażę, o tym napisać to by było warto…” Poszliśmy do składnicy, regały ciasno wypełnione teczkami z dokumentami, charakterystyczny zapach. W końcu zatrzymaliśmy się przy regałach w głębi pomieszczenia.”Patrz pan”, powiedział mój archiwalny cicerone… „tu mamy ponad 50 metrów bieżących skarg na sowietów, jak weszli do Gdańska i trochę potem (…) wszystko jest: rabunki, gwałty, morderstwa”. W każdej teczce coś. Razem będzie 50 metrów bieżących – bo akta w archiwach liczy się na metry. A spraw dziesiątki tysięcy”. Te 50 metrów – jak je odnieść do życia? Jak mierzyć nieszczęście na metry? Dramaty zamknięte, uwięzione w papierowych teczkach. Anonimowe w swojej masie. Przez chwilę pomyślałem, że pewnie część tych ludzi jeszcze żyje, że żyją dzieci poczęte z tamtych gwałtów. Nie zająłem się tą sprawą, nie napisałem… Pozostało tylko wrażenie ogromu problemu, tym bardziej dojmujące, że zamienione na owe dziesiątki metrów takich samych papierowych teczek. Tak jak okulary w Oświęcimiu, tysiące okularów, rzecz tak bardzo osobista i tak pozbawiona ludzkiej przynależności, zamieniona w stertę oprawek i szkła. W Gdańskim archiwum były również sprawy z tzw. województwa, w tym z mojego rodzinnego Elbląga.

Gdzieś za mną zostały owe metry teczek, był czas działania. Zakładania organizacji związkowej, strajków, protestów. W tej atmosferze obroniłem pracę magisterską, a karnawał Solidarności zmierzał do smutnego końca. Dziadkowie zmarli, mieszkanie w Elblągu zostało sprzedane, ale jest wciąż trochę mebli i obrazów oraz ładnych, gustownych poniemieckich drobiazgów. Elbląg z wymiarów realnych mojego dzieciństwa przeniósł się w emocjonalno-wspomnieniowe, które kształtowały obraz miasta i nakładały się na nowy kształt miejscowości – często odwiedzanej mimo nieobecności dziadków – bo po drodze na Wybrzeże. Zmiany, które (na szczęście) zaszły w architekturze, czynił Elbląg w kategoriach realnych coraz bardziej odległy, choć dom Dziadków stał i pewne charakterystyczne elementy „tamtej” zabudowy z dzieciństwa również. Powstała „niby” Starówka, nawiązująca do historycznego kształtu miasta na wspomnianym, największym (chyba) trawniku w Europie. Tu towariszczi postarali się, by poza kilkoma budynkami i kościołem nie zostało nic. To w końcu był to pierwyj gorod proklatoj Germanii.

kanal (7)Jak owo „wyzwalanie” wyglądało, ze szczegółami dowiedziałem się w roku 2012. Wtedy przeczytałem książkę „Elbing” – fabularyzowaną relację o zdobyciu miasta przez Rosjan. Autor, regionalista zebrał relacje elbingerów – Niemców elbląskich. Radzieckie wojska, płonące miasto, nieskuteczna ewakuacja. Ulicą, przy której stoi dom, w którym znajdowało się mieszkanie Dziadków, jeździły sowieckie czołgi. Dziś ulica nazywa się Giermków wtedy Junker Strasse. Miasto, którego centrum, przepiękną starówkę zamieniono właśnie w jeden z największych w Europie trawników. Książka była wstrząsem – prawdziwa historia mojego rodzinnego miasta nabrała nowego wymiaru i pojawiło się takie oto myślenie: sowiecka ofensywa, to był początek procesu, który doprowadził do pojawienia się w Elblągu, w styczniu 1946 mojej Babci, a potem mojego przyjścia na świat w 1957 w wojskowym szpitalu. Można powiedzieć: proces historyczny itd., itd. Ale inaczej to wygląda, jeśli właśnie osobiście stajesz się elementem tego procesu, procesu polegającego na praktycznie całkowitej anihilacji przeszłości, zerwaniu ciągłości historycznej, wręcz cywilizacyjnej. Ów proces miał całkowicie zniszczyć pozostałości niemczyzny, albo jak lubiła to określać ówczesna propaganda: prusactwa. A na końcu ja!

Tymczasem moje „elblążenie” wiązało się w sposób przemożny i paradoksalny z ową niemiecką przeszłością, z niemieckimi pamiątkami, co więcej w dziwny sposób wyznaczyło moją drogę życiową, związaną z Warmią i Mazurami, Bałtykiem, historią i żeglarstwem. A nad wszystkim duch FrauLanganke, zaklęty w pamiątkach po niej. To co udało się zdobywcom dokonać w skali makro, w przypadku moich Dziadków i mnie zawiodło całkowicie. Wyrastałem otoczony niemczyzną! Może Dziadkowie, przedwojenni drobnomieszczanie, choć z ładnymi szlacheckimi korzeniami: ona z domu Nowakowska (związana z Groszkowskimi), a on Taczanowski nie bardzo mogli się pogodzić z wschodnioeuropejsko-azjatycką cywilizacją i jej produktami, więc woleli niemieckie, bliższe cywilizacji zachodnioeuropejskiej mimo, że niemieckie. Jakoś lepiej pasowały. Sowieckie perfumy stały na toaletce ze dwadzieścia lat…

A moje „elblążenie” jakieś dziwne było: to nie obejmowanie nowych terenów zdobytych w wyniku dziejowych rozliczeń, z miłym poczuciem dominacji i posiadania, i konieczności polonizacji takiego obszaru, to raczej akceptacja prawdziwej historii tej ziemi, jak by nie była trudna i niepolska, i zgoda na to, że właśnie tak, że można tu żyć i wcale nie trzeba niszczyć przeszłości, a raczej ją poznawać. Nie brzydziła mnie niemieckość, pruskość, hanzeatyckość, jakoś starałem się to połączyć ze swoją historią: ja wpisany w dzieje tutejsze. Pewnie to zasługa Dziadków, nauczycieli historii, którzy nauczyli mnie tego, że właśnie historii nie da się odrzucić, tylko warto poznawać. Polski dzieciak rósł sobie wśród niemieckich pamiątek. Teraz to modne: ruch regionalny, małe ojczyzny, drugiej strony Heimattouristik. Wtedy nie tak prosto.

Moje własne wrastanie, oswajanie nowego gruntu w Elblągu. Niemieckiego miasta w Prusach Wschodnich, do którego Dziadkowie przeprowadzili się zaraz po wojnie. Dla nich był to „surowy korzeń” i to tkwiący w całkiem obcej glebie, niemieckiej, dla mnie na przełomie lat 50 i 60, a potem do ich śmierci całkiem magiczna gleba: jeszcze trochę niemiecka (dom wyposażony w niemieckie meble), trochę polska, nie do końca obca, na pewno moja. Może inna, ale już trochę swoja w sensie państwowo-narodowym, bardziej moja, choć jeszcze w latach 70 poczucie „za granicy”, trochę. Nieodległy Gdańsk poprzez propagandową akcję, udowadniającą jego rzekomą polskość mniej jakby obcy. Elbląg, jak powiedziałem nie miał takiego szczęścia – leżał na uboczu głównego nurtu historii i choć jego związki z Polską były nie gorsze niż Gdańska, to po wojnie wyrażały się głównie akcją wywożenia, właśnie do Gdańska cegły manierystycznej, pochodzącej z rozbiórki resztek elbląskiej starówki, a to w celu odtwarzania dowodów „historycznych związków Gdańska z Polską”. Orły piastowskie nad Bałtykiem i tak dalej. Dla piastowskich orłów strzegących brzegów Bałtyku rozebrać resztki elbląskiej starówki było warto. A tu co: ubocze dziejów, tym bardziej że daleko do morza. A Zalew Wiślany nazywał się Świeży, a kraina nad jego brzegiem to Ermland albo Wybrzeże Wschodnio Pruskie. Łatwo tu piastowskich orłów nie znajdziesz. Prusowie, Warnowie, a potem Krzyżacy. Elbląg miasto drugiej kategorii.

W Prusach Wschodnich. Bardzo źle. Przed wojną nawet nie na obszarze Wolnego Miasta. Po prostu Ostpreussen. Sowieci zdobywali pruskie miasto i z poczuciem sprawiedliwości historycznej owo pruskie miasto burzyli. A więc w słusznej zemście gwałcili, mordowali i palili. Mordowali ludność niemiecką. Nikt nie myślał o związkach z Polską, tylko o zemście, karze za zbrodnie niemieckie. Więc ukarano miasto i ludzi, nieważne czy mieli jakikolwiek związek z nazizmem i Hitlerem. Palono i burzono Starówkę. Palono, bo w piwnicach i ruinach ukrywali się nieliczni pozostali w mieście elblążanie, czyli elbingerzy. Ogień ich skutecznie wypłaszał. Wiedzę o tych wydarzeniach przekazali Dziadkowie. Ale była ona całkowicie pozbawiona realnego kształtu. Chowałem się na Czterech Pancernych i psie. Wiedziałem, że działo się źle w trakcie i po zdobywaniu miasta. Nie wywoływało to specjalnych emocji. Po prostu było. Wiadomo wojna.

Może potrzeba było lektury o zdobyciu Elbląga, żeby emocje, wspomnienia i skojarzenia osiągnęły masę krytyczną. Wtedy powrócił pierścionek FrauLanganke, który nie chciał „zejść” z palca, a sowiecki sołdat, za pomocą bagnetu rozwiązał problem, odcinając ów oporny palec, wraz z pierścionkiem oczywiście.

FrauLanganke prowadziła na co dzień sklep z papeterią i książkami, na pewno sprzedawała Mein Kampf. No cóż, powie ktoś, sami sobie winna, ta Niemra. Obraz żołnierza obcinającego palec starszej kobiecie tkwił w mojej pamięci. Niezwykle plastyczny z chirurgiczno-anatomiczną dokładnością, z bagnetem zgrzytającym o kości. W medycznym podręczniku sprawdzałem, jak się amputuje palce. Sowiecki żołnierz pewnie po prostu położył rękę na stole i tępym bagnetem załatwił sprawę, nie dbając o higienę, tamowanie krwi. Można przyjąć, że wcześniej tym samym bagnetem otwierał amerykańską tuszonkę. FrauLanganke przeżyła. To może niewielka cena dziejowych rozliczeń. Córka FrauLanganke zapłaciła cenę najwyższą – zgwałcona, popełniła samobójstwo. Czy FrauLanganke i jej córka były winne?

Babcia nie mówiła o niej inaczej jak „ta Niemka”, ale najczęściej „Langankowa”. „Langankowa”, to już była forma oswajania rzeczywistości, ale co dziwne , a może normalne, nigdy nie używała jej imienia, pewnie po to by zachować dystans, natomiast „Frau” i „Langankowa” wymawiała na jednym oddechu i w mojej pamięci pozostało FrauLanganke… Ta „Niemka” przychodziła wymieniać różne rzeczy na żywność. Dlaczego Babcia wchodziła w takie interesy? Bóg raczy wiedzieć. W koło walało się do woli wszelkiego dobra, w styczniu 1946, tylko brać – sowieci wszystkiego nie wywieźli. Ale Babcia wymieniała nikomu niepotrzebne graty Langankowej na jedzenie. I rozmawiała, co pewnie było równie ważne jak żywność, bo Babcia znała niemiecki. Ukarana przez „wyzwoleńczą” i zwycięska ofensywę FrauLanganke pozbywała się gratów za chleb. Nie potrzebowała dużo – była całkiem sama. Mąż umarł przed wojną, a córka – „Frau Taczanowska, pani rozumie…”, ci „ sowjetische soldaten”…

Babci żal było prawdziwie, bo co potrafią owi „soldaten” miała okazje przekonać się w czasie rewolucji, zwanej październikową, którą przeżyła na Ukrainie wywieziona wraz z rodziną przez wycofujących się z Warszawy w 1915 Rosjan. A więc za bezwartościowe graty Langankowa dostawała chleb, którego w tamtym czasie wartość nie miała miary. Babcia dzięki temu stała się właścicielką rożnych mebli i kilku obrazków, które może niezbyt wielkiej wartości artystycznej, ale dla mnie nieskończonej emocjonalnej – wiszą do dzisiaj na ścianach mojego mieszkania. Są one w jakimś stopniu odpowiedzialne za elbląskie zainteresowania i za moje fascynacje wodą i żeglarstwem. Wszystkie z motywami elbląskimi i nazwijmy to wodno-marynistycznymi, poza jednym – grafiką przedstawiającą tzw. Marktthurm (wieżę targową), jeden z niewielu zachowanych zabytków gotyckiego Elbląga, kiedyś element murów obronnych. Ta grafika pewnie najbardziej wartościowa, ale przeze mnie mniej lubiana.

Obrazki po Langankowej – jakże musiały być bezwartościowe w tamtym czasie, jakże nie ekwiwalentna wymiana na chleb! Cóż Babcia, przedwojenna nauczycielka, nie znała się na interesach, ani na karaniu za historyczne winy, ani tym bardziej na nienawiści. Takie niepraktyczne podejście do życia, panienki z pensji, z domu „z francuskim i fortepianem”. Wkrótce pozbawiona palca Fraulanganke wyjechała – nie było dla niej miejsca w nowej rzeczywistości, zresztą Elbląg kojarzył się z bólem i grozą. Gdzie pochowano jej córkę po latach udało mi się ustalić, ale o tym za chwilę.

Wyjazd Fraulanganke, towarowym wagonem (opowieść Babci), to symboliczny koniec niemieckiego Elbląga. Jeszcze tylko Babci, ponieważ Dziadek nie wracał ciągle z obozu i Babcia była sama i z moją Mamą, wówczas gimnazjalistką. Oczywiście koniec ów ten miał charakter wyłącznie symboliczny – w rzeczywistości na co dzień nurzaliśmy się w niemczyźnie, elbląskiej niemczyźnie. Langankowa w pewnym sensie pozostała z nami.

A ja nurzam się w niej do dzisiaj: wspomniane obrazki, zegar, meble, jakieś naczynia, nóż, fajansowy pojemnik na herbatę mieszkają ze mną. W Elblągu nie było innych rzeczy, niż poniemieckie. Kuchnia: kredens i stół (mój Boże, jedliśmy na niemieckim stole!) i piecyk elektryczny AEG, pudło na chleb i młynek do kawy, wiszący na bocznej ścianie kredensu , nigdy nie używany, ale obecny i drobiazg, maleństwo-fajansowe z niderlandzkim motywem: kółko z drewnianą rączką do zagniatania pierogów – na kółku holenderski wiatrak. Pierogi wycinało się specjalną foremką i zagniatało tym kółkiem. Sypialnia: szafa, toaletka, małżeńskie łoże, orzech, a na toaletce dla kontrastu, przez całe lata stały radzieckie perfumy, prezent od sąsiadki repatriantki spod Wilna. Babcia nie odważyła się ich użyć – zapach nie mieścił się w pensjonarskiej przedwojennej estetyce, ale stały, żeby sąsiadce nie zrobić przykrości. Żyrandol z mlecznego szkła. Mosiężny karnisz. Salon: o tu niemczyzna szalała. Przepiękny pomocnik – o nim jeszcze będzie, stół, szafka, biblioteczka, zegar i wspomniane obrazy. W dziwnym, niepokojącym kontraście kilka sztuk, słynnego przed wojną w Polsce, fajansu bolimowskiego. Czemu bolimowskiego? A temu, że w Bolimowie na przełomie lat 20 i 30 Dziadkowie zakładali, a potem prowadzili szkołę powszechną. Jakimś cudem malowane skorupy przetrwały wojnę i wylądowały w Elblągu. Zegar. Wydzwaniający co pół godziny, budzący bezlitośnie, ale dający takie miłe domowe poczucie bezpieczeństwa.

W 1946 Dziadek wrócił z obozu pracy, a Langankowa pewnie wymieniała kolejny obrazek na chleb. Po latach, pod stertami odzieży znalazłem pamiętnik jednego z Langanków, całkowicie niezapisany, z pięknym rysunkiem bombowca, bowiem ów Langanke służył, jako podoficer w Luftwaffe. Przez lata, to wszystko było nieważne, po prostu było. W tym roku zacząłem grzebać. W internecie oczywiście. I znalazłem. Jeden z Langanków walczył w Ardenach, a nieszczęsną, zgwałconą córkę pochowano w jednym z nieistniejących już elbląskich ogrodów. Bardzo pomocnym źródłem jest elbląski Totenbuch, czyli Księga Zmarłych spisany przez tych , którzy przeżyli. Data miejsce, dane osobowe…

I tylko pytanie: czy kiedyś ją ekshumowali, czy ma gdzieś grób, czy gdzieś poza stronami stworzonej przez ocalałych w Totenbuch, ma swoje miejsce…

Już wiem, że nie – tam nie prowadzono ekshumacji Niemców.

Zdjęcia: Zofia Wojciechowska. U góry Autor, poniżej – Kanał Ostródzki

Znowu Pionki

Ciekawe. Wydaje mi się, że chyba nigdy przedtem świadomie nie słyszałam o Pionkach. Gdy jednak przygotowałam do publikacji wpis Michała S. Balasiewicza o Janie Procie, Pionki wryły mi się na stałe w pamięć. I wtedy, właściwie nagle, okazało się, że znam  co najmniej dwie osoby – dwóch panów – urodzone i wyrastające w tym małym miasteczku w Puszczy Kozienieckiej, które z zaściankowego Zagożdżona stało się ważnym ośrodkiem produkcyjnym, pracującym na potrzeby przemysłu zbrojeniowego Polski w latach 30, kiedy to też, z uwagi na liczne kontakty zagraniczne, Zagożdżon przemianowano na Pionki. Poprosiłam obu panów, żeby napisali nam coś o dzieciństwie w Pionkach i oto jeden z nich już odpowiedział na to wezwanie.

Konrad Sałagan

Pionki koło Radomia

Wyjazd z Pionek na krótko przed moim pójściem do szkoły podstawowej (1964 r.) wprowadził w mój los fatalną „lekkość bytu”. Wtedy jeszcze nie miałem o tym pojęcia. Moja babka, Joanna Płachta – było to nazwisko jej drugiego męża, bo pierwszy zagubił się w czasach II wojny światowej – wywiozła mnie do rodziców na tereny Zagłębia Śląsko-Dąbrowskiego. W ten oto sposób straciłem krainę swojego dzieciństwa, miejsce i epokę, kiedy przychodziły do mnie anioły, gdy rozmawiałem z ptakami, gdy zasłaniały mnie gęstwiny leśnych paproci, gdy kwiatami z leśnej polany stroiłem na pożegnanie zmarłych w prosektorium.

Tak, właśnie tak, bo wychowywałem się samotnie na terenie szpitala ogrodzonego słupami z drutem kolczastym, szpitala w Pionkach. To charakterystyczny sposób zamykania przestrzeni dla Pionek, ponieważ tak był ogrodzony olbrzymi teren zakładów ZTS „Pronit”, przedwojennej Państwowej Wytwórni Prochu i Materiałów Kruszących (PWPiMK) – ogrodzenie w dwóch rzędach, a nawet miejscami w trzech. Na żelbetonowych słupach był rozpięty drut kolczasty. Niemiłosiernie ostre kolce. Między ogrodzeniem stały strażnice i przechadzali się umundurowani, uzbrojeni strażnicy. Szpital nie miał takiej asysty. Leżał trochę dalej od zakładów po drugiej stronie torów kolejowych, za szlabanem. W tamtych czasach w Pionkach dużo było szlabanów, powiedzmy – „urok” miejsca o przeznaczeniu militarnym.

salagan1Pionki – przed siedzibą władz czciciele tow. Bieruta, prawdopodobnie w dniu ogłoszenia jego śmierci (rok 1956)

Pionki prawie na połowę dzieli trakcja kolejowa, fragment ważnego szlaku, Częstochowa-Lublin. Po drodze Dęblin, a wcześniej na zachód krąg zbrojeniowych zakładów w Radomiu. Władysław Płachta, mój przybrany dziadek, pracował jako robotnik na Wydziale Nitrogliceryny w ZTS „Pronit”. Na rękach i ramionach, może i na całym ciele, miał podłużne białe i szare plamy. Do swojej pensji otrzymywał gratyfikację za szkodliwą pracę. Prosty i subtelny człowiek, syn cieśli z Wygwizdowa – taka mała a zarazem odrębna dzielnica Pionek. Pierwsza chałupa przed ścianą lasu Puszczy Kozienickiej. Jeszcze tory kolejki wąskotorowej prowadzące do tartaku (również druty kolczaste) i na Załamanek, czyli w kierunku rozjazdu dróg do Radomia albo Kozienic.

salagan2Pionki – pierwsza od prawej Joanna Płachta przed szpitalem za drutami,
późne lata 50 XX w.

Za drutami, blisko zakładów mieszkała elita techniczna i urzędnicza w przedwojennych domach o klasycznym metrażu, normalnym, ludzkim. W barakach za pocztą mniej więcej na przeciw dworca kolejowego Pionki Zachodnie, w barakach, choć każde mieszkanie miało ogrodzony (już siatką czy płotem) ogródek, mieszkali wykwalifikowani robotnicy. Tu mieszkał z rodziną mój wuj, Arkadiusz Sobolewski, brat babki Joanny. Pokój z kuchnią, troje dzieci, spiżarnia, WC, ogródek, jabłonka papierówka, drobna plantacja pomidorów, jeden, permanentnie reperowany rower, aha, jeszcze długa latarka – symbol przynależności do lepszych. W zasadzie rzecz praktyczna, bo kogo milicja złapała jadącego na rowerze bez światła, mogła spałować lub wlepić mandat.

To była atmosfera i warunki egzystencji ludzi w Pionkach lat 50, 60 i na początku 70 XX w. Specyfiką Pionek byli wtedy rowerzyści, złodzieje rowerów, szmugiel części rowerowych, marzenia młodych ludzi o rowerze wyścigowym. O, np. mieć huragan, ho, ho. Jeszcze nim nastał świt, albo zaraz po zmierzchu, Pionki wypełniały setki, setki świateł latarek. Nie każdego było stać na rower z dynamem. Zza drzew, Pionki wypełniały fragmenty lasu, zza drzew widziałem ławice świateł, ludzie „schodzili” ze zmiany lub szli na swoją zmianę. To nie wszystko. Dzwonki rowerowe brzęczały tu, tam, dalej i dalej. Stałem po drugiej stronie, za drutami, ukryty pośród drzew. Teren szpitala w Pionkach miał wewnętrzny las. Tam w głębi pochowano żołnierzy niemieckich, których tu leczono, bodaj rannych na wschodnim froncie II wojny światowej. Płytkie groby, zniszczone i zbutwiałe krzyże, odkrywałem czaszki. Modliłem się. Tak poradził pan Strzębała, który pracował w szpitalnej kotłowni. Mój przewodnik po czarnym i ognistym piekle. W szpitalu wszędzie mogłem wejść, ale koło drzwi kotłowni w suterenie lękałem się przechodzić. Babka Joanna pracowała również na tym poziomie, jako kierowniczka szpitalnej pralni. Jak w szpitalu pracowały siostry zakonne, babka asystowała jako siostra instrumentariuszka. Potem wraz z „rozwojem” podstawowej organizacji partyjnej spadała coraz niżej w hierarchii. Wreszcie z łaski zatrudniono ją jako portiera.

salagan3Władysław Płachta, reanimacja po zatruciu, krew oddaje Joanna Płachta – Pionki, w szpitalu za drutami, wczesne lata 60 XX w.

Na dużą skalę wynoszono tzw. spirytus wytwórniany. Do tego również służył rower, a właściwie rama w rowerze. Oczywiście, spirytus wykradano na tysiąc i jeden sposobów. Stąd pojawiały się problemy z moim przybranym dziadkiem, a babka Joanna musiała błagać, by nie wyrzucono go z pracy. Szmugiel tzw. spirytusu wytwórnianego był następnym elementem charakterystycznym dla „ducha miejsca” Pionek. Zatem powtórzę – zewnętrznym motywem leśnych, wiejskich oraz industrializowanych Pionek były nadmiar żelbetonowych słupów i ogrodzeń z drutu kolczastego, wprost obsesja podnoszonych i zamykanych szlabanów; tabuny rowerzystów; szeroka rzeka szmuglowanego spirytusu. Później w latach 70 doszły jeszcz: produkcja na olbrzymią skalę „domowej” morfiny i heroiny (no, zakład chemiczny, stąd znawcy procesu ekstrakcji) oraz olbrzymie zatrucie środowiska naturalnego po wybudowaniu w Pionkach Wytwórni Skóry Syntetycznej (lata 1971-1975). Nic nie dawały protesty lekarzy zakładowych – sprawa polityczna. Ukrywano statystyki schorzeń, a np. dr Józefa Biernata wyrzucono z pracy, a potem szantażowano. Nie tylko jego.

Ludzie marli jak muchy. Wielu moich znajomych, kolegów, przyjaciół, przecież pamiętam, zdolnych, jakże zdolnych ludzi, odeszło przez narkomanię. Prasa informowała o „zagłębiu” morfiny i heroiny w Pionkach. Wzrastała także śmiertelność od wyziewów i zanieczyszczeń Wytwórni Skóry Syntetycznej. Tak odeszła moja narzeczona, Ania Andrzejewska, z tych dwóch powodów. Zerwałem wprawdzie z nią wcześniej, bo była córką aparatczyka PZPR. Mieszkali na początku w budynku przedwojennym. Kryterium aktualne do dzisiaj, przejaw socjotechnicznego rozwarstwienia w Pionkach. Należałem do nizin społecznych.

salagan4Konrad Sałagan, miniaturowa karetka pogotowia i dwie plastikowe muzy – Pionki, przedszkole nr 1 za Łaźnią, wczesne lata 60 XX w.

Na razie przekroczmy zewnętrzny motyw „ducha miejsca” Pionek. A zatem na terenie otoczonym drutem kolczastym, czyli nad wyraz bezpiecznym terenie szpitala w Pionkach, spełniła się epoka mojego dzieciństwa. Jak kwiat paproci. Biegałem po lesie pośród gęstego poszycia, a niezwykły kwiat wciąż umykał. Przybrany dziadek uczył mnie strzelać z procy, by odstraszyć skrzydlatych intruzów, ponieważ jego pasją była hodowla gołębi i miał na terenie szpitala własny gołębnik. Karmił mnie ogórkiem kwaszonym, boczkiem i chlebem.

salagan5Konrad Sałagan, uśmiech dla Matki, której nie ma w Pionkach – Pionki, wczesne lata 60 XX w.

W tamtych czasach Pionki oglądałem za szyby karetki pogotowia, które było blisko szpitala. Kierowcą karetki był mój ojciec chrzestny i wuj, Tadeusz Łuczyński z Kozienic. Jeśli go uprosiłem i były takie możliwości, dzień wypełniała przygoda. Fascynowała mnie architektura, np. przedwojenny dworzec Pionki Główne. Używam tu potocznej nazwy “Pionki Główne”, ale na wspomnianym budynku dopiero od 8 sierpnia 1932 r. widnieje napis “Pionki” – przedtem był napis “Zagożdżon.” Nazwę zmieniono, bo kooperanci zagraniczni PWP mieli kłopoty z wymową słowa “Zgożdżon.”

Właściwie od tego dworca w latach 20 XX w. wszystko się zaczęło. Stamtąd prowadzą dwie ulice istotne dla rozwoju Pionek, czyli ul. Kolejowa i ul. Zwoleńska. A po drugiej stronie torów kolejowych była kiedyś rozbudowana bocznica. Tu również w latach 20 zwożono maszyny, materiały, narzędzia, itp. do budowy i rozbudowy Państwowej Wytwórni Prochu. A nawet tu obchodzono święta państwowe. Trochę dalej zabrano dom z długą altaną (do dzisiaj marzę o takim domu), dom babki Joanny i jej pierwszego męża, ojca śp. mojej matki Honoraty Hanny Sobolewskiej. Ale to wydarzyło się już po II wojnie światowej. Znacjonalizowano dom i rozległą działkę ze względów „strategicznych”. Babkę Joannę przygarnęły siostry zakonne i lekarze jeszcze konotacji AK-owskiej, dając mieszkanie na terenie szpitala w Pionkach. Tak przypuszczam, ponieważ pokolenie mojej babki, a także pokolenie matki, nabrały wody w usta. Ludzie doświadczyli okupacji niemieckiej, a później sowieckiej. Przyczyną był paniczny strach. Potem dawano w tym miejscu działki dla zasłużonych wobec władzy komunistycznej. Dzisiaj to mniej więcej początek ul. Mikołaja Reja.

45lat

Dyrektor Konrad Sałagan (piąty od lewej) ze współpracownikami, na niewidocznym transparencie napis “Powstanie Warszawskie jeszcze trwa”Pionki, Miejski Ośrodek Kultury, sierpień 1989 r.

Pionki były dziwną miejscowością i trochę taką pozostały. Niekonsekwencja urbanizacyjna, nie dokończone wątki lokalizacji miejskiej. Prawdopodobnie właściwie miała to być miejscowość ukryta pośród lasu. Odbierałem zabudowę Pionek i otoczenie jako niepowtarzalny urok. Gdy byłem krótko dyrektorem Miejskiego Ośrodka Kultury w Pionkach, w latach 1989-1990 (to socrealistyczny budynek) i wydawałem Gazetę Pionkowską, sugerowałem, że ta miejscowość przypomina greckie polis. Trochę miasta, trochę wsi, trochę lasu w środku. Jednak drzew wciąż ubywa w zastraszającym tempie, miasto ledwie funkcjonuje; a tam, gdzie postawiono bloki w latach 70 i 80, czyli na ziemi rodzącej zboże i miejscu sadów, nie da się teraz nagle przywrócić agrokultury.

salagan7Rozpocząłem od tego, że przed 1964 r. babka Joanna wywiozła mnie z Pionek do miejsca zamieszkania rodziców. Musiała to zrobić, bo właśnie wyrzucano ją i dziadka z mieszkania przy szpitalu. Musiała wpłacić ok. 16 tys. zł (kolosalna suma, jak na lata 60 i realia PRL), by zamieszkać w socrealistycznym bloku w pokoju z kuchnią przy ul. Aleje Lipowe. Oto paradoks, bo jest to i ulica i jednocześnie aleje, a do tego rosną tam przeważnie drzewa jarzębiny. Mieszkający tam ludzie, robotnicy niewykwalifikowani, otrzymali te lokale za darmo.

Konrad Sałagan, Pionki, mieszkanie przy ul. Aleje Lipowe – składanie 1 numeru pisma Nad Zagożdżonką, styczeń 1993 r.

Mimo decyzji babki Joanny każdy wolny czas chciałem spędzać w Pionkach i często tu przyjeżdżałem. Nie chciałem, by w tak absurdalny sposób zamknęła się brama do krainy mojego dzieciństwa i młodości. Wstawiałem więc buntowniczo nogę w malejący prześwit bramy. Kiedy po 8, 9 godzinach podróży wychodziłem z pociągu na peron dworca Pionki Zachodnie, a była np. mroźna zima, przede mną stały ośnieżone i iskrzące się jodły i wysokie limby. „W tej okolicy jest zbyt uroczyście…” Znowu wróciłem do siebie, tak wewnętrznie – pierwsze sekundy obecności w Pionkach.

Pionki to geneza mojej poezji od 12 roku życia. Geneza mojego bycia wymytym hippie. Geneza drogi ku wolności. I te umykające złote warkocze Małgosi Wojciechowskiej, której tłumaczyłem filozofię egzystencjalną na długich spacerach, zamiast ją pocałować. Nie poderwałem więc Euterpe. Znakomita biblioteka zakładowa w przedwojennym budynku Pod Łabędziami, rezydencji Dyrektora Naczelnego Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach. Niezwykłej urody architektura, połączenie renesansu z tzw. polską architekturą dworkową, poziom klasy europejskiej, niestety nie opracowany naukowo. Bywały takie wakacje, że prawie nie wychodziłem z mieszkania babki Joanny, tylko wypożyczałem sterty książek. To zasługa ludzi, którzy prowadzili tę bibliotekę. Chyba ten księgozbiór był punktem ciężkości atmosfery Pionek tamtych lat. Nie spotkałem takiej atmosfery twórczej i intelektualnej ani w Katowicach, ni Sosnowcu, Będzinie. Źródeł inspiracji w Pionkach było więcej, ale ten temat jest zbyt obszerny, jak na krótką impresję. Rzecz paradoksu – obok nadmiar drutu kolczastego, który ograniczał przestrzeń, jednocześnie szum skrzydeł wolności, bez granic. Przypuszczam, że atmosfera Pionek przejaw świadomości zbiorowej ludzi, którzy tam mieszkali, to proces uruchomiony przez założycieli tej miejscowości, przede wszystkim dyrektora dr inż. Jana Prota (właściwe jego nazwisko to Berlinerblau) oraz innych, elity Polski przedwojennej. O Janie Procie jest publikacja na blogu autorstwa Michała S. Balasiewicza.

Śp. Piotr Mitan, syn inżyniera i oficera przedwojennego, próbował w latach 90 XX w. zrekonstruować splendor słynnego Kasyna Urzędniczego, budynku leżącego blisko głównej bramy zakładów. Zrobiłem dla niego szyld w konwencji modernistycznej, a zarazem znak firmowy, a także pomogłem w doborze kadry pracowniczej. Projekt padł przed końcem XX w., a Piotr w kilka lat później zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Zatem zabrakło świadomego kontynuatora. Piotr mawiał do mnie – „Od rekonstrukcji Kasyna trzeba rozpocząć stawianie Pionek na nogi, a potem rzucić to w przyszłość”. Mnie przekonał. Obaj nie doceniliśmy „wiatru historii”, lepiej powiedzieć „praw historii”, ani konsekwencji społecznych wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. , ani po 1989 r. konsekwencji ekonomicznych związanych z drastycznym ograniczeniem dostaw na rynek wschodni produkcji tego największego zakładu Pionek. Krytyczny moment, brak pomysłów u kadry administratorów, krótkowzroczność działaczy związków zawodowych, a szczególnie NSZZ „Solidarność”.

Wykarczowano drzewa naprzeciw dworca Pionki Zachodnie (jeszcze przed 1989 r.), zresztą nie tylko tam, zniknął drut kolczasty typowych ogrodzeń w mieście i szlabany, otworzyła się przestrzeń ku niebu, a jednak szum skrzydeł wolności umknął. Ukrył się? Nie wiem. Zniszczenie zakładu, marnotrawstwo maszyn i zasobów przekreśliło prosperity Pionek. Wyjechali więc interesujący i uzdolnieni ludzie, no, trochę ich pozostało. Umiejętnie i taktycznie rozegrano Solidarność, tam i wtedy. Porywisty wiatr historii, jakby sztorm. Dzisiaj na olbrzymim terenie zalesionym stoją ruiny budynków – również rozpadające się budynki architektury przemysłowej dwudziestolecia międzywojennego XX w. wpisane w rejestr zabytków. Nikt do tej pory nie przeprowadził badań degradacji środowiska naturalnego, które dokonało się w wyniku „wesołej twórczości” PRL. ZTS „Pronit” upadł dokumentnie w 2000 r. Podobieństwo zony zanieczyszczeń do powieści SF Arkadija i Borisa Strugackich pt. Piknik na skraju drogi (1972) i filmu Andrieja Tarkowskiego pt. Stalker (1979).

Przechodniu pozdrów więc lepszą epokę, gdy ją rzeczywiście spotkasz.

Warszawa, 23 sierpnia 2014

Uzupełnienie – w latach 2009-2013 wykorzystując fundusze Urzędu Miasta Pionki i Unii Europejskiej, dokonano rekonstrukcji Kasyna Urzędniczego. Obecnie Kasyno jest centrum informacyjnym i medialnym.

Zacierki, mleko i ziemniaki

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Zacierki i mleko

Nie mam pojęcia dlaczego i skąd, może nauczyła się tego od Babci Hali, ale Mama wspaniale potrafiła robić zacierki. Moja siostra twierdzi, że mąka w dzisiejszych czasach już nie jest tą samą mąką, którą sprzedawano w sklepach w latach 50 i 60, bo od lat 70 przetwarza się genetycznie pszenicę, która przez to ma coraz więcej glutenu i… Okropieństwa, nawet nie chce mi się o tym pisać, ale rzecz w tym, że rzeczywiście nie da się już zrobić zacierek takich, jak je robiła Mama. Małe, zwarte i ścisłe, ale wcale przez to nie twarde kulki. Mama ugniatała sporą kulę z mąki i wody. Wkładało się ją do miski i palcami odrywało z niej małe kawałki, które szybko trzeba było obrócić między palcami – każdą grudkę osobno – tak by stały się zaokrąglone. Gotowe niewielkie porcje trzeba było albo od razu ugotować w osolonej wodzie i wyjąć łyżką cedzakową na półmisek, albo rozłożyć na ściereczce, żeby się nie posklejały i lekko przeschły, a potem ugotować wszystkie razem. Zacierki można było jeść z rosołem, co uwielbiałam lub z zupą mleczną, czego nie cierpiałam, ale ja w ogóle nie lubiłam zup mlecznych, bo mleko często się przypalało, a zawsze były w nim kożuchy. Odrazę do kożuchów miałam po Mamie i po jej wujku, Dziadku Wiktorze.

O Dziadku przechowała się opowieść z czasów jego uwięzienia w obozie w Stutthofie. Dziadek był elektrykiem i funkcyjni obozowi często go wzywali, żeby im coś naprawił. Dostawało się za to na pewno dodatkową porcję zwykłego jedzenia, a często wręcz jakiś smakołyk. Zdarzyło się, że kucharz, Polak, więzień zresztą, dał Dziadkowi w nagrodę kubek gorącego mleka z grubą (pożywną!) warstwą kożucha. Dziadek odmówił wypicia tego świństwa, czym się bardzo i autentycznie naraził.

Klasyczny przepis na zacierki jest TU, ale wydaje mi się, że Mama nie dodawała jajka.

mamababciahalaMama z Babcią Halą, żoną Dziadka Wiktora.
Dla wyjaśnienia: Halina i Wiktor Ostrowscy byli rodzicami Janiny Kowalskiej, mojej ciotki, i dziadkami Małgosi i Marii, moich kuzynek. Byli jednak również naszymi Dziadkami, bo rodzice Mamy zginęli podczas wojny, a Ojca umarli wkrótce po wojnie. Natomiast Babcia Hala i Dziadek Wiktor wspaniale spełniali w stosunku do nas obowiązki rodzonych dziadków.

Ziemniaki

Mama nie lubiła gotować ziemniaków, zapewne dlatego że nie lubiła ich obierać, bo jak mogła dopaść którąś z nas (niestety, byłam to głównie ja), to natychmiast zasadzała ją do obierania ziemniaków. Siedziało się nawet nieźle, bo można sobie było z Mamą pogawędzić, ale samo obieranie nie było przyjemne.

Po pierwsze zaczynało się od tego, że trzeba było iść do piwnicy i przynieść ziemniaki w misce lub wiaderku. Mama tego nigdy nie robiła. Nie wiem, czy przez całe swoje życie na Grunwaldzkiej choć raz była w piwnicy. Mogę ją zrozumieć. Trzeba było wyjść na dwór, obejść schody na około i tam z boku było wejście do piwnicy. Często było tam ciemno, bo żarówki nie było, przepaliła się albo ktoś ją ukradł, co dziwne, bo obok piwnic była też kotłownia, w której zimą codziennie o świcie palił pan Sarnecki, i było też mieszkanie. Czyli palacz i lokatorzy musieli tamtędy chodzić, trudno więc zrozumieć, dlaczego było ciemno. Ale było. Piwnica była zatęchła, a jak był przednówek i góra kartofli zmieniała się w brudne klepisko, z którego trzeba było wybierać pojedyncze okazy, na bocznej ścianie piwnicy pokazywały się drzwi. Były na stałe zamknięte i łączyły się prawdopodobnie po prostu z sąsiednią piwnicą, ale we mnie budziły jasną zgrozę. W ogóle piwnica kojarzyła się w sposób straszliwy z wojną i trzeba było siły woli, żeby tam wejść, wrzucić nie patrząc porcję kartofli do pojemnika i jak najszybciej uciec.

Ale również ziemniaki kupione w sklepie były paskudne. Dziś już pewnie tego nikt nie pamięta, ale ziemniaki za czasów komuny były zawsze oblepione błotem. Jeśli błoto było zaschnięte, to trzeba je było z trudem odłupywać, a jeśli było mokre, oznaczało to zazwyczaj, że pod spodem znajduje się gnijący ziemniak i śmierdzi.

Mama, jeśli już w ogóle musiała obierać ziemniaki, robiła to w gumowych rękawiczkach, jeśli oczywiście akurat je posiadała, ja jednak nie znosiłam pracy w rękawiczkach (zostało mi do dzisiaj). Tu jednak muszę dodać, że jestem wprawdzie archeolożką, ale nie znoszę mieć brudnych rąk. Jeśli połączyć to z awersją do rękawic domowych, kuchennych czy ogrodniczych, uzyskamy obraz kompletnej niemożności, do której się jednak będąc dzieckiem czy młodą dziewczyną nie miało prawa.

No więc obieram ziemniaki. Nie wychodzi mi to zgrabnie, ziemniaki są prawie kwadratowe w przekroju, obierki grube i nieforemne. Oczywiście po pewnym czasie uczę się, jak to zrobić, żeby obrany ziemniak przypominał raczej kulę lub jajo niż kostkę. W wieku 11 lat potrafiłam już ugotować wszystko, umiałam też porządnie obierać ziemniaki. Gdy miałam lat 12 i Mama wyjechała do sanatorium, a Karusia była w szpitalu, to ja prowadziłam dom. No tak, to o czym to ja… ach, ziemniaki. Obieranie ziemniaków trwało w nieskończoność, a one same, już po obraniu, zawsze były brudne.

Po jakimś czasie z nadzieją w głosie pytałam Mamę, czy starczy, a Mama, nieodmiennie, nie patrząc w ogóle do garnka, żeby ocenić mój urobek, odpowiadała: jeszcze ze trzy…

Ostatnim problemem komunistycznych ziemniaków było to, że nie dawało się ich ugotować tak, żeby na końcu otrzymać suche, gorące ziemniaki. Dziś robimy to odparowując resztki wody i potrząsając garnkiem z pokrywką, ale albo Mama nie znała tego sposobu, albo, co też możliwe, garnek z ziemniakami był za ciężki i Mama nie była w stanie go odparować i nim potrząsnąć. Ja jako dziecko też nie. Zresztą byłam po prostu za mała. Były to czasy, kiedy się jadało znacznie więcej niż dziś i na pięć osób plus nieodłączni goście trzeba było ugotować duży sagan kartofli.

PS

Moi kochani Czytelnicy, wydawałoby się, że nie ma najmniejszego powodu, żebym tu pisała o zacierkach i ziemniakach. Ale otóż powód jest. Jak już zapewne wiecie, po kilku latach pisania o Mamie dorywczo na różnych blogach, próbuję w tej chwili stworzyć o niej książkę. Materiału mam dużo i musiałam go jakoś ogarnąć. Wprowadziłam więc dość surowe ograniczenia:

Moją Mamą była Irena Kuran-Bogucka. Każdy, kto chce, może ją sobie znaleźć w internecie, nie będę tu więc pisała tego, co każdy może znaleźć.

To tylko jedna z reguł, którymi obwarowałam to pisanie. Będę tu pisała o tym, co pamiętam i o tym, co wynika z poszukiwań w jej papierach i, rzadziej, rzeczach, i, jeszcze rzadziej, obiektach. Rzeczy mam mało, papierów dużo, ale daleko nie wszystkie, pojawi się więc tu tylko to, co mam (a i to nie wszystko), a nie to, co wiem. Ta zasada znakomicie mi ułatwi życie, bo wiem dużo i w tym „dużo” mieszczą się też tajemnice, ale nie będę ich ujawniać bez zgody Mamy. Ona sama już nie żyje, ale jeśli jej papiery, rzeczy, obiekty gdzieś objawią jedną z tych tajemnic, to znajdzie się ona i w książce.

Rozumiem, że czytelnik może być niezadowolony z takiej mojej autorskiej decyzji, lecz cóż, może szukać sam, próbując odsłonić te sekrety. Gdzieś się ujawniają. Dociekliwy część z nich znajdzie nawet w miarę szybko, wszystkich na pewno nie. I myślę, że nigdy. No i ostatni „ob-warunek”: rozdziały tej książki najpierw były, są lub będą wpisami na blogu i/lub na blogach. Różnych, bo prowadziłam ich w sumie pięć. I wszędzie pojawiała się również Mama.

Te zasady już tu gdzieś opublikowałam, ale muszę je przypomnieć z uwagi na zacierki. Bo podczas pisania książki zebrałam, głównie zresztą z ukochanego blogu Jak udusić kurę…, sporo opowieści o tym, jak Mama funkcjonowała w kuchni. Pojawił się ryż, była herbata, zielona galaretka, omlet. Myślałam, że to starczy, ale zacierki i ziemniaki przypomniały mi się któregoś dnia tak dobitnie, że musiałam o nich napisać. A skoro tak, to żeby się samej dopasować do własnych zasad, musiałam te dwa rozdzialiki umieścić również na blogu.

Smacznego.

I była chwila ciszy…

Lektury

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Podobnie jak rozmowy, tak i lektury bardzo silnie związały mnie z Mamą. Przejęłam chyba cały zestaw jej ulubionych książek, których nie wolno było za żadne skarby świata nikomu pożyczyć. I ja, mimo iż miałam do własności, swojej i cudzej, stosunek nader lekceważący (nadal mam), chyba rzeczywiście nigdy nie nikomu nie pożyczyłam żadnej z ukochanych książek Mamy. We wpisach na blogach w różnych kontekstach pojawiła się większość tych książek, ale chyba nie wszystkie. Nie pretendując do jakichkolwiek prób usystematyzowania wiedzy o lekturach Mamy, wymienię tu te, które do dziś zachowałam w pamięci.

szekspir-dulacBolesław Chrobry Antoniego Gołubiewa, 7 tomów
W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, również 7 tomów
Tajemnice motyli Stefanii Szuchowej w wydaniu z lat 30 z ilustracjami Norblina
Cóż za pomysł Tato! Williama Saroyana
Siedemnastolatek Bootha Tarkingtona
Kubuś Puchatek A.A. Milne’a
Bożek ciepła rodzinnego Marii Opolskiej
Burza Szekspira w oryginale w wydaniu z roku 1908 z ilustracjami Edmunda Dulaca
Saga rodu Forysthe’ów Johna Galsworthy’ego
Saga rodu White’oków, a zwłaszcza I tom – Jalna Mazo De La Roche
A lasy wiecznie śpiewają Trygve Gulbranssena
Imitacja życia Fanny Hurst
Tajemniczy opiekun Jean Webster
Błękitny zamek Lucy Maud Montgomery, tej od Ani z Zielonego Wzgórza
Byłam brzydką dziewczyną Anne-Marie Selinko
Berenika obcina włosy opowiadanie Francis Scotta Fitzgeralda z tomu Odwiedziny w Babilonie
Spowiedź Chinki Pearl S. Buck
Moja piękna Mama Mathilde Walewskiej

Siedem ostatnich pozycji to w gruncie rzeczy wciąż ta sama historia o brzydkim kaczątku, które staje się piękną, podziwianą i kochaną kobietą, przy czym w Imitacji życia jest to jeszcze kobieta, która samodzielnie osiągnęła nie byle jaki sukces finansowy. Szekspir i Szuchowa znalazły się na tej liście przede wszystkim z uwagi na wydanie i wspaniałe secesyjne ilustracje. Mama wprawdzie twierdziła, że nie lubi secesji, ale jak się wyrastało jako młoda panna w latach 30 ubiegłego wieku, nie można było nie polubić na całe życie ideału urody tamtych czasów, ideału bezwzględnie opartego na secesyjnych wzorcach, z lekka tylko unowocześnionych po I wojnie światowej. Te wszystkie obcięte na pazia rude kobiety z połyskującym hełmem gładkich włosów. Cudo! Obie sagi i Trygve Gulbranssen, podobnie zresztą jak Gołubiew, to po prostu wspaniałe historie rodzinne, wielopokoleniowe, skomplikowane, pozwalające na długo, na bardzo długo uciec od rzeczywistości, Proust to europejskie wyzwanie kulturalne, polski sprawdzian europejskości, a reszta to po prostu miłe książki dla dzieci i młodzieży, nie skażone komunistyczną retoryką i stylistyką.

Dziwnym wyjątkiem jest na tej liście Bożek ciepła rodzinnego Marii Opolskiej, polska współczesna powieść nikomu nie znanej pisarki, dodajmy nieznanej ani przedtem ani potem. Książka została wydana w roku 1962, nikt jej nigdy nie wznowił, a w antykwariatach można ją kupić za 3 złote. Książki nie ma na chomik.pl ani w biblionetce, w sieci nie ma recenzji ani opisów. Nie potrzebuję ich, świetnie pamiętam tę książkę, ale chciałam sprawdzić, czy ktoś oprócz mnie ją jeszcze wspomina. Po długich poszukiwaniach znalazłam jedno zdanie na jej temat: Książka opowiada o troskach i radościach inteligenckiej polskiej rodziny, jej przyjaciół i znajomych. To prawda, o tym jest ta książka, ale aż się prosi, by ktoś jej dodał w opisie to obleśne słówko, bez którego dziś nie ukaże się żadna współczesna powieść przeznaczona dla kobiet: ciepła. Człowiekowi się z mety odechciewa czytania pozycji, którą tekściarz wydawnictwa określił tym słowem. A jednak, jak teraz myślę o Bożku ciepła rodzinnego, to wiem, że gdybym była tekściarzem, to bym opisała tę powiastkę tym właśnie cholernym słowem: ciepła!
Czy muszę dodawać, że bożkiem ciepła rodzinnego jest kot?
Myślę, że to w tej książce Mama widziała siebie współczesną – zwykłą kobietę, żonę, obarczoną zwykłymi kłopotami, w rzeczywistości, która nie wywoływała żadnego entuzjazmu, ale nie przywalała też grozą. W 1962 roku pamięć tragedii wojennej już nieco zblakła, po prawie 20 latach można było chyba mieć nadzieję, że to, co człowiek aktualnie ma – zwykłe życie – będzie w miarę trwałe. Minęło już kilka lat od ostatniego polskiego przewrotu, października, kiedy zaczęła się odwilż, a więc i ustrój też już nie był wiszącym na co dzień nad głową mieczem Damoklesa. I dodajmy, ohyda rozgrywek wewnątrzpartyjnych i nagonki antysemickiej jeszcze się nie zaczęła. Było życie codzienne, na tyle miłe, na ile my sami i nasi przyjaciele mogliśmy je sobie miło ukształtować. Było raczej biednie, ale przecież nie nędznie, a przy tym właściwie, poza prywatną inicjatywą i jednym czy drugim lekarzem praktykującym prywatnie, nikt w otaczającym świecie nie żył lepiej czy bogaciej. I była chwila ciszy, i powietrze stało…

A był jeszcze w książce Opolskiej jeden czy drugi prościutki symbolik wskazujący, że nasze prywatne życie, to z ulicy Grunwaldzkiej we Wrzeszczu, życie artystki i żeglarza z dwiema córkami, znajduje tu swoje odzwierciedlenie. I nie był to bynajmniej tylko kot, bo książka zaczynała się (mniej więcej) tak: Podczas niedzielnego spaceru w pobliskim lesie odkryliśmy całą masę ścieżek nie tkniętych ludzką stopą…

No to przecież my, my Boguccy, na takie właśnie spacery chodziliśmy. Cały świat był pełen ścieżek nie tkniętych ludzką stopą!

biwak-maleTam chodziliśmy na biwaki i spacery, nawet Mama wtedy jeszcze chodziła, szliśmy i szliśmy, aż Tata pokazywał w oddali jakiś siniejący punkt i mówił, tam, za tym drzewem zrobimy obiad. I tam, za tym drzewem, gotowało się makaron, wydobywało mielonkę turystyczną z puszki, kroiło na plastry ogórki z wielkimi pestkami. I zawsze był sierpień i już niedługo trzeba było iść do szkoły, ale jeszcze były wakacje, a potem kładliśmy się na wydmach, Kasia się bawiła jakimiś trawami, Tata natychmiast zasypiał, a my z Mamą czytałyśmy.

Dotyk życia

broniaokladkaDzieciństwo Ani

Pierwsze cztery lata życia Ani były bardzo szczęśliwe. Rodzice i starsze rodzeństwo traktowali ją jak małą księżniczkę, uwielbiali ją i rozpieszczali. Ta śliczna dziewczynka o niebieskich oczach i jasnych loczkach miała dzieciństwo bardzo szczęśliwe, acz biedne. Nosiła skromne sukienki i bawiła się szmacianymi lalkami zrobionymi przez mamę. Z natury była dobra i pogodna, chociaż czasami zazdrościła Sabince, wnuczce pani dziedziczki Kantarowej. Sabinka była rówieśniczką Ani, miała swój pokój dziecinny, śliczne sukienki i zabawki kupowane w sklepie. Ania bawiła się i spała w jednym pokoju z rodzicami i rodzeństwem. Ale też w całym jej domu był tylko jeden pokój i maleńka kuchnia, w której stał stół, ława i piec chlebowy,
w którym mama piekła chleb. W kącie, przy piecu
stały żarna.

Oto wracam do korzeni swoich
Kawałka ziemi leżącego odłogiem
Bochna chleba w dłoni
Pachnącego tatarakiem
Zrywam kłos wypełniony ziarnem
Jak niezapominajkę kładę
Na omszałych żarnach

Najmilej Ania wspomina wieczory, kiedy po wspólnej kolacji cała rodzina była w domu. Ojciec brał ją wtedy na barana i podnosząc ją w górę i huśtając nad głową śpiewał:
Gdzieżeś ty bywał
Czarny baranie
Czarny baranie?
Dziewczynka popiskując z radości odpowiadała:
We młynie
We młynie
Mój miły panie!
Ojciec był jej najlepszym przyjacielem i wiedziała, że zawsze może na nim polegać. Mama natomiast objaśniała jej tajemnice świata, odpowiadała na każde pytanie. Brat Romek bawił się z nią na podwórku, a siostra Joasia pięknymi kołysankami utulała do snu.
Śpij Anusiu moja mała
Bo już na cię czas
Ja cię będę kołysała
A ty oczka zmruż
Luli luli śpij spokojnie
Śpij bez żadnych trwóg
Tu siostrzyczka cię utuli
Tam nad tobą Bóg
Czasami Ania była sama w domu. Wtedy biegła na pobliską łąkę i łapała motyle, cichutko śpiewała i szeptała do zrywanych kwiatów. Lubiła wsłuchiwać się w odgłosy łąki – brzęczenie owadów, cykanie świerszczy.
Wnikliwie obserwowała świat przyrody. Nie wiedziała tego, ale tak było. W odradzającej się wciąż naturze odnajdywała poczucie harmonii, spokoju i radości. Współuczestniczyła w odwiecznym procesie zmieniających się pór roku i dnia. Wiedziała, że tylko Bóg mógł stworzyć taki doskonały świat, pełen piękna i tajemnic, które wciąż na nowo odkrywała. Dorastała i w zakamarkach pamięci rejestrowała każde spostrzeżenie, każdy obraz.
W twarzach starych ludzi widziała drzewo, jego pomarszczoną korę. Świat jawił się jako jedność skupiona w drzewie – był magiczny i zagadkowy.

Jestem sosną rosnącą samotnie
Smutnym drzewem skrzypiacym na wietrze
Igiełkowe łzy czasem ronię
Może ktoś sosnę utuli
W wiatru szumie
W słońca aureoli
Rozterka odejdzie w nieznane
Dusza sosny
Nie będzie cierpiała

W rodzinnym domu Ani zawsze panowała atmosfera ciepła i życzliwości. Mimo wielu zmartwień i biedy rodzina żyła spokojnie i zgodnie. Ania była dziewczynką cichą, skrytą i skłonną do melancholii. Wydawała się najbardziej podobna do Ludwika i jak się póżniej okazało miała najsilniejszy charakter ze wszystkich dzieci Antosi i Ludwika.

bronia1stronaWojna

Beztroskę zmącił huk przelatujących samolotów. Podwórko dziecinnych zabaw zaniemówiło. W jednej chwili prysnął spokojny sen. Ktoś zamknął szczęście na klucz i klucz wyrzucił. Zachwiały się schody do nieba, po których do tej pory Ania wędrowała.
Pierwszego września 1939 roku niebo było czyste i bezchmurne. Ania bawiła się na podwórku w piaskownicy. Piekła babki z piasku i układała je na ławeczce stojącej pod ścianą domu. Nad jej głową skrzypiały i szumiały drzewa. Wsłuchiwała się w ich szum, kiedy nagle powietrze zadrgało jakimś uporczywym, powtarzającym się dźwiękiem.
– Co to takiego? – zapytała ojca, który w tym momencie wychodził z domu.
– Sama zobacz, córeczko! – odpowiedział wpatrując się w niebo.
Wtedy zobaczyła samoloty, które jak srebrne ptaki przesuwały się wysoko nad ziemią. Z nieba posypały się białe kartki jak płatki śniegu. Były to ulotki, na których czarnymi literami wypisano: WOJNA. NIEMCY NAPADLI NA POLSKĘ. Ania łapała te kartki jak motyle. Z domów powychodzili ludzie i kiwali głowami, lamentując:
– Znowu będzie piekło na ziemi! – spoglądali w niebo z trwogą.
Rodzice Ani przeżyli już jedną wojnę i bardzo się bali. Ludwik służył w wojsku w 1914 roku i omal nie stracił życia, a Antosia w wieku czternastu lat doświadczyła głodu, brudu i strachu.
Pierwsze miesiące wojny były w miarę spokojne – trwała mobilizacja do wojska i we wszystkich domach padały podobne pytania:
– Jak długo może trwać wojna?
– Jak się skończy?
– Jakie zapasy gromadzić?
– Zostać czy uciekać?
– A jeżeli uciekać to dokąd?
Nikt nie pomyślał, że za jakiś czas bomby będą spadały na domy, okna powypadają z framugami, rozpadną się ściany domów. Tymczasem trwała mobilizacja. Dworce kolejowe w Pohulance, Święcianach, Podbrodziu przepełnione były żołnierzami.
W 1940 roku wojna ogarnęła już całą Europę. Panowało przekonanie, że wkrótce Niemcy uderzą na Związek Radziecki. W czerwcu 1940 roku do Wilna wkroczyły sowieckie czołgi i rozpoczęła się okupacja, grabieże, głód, aresztowania, masowe deportacje Polaków, Litwinów i Łotyszy w głąb Rosji.
Pociągi z wywożonymi odjeżdżały na Wschód w sam środek syberyjskiej zimy.
– Ta przeklęta wojna znowu pochłonie miliony niewinnych ludzi – mówił z goryczą Ludwik.
– Miejmy nadzieję, że nie potrwa długo – uspokajała Antosia.
Ludwik czuł się bardzo źle, był przygnębiony i smutny, od niespokojnych myśli huczało mu w głowie.
– Pójdę się położyć – powiedział cicho, po twarzy płynęły mu łzy. – Gdyby nie ta wojna, to może nasza Joasia by żyła? – dodał z rozpaczą. – Miała tylko siedemnaście lat.
W rok później, też w czerwcu Niemcy zaatakowali i rozpoczęła się wojna sowiecko-niemiecka. Z nieba leciały bomby, domy tonęły w kłębach dymu i ognia. Ludwik patrzył ze ściśniętym sercem na żonę i dzieci – ich oczy straciły blask i były smutne. Od kilku tygodni kładli się spać głodni.
– Jeść! – pochlipywała Ania, wkładając do buzi brudny kciuk.
– Będziesz ty cicho?! – zdenerwował się ojciec surowo mierząc wzrokiem córkę. Od jego głosu zatrzęsła się niska chata.
– Aniu, kochanie – wtrąciła się pospiesznie Antosia obejmując czule córkę. – Wszyscy jesteśmy głodni i nic na to nie możemy poradzić. Jesteś już dużą dziewczynką i powinnaś zrozumieć, że niczego nie mamy do jedzenia. Wczoraj zabrano nam wszystko, co mieliśmy. Gdybyśmy nie oddali zboża i ostatniej krowy, to twój tatuś mógłby zginąć jak wujek Heniek. Pamiętasz przecież jak go zabili.
Ania ze smutkiem pokiwała głową i usiadła w kąciku przełykając łzy. Okupanci żądali coraz więcej i Ludwik był “zadłużony” po uszy. Kilka razy nocą nieznani ludzie wyprowadzali go z domu i katowali. Najczęściej żądali przyznania się do współpracy z ruchem oporu, udzielania pomocy i schronienia Żydom, posiadania broni. Często przeprowadzali rewizje. Ludwikowi serce pękało na widok dzieci i żony stojących pod ścianą z podniesionymi rękami, odwróconych twarzą do muru. Nie potrafił uchronić ich przed ciągłym zagrożeniem, głodem i nędzą.
Rok 1944 dobiegał końca. Ludzie mówili, że za pół roku wojna się skończy, czekali na to z utęsknieniem, potrzebowali wolności jak kromki chleba.
Ludwik czuł się coraz gorzej, był słaby i nie miał siły do pracy. Zbliżał się pierwszy dzień stycznia 1945 roku. Tę datę nosił w swoim chorym sercu przez piętnaście lat.

Miszczkrika nad Żejmianą

o-autorceBronisława Raszkiewicz

Rozmowy

“Życie to raj, do którego klucze
są w naszych rękach.”
Fiodor Dostojewski

Rozmowa ze światłem

Ania nie miała świadomości, że nad nią, obok niej, niezależnie od niej, bez pytania o zgodę, toczy się walka. Nie słyszała głosów lekarzy, nie czuła nakłuwania żył. Doznawała przeniesienia w jakiś przedziwny świat, nie umiała go nazwać, ani określić. Było jej tam dobrze i nie miała ochoty o cokolwiek walczyć. Pamiętała, co się zdarzyło, i w tym dziwnym świecie miała tego pełną świadomość. Leżała na stole operacyjnym, a nad nią wisiały oślepiające lampy i ogrzewały nagie ciało. Przywiązano jej ręce i nogi szerokimi pasami, na twarz założono maskę z tlenem. Poczuła, że kręci jej się w głowie, przed oczami zrobiło się ciemno.
Lekarze przygotowywali narzędzia i coś do siebie mówili – to wszystko, co zapamiętała. Zapadając w ciemność, bardzo się bała, że umrze. Stanęły jej przed oczami różne niezałatwione sprawy, bliscy ludzie, zdarzenia z przeszłości. Ogarnął ją bunt – przecież miała dopiero trzydzieści lat! To był jednak tylko moment, za chwilę poczuła się dobrze i lekko. Płynęła w ciemnym tunelu, który stopniowo się rozszerzał i na końcu rozjaśniał. Z boku wyłaniały się przedziwne istoty, jak zbudowane ze światła. Płynęła w ich kierunku coraz dalej i dalej. Na granicy mroku pokazały się złociste koła. Za chwilę zniknęły. Widocznie były nieważnym etapem jej podróży do jasności, wielkiej świetlistej przestrzeni, tam gdzie bardzo chciała się znaleźć.
– Widzę cudowne światło, tam w górze, pod samym sufitem jasnej przestrzeni. Ta jasność jest bardziej świetlista niż słońce. I taka dobra, życzliwa, pełna ciepła – szeptała sama do siebie.

Zbliżają się do mnie świetliste postacie, milczą, idą bardzo wolno, patrzą na mnie. Nie boję się, wierzę, że idą po to, aby mi pomóc. Światło takie promienne, czuję się lekka, jest mi dobrze. Widzę moje ciało na stole operacyjnym. Patrzę na nie z góry. Jakie ono obrzydliwe, leży jak bryła galarety, pulsuje unosząc się lekko i opadając. Zbliżają się do mnie świetliste postacie, są coraz bliżej i bliżej, wyłaniają się z promienistej przestrzeni, jedna po drugiej, jest ich kilkanaście. Nigdy ich wcześniej nie widziałam, nie są podobne do nikogo znajomego. Wydaje mi się, że na mnie czekały, a teraz idą się przywitać. Wokół mnie pojawiają się obrazy we wspaniałych, czystych kolorach. Widzę różne zdarzenia z mojego życia. Poznaję piaskownicę na podwórku, ławeczkę stojącą pod płotem ogrodu przed domem w Miszczkrice, dalej widzę rozciągające się łąki nad rzeką Żejmianą i wreszcie moje dzieci siedzące przy stole w kuchni.
– To jest piaskownica – mówię do świetlistych istot – A tam rzeka Żejmiana. To są moje dzieci.
Czuję, że muszę rozpoznać jeszcze inne obrazy, zdarzenia. Nie słyszę żadnego głosu. Między mną a istotami ze światła istnieje jakaś inna forma porozumienia, coś w rodzaju telepatii. Po prostu odczuwam ich pytania i odpowiedzi.
– Jesteś w innym świecie.
– Tutaj musisz patrzeć inaczej.
– Zastanów się i powiedz – co to jest?
– To jest ławeczka – mówię do świetlistych istot. Pojawia się coraz więcej obrazów. Rozpoznaję je, a świetliste postacie oceniają mnie, analizują moje życie z wielką życzliwością. Podchodzą kolejno i kładą ręce na moją głowę. To nakładanie rąk czuję bardzo wyraźnie. Nagle słyszę:
– To dobra kobieta, choć ma w sobie pychę.
I po chwili:
– Wracaj na ziemię, do żywych. Masz małe dzieci. Jesteś im potrzebna.
Nie chcę wracać, ale z istotami światła nie mogę się spierać. Muszę wykonać ich polecenie. Żegnają mnie znów nakładając ręce na moją głowę. Wiem, co chcą mi powiedzieć na pożegnanie:
– Zapamiętaj, że wiedza, życiowa mądrość warte są, by je czerpać z życia ziemskiego. To jest jedyna wartość, o jaką warto zabiegać i walczyć. Tutaj wszystko inne nie jest potrzebne, nie ma sensu, może nawet stanowić przeszkodę na drodze do połączenia ze świetlistymi istotami.
Nie, to nie są aniołowie, nie mam też poczucia, że idę do Boga, do raju, czy zaczynam życie pozagrobowe. Czuję tylko wielką potrzebę stanąć blisko drugiego człowieka, szukać w życiu mądrości, pomagać i być użyteczną dla innych. Myślę o tym mocno zaciskając powieki. Powoli zaczyna wracać świadomość mojego ziemskiego istnienia. Z daleka dochodzą do mnie głosy ludzi, którzy stoją nade mną. Robią mi masaż serca. Wracam z dalekiej podróży, z przestrzeni oblanej jasnością, wracam do mojego ciała i zaciskam oczy. Boję się.
Pełna świadomość Ani wracała bardzo wolno. Kiedy otworzyła wreszcie oczy wiedziała, że jest w szpitalu, a koło niej stoją lekarze i pielęgniarki. Z niepokojem pytali:
– Jak się pani nazywa?
– Gdzie pani jest?
– Kogo pani widzi? – zapytał doktor Pieniężny, znany w Polsce chirurg. To właśnie on operował Anię tego dnia przez przeszło trzy godziny.

Odpływam z białą ścianą
W oparach eteru
Na trzy godziny snu
W rajskim ogrodzie
Trzy godziny spacerów
Po Elizejskich Polach
Skąpana w świetlistym błękicie
Wyłączona z życia
Rodzę się na nowo
Jestem ocalona

Po powrocie do żywych wiedziała, że jest bardzo wdzięczna losowi, iż mogła przeżyć i zrozumieć, że dane jej było stanąć na skraju Wieczności. Uwierzyła, że bez śmierci nie ma życia, i że dawniej ludzie wierzyli w to bardziej niż teraz.

Minęło czterdzieści lat, a Ania wciąż wracała do pytań postawionych jej przez świetliste istoty. I wciąż szukała w sobie i swoim życiu odpowiedzi. Miała poczucie, że dotknęła tajemnicy życia – właśnie życia, nie śmierci! Dzięki tym świetlistym istotom odkryła w sobie wiele tajemnic, zyskała spokój i szczęście.
Przez te wszystkie lata marzyła, aby podzielić się z innymi ludźmi tym, co się wtedy wydarzyło, czego doznała przebywając w innym świecie.

Autorka-z-bratemPo powrocie ze szpitala wybrała się do swojej mamy Antosi mieszkającej we wsi Chlebów, siedemdziesiąt kilometrów od Zielonej Góry. Od kiedy wyszła za mąż rzadko ją odwiedzała. Miała czwórkę dzieci i trudno jej było wybierać się w dalsze podróże. Wtedy jednak zdecydowała, że pojedzie do mamy i poprosi, aby opowiedziała o tym, jak Ania się urodziła.

Rozmowa z mamą

Był październik 1935 roku. Przyroda otrząsała się z letniego upału i przywdziewała kolorowe szaty jesieni. W małej chatynce stojącej na skraju wsi Miszczkrika nadszedł czas porodu. Leżałam w łóżku, zmęczona pierwszymi bólami, które nasilały się coraz bardziej i bardziej. Mój mąż Ludwik wezwał akuszerkę Salomeę Starakszyc, na którą we wsi mówiono Babka. Bóle wracały ze wzmożoną siłą. Krzyczałam tak głośno, że aż uszkodziłam sobie gardło – umilkła na chwilę i wzruszona własną opowieścią potarła ręką policzek. – Nie mogłam wręcz uwierzyć w siłę tego bólu. Pojawiły się obfite plamy krwi. Krwotok przybierał na sile, krew zalewała białe prześcieradło. Dziecko nie mogło wydostać się na świat, coś było nie w porządku i Babka Salomea nie mogła sobie poradzić. Nienarodzonemu dziecku i mnie śmierć zaglądała w oczy. Kiedy jednak po jakimś czasie między moimi nogami pojawiła się główka Babka krzyknęła z radości i kazała mi przeć z całej siły, a ja zapominając o dziecku, myślałam tylko o tym, aby ból ustał. Na chwilę straciłam przytomność. Nagle Salomea szybko i sprawnie wyszarpnęła ze mnie dziecko, co graniczyło niemalże z cudem.
– Jaka śliczna dziewczynka! – krzyknęła i sprawnie przecięła pępowinę, która owijała szyję dziecka. Później zakrwawioną ręką wyciągnęła łożysko i położyła dziewczynkę na moich piersiach.
Chociaż byłam bardzo zmęczona bólem i nasilającym się krwotokiem spojrzałam na córeczkę z czułością i zobaczyłam jej niebieskie oczka, czerwone, pomarszczone stópki, maleńkie rączki. Babka była bardzo milcząca i z troską spoglądała na mnie.
– Obiecuję ci córeńko, że będziesz żyła – szepnęłam i poczułam wtedy, jakby z góry nagle spłynął na mnie świetlisty promień i okrył moje piersi ciepłą pieluszką.
Babka wykąpała dziecko, otuliła lnianą pieluszką i położyła do kołyski. Kołyskę zrobił własnoręcznie Ludwik. Wisiała na czterech sznurach przymocowanych hakami do sufitu. Nad kołyską pochylali się kolejno mój mąż Ludwik i dzieci Joasia i Romek. Z czułością patrzyli na kruche i nieporadne ciałko.
I oto po trudnej i długiej podróży pojawiłaś się, córko, na tym świecie, witana przez najbliższych z radością – kontynuowała swoją opowieść Antosia. – Na twojej rączce połyskiwała czerwona wstążeczka zawiązana przez Babkę. Wstążeczka miała cię chronić przed złymi urokami i przynosić szczęście. Kiedy obudziłaś się z pierwszego snu byłaś bardzo głodna. Nadeszła pora karmienia. Przytulona do mojej nabrzmiałej piersi łapczywie piłaś mleko. Wtedy poczułam ulgę i już wiedziałam, że czeka nas wspólne życie. Z całą pewnością zawdzięczałam ten sukces Babce Salomei. To właśnie ona znalazła sposób na zatrzymanie krwotoku, który jak się zdawało był nie do opanowania. Pomogło jej w tym wieloletnie doświadczenie i znajomość różnych ziół. Jeszcze przez dłuższy czas piłam sok z czerwonych buraków i marchwi, aby uzupełnić niedobory czerwonych krwinek. Moje życie z dnia na dzień nabierało kolorów i siły. Miałam przecież dla kogo żyć – uśmiechnęła się przytulając Anię do siebie. – Po kilku dniach cała rodzina, zgodnie z tradycją, jednogłośnie orzekła, że będziesz nosiła imię po swojej babci – Anna.
Tak rozpoczęłaś swoje życie w bajecznej chatynce ulepionej z gliny i przykrytej strzechą. Ujrzałaś w niej swój pierwszy dzień i pierwszą noc.

Jesienią dom się zaniósł
Pierwszym krzykiem
Różowa dziewczynka
O niebieskich oczach
Napełniła serca miłością
Rosła beztrosko

Po wysłuchaniu opowiadania mamy Ania poczuła, że teraz już wie o sobie więcej, że jej pierwsze narodziny były także ku światłu.

Chata w ogrodzie
Ziarenka żółtego piasku
Znad rzeki Żejmiany
Matka przy kuchennym stole
Znakiem krzyża błogosławi
Swojski chleb
Za oknem gwizd lokomotywy
Na pagórku czarne skrzydło lasu
Pachnie grzybami

800px-ZheymyanaŻejmiana (z zasobów Wikipedia Commons) – rzeka na Litwie w dorzeczu Niemna, dopływ Wilii.

Miszczkrika to niewielka wioska na Wileńszczyźnie, w powiecie Święciany, rozciągająca się nad rzeką Żejmianą. Turystyczne walory Żejmiany sprawiały, że każdego roku, od późnej wiosny do wczesnej jesieni, odbywały się tutaj spływy kajakowe, w których udział brali dorośli i młodzież. Turyści byli zauroczeni pięknem okolicy i wspaniałym mikroklimatem. Rzekę upiększały lilie – krążele wodne – a jej powolny nurt tworzył miejscami spadziste brzegi, skłaniał do refleksji i zadumy nad urokiem wciąż zmieniającego się krajobrazu.

Przez moje żyły płynie
Żejmiana
Słyszę jej szum
Kiedy wyrywa ze mnie
Fragmenty wspomnień
Kawałki spróchniałego drzewa
Rodzinną wieś
Przywołuje minione zdarzenia
I wciąż płynie przez moje żyły

Ich bin zufrieden. Dank allen für alles.

Im Sommer 2012 starb Ursula Passier, geboren 1909. Sie hinterließ in ihrer Wohnung, in der sie 56 Jahre gelebt hat, unzählige Zettel und Notizen aus den letzten Jahren. In ihnen hält sie die Zeit fest, kommuniziert mit verstorbenen Liebenden und schwingt den Stift wehrhaft gegen Störer wie Nachbarn, Pflegepersonal und Anrufer. Sie berichtet von Einsamkeit, Schlaflosigkeit, Langeweile und das nahende Ende des Lebens. Dazu streift sie immer wieder in die Vergangenheit, ihren zweijährigen Aufenthalt in Afrika in den frühen dreißiger Jahren und in ihre Kindheit. Aus den letzten Gedanken ihrer Großmutter hat Melina von Gagern einen fragilen, ernsthaften und intimen Text gestaltet, von dem ich jetzt ein Paar Fragmente veröfentlichen dürfte.

NachtgedankenMelina von Gagern lebt als freie Schauspielerin in Berlin.

Melina von Gagern

Stellt den Sarg hochkant und tanzt! Tag- und Nachtgedanken einer Hundertjährigen

Schlafunterbrechung – wie jede Nacht! Mit Getränk und Schnittchen. Die S-Bahn rattert und erinnert mich daran, dass ich in Berlin bin.
Am: wieder einmal 11.00
Ich finde keinen Schlaf!! Nun sitze ich an der Bettkante mit einem guten Kaffee. Wieder wie so oft und immer wieder wandern die Gedanken rückwärts. Während meines Lebens fand ich an meinem Leben nichts Ungewöhnliches. Aber wenn ich es rückblickend bedenke, war vieles doch ungewöhnlich. Es war nicht absichtlich ungewöhnlich. Es ergab sich ohne Anstrengung und Absicht. Sozusagen ( wenn man müde ist und nicht schlafen kann) es lebte mich. Ich habe ein gutes Leben gehabt und habe mit Allen und allem einen heiteren Frieden geschlossen. Unebenes konnte ich Glätten. Selbst Enttäuschungen kann ich Heute einen Sinn geben. Wenn ich dieses Buch nicht hätte würde ich nichts aufschreiben. Und oder aber meine weitaus Erstbeste ist Armgard, unabhängig was ich für sie bin. Und weitaus Zweitbeste habe ich sehr, sehr viele. Und Zweitbester zu sein – ist doch auch viel!

Datum—- schreibe ich morgen
Manchmal erlebe ich Dinge, die bemerkenswert und zum aufschreiben geeignet sind. Es war schönes Wetter und ich frühstückte bei Henning draußen. Da tritt ein älterer Herr an meinen Tisch ( ich schätze 50 – 60 jährig) und sagt: „ Es ist mir peinlich, Sie mit „Tante Ursel“ anzureden, aber ich weiß nicht, wie sie heißen. Ich wohne hier ganz nah. Eines Tages sehe ich sie hier frühstücken. Ich erzählte das meiner Frau und die sagte: „ Sprich Sie an.“ Und dann berichtete er mir, er sei bei mir in der Assmanshauser im Kindergarten gewesen. „ Und ich war ganz aus dem Häuschen, als ich sie frühstücken sah. Ich habe vieles vergessen, aber Tante Ursel aus dem Kindergarten in der Assmanshauser, die habe ich nicht vergessen.“ Das stelle man sich vor; da trifft ein betagter Herr seine „Kindergartentante“ und gerät darüber aus dem Häuschen!!!! Noch mehr Lob gibt es kaum.

Eben ging Manuela.
Sie verabschiedete sich bis morgen früh.
Sie gehen heute um den Grunewaldsee, trinken dann irgendwo einen Kaffee (mit Familie)
Ich habe es gut hier im Sessel und mache meine Gedankenwanderungen.
Da gibt es viele Erinnerungswege. Ich liebe dieses Gedankenwandern. Aheu!
Also! Jetzt wandere ich los! „Aheu!“ Der Stift, mit dem ich schreibe ist gut. Aber für meine altersgeschwächten Augen etwas schwer zu lesen
Also denn!! Aheu! Ich wandere los!!
Das Wandern ist nicht nur des Müllers Lust. Es ist auch meine Lust Ahoi! Ahoi!
Es ist immer der gleiche kleine Vogel, den ich höre
Ich bin zufrieden.
Marianne ist nicht zufrieden. Für sie schade!!

Die „grosse Fliege“ kommt auf mich zu. Ich bemühe mich zu warten, bis Armgard Zeit hat- Jetzt hat sie keine. Irgend wer wird dann schon da sein. Man lebt zusammen. Aber die „grosse Fliege“ muss man allein schaffen. Möge meine „grosse Fliege“ sanft und friedlich sein, ohne Schmerzen.
„14 Engel“ werden bei mir sein

2 zu meinen Häupten
2 zu meine Füssen
2 zu meiner Rechten,
2 zu meiner linken
2 die mir weisen den Weg ins Paradies. Der Weg ist hell. Ich werden den Weg finden! Mit meinen Engeln
Ich bin nicht allein. Ich bin zufrieden. Dank allen für alles.

Wykłady profesora Dąbrowskiego. IX. Ostatnia z rodu

Ryszard Dąbrowski

Zakończenie

Dawniej ludzkość, a również pewna jej część i dzisiaj, wierzyła, i wierzy, w istnienie świata nadprzyrodzonego. Osoby mające łączność i stosunki ze światem nadprzyrodzonym, szamani, kapłani, faraoni i księża mają posiadać z tego powodu nadrzyrodzoną władzę. Traktowano ich z podziwem, przestrachem i szacunkiem. Wierzono i wierzy się, że przy pomocy istot z tego innego świata, duchów, demonów, aniołów, diabłów oraz bogów, szamani i kapłani potrafią zarówno leczyć ludzi jak i też im szkodzić, zsyłając na nich pecha, nieszczęścia i choroby.

Metody stosowane przez szamanów i znachorów, którzy sami silnie wierzą w ich skuteczność, mają dużą moc terapeutyczną w przypadku chorych podobnie mocno w nie wierzących. Praktyki te przez swoją sugestywność wzmacniają siłę odpornościową organizmu. Szczególną poprawę daje się zaobserwować w przypadku chorób o podłożu psychicznym oraz psychosomatycznym.

W Polsce wierzono, że moc taką posiadają czarnoksiężnicy, czarownicy, czarownice czyli guślice, znachorzy i znachorki. W takiej też kolejności miała być wiekość tej mocy, największa u czarnoksiężnika, najmniejsza u znachorki. Wierzono, że wszyscy oni potrafili czarować. Czary można było zadawać wzrokiem, zaklęciem, uczynkiem, dotknięciem, dmuchnięciem. Poprzez czary można było zesłać biedę i nieszczęście, doprowadzić do kłótni i bójki oraz zesłać choroby na ludzi i zwierzęta. Cechy czarnoksiężnika i czarownika dziedziczyło się po lini męskiej, czarownicą stawało się po matce i cechy te oraz odpowiednie umiejętności dalej przekazywało się córce. Znachorem i znachorką było się w Polsce „na krzyż”, t.j. odziedziczone po matce umiejętności, syn przekazywał swojej córce, która z kolei wtajemniczała swego syna.

Nasuwa się pytanie: kim była Antonina, czy była czarownicą po matce, czy znachorką po ojcu. A może po obojgu jednocześnie? Zastanawia fakt, że zarówno matka jak i babka Antoniny miały na imię Antonina. Czyżby z imieniem tym dziedziczona była nie tylko płeć, ale również „profesja” i powołanie bycia czarownicą. Można postawić tutaj pewną tezę, że jedno z pięciorga wcześnie zmarłych dzieci Antoniny, musiało otrzymać również imię Antonina. Z niezrozumiałych powodów imię to nie zostało nadane żadnemu nowonarodzonemu dziecku, co było kiedyś nagminnie stosowane. Może w przypadku córki przeznaczonej na czarownicę, śmierć jej traktowano jako wolę demonów i tabu użycia go jeszcze raz w tym pokoleniu?

Ciekawym jest, że pierwsza wnuczka Antoniny, córka Franciszka Dąbrowskiego, urodzona w 1918 r. otrzymała imię Antonina. Niestety jej babka nie miała na nią już żadnego wychowawczego wpływu. Rodzina Franciszka wyemigrowała w 1923 r. do Francji i tam pozostała. Franciszek zmarł w 1959 r., a Antonina w 1986 r. Od tamtego czasu nikt w licznej rodzinie Dąbrowskich nie nadał żadnej dziewczynce imienia Antonina. A szkoda.

Tutaj trzeba dodać, że wioska Borcuchy, w której urodziła sie Antonina i gdzie przez 40 lat mieszkała, oddalona jest w linii prostej tylko o 37 km od słynnej Łysej Góry, na której znajdywały się kiedyś stare słowiańskie świątynie. Góra ta była w wierzeniach ludowych głośnym w całej Polsce miejscem schadzek czarownic i złych duchów. Wierzono, że raz do roku czarownice, wysmarowane maścią wysmażoną ze zwłok nieochrzczonych dzieci, zlatywały się tam na miotłach na kongres.

Ciekawe czy i Antonina była kiedyś na Łysej Górze ?

Czy Antonina miała wśród swoich przodków szamanów tatarskich i czy była tego faktu świadoma? Może wśród jej przodków były kobiety pomawiane o to, że są czarownicami? Odpowiedź na te pytania można by się starać znaleźć w dokumentach kurii białoruskiej i kieleckiej, w aktach episkopatów Polski i Białorusi lub przepastnych archiwach Watykanu. Niestety „normalnym śmiertelnikom” akta te są niedostępne. Ciekawe, czy znalazłyby się tam relacje zaniepokojonych proboszczów albo akta procesów czarownic o nazwiskach Buszkiewicz, Wienieczon, Sałek lub Kaczmarczyk?
Nam pozostają domysły, przypuszczenia i spekulacje. Szkoda, że nikt nie zdobył zaufania Antoniny i nie przeprowadził z nią obszernych rozmów.

Interpretacja i analiza poszczególnych metod stosowanych przez Antoninę.

Jeżeli przyjrzymy się leczniczym i terapeutycznym metodom stosowanym przez Antoninę, to uderza ich duża różnorodność. Antonina stosowała też, świadomie lub nieświadomie, metody szamańskie. Może to być kolejnym dowodem na jej tatarskie pochodzenie. Spytana kiedyś, od kogo się tego wszystkiego nauczyła, odpowiedziała: „od moich przodków”. Czyli w edukacji Antoniny musiały uczestniczyć czynnie przynajmniej dwa pokolenia krewnych. Wiedza ta gromadzona była jednak przez co najmniej kilka lub kilkanaście pokoleń.
– Szamani przy pomocy interpretacji snów chorego kontrolowali i oceniali przebieg jego leczenia. Prawdopodobnie i Antonina w tym celu wykorzystywała swoje umiejętności w leczeniu chorych.
– Wierzono, że uroki są przyczyną wielu chorób. Choroby można było zadawać bezwiednie poprzez chwalenie kogoś lub czegoś, co trafiło w złą godzinę. Uroki i choroby zadawali i rzucali też źli ludzie. Znachorki a szczególnie czarownice powinny umieć zażegnywać, odczyniać i zdejmować te uroki oraz zamawiać choroby.
– Okadzanie dymem ziół, mające przepędzić złe duchy, było z dzisiejszego punktu widzenia niczym innym jak leczniczą inhalacją oraz „czyszczeniem aury”.
– W ziołolecznictwie stosowano kiedyś 180-200 różnych ziół i roślin, ciekawe byłoby dowiedzieć się, ile ziół stosowała Antonina.
– Jak wykazały badania składu biochemicznego mleka kobylego, jest ono zbliżone do mleka karmiącej kobiety, co ma być przyczyną jego leczniczego działania.
– Stawianie baniek jest swego rodzaju akupunkturą stosowaną w medycynie chińskiej. Przy bańkach technika ta oddziaływuje na pewną powietrznię, a nie punktowo jak w akupunkturze. Ma to zaktywizować receptory nerwowe chorego organizmu. Stosowano tzw. „bańki suche” i „bańki mokre” gdzie w miejscu ich przystawienia zadrapywano lub przecinano skórę. Nie udało mi się ustalić, czy Antonina stosowała obydwie techniki.
– W medycynie wschodniej, indyjskiej, chińskiej, mongolskiej i japońskiej, istnieje przekonanie o istnieniu w organizmie ludzkim siedmiu centrów nerwowych, tzw. „czakr”. Skupiają one w sobie nerwy sterujące poszczególnymi organami i mięśniami. W przypadku choroby należy zaktywizować poszczególne czakry odpowiedzialne za chore organy. Przykładanie ogrzanych kamieni do odpowiednich punktów ciała jest swoistym rodzajem aktywizacji czakr.
– Leczenie i nastawianie zwichnięć oraz złamań wymagało wrodzonych zdolności manualnych, dużej wiedzy, wielkiej sprawności i zręczności w palcach oraz wieloletniej wprawy. Należało być dużej klasy mistrzem, aby tego typu zranienia skutecznie leczyć bez aparatu rentgenowskiego.

Jak widać wiedza Antoniny była obszerna i oparta na doświadczeniach wielu generacji oraz na praktyce, której musiała mozolnie, latami nabywać. Antonina wiedzy swej nie przekazała w pełni żadnemu ze swych dzieci, choć jedna z jej córek, Maria, leczyła ludzi. Wiedza Marii była jednak powierzchowna, a metody lecznicze jednostronne. Czy dlatego, że w myśl tradycji wiedzę miał przejąć syn a nie córka? Tymczasem wszyscy synowie Antoniny rozjechali się po Europie. Józef, jedyny, który mieszkał nieopodal mojej babki, w 1939 r. poszedł na wojnę i dostał się do niewoli. Po ucieczce z pracy przymusowej w 1942 r. został schwytany i rostrzelany przez Niemców.

Na ostatnim zachowanym zdjęciu Antoniny, z 1951 r., patrzy ona z melancholią, mając zapewne świadomość, że koniec jej życia będzie końcem jej ogromnej teoretycznej i praktycznej gromadzonej latami wiedzy medycznej. Nie udało się jej znaleźć godnego następcy, a może znaleziony i wybrany następca czy następczyni nie chciały cierpliwie, z pokorą i mozołem uczyć się i praktykować.

W kwartalniku „Wisła”, tom IV, z 1890 r., na stronie 194 znajduje się charakterystyka znachorki Jadwigi Jaśkiewiczowej ze wsi Błeszna pow. Częstochowa.

Lekarka owa okazała się kobietą lat średnich, nader prostoduszną i charakteru dobrotliwego, a usposobienia łagodnego, połączonego z pewną dobroduszną rezolutnością. W obejściu, w mowie, w ubiorze niczem nie odróżniała się od zwykłych wieśniaczek, nie było w niej ani cienia udawania i obłudy, ani trochę nie przybierała pozorów ‘mądrej doktorki’. We wszystkiem przejawiały się współczucie dla chorego i szczera chęć przyniesienia ulgi w jego cierpieniu, a nadto najzupełniejsza wiara w skuteczność jej środka. Nie widać było w niej chciwości, za pomoc swą brała tylko dwa złote, ani mniej ani więcej, gdyż także od tej normy zapłaty skuteczność środka zależała.

Czy taka była też i Antonina? Antonina nie brała żadnych pieniędzy. Na pewno silnie wierzyła w skuteczność i niezawodność swoich praktyk. Świadczy o tym następujące zdarzenie. Po wizycie u znajomych „na plotkach”, właścicielka mieszkania znalazła po jej wyjściu w miejscu na którym Antonina siedziała, zwiniętą kulkę włosów. Nie wiedząc co to jest spaliła ją w piecu. Antonina długo szukała swej „kulki”, a osoba, która ją spaliła nie przyznała się do tego. Zmartwienie Antoniny po stracie tego „talizmanu” przybrało takie rozmiary, że się rozchorowała. Emocje psychiczne i autosugestia były u niej tak silne, że wywołały zaburzenia somatyczne i spowodowały chorobę.

Ta kulka włosów ma swój rodowód i związek z kołtunem, który wiekami uważany był za chorobę. W miarę rozwoju wiedzy i higieny osobistej kołtun zniknął z głów ludzkich. Zwyczaje związane z kołtunem przetrwały jednak w tej kulce włosów. Była ona takim zastępczym mini kołtunem. Tak jak ścinanie prawdziwego kołtuna było wielkim misterium, którego dokonywali specjaliści w odpowiednim terminie przy pomocy specjalnych narzędzi i w mistycznej teatralnej oprawie, tak jak ten kołtun musiał być później w odpowiednim miejscu złożony, tak i ten mini kołtun noszony w lnianej szmatce na piersi musiał być po upływie należnego czasu odpowiednio zniszczony. Należało zapobiegać dostaniu się kołtuna w niepożądane ręce. To, że Antonina nie mogła swoich zwiniętych w kulkę włosów zniszczyć osobiście w stosowny dla niej sposób, spowodowało u niej zintensyfikowanie objawów choroby z której ten mini kołtun miał ją wyleczyć.

Jeszcze kilka ludowych ciekawostek etnograficznych z Polesia, skąd pochodzili przodkowie Antoniny oraz kieleckiego, gdzie się urodziła i przez 40 lat mieszkała.

Pojęcie grzechu było kiedyś inne niż dzisiaj. Na Polesiu grzechem było biec podczas burzy, bo zły duch mógł się skryć pod biegnącego. Nie wolno było nazywać ognia po imieniu. Grzechem było wylewanie na niego wody (dozwolone jedynie podczas pożaru), plucie weń, oddawanie moczu. Nie wolno było pluć do wody. Grzechem było bicie ziemi, zwłaszcza na wiosnę, kiedy była brzemienna oraz zabijanie pszczół i ptaków. W kieleckim nie popełniało się grzechu przywłaszczając sobie pokarm z pola, lasu, rzeki, ogrodu i domu z wyjątkiem jajek. (Ciekawe, dlaczego akurat jajek?)

Stosowane przez Antoninę metody nazywano kiedyś znachorstwem i traktowano jeżeli nie pobłażliwie to niekiedy i wrogo. Obecnie nazywa się je alternatywnymi metodami leczniczymi i modny staje się powrót do nich. Medycyna akademicka studiuje te metody i adaptuje je, przejmując niekiedy niektóre z nich do swych praktyk.

Bernard Mencel, który sam był pacjentem Antoniny a ponadto jako „pogotowie ratunkowe” woził ją furmanką do chorych powiedział: „Antonina pozostaje nadal żywą legendą naszych okolic”.

Aby przedłużyć pamięć po Antoninie Buszkiewicz (po mężu Dąbrowskiej) oraz żywotność jej legendy spisano tutaj to wszystko.

Wykłady profesora Dąbrowskiego.VIII. Antonina

a_d_bNo i doczekaliśmy się.

Ryszard Dąbrowski
o babci Antoninie

W księgach parafialnych Sienna (woj. kieleckie), do którego należało kilkanaście wiosek, w tym także Borcuchy, nazwisko Buszkiewicz pojawia się po raz pierwszy w 1836 roku, w latach 1810-1835 (do tych roczników miałem dostęp) nie występuje ono ani razu. Z tego wynikałoby, że Buszkiewicze musieli tam przywędrować. Tylko skąd?

X

X

Zdjęcie wykonane w 1951 roku (zapewne latem): Antonina Dąbrowska z domu Buszkiewicz córka Jakuba oraz Antoniny Kaczmarczyk, wnuczka Antoniny Sałek. Urodzona 09.10.1871, zmarla 04.11.1960.

Nazwisko Buszkiewicz, oraz inne jego pisemne formy, nie występują w żadnym herbarzu szlachty tatarskiej. Jeżeli przyjmiemy, że Antonina Buszkiewicz była pochodzenia tatarskiego, musiała należeć do niższej klasy tej społeczności.

Na początku XIX wieku, do wiosek na lewo od Wisły w stronę Ostrowca Świętokrzyskiego i Sienna, przesiedlano z terenów Litwy (obecnie tereny Llitwy, Białorusi i Ukrainy) rodziny tatarskie lub pochodzenia tatarskiego.
Po lekturze pracy Juliana Talko-Hryncewicza „Muślimowie czyli tak zwani tatarzy litewscy” (opublikowanej w „Materiałach antropologiczno-archeologicznych i etnograficznych” w 1907 r. w Krakowie), można postawić tezę, że przodkami Antoniny Buszkiewicz musieli być albo niewolnicy albo zbiegowie z hatanatu krymskiego. Osiedlani oni byli na Litwie podczas wojen Litwy z Krymem w XIV-XV w. (Litwa, nie to co dziś, była wtedy mocarstwem Europejskim i rozciągała sie od Bałtyku po Morze Czarne oraz od Brześcia poza Smoleńsk i Tawań.) Według Talko-Hryncewicza terenami osiedleń dla tych osób były wioski na południe od Mińska, na zachód od Baranowicz, okolice Nowogródka oraz tereny między Grodnem i Białymstokiem, czyli tak zwane Polesie należące obecnie do Białorusi. Tezę tą potwierdza fakt, iż Antonina mówiła z wyraźnym wschodnim (białoruskim?) akcentem. (Ci co ją znali twierdzą, że nie był to akcent ukraiński.) Później przodkowie jej mniej lub bardziej dobrowolnie przenieśli się w kieleckie. Może tam, albo już wcześniej przeszli na chrześcijaństwo. W parafii Sienno w 1836 r. urodził się ojciec Antoniny a później w 1871 r. ona sama.

Według Talko-Hryncewicza Tatarzy polscy nie byli jednolici pod względem antropologiczno-etnologi-cznym. Znaczenie słowa „Tatar” tłumaczy on jako synonim Turka. Słowo to pochodzi z dalekiego wschodu i było początkowo równoznacznym ze słowem „Mongoł” co oznaczało barbarzyńcę. Tak Chińczycy nazywali swych północnych sąsiadów bez rozróżniania narodowościowego. Przed ich nieustającymi napadami i grabieżami wznieśli w VI – III wieku p.n.e. stojący do dzisiaj słynny mur chiński. Po podbiciu przez Mongołów Syberii, Kaukazu i Krymu, Tatarami nazywano wszystkie wchłonięte przez nich ludy pochodzenia tureckiego.
Później Tatarami nazywano:
– społeczność zamieszkującą nad Jenisejem a wywodzącą sie Jenisejców, Samojedów i Fino-Ugrów
– społeczność przesiedlonych przez cara nad Irtysz kazańskich Tatarów przemieszanych z Nogajami, Kirgizami i Tadżykami
– Tatarów – górali na Kaukazie bez domieszki mongolskiej
– Tatarów Dagestańskich o typie mongolskim
– oraz Tatarów Azerbejdżańskich rasy irańskiej na terenach rosyjskiej Armenii
Jak widać był i jest to konglomerat oraz mozaika różnych narodów z domieszkami genów branek i niewolnic różnych nacji Azji i Europy. Z tych też powodów, Tatarzy litewscy, którzy napływali na Litwę na przestrzeni ponad czterech wieków z różnych regionów Azji i tu żenili się z Litwinkami, nie byli i nie są społecznością jednolitą antropologicznie.

Podjęte próby antropologicznej analizy czterech różnych zdjęć Antoniny (z 1911, 1919, 1930 i 1951 roku) zakończyły się niepowodzeniem. Na dwóch berlińskich uniwersytetach nikt z pracujących tam specjalistów nie był władnym wypowiedzieć się na ten temat. W dwóch polskich silnych ośrodkach antropologicznych; Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu i Uniwersytecie Poznańskim, nikt się już Tatarami nie zajmuje, a ostatni specjalista który mógłby rzeczowo te zdjęcia ocenić, profesor Tadeusz Dierżykray-Rogalski, zmarł przed trzema laty.

Antonina Buszkiewicz (Dąbrowska), jak twierdzą ci co ją znali, była bardzo dobrą znachorką. Dlatego też przyczynkim rzucającym światło na jej etniczne pochodzenie może być porównanie stosowanych przez nią metod leczniczych z metodami stosowanymi przez tatarskich znachorów.
Poniżej cytuję fragmenty książki Stanisława Kryczyńskiego „Tatarzy litewscy, próba monografii historyczno etnograficznej” (opublikowanej jako III tom „Rocznika Tatarskiego” w 1938 r. w Warszawie).

… Zachód średniowieczny i renesansowy z przekonaniem widział w Tatarach i Turkach największych czarowników. ‘Wiadomo, pisze Długosz, że Tatarzy od początku swego aż po dzisiejsze czasy w wojnach i wszelakich sprawach używali zawsze czarów, umieli wróżyć, uroki czynić i zaklinać’…
… Jest rzeczą charakterystyczną, że i lud białoruski uważa Tatarów za ludzi mających stałe stosunki z demonami. ‘U Tatarów – mówią w powiecie wołkowyskim – cały gospodarz czart: on im wszystko robi; jak Tatar gdzie pójdzie, to gęsi, to bydło pozagania i Tatarzy go zawsze widzą’. Utrzymują też Białorusini, że jak Tatarzy zmarłego chowają, to na mogiłki ich przylatuje ‘czart domowy tatarski’…
… Poczesne miejsce w folklorze Tatarów litewskich zajmuje magia, czyli system praktyk wróżbiarskich, czarodziejsko-leczniczych i ochronnych. Całość tych praktyk musi się rozpatrywać w ścisłym związku z wierzeniami i przesądami, których źródła biją w różnych nawarstwieniach kultury ogólnomuzułmańskiej, przyjętej przez ludy tureckie. W wierzeniach tych tkwią również pozostałości prastarego kultu szamańskiego oraz domieszki wierzeń otaczającego Tatarów litewskich ludu chrześcijańskiego.
Naczelnym aksjomatem wierzeń Tatarów litewskich jest istnienie świata duchów złych, fierejów i dobrych, dżyniejów, czyli dżynów (z arabskiego), z którymi za pomocą praktyk magicznych można utrzymywać kontakt. W wierzeniu tym Dżemil Aleksandrowicz dopatruje się śladów szamanizmu. Świat w wyobrażeniu Tatara litewskiego – pisze on – zaludniony jest masą duchów („fierejów”) przeważnie złych i starających się szkodzić człowiekowi, ale posłusznych ludziom dobrze znającym modlitwy (muzułmańskie) i posiadającym ‘szczere muzułmańskie serce’.
Duchy złe powoduja różne choroby, mogąc dostać się do ciała człowieka razem z wiatrem przy przeciągu. Można je wypędzać za pomocą środków magicznych. Podobnie, jak lud polski i ruski oraz narody wschodnie (np. Turcy osmańscy) wierzą również Tatarzy litewscy w uroki tj. w szkodliwą siłę złego spojrzenia. Uroki można rzucać zarówno na ludzi jak na zwierzęta, zwłaszcza na bydło. Bronią skuteczną i w tym wypadku są specjalne praktyki, zaklęcia i amulety…
… Tajemnice znachorstwa przekazywane są z ojca na syna, z matki na córkę. Leczeniem zajmują się przeważnie mężczyźni, kobiety wiele rzadziej. Tatarzy jednak uważają profesjonalizm w tej dziedzinie za rzecz zdrożną i grzeszną i utrzymują, że leczenie za pieniądze szkodzi samym znachorom, gdyż wypędzone z pacjentów choroby przechodzą jakoby na dzieci fałdżejów (znachorów). W rodzinie zawodowego znachora zawsze będą umysłowo chorzy i głuchoniemi. Przypisują też tym znachorom stosunki ze złymi duchami, fierejami. Natomiast dobrą i zacną rzeczą jest zdaniem tatarów bezplatne leczenie krewnych i znajomych…
… Specjalnie ważną rolę w praktykach fałdżejów odgrywa wróżbiarstwo czyli tzw. ‘odkrywanie (lub otwieranie) fału’. Od niego też otrzymali oni swoją nazwę (tureckie fałdży = wróżbiarz, z arabskiego fal = wróżba, przepowiednia, prognostyk, z turecką końcówką profesjonalną – dżi, – dży)…
… Przyczyny chorób przypisuje się wpływowi złych duchów a leczenie ich przez mułłów względnie popów polega na czytaniu utrafionych miejsc w Koranie lub Ewangelii, na chuchaniu i dmuchaniu na chorego, na dotykaniu i metodycznym uderzaniu chorej części ciała gołą lub sztucznie namagnetyzowaną, dłonią (z kciukiem wciśniętym między palce wskazujący i średni)…
… Leczenie polega na wygnaniu demona z duszy chorego…
… Leczenia za pomocą ziół nauczyli się znachorzy tatarscy od znachorów białoruskich; w tej dziedzinie nie posiadają nic oryginalnego….
… Aby nie miewać strasznych snów nie należy nigdy kłaść się w pościeli głową na zachód…

To ostatnie zdanie cytuję jako ciekawostkę i wskazówkę dla tych, którzy źle sypiają. Może pomoże.

Metody stosowane przez Antoninę Buszkiewicz (po mężu Dąbrowską)

Dzięki rozmowom telefonicznym z, wymienionymi poniżej w kolejności alfabetycznej, sąsiadami oraz pacjentami Antoniny, udało się w znacznym zakresie zebrać opisy stosowanych przez nią metod leczniczych. Za przychylność, cierpliwość i wyrozumiałość serdecznie dziękuję:
– Zofii Dymyterko
– Janinie Koniecznej
– Franciszkowi Lisieckiemu
– Stefanii Lisieckiej
– Stefanii Maciejak
– Bernardowi Mencel
– Marii Niedźwiedź (relacja przekazana przez S. Maciejak)
– Jadwidze Rejek
– Cecylii Tatarek

Antonina:
– potrafiła wróżyć patrząc jedynie na daną osobę oraz tłumaczyła i interpretowała znaczenie snów
– miała zdolności telepatyczne
– pomawiana była o to, że potrafiła rzucać (czynić) i zdejmować uroki
– do celów diagnostycznych używała wahadełka, którym była najczęściej obrączka lub pierścionek chorej osoby
– do tych samych celów używała różdżki z gałęzi brzozy lub wikliny
– w celach diagnostycznych badała zapach, zmętnienie oraz kolor moczu chorego obserwując płomień świecy poprzez mocz w szklanym naczyniu aby jak mówiła „policzyć świetliki”
– zaczynając leczyć chorego wymawiała formułkę: „Choroby, idźcie w pola, bory, lasy, tam gdzie ludzie nie chodzą”
– przy wykonywaniu czynności i zabiegów leczniczych spluwała na prawo i lewo aby odstraszyć złe duchy i wymawiała pewne formuły i zaklęcia, których treść niestety uległa zapomnieniu
– na początku okadzała chorego dymem z tlących się gałązek brzozy i dzikiej róży aby odpędzić złe duchy
– przy sporządzaniu mieszanek ziołowych oraz wykonywaniu czynności leczniczych modliła się aby zwiększyć i spotęgować moc leczniczą ziół oraz zabiegu

Mówi się, że Antonina potrafiła leczyć bóle głowy (terminem tym określano kiedyś też choroby nerwowe i psychiczne), bóle kręgosłupa, długo nie gojące się rany, a też nastawiała zwichnięcia i składała złamane kości, leczyła choroby kobiece (choroby macicy) oraz wzywana była do porodów jako akuszerka. Choroby skóry, zwyrodnienia, brodawki itp. zalecała przemywać codziennie własnym moczem, najlepiej rano. Aby kuracja była skuteczna, miała niekiedy trwać aż do jednego roku.
Przeziębionych owiązywała w mokre prześcieradła oraz stawiała bańki. W odpowiednich punktach ciała kładła polne kamienie wielkości pięści, nagrzewane do odpowiedniej temperatury w piecach do pieczenia chleba lub we wgłębieniach w piecach do trzymania w cieple gotowych obiadów. Stosowała różne techniki masażu, poklepywania i obstukiwania chorego. Po tych zabiegach strzepywała ręce, aby wydalić zabsorbowaną chorą i negatywną energię.
Podczas choroby zalecała dezynfekujące obmywanie ciała w wywarze z czarciego żebra (ostrożeń polny), rany okładała liśćmi kolmusu (nazwa regionalna – ponoć roślina ta już wyginęła, ale – przypis redaktorki – może jest to kalmus czyli tatarak czyli… tatarskie ziele). W celach terapeutycznych stosowała także mleko kobyle.

Wszyscy moi rozmówcy podkreślali, że Antonina nie pobierała żadnych opłat za swoje działania, leczyła za darmo. Tak jak honor nakazywał znachorom tatarskim. Niektórzy chorzy odwdzięczali jej się produktami rolnymi. Po śmierci męża w 1938 roku Antonina żyła, aż do śmierci w 1960 roku, bardzo skromnie a nawet jak niektórzy twierdzą, biednie.

Moi rozmówcy przekazali mi informację, że Antonina prowadziła w notesie statystykę zgłaszających się do niej pacjentów, robiąc kreski. Niestety nie udało się ustalić czy w statystyce tej rozróżniała poszczególne jednostki chorobowe.
Na dwa-trzy lata przed śmiercią zaprzestała leczenia ludzi. Czyżby wyczerpała się w niej potrzebna do tego energia? Może przygotowywała się do swojej śmierci? Jedynie w nagłych przypadkach, czysto manualnie, prostowała jeszcze zwichnięcia.

Ciąg dalszy nastąpi

PS od redaktorki: U nas w rodzinie uważa się, a potwierdził to też mój wykładowca antropologii (bo archeolog i tego się uczył), że potomkowie Tatarów czyli Mongołów (czyli Dżyngis Chana) mają plamę mongolską i jest to cecha, która utrzymuje się przez niezwykle długi czas. Mnie od Dżyngis Chana dzieli 7 stuleci, a też mam taką plamę na prawym biodrze. To najbardziej popularne miejsce, ale można ją też mieć na pupie lub brzuchu, rzadziej, a za to mniejszą i ciemniejszą, na szyi lub nodze. Tylko nie zaglądajcie proszę do Wikipedii ani w ogóle do internetu, żeby zobaczyć jak wygląda taka plama mongolska. Są tam odrażające zdjęcia skóry zmienionej chorobowo, tymczasem prawdziwa plama mongolska to nie choroba i nie znamię, tylko delikatne przebarwienie skóry, która pozostaje gładka i zdrowa.