W górę rzeki (7)

Zbigniew Milewicz

Skutki wspólnego kopania rowów

milewiczkopanierowowNowym kamieniem wśród tych śląskich, Paluchowych i Hamplowych, który pewnego dnia wpadł do ogródka przy ulicy Wesołej, był mój przyszły ojciec. Stanowił w pewnym sensie okaz egzotyczny, bo i mówił, i zachowywał się inaczej niż miejscowi, co niekoniecznie musiało się wszystkim podobać, ale może właśnie dlatego mama się nim zainteresowała. Pochodził z Wilna, z ojczyzny polskiego wieszcza narodowego, którego wiersze kochała, wiele z nich znała na pamięć. W maturalnym roku pojechali cała klasą na wycieczkę do Nowogródka, który wówczas był jeszcze polski, do nowo otwartego muzeum Adama Mickiewicza. Ojciec nawet podobnie się nazywał, więc jak przejść obok kogoś takiego obojętnie? A mogła to zrobić.

milewiczzareczyny (2)Tak jak kiedyś do Jadzi Hamplówny, również do Niny Paluchówny uderzało w konkury wielu młodych ludzi. Wszyscy dobrze ułożeni, z tzw. porządnych domów; Zerwane zareczyny...jeden z nich miał na imię Gerard (na zdjęciu po prawej), dziadkowie go akceptowali, jako ewentualnego zięcia i z nim mama była już prawie, a może faktycznie zaręczona, tego dokładnie nie wiem. W międzyczasie jednak pojawił się człowiek o imieniu Edward, którego poznała w ostatnich miesiącach wojny, prawdopodobnie przy kopaniu rowów przeciwlotniczych. Od kilku lat pracowała już wtedy w firmie drzewnej Gebr. Grabowski w Katowicach, gdzie najpierw zajmowała się stenografią, a później prowadziła dział kalkulacji. Podobno firma ta do dziś istnieje w Niemczech. Kiedy spotkała ojca, miała 23 lata, on był o 7 lat starszy. W niczym nie przypominał Ninie dotychczasowych adoratorów, zwykle rówieśników, z którymi dyskutowała o przeczytanych książkach albo obejrzanych sztukach teatralnych, przekomarzała się i flirtowała. Mówił niewiele, ważył słowa, a głos miał głęboki, śpiewny, wielu kwestii nie dopowiadał do końca, co dodawało mu tajemniczości i sprawiało na mamie wrażenie, że jest bardzo mądry.

milewiczparamlodaBył pierwszym mężczyzną z prawdziwego zdarzenia, który stanął na jej drodze, pewnym siebie i zdecydowanym, który bodaj po kilku tygodniach znajomości oświadczył się. Powiedział, że chciałby z nią założyć rodzinę, bo wydaje mu się, że jest dobrym materiałem na żonę i matkę ich przyszłych dzieci. Nie wiem, czy powiedział, że mamę kocha i będzie dobrym mężem, ale nie zdziwiłbym się gdyby, jako człowiek w gruncie rzeczy mało romantyczny, uznał to za zbędne. Mama zaś o życiu wiedziała niewiele. Rosłam w domu jak pod kloszem – opowiadała mi później. – Umiałam coś ugotować, posprzątać, grać na pianinie, świadectwo maturalne wyglądało ładnie, ale z moją mamą na wiele tematów nie można było w ogóle rozmawiać. Kiedy miałam 21 lat i po raz pierwszy pocałowałam się z chłopakiem na randce, to myślałam, że od tego zachodzi się w ciążę. W szkole o ważnych sprawach też nie uczono, były tematem tabu.

Z pojedynczych zdań, które Edward wypowiedział o sobie, wynikało, że w Wilnie nie miał łatwego życia, a kiedy do miasta wkroczyły hitlerowskie wojska, wyjechał na przymusowe roboty do Niemiec, gdzie ciężko pracował. Mama postanowiła w małżeństwie wynagrodzić mu te wszystkie niedostatki. Wyrosła na romantycznej literaturze, w tradycyjnym, katolickim środowisku i naturalna empatia szła u niej w parze z łatwowiernością; myślę, że te cechy po niej oddziedziczyłem. Widziała, że ojcu brakuje towarzyskiej ogłady i tzw. manier, nie umiał tańczyć, a ona taniec uwielbiała, w kościele nie bardzo wiedział, jak się zachować, ale wierzyła, że wszystko to przyswoi mu w przyszłości. Była urodzoną optymistką.

milewiczzareczynyDziadkom nie pasował jako kandydat na męża dla córki. Przede wszystkim nie był ze Śląska i mało o nim wiedzieli. Życiowej zaradności nie mogli mu odmówić, ale wątpili w szczerość jego małżeńskich zamiarów; niczego materialnie nie posiadał, ożenek z moją mamą mógł być podszyty chęcią wzbogacenia się, mogło mu np. chodzić o dom, który był ich oczkiem w głowie. Ciocia Irka opowiadała mi, że mój ojciec nie nosił litery „P“ na ubraniu, pracował u jakiegoś niemieckiego szewca i miał niemieckie dokumenty, które pozwalały mu na korzystanie z basenu, kina czy kawiarni, przeznaczonych tylko dla obywateli III Rzeszy. Czyli był przymusowym robotnikiem, ale jakby na specjalnych prawach, co dziwiło dziadków. Na Bugli w Katowicach, gdzie przed ślubem ojciec chodził z mamą popływać, ludzie oglądali się za nimi i wzdychali, jaka to piękna para. Rodzice mamy też wzdychali, ale ze zmartwienia, że Nina dokonała takiego wyboru i niczego nie daje sobie wytłumaczyć. W tym momencie pasowałoby mi przerwać na jakiś czas śląski wątek i wrócić do wileńskiego, od którego rozpocząłem swoją rodzinną opowieść. Wilno będzie jednak w następnym wpisie, bo właśnie na Śląsk nadchodzą krasnoarmiejcy, a oni lubią to robić bezzwłocznie.

milewiczzareczyny (1)Innymi słowy, te rowy przeciwlotnicze czy przeciwczołgowe, które moi przyszli rodzice razem kopali, nie na wiele się zdały. W styczniu 1945 r. Armia Czerwona przełamała na Górnym Śląsku niemiecki front i tutaj wojna się już zakończyła, ale powstały inne problemy. Kiedy bojcy albo NKWD dotarli na Wesołą, Erwina, jako niemieckiego faszystę, postawiono pod murem. Odbył się krótki sąd polowy i gdyby nie sąsiad z domu obok, pan Kruzel, który zaświadczył, że dziadek jest powstańcem śląskim, nikt by mi już tak pięknie nie pokazał, ani nie opisał Tatr. Pan Kruzel to była też piękna postać. Przyszedł razem z radzieckimi żołnierzami z ugrupowania marszałka Koniewa, w polskim mundurze oficerskim. Nie wiem, czy w tym ugrupowaniu służył, ale przyszedł z frontu do domu. Zapamiętałem po latach jego łysą, jak księżyc głowę, przysadzistą sylwetkę i jowialną, dobrą twarz. Pamiętam też jego uroczą, zawsze pogodną żonę, podlewającą kwiaty w ogrodzie i oranżerii na pierwszym piętrze. Bardzo się kochali. Kiedy po latach wspólnie spędzonego życia, ona pierwsza odeszła, on z rozpaczy popełnił samobójstwo.

milewiczweseleMoi rodzice pobrali się 27 marca 1945 r. w Chorzowie. Ceremonia ślubna odbyła się w urzędzie stanu i kościele, a wesele w domu młodej pani, na Wesołej, w wąskim gronie rodziny i najbliższych sąsiadów. Ze strony ojca nie było nikogo, poza jego przyjacielem Ryszardem Esopem, który świadkował mu na ślubie. Rodzice poszli mieszkać na swoje, z mieszkaniami w owym czasie nie było problemów, wiele stało pustych. Ich niemieccy właściciele ewakuowali się w ślad za pokonaną armią na Zachód, ale atrakcyjne adresy były w cenie. Dziadkom pewnego dnia zagroziła eksmisja, oficjalnie z powodu volkslisty i wtedy mój ojciec pokazał, co potrafi. Nie wiem, jak to zrobił, ale przy pomocy osobistych kontaktów, gdzieś tam, udało mu się ten nakaz anulować. Wujka Jurka, brata dziadka, nie było już wtedy w Chorzowie, ale w suterenie na Wesołej nadal mieszkała jego żona z dziećmi. Nie wiem, kto zajmował parter po Rosenbergach, później wprowadził się tam pan Jazowy, mój przyszły profesor łaciny w Słowaku, z rodziną. To już jednak znacznie nowsze dzieje.

Po śladach życia

Ewa Maria Slaska

Siedlce czyli Dębe Wielkie czyli Halinów czyli Olesin

EugeniaLubliner2Gdy zaczynałam szukać szkoły, którą sto lat temu założyła i prowadziła Prababcia, szukałam jej w Siedlcach, bo tak podawał Polski Słownik Biograficzny. Dopiero rozmowy z Ciocią pozwoliły uściślić: dojeżdżało się do stacji Dębe Wielkie, leżącej na trasie Warszawa – Siedlce, a szkoła była w Halinowie. Ja już się dalej nie umiałam ruszyć, ale nasz blogowy Autor czyli Viator, występujący tym razem jako historyk, doktor Tomasz Fetzki, poszedł jeszcze krok dalej i znalazł gazetę internetową Kurier Skruda, a w niej artykuł o… Olesinie.

http://kurierskruda.pl/index.php/historia-olesina/historia-regionu

Czyli tak jak napisałam w tytule, trzeba było mentalnie przejść przez cztery miejscowości, aby dotrzeć tam, gdzie Prababcia – zapewne – prowadziła swoją szkołę.

prababciajakoslicznapannaI tak się wędruje po śladach – w górę rzeki jak Zbigniew Milewicz, w głąb własnych wspomnień jak Konrad Sałagan czy Krzysztof Mika, po dokumentach jak Tomasz Prot. A jest jeszcze Jacek Slaski, który rozmawiał ze swoją Babcią, Zofią Slaską i jest mój ojciec, który zapisał swoje życiowe wspomnienia, które zatytułował Śladami życia. Tyle osób zebrałam na blogu, tylu tych, którzy próbują odtworzyć miniony czas, swój i swojej rodziny.

Na zdjęciu moja śliczna Prababcia jako młoda kobieta.

Napisałam do redakcji Kuriera Skrudy, podając to, co wówczas wiedziałam o pedagogicznych przedsięwzięciach Prababci. Nie wiedziałam wiele, a i tak niemal rok zajęło mi uporządkowanie tego, czego przecież nie wiedziałam. Tekst poniższy jest już uzupełniony o informacje, które zebrałam, gdy tydzień temu pojechałam do Olesina. Nieocenionym źródłem informacji okazał się miejscowy historyk, pan Jan Majszyk, któremu niniejszym bardzo dziękuję.

Obozna5-rok1885Opowieść o Prababci

Prababcia z koleżanką panią Dorotą Zylberową założyły, sfinansowały i prowadziły w Warszawie szkołę dla dzieci mało zdolnych. Szkoła powstała w roku 1908 i istniała tylko kilka lat, a mieściła się przy ulicy Oboźnej 5 w bardzo znanej warszawskiej kamienicy. Została ona zbudowana w 1882 roku przez architekta Karola Kozłowskiego na potrzeby Zakładu Wodoleczniczego doktora Wincentego Brodowskiego. Zakład istniał nota bene aż do II wojny światowej. W kamienicy znajdowały się też mieszkania do wynajęcia, a jednym z lokatorów był słynny artysta, rysownik, ilustrator i malarz, ale też bohater Powstania Styczniowego, więzień i katorżnik carski, Michał Elwiro Andriolli. Budynek rozebrano po wojnie, a stojący tu obecnie dom został zbudowany z wykorzystaniem części zachowanych murów. Szkoła, jako się rzekło, istniała zaledwie kilka lat, ale była ważnym kamieniem milowym w historii pedagogiki polskiej – była to bowiem pierwsza taka szkoła na ziemiach polskich. Dodajmy też, że była ona niemal w całości finansowana przez panią Zylberową i Prababcię, bo opłaty za naukę wnosiły tylko rodziny dzieci zamożniejszych, a było ich zaledwie kilkoro.

Około roku 1910 Pradziadek zakupił wraz księdzem Stanisławem Zarembą majątek w Dębem Wielkim kolo Mińska Mazowieckiego w dawnym powiecie Siedlce. Majątek ten, część miejscowości Halinów, leżał we wsi służebnej Olesin Duży.

Ten ksiądz Zaremba był pierwszym proboszczem parafii Dębe Wielkie. Tradycja głosi, że był człowiekiem rzutkim i obrotnym. Wiadomo, że zajmował się handlem majątkami, które powstały w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to zmieniony został status prawny dotychczasowej królewszczyzny w Dębem Wielkim. Zarembę oceniano nader kontrowersyjnie. Z jednej strony uważano, że jego zachowanie bardziej znamionuje przedsiębiorcę niż osobę duchowną, ale patrzono też na niego jako patriotycznego reprezentanta pozytywistycznej idei pracy u podstaw. Tak czy owak najpierw obaj panowie, mój Pradziadek – lekarz i ksiądz proboszcz, byli współwłaścicielami majątku i dopiero w roku 1913 rozwiązali spółkę i założyli osobne księgi hipoteczne. W roku 1917 ksiądz, już teraz nie wspólnik lecz sąsiad, odsprzedał swoją część senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu. Mniej więcej w tym czasie, tuż po Wielkiej Wojnie, Prababcia założyła tu szkołę i zamieszkała na stałe w Olesinie.

Podobno nie było to żadną wielką rewolucją rodzinną, dom w Warszawie świetnie sobie dawał bez niej radę, w końcu był to czas kucharek i służących. U pradziadków służące były dwie, kucharka jedna.

dworzec Zbudowany w roku 1918 dworzec w Aleksandrówce (Dębem Wielkim), w roku 2014 wpisany do rejestru zabytków

Jeśli prababcia akurat przyjechała do Warszawy, to wracała do Olesina koleją. W każdym razie wiadomo, że rodzina nie posiadała automobilu, a Prababcia zarzekała się jeszcze, że do tego paskudztwa nigdy nie wsiądzie. Dojazd koleją był jak najbardziej możliwy i wygodny, bo w roku 1918 na trasie kolejowej Berlin – Warszawa – Moskwa powstał nowy dworzec: w Aleksandrówce czyli w Dębem Wielkiem.

duktZ dworca do Olesina były trzy kilometry, dobrą ubitą drogą, zwaną przez miejscowych duktem lub ulicą Brukową, którą ufundował pan senator.

Według tradycji rodzinnej majątek Pradziadków w Olesinie został nazwany Sylwana, co na dokumentach złożonych w archiwum w Otwocku zostało zapisane jako Silvana.

Sylwana była szkołą z internatem, gdzie mieszkało kilkanaścioro dzieci małozdolnych i niezamożnych, żeby nie powiedzieć – po prostu biednych. Utrzymanie majątku, szkoły i dzieci finansował pradziadek, który był wziętym lekarzem laryngologiem i ftyzjatrą. Dzieci kształcono metodą wprowadzoną w Polsce przez Prababcię i panią Dorotę Zylberową, polegającą na połączeniu prostej nauki szkolnej z nauką czynności manualnych. W szkole byli więc zarówno nauczyciele jak rzemieślnicy, przygotowujący uczniów do wykonywania zawodu (kowal, ślusarz, cieśla).

Sylwana istniała ok. 10-12 lat, po czym została sprzedana. W pamięci rodzinnej sprzedaż Sylwany nastąpiła w roku 1930, z akt wynika jednakże, że majątek już w roku 1929 został zakupiony przez gimnazjum im. Zamojskiego w Warszawie, które prowadziło tu letnisko dla niezamożnych uczniów oraz programy, dziś zasługujące na miano “zielonej szkoły”. Gimnazjum zachowało nazwę Sylwana bądź też to właśnie nowy właściciel przemianował Sylwanę na Silvanę.

mapaolesin

***
O Olesinie i Sylwanie będę jeszcze donosiła. Już dziś znajdzie się sporo ciekawostek, o których można będzie opowiedzieć, jak np. rok wielu wesel, Mama i pies Haluś, stawy rybne, wielki dąb czy wreszcie opowieść o przypalonym szpinaku. Nie da się tego wmieścić w jeden wpis, a przecież mam jeszcze wielkie plany poszukiwań archiwalnych.

Na razie chciałabym bardzo podziękować redakcji Kuriera Skrudy, a zwłaszcza jej naczelnemu  – Arturowi Czyżewskiemu za nadzwyczajną opiekę, jaką mi zapewnił podczas wizyty w Olesinie! Pan Artur jest na co dzień właścicielem eleganckiej restauracji La Veranda Verde w Cisiu. O panu Arturze też jeszcze opowiem, na razie donoszę, że w Zielonej Werandzie bardzo dobrze karmią!

Omlety po raz drugi

Ewa Maria Slaska

… i pewien romans na trzy kontynenty

Kilka lat temu, gdy dopiero zaczynałam karierę blogerki, na zupełnie innym blogu, a mianowicie “Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po 30 powinna wiedzieć, a (dziwnym trafem) tego nie wie” (nota bene tytuł był za długi i z przyczyn technicznych trzeba było wyrzucić ten “dziwny traf”, ale on tam w domyśle zawsze był), opublikowałam wpis o tym, jak usmażyć omlet.

Omlety

Przepis na omlet tak po prawdzie niczego nie wyjaśnia: ubić 2 jajka, dodać dwie łyżki mąki, wylać na patelnię, usmażyć z obu stron.

Ja robię omlet z podsmażonymi grzybami lub ugotowanym kalafiorem, a w ogóle to bardzo sobie komplikuję jego przygotowanie, bo osobno ubijam pianę, dopiero potem dodaję żółtka i mąkę. Podobno od czasu, kiedy wymyślono mikser, nikt już tak nie robi omletów, ale ja sobie dalej ubijam omlety staroświecko, bo tak robiła je Mama. Albo nie, chyba nie robiła. Ja robiłam. Ale tak mnie nauczyła.

Na to odezwała się moja siostra i wpisała w komentarzu:

Więc z tą pianą i Mamą było tak: ona najpierw ukręcała żółtka z małą ilością cukru (żeby się cukier nie palił potem na patelni), następnie dodawała mąkę, a na końcu w tę masę delikatnie “wmieszywała” pianę, uprzednio ubitą na sztywno. Natomiast wersja mojej siostry była pewnego lata, dawno, dawno temu, hitem w naszym domu rodzinnym, a przepis pochodził od pisarza-marynisty, zwanego Delfinem, on z kolei przywiózł go ponoć z Indii, gdzie, jak twierdził, nosi imię po jakiejś słynnej pani: Sunalinidasgupta. Nie mam pojęcia, jak się to imię (nazwisko?) pisze i na ile części dzieli, ponieważ zapamiętałam je praktycznie, bijąc namiętnie pianę (widelcem albo trzepaczką, co za pomysł, żeby to zajęcie oddawać jakimś nieczułym maszynom?)

Obruszyłam się nadzwyczajnie i odpowiedziałam, też w komentarzu:

To są jakieś zupełnie nieznane sprawy mi sprawy i – „w 7-be klasie w zimowym czasie nikt mu nie da się” – ja o niczym takim nie wiem i nie chcę wiedzieć. Czyli może „z pianą i Mamą było tak” we wspomnieniach mojej siostry. W moich było tak, jak ja piszę.

No tak, to ja tu jestem autorką i, jak się to już, dzięki Magdalenie Parys, rozniosło po świecie, a w każdym razie po Berlinie, jestem zdania, że “pisarce wszystko wolno”. Przygotowuję książkę o Mamie i jest to moja książka, więc będzie tak, jak ja pamiętam.

Ale przy okazji, na potrzeby mojej siostry i innych wyjaśniam, Sonali Dasgupta, młoda piękna Hinduska, była kochanką Rosselliniego. Rossellini, na zaproszenie Nehru, nakręcał w Indiach filmy, Dasgupta, znany reżyser filmów dokumentalnych, współpracował ze słynnym Włochem, a ten mu w zamian uwiódł żonę. Sonali była młodsza od Włocha o 24 lata. Zrobił się skandal, i w Indiach, i w Ameryce, i we Włoszech, Nehru był zmuszony poprosić RR, by zechciał opuścić Indie, Ingrid Bergmann z kolei, naonczas żona Rosselliniego, poprosiła o rozwód.


W odpowiedzi reżyser ożenił się w roku 1957 z Sonali, która w rok później urodziła mu córkę Raffaelę, zaadoptował też jej maleńkiego syna, Arjuna (1956-2008), który nazywał się odtąd Gil Rossellini i został, jak ojciec, znanym reżyserem filmów dokumentarnych. Raffaela przez jakiś czas była aktorką, jak jej sławna siostra przyrodnia, Isabella, po czym przeszła na surowy islam i wyemigrowała na Bliski Wschód. Na temat omletów nigdzie nie ma mowy, zapewne chodziło o popularną potrawę hinduską tzw. parsi pora, która jest rzeczywiście rodzajem omletu. To tym omletem, jak sądzę, raczy starszą panią Mallory, cudownie graną przez Helenę Mirren, młody Hindus w filmie Podróż na sto stóp Lasse Hallströma.

parsipora
Podam tu jeszcze przepis, bo wprawdzie we wpisie pierwotnym twierdzę, że omlet to takie letnie jedzenie, ale dziś dodam, że omlet na ciemne zimne wieczory listopadowe to jak słońce na talerzu. Przepis na cztery porcje:

Składniki

  • 6 dobrze ubitych jajek
  • 1 średnia cebula drobno posiekana
  • 1 mały pomidor pokrojony na kawałki
  • 1 łyżeczka drobno posiekanych listków kolendry
  • 1 drobniutko posiekana zielona papryczka chilli
  • oliwa lub masło do smażenia
  • sól

Przygotowanie

  • ubij jajka w misce
  • rozgrzej łyżkę masła lub oliwy na patelni
  • usmaż cebulę, chilli, pomidora i kolendrę, aż cebula zróżowieje
  • dodaj podsmażone jarzyny i zioła do miski z jajkami i delikatnie wymieszaj
  • posól i jeszcze raz wymieszaj
  • rozgrzej 2 łyżki masła lub oliwy na patelni i usmaż jedną czwartą mieszaniny
  • usmaż najpierw jedną a potem drugą stronę omletu na złoto
  • podawaj na chlebie z masłem ozdobione małą porcją sosu pomidorowego
  • oczywiście w taki sam sposób należy usmażyć pozostałą część masy omletowej, tak by w sumie uzyskać cztery porcje

Rodzina Berlinerblau. Jan Prot

Publikowałam już tu artykuł Michała S. Balasiewicza o Janie Procie, był już też osobny wpis Konrada Sałagana o Pionkach, wracam jednak raz jeszcze i do tego niezwykłego człowieka, i do tej miejscowości. Tym razem w opowieści syna o ojcu.

Tomasz Prot

Dziadek: Nikodem Berlinerblau

W opowiadaniach rodzinnych rzadko wspominano mojego dziadka Nikodema, brata Józefa. Pamiętam, że przejął po ojcu Izydorze podwarszawską fabrykę wyrobów metalowych, jednak brakowało mu talentów organizacyjnych brata i po I Wojnie Światowej zbankrutował. Ostateczne, wraz z żoną Jadwigą, zamieszkał u swojego syna, a mojego ojca, Jana Prota w Pionkach. Jadwiga z domu Chwat, była wnuczką Eliasza Chwata, oficera Legionów Dąbrowskiego i Księstwa Warszawskiego. Podobno nazwisko zostało nadane mojemu żydowskiemu przodkowi za dzielność na polu bitew w oddziale Berka Joselewicza. Krewnymi babki byli dwaj lekarze o nazwisku Chwat, ordynujący i prowadzący działalność społeczną w Ciechocinku, a także znany warszawski lekarz Ludwik Chwat. Jej dalekim krewnym był Aleksander Eliasz Chwat, znany jako pisarz – Aleksander Wat. Babka Jadwiga była osobą zasadniczą i surową, kierowała sprawnie domem mojego Ojca, ale nie była lubiana ani przez wnuki, ani przez służbę. Nikodem i Jadwiga mieli troje dzieci: Halinę, Kazimierza i Jana, mojego ojca.

antykwariatCiotka: Halina Róża Berlinerblau

Najstarsza córka Nikodema i Jadwigi, moja ciotka Halina, we wczesnej młodości była związana z ruchem socjalistycznym, brała udział w spotkaniach z robotnikami, zachęcała do czytania, uczyła ich czytać i pisać. Wyszła za mąż za znanego antykwariusza warszawskiego Hieronima Wildera. Wilder, pochodzący z zasymilowanej rodziny żydowskiej, był polskim historykiem sztuki, bibliofilem i propagatorem sztuki graficznej. Studiował historię sztuki w Dreźnie pod kierunkiem m.in. Hansa Wolfganga Singera. Tam też poznawał twórczość graficzną, zgłębiał tajniki organizacji gabinetów rycin i konserwacji papieru oraz odbywał praktyki u tamtejszych marszandów. Antykwariat wuja Hieronima w Warszawie specjalizował się w starych drukach i grafice. Była to placówka chętnie odwiedzana przez warszawską inteligencję: literatów, artystów, dziennikarzy, ludzi nauki i miłośników sztuki.

Wilder był także kolekcjonerem i bibliofilem. Zbierał “białe kruki”, inkunabuły, stare druki, ryciny i obrazy. Spora część zbiorów przepadła w czasie bombardowania Warszawy 25 września 1939, a reszta w podczas pożaru Biblioteki Ordynacji Krasińskich, gdzie w czasie okupacji zdeponowano ocalałą część zbioru rękopisów i starodruków. We wrześniu zginęła, podczas bombardowania Warszawy córka Wilderów – malarka Elżunia, przyjaciółka Moniki Żeromskiej i paromiesięczny wnuk. Hieronim Wilder zmarł w Warszawie 6 czerwca 1941. Grób rodzinny Wilderów znajduje się na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

Ojciec: Jan Berlinerblau – Prot.

Mój ojciec Jan, najmłodszy syn Nikodema Berlinerblau’a urodził się 29 września 1891 roku w Warszawie. Podobnie jak jego siostra miał w młodości poglądy lewicowe, a jednocześnie czuł się silnie związany z Polską i polskimi tradycjami niepodległościowymi. Razem z bratem Kazimierzem brał udział w 1905 roku w strajku szkolnym w obronie języka polskiego, zabronionego w szkołach średnich Królestwa po upadku powstania styczniowego za co zostali wyrzuceni z gimnazjum. Przez pewien czas uczył się w domu, następnie pobierał nauki w Szkole Zrzeszenia Nauczycieli, a kiedy i ta szkoła została zamknięta przez rząd rosyjski, kontynuował naukę w ośmioklasowym gimnazjum filologicznym Kreczmara. Następnie pracował w zakładach „Ursus” jako praktykant, a po upływie roku wstąpił jako jednoroczny ochotnik do 32 Kremenczugskiego pułku piechoty, gdzie służył do września 1911 roku, kończąc szkołę podoficerską i szkołę karabinów maszynowych. W październiku 1911 r. Jan Berlinerblau wyjechał do Lwowa, gdzie podjął studia wyższe na Uniwersytecie, a po roku przeniósł się na Uniwersytet Jagielloński. W Krakowie poznał swoją przyszłą żonę Zofię Deiches, oraz wstąpił do „Związków Strzeleckich”. Tam przeszedł kolejno szkołę rekrucką, podoficerską oraz oficerską i w marcu 1914 roku zdał egzamin na oficera „Związków Strzeleckich” Na letni semestr zapisał się na Politechnikę w Monachium i tam zastała go wojna. Z wielkimi trudnościami, jako poddany rosyjski, dotarł w pierwszych dniach sierpnia do Krakowa i z pierwszymi oddziałami strzelców ruszył do walki o niepodległą Polskę. Odtąd przez cały okres I Wojny Światowej i wojny polsko – bolszewickiej,   służy w wojsku polskim, najpierw w Legionach, a następnie po internowaniu w Benjaminowie, w odrodzonym Wojsku Polskim. W 1917 roku ojciec i matka przeszli na katolicyzm i wzięli ślub, być może, że ta decyzja moich rodziców o zmianie wiary była związana z chęcią pełnej asymilacji w Polsce. Rodzice na początku nie mieszkali razem, ojciec był w wojsku a potem studiował we Lwowie, a mama mieszkała u rodziców w Krakowie i studiowała na UJ. W 1921 roku ojciec ukończył Wyższą Szkołę Wojenną i został odkomenderowany w celu ukończenia studiów chemicznych. Jednocześnie za zgodą Marszałka Józefa Piłsudskiego zmienia nazwisko rodowe Berlinerblau na używany w legionach pseudonim Prot. Po dyplomie ojciec brał udział w uruchomieniu Zakładów Azotowych w Chorzowie pod kierunkiem Ignacego Mościckiego. Zadanie to zakończyło się dużym sukcesem.

Od lutego 1924 roku Jan Prot pracował jako inżynier a wkrótce też jako zastępca dyrektora w fabryce materiałów wybuchowych „Lignoza” w Krywałdzie. Jednocześnie uzyskał stopień doktora na Uniwersytecie Lwowskim u prof. Tołłoczki.

Od lutego 1925 ojciec przeszedł w stan rezerwy, opuścił wojsko w stopniu majora dyplomowanego, kawalera orderu Virtuti Militari, odznaczonego dwukrotnie Krzyżem Walecznych i Krzyżem Niepodległości oraz Krzyżem POW.

W Krywałdzie urodził się syn Jana Andrzej, który jako niespełna trzyletnie dziecko zmarł na dyfteryt, oraz w 1926 roku córka Janina.

dyrektorjanprotW kwietniu 1927 roku dr. inż. Jan Prot został mianowany dyrektorem naczelnym Państwowej Wytwórni Prochu i Materiałów Kruszących w Zagożdżonie pod Radomiem, powstałej w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego. Od tej chwili, nieprzerwanie do września 1939 roku ojciec uruchomił i rozbudował zakłady. Pod jego kierownictwem wytwórnia została wyposażona w nowoczesne maszyny, dostarczające dla wojska i górnictwa wszelkiego rodzaju środki wybuchowe. Zakąady produkowały też amunicję, nie tylko dla wojska lecz także do broni myśliwskiej i sportowej. Zakłady w sierpniu 1932 roku zostały przemianowane na PWP Pionki. Były jedną z największych w Europie fabryk prochu i amunicji. W celu uzyskania taniej celulozy ojciec zbudował i uruchomił w 1937 r. fabrykę celulozy w Niedomicach. Z jego inicjatywy powstała także wytwórnia stężonego kwasu siarkowego w Kielcach i filia PWP w Krajowicach koło Jasła. Jednocześnie ojciec dbał o rozwój osady fabrycznej. Budowano domy dla kadry inżynierskiej i robotników, powstało Kasyno Urzędnicze, budynek Kasy Chorych, kościół parafialny. Miało to być osiedle tonące w drzewach i ogrodach, można zatem uważać ojca za prekursora architektury krajobrazu.

delegacjarzadowawpionkachDyrektor PWP Pionki, Jan Prot, przyjmuje delegację rządową w 1933 r. – stoją od lewej: Min. Przemysłu i Handlu E.F. Kwiatkowski, Prezydent R.P. Ignacy Mościcki, Dyrektor Prot, w tle oficerowie z żałobnymi opaskami z powodu śmierci Marszałka J. Piłsudskiego.

Po wybuchu wojny w 1939 r. zakłady pionkowskie zostały ewakuowane, ale wkroczenie Armii Czerwonej uniemożliwiło uruchomienie produkcji na wschodzie. Ojciec wrócił do Warszawy, był poszukiwany przez gestapo i w styczniu 1940 r. został przerzucony na Węgry, a stamtąd do Francji, gdzie podjął pracę w laboratorium Joliot-Curie. Po upadku Francji dostał się do Anglii. Tam w czasie wojny pracował w fabryce amunicji, a następnie, po zakończeniu wojny podjął pracę naukową w Edynburgu i w 1948 uzyskał stopień naukowy doktora. Po przeniesieniu się do Londynu i po uzyskaniu stopnia docenta wykładał fizykę, matematykę i chemię. Zmarł w 1957 roku i został pochowany na cmentarzu Brompton w Londynie.

tablicapionkiPoza pracą organizacyjną ojciec zajmował się badaniami naukowymi, otrzymał szereg patentów, miał dwa doktoraty z chemii fizycznej – polski i angielski, przetłumaczył na język polski podręcznik chemii nieorganicznej W. Ostwalda – laureata nagrody Nobla z 1909r., który uzupełnił napisanym przez siebie 100 stronicowym opracowaniem zawierającym najnowsze osiągnięcia z dziedziny budowy atomu.

Za swoją działalność otrzymał w latach 30 dwukrotnie Złoty Krzyż Zasługi, a w 2004 r. w Urzędzie miasta Pionki odsłonięto poświęconą ojcu tablicę pamiątkową.

W górę rzeki (5)

Zbigniew Milewicz

Kawałek pieczeni

Miedzianowłosa Jadzia Hamplówna czuła się na scenie, jak ryba w wodzie. Była urodziwa i pewna siebie, miała wdzięk, ładny sopran i widocznie to „coś“ w sobie, co spowodowało, że po jednym z występów „Lutni“ dostała propozycję angażu w zawodowym teatrze w Berlinie. Jak na skrzydłach pofrunęła z tą wiadomością do domu. Ojciec Tomasz z uwagą wysłuchał córki, w milczeniu nabił tytoniem porcelanową fajkę, zapalił i z troską w głosie powiedział mniej więcej tak:

– Co tam w świecie bydziesz robić? A jak cie zepsujom… na to nie moga pozwolić.

Koniec i kropka, na odpowiedź nawet nie czekał. Był wzorem dobroci i łagodności, ale jednocześnie – jak to wówczas w tradycyjnych, śląskich rodzinach – miał wielki autorytet w domu i panna z wielkim żalem musiała sfrunąć na ziemię. Znajdowała się w wieku odpowiednim do zamążpójścia i na brak odpowiednich kandydatów do ręki nie narzekała. O jej względy starał się między innymi pewien bogaty kupiec z Częstochowy o nazwisku Szczęsny, dzięki któremu mogła automatycznie awansować w społecznej hierarchii, ale wybrała Erwina. Był w niej zakochany po uszy, ona chyba mniej w nim, ale myślę, że dobrze rokował, jako przyszły mąż. Babcia miała dominującą naturę, dziadek zaś zgodną, gotów dla niej góry przenosić. Wiedziała, że jest mądry, pracowity, poza tym nie przesiadywał w szynku. W łaski przyszłego teścia wkupił się zaś jednym dobrym uczynkiem. Któregoś dnia przyszedł na zolyty na Bytomską o dosyć nietypowej godzinie, bo wcześnie rano. Ubrany był w paradny żakiet, z muszką, pod wąsikiem, który dodawał mu powagi. Był to strój zdecydowanie wieczorowy. Skąd się wziął u Hamplów o tej porze, tak ubrany, o tym historia rodzinna milczy.

Erwin, pojedź za mnie na kopalnia po wągiel – poprosił na dzień dobry pradziadek Tomasz.

Młody człowiek, wiele się nie zastanawiając, wskoczył na furę, wziął lejce i pojechał pod wskazany adres. Prawdopodobnie po raz pierwszy w swoim życiu prowadził podobny pojazd, ponadto nie znał furmańskich zwyczajów, więc wyminął długą kolejkę wozaków, czekających na wydanie węgla i podjechał pod samą bramę, która była jeszcze zamknięta. Konie prowadzone niewprawną ręką staranowały rygle, za Erwinem posypał się grad soczystych przekleństw, a sztygar na wadze o mało co nie wygrzmocił go swoją laską. Zbity z tropu dobrymi manierami i wyglądem karlusa, który spokojnie stał przed nim i przepraszał za bramę, jednak go obsłużył. Poza kolejnością.

dziadekbabciaŚlub odbył się 13 października 1920 roku. Młodszą siostrę babci, Marysię, wziął sobie za żonę Jorg (Jurek), brat dziadka, jednak młodszy od niego o trzy lata. Przepraszam, że dodałem mu wieku w poprzednim odcinku, ale niedawno znalazłem w szpargałach dokument, który skorygował moją wiedzę na ten temat. Erwin był więc najstarszy z rodzeństwa Paluchów, podobnie, jak moja babcia wśród dzieci Hamplów, to też udało mi się już ustalić na bank. Myślę, że z praktycznych względów te dwie pary miały jedno weselisko, ale póki co nie znajduję na to żadnego potwierdzenia w dokumentach, ani w rodzinnych relacjach.

Pierwszą inwestycją małżeńską babci było znalezienie dla dziadka lepszej pracy. Uważała, że w Azotach zdrowotnie marnieje i marnuje się jako pracownik laboratorium, ponadto słabo go wynagradzają. Zdecydowanie bardziej podobał jej się Skarboferm, polsko-francuska, akcyjna spółka węglowa, powstała w lutym 1922 r., w ramach „rewanżu“ dla Francji za kredyty udzielone Polsce w wojnie z bolszewikami oraz za polityczne wsparcie przyłączenia Górnego Śląska do macierzy.

Na podstawie zawartej umowy francuscy udziałowcy mieli prawo do dzierżawy złóż węglowych w kopalniach Bielszowice, Król, Knurów i Wyzwolenie, 50 procent udziałów w kapitale zakładowym miał polski Skarb Państwa. Była to dochodowa i największa w międzywojennej Polsce spółka węglowa; w jej Radzie Nadzorczej zasiadali m.in. Henri Le Rond, przewodniczący Międzysojuszniczej Komisji Plebiscytowej i Wojciech Korfanty, dyktator III Powstania Śląskiego. Kawałek tej pieczeni dostał się również powstańczemu kombatantowi o psudonimie „Erwin“ i intuicja mi mówi, że stała za tym babcia. On umiał się poświęcać dla innych, ale był zbyt skromny i jednocześnie za dumny, żeby ubiegać się o swoje. Urzędniczą karierę w chorzowskiej ekspozyturze spółki przy ul. Katowickiej zrobił jednak samodzielnie. Rozpoczął ją jako szeregowy pracownik, później dzięki rzetelności, pasji samouka i bystrości umysłu stopniowo awansował na stanowisko kierownika jednego z działów. W parze z tym szły apanaże, pod koniec lat trzydziestych sięgały miesięcznie 500-700 złotych, kiedy n.p. para dobrych butów kosztowała 5 zł., a jajko 2 grosze.

lagiewnikiTak to było na Śląsku: Tramwaj międzynarodowy, polsko-niemieckie przejście graniczne – Łagiewniki /ulica Chorzowska

Niedoszła artystka berlińskiej sceny, lub o mały figiel pani kupcowa Sczczęsna, inną drogą awansowała zatem do upragnionej klasy średniej. Jej mąż legitymował się tylko świadectwem ukończenia szkoły ludowej, ale w wolnym czasie dużo czytał, poza tematami zawodowymi interesował się m.in. etyką, psychologią, filozofią, sztuką. Mam jego książki w domowej bibliotece. Przede wszystkim jednak wspólnie z kochaną Jadką dbali o materialny, mieszczański dostatek, na który w coraz większym stopniu mogli sobie pozwolić; z pierwszego, skromnego mieszkania przy ul. Katowickiej 15 przeprowadzili się „na kilka pokoi” do kamienicy przy Dąbrowskiego 18. Tam mieli jadalnię z gdańskimi meblami, pianinem i stojącym zegarem, który wybijał godziny na melodię dzwonu z katedry w Westminster, sypialnię i gabinet. Gabinet to był pokój dziadka, wyposażony w bibliotekę, kanapę i stylowe biurko, podkreślające jego urzędniczą pozycję. Mieli kucharkę i dziewczynę do sprzątania, chodzili regularnie do teatru i operetki, bywali na przyjęciach towarzyskich z udziałem ważnych osób i sami je wydawali. Należało to do dobrego tonu w tej sferze.

Czy czuli się w niej dobrze? – rozważałem osiemnaście lat temu, kiedy zaczynałem spisywać historię rodziny. Dziadek, nie przypuszczam. Szybciej babcia, grała panią, czuła się jak na scenie, prawdopodobnie.

Rodzinę utrzymywał dziadek, babcia zajmowała się domem i wychowywaniem córek, tak, jak to wówczas jeszcze było w zwyczaju. Fizycznej pracy już nie musiała wykonywać, od tego miała służbę, ale kto wiedział lepiej od pani Paluchowej, jak powinny błyszczeć sztućce, podłogi, albo okna przed świętami… Albo, jak powinno się kulać ciasto na makaron do niedzielnego rosołu… To mieszkanie na Dąbrowskiego w pewnym momencie stało się jednak za małe, a może dziadkowie zwyczajnie zapragnęli mieć coś oddzielnego dla siebie, bardziej rozwojowego. Córki rosły, jak kiedyś założyłyby swoje rodziny, mogliby zamieszkać wszyscy razem. Tak zaczął się budować dom przy ulicy Wesołej 5, na nowo powstającym osiedlu Ruch. Pierwsze wille już na nim postawiono, Paluchowie mieli oszczędności, więc trwało to szybko, około roku. W 1938 lub na początku 1939 roku wprowadzili się na Wesołą. Dom z cegły nie był otynkowany, na to zabrakło już środków, ale do zamieszkania już się nadawał. Zajęli pierwsze piętro, parter wynajęli państwu Szumskim, którzy pochodzili spoza Śląska, a do sutereny wprowadził się wujek Jurek, ten z Grenzschutz z ciocią Marysią i dziećmi. Na drugim piętrze, znajdował się strych i małe, jednopokojowe mieszkanie, na razie puste.

Zapędziłem się trochę, a jeszcze chciałbym opowiedzieć o jednym wydarzeniu, które wcześniej miało miejsce w rodzinie i wyglądało na złośliwy wybryk losu, a było jedynie wynikiem pazerności III Rzeszy. Kiedy Hitler doszedł do władzy w 1933 roku, mój pradziadek Franz nie posiadał się ze szczęścia. Powiesił zdjęcie kanclerza na poczesnym miejscu w swoim mieszkaniu na Kościelnej i poszedł do Skarbofermu, żeby podzielić się radosną nowiną ze swoim pierworodnym. Już z ulicy wołał do niego: nareszcie bydzie nom teroz wszystkim dobrze, nosz kochany Adolf zrobi porzondek. Do tyj pory tyś mi Erwinku zawsze stawioł gorzoła, dziś z tego świynta jo ci postawia.

Dla człowieka, który długo obracał złotówkę w dłoni, zanim ją wydał, była to deklaracja wielkiej wagi. Kilka tygodni, albo miesięcy później Erwina odwiedził w mieszkaniu jeden z jego braci. Pora była wczesna, Erwin jeszcze spał.

– Wiesz, żeś jest milionerem?
– Nie, po jakiemu? – zdziwił się, jeszcze zaspany.
– No więc żeś jest i żeś nie jest…

Okazało się, że w Australii zmarł w podeszłym wieku krewny pradziadka Franza, który wiele lat temu wyjechał na Antypody i dorobił się tam sporego majątku. Był kawalerem, nie pozostawił po sobie żadnego potomstwa, ale za to – stocznię, względnie kilka stoczni. Sąd zdecydował więc o licytacji majątku i przekazaniu pieniędzy członkom rodziny zmarłego w Polsce, do podziału. Kiedy te dotarły na granicę niemiecko-polską, na Kościelną przyszło urzędowe zawiadomienie. Do odbioru czeku albo gotówki nigdy jednak nie doszło, ponieważ przesyłka została na mocy jakiegoś uczonego paragrafu zarekwirowana przez niemieckie władze celne. Ten incydent bardzo zasmucił pradziadka Franza. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak porządny człowiek, jak Adolf Hitler zawłaszczył sobie to, co należało się jego rodzinie, jak psu buda. Może, jako bardzo poczciwy z natury człowiek i porządny Niemiec pocieszył się myślą, że jeżeli jego tysiącletnia rzesza naprawdę potrzebowała tych pieniędzy, to w gruncie rzeczy wszystko jest w porządku. Dlatego nasz dom na Wesołej został otynkowany dopiero w Polsce Ludowej.

Jeszcze Zaduszki

Karolina Kuszyk

Wszystkich nieświętych

Zamykam oczy i znów widzę tamten sen. Mama i tata, młodzi, w kraciastych koszulach, na odkrytej platformie pociągu towarowego, plecami do mnie, zajęci sobą. Śmieją się. Ja leżę za nimi, nieruchawy bobas w śpioszkach, na wznak.

A potem nagle dostaję nóżek. Tak się czasem u nas mówiło, gdy coś zniknęło i nie leżało tam, gdzie powinno. Co, nóżek dostało? I dzięki tym nowym, ruchliwym nóżkom zsuwam się z platformy i ruszam na rekonesans. Dworzec jest niebotycznie wysoki, jak katedra, a na samej górze siedzą szare gołębie i zlewają się z szarościami sklepienia. Podobno urodziłam się w szpitalu na Jaworzyńskiej, ale ja w to nie wierzę. Urodziłam się na dworcu, który jest jednocześnie katedrą, nie mogło być inaczej, zważywszy moje upodobanie do częstych podróży i nabożeństw. A potem raz-dwa dostałam nóżek. W rodzinnych opowieściach zaczęłam chodzić bardzo późno, za to podobno dużo i ładnie mówiłam. Znowu nieprawda, było dokładnie odwrotnie. Odkąd sięgam pamięcią, wolałam chodzić i milczeć zamiast siedzieć i mówić. To inni zmusili mnie do mówienia, i to zazwyczaj nie tego, co naprawdę chciałam powiedzieć. Naprawdę. Podobno każdy ma swoją prawdę. Babcia Zofia powiedziała kiedyś w okolicznościach, o których z całej siły nie chcę pamiętać, że jej prawdy nikt nie dostrzega. Ja wolę myśleć, że każdy ma swoją naprawdę, tak jest bezpieczniej.

W tamtym śnie biegam po dworcu i przyglądam się pociągom i lokomotywom, jakbym już wtedy wiedziała, że za paręnaście lat wyjadę, i że to w nich, pociągach, spędzać będę połowę życia. Ale gdy w końcu, syta wrażeń, chcę wrócić do rodziców, widzę z przerażeniem, że znikła platforma towarowa, na której siedzieli. Czyżby odjechali beze mnie? Podbiegam do stojącej w pobliżu wielkiej, starej parowej lokomotywy, jakie widywało się jeszcze w końcu latach siedemdziesiątych, wchodzę na stopień i otwieram ciężkie żeliwne drzwi. Chcę zobaczyć, czy w środku nie ma mamy i taty. Może się schowali dla żartu. Ciągnę, ciężko. Otwieram. W środku jest całkiem czarno.

W dzieciństwie budziłam się z tego snu wielokrotnie i zawsze w tej samej chwili. Otwieram drzwi, a w środku jest całkiem czarno. Nigdy potem, ani w snach, ani na jawie nie widziałam większej, bardziej czarnej, bardziej nasyconej i nieprzeniknionej czerni. To musi być ta sama czerń, w którą dwa lata temu weszła babcia Zofia. Od tamtego czasu wiem, że muszę coś zrobić z pamięcią, zanim niesyta czerń pochłonie pozostałych, a wreszcie i mnie. Nie wiem, czy ta lokomotywa jeszcze tam czasem przyjeżdża. Nawet jeśli tak jest, widzą ją pewnie tylko dzieci, specjalny gatunek staruszek i może jeszcze gołębie pod dworcowym sklepieniem, potomkowie tych niemieckich. I jeśli raz po raz wracam na ten dworzec i przekradam się na ostatni peron, oglądając się za siebie, jakby ktoś mnie śledził, to po to, żeby sprawdzić, czy nie stoi tam tamta lokomotywa. Bo jeśli rzeczywiście czasem tu przystaje, to chyba tylko tam, na ostatnim, gorszym peronie, na którym na pewno nie zatrzyma się żaden intercity.

Za dwa dni znów znajdę się na tym dworcu. 1 listopada, święto zmarłych. Na przykościelnej religii, bo religii uczono kiedyś przy kościele, przestrzegając starego dobrego podziału na sacrum i profanum, ksiądz często nas poprawiał, powtarzając do znudzenia, że nie powinno się mówić „święto zmarłych”, tylko „wszystkich świętych”. Jakby w słowach „święto zmarłych” już wtedy przeczuwał czające się za oceanem bezbożne, szatańskie halloweeen, święto duchów, czarownic i wampirów, które przypłynie do nas z Ameryki pod postacią fałszywie uśmiechniętej dyni. Halloween, któremu dwadzieścia lat później ten sam ksiądz wypowie z ambony świętą wojnę.

Nikomu z żyjących nie mówiłam, że przyjadę, bo to sprawa między moimi zmarłymi a mną. Całe miasto już z samego rana popędzi na cmentarz, zajmie się rytualnymi przechadzkami od grobu do grobu, zapalaniem zniczy, stawianiem na wyszorowanych pomnikach doniczek z chryzantemami, skrytym czekaniem na znaki od tych, których ciała leżą tam, pod spodem – a ja pójdę na ostatni peron i będę czekać, popijając z termosu mocną, specjalnie posłodzoną na tę okazję herbatę. Bo ci, którzy odeszli, należeli do gatunku, który słodził, czasem nawet po dwie łyżeczki.

A potem na peron wtoczy się samotna lokomotywa, zatrzyma się, posapując, i wysiądą z niej wszyscy moi zmarli. Wysiądzie babcia Zofia, najnieszczęśliwsza osoba na świecie, która jak nikt inny potrafiła wygrywać na poczuciu winy, wreszcie spokojna, bo będzie ze swoim mężem Władkiem. Za nią – garnitur, koszula, spodnie na kant, chmura wody kolońskiej – sam dziadek Władek, znany mi tylko z listów, dziadek, którego w czterdziestym piątym zabrali Sowieci. Przez chwilę zadźwięczy mi w uszach straszne słowo Workuta i przypomnę sobie to wyobrażenie z dzieciństwa: pewnego dnia załomotali w drzwi, weszli i po prostu włożyli dziadka Władka do wora-Workuty. Jak straszni panowie w ciemnych klatkach schodowych, przed którymi ostrzegała mnie w dzieciństwie babcia Zofia. Wysiądzie stara szurnięta Ada, która mieszkała na pięterku i pasjami lubiła szczać na najbardziej wystawionej na spojrzenia sąsiadów części ogrodu, budząc sensację na osiedlu domków jednorodzinnych i mój szczery podziw, bo kto nie lubi robić siku pod gołym niebem, w dodatku na własnym kawałku ziemi, a jak niewielu na to stać. Wysiądzie małomówny dziadek Antek, który potrafił wszystko naprawić, ale niczego załatwić w urzędzie, i którego kochały psy, dziadek Antek, z którym najlepiej na świecie oglądało się filmy o zwierzętach. I wyjdą, popiskując, popuszczając z przejęcia, pomiaukując i machając ogonami, wszystkie psy i koty, te własne i te spotkane gdzieś po drodze, te, które przyszły i zniknęły, albo przyszły i zostały do końca, jedyne stworzenia, od których nauczyłam się niekłamanej radości. Wysiądą ciała pochowane niedaleko naszego domu, i wreszcie się dowiem, kim były; jak to dobrze, że znam niemiecki. Wysiądą wszyscy Żydzi zamordowani pod Chełmnem, o których opowiada czasem babcia Róża, i wiem, że gdy i ona zniknie kiedyś w tej lokomotywie, skończy się dla mnie wiek złoty, a zacznie żelazny. Wysiądzie wujek Marian, co służył u generała Maczka i nie cierpiał Ukraińców, nie pomijając własnego szwagra, a za nim przysadzista prababka Paraskewia spod Sambora, ze srogim wzrokiem i gotowa na wszystko. Wysiądzie Aneta, koleżanka ze studiów, która powiesiła się na pasku od spodni z nieszczęśliwej miłości, a przecież wszystko na pewno by się ułożyło. Wysiądzie wujo Rysio z nieodłączną szklaną lufką, w której tkwić będzie własnoręcznie skręcony papieros, a za nim wyskoczy ławeczka, na której siadywał, żeby zakurzyć, bo nie potrafię wyobrazić sobie wuja Rysia bez ławeczki. Wysiądą, pogawędzą, rozprostują kości. Wyjaśnią sobie to i owo. Może pośmieją się z żywych. Moi wszyscy zmarli, moi wszyscy nieświęci, no, może za wyjątkiem dziadka Antka i tych czworonożnych.

A gdy znowu zaczną zbierać się w dalszą podróż, powiem im, żeby już się nie martwili. I że wiem, że nie mogli inaczej. I że zrobili wszystko najlepiej jak się dało. A oni pokiwają głowami i jeszcze chwilę ze mną posiedzą, na czym tam kto będzie miał. A gdy przyjdzie czas, wsiądą z powrotem do swojego pociągu. A ja dołączę do rodziny spacerującej po cmentarzu, ani słowem nie wspominając o naszym spotkaniu, a następnego dnia wsiądę w powrotny do Berlina. I na jakiś czas będę miała od nich wszystkich święty spokój.

Berlin, tuż przed świętem zmarłych 2014

W górę rzeki (4)

Zbigniew Milewicz

Paluchowie z ulicy Kościelnej

Według cioci Irki rodzina dziadka była bardziej zniemczona, niż babci. Jego przodkowie używali tytułu von Bleschtz (ale jak się pisało nie była pewna, wymawiało się Bleszcz) i nosili warkocze, co było symbolem szlacheckim. Była to jednak bardzo zbiedniała szlachta, która na domiar złego nie przywiązywała zbyt wielkiej wagi do pieniędzy, o nich się więc w tej rodzinie po prostu nie mówiło. Wielką namiętnością były tam natomiast karty, w które dziadek z braćmi potrafili grać całymi nocami. Ojciec dziadka, Franz, a może jego ojciec – tutaj również brak pewności – przywędrował na Górny Śląsk, jak już wcześniej pisałem, z Karkonoszy. Podobnie jak ojciec mojej babci był sierotą. Obydwoje rodzice zginęli tragicznie i pozostawili po sobie liczne potomstwo, którym zaopiekowali się później różni krewni.

Franz miał już wtedy kilkanaście lat, dostał się pod kuratelę krewniaka, który nosił nazwisko Paluch i który prawdopodobnie był bezdzietny. Usynowił chłopaka, później pewnie posłał do szkoły, albo znalazł mu jakąś pracę, z czasem młody człowiek założył rodzinę, przyszło na świat potomstwo. Jego wybranką była Franziska Brygida z d. Schnurawa. Mój dziadek urodził się jako drugi z kolei, po Georgu, 24 sierpnia 1895 r. Dano mu wyszukane imię Severin, ale od urodzenia i tak wszyscy na niego mówili Erwin. Później przyszli na świat jeszcze Max, Wilhelm, Franz, Joseph, Felix… Imion wszystkich dzieci ciocia nie pamiętała, ale mieli ich razem jedenaścioro albo dwanaścioro, najmłodsza była Marysia, jedyna dziewczynka w tej chmarze chłopaków. Paluchowie mieszkali przy Kirchstrasse, w Königshütte, czyli w późniejszym Chorzowie na późniejszej ulicy Kościelnej. W niedzielę do kościoła nie chodzili jednak razem, nie starczało dla wszystkich niedzielnych butów. Na jedną mszę szli więc starsi chłopcy, na drugą młodsi, podobnie było z zabawą na dworze w chłodniejsze pory roku, ktoś musiał zostać w domu, żeby inny mógł dokazywać, bo latem i tak wszyscy biegali boso. Ubrania młodsi nosili po starszych – zacerowane, połatane, ale zawsze czyste, o to babcia Franciszka mocno dbała.

Nie wiem, jak było z edukacją u potomstwa Paluchów, ale przypuszczam, że u większości dzieci skończyła się ona na obowiązkowych kilku klasach szkoły elementarnej, żeby jak najszybciej mogły nauczyć się jakiegoś praktycznego zawodu i pomogły ojcu w utrzymaniu rodziny. Georg poszedł do pracy na kolei, mój dziadek – podobnie, jak jego ojciec na dół, na kopalnię. Było biedniej, niż u Hamplów, ale tak żył wtedy przemysłowy proletariat w całej Europie. Skutkiem ekonomicznego kryzysu i niedożywienia w proletariackich rodzinach była m.in. wysoka śmiertelność, dziesiątkowały je choroby. Wiele dzieci umierało wkrótce po urodzeniu lub we wczesnym okresie życia, los ten nie oszczędził także Paluchów, chociaż dziadek mówił, że nie pamięta, aby w domu głodowali. Byt w rodzinie poprawił się, kiedy dwaj najstarsi chłopcy już zaczęli przynosić do domu wypłaty, ale mięso na obiad nadal było tylko w niedzielę. Dziadek wspominał, że z talerza wyjadało się najpierw ziemniaki i kapustę, a ten mały kąsek z wieprzka albo kury, który każdy dostawał, był na koniec, żeby go można było najdłużej zapamiętać i się nim nacieszyć.

Kiedy wybuchła Wielka Wojna czyli I wojna światowa, Erwin poszedł z poboru do pruskiej armii. W 1915 r. dostał przydział do artylerii przeciwpancernej, służył przy moździerzach. Walczył na Bałkanach, w bitwach pod Belgradem i Salonikami, w Karpatach oraz we Francji pod Verdun. W 1917 r. wrócił szczęśliwie z frontu do domu, via szpital polowy, z powodu dyfterytu i postrzału w nogi. W miarę tanio udało mu się więc wykupić z wojennej machiny zniszczenia.

dziadek, pierwsza wojna 015Dziadek walczył w Armii Pruskiej, ale od roku 1925 miał polską książeczkę wojskową.

dziadek, pierwsza wojna 013

Nie wiem, czy wrócił wtedy do pracy w kopalni, czy też przyjął się już do Zakładów Azotowych, z czegoś musiał żyć. Nie należał zaś do typów, którym trzeba było stawiać piwo za to, że walczyli na wojnie. Kiedy się skończyła i Polska po wieloletnim okresie zaborów stała się znowu niepodległa, stanął po stronie orędowników polskiego Śląska i jego powrotu do macierzy. Nie miał w związku z tym lekkiego życia w rodzinie.

dziadek, pierwsza wojna 006Ojciec czuł się śląskim Niemcem, starszy Jorg tak samo, inni bracia z nimi trzymali, tylko Józek popierał Erwina. Brat Francek nie mieszał się do ich sporów, denerwowały go te wieczne polsko-niemieckie kłótnie na Śląsku i pewnego dnia wyemigrował do Francji, do górniczego okręgu Pas de Calais, jak tysiące innych Ślązaków. Tam znalazł pracę, założył rodzinę i pozostał na zawsze, ale tęsknił za rodzicami, rodzeństwem, miejscem, które opuścił. Długie lata wymieniali listy, ale później jakoś się urwało.

Jak pisze historyk Danuta Sieradzka, specjalizująca się w dziejach Górnego Śląska w XIX i XX w.*, życie polskie w Królewskiej Hucie, do czasu plebiscytu i zakończenia III Powstania Śląskiego, skupiało się w różnych organizacjach. „Do aktywnych stowarzyszeń w mieście należały: Spółka Spożywców Poczciwych Wiarusów, założona w 1871 r. (twórcą był Juliusz Szaflik), Towarzystwo Robotników, zwane też Związkiem Górników i Hutników (1881 r.), Związek Wzajemnej Pomocy (1887 r.) czy Kasyno Polsko-Katolickie, utworzone w 1889 r. przez Pawła Dubiela. Szczególny charakter miały zespoły śpiewacze (chóry); w mieście panował dobry klimat dla tego typu działalności, choć były one często prześladowane przez władze pruskie. Najwcześniej powstał chór męski „Silesia“ (1895 r.), następnie „Lutnia“ (1907 r.), „Echo“ (1919 r.) czy „Cecylia“. Wspólnym śpiewaniem przypominano, że w Królewskiej Hucie i innych miastach mieszka ludność polska, która nie zapomniała języka i pieśni przodków. Inną pamiętną dla Polaków organizacją było Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół“, założone 25 listopada 1901 r. Jego członkowie śpiewali polskie pieśni, prowadzono dyskusje w języku polskim, wygłaszano prelekcje na temat historii i literatury polskiej, urządzano wycieczki poza granice państwa niemieckiego. Zebrania odbywały się w różnych miejscach, albowiem stowarzyszenie znajdowało się pod czujnym okiem policji.

Towarzystwo Śpiewacze “Lutnia” z Królewskiej Huty pod dyrekcją Józefa Budzyńskiego. Pamiątka z udziału w Zlocie Sokołów w Oświęcimiu (1908)

Babcia Jadzia śpiewała w „Lutni“, dziadek Erwin był w „Sokole“, a że czasami grupy występowały razem, więc któregoś dnia wpadli sobie w ucho i oko. Inna opowieść rodzinna mówi, że to nie przy śpiewaniu się poznali, tylko na deskach amatorskiego teatru, gdzie grali razem w jakiejś sztuce, tak czy owak odbyło się to kulturalnie. Niemcy mieli swoje stowarzyszenia, a że czasami próby, albo występy jednych i drugich odbywały się w sąsiedztwie, dochodziło później do wzajemnych przepychanek, a nawet burd ulicznych, z użyciem pałek i kamieni. Za tymi awanturami stali policyjni prowokatorzy. Babcia moja z lubością wspominała pewien występ śpiewaczo-teatralny na jednej z chorzowskich scen, Impreza odbywała się legalnie, za zezwoleniem władz miejskich. Na zmianę prezentowano utwory w języku niemieckim i polskim, wszystkie politycznie grzeczne, nie było żadnej propagandy, tak, jak sobie życzyła góra. Publiczność na sali stanowili Polacy i Niemcy, w pierwszym rzędzie siedział burmistrz, obok oberpolicmajster i bardzo im się spektakl podobał. Aż do momentu, kiedy na zakończenie cały zespół uroczyście odśpiewał „Rotę“: Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród… Oczywiście wybuchł skandal, cenzor po występie bezradnie rozłożył ręce, nie było tego w programie.

Mimo narodowościowych pyskówek i kuksańców, których sobie bracia wzajemnie nie szczędzili, Paluchowie z ulicy Kościelnej byli kochającą się rodziną. Zilustruję to pewnym zdarzeniem familijnym. Jest czerwiec 1921 roku, moi dziadkowie są od kilku miesięcy szczęśliwym małżeństwem, na dniach urodzi się moja mama Nina, a młody Erwin szykuje się, by iść na powstanie, na trzecie. W sieni domu – ale nie wiem którego, przy Katowickiej, gdzie wtedy mieszkał z żona, czy u swojego ojca, przy Kościelnej – spotyka swojego starszego brata Jorga. Tamten już nie pracował na kolei, był w mundurze Grenzschutz i właśnie wracał ze służby. Kaj to idziesz Erwin? – zapytał. Na powstanie, z wami sie bić – odparł dziadek. A czym to bydziesz strzeloł? Powstaniec pokazał mu jakiś małokalibrowy pistolet, brat roześmiał się, stwierdził, że tym to psińco zrobi. Po czym rozpiął kaburę i dał mu swojego slużbowego gnata i jeszcze jeden dodatkowy magazynek.
To jest lepsze – dodał.
Po czym obydwaj uścisnęli się serdecznie, ucałowali po bratersku. Grüss Gott, Erwin! Z Panem Bogiem, Jorg! Znałem tę historię jeszcze z dzieciństwa, ale kiedy spisywałem ją przed osiemnastu laty, ciocia Irka skomentowała zdarzenie mniej więcej tak: zawsze Bóg im w życiu towarzyszył, zostali w domu konsekwentnie wychowani w katolickim duchu i myślę, że właśnie dlatego jeden wobec drugiego zachował się tak pięknie, po ludzku.

* Królewska Huta, Chorzów w latach 1868 – 1945, Szkice do portretu miasta.

W górę rzeki (3)

Zbigniew Milewicz

Schronisko braci Hampel

Dziś jest prościej, ale do początku lat 90 Chorzowów administracyjnie było kilka i znaczyły je rzymskie cyfry od I do IV. Ponieważ jednak mało kto wiedział, gdzie kończy się granica jednego, a zaczyna już inny, potocznie mówiło się: ida do miasta, jada do Batorego, albo do Starego i ludzie na ogół kojarzyli, o co chodzi, ale też nie zawsze. Jest taki stary wic, rozprawiają dwie sąsiadki w Świętochłowicach:

– kaj jest Hilda ?
– pojechała do Chorzowa…
– do starego?
– nie, do Emy, pranie prać.  

Dom moich dziadków znajdował się jeszcze w Chorzowie I, choć za południową miedzą był już IV – Chorzów Batory, czyli Hajduki. Rody obydwojga wywodziły się natomiast z Chorzowa II, gdzie dzisiaj stoi Pomnik Powstańca Śląskiego, czyli z samej kolebki Królewskiej Huty. Zarówno babciny ród Hamplów, jak i dziadka, Paluchów, przywędrowały tutaj z Karkonoszy, kiedy cały Śląsk należał do Marii Teresy Austriaczki. Tak twierdziła ciocia Irka, siostra mojej mamy, której konikiem była historia, ale moim zdaniem przeprowadzka nastąpiła ze sto lat później. Fryderyk II pruski zabrał Habsburgom Śląsk w 1742 r. Osiem lat później bracia Hamplowie odkupili od dzieci niejakiego Samuela Breitera ich schedę po ojcu, dwa drewniane szałasy pod szczytem Góry Śnieżki na wysokości 3866 stóp i urządzili tam schronisko, pod szyldem Hampelbaude. Karkonosze nazywały się wówczas Riesengebirge a Góra Śnieżka Schneekoppe. Jeżeli wierzyć rodzinnej legendzie, protoplasta babci przywędrował jednak pod Śnieżkę z Italii, był wesołym, niebieskookim młodzieńcem w krótkich spodenkach i sprzedawał lody. Tyle legenda i zarazem koniec moich możliwości, żeby dalej płynąć pod prąd w tym nurcie rzeki. Hampel nie brzmi mi włosko, więc mógł na przykład pochodzić z Tyrolu, pierwotnie nazywać się inaczej, albo być jedynie wytworem familijnej fantazji. Hampelbaude jest jednak udokumentowana na papierze.

Wszystkie informacje na temat schroniska, które udało mi się znaleźć, sporządzone są w języku niemieckim; Niemcy kochają Sudety, zwłaszcza ten swój raj utracony, który po wojnie znalazł się w granicach Czech i Polski. Haus des deutschen Ostens w Monachium dysponuje biblioteką, z której mogę skorzystać i skopiować to, co mnie interesuje. Najlepsze informacje znajduję jednak w internecie, dostarcza mi ich Erhard Krause, który w oparciu o stare kroniki górskich służb ratowniczych pisał*, że bracia Hamplowie, podobnie, jak ich poprzednik opiekowali się jednocześnie pobliską kaplicą. Samo schronisko natomiast miało początkowo bardzo skromny standard. Składało się z korytarza, kuchni, obszernej izby, komory i obory dla krów. Klepisko wyłożone było słomą i na niej pospołu się spało. Gospodarze karmili swoich gości chlebem, serem, masłem, mlekiem, domową okowitą, czasami jajkami i piwem, warzonym na miejscu. Caspar Lindner, jeleniogórski lekarz, zauważył z przekąsem, że najsmaczniejsza w schronisku jest woda, uchodziłoby jeszcze i piwo, ale tego gospodarze podobno nigdy nie mieli w zapasie. Bracia dokładali jednak starań, aby goście żegnali ich zadowoleni i ponownie zechcieli ich odwiedzić, ich żony i dzieci na zmianę zajmowały się gospodarstwem i usługiwały przybyszom, ale wzorców na prowadzenie takiego interesu jeszcze nie było.

hampelbaude
Moda na chodzenie po górach, na podziwianie piękna przyrody dopiero się w świecie zaczynała. Turystyki górskiej byle kto wówczas nie uprawiał, był to przywilej wyższych stanów, ludzi, którzy mieli środki na to, żeby karetą, z ogromną ilością bagaży i służbą, udać się w niezbadane, dzikie ostępy górskie. Kiedy końmi dalej nie dało się już jechać, szli pieszo, lub niesiono ich w lektykach do pierwszego schroniska, później do następnego, a Hampelbaude była ostatnim schroniskiem przed szczytem Śnieżki. Pruski, wyższy radca konsystorza Johann Fridrich Zöllner, zarazem autor pewnej interesującej książki o Śląsku, który latem 1791 r. zatrzymał się tutaj, stwierdził, że gospodarze mówią i zachowują się w bardzo wytworny sposób. Byli prostymi ludźmi – wywodził – więc mogli się tego nauczyć tylko od swoich gości. Wśród wspomnianych progi schroniska przekroczyły zaś między innymi takie osobistości, jak Leopold Graf von Schaffgotsch, Franz Anton Graf von Spork, Król Fryderyk Wilhelm III i Królowa Luiza (w 1800 r.), a latem 1797 r. poeta Heinrich von Kleist, który wpisał się do księgi pamiątkowej swoim „Hymne an der Sonne“. Także wielki J.W. Goethe miał nocować na sianie w schronisku, zanim rankiem 23 września 1790 r. wspiął się na szczyt, żeby podziwiać wschód słońca.

Dowcipnie skomentował tutaj swój pobyt artysta-malarz Ludwig Richter, autor powyższego sztychu, przedstawiającego Hampelbaude, który 14 sierpnia 1838 r. odnotował w dzienniku, co następuje: „Unzählige Reisende. Damen getragen. Schöne Mädchen. Eine ungeheure Milchsuppe überschwemmt die Stube, da der Boden des Topfes bricht.“ Przytoczyłem w oryginale, bo żaden przekład nie odda lepiej ekspresji na gorąco, w malarskim wizjerze, złapanego życia. Praski poeta Karl Herloßsohn napisał zaś: „Hier spielte eine blinde Harfnerin und tischten uns die jungen, hübschen Tochter der Wirtin ein Frühstück, bestehend aus Brot und Branntwein, ganz á la Riesengebirge, auf.“ Wtedy jednak miejsce to miało już innego właściciela.

Rudolf Hampel 002
W posiadaniu rodziny Hamplów znajdowało się do roku 1836. Po śmierci kolejnego dziedzica, jego trzy córki sprzedały schronisko za 940 talarów rodzinie Adolph, jednak w przewodnikach turystycznych nazwa się utrzymała, nawet jeżeli tylko archiwalnie, do dziś. W 1906 r. budynki spłonęły doszczętnie, odbudowano je w sąsiedztwie, gdzie był lepszy dostęp do wody, dziś stoi tam schronisko „Strzecha Akademicka“.

A rodzina Hamplów…? Częściowo wywędrowała w świat, za nowym szczęściem, za chlebem, inni zostali w Karkonoszach. Jeden adres znalazłem poprzez internet, w czeskim Mostku, może kiedyś tam pojadę. Ojciec mojej babci, czyli mój pradziadek – Tomasz – trafił jako małe dziecko w okolice Lublińca, był sierotą, jego rodzice zginęli tragicznie w jakimś pożarze. Opiekę i wychowanie chłopca przyjął wówczas krewny, który z zawodu był leśnikiem. Praca w lesie jednak Tomaszowi nie odpowiadała, pojechał do Königshütte, późniejszej Królewskiej Huty, gdzie zaczynał powstawać przemysł górniczy i hutniczy. Dostał pracę na kopalni, później założył rodzinę, jego żoną była Anna Anastazja z d. Kubitza. Mieli dwanaścioro albo i czternaścioro dzieci, córek i synów; wśród nich najstarsza była moja babcia Jadwiga, ale na sto procent pewien tego nie jestem. Urodziła się 11 października 1895 r. Rodzina żyła bardzo skromnie, jak większość śląskiego proletariatu, aż mój pradziadek uległ pod ziemią wypadkowi przy pracy. Stracił rękę, dostał za nią dobre odszkodowanie i wtedy kupił konie oraz furę do przewozu węgla. Słowem szczęście w nieszczęściu, które spowodowało, że zwykły śleper zaczął furmanić i handlować węglem.

Interes okazał się trafiony, rodzina mogła popuścić pasa. Z czasem pradziadek Tomasz dokupił karetę ślubną i karawan pogrzebowy, a później otworzył mały sklepik przy ulicy Bytomskiej, w domu, gdzie mieszkali, w którym stanęły za ladą jego starsze córki. Miejsce było świetne, ulica przelotowa, do Bytomia, a w sklepiku sprzedawano wszystko, czego ludzie potrzebowali w domu – szmalc, mydło i powidło. Oczywiście także na kredyt, bo klienci nie byli bogaci, ale przeważnie uczciwi. Z tego okresu pochodzi pewne dydaktyczne wspomnienie mojej babci Jadzi, do którego chętnie wracała przy różnych okazjach:

Szatkowali kapustę z rodzeństwem (czyli musiało to być jesienią), później włożyli ją do beczek i zaczęli, jak nakazywał zwyczaj, deptać bosymi stopami, żeby się zakisiła do sprzedaży, kiedy zjawił się jakiś kuzyn, albo wuj. Przyniósł ze sobą wino i poczęstował młodzież. Jadzia, a po śląsku Hejdla, nigdy jeszcze nie piła żadnego alkoholu, więc ze smakiem ciągnęła słodki napój, nieświadoma konsekwencji. Ile wtedy wypiła, tego nie pamiętała, ale było jej bardzo wesoło; zanim straciła świadomość, dobrała się jeszcze do porcelanowej fajki ojca i razem z rodzeństwem próbowali, jak smakuje palenie tytoniu. Błaznowali ile wlezie, co się skończyło, kiedy w domu niespodziewanie zjawił się gospodarz.
– A kaj Hejdla? – zapytał.
Nikt nie wiedział. Znalazł ją śpiącą w beczce z kapustą, wziął na ręce i zaniósł do łóżka, a kiedy się rano obudziła, nie powiedział jednego złego słowa. Babci było jednak bardzo wstyd i od tamtej pory, aż do ślubu z dziadkiem mogli ją szatkować, ale nie dała się namówić na żaden trunek. Miała go – jak podkreślała – vollständig dość. To był najbardziej kategoryczny zwrot w ustach mojej babci Jadzi, po którym nikt nie mógł jej już do niczego przekonać. Kiedy go słyszałem, jako rozkapryszone dziecko, wiedziałem, że za chwilę weźmie swój pięciorzemienny bat i jednak będę musiał pójść spać, umyć schody, przygotować latarkę na roraty, wyrzucić śmieci, albo dalej ćwiczyć te nudne gamy na pianinie. Dzisiaj ozłociłbym ją, gdyby mi jeszcze raz to powiedziała.

* „Schles. Bergwacht“, SB1978/Jgg.28/S415

Rodzina Berlinerblau – Berli

Tomasz Prot

Julia Wdowicka z domu Berlinerblau (Berli)

Julia Berlinerblau-Berli urodziła się 15 grudnia 1924 r. Po wojnie, kiedy ukrywała się u różnych rodzin, zamieszkała z Anielą i po maturze kształciła się w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na Wydziale Scenografii, gdzie poznała swojego przyszłego męża, malarza i rzeźbiarza Grzegorza Wdowickiego. Wraz z nim, w latach 1950-1953 pracowała w zespole plastyków projektujących malarstwo ścienne warszawskich staromiejskich kamienic, za co zostali wyróżnieni Nagrodą Państwową II stopnia. Pracowała również jako scenografka, robiła ilustracje i projekty graficzne dla wielu wydawnictw, a ostatnie lata twórczości poświęciła na projektowanie i wykonanie unikatowej srebrnej biżuterii. Zmarła w Warszawie w 1985 roku.

wdowickaJulkę poznałem już po wojnie. Po raz pierwszy spotkałem ją u jej wieloletniej opiekunki, „ciotki” Anieli, w roku 1950, kiedy w jakichś sprawach przyjechałem z Wrocławia do Warszawy. Zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Byłem przyzwyczajony do widoku skromnie ubranych i raczej bezbarwnych powojennych kobiet, a tymczasem Julka wyglądała jak z zagranicznego żurnala. Zawdzięczała ten wygląd nie tylko naśladownictwu wzorców z Zachodu, ale przede wszystkim swym odziedziczonym po matce artystycznym zdolnościom. Julka całe życie potrafiła z byle szmatki zrobić kreację podkreślającą jej wyjątkową urodę czy też z paru koralików otrzymać naszyjnik w weneckim stylu. Była pełna wdzięku, niezwykle towarzyska, zawsze otoczona gronem znajomych i ciekawych ludzi

mdmsyrenkaU góry MDM, sgraffito z syrenką, wspólne dzieło Wdowickiego i jego żony oraz Krystyny Kozłowskiej i Józefa Wdowińskiego. Poniżej ulica Piwna 35/37. Tu Berli i jej mąż wykonali sgraffito ornamentalne: martwe natury z flaszami i owocami.

W górę rzeki (2)

Zbigniew Milewicz

Moje stare kąty…

Kiedy przed laty pracowałem, jako nocny portier w pensjonacie „Maja“ w Monachium, przychodził tam czasami w gości pewien stary Żyd. Pensjonat prowadził jego współplemieniec o nazwisku Zimmermann, rodem z miasta Krakowa, więc przychodził jak najbardziej do swoich. Już na progu się chwalił: prawda, że ładnie mnie w Hajfie ostrzyżono? Albo częstował wszystkich w recepcji orzeszkami pistacjowymi, które nigdzie w świecie nie smakowały lepiej, jak te z bazaru w Hajfie.
Oczywiście chwaliłem jego fryzurę i jego pistacje, ale w myślach drwiłem ze starego dziwaka: jak to do fryzjera specjalnie do Hajfy latać, gdzie mu się podziała jego kepele ? Pewnie nie wie, co zrobić z forsą… Rozumiałem, że do fryzjera chodzi się także dla przyjemności porozmawiania o nowinkach w świecie i nie ma to, jak z rodakiem je wymienić, sam odwiedzałem co jakiś czas salon pana Ochmanna, mówiącego po polsku fryzjera, niedaleko Hackerbrücke, pewnie więc nie brakowało i jego żydowskich kolegów w mieście.

Dziś robie dokładnie to samo, co on. Każdy powód, żeby pojechać do Polski, zwłaszcza na mój Górny Śląsk, jest dobry. Fryzjer ma z moimi włosami coraz mniej do roboty, coraz więcej czasu zostaje więc na inne zajęcia. Tychy są moim polskim domem od połowy lat 60, dzieciństwo i wczesną młodość spędziłem w Chorzowie. Tam zostało jeszcze paru krewnych i trochę koleżeństwa klasowego, z którym przeważnie nie rozpoznajemy się już na ulicy, tam są groby bliskich. Zaczynam zwykle od nich, samochód parkuję na dziedzińcu przy kościele św. Ducha i idę na cmentarz, zapalić znicze mamie, dziadkom, cioci. Później ulicą Dąbrowskiego, koło mojej dawnej podstawówki na rogu z Omańkowskiej, mijam niegdysiejszą drukarnię na skrzyżowaniu z Hajducką, budynek ubezpieczalni, dom, w którym dziadkowie ze swoimi córkami mieszkali, zanim wybudowali własny na Wesołej i już jestem przed Słowakiem. Kiedyś ta droga z domu do budy wydawała mi się bardzo długa, a mijane budynki przytłaczały swoimi rozmiarami, dziś widzę to wszystko w odwrotnych proporcjach, dziwne, dlaczego tak się dzieje.

dziadkowiezbycha

Moja babcia po “kądzieli”, Jadwiga Paluch, z córkami Niną i Irką, około 1929 r.
Nie jestem natomiast pewien, kim jest mężczyzna na zdjęciu?

Naprzeciw, na rogu z ul. Zjednoczenia, stoi majestatycznie najstarsza średnia szkoła w Chorzowie, liceum im. M. Curie-Skłodowskiej, dawniej wyłącznie żeńskie, do którego uczęszczała moja mama Nina. Budynek postawiono jeszcze w pruskich czasach, ale mama chodziła już do polskiej szkoły. Urodziła się w 1921 roku, pod koniec III powstania śląskiego, które zakończyło się zwycięstwem, jej ojciec a mój dziadek bił się w tym powstaniu o polski Śląsk, nie mogło być zatem inaczej. Liceum im. Juliusza Słowackiego, w którym ja z kolei zdobywałem w PRL-u wiedzę, powstało dużo później od Curie, w połowie lat trzydziestych, kiedy już gęstniała brunatna mgła nad Śląskiem. Przeznaczeniem prywatnej Eichendorffschule było kształcenie zdolnej młodzieży mniejszości niemieckiej miasta, na co w skarbcu Republiki Weimarskiej nie mogło zabraknąć pieniędzy. Dano jej jak najlepszych pedagogów i wyposażono tak dostatnio w pomoce naukowe, że po zakończeniu II wojny światowej część tego dobytku, którego nie udało się wyszabrować, została podarowana na dobry początek Wyższej Szkole Pedagogicznej w Katowicach i dobrze tam służyła. Wspominam zaś o tym dlatego, że do Eichendorffschule uczęszczała m.in. młodsza o siedem lat siostra mojej mamy, ciocia Irka. Mama należała do Związku Harcerstwa Polskiego, a jej siostra do Bund Deutscher Mädel, takie są zachodnie Kresy, nic nie jest tutaj jednoznaczne w swoim pochodzeniu.

Spod liceum oczywiście na ulicę Wolności, na główny trakt handlowy i spacerowy miasta. Pod numerem 18, na pierwszym piętrze, mieszkałem kiedyś z mamą. Stare kamienice są dziś pięknie odnowione, środkiem porządnie wybrukowanej jezdni biegnie, jak dawniej linia tramwajowa, bo samochody od lat tędy już nie jeżdżą. Kuszą witryny eleganckich sklepów, kawiarń, klubów, czuć pieniądze ze strefy euro. W miejscu przedwojennej synagogi, brzydki jak pryszcz McDonalds, który psuje Wolce wygląd. Na szczęście u szczytu ulicy wszystko po dawnemu – neogotycka poczta stoi, jak stała. Zawsze zachwycała mnie swoją architekturą i staromodną elegancją. Kiedy mam więcej czasu idę dalej, w górę przez wiadukt, nad ratuszem i pozostałymi tylko w pamięci zabudowaniami części rynku. Królowała wśród nich popularna kawiarnia „Nasza“, dokąd zabierała mnie co niedzielę po mszy w Jadwiżce mama w asyście przyjaciół. Lokal miał pyszne ciastka i lemoniadę, grała w nim damska orkiestra i w ogóle było elegancko. Odkryłem tam po raz pierwszy swoje zamiłowania taneczne i przyjemność, jaką dają oklaski publiczności, ale o tym może kiedy indziej opowiem.

chorzowwczoraj
Z albumu Mariana Gałuszki : “Chorzów wczoraj, Königshütte gestern”

Wiaduktem koło zabudowań dawnej hali targowej i placu, na którym stoi Pomnik Powstańca Śląskiego, dzieło z lat 70, nawiązujące do przedwojennego monumentu, który hitlerowcy zburzyli we wrześniu 1939 r. Pierwowzór stał przed pocztą, w miejscu wcześniejszej Germanii i zwrócony był wymownie w stronę najbliższej granicy niemieckiej. Obecnie patrzy na hutę, która po wojnie nazywała się Kościuszko, a od przemian ustrojowych – znowu Królewska. Podobnie, jak pierwowzór, postać powstańca ma rysy piewcy polskości na Śląsku, poety-kowala z Królewskiej Huty, Juliusza Ligonia, przepasana jest hutniczym fartuchem i w ręku trzyma miecz. Za czasów PRL-u zakład był żywicielem wielu mieszkańców Chorzowa, dziś zatrudnia raptem trochę ponad 200 osób. Po modernizacji i reorganizacji zamknięto szereg wydziałów, pozwalniano ludzi, nie ma pieców martenowskich, które witały mnie żarem, ilekroć tamtędy przechodziłem lub przejeżdżałem. Hutą zarządza obecnie hinduski fabrykant, a Romek Wypler, mój kuzyn jest jednym z tych szczęśliwców, którzy nie stracili u niego pracy. Jak będzie jutro, pojutrze, tego nie wie, ale na dziś rodzina jest zabezpieczona.

Podobnie jak Ligoń, Romek jest kowalem hutniczym. Mieszka wraz z żoną, córką, jej mężem i dwoma wnuczkami na czwartymi piętrze przedwojennej kamienicy, na przedłużonej ulicy Wolności. Ciasno im nie jest, bo mieszkanie ma kilka przestronnych pokoi; z niektórych okien roztacza się piękny widok na dachy Chorzowa. Kiedy jestem u Wyplerów na bezuchu, czyli w gościach – a zdarza się to mniej więcej raz w roku, w okolicach Wszystkich Świętych – zawsze sobie z sentymentem pooglądam tę panoramę. Kuzyn wraz z żoną Ewą i córką Izą opiekują się grobami moich bliskich, więc czas odwiedzin jest logiczny. Romek ma także duszę artysty, nie dosyć mu kowalstwa w pracy, w domu uprawia metaloplastykę. Jak ma wolny czas i natchnienie, siada przy jednym z tych panoramicznych okien, które poza pięknym widokiem dają mu jeszcze lepsze światło i dłubie, tnie, kuje, a Ewa goni go z tą robotą, bo jej marasi. Przynajmniej się nie nudzą a efekty są: różnego rodzaju biała broń wisi na ścianach mieszkania, widzę starodawne pistolety, miniatury armat, militaria najbardziej Romka interesują.

SAMSUNG CAMERA PICTURES
Romek Wypler z żoną Ewą w domowych pieleszach.Ten kominek robił oczywiście jeszcze jego ojciec…

Niedawno stracił mamę, parę miesięcy później ojca, mieszkali niedaleko, w Batorym. Ciocia Jutka była schorowana, ale wujek Józek, znany w Chorzowie zdun, w życiu nie był u lekarza. Jak pamiętam zawsze wadzili się o coś obydwoje, ale nigdy na bij zabij, tylko tak dla zasady. Widocznie zabrakło mu tej soli w zupie.

Tym razem nie wchodzę na czwarte piętro, bo trochę się spieszę, spotykamy się z Romkiem na krótko przed jego domem. W czasie rozmowy moją uwagę przyciąga mężczyzna, który stoi nieopodal, na rogu Strzelców Bytomskich. Twarzy na razie nie widzę, bo stoi bokiem, ale jest w nim coś znajomego. Kiedy się odwraca do nas, zatyka mnie z wrażenia. Trącam kuzyna, reaguje podobnie. Józek – mówi. Wierzę w duchy, ale w to, że zmarłemu ojcu Romka chciało się do nas jawnie pofatygować w biały dzień, to nie bardzo. W podwójną halucynację i przypadki też wątpię. Może mi więc ktoś powie, dlaczego w tym samym czasie i akurat pod domem Romka zobaczyliśmy to samo? I wreszcie: co reżyser tego spotkania chciał nam powiedzieć?

Na Wesołą 5, na osiedlu Ruch, gdzie słynny stadion piłkarski, zachodzę rzadko i niechętnie. Ten adres pamiętam najlepiej, ale mi żal, że po śmierci dziadka dom został sprzedany jakimś babom z Gdańska, do tego za półdarmo. Nie wiem, kto teraz tam mieszka, podobno już ktoś inny, sąsiedzi też się zmienili, oglądam go więc sobie tylko z zewnątrz i nie za długo, żeby się zupełnie nie rozkleić. Widać, że nowi właściciele zainwestowali w modernizację domu, ale nie ma już śladu po naszym czarodziejskim ogrodzie, w którym babcia z dziadkiem hodowali różne warzywa, gdzie rosły jabłonie, grusze, krzaki agrestu i pachniało bzem. Nie ma więc sensu szarpać duszę.