Slaska contra Murphy

Introdukcja

Kartka znaleziona w komputerze. Na Rodos byłam ostatni raz zimą 2003 roku. Od tego czasu poniższa notatka tkwiła gdzieś w otchłaniach komputera i co najmniej dwa razy przenosiła się z jednego peceta do następnego. Znalazłam ją kilka dni temu, szukając zupełnie innego tekstu, którego nie znalazłam…

Konotacja. Prawdy przywiezione z Rodos:

Żeby zdobyć miłość trzeba walić pięściami (Mavis Cheek)
Miłość wyrasta na żyznej glebie przebaczenia (Wally Lamb)
Mieszańce to najlepsze psy (Wally Lamb)
Wieczny obieg rzeczy jest dowodem na istnienie Boga (Wally Lamb)
Życzenia do losu trzeba formułować z zabójczą precyzją (Ewa Maria Slaska)
Trzeba chcieć! (Ewa Maria Slaska)
Pryszcze wprawdzie wyskakują na godzinę przed randką, ale to jeszcze nie znaczy, że muszą ją spaprać (Ewa Maria Slaska)
Jedz dużo ryżu (tantra totemiczna)
Świat jest tak skomplikowany, że wszystko może być znakiem (Michał Krenz)
Palenie zabija (wiadomo)

Eksplikacja. Jeśli coś może się udać, to się uda!!!! (Ewa Maria Slaska contra Murphy)

Dedykacja

Wpis dedykuję Krzysztofowi Pukańskiemu, z którym się tamtego roku poznaliśmy i który dał mi do czytania Prawo Murphiego. Nota bene, podobno Murphy naprawdę wcale nie istnieje. Autorem książki Prawo Murphiego jest Arthur Bloch.

Mavis Check to angielska pisarka, autorka popularnych powieści obyczajowych, które znalazłam w nieporządnej bibliotece Centrum Pisarzy i Tłumaczy. Składa się ona z naszych książek, jakie my, pisarze i tłumacze, zostawiamy tam w prezencie (oraz nadziei, że ktoś nas “odkryje”) oraz książek, które przywieźliśmy ze sobą i nie były warte, żeby zabierać je z powrotem. Nie wiem jednak, do której kategorii należą powieści Mrs Check.  Było ich tam kilka i nie pamiętam tytułu tej, którą przeczytałam, aczkolwiek zupełnie dobrze pamiętam jej treść.

Z kolei wszystkie trzy cytaty z Wally Lamba pochodzą z jego powieści I Know This Much Is True i są właściwie jednym zdaniem. Początkowo pomyślałam, że przecież w ogóle nie pamiętam tej powieści, i już na pewno nie wiem, dlaczego zapisałam sobie te trzy prawdy. I chyba przetłumaczyłam je wówczas źle na polski, bo naprawdę cytowane zdanie brzmi: Love grows from the rich foam of forgiveness, mongrels make good dogs, and the evidence of God exists in the roundness of things. Ale nagle mnie olśniło. Doskonale pamiętam tę książkę, choć nie pamiętałam ani autora ani tytułu.  Jest to jedna z najlepszych powieści amerykańskich, jakie czytałam, i od lat bezskutecznie usiłowałam ją odnaleźć. Oooo Happy daaay! Koniecznie ją przeczytajcie. Po polsku ma tytuł To wiem na pewno (tłumaczyła Zdzisława Lewikowa, Świat Książki, 2001). Roundness of things to kolistość, a nie obieg rzeczy. Znalazłam te trzy zdania w książkowym tłumaczeniu i brzmią jednak inacze niż moja wersja: miłość czerpie soki z żyznej gleby przebaczenia, kundle to dobre psy i dowodem na istnienie Boga jest prostota rzeczy.

Michała Krenza nie było ze mną na Rodos, ale widocznie musiał mi powiedzieć mądre zdanie o znakach, zanim pojechałam na samotny zimowy urlop na wyspę, na którą wszyscy jeżdżą latem, a ja je zapamiętałam i przywiozłam z wyspy już jako swoją prawdę.

Dla tantrycznej totemicznej prawdy o ryżu nie mam żadnego wyjaśnienia. Nigdy nie uprawiałam tantry i nie wiedziałam, że tantra może być totemiczna. Gdy teraz szukam w internecie, znajduję tę Tantra Totem – zestaw typowych porad na dobre życie, nieudolnie przetłumaczonych z angielskiego na niechlujny polski. Porada 9 brzmi: jedz dużo ryżu i pomagaj innym. Dlaczego u mnie jest więc tylko ryż…? Może mnie to rozśmieszyło? Czy ja wiem, co wtedy myślałam i jak wtedy było?

Wiem. Była zima, wiały ogromne zimne wichry, ale kwitło mnóstwo kwiatów, a u górali w małych odległych wioskach można było kupić bimber owocowy. Kupiłam flaszkę dla Krzysztofa, który jest góralem, w zamian za zainstalowanie w mym życiu prawa Murphiego. I to jest na pewno i kolistość rzeczy, i wieczny ich obieg, i prostota.

Poznajcie Magdę

Ewa Maria Slaska

Dla Krysi, która ze wszystkich moich przyjaciółek
jest najbardziej kobietą, nic więc dziwnego,
że urodziła się 8 marca

Magdę spotkałam na marszu. Była pierwszą z kilku młodych Polek spotkanych przez tych kilka dni, które dobrze wiedziały, czego chcą, a to co chciały, było dobre. Zaskoczyło mnie to, bo wydaje mi się, że ja, gdy byłam taka młoda jak one, nie miałam żadnych marzeń, miałam tylko konkretne banalne cele – dostać się na studia, skończyć studia, dostać pracę na uczelni, wyjść za mąż, mieć dziecko. Byłam człowiekiem zadaniowym, zrealizowałam więc te cele, ale dopiero teraz, podczas marszu, rozmawiając z Anią, Martą, Magdą czy  Wiktorią, zrozumiałam, że powinno się mieć marzenia, bo cele są pragmatyczne i ograniczają, a marzenia dodają skrzydeł. Cele to obowiązek, marzenia to wolność.  Realizacja celów nie przynosi wolności, wiem to najlepiej, bo całe życie chodziło mi o moją własną wolność i w uprzęży pragmatycznej celowości szarpałam się, gryząc kogo popadło.

Dlatego patrzyłam na te młode kobiety jak na istoty z Kosmosu, które żyją innymi prawami, nie znają siły ciężkości, niczego nie chcą, a to, czego potrzebują, dostają, bo umieją marzyć.

Magda opowiedziała mi o sobie, resztę przeczytałam w jej książkach: Polka potrafi i Polka potrafi po 40-tce!

polka-potrafi

Książki są o innych kobietach, ale są i o Magdzie. Oto początek rozdziału zapowiadającego historię Martyny i Natalii, które założyły czasopismo o Azji.

To, co mnie urzekło w dziewczynach, to przede wszystkim ich gotowość do tego, żeby popełniać błędy i brak strachu przed tym, co nieznane. W przeszłości pozwoliłam obu tym elementom powstrzymać mnie przed robieniem rzeczy, na których mi zależało. Wydawało mi się, że muszę być w czymś ekspertem, żeby się o tym wypowiadać; że zanim zacznę działać i realizować jakiś projekt, muszę dokładnie wiedzieć, co i jak robić. Dokładnie przeciwnie postąpiłam decydując się na wydanie tej książki, dlatego słuchając historii, którą zaraz przeczytacie, co i rusz odnajdywałam w niej siebie. Piękne jest również to, że dziewczyny na co dzień żyją w innej rzeczywistości niż ja czy kilka bohaterek książki, a mimo to jesteśmy do siebie bardzo podobne i świetnie się rozumiemy.

Poznajcie Martynę i Natalię.

Niekiedy Magda zaczyna od tego, że każe swoim rozmówczyniom określić swoje życie przy pomocy trzech słów. Biała dziewczynka z północy powie, że jej życie jest ciekawe, piękne i zaskakujące. Martyna i Natalia, że szalone, szybkie i… trzeciego określenia nie znajdują od razu, dopiero po chwili dodają: o, stresujące! Ciężkie i fascynujące powie Olka demolka z rozdziału Im więcej kłód pod nogami, tym więcej frajdy.

Najpierw chciała mieszkać w innym kraju, podróżować.  Znać inne języki. Uczyła się więc języków, ale też tańca i jogi. Oszczędzała każdy grosz, żeby pojechać do szkoły baletowej w Nowym Jorku. Ale nie taniec był jej celem. Postawiła na poznawanie świata, na podróże. To, czego się można nauczyć podczas wyjazdów, twierdzi, jest znacznie bardziej wartościowe, niż siedzenie w uniwersyteckich ławkach i wkuwanie. W 2010 roku po raz pierwszy pojechała z plecakiem w podróż. Poleciała do Indonezji.

Od tamtej pory poszło już z górki: konkurs taneczny na Bali, praca w butiku podróżniczym w Indiach, szlifowanie języka hiszpańskiego w Andaluzji, wyjazd stopem i z namiotem wokół Islandii, uczenie Zumby w Warszawie, nauka tańca w Nowym Jorku, nagranie reklamy telewizyjnej w Bangkoku, nurkowanie w Malezji…

Po drodze spotykała inne kobiety, bardzo młode i młode, ale i te po czterdziestce.  Rozmawiała z nimi, ciekawiły ją ich drogi życiowe, pytała jak, kiedy i dlaczego zmieniły swoje życie, przestawiły je z celu na marzenie. Tak powstał pomysł książki, a potem drugiej.

TU je możecie kupić.

W książce jak mantra powtarzają się takie zdania:

Długo szukałam dla siebie drogi. Przez całe studia nie wiedziałam, na co się zdecydować, bo odnajdywałam się w przeróżnych dziedzinach plastycznych. Tak naprawdę nie byłam pewna, czy grafika komputerowa jest dobrym kierunkiem i w podjęciu tej decyzji bardzo pomogła mi praca przy magazynie. Choć z drugiej strony myślę, że to tkwiło we mnie już od bardzo dawna.

Czego się nauczycie z tych książek? Najpierw tego, że droga jest długa i wyboista, a w głowie każdej z nas tkwi mała istota, która na każdy szaleńczy pomysł zareaguje tak samo i będzie piszczała przerażonym głosikiem: nie uda ci się, nie uda ci się, nie dasz rady. Wtedy trzeba umieć powiedzieć: Co mi szkodzi?, no co mi szkodzi, najwyżej się nie uda. Tak się ucisza natrętny strach, poprzez wewnętrzną zgodę na próby, błędy i porażki. A jeśli przyjdzie zwątpienie, to trzeba sobie uświadomić, że te chwile zwątpienia też są potrzebne. Kiedyś z tej zgody na zwątpienie i porażkę wyłoni się prawda na całe życie, że nie wolno dopuścić do tego, by strach stawał między tobą a twoimi marzeniami. Tylko, i to jest może najważniejsze, Magda wciąż nam będzie przypominała: Marzenia nie spełniają się same, trzeba zacząć działać. I jeszcze: nieważne co będę robić w życiu, ważne jakie chcę, żeby to życie było.

Postaw na siebie!

I to by było na tyle, nie tylko na 8 marca…

W sobotę o marszu

civil-march-for-aleppoEwa Maria Slaska

Darwina i Jacek Matuszczakowie

Było to pierwszego wieczora mojego uczestnictwa w marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy w hotelu robotniczym w Brnie. Poszłam do łazienki. Na drzwiach wisiała tabliczka z kobietą w spódniczce. Weszłam pod prysznic, ciuchy wisiały na wieszaku dość daleko od kabiny, gdy do łazienki ktoś wszedł, po czym z sąsiedniej kabiny prysznicowej dobiegły mnie chrząkania bez wątpienia męskie. Za to z części ogólnej odzywała się na pewno kobieta. Rozmawiali po polsku. Hmmm, pomyślałam. I co teraz? Z jednej strony jestem z Berlina, nic mnie “nie rusza”, tu wszyscy chodzą na golasa, nawet na ulicy teoretycznie wolno… Z drugiej strony wiem, że w Polsce nawet sauny są, jak to określiła moja przyjaciółka, “tekstylne”, i nikt się nikomu w miejscu publicznym na golasa nie pokazuje. A już starsza pani obcym ludziom… Nie uchodzi. No, ale kiedyś trzeba wyjść spod prysznica, nawet jak nie chcesz naruszać niczyich uczuć… Tak się poznaliśmy, Darwina z części centralnej dyrygowała mężem i mną, kto kiedy wychodzi, kto kiedy zamyka oczy… W końcu wszyscy troje byliśmy umyci, wytarci, ubrani i zaprzyjaźnieni lepiej niż na Facebooku.

To Darwina odkryła, że znak “Kobieta-Mężczyzna” na drzwiach łazienki jest dwustronny i daje się obracać. Jak wchodzi kobieta, to obraca znak na kobietę i łazienka jest damska, jak mężczyzna to…

Następnego dnia rano zobaczyłam u Jacka na plecaku muszlę świętego Jakuba. To przesądziło. Ja mojej ze sobą nie wzięłam, ale to nie muszla nas łączy, tych z Drogi Jakubowej, tylko Droga. Tak zaczęła się rozmowa, która mnie zaprowadziła do całkiem innego świata, świata ludzi, którzy maszerują i modlą się o pokój.

Wyglądają najnormalniej w świecie. On szczupły, wysoki, lekko siwiejący, poważny, ona wesoła, uśmiechnięta, przyjazna światu i życiu pulchna blondynka. Oboje w wieku średnim, on 40 lat, ona 37. Mijamy co dzień setki i tysiące takich ludzi, gdyby nie muszla niczego bym się nie dowiedziała.

jawpelerynie1

Idziemy, Jacek z tyłu za mną, w zielonej kurtce, z plecakiem, obok, w czerwonej kurtce i niebieskich spodniach Darwina; dla ciekawskich: ja z przodu z flagą w garści. Obok mnie autor poprzedniego wpisu, Krzysztof Nowak. Nadal jest tak, jak napisał: mgła i śnieg, śnieg i mgła, i tak przez cały dzień. Czasem przed czołem grupy przeleci rudel saren, tak ze sto na raz, czasem skoczy spod nóg siedem-osiem zajęcy (zdjęcie Janusz Ratecki)

Zaczęło się od pielgrzymek do Częstochowy, mówi Jacek. Ale te po jakimś czasie przestały mnie ciekawić. Jasne, z Chrzanowa, gdzie mieszka, jest do Częstochowy niespełna sto kilometrów. Rozumiem. Zaczął więc pielgrzymować do Wilna, a to już jest poważna odległość, ponad 800 kilometrów.
To trasa, która każdego amatora historii przyprawia o przyspieszone bicie serca. Tędy w roku 1520 przyjechała z Litwy do Polski Barbara Radziwiłłówna, piękna i nieszczęśliwa żona Zygmunta Augusta, to tą trasą ciągnął do Wilna jej kondukt żałobny. Ukoronowano ją 7 grudnia 1548 roku, zmarła 8 maja 1549 roku. 25 maja kondukt żałobny z trumną Barbary Radziwiłłówny wyruszył z Krakowa.  (…) Zygmunt August wraz z towarzyszącym mu orszakiem konno podążał za karawanem, przez miasta i wsie szedł pieszo. (…) 22 czerwca kondukt wszedł do Wilna. Po żałobnym nabożeństwie zwłoki Barbary Radziwiłłówny zostały pochowane w krypcie piwniczej Katedry pod kaplicą św. Kazimierza. (https://marszmilosci.wordpress.com/historia/)

Chronologicznie gdzieś pomiędzy Częstochową a Wilnem poznali się z Darwiną na czacie katolickim. Teraz chodzili razem. Pierwsza wspólna pielgrzymka – listopad, deszcz, śnieg, zimno, nikogo dookoła. Zima w Wilnie, -38°C. Trasa jako najlepszy sprawdzian małżeński.  W 2007 roku wzięli ślub.

Chodzili do Wilna, potem poszli do Rzymu trasą franciszkańską i do Santiago de Compostela trasą portugalską. Darwina studiowała, po studiach zaczęła pracę jako katechetka. Jacek, wieczny student, zaczął współpracę z projektem opieki nad więźniami Nowa droga.

Więźniowie wędrują setki kilometrów, by wrócić do normalnego życia, napisała dla Gazety Wyborczej Kornelia Wolf-Głowacka w grudniu 2015. Wiedziała, o czym pisze, bo przeszła część drogi z Bartkiem i jego opiekunem, Jackiem.

W ostatnich dniach pielgrzymki Bartek siadał na ławce i obwiązywał wytatuowaną nogę bandażem. Po kilkuset kilometrach nogi (…) dawały już o sobie znać. Należy im się szczególna atencja, gdyż to one, ich miarowy krok powtarzany przez wiele dni, z których uzbierał się miesiąc, wyprowadziły Bartka z więzienia.

Droga nie jest łatwa. Ale działa. Lepiej niż wszelkie programy resocjalizacyjne.

– Na dziesięć osób opuszczających zakład karny, do więzienia wraca 6-7 osób. Takie są statystyki – podkreśla opiekun wędrujących skazanych, Jacek Matuszczak. – Z 21 więźniów, którzy w Polsce przeszli Drogę do celi, nie wrócił żaden.

We Francji statystyki wskazują 90 proc. byłych więźniów, którzy po “Drodze” nie weszli w konflikt z prawem. Wzmianka o Francji nie jest przypadkowa. To tam Bernard Olivier, dziennikarz, który w krótkim okresie stracił żonę, matkę i pracę, postanowił nie poddać się złym myślom i przystanąć w biegu, choć brzmi to nieco paradoksalnie, jako że pretekstem do rozmyślań była piesza wyprawa do Santiago de Compostella. (…)

– Droga zmienia człowieka – zaznacza Jacek Matuszczak. – Uczy pokory, samozaparcia, wytrwałości. I tego, że świat ma lepszą stronę, czego możemy doświadczyć w kontakcie z napotkanymi ludźmi. W nich możemy ujrzeć dobro – w ich gościnności, otwartości, wyciągniętej dłoni. To ludzie w tej drodze są najważniejsi.

Z żoną i krzyżem Tau na szyi przemierzył tysiące kilometrów – drogą do Rzymu, szlakiem Jakubowym – z Lizbony do Santiago. A potem pielgrzymowali po krajach dotkniętych konfliktem – przez Kubę, Gruzję, z Ugandy do Rwandy. Zawsze w intencji pokoju. Nigdy z planem – gdzie spać, jeść, odpocząć. Mimo to głodu nie cierpią i zawsze znajdują nocleg, albo to nocleg znajduje ich.
(…)
– Nikt nas nie chciał bić z powodu krzyża. Niejeden raz gościli nas muzułmanie. Ludzie napotkani w drodze nie ścinają głów, czynią to opłacani najemnicy, ci, którzy są trybikami w machinie przemysłu zbrojeniowego – twierdzi Jacek. – Media tak dużo mówią o okrutnych muzułmanach, ale nie wspominają o tych normalnych, dobrych ludziach, którzy sami cierpią przez konflikty na tle religijnym. Gruzini wręcz uniemożliwiali podróż przez swą gościnność – zaganiali do domostw, rozpytywali, gościli. W Afryce witano ich szczerym uśmiechem. Gdy wędrowali przez Kubę letnią porą nazywaną z racji temperatur przez tubylców piekłem (50 stopni Celsjusza w dzień – 30 nocą) Kubańczycy z zapałem opowiadali o Popiełuszce, który cieszy się tam większą popularnością, niż w Polsce. Jest dla nich symbolem walki z systemem, walki, która nie wymaga przelewu krwi, ale wiary, wytrwałości, wewnętrznej siły. Przyjmujący pielgrzymów wiele ryzykowali – w kraju Fidela Castro nadal osadza się w więzieniu za zwykłą gościnność.

(…)

Jacek kocha drogę. To jedna z najważniejszych cech, jakich się wymaga od potencjalnych opiekunów. Kandydaci na “przewodników” przechodzą testy psychologiczne oraz specjalne szkolenie obejmujące zagadnienia związane z pedagogiką penitencjarną, komunikacją społeczną i metodycznymi aspektami pracy z młodocianymi przestępcami. Opiekunowie zachęcani są również do poszerzania wiedzy z zakresu prawa, turystyki, psychologii.

Przed wyprawą odpowiednie przygotowanie przechodzą również skazani. Miesięczna wędrówka to tylko jeden z czterech elementów dwuletniego programu. Przez pierwszych pięć miesięcy wytypowani (w wieku 18-26 lat) osadzeni pracują z psychologiem, wychowawcą i doradcą zawodowym. Po miesięcznej wędrówce uczestnik projektu przechodzi badanie umiejętności i odbywa kurs przygotowujący go do pracy u przedsiębiorcy, który współuczestniczy w projekcie. Po 5-miesięcznej praktyce zawodowej były więzień podejmuje pracę – gwarantowaną przez rok w ramach zatrudnienia wspieranego, współfinansowanego przez urząd pracy. Przez półtora roku może też korzystać z pomocy fundacji Postis – prawnej, a nawet finansowej. Bartek niewiele mówił o planach na przyszłość poza zakładem. Miał nadzieję wrócić do przedsiębiorstwa, gdzie był zatrudniony przed osadzeniem, ale stało się inaczej, zaczął pracę przy produkcji pieczarek.

(…)

Od 2015 r. Nowa Droga ma charakter ogólnopolski. W wyprawach uczestniczyli też byli więźniowie z Okręgowych Inspektoratów Służby Więziennej z Rzeszowa i Olsztyna (m.in,. ZK Uherce, Jasło. AŚ Olsztyn). Jak twierdzi prezes Stowarzyszenia POSTIS, Barbara Bojko-Kulpa, w przyszłym roku organizacja planuje rozszerzenie projektu na inne województwa, jak również na zakłady karne, gdzie osadzone są kobiety. Inspektoraty w całej Polsce, w tym w Okręgowy Inspektorat we Wrocławiu zostały powiadomione o projekcie.

Ale są jeszcze samodzielne wspólne wędrówki. I te dopiero wprawiają w podziw i zdumienie. Oboje twierdzą, że przeszli pewnie w tych pielgrzymkach po 20 tysięcy kilometrów na osobę. Te wędrówki to nie zabawa. Pokonują w nich średnio 30, a bywa, że nawet 50 kilometrów dziennie.  To wędrówki w intencji pokoju. Darwina i Jacek informują o nich na blogu Nasze wędrowanie.

W roku 2010 poszli do Rzymu, by, jak napisali, stanąć u grobu Jana Pawła II. 1500 km w 53 dni.

W roku 2011 połączyli Camino de Santiago z uczestnictwem w Światowych Dniach Młodzieży w Madrycie. W ogóle to przeszli już wiele części Camino, z Wilna do Gdańska, w Czechach, w Austrii. W średniowieczu Camino jak wielka sieć łączyło całą Europę.

W roku 2013 byli na Kubie, szli po śladach blogosławionego (jeszcze wtedy) Jana Pawła II.

W 2014 roku przeszli 1000 kilometrów przez Gruzję wzdłuż granicy z Turcją i Abchazją. Ich patronką była św. Nino, apostołka i patronka Gruzji, święta Kościoła katolickiego, ormiańskiego i prawosławnego.

W roku 2015 pielgrzymowali z Ugandy do Ruandy, tzw. Drogą Męczenników Ugandyjskich. Szli, jak sami napisali, przez drogi i bezdroża Afryki modląc się o pokój i pojednanie w Rwandzie, Afryce i na całym świecie. 900 kilometrów. W Afryce czuliśmy się bardzo bezpiecznie, mówią, ludzie są życzliwi. W Polsce jest podczas samotnej wędrówki dużo gorzej.

W roku 2017 dołączyli w Brnie do Marszu dla Aleppo.

Pytam jeszcze o filozofię tych wędrówek, która jest, wiem to, ich filozofią życiową.

Pokój, odpowiadają.
Miłosierdzie przed sprawiedliwością.
Etyka przed techniką.
Człowiek przed rzeczą.
Być przed mieć.

Kasza, cukier, bluzka, klocek…

Krystyna Koziewicz

Oj, mamuśki, mamuśki

Impulsem do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami są moje obserwacje dziecięcego świata widziane okiem seniorki. Przebywam dużo z wnukami i widzę, że w miarę szybko otwierają się na rozmowy, wyrażają emocjonalnie własne zdanie, marzenia, plany. Tak naprawdę mają tyle do powiedzenia, że głowa mała. Nasze wspólne rozmowy zawsze traktujemy poważnie, niekiedy nie przyznaję racji, staram się korygować i popierać stanowisko mamy, taty, nauczycielki. Zaskakują mnie jednak niezwykle trafną krytyką życia dorosłych, którzy popełniają błędy na oczach dzieci. Jednak żadne z nich nie odważy się zabrać głosu w tej sprawie, kochają rodziców bezgranicznie, co nie znaczy, że bezkrytyczne. Z babcią jest inaczej… można powierzyć wszystkie tajemnice. I tym sposobem zmierzam do celu. Nie opisuję tutaj żadnych odkrywczych rewelacji, ale to co mnie zasmuca to naga rzeczywistość bez retuszu.

Otóż, co najmniej raz do roku podczas letnich wakacji zabieram wnuki do siebie do Berlina, żeby wiedziały i poczuły, że należę do ich rodziny. Nie są ze mną na co dzień, więc staram się rekompensować deficyty intensywnie przez dłuższy okres czasu.

Dzieci, oczywiście, cieszą się bycia z babcią, lubimy się, rodzice też mają wiele powodów do zadowolenia. Obcowanie w wielopokoleniowej rodzinie to skarb, dar losu, marzenie wielu ludzi. Nigdy nie zauważyłam, żeby dzieci cierpiały z powodu wakacyjnego braku najbliższych. Wręcz odwrotnie, cieszą się z poluzowania norm, zasad, jakie zazwyczaj obowiązują w domu, co wcale nie oznacza, że im na wszystko pozwalam. Wolności maja tyle, ile sprawia im radość, a mnie bez kłopotu przychodzi. Zawieramy rodzaj umowy, co im wolno, a czego nie, ta forma okazuje się skuteczna, wtedy dzieci doskonale wdrażają ustalone przepisy, bo je znają.

Dzieci bez rodziców czują się świetnie, już tak nie tęsknią, jak wtedy, kiedy jeszcze były małe. Po prostu czują luz, swobodę u babci, która pozwala im być sobą, prezentują się w całej krasie ze wszystkimi nabytymi umiejętnościami. Zdolne to pokolenie jest i dobrze wychowywane – trzeba przyznać.

No cóż, mamuśki z reguły są święcie przekonane o swojej racji odnośnie wychowywania i odżywiania dzieci. Przywieziono mi więc z Polski produkty ekologiczne, które mam wykorzystywać do babcinych potraw. Są kasze, słodycze, kisiele, suszone owoce (w lecie!) i warzywa na pierwsze dni pobytu. Ekologiczne, oczywiście. Przy okazji nasłuchałam się wykładu o szkodliwości jedzenia z tanich sklepów, przez co nabawiłam się wrażenia, że niedługo umrę z zatrucia i ze mną cały świat.

Wzięłam sobie do serca ostrzeżenia, jeśli chodzi o dzieci. No i zaczęło się… proponuję dzieciom na obiad warzywa z kaszą i cielęcinę w sosie śmietankowym . Dzieciaki zrobiły dziwną minę, pewnie nie zachwyciłam ich propozycją… pytam więc, co chciałyby na obiad?

– Babciu tylko nie warzywa… mamy dość marchewki, brokolii, cukinii, kalafiora, kaszy jaglanej, gryczanej, soczewicy… wymieniają nazwy kasz, niczym pracownicy ze sklepu spożywczego.

Nie będę zdradzać tajemnicy, z jakim apetytem wcinały moje obiadki, podwieczorki i śniadanka. Zawsze z dokładką, zwłaszcza zupy. To wszystko, co mama przywiozła pewnie zabierze z powrotem do domu.

A wcale się nie opychają słodyczami, od czasu do czasu rączki sięgają do koszyka ze smakołykami, które same sobie wybrały w sklepie. Je, ale nie jest żarłoczny.

dzieciatka

Ciekawe, bo w domu niejadek, a w przedszkolu, szkoda gadać. Przypomniałam sobie pewną przedszkolną wycieczkę do lasu. Pojechałam razem z nim, zabierając co nieco do plecaka. Inni rodzice też. Kiedy dzieci zasiadły do stołu pełnego rozmaitych potraw, mój wnuczek rzucił się na jedzenie, niczym pies do miski i zgarniał łapczywie wszystko, zapychając buzię. Byłam w szoku, nie wierzyłam, że dziecko może być do tego stopnia łapczywe. Zapytałam nauczycielkę, czy wnuczek w przedszkolu też się tak zachowuje? Potwierdziła, zjada wszystko, zawsze prosi o dokładkę i wyjada od innych dzieci niejadków pozostawione porcje. W przedszkolu wszystko mu smakuje, u babci też, a w domu? Niejadek!

Z mojej strony nie będzie puenty, proszę samemu odpowiedzieć na pytanie, dlaczego?

P.S. (od Autorki) Ponoć seniorzy mają negatywny wpływ na dzieci i młodzież – czytam ostatnio w prasie polskiej. Głupich stwierdzeń jakiegoś idioty pewnie bez własnej rodziny, oderwanego od świata realnego nie mam zamiaru komentować.

P.S. (od Redaktorki) Zawsze to samo – fanatyzm w sprawie dobrego jest nadal fanatyzmem. Jestem za tym, żebyśmy my wszyscy, nie tylko nasze dzieci, jedli zdrowo. Jestem za tym, żebymy my wszyscy, nie tylko nasze dzieci, nosili ekologiczną odzież, bardzo bym była za tym, żebyśmyto  lub tamto… Ale bardzo nie lubię fanatyzmu, nawet w najlepszej sprawie…

 

 

Reblog d. przedruk: Porada życiowa!

Wszyscy czytajcie! I to po wielokroć! Dawno nie czytałam tak mądrego tekstu o tym, jak sobie radzić w życiu codziennym! A mianowicie

jak się nie kłócić!

kurszcze

Podstawowy błąd atrybucji

Podstawowy błąd atrybucji
Data publikacji: 24 czerwca 2016

Artur Giza-Zwierzchowski, terapeuta par i małżeństw
Pracownia Psychoedukacji
przy ul. Jagiellońskiej w Szczecinie

Psychologia społeczna niejednokrotnie wyświadcza swoją dziedziną nieocenione usługi. Dzieje się tak dzięki badaniom prowadzącym do wyjaśniania pewnych prawidłowości ludzkich zachowań. Jedno z jej odkryć, pochodzących jeszcze z lat 70 ub. wieku, wciąż pozostaje zbyt mało nagłośnione, tym bardziej, że może przyczynić się do obniżenia poziomu napięcia w związkach.

Podstawowy błąd atrybucji – o nim właśnie mowa – jest rodzajem zniekształcenia poznawczego, którego doświadczamy bardzo często analizując zachowania innych ludzi. Niestety niejednokrotnie dotyczy to także naszych najbliższych. W swej istocie podstawowy błąd atrybucji polega na tym, że oceniane przez nas zachowanie innych osób tłumaczymy jako wynik wewnętrznych cech charakteru tych osób. W przeciwieństwie do własnych zachowań, dla których zwykle bez najmniejszej trudności jesteśmy w stanie znaleźć wytłumaczenie w postaci zewnętrznych uwarunkowań niezwiązanych z naszymi cechami charakteru. Na przykład jeśli znajomy spóźnia się na spotkanie, to najprawdopodobniej jest spóźnialskim, niezwracającym uwagi na innych wokół siebie. Lecz jeśli to my nie jesteśmy punktualni, to z pewnością jest to wynikiem tego, że spóźnił się autobus, lub auto nie było zatankowane i musieliśmy jeszcze czekać w kolejce do dystrybutora. Czyż nie brzmi to znajomo w odniesieniu do przeróżnych sytuacji z życia związków? Ileż to razy podczas konfliktów w relacji mamy okazję usłyszeć z ust najbliższych dogłębną i bezlitosną ocenę naszych cech wewnętrznych niejednokrotnie wspartą dodatkowo teorią o dziedziczeniu biologicznym lub społecznym. “Jesteś leniem i bałaganiarzem i nic dziwnego, skoro rodzice cię nie nauczyli porządku, ale ja mam już tego dosyć.” W chwili takiej nie będzie miało najmniejszego znaczenia to, że regularnie odkurzacie, myjecie naczynia, rozwieszacie pranie i robicie zakupy. Nie zostanie także zauważone to, że mieliście akurat gorszy dzień w pracy, rozchorowało się dziecko lub domowe zwierzęta przedsięwzięły spisek przeciwko domowemu ładowi. To wszystko na nic. Na nic także próby wyjaśniania i argumentowania, prowadzą one tylko do dalszych konstatacji waszego wewnętrznego ustroju charakterologicznego. Usłyszycie więc najprawdopodobniej: „No tak, oczywiście ty zawsze jesteś taki święty, nigdy nie przyznasz się do winy zawsze znajdziesz wymówkę”. Co właściwie stawia was na z gruntu przegranej pozycji, albo nadal będziecie się tłumaczyć, potwierdzając powyższą tezę, albo zamilkniecie niemo przyznając rację interlokutorowi. Cóż, zatem pozostaje nam łagodna próba upowszechniania wiedzy na temat podstawowego błędu atrybucji, najlepiej w chwilach wolnych od obciążeń stanem konfliktu, podyskutować na ten temat bez zbędnych emocji. Dzięki temu w momencie, kiedy mimowolnie sięgniemy po ten sprawdzony mechanizm, będziemy mieli szansę uświadomienia sobie tego faktu i zastosowania racjonalnej korekty naszego postrzegania i reagowania. Nawet jeśli nie od razu się uda, to strategia taka powtarzana kilkukrotnie przyniesie w końcu pożądany skutek.

Masz pytanie do terapeuty par i małżeństw? Prześlij je pocztą na adres redakcja@kurier.szczecin.pl.

Fot. Robert Wojciechowski, Ryszard Pakieser

Reblog d. przedruk

Pamiętacie prawo Murphy’ego? Jeśli coś może się popsuć, to na pewno się popsuje… Ostatnio popsuł mi się humor, na szczęście dostałam do czytania cytaty niemal równie śmieszne jak prawo Murphy’ego…

Des MacHale, (Nasze życie w cytatach) Pół żartem pół serio

Niektóre z cytatów są po angielsku i ciekawie je zlayoutowano.

cytatwoodyallen

Ale jest i cytat niejako kontrujący Woody Allena: Długowieczność jest jedną z bardziej wątpliwych nagród za cnotę. / Longevity is one of the more dubious rewards of virtue. Ngaio Marsh (to wbrew pozorom nie on, lecz ona – pisarka z Nowej Zelandii; wiedziała, o czym pisze, bo długo żyła – od roku 1895 do 1982, urodziła się wtedy, gdy rodzili się moi dziadkowie, zmarła, gdy mój syn był już od kilku lat na świecie)

Muszę przyznać, że reklamujący książkę wydawca wybrał do blurba wyjątkowo trafne cytaty:

Moim ulubionym napojem jest wino należące do kogoś innego. (Diogenes) Takie są moje zasady. Jeżeli ci się nie podobają, mam też inne. (Groucho Marx) Komentarz jest darmo, ale fakty kosztują. (Tom Stoppard) Demokracja jest sztuką kierowania cyrkiem z klatki dla małp. (H.L. Mencken) Ty wygrałeś wybory. Ale ja wygrałem liczenie. (Anastasio Somoza) Bezstronna opinia jest zawsze całkowicie bezwartościowa. (Oscar Wilde) Ilu miałam mężów? To znaczy oprócz własnego? (Zsa Zsa Gabor) Nie znam pytania, ale na pewno seks jest odpowiedzią. (Woody Allen) Kiedy będę potrzebował twojej opinii, dam ci ją. (Laurence J. Peter)

A to mój wybór osobisty.

Wiem wszystko. Nie ma innego wyjścia, jeśli chce się przyzwoicie pisać. I know everything. One has to, to write decently. Henry James.

Nie mogę tyle słuchać Wagnera. Zaczyna mnie korcić, żeby podbić Polskę. / Can’t listen that much Wagner. I start getting the urge to conquer Poland. Woody Allen.

Kiedy słyszę słowo “kultura”, wyciągam książeczkę czekową. Jean-Luc Godard.

Amator to artysta, który utrzymuje się z innej pracy, żeby móc malować. Profesjonalista to ktoś taki, na kogo pracuje żona, żeby on mógł malować. Ben Shahn (amerykański grafik, jakby kto nie wiedział – ja nie wiedziałam).

Całowanie Woody Allena było jak całowanie Brlińskiego Muru. Helena Bonham-Carter.

Cieszę się, że podobało się wam, jak zagrałam Katarzynę Wielką. Mnie ona się też podoba. Władała trzydziestoma milionami ludzi i miała trzy tysiące kochanków. Ja robię, co mogę, w dwie godziny. Mae West.

Coś na czasie:

Bycie katolikiem nie powstrzymuje człowieka od aktów grzechu, ale odziera je z całej radości. Cleveland Amory (pisarz amerykański, walczył o prawa… zwierząt).

Wczoraj wieczorem czytałam Księgę Hioba. Nie wydaje mi się, aby Bóg wypadał tam najlepiej. I read the Book of Job last night – I don’t think God comes well out of it. Virginia Woolf.

Nowa wersja prawa Murphy’ego:

Wewnętrzna średnica rury nie może przewyższać zewnętrznej średnicy. W przeciwnym wypadku dziura byłaby na zewnątrz. Michael Stillwell (chyba menager, wybaczcie, ale nie umiem napisać menedżer).

W sprawie Rospudy, Puszczy Białowieskiej i Mierzei Wiślanej:

Rezerwat przyrody to obszar, na którym nie wolno założyć warsztatu samochodowego, ale można zbudować autostradę. James Gladstone (senator USA, Indianin Cree).

Komputerowcy mają swój własny język podobnie jak Węgrzy. Różnica jest taka, że jeśli wystarczająco długo przebywasz w otoczeniu Węgrów, zaczynasz chwytać, o czym mówią. Mitch Ratliffe (amerykański dziennikarz, specjalizujący się w publicystyce technologicznej).

Coś z własnej dziedziny, cytowane przez osobę zrozpaczoną stanem niechlujstwa językowego (niestety troszkę również w tej książce) , które zaśmieciło Polskę (a i Niemcy):

Gdybym mógł wybierać rodzaj broni, proszę pana, wybrałbym gramatykę. Halliwell Hobbes (angielski aktor, urodzony, podobnie jak Szekspir w Stratford on the Avon).

Nie miałem żadnego wykształcenia, więc musiałem używać rozumu. Bill Shankly (angielski trener piłkarski).

Ludzie, którzy uważają, że wszystko wiedzą są szczególnie irytujący dla tych z nas, którzy naprawdę wszystko wiedzą. Those who think they know it all are especially annoying to those of us who do. Harold Coffin (naukowiec amerykański, geolog, badacz rezerwatów przyrody).

Jestem absolwentem filozofii. Oznacza to, że potrafię mieć głębokie przemyślenia na temat pozostawania bez pracy. Bruce Lee (sprawdziłam – naprawdę, Lee studiował filozofię na Uniwersytecie Stanowym w Waszyngtonie).

Ach jej…

Musimy wierzyć w szczęśliwy traf, bo inaczej jak moglibyśmy wytłumaczyć sukces tych, których nie lubimy? Jean Cocteau.

Kto kiedykolwiek późno w nocy wszedł boso do pokoju swego dzieccka, nie cierpi Lego. Tony Kornheiser (amerykański dziennikarz sportowy).

W sprawie popustego humoru:

Nie wszyscy mnie nie znoszą, tylko ci, którzy mnie poznali. Not everybody hates me: only the people who’ve met me. Emo Philips (komik amerykański).

Bycie kobietą jest okropnie trudnym zajęciem, skoro wymaga przede wszystkim wchodzenia w relacje z mężczyznami. Being a women is terribly difficult trade, since it consists principally of dealing with men. Joseph Conrad (jeden z dwóch Polaków cytowanych w tej książeczce, drugim jest Kieślowski).

Też kiedyś paliłam…

To osoba niepaląca popełniła pierwszy grzech, sprowadzając na świat śmierć i wszystkie nasze zgryzoty. Neron był niepalący. Lady Macbeth była niepaląca. Zdecydowanie – historia ludzi niepalących daje im mało powodów do dumy. Robert Lynd (angielski eseista).

Ku pamięci mych własnych prób wyprodukowania białych czekoladek z szampanem. Kot wypił śmietankę:

Przepis kulinarny to systematyczna instrukcja przyrządzania składników, których zapomniałeś kupić w naczyniach, których nie posiadasz, aby otrzymać danie, którego resztek nie zje twój pies. Henry Beard (humorysta amerykański).

Nie cierpię rozsiewać plotek. Ale co innego można z nimi robić? I hate to spread rumours: but what else can one do with them? Amanda Lear.

Znam tę prawdę, niestety czasem zapominam o niej, a co gorsza – czasem inni o niej zapominają:

Nigdy się nie tłumacz. Przyjaciele tego nie potrzebują, a wrogowie i tak nie uwierzą. Never explain. Your friends don’t need it and your enemies will not belive you anyway. Elbert Hubbard (XIX-wieczny pisarz amerykański; znałam tę maksymę z powieści Willi Cather Drzewo białej morwy, ale nie wiem, czy może cytowała Hubbarda. A może on ją?).

I jeszcze to:

Każdy głupek potrafi krytykować, potępiać i narzekać i większość z nich to czyni. Any fool can criticise, condemn and complain, and most of them do. Dale Carnegie.

Nie chcę być milionerem. Chcę tylko żyć jak milioner. I do not want to be a millionaire. I just want to live like one. Walter Hagen (profesjonalny amerykański gracz w golfa; pochodził z biednej rodziny i zapewne dobrze wiedział, czego chce. Jego zdanie  przypomniało mi słynną maksymę śpiewającej rodziny Trapp: My nie jesteśmy biedni, my nie mamy pieniędzy. Z Trappami było na odwrót, byli w Austrii zamożni, a gdy uciekli przed Hitlerem do Stanów – zaczynali bez grosza przy duszy).

I na zakończenie zdanie, które cytuję jako prawnuczka słynnego laryngologa, który przed wojną znakomicie zarabiał:

Migdałki są zgrubieniem tkanki limfatycznej, które istnieją wyłącznie w celu zapewnienia wiktu, strojów i prywatnej edukacji dzieciom laryngologów. Michael O. Donnell (młody, prężny amerykański senator republikański, zajmujący się zagadnieniami legislacji przepisów dot. opieki zdrowotnej lub starszy wiekiem lekarz angielski. Ponieważ nie wiem który z nich rozmyślał o migdałkach, wybierzcie sobie, którego chcecie.)

 

Dwie Siostry o książkach i nie tylko. Wpis na niedzielę.

Katarzyna Krenz (i Ewa Maria Slaska)

My books are my power

W ostatnich, dość przygnębiających, miesiącach głównym zajęciem naszego społeczeństwa jest śmiech. Nie jest to jednak wyraz radosnej beztroski („Wiosna, panie sierżancie”), lecz reakcja skomplikowana i nieoczywista: z jednej strony pobrzmiewa w nim nuta prześmiewcza i pogardliwa, z drugiej – bardzo poważny niepokój o naszą wspólną przyszłość. Tak więc wszyscy się śmieją, jedni, żeby okazać swoją butę i bezkarność, inni, by się przed tym obronić. Polski śmiech to znak czytelny i oczywisty, jak sienkiewiczowska kometa, symptom chorobowy: Ojczyzna w potrzebie, trudne termina na nas przyszły.

Nie biorę udziału w tym powszechnym zajęciu, nie umiem. Zamiast tego (który to już raz w życiu?) ratuję się bronią naszych dziadków i rodziców – lekturą. Uciekam w krainę ukochanych książek, które zawsze były, nie tylko w mojej rodzinie, źródłem naszej wspólnej wewnętrznej siły, naszymi barykadami, naszą twierdzą. My home is my castle. My books are my power. Stara zasada, ale działa. Pomaga. Pozwala uciec, nie uciekając, a przy okazji odświeżyć pamięć (i dzieła autorów) sprzed wielu lat.

Lista remediów literackich jest długa. Dzięki naszym Rodzicom w dzieciństwie miałyśmy z Siostrą otwarty dostęp do księgozbioru dorosłych, a zważmy, że była to jeszcze epoka, gdy każdy szanujący się oczytany człowiek miał obowiązek poznać tak zwany „kanon” czyli dzieła światowych klasyków. Homer i Wergiliusz, Dante i Petrarka, Montaigne i Rabelais, Proust, Zola i Balzac, Goethe, Heine i bracia Mannowie, Sienkiewicz, Prus i trzej wieszczowie, Skamandryci i poezja hiszpańska, Dickens i Galsworthy, Tołstoj i… I tak dalej. Potężna dawka wiedzy o świecie, doświadczenie egzystencjalne, ale też odpowiedź na pytanie o to, kim jestem. Ludzie oczytani to była kasta wybrańców, którzy porozumiewali się jasnym dla siebie kodem, rozpoznawali się w tłumie, samoistnie dobierali w grupy ponad podziałami klasowymi, niezależnie od profilu wykształcenia i wykonywanego zawodu, nieważne: inżynier czy humanista, lekarz czy prawnik. Vide: nasz Ojciec – inżynier budowy okrętów, który czytał zawsze i wszędzie, w najdziwniejszych warunkach i sytuacjach, na środku oceanu i w lodach Arktyki i Antarktydy – godzinami mógł rozmawiać o wojnach punickich, a z dorobku dwóch ukochanych autorów, Conrada i Lema, przeczytał wszystko, co napisali.

G.K. Chesterton pojawił się w naszej rozmowie niespodziewanie. À propos, oczywiście, i jako dowód. Rozmowa dotyczyła naszych czasów i literatury. Że dziś oferta na rynku wydawniczym jest tak ogromna, że właściwie nie wiadomo, co czytać. Wszystkie książki są naj-, a większość autorów – nieznana, dlatego trudno ocenić, czy to sezonowa efemeryda czy też prawdziwe odkrycie i nowe spojrzenie, świeży powiew. Recenzjom trudno wierzyć, dziś książka to taki sam towar jak świeże kaszubskie truskawki, musi się sprzedać. Rynek jest tak „szybki”, że książki „żyją” przeciętnie trzy tygodnie, potem znikają, umierają. O żadnym kanonie współczesności nie ma co marzyć, tout casse, tout passe, tout lasse. I wtedy ktoś otwarcie przyznał, że on się nie ściga. Nie dlatego, że nie potrafi, tylko dlatego, że nie chce. Zamiast tego wybiera i czyta „swoje”, i często nie są to wcale autorzy żyjący, tylko właśnie klasycy świętej pamięci. I że niezawisłość w doborze lektury jest przyjemnością nie do przecenienia. Tak powiedział. Zwłaszcza teraz.

Gilbert Keith Chesterton (1874-1936), pisarz angielski. Reprezentował poglądy konserwatywne, przeciwstawiał się ideom socjalizmu i agnostycyzmu. Był mistrzem groteski, paradoksu i humoru absurdalnego. W młodości sam agnostyk, z czasem zmienił poglądy i włączył się w nurt odnowy duchowej Kościoła anglikańskiego. W 1922 przeszedł z anglikanizmu na katolicyzm. Swoją drogę do poznania wiary opisał w monumentalnym dziele Ortodoksja. Pod wpływem katolickiej nauki społecznej stworzył (współtwórcą był Hilary Belloc) teorię tzw. dystrybucjonizmu, odrzucającą zarówno kapitalizm, jak i socjalizm, głoszącą potrzebę budowy społeczeństwa opartego na upowszechnieniu drobnej własności. Był sympatykiem Polski, którą odwiedził w 1927 roku, co przyczyniło się do jego popularności w naszym kraju już w dwudziestoleciu międzywojennym. Listę jego dzieł można znaleźć w wikipedii (skąd pochodzą powyższe informacje); dla niewtajemniczonych: jego znakiem firmowym jest cykl nowel detektywistycznych z postacią ojca Browna.

Latająca gospoda to była jedna z ulubionych książek w naszym domu. Nie z powodu katolicyzmu angielskiego autora. Po prostu. Mądra jak Colas Breugnon, zabawna jak Klub Pickwicka, inteligentna jak Trzech panów w łódce, jak… Jednym słowem: kanon, może nie ten wysoki, klasyczny niczym XIX-wieczna idea Grand Tour, co to każdy kulturalny człowiek… Ale kanon. I moja Siostra właśnie czyta. Znak jakże znaczący, przynajmniej dla mnie. Przypomnienie.

Kanon literatury światowej? Chesterton? Świat pędzi jak oszalały ku wielorakim zagładom, a my tutaj rozmawiamy o jakimś starociu sprzed 102 lat! A jednak… Nostalgia ma swoje prawa, a ponieważ egzemplarz „Latającej gospody” z jakiegoś powodu nie stał na półce angielskiej, tam, gdzie powinien, odruchowo zajrzałam do internetu. Znalazłam, weszłam na odnośną stronę i – oniemiałam. Z początku czytałam spokojnie:

Gilbert Keith Chesterton, Latająca gospoda. Średnia ocena 6,87 (30 ocen i 7 opinii). Zobacz oceny. Gdzie kupić książkę. Szczegółowe informacje: Obowiązkowa Msza Święta w kościele w Beaconsfield oraz kufel dobrego angielskiego piwa w miejscowej gospodzie – oto jak dla G. K. Chestertona wyglądać musiała niedziela. Jedno zresztą związane było z drugim, gdyż według brytyjskiego pisarza właśnie chrześcijaństwo uzbraja człowieka w umiejętność prawdziwego korzystania z życia. To połączenie było dla niego wyznacznikiem old merry England – starej, wesołej Anglii: tradycyjnej, chrześcijańskiej, plebejskiej krainy, w której ludzie potrafili się prawdziwie cieszyć… – Czytaj więcej.

Nacisnęłam strzałkę „rozwiń”:

Taki też właśnie obraz kreśli w swej LATAJĄCEJ GOSPODZIE, sowizdrzalskiej powieści, opartej na motywie buntu trzech kompanów wobec administracyjnego nakazu prohibicji. Na znak protestu wesołkowie przemierzają kraj z wielką beczką rumu i ogromnym kawałem sera, urządzając obok zamkniętych gospód szalone biesiady. Książka Chestertona to sprzeciw wobec postoświeceniowych „racjonalistycznych” trendów, które całe bogactwo ludzkiego doświadczenia chciałyby pozamykać w sztywnych ramach procedur i kodeksów.

Moja książka! Jest! Już zamierzałam przejść do procedury kupowania, gdy nagle mój wzrok przykuły dwie małe linijki: Seria: Powieści z krzyżykiem. Wydawnictwo: Fronda.

No i teraz już nie kupię. Pożyczę z biblioteki, poszukam na pchlim targu, przepiszę na maszynie, ale tego wydania nie kupię. Wiem, literatura to dobro wspólne, ale Chesterton wpisany w formułę, cytuję:

Od debiutu w 1994 roku aż po dzień dzisiejszy wydawnictwo Fronda wydaje awangardowy kwartalnik oraz nietuzinkowe książki w trzech głównych kategoriach: publicystyka konserwatywno-prawicowa, książki historyczne odkłamujące historię Polski i świata, literatura katolicka podawana w nowatorskiej formie. Czytelnicy doceniają publikacje wydawnictwa Fronda za niezaprzeczalną wartość merytoryczną oraz wyrazistość. Nie byłoby to możliwe bez znakomitych autorów, takich jak: Gilbert Keith Chesterton, Szymon Nowak, Sławomir Cenckiewicz, Tadeusz Płużański, Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz, Piotr Gontarczyk.

to uzurpacja. Bezpodstawne zawłaszczenie. Jakbym usłyszała czyjś szyderczy śmiech. Bo to była „nasza” książka.

PS KK: Nie wspomniałam o okładce, ale to dlatego, że brak mi słów.

Islam ante portas

PS EMS: Czytam Latającą gospodę (w naszym wydaniu! w naszym, a nie tej wstrętnej Frondy), bo to książka o tym, jak dwóch mężczyzn i kobieta przeciwstawili się całemu państwu (inna wersja Kohlhaasa, który w Niemczech był tak tragiczną postacią, a w Anglii jest dowcipny i surrealistyczny), a ja lubię opowieści o tym, że warto się przeciwstawiać.

Ale czytam też dlatego, a może przede wszystkim, bo wszyscy teraz czytają Uległość Michela Houellebecqa. A ja nie, nie czytałam, nie chce mi się, wystarczy mi, że wiem, iż jest to, jak pisze Wikipedia, fikcyjna opowieść z 2022 roku, gdy prezydentem Francji zostaje muzułmanin, który zamienia Francję w kraj wyznaniowy. Bo to jest właśnie taka sama historia, w Latającej gospodzie cichcem, za plecami społeczeństwa zislamizowano Anglię, o czym cytowany przez moją Siostrę tekścik wydawnictwa Fronda w ogóle nie wspomina. Kawał sera i kufel piwa w pubie okazują się siłą sprawczą i falą nośną buntu społecznego. Wspaniała książka, poczytajcie sobie. Najlepiej poszukajcie tego wydania, które myśmy obie czytały jako młode panny i nie kupujcie wydania Frondy, bo – moja siostra ma racje! – to nasza książka, a Fronda to bezwstydna uzurpacja. 

Nota bene, przypominam, że kilka tygodni temu mahometanin został burmistrzem Londynu i że nie zanosi się przez to na islamizację Anglii. A Chesterton w Latającej gospodzie nie jest prorokiem i nie walczy z islamem, lecz występuje w obronie prawa człowieka do radości życia, a sprzeciwia się oszustwom politycznym i obłudnym fanatykom. Jakiejkolwiek religii.

Nota bene ta okładka Houellebecqa… ach… też szkoda słów…

Książki latem

Moi Drodzy, na pewno już Wam nosem wyszły moje opowieści o książkach znalezionych na ulicy, dziś więc na odmianę o książkach w ogóle. Byłam właśnie w Gdańsku, opowiem więc o kilku spotkaniach i sytuacjach jakie miały miejsce w moim rodzinnym mieście.

Ewa Maria Slaska

Szczygieł, drozd, Minotaur

Ze Szczygłem (Mariuszem) spotkałam się w Gdańsku, a ściślej rzecz biorąc księgarnia-kawiarnia Sztuka Wyboru (w starych koszarach na ulicy Słowackiego) zorganizowała spotkanie, a ja w nim wzięłam udział. Szczygieł jest świetnym facetem, inteligentnym, dowcipnym, uczciwym, skromnym, a jednocześnie znającym swoją wartość. Ponieważ jestem już starszą panią, mówię bezinteresownie i jest mi obojętne, co ktoś sobie pomyśli, to powiem, że Szczygieł jest zapewne ideałem mężczyzny, o jakim marzy każda inteligentna kobieta. A mówiąc to pozwolę sobie zacytować samego Szczygła: Nie mam przy tym poczucia obciachu.

szczygiel1

Szczygieł promował swoją najnowszą książkę Projekt: prawda. W zaproszeniu na spotkanie organizatorzy piszą, że to pozycja, jakiej na polskim rynku wydawniczym jeszcze nie było. Książka jest kolażem, na który składają się miniatury Mariusza Szczygła z własnego i cudzego życia oraz powieść z 1959 roku Portret z pamięci zapomnianego dziś pisarza, Stanisława Stanucha. 

Podczas spotkania zdążyłam zanotować przynajmniej część błyskotliwych wypowiedzi Autora.

Życie nie jest piękne, ale ja chcę je tak widzieć.
Życie niczemu nie służy, ale warto tak żyć, żeby znaleźć w sobie jego sens.

Na potwierdzenie tej prawdy Szczygieł przytacza opowieść o Laotańczykach, którzy produkują pamiątki z bomb, zrzucanych podczas wojny na Laos. To co nas zabijało, teraz nas żywi, mówią. To ich prawda. Każdy ma inną, ale każdy musi dojść w życiu do własnej prawdy.

Sukcesy odnoszą tylko ci, którzy są wolni od rutyny. Jeżeli twoją rutyną jest siedzenie na krześle – wstań.

Tak żyć, żeby dobrą drogą dojść do śmierci. Ale też: tak żyć, żeby miał nas kto trzymać za rękę, gdy będziemy umierać.

Pisanie jest jak seks, musi doprowadzić do orgazmu.
Piszę korzystając z “efektu wioski” czyli patrząc mojemu rozmówcy w twarz.
Im więcej znamy ludzi, tym większy odnosimy sukces.
Reportaż to taki wynalazek, żeby jedni ludzie zrozumieli innych ludzi.
To co mówią ludzie jest dla mnie prezentem.

Ale i prawdy proste, zgoła gramatyczne:

Każda myśl się najlepiej upowszechnia, jeśli jest sformułowana z czasownikiem.

No to ja też sformułuję prawdę z czasownikiem, a nawet dwoma: Dobrze jest spotykać tych, którzy myślą.

Następne spotkanie z człowiekiem myślącym: Piotr Bogdanowicz, przyjaciel od wielu lat. Kiedyś, wieki temu, napisał kilka książek. Mam je do dziś na półce i znajduję natychmiast – pamiętam, że są białe, stoją więc na “białej półce”.

Neues Bild

Człowiek i czas, Człowiek i sztuka, Człowiek i przestrzeń. Podręczniki dla młodzieży. Bardzo ciekawe, warte wznowienia, zapomniane. A jednak… Autora zaproszono ostatnio na konferencję o zagospodarowywaniu przestrzeni wiejskiej. Ależ dlaczego ja?, zapytał. Bo napisał Pan książkę Człowiek i przestrzeń, padła odpowiedź. Piotr pojechał więc na konferencję, gdzie okazało się, że jedna z uczestniczek miała nawet ze sobą rzeczoną pozycję literacką.

czliprzestKupiła w antykwariacie za kilka złotych. Tak to jest, ja moje książki też odkupuję w antykwariacie za grosze. Odkupuję, bo stale je ktoś pożycza, obiecuje oddać i… no zresztą… W książce była kartka z jakiegoś sprawdzianu szkolnego, “pani” kontrolowała, co uczniowie pamiętają z rozdziału o Minotaurze, jaką nić dała Ariadna Tezeuszowi i jakiego koloru miała włosy?

Gdy Piotr pisał tę książkę, dużo rozmawialiśmy o labiryntach, o Borgesie i Piranesim, czytaliśmy te same książki… Wtedy jeszcze nie byłam ani w Santiago de Compostela, ani w Jerozolimie, ani w Knossos ani nawet w Chartres, nie chodziłam po prawdziwym labiryncie ani po kościelnych posadzkach, gdzie labirynt jest namiastką pielgrzymki dla najbiedniejszych. Dlatego nad labiryntami w kościołach wieszano dwunastoramienne świeczniki zwane Jerozolimą.

Ostatniego dnia przed wyjazdem z Gdańska idę do parku Reagana na piknik KOD-u. Dwóch fajnych (myślących? myślę, że tak) chłopaków ma stragan z book crossing.

zabicdrozda

Biorę Zabić drozda, książkę o której stosunkowo niedawno TU pisałam. W środku karteczka… Znowu! Ale tym razem jednak dla mnie!

20160606_100754

Dziękuję tym, którzy myślą i tym, którzy kochają…

Reblog na Wielki Post

Nadesłany przez “naszego” Zbyszka Milewicza z następującym komentarzem: Ewuniu, proponuję Ci kolejny przedruk, myślę, że tekst dobrze się wpisuje w czas Wielkiego Postu, który dla wierzących powinien stać pod znakiem refleksji i duchowej odnowy. Niewierzącym też nie powinien zaszkodzić 😉

W sam raz lektura na Wielki Tydzień

Od pychy do lenistwa: 7 grzechów głównych Polaków

tekst opublikowany w Gazecie Krakowskiej 18 grudnia 2014 aktualizowany 18 marca 2015

Pycha. Chciwość. Nieczystość. Zazdrość. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Gniew. Lenistwo. To według katechizmu Kościoła katolickiego 7 grzechów głównych. O nich, a właściwie o 7 wadach głównych Polaków, z księdzem dr. Robertem Nęckiem, rzecznikiem Archidiecezji Krakowskiej, a także badaczem nauk społecznych na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II – rozmawia Maria Mazurek.

Porozmawiamy o grzechach głównych?

Będąc precyzyjnym: o wadach głównych. Zwyczajowo możemy mówić “siedem grzechów głównych”, ale grzechami one nie są. Za to stają się podstawą do rozwijania się innych występków i patologii, skłonnościami do popełniania tych samych nieprawości. Wady główne są więc naszymi słabościami.

Skoro to nasze powtarzalne słabości, to nie musimy się z nich spowiadać?

Musimy. Dlaczego Pani tak sądzi?

Bo skoro jesteśmy zazdrośni lub leniwi z natury, to nie nasza wina.

Nigdy nie jesteśmy zazdrośni czy leniwi z natury. Możemy mieć predyspozycje do pewnych słabości, ale mamy obowiązek pracować nad sobą. Jeśli nie pracujemy – grzeszymy.

Grzech główny numer jeden: pycha. Co to?

Jeśli odpowiadałbym pani teraz na pytania, a w moim głosie byłaby pogarda, to popełniałbym grzech pychy.

Czyli wywyższania się nad innymi?

Tak.

Pytam, bo słyszałam też inną interpretację tego grzechu. Że to nie poczucie wyższości nad innymi, ale stwierdzenie, że to, co mam, zawdzięczam sobie.

To też. Święty Paweł pytał: Cóż masz, czego byś nie otrzymał?

Od rodziców, od Boga, od życia?

Od wszystkich. Człowiek nie jest samotną wyspą. Drażni mnie, gdy ktoś podkreśla: To, co osiągnąłem, zawdzięczam sobie. Takie postawienie sprawy jest typowe dla tzw. nowobogackich – ludzi, którzy szybko się dorobili. Wie pani, jaką definicję nowobogackiego miał arcybiskup Józef Życiński? “Człowiek, który zrobił sam siebie”. A ja pytam: gdzie byli np. twoi rodzice?

“Czcij ojca swego i matkę swoją”.

Szacunek do rodziców jest obowiązkiem chrześcijan. Zawsze, gdy o tym myślę, przypomina mi się wzruszająca anegdota ze starożytnego Rzymu o Koriolanie i jego matce. Koriolan był rzymskim oficerem, który mimo młodego wieku bardzo szybko piął się po szczeblach hierarchii wojskowej. Ale to niektórym się nie podobało. Uniesiony więc honorem przeniósł się do “armii wroga”, czyli do Wolsków, gdzie został naczelnym dowódcą sił zbrojnych. Rozkazał atak na miasto. Kiedy Rzymianie zobaczyli swój błąd, wysłali do Koriolana najważniejszych polityków z błaganiem, by zmienił zdanie. Nie pomogło. Następnie duchownych w szatach liturgicznych, którzy na kolanach prosili go, by wrócił do Rzymu. Koriolan nimi też wzgardził. Potem podarowali mu złoto, które jeszcze bardziej go rozzłościło. Wreszcie, w akcie rozpaczy, wysłali do niego matkę. Ona uklękła i zaczęła błagać go, by zażądał odwrotu wojsk. Podniósł ją, przytulił i powiedział: Matko, ocaliłaś Rzym, ale straciłaś syna. Koriolan zdążył nakazać odwrót wojsk, ale zaraz potem został zabity przez Wolsków.

Ładne.

Pogańskie opowiadanie, a wpisuje się w chrześcijaństwo. Nie rozumiem, jak dzieci mogą gardzić swoimi rodzicami, jak mogą pławić się w luksusach, podczas gdy matki i ojca nie stać na podstawowe potrzeby.

Ale zapytam raz jeszcze, bo nie do końca rozumiem: Czym jest to poczucie wyższości zwane pychą, oprócz tego, że twierdzeniem, iż wszystko zawdzięczam sobie?

Źródłem zamknięcia się na innych, egoizmu.

Ale jeśli znam swoją wartość i lubię siebie, to popełniam grzech pychy?

Nie. Bóg nie chce, byśmy mieli kompleksy, nie wierzyli w swoje możliwości, źle się oceniali. Pokochanie siebie jest warunkiem tego, by pokochać innych. Przecież w Biblii jest napisane: “Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego”. Nie mogą polubić świata i bliźnich ci, którzy depczą samych siebie. W grzechu pychy chodzi o coś innego – by znać swoje ograniczenia. By nie czuć się bogiem, od którego wszystko zależy.

Czemu mówi się, że pycha to najgorszy grzech?

Bo z niego wynikają wszystkie inne. Choćby chciwość bierze się z poczucia, że należy nam się więcej niż innym, bo jesteśmy ponad wszystkimi.

 Poniżej:
Pycha w interpretacji Johanny Rubinroth    01superbia

Dalsze grzechy
Dalsze interpretacje

Reblog: Hania’s Instant Happiness Self Help Book

Hania była już u nas na blogu. To ta dziewczyna, która zaprosiła rodziny uciekinierów syryjskich na święta do Krakowa. Dziś, w Niedzielę Palmową, Hania jako doradczyni życiowa.

Hania Hakiel

I am thinking about writing one of those Instant Happiness Self Help Smartass Books: “1 step to recognize if she/he is a right person to marry”. This one step is “Go for a road trip through Namibia”. Imagine driving hundreds of kilometres through the desert without even seeing another person and being passed by maybe a few cars. Imagine climbing sand dunes in enormous heat. Imagine having your food being stolen by shakals and your road blocked by stubborn (beautiful!!!!!) gazelles and zebras. Imagine planing the road together when there is no info about the lonely roads you want to take. Imagine taking care for water and fuel supplies so you can always survive 3 days without any civilization. Imagine listening together to perfect silence…Imagine ending up in paradise … (or on a different planet)… And camping on a desert will allow you to verify what your potential long term partner knows about the stars and scary looking bugs bigger than your hand, about initiating fire, cooking yummy dinner out of can food… And when doing all these things you also get to know yourself– how good life-long partner are you for yourself? Are you allowing yourself to scream like a child when spotting Pumba (a friend of Lion King)? But before I write this bestseller I send you love from paradise.

hania-namibia10  hania-namibia1  hania-namibia3 hania-namibia4 hania-namibia5 hania-namibia6 hania-namibia7 hania-namibia8 hania-namibia9
hania-namibia2