Das ist eigentlich die Geschichte einer gefühlten Fremdheit, oder einer Leidenschaft, und deren Stationen im Leben von Menschen, die sich für die intensive, wirkliche und alltägliche Verständigung zwischen den Mitmenschen, vielleicht aber doch speziell zwischen Polen und Deutschen einsetzen und eingesetzt haben.
Auf jeden Fall durchbricht diese Freifläche bei Berlin Global, die am Freitag eröffnet und mächtig gefeiert wurde, die gewaltige steinerne Fassade des Kolosses Humboldt-Forum, eines Riesen, der immer noch nicht seinen Platz und seine Aufgabe gefunden hat. Die Ausstellung macht den Ort lebendig. Zur Eröffnung strömen vor allem junge Polen aus allen Richtungen, aber auch ein paar Veteranen der deutsch-polnischen Verständigung, ein paar Deutsche Freunde, Interessierte, Verlorene. Sie alle lassen sich das Konzept erklären, sind von der Farbigkeit und der gelungenen Inszenierung fasziniert. Sie lassen sich die Orte in Berlin vorführen, die mit Polen, der polnischen Geschichte, den polnischen Menschen verbunden sind, die Videos auf großen Bildschirmen mit Gesprächen, Aussagen von mehrheitlich Polen zu den Themen wie: Fremdheit, gefühlte, erlebte, Eingewöhnung, deutsch-polnische Beziehungen, Solidarność versus Solidarität im Leben, seit dem Krieg in der Ukraine und auch vorher…
Film został nagrodzony Oskarami i teraz wszyscy o nim mówią. Poprosiłam dwie blogowe Autorki o opinię.
Ela Kargol
Strefa życia i strefa śmierci. Każda z nich to strefa interesów.
Fabryka pracuje na pełnych obrotach, tuż za płotem strefy życia wielkie piece, stale udoskonalane, palą, to co ma być spalone. Byle szybciej, byle więcej. Głośno, bardzo głośno, ale do tych odgłosów można przywyknąć, a kto nie przywyknie, ten opuszcza strefę. Nie opuściłam kina, choć dźwięki przeszkadzały, utrudniały oglądanie. Pies też mnie denerwował. Za dużo go było na ekranie. Rudolf dbał o karierę, rodzinę i konia. Złotowłosa Hedwig o dom, ogród, dzieci (?) i swoje miejsce na ziemi w swojej strefie.
Niesforny jest popiół, bo wlezie tam, gdzie nie powinien. Osadza się, sieje się sam na polach, wchodzi przez okna i drzwi, frunie hen. Czasem rzeką popłynie, aż do Wisły i dalej. Tata chciał nauczyć mnie pływać w tej rzece, właśnie w tej. Ale rzeka nie chciała. Ja o popiołach wtedy nic nie wiedziałam. Pływać nauczyłam się w Poznaniu, na pływalni zrobionej ze synagogi.
Buty, walizki, okulary, kule, ubrania, torby, zdjęcia….- rzeczy, których nie zdążono spalić, zniszczyć, przebrać, wysegregować za szklanymi oknami wystawowymi zaświadczają o istnieniu fabryki. My wchodzimy na teren obozu przechodzimy obok i wychodzimy tym samym wyjściem, Po tylu latach „Arbeit macht frei“ niewiele znaczy, znaczy się wiemy, co znaczy, co znaczyło wtedy, ale nie doświadczymy nigdy tego samego. I widok tych butów i kapeluszy i sztucznych szczęk niczego nie zmieni, niczego nie nauczy. Sulamit ma teraz inne imię, jej włosy są nadal spopielałe, ale śmierć nie jest tylko mistrzynią z Niemiec.
Pielęgnujemy swoje ogrody, dbamy o dom, o psa, kota, czasem konia, staramy się dobrze wychować dzieci, służbę traktujemy należycie, podlewamy róże i dalie. Na płatki róż opada popiół i już nie są czerwone, kalarepa ma smak śmierci, a wino i tak się przestało piąć po murze. Mimo wszystko było pięknie. Dzieci dokazywały, śmiały się i biegały nie znając umiaru, pluskały w basenie i nie bały się Baby Jagi. Nie dla nich Baba Jaga rozpalała ogień w piecu. Nie dla nich budowano kominy. Nie dla nich spadały gwiezdne talary.
Dwa światy równoległe.
Pozytyw, negatyw.
Tak blisko siebie. Tak daleko. Wtedy i jeszcze przedtem, teraz i potem.
Niewiele się zmieniło. “Czarne mleko jutrzni…” rozlewa się nadal.
Monika Wrzosek-Müller
Czy dzieci naprawdę bawią się złotymi zębami? Czy babcia, czyli mama pani domu, czyli Hedwig wyjeżdża, bo coś zrozumiała? Czy mniejszy chłopiec ma trochą skrzywione życie potem, bo się boi brata i w ogóle wszystkiego naokoło? Dlaczego Höß wymiotuje w Oranienburgu, choć w Oświęcimiu tak mu sie podoba? Czy dziewczyna, która rozkłada jablka dla więziennych pracowników jest z bajki, czy jest rzeczywista postacią? Czy Hedwig ma stosunek z ogrodnikiem? Czy służące też kiedyś zostaną spalone w wydajnych i nowoczesnych piecach?
Pytania i pytania i może dobrze, bo inaczej pewnie już nikogo ten temat nie zainteresuje; jak pokazać generacjom pokoju taką makabrę? Jak ich pozytywnie zaszokować? Czy artystycznie przetkany film coś zmienia, daje inną perspektywę? Dźwięki były wspaniałe, sugerowały rzeczywistość zza płotu. Dlaczego nie było zapachu, na pewno musiało śmierdzieć?
Im dłużej myślałam o tym filmie, tym bardziej mi się podobał; choć na początku wyszłam rozzłoszczona, jak można tak nic nie pokazać, niby pokazując wszystko?
Ciekawe nie przychodzi mi po tym filmie do głowy, żeby pisać: reżyser…, rola główna…, produkcja… Coś jednak jest inaczej, tylko czy rzeczywiście dotrze do młodych, nie wiem.
Ewa Maria Slaska
Mi się film bardzo nie podobał. Uważam, że teraz nic nie pokazuje i jeśli ktoś przedtem nie wiedział, co się tam dzieje, potem też nie będzie wiedział, a za to (za to?) za kilka lat młodzież, oglądając ten film bez kontekstu Oskara i aktualnych komentarzy, zapyta, czemu robiło się tyle krzyku o tę wojnę, skoro tak naprawdę nic się nie wydarzyło.
Strefa interesów (ang. The Zone of Interest) – dramat historyczny z 2023 roku w reżyserii Jonathana Glazera, luźno oparty na powieści Martina Amisa z 2014 roku. Prace nad filmem trwały 10 lat. Jest to koprodukcja Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Polski (PISF). Film przedstawia codzienne życie niemieckiego nazistowskiego komendanta KL Auschwitz Rudolfa Hößa (Christian Friedel), który wraz z żoną Hedwig (Sandra Hüller) stara się zbudować wymarzone życie w willi zlokalizowanej w strefie interesów niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz.
Premiera Strefy interesów odbyła się 19 maja 2023 na 76. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes, gdzie film zdobył nagrodę Grand Prix i nagrodę FIPRESCI. Został uznany przez National Board of Review za jeden z pięciu najlepszych międzynarodowych obrazów 2023 roku. Otrzymał Oscary dla najlepszego filmu międzynarodowego i za najlepszy dźwięk.
Rok produkcji
2023
Data premiery
19 maja 2023 (Cannes) 15 grudnia 2023 (Stany Zjednoczone) 2 lutego 2024 (Wielka Brytania) 8 marca 2024 (Polska)
Kraj produkcji
Stany Zjednoczone Wielka Brytania Polska
Język
niemiecki polski jidysz
Czas trwania
105 minut
Reżyseria
Jonathan Glazer
Scenariusz
Jonathan Glazer
Główne role
Christian Friedel Sandra Hüller
Muzyka
Mica Levi
Zdjęcia
Łukasz Żal
Scenografia
Chris Oddy Joanna Kuś Katarzyna Sikora
Kostiumy
Małgorzata Karpiuk
Montaż
Paul Watts
Produkcja
Ewa Puszczyńska (Extreme Emotions) James Wilson (Two Wolves Films)
Wytwórnia
Polski Instytut Sztuki Filmowej Film4 Access JW Films Extreme Emotions
Dystrybucja
A24 (Stany Zjednoczone i Wielka Brytania) Gutek Film (Polska)
PM Februar 2024 # Frauen & Kultur & Geschichte # deutsch-polnisches kollektives Gedächtnis
3. Polkopedia Workshop / Austellung ab 15 Uhr
Nach 3. bewegenden Workshops laden wir am Sam, den 24. Februar 2024 in die Regenbogenfabrik (Lausitzer Straße 21a, 10999 Berlin) ein zur Eröffnung der Ausstellung Frauenportraits der vergessenen Heldinnen – der Opfer des Nationalsozialismus, die aus den Seiten der Geschichte gelöscht wurden und wieder ihr Gesicht bekommen. Wir widmeten ihnen drei Workshops, in denen wir sie durch das Verfassen von Biografien erinnerten und würdigten.
Im Strafgefängnis Plötzensee wurden während des 2 Weltkrieges über 40 polnische Konspiratorinnen hingerichtet.
Wer waren diese Frauen? Wofür haben sie ihr Leben verloren? Den meisten enthaupteten polnischen Frauen wurde Hochverrat am Deutschen Reich vorgeworfen. Viele von ihnen arbeiteten im Untergrund, andere gaben jemandem ein Stück Brot, andere waren zur falschen Zeit am falschen Ort. Sie verloren ihr Leben für Worte, ein Stück Brot, für den Kampf für die Freiheit.
Die Initiatorin des Projekts, Ewa Maria Slaska, sowie die Autorin der Frauenportraits, Anna Krenz, stehen zum Interview und Gespräch da. Eingeladen sind auch engagierte Berliner_innen, die mit uns 24 Biografien der Polinnen aus Plötzensee rekonstruiert haben, Collagen und Zeichnungen gemalt oder an der Performance von Ewelina Jaworska teilgenommen haben. Die Schicksale dieser Frauen und ihre Zeichnungen sind online auf polkopedia.org veröffentlicht. Wir taten es, weil es endlich an der Zeit ist, die Vergessenen aus der Vergessenheit zu holen!
So beschreiben wir die fehlenden Karten der deutsch-polnischen Geschichte in Berlin. Und zeigen der Öffentlichkeit die bisher unbekannten Opfer des Verbrecher-Regimes. Vor dem Hintergrund des Krieges in der Ukraine hat die Geschichte eine völlig neue Dimension, die an Relevanz und Aktualität gewinnt.
Konrad Kozaczek / Agnieszka Glapa / Fotos u. Video: Marzena Zajączkowska https://sinus3.com / Magdalena Schwabe Kontakt/Presse: bobowskaberlin@gmail.com T +49 (0) 173 3129 704
Das Projekt von Ambasada Polek e.V. in Zusammenarbeit mit Regenbogenfabrik e.V. , Dziewuchy Berlin e.V., Polkopedia und International Council of Polish Women.
Das Projekt wird von der von der Stiftung Erinnerung, Verantwortung und Zukunft (EVZ) gefördert.
Diese Veröffentlichung stellt keine Meinungsäußerung der Stiftung EVZ dar. Für inhaltliche Aussagen tragen die Autorinnen die Verantwortung.
Komentarz od Adminki: cóż, pisałam już o tym, nawet całkiem niedawno – skoro jesteśmy za dialogiem w kwestiach politycznych, a nie odgórną cenzurą, publikuję tu tekst, o którym musiałabym napisać znane zdanko, oznaczające umywanie rąk: poglądy autora nie odzwierciedlają poglądów Redakcji.
Szable w garść, Panie i Panowie, podyskutujmy!
Zbigniew Milewicz
Powinienem go tytułować premierem, ale namiestnik brzmi mi jakoś trafniej. Gdybym głosował na jego partię, to dodałbym również, że i dostojniej. W końcu reprezentuje on – nawet jeżeli dotąd tylko nieoficjalnie – interesy wielkiego państwa niemieckiego, a jemu należy się czołobitność. Pomimo, że to bratnie, unijne państwo, zalega Polsce z wypłatą gigantycznych odszkodowań za II wojnę światową. Namiestnikowski minister spraw zagranicznych sugeruje swojej niemieckiej odpowiedniczce, aby podejść do kwoty 6 bilionów złotych w sposób konstruktywny… Co to słowo oznacza, wszyscy wiemy, chodzi o zgrabne obejście problemu – na przykład wybudowaniem w ramach rzeczonych odszkodowań jakiegoś pomnika w Warszawie, ku czci ofiar nazizmu (nie hitlerowskich Niemiec, broń Boże), albo nawet Pałacu Saskiego. Byłoby po sprawie.
To reblog z oko.press, ale przy okazji dodam, że chętnie dowiedziałabym się, co naprawdę wiedzą o wojnie polscy uczniowie, tak, o wojnie, a nie o polskim bohaterstwie i polskiej martyrologii. Wydaje mi się, że w ogóle na świecie wojna stopniowo zanika, zamienia się w pamięć o holokauście.
Adm(inka): Der neuen Regierung Polens fürs Neujahr / Nowemu rządowi Polski na ten Nowy Rok
Michael G. Müller
Wo und wann wurde in Europa erstmals das Prinzip bestätigt, dass man Menschen anderen Glaubens dulden und respektieren soll? War es in Deutschland, im damaligen Heiligen Römischen Reich, als sich 1555 die Reichsfürsten und der Kaiser angesichts einer politisch-militärischen Pattsituation zähneknirschend darauf einigten, dass künftig das römisch-katholische und das lutherische (aber auch kein anderes!) Bekenntnis in den Territorien des Reichs zugelassen sein sollten – nach dem Prinzip cuius regio, eius religio (wessen Land, dessen Religion)? Oder war es im Westfälischen Frieden von 1648, der jetzt auch das Reformierte (calvinistische) Bekenntnis anerkannte? Oder aber in England 1689, als das Parlament, im Sinne der Ideen John Lockes, den Toleration Act verabschiedete, der manchen, aber durchaus nicht allen sogenannten „Dissentern“ eine begrenzte Glaubensfreiheit einräumte? Nein – es war im alten Polen-Litauen, vor genau 450 Jahren, nämlich 1573, als der polnisch-litauische Reichstag ein Gesetz über den allgemeinen Landfrieden für das gerade beginnende Interregnum erließ – die sogenannte Warschauer Konföderation.
Ich habe vor kurzem auf youtube die vierteilige Serie ‚Deutsche und Polen‘ (Ostdeutscher Rundfunk Brandenburg, 2002) wiedergesehen – in allen Teilen eine sehr sehenswerte, wertvolle Fernsehproduktion!
Der letzte Teil betitelt ‘Vertreibung, Erstarrung, Versöhnung‘ hat mich am meisten bewegt. Es geht um die Geschichte einer Nachbarschaft in der langen Phase der Nachkriegszeit, in der ich aufgewachsen bin in den Jahrzehnten des ‚eisernen Vorhangs‘, des Fallen dieses ‚Vorhangs‘ 1989 und den Folgejahren darnach.
Przyznaję, też uległam modzie na poniemieckie. Choć poniemieckość interesowała mnie już dużo wcześniej. Poniemieckość była na wyciągnięcie ręki, mimo że Poznań i Wielkopolska, skąd mój ród ze strony matki, niepodległość uzyskała po Powstaniu Wielkopolskim, a poniemieckość według słownika PWN dotyczy „mienia, ziemi: pozostałych po Niemcach, którzy do II wojny światowej mieszkali na zachodnich terenach dzisiejszej Polski“ czyli ziem tzw. „odzyskanych”. Moje znaczenie poniemieckiego mocno rozszerzam, dla swoich potrzeb.
Urodziłam się w Poznaniu w szpitalu zaprojektowanym przez niemieckiego architekta Heinricha Grüdera. Szpital do dziś jest szpitalem, jak kilka innych szpitali poniemieckich w Poznaniu. W poznańskim Pałacu Kultury, dawnym Zamku Cesarskim – wybudowanym dla cesarza, przebudowanym dla Führera – chodziłam co roku na baliki noworoczne i na zajęcia taneczno-plastyczne. Na poznańskiej Cytadeli bawiliśmy się w poniemieckich fortyfikacjach, na poczcie przy Kościuszki, której budynek zaprojektował ten sam niemiecki architekt, który projektował Zamek Cesarski w Poznaniu, pracowała moja ciocia. A Dąbrówka, (VII Liceum Ogólnokształcące im. Dąbrówki w Poznaniu) za kilka lat będzie obchodzić jubileusz 200-lecia istnienia szkoły, szkoły założonej w roku 1830 jako Luisenschule, najpierw prywatnej, a potem przejętej przez pruski system oświaty. Szkołą polską stała się w roku 1919.
Nie pamiętam niemieckich cmentarzy w Poznaniu. Ten, na którym powstało w latach 60. ubiegłego wieku Osiedle Wielkiego Października, później Pod Lipami, poznałam dużo później, już nie jako cmentarz, ale park, a ten naprzeciwko poniemieckiego szpitala (Evangelische Diakonissen-Krankenanstalt) Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Poznaniu, jeszcze później.
Ale pamiętam inny cmentarz niemiecki, w Sośnicy koło Pleszewa, na który chętnie biegaliśmy i wśród znikających poniemieckich nagrobków uczyliśmy się zaciągać pierwszmi kradzionymi u wujka papierosami. A gdy zabrakło papierosów, skręcaliśmy je z cmentarnej trawy i zdziczałych roślin nagrobnych opakowanych w jakąś PRL-owską gazetę.
Michu, kundel przychodził z nami. Czasem musiał udawać Szarika, a my pancernych. Niemcy leżeli w grobach. Wyobraźnia podpowiadała różne rozwiązania wygranej walki, ba, wojny. Odznaczenia też mieliśmy poniemieckie, prawdziwe, z prawdziwej wojny, tej pierwszej, tej wielkiej, tej dziadkowej w pruskim mundurze. Brat dziadka był za młody, został w domu, w tym domu, niedaleko cmentarza, domu, którego już nie ma, zostało po nim kilka kamieni, które mam sobie odebrać, bo zbieram ślady. Brat dziadka zginął w Powstaniu Wielkopolskim, gdzieś pod Gnieznem, a dziadek wrócił do Polski z żelaznym krzyżem i z Błekitną Armią Hallera.
Ktoś z przytomnych rodziców pozbierał te odznaczenia, te krzyże żelazne, oddał dziadkowi. Dopiero kilka lat temu przepadły.
Moi dziadkowie urodzeni w zaborze pruskim posługiwali się równie dobrze językiem polskim jak i niemieckim. Nawet mama urodzona przed wojną, tą drugą, w Polsce, pracując u Niemca w czasie wojny, nauczyła się języka.
Poniemiecki język bardzo się przydał, gdy ja jeszcze go nie znałam. Posługiwano się nim jak szyfrem. Wszystkie ważne sprawy, które chciano w mojej obecności przemilczeć, omawiane były w języku właśnie poniemieckim, no bo jak go inaczej nazwać? A ja siedziałam jak na tureckim kazaniu. Gdy już zaczęłam uczyć się niemieckiego w szkole, zauważyłam w domu poniemieckie książki, encyklopedie Brockhausa, leksykony Meyersa, powieści, bajki. Nawet Mein Kampf między dziełami Lenina i starymi rocznikami Przekroju był odłożony na piwniczną półkę. Dzieła Lenina oddałam na makulaturę. Przekroje i dzieło Adolfa zostały, tak jak poniemiecki elementarz mojej mamy.
W pierwszej klasie mama uczyła się pisać rysikiem na tabliczce. To było jeszcze w polskiej szkole, w Nowym Tomyślu. W drugiej klasie, w roku 1939, dostała elementarz, który zachował się do dnia dzisiejszego: Die Fibel für den Reichsgau Wartheland Hirt’s Schreiblesefibel. Ferdinand Hirt był prężnym wydawcą. Wydawnictwo działało we Wrocławiu od 1847 roku. W czasie wojny musiało współpracować z reżimem, skoro ukazywały się takie właśnie elementarze z nazistowskimi treściami i ilustracjami.
Na okładce jest zdjęcie Zamku Cesarskiego w Poznaniu, zamku poniemieckiego, o którym już wspominałam. Obok ratusza to jeden z bardziej rozpoznawalnych budynków miasta. Architektem był Franz Schwechten, ten od Poczty Polskiej w Poznaniu, od Kościoła Pamięci w Berlinie, od ruin Anhalter Bahnhof tamże i ruin Wieży Quistorpa w Szczecinie, ten od budynków poniemieckich i niemieckich, które są i których już nie ma, ten od ruin.
Kilka lat temu odwiedziliśmy z moją mamą jej starą szkołę w Ośnie Lubuskim (dawniejsze Drossen), szkołę, w której mama zdała w roku 1951 maturę, szkołę z czerwonej cegły, dawne Królewskie Ewangelickie Seminarium Nauczycielskie (Das Königliche Lehrer – Seminar). Mama opowiadała o poniemieckich cyrklach i mapach. Myślę, że pomocy naukowych mogło być dużo więcej. Ostatnio takie poniemieckie szkolne skarby, mapy, tablice, filmy, zwierzątka w formalinie oglądałam w szczecińskim liceum, dawnym Stadtgymnasium, obecnie I Liceum Ogólnokształcące im. Marii Skłodowskiej-Curie w Szczecinie.
Jest jeszcze worek na kartofle. Ja go tak pamiętam, długo po wojnie był u nas w domu używany właśnie do przechowywania ziemniaków. Kojarzyłam go z pocztą. Niedawno dowiedziałam się, co znaczy skrót widoczny na worku, że był to tzw. Heeresverpflegungssack (worek zaopatrzenia armii).
Mieliśmy też naczynia, sztućce, niektóre ze swastyką. Przepadły albo zmieniły właściciela. Oprócz jednej popielniczki wmurowanej w filar podpierający taras naszego poznańskiego domu. Była i jest dla niektórych solą w oku. Dla mojego ojca, twórcy tej niezwykłej mozaiki, żartem poniemieckim, wśród skorup chodzieskiej porcelany.
Tak jak żartem jest okładka nacjonalistycznego poradnika dla niemieckich matek: Die deutsche Mutter und ihr erstes Kind, skrywająca w sobie dość intymny pamiętnik mojego taty. Pamiętnik / książkę znalazłam dopiero po jego śmierci.
Tata był również budowniczym domu, tego z popielniczką ukrytą w mozaice. Fundamenty mojego rodzinnego domu stoją na poniemieckiej cegle. Po cegłę jeździłam z ojcem do któregoś z pruskich fortów poznańskich na Winiarach.
Najcenniejszą dla mnie pozostałością poniemieckich czasów jest karmel, karmel ze Zbąszynia, z roku 1940 lub 1941. Cukier dostała babcia od Wilhelmki, jednej z tych „dobrych Niemców”, w tym wypadku Niemki.
Gdy dom w Nowym Tomyślu zajęli Niemcy, a inni Niemcy wyrzucili dziadka z magistratu, to „dobry Niemiec” znalazł dziadkom pracę i mieszkanie w Zbąszyniu. Tam mieszkali jakiś czas w pięknym “pałacyku”. W pałacyku był bank, w którym dziadek pracował, a babcia sprzątała. W pałacyku mieszkała też Niemka Wilhelmka, której mąż był na froncie, syn inwalida, rozczarowany wojną i Hitlerem mieszkał z matką, a drugi syn, wielbiący Hitlera, podczas urlopu odwiedzał brata i matkę. Była jeszcze córka Inga, studiująca w Poznaniu, a gdy weszli Rosjanie chowała się razem z moją mamą pod materace. Babcia razem z Wilhelmką robiły czasem karmelki, z „niemieckiego” cukru. Wilhelmka dzieliła się z wszystkimi wszystkim, co miała.
Nakrętka jest mocno powojenna, ja pamiętam, że butelka miała korek.
Jest jeszcze walizka, która, prawdopodobnie tak jak wyżej wspomniana popielniczka, przyjechała do Poznania z Nowego Tomyśla. Mama opowiadała, że z tą walizką uciekali we wrześniu 1939 z Nowego Tomyśla do Poznania. Inne walizki zostały na dworcu. Była najlżejsza i przy Hände hoch ojciec mamy mógł ją udźwignąć do góry. Resztę musieli zostawić.
W Nowym Tomyślu miałam kuzynki. Każde lato spędzałam kilka tygodni u nich i nigdy nie przyszło mi do głowy, że gospodarstwo ich dziadków stało się ich własnością dopiero po wojnie. Pamiętam poniemiecki piec chlebowy i smak chleba już polskiego, i duże liście chrzanu, w które był zawijany. Dom i zabudowania gospodarcze stoją do dzisiaj. Niedawno pozbierałam stare kafle zburzonego już pieca, kafle produkowane w Fürstenwalde.
Te wszystkie sprzęty wracają pomału do Berlina.
A więc przestają być poniemieckie, stają się znowu niemieckie?
Heim ins Reich, chciałoby się rzec, ale chyba nie do końca.
Chichot historii? Prędzej.
Ja w końcu też wybrałam Berlin, wtedy jeszcze murem podzielony. Poniemieckie historie zostawiłam w Polsce, wybrałam niemieckie.
Powrotne książki zajmują miejsce w szafie Martina, naszego sąsiada, byłego żołnierza Wehrmachtu, którym opiekowaliśmy się w Berlinie aż do jego śmierci, a któremu Polacy zaraz po wojnie uratowali życie. Szafę z książkami i kilka innych mebli zapisał nam w testamencie.
W mojej berlińskiej piwnicy znalazłam właśnie niekompletny miśnieński serwis do kawy. Nie wiem, czy należał do Martina? Córki wstawiły już zdjęcie filiżanek do sprzedaży na ebayu.
Kilka lat temu odkryłam Szczecin i jego stettińską historię. Dzięki szczecińskim pasjonatom, takim jak Michał Rembas, Monika Szymanik, Siłaczka Wiesia, Artur Skiwski, Zuzanna Gonera, Dorota Pundyk i wielu innych szukam śladów, śladów poniemieckiej przeszłości.
Ten krótki mój tekst ukazał się kiedyś na stronie stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V.
Ponieważ stronę przebudowano i linka do tekstu znaleźć nie mogę, cytuję go tu:
W Muzeum Historii Szczecina stoi rower, piękna zielona damka wyprodukowana na licencji szczecińskiej fabryki Stoewer-Werke AG. Aż chciałoby się wsiąść i pojechać, tym bardziej, że wypożyczenie roweru miejskiego przekracza moje możliwości, a właściwie umiejętności i mój stan posiadania gadżetów typu dobry smartfon, aplikacje, online banking itp.
A więc z tęsknotą i zachwytem spoglądam na rower z zakładów Stoewera.
Fabryka ta bardzo dobrze prosperowała przed wojną, produkując nie tylko rowery, ale także maszyny do szycia i pisania, a przede wszystkim szeroko pojęte automobile. Podczas wojny fabryka uległa prawie całkowitemu zniszczeniu. Po odbudowie stała się Szczecińską Wytwórnią Sprzętów Metalowych, później Szczecińską Fabryką Motocykli, a przed upadkiem Fabryką Mechanizmów Samochodowych POLMO.
Rower jest częścią stałej wystawy Hans Stettiner i Jan Szczeciński. Życie codzienne w Szczecinie w XX wieku.
Życie Hansa i Jana ukształtowała wojna. Hans opuszczał w pośpiechu Szczecin, swoją fabrykę lub inne miejsce pracy. Jeśli miał „szczęście”, to został i pomagał Janowi uruchamiać miasto, by w końcu i tak wyjechać. A Jan uczył się miasta od podstaw, zajmując mieszkanie Hansa, które uniknęło cudem alianckiego bombardowania.
Był jeszcze Iwan, który wywoził z miasta co cenniejsze, a potem na długie lata został i pilnowal porządku przez siebie ustanowionego.
Jeżeli zaś, nazwijmy go, Jankiel, jakimś cudem przetrwał wojnę w Szczecinie lub po wojnie do niego przybył, długo tu nie zagościł. Emigrował dalej.
Mogło być tak, jak u naszego kuzyna, którego matka Jadwiga osiadła w Szczecinie, szukając szczęścia i męża na ziemiach odzyskanych. Nie wszystko jej się udało, ale poniemieckie mieszkanie, które przypadło im w udziale, było porządne, jak na tamte czasy. Jan mieszka w nim do dziś. Po śmierci brata stoczniowca, który zginął w grudniu 1970 roku, Hans zacząl wysyłać Janowi paczki z żywnością i lekarstwami. Niedawno wnuk Hansa, szukając śladów dziadka, stanął przed kamienicą przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego, dawnej Beringstraße. Zapukał do drzwi mieszkania Jana, drzwi z otworem na Listy/Briefe, które pamiętają z pewnością jeszcze Hansa.
Szczecin i jego przedwojenna i powojenna historia pochłonęły mnie bardzo.
Wiem, że może tego nie powinnam robić, ale spacerując po Arkońskim Lesie (dawniejszym Eckerberger Wald) w Szczecinie, podchodząc do ruin Wieży Quistorpa zabrałam do plecaka cegłę, których jeszcze tu dużo. Cegłę Schwechtena, której architekt prawdopodobnie nigdy nie miał w ręku. Kiedyś może zamiast kwiatka położę ją na jego berlińskim grobie.
Poniemieckie było z nami tak długo, jak żyli rodzice, uszczuplone przez wojenne tułaczki, przeprowadzki, przez zbieraczy i naciągaczy, przez nas samych, którzy obrastamy w rzeczy i często pozbywamy się tych, których może pozbyć się nie powinniśmy.
Dzisiaj, gdy stoję krótko przed sprzedażą rodzinnego domu i przed pozbyciem się sprzętów, tych, co przetrwały obie wojny, nie tylko tych poniemieckich, ale tych pobabcinych, podziadkowych, porodzinnych i innych, chciałabym je wszystkie zatrzymać, albo umieć zatrzymać te ważne, tak jak zrobili to dziadkowie i rodzice.
Prawdopodobnie niektóre z nich ocalę od zapomnienia, ale kto ocali je potem?
***
Ilustracje
1. Budynki Schwechtena w Poznaniu, Berlinie, Szczecinie
Czas ogórków małosolnych zaczyna się w Biedronce już na początku maja. Na półkach obok humusu i guacamoli pojawiają się małe plastikowe wiaderka z małosolną ogórkową zawartością. Każde wiaderko jest na swój sposób nieszczelne i podczas transportu zaznacza wszędzie swoją obecność. Pochłaniam te biedronkowe małosolniaki aż do sierpnia. W międzyczasie sama coś ukiszę, ale życie małosolnych jest ulotne, trwa za krótko, potem są tylko kiszone i to one zostają mi w kamiennym garnku z koprem, czosnkiem, chrzanem i wspomnieniem po małosolnych, z propozycją na zupę ogórkową.
Zaopatrzona w małosolne wyruszam na tylnym siedzeniu toyoty do krainy jeży i rukonków, pszczół i komarów, starych domów i jeszcze starszych dębów, nieistniejących już pałaców i dworów, rodów szlacheckich i tych bez przedrostka von, do krainy której już nie ma na mapie, ale ciągle gdzieś tam jeszcze jest, we wspomnieniach i wyobraźni, w pamięci drugich, trzecich pokoleń, w pamięci internetu i ludzi z tych stron, przybyłych po roku 1945 i tych, którzy po 1945 stąd wyjechali.