Elegie-Sztadt, bądź głównie o tematyce pamięci

Matylda Wikland

…garść wstępnych myśli znad Ruhry, Renu i fragmentu granicznego Odry

Dziś znalazłem zardzewiałej podkowy ułomek,
zagrzebany w kurz gruby białego gościńca.
Nie przybiję go jednak na progu przed domem —
mego rdzą przeżartego, ułomnego „szczęścia”.

Matka Boska Zielna, J. Gałuszka

Never waste your pain.

„Saint Maud” (2019)

Pierwsza

Figurę, którą widzę zanim jeszcze wejdę przez skrzypiącą bramkę, otacza mgiełka kontrowersji. Lokalnej i niezbyt ostatecznie znaczącej, ale jednak — kontrowersji. Mnie natomiast otacza ten specyficzny zapach spotykany jedynie w ogrodach zoologicznych, gdyż w latach powojennych ktoś podjął decyzję, aby takowy zbudować po drugiej stronie szosy, vis a vis z cmentarzem poległych w Pierwszej Wojnie Światowej. Gdy wejdę w głąb kompleksu, zastąpi go ciężki zapach gęstego lasu, otaczającego ze wszystkich stron der Ehrenfriedhof Kaiserberg.

Krótka dygresja: Kaiserberg, od stojącej tu zawczasu figury konnej Wilhelma Hohenzollerna. Zawczasu, czyli do drugiej wojny światowej, gdy to, jeżeli zawierzyć źródłom internetowym, przetopiono ją na łuski i takie tam dla broniących miasta oddziałów. I jest niezaprzeczalnie pewna ponura poetyka, jeżeli to prawda oczywiście, w tym, iż ci żołnierze dosłownie zabijali wrogów swoim Kaiserem.

Figura nazywa się, podaje strona internetowa Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge e.V., Zygfryda (wagnerowskiego?) bądź zwyczajniej Młodego Wojownika; odsłonięto ją w 1921 r., dłuta duesseldorfskiego profesora nazwiskiem Netzer. Kontrowersja osadza się na tym, że Sigfriedzik uchwycony został w momencie ruchu obejmującego miecz i pochwę doń. Kontrowersja osadza się na tym, czy on ten miecz chowa ze smutkiem i pacyfistycznym przekazem, czy wysuwa go, z zmęczoną determinacją szykując na kolejny bój. Różnica dość ważna, i, świadcząc po śladach czerwonej farby na pomniku, które dostrzegłam w trakcie mojej wizyty, rozpalająca niektóre co serca. W moim osobistym ujęciu Zygfryd miecz chowa, a więc wydźwięk pacyfistyczny — nie wnioskuję tego na podstawie żadnych wypowiedzi czy analiz biografii, a kąta nachylenia wyrzeźbionego nadgarstka, który do wyciągania byłby po prostu kapitalnie nie adekwatny.

widok na cmentarz wojenny od strony wejścia, na dalszym planie tył figury młodego wojownika

Przez przypadek wchodzę na cmentarz od tyłu, więc doświadczam pewnej narracji. Na wejściu/wyjściu oglądam wyżłobionego na modłę „antyczną” wojownika chowającego miecz, za nim, w pięknym po prostu kompleksie cmentarnym na bazie nachodzących na siebie okręgów nagrobków, taki rozbudowany diagram Venna otoczony gęstym lasem. Przechodzę przez te kręgi, pomiędzy nagrobkami poddanych imperialnych, poddanych Kajzera, co między innymi wyjawia się w różnorodności nazwisk. Na drugim końcu kompleksu, przed reprezentatywną bramą, którą przegapiłam, umieszczono kopię rzeźby Sitzender Jüngling lokalnej sławy rzeźbiarskiej Lehmbrucka (ma on, m. in., własne muzeum niedaleko dworca). Kopię, gdyż oryginał przepadł w trakcie alianckich bombardowań, a i tak był przeznaczony na sprzedaż jako uznany przez nazistów za wyraz sztuki niemoralnej. Rzeźba jest ciemna i monotonna w tej swojej ciemności. Jüngling siedzi z pochyloną głową, zatroskany? plagowany PTSD? zmęczony? Od antyku do nowoczesności po ułożonych na równo rozmieszczonych cięciwach ciałach. Ave Kaiser, morituri te salutant!

Życzenie śmierci maszyny śmierci jest samo w sobie afirmacją życia. To śliska ścieżka oczywiście. Jeszcze nie spotkałam się z satysfakcjonującym rozwiązaniem Paradoksu Tolerancji Poppera, i wątpię, że kiedykolwiek takie napotkam. Taka już natura paradoksu. Życia. Jeżeli ten świat faktycznie stworzyła jakaś Wyższa Istota, to jest ona albo totalnym beztalenciem, albo szaleńcem. Mainländer pisał tak jakby o tym — u niego B-g stworzył świat aktem swojej samobójczej śmierci. Świat rozpoczął się w tym momencie, w którym B-g się skończył. Próbując upewnić się, że dobrze pamiętałam tę ideę, skonsultowałam się z internetem, i przypadkiem kliknęłam na posta, w którym użytkownik opowiada o tym, jak ich bliski przyjaciel, z którym omawiali właśnie myśl Mainländera ostatnimi czasy popełnił samobójstwo. I’m torn, wyjaśnia, between rejecting Mainlander’s thought in disgust and clinging to it all the more because it was an intellectual journey we took together and it was a belief he held in his last moments. {1}

Gdy to piszę, nade mną kraczą kruki, może i też niektóre z tych, co nas rozdziobią wraz z wronami.

Druga

Ta scena musi pojawić się w każdym filmie wzorowanym na figurze wampirzego hrabiego pierwotnie sformułowanej przez Brama Stokera — młody agent nieruchomości pojawia się w wiosce bliżej niespecyfikowanych „ludzi wsi”, „cyganów”, słowem „ludu”. Swoim niezrozumiałym, obcym językiem nadaremnie próbują odwieść młodego od podróży do złowieszczego zamku.

Nie zabrakło jej również w wariacji autorstwa znanego niemieckiego reżysera Wernera Herzoga. I nie zwróciłabym na nią większej uwagi, pozwalając się prześlizgnąć dziwnie znajomym strojom (tatrzańskim, jak się za chwilę okaże), gdyby nie to, co uciekło z ust jednej z aktorek.

Proszę, proszę, mówi kobieta, która dopiero co pochlapała młodego święconą wodą, proszę. Klikam w ekran, z takim rozmachem nagle podnosząc rękę, że ledwie co a bym rozlała stojącą obok kawę. Cofam o kilka sekund, słucham jeszcze raz. Ewidentnie polski. Głowię się nad tym, w akompaniamencie podłożonego pod następną scenę (podróż idyllicznymi krajobrazami górskimi) przewodniego motywu z wagnerowskiej das Rheingold. Mam mroczne myśli, ubierające już reżysera w szaty ideologii odziedziczonej po nazistowskiej pogoni za tym ich pieruńskim Lebensraum, pisząc akt oskarżenia o poniżanie narodu. Aż znajduję zapis wspomnień jednej z konsultantek przy filmie, i dowiem się, że ta scena jest pokłosiem faktu, że nagrywając na górskiej granicy polsko-czeskiej, Herzog zapraszał napotkanych autochtonów do grania pojedynczych scenek {2}. Duch ideologiczny rozwiany, w sposób aż nader trywialny. Jednak ta krótka scena skrystalizowała moje skupienie i resztę filmu oglądam pod zagłębiowym niebem z znaczną uwagą.

Wampir, grany przez urodzonego w Zoppot, Freie Stadt Danzig aktora, wypowiada smutno zdanie „Time is an abyss.” Ten aktor, pochodzący z kraju, którego już nie ma, i nigdy nie będzie, który w wieku lat siedemnastu założył mundur Wehrmachtu, mówi: czas jest pustką. Mówi, okropnie jest przeżywać ciągle ten sam dzień. Nie mieć pozwolenia na proces starzenia. Utknąć w szczelinie, której za nic nie da się poszerzyć, ni w tę, ni we wtę.

przystanek Beeck-Denkmal w Duisburgu i Pieta ku pamięci „Poległych”

Kilka scen później, szczury wychodzą na miasto w akompaniamencie wagnerowskiego Rheingold, a za nimi Wampir, nocą, przemyka po cmentarzu z własną trumną w szponiastych dłoniach. Hochkultur chodzi ze swoją trumną, szuka swojego grabarza, szuka sprawy. Po wojnie musiała być wielce zagubiona. Przynajmniej tego by się oczekiwało.

Lucy jako jedyna nie stara się nauczyć żyć w katastrofie, tylko ją przemóc, kosztem własnej moralności i własnego życia. Znam powód tego zła, krzyczy, ale nikt jej nie słucha, żaden z ważnych mężczyzn, ludzi z władzą. Znam powód, mówi, ale nikt nie słucha, więc bierze sprawę w swoje ręce. W swoje ciało, które posłuży jej za broń.

Nikogo nie interesują żywi męczennicy, ich wartość przychodzi dopiero wraz z ich śmiercią. Żywi męczennicy jedynie brudzą, zagrażają, nie są jeszcze martwi, noż dlaczego jeszcze nie są.

Jeżeli zezwolimy na zanik nienawiści, to jak będziemy w stanie dopilnować dokonania się zemsty? „Po chwili wpada żołnierz niemiecki z rewolwerem i pyta, gdzie są bolszewicy? Ogarnia mnie jakieś niesamowite uczucie zadośćuczynienia. Odpowiadam mu z ironią, której smak czuję wyraźnie: „Mniej więcej wszędzie”.” {3} To słowa profesora Ludwika Hirszfelda, opisujące jego doświadczenie walk o wyzwolenie ruin warszawskich w 1944 r. Czytałam jego biografię na potrzeby zajęć z biologii i chemii, ale fragmenty wojenne zapadły mi w pamięć, jak się okazało, na lata.

Lucy umiera, ale dopiero po tym, jak widzi śmierć wampira. Jej życie nie pozwala sobie się dopełnić, dopóki nie doświadczy upodlenia wroga, dopóki nie doświadczy tego gorzko-słodkiego triumfu. Być trupem to jedno, ale być trupem z krwią wroga na rękach… Być patriotą tzn. być kimś, kto czerpie przyjemność z cierpienia “naszych” wrogów.

Można by pokusić się o tezę, że w chrześcijańskiej tradycji cierpienie uszlachetnia, gdyż inaczej nikt by za nią cierpieć aż tak się nie kwapił. Cierpienie, lecz nie śmierć, co widać dość wyraźnie na kanwie rozwoju chrześcijaństwa od rzymskiej sekty do europejskiego hegemona.

Tak właściwie to czyż nie nie ma w tym pewnych oznak aktu przemocy, w tym braniu czyjegoś cierpienia i przekształcaniu go na wartość. Podziwiając kogoś za doświadczone przez niego cierpienie, równocześnie wykluczamy możliwość odczuwania wobec niego współczucia. Do czego potrzebne jest współczucie Słusznym Męczennikom za Sprawę? W takim ujęciu ryzykuje ono wręcz stania się obelgą, spod szyldu ,,jak śmiesz im współczuć, powinnaś ich podziwiać!” Bohaterskiemu Męczennikowi współczucie wręcz ubliża, przykuwa na powrót do powszechności, cielesności, i wszystkich tych ‘przyziemnych’ spraw, które ten przecież pozostawił, przezwyciężył, &c.

Być może te kulty męczenników przemycił do polskiej tradycji katolicyzm, a być może wzięły się z innego źródła, czy źródeł, pewne jest natomiast, że ważność katolicyzmu na ziemiach polskich ten kult znacznie wspomogła, ocalała od zapomnienia i wynosiła na przysłowiową ulicę w newralgicznych momentach.

Trzecia

Jeżeli gdzieś istnieją ci mityczni wyborcy na kartkę z nazwiskami spoglądający z szczytu piramidy potrzeb Maslowa, to musi być to tu. Tak myślę, rano, jeszcze nim miasto się na dobre obudzi, spacerując średniowiecznymi uliczkami Utrechtu.

W takim mieście łatwo zapomnieć, się ukryć, schować. Czyste, uporządkowane, ludzie uśmiechnięci, uprzejmi. Grząski grunt.

Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej w głowie oddalam od siebie koncepty krycia i zapominania. Tzn., wciąż irytuje mnie, że Polska nie pozwala zapomnieć, ale doceniam równocześnie, że nie pozwala się ukrywać. Lecz może to pewnego rodzaju syndrom sztokholmski, ta estyma, w jakiej trzymam brak możliwości odpoczynku, spoczynku. Że, w wymiarze konceptualnym, poletko z żyzną ziemią acz trudnymi warunkami uważam za ostatecznie “lepsze” w tym, że bardziej rozwijające, niż bezpieczny kokon uwieszony nad ziemią. Jest to pewna flirtacja z pozytywizmem, lecz co do metodologii, wbrew celom ostatecznym.

po lewej kamienie pamięci, po prawej bloczki wiersza

De Letters van Utrecht to projekt, w którym od 2012 r. tygodniowo dokłada się po literce do nieskończonego wiersza ułożonego z kostek brukowych z wyrytymi literami. Łatwo je znajduję, idąc wzdłuż przesadnie wręcz urokliwego kanału okraszonego świeżymi kwiatami.

Litery z Utrechtu są o tyle fascynujące, że zawierają w sobie ogromną pewność co do stałości materialności. W takim mieście właściwie to nie ma co się jej dziwić, gdzie całe stare miasto wzniesiono w średniowieczu i tak je zostawiono, gdzie tabliczki nad kanałami informują, że układ korzeni falujący kostką brukową ma wartość historyczną. Otoczenie przetrwało z ponad dziewięć wieków, dlaczego i litery brukowe by nie miały powtórzyć tego wyczynu? Hulaj poczucie intelektualnej misji, zasady kopernikańskiej nie ma.

Podążam tą historią wyrytą w bruku, i choć nie rozumiem nic a nic z tej poezji, to jednak mam poczucie obcowania z pewną sztuką, z pewnym pięknem. Pięknem idei, pięknem konceptu, nie tego platońskiego, a naszego własnego, takiego ludzkiego, takiego patrzącego w przyszłość z nadzieją i ufnością, takiego wyciągającego rękę, aby za wiele lat zostało powiedziane, że byliście w naszym myślach nim byliście sensu stricto.

Wtem, erupcja sprężyny z pluszowego fotela, która bezwstydnie demaskuje iluzję wszelkiej miękkości {4}. Vis a vis ostatnich (w tym momencie) liter wbite w tę samą drogę są świecące wypłowiałym złotem Stolpersteine. Dosłownie tłumaczyć można to nie jako kamień pamięci, a kamień, o który się potykamy. Naprzeciwko tych liter, tego pięknego projektu humanizmu, potykam się.

Potyka się również moja piękna narracja o wyborcach “wyższych pobudek”, nazwijmy to. Gdzieś pijąc fenomenalne espresso nad cichym jeszcze kanałem, spowitym poranną mgiełką, przypominam sobie, że ostatnie wybory w tym kraju wygrała partia pewnego Geerta Wildersa, o którym im mniej, tym lepiej. Którego, i którego skrajnie prawicowych i nienawiściowych poglądów, im mniej, tym lepiej.

Aksjomatyka tego świata jawi się następująco:

Jeżeli nie masz, zaciśnięte zęby i walcz, aby zdobyć. Jeżeli masz, zaciśnięte zęby i walcz, aby nie stracić. Zwycięstwa ani spokoju nie przewiduje się.

Niestety człowiek nigdy nie będzie wolny, gdyż nieważnie jak daleko ucieknie, zawsze zabierze ze sobą samego siebie. Cokolwiek stworzy, jakkolwiek się by nie starał, zostanie stworzone przez niego, bądź przez twór jego, bądź przez twór tworu jego, ad infinitum. I natura nie jest bezpieczna, bo przecież doświadczamy jej, a zwłaszcza tych jej właściwości nazywanych “prawami” przez sito, przez mielarkę własnej interpretacji. Fenomenologia na wrotkach, lecz przywołuję ją, aby uzasadnić postulat dyć anarchistyczny, a mianowicie — w ramach systemu politycznego nie zbuduje się prawdziwej wspólnoty, gdyż nie taki jest cel tegoż systemu istnienia. Jak głosi pewne internetowe porzekadło, the system is not broken and needs to be fixed – the system is working as intended and must be dismantled. To jest to unieruchomienie obu stron przez doświadczenie siły przemocy, o którym pisała Weil w kontekście Iliady

Czwarta

Argument tzw. ad hitlerum uległ w ostatnich latach okropnej wręcz dewaluacji. Wielu teoretyków zauważyło już, że jest to problem rozmijania się kodów komunikacyjnych. Jedna strona mówi językiem ideałów, druga konkretów, określmy, z braku lepszego słowa. Gdyż nawet taka ekonomiczna godka lewicy jest, stety niestety, skomplikowana, zniuansowana, zawiła, &c., a prawicowa, w większości przypadków dość prosta, tak prosta, jak palec wskazujący na winnego.

Czym właściwie jest powiedzieć takiemu „prostemu człowiekowi” dziś, że tego polityka to nie powinien słuchać, gdyż jest faszystą? Inny język. Bycie faszystą nie dewaluuje polityk ekonomicznych, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka.

naklejka przy przejściu dla pieszych, okolice przystanku Thyssen Tor 30, Duisburg

Twoja jest krew a ich jest nafta, mówi Poeta, lecz aby była krew, musi być mięso, musi być pożywienie; skoro nasza jest krew, to naszym wrogiem jest anemia. Aby więc i nawet obronić tę swoją krew przed tymi od nafty, to trzeba wpierw mieć, czym tę krew nasycić. Wrogiem jest anemia, więc walka o zasoby, więc atawizm na „pełną gębę”, mimo wszystko, mimo tego dwudziestego pierwszego wieku po narodzinach Chrystusa.

Pogrążona w tych rozważaniach, prawie przegapiam, jak A., od którego deklaracji poparcia dla AfD się zaczęła ta cała linia myśli we mnie, pyta, czy chcę usłyszeć żart z jego dzieciństwa, spędzonego na świeżo polskich ziemiach śląskich powojennych. Rzecz idzie tak: „Rosja jest najcieplejszym krajem w Europie. Inaczej dlaczego nasi ojcowie by wracali stamtąd boso?”

Z perspektywy czasu, być może wymamrotanie, że obozy jenieckie były głównie zauralskie, więc już azjatyckie, nie było być może najlepszym komentarzem.

Piąta

Stalowa tabliczka, cienka, na oko tak z 30 na 50 cm. Pozbawiona logotypów, podpisów, innych znaków charakterystycznych, cytatów, elegii, &c. Można by wręcz powiedzieć, taka stereotypowo niemiecka. Przed nią, na bruku, kwiaty, wyglądające na dość świeżo. Ktoś musi się tym zajmować, lecz nie raczył zostawić najmniejszej nawet wskazówki, co do swojej tożsamości, czy to w kwiatach, czy na tabliczce. Początkowo nawet nie zamierzałam do niej podchodzić, skoncentrowana na znalezieniu grobu, dla którego na ten cmentarz przyjechałam, Josepha Thyssena, z „tych” Thyssenów. Lecz moje oko przykuł postawiony przed poletkiem krzyż prawosławny, co było zgrzytem w narracji o tyle, że byłam pewna, że krasnoarmiści Zagłębia Ruhry akurat nie zdobywali. A ich pozostawione na zwyciężonej/zgrabionej ziemi zazwyczaj są grobami bohaterów, wyzwolicieli i gatunków pokrewnych, nie „Gräber der Opfer von Krieg und Gewaltherrschaft”.

Pierwszy raz stykam się z zbiorowym grobem tak pojemnym, że mieści w sobie dwie wojny. Właściwe to dwie wojny, trzy narodowości, i B-g jeden wie, ile wyznań. Gwoli sprawiedliwości, nie jest to zbiorowy grób sensu stricto, z imiennymi tabliczkami dla każdego z położonych w muellheimowskiej ziemi ciał, lecz tabliczka zdecydowanie wprowadza pewnego rodzaju ‘poetykę’ takowego.

rzeczona plakietka, wraz z fragmentem bukietu

Na potrzeby poszukiwań, rozdzielam jednak tych ludzi, zrównanych względem siebie hasłem „kriegstöte”, na dwa sorty. Ofiary pierwszej kataloguje jako prawdopodobnych poborowych żołnierzy armii imperialnej, których słowiańsko brzmiące nazwiska napotkałam już kilka dni wcześniej na Ehrenfriedhof Kaiserberg. Bardziej kłopotliwi wydawali się ci z lat czterdziestych. Wydawali, gdyż ja zawsze, ale to zawsze, zapominam o wywózkach na prace przymusowe. A tu internet informuje, że po ulicach Mülheim w 1943 r. wybijali marszrutę więźniowie-przymusowi pracownicy z Trzeciej SSBaubrigaden, a rzeczą charakterystyczną tychże jest ich skład — zazwyczaj miks słowiański, polsko-rosyjski. Wskazówka, co do natury pracy potencjalnie przez nich wykonywanej kryje się w literach nad głową figury kobiety, artystycznie opierającej wieniec o wyrytą z detalami szatę. Joseph Thyssen, brat Augusta, przemysłowiec związany ściśle z przemysłem ciężkim, również w Zagłębiu Ruhry. W trakcie drugiej wojny światowej, znaczyło to primo huty.

Brak mi dokumentacji, która by potwierdziła narrację budującą się wręcz bezwiednie we mnie. Lecz czy tak trudno wyobrazić sobie, że ci akurat pracownicy przymusowi, wywiezieni tu z subiektywnie odległego wschodu, skazani na bycie wykorzystanym do ciężkich prac fizycznych, mieliby, jak wielu z tych, którzy wywiezieni tu z subiektywnie odległego wschodu, skazani na bycie wykorzystywanym do ciężkich prac fizycznych, pracować w przemyśle wydobywczo-hutniczym, stać w zastępstwie tych milionów niemieckich mężczyzn, którzy udali się niszczyć domy, ziemie, codzienność tegoż wschodu, w jakimś upiornym ruchu wahadłowym? Lecz czy tak trudno wyobrazić sobie, że nie nawet na tym samym cmentarzu, co na tym samym poletku wydzielonym wydeptanym przez żywych kwadratem ścieżek, leży człowiek, którego rodzinne dziedzictwo stało się zgubą wielu, i tych właśnie wielu? Lecz czy tak trudno wyobrazić sobie, że na głos powiedziałam “bingo”, gdy w przydługiej recenzji drugiego tomu historiografii firmy i rodziny Thyssen w XX wieku przeczytałam zdanie “[a]t August Thyssen Hütte and the Mülheim Thyssen works (…) a „high mortality“ amongst Soviet POWs is said to have existed“{5}?

Memento mori.

Szósta

Heidegger, który wielkim filozofem był, w jednym ze swych ważniejszych tekstów z lat pięćdziesiątych, otwarcie nawoływał do ,,powrotu” niemieckich ,,utraconych” prowincji, które wymienił z nazwy: Prusy Wschodnie, Śląsk, Bohemia, w akcie solidarności z tzw. Heimatsvertriebenen i ich Recht auf Heimat. W ,,Was heißt Denken?“, transkrypcji wykładu wygłoszonego przez Heideggera w tym samym mniej więcej okresie, stwierdza on, że najbardziej znaczącą konsekwencją Drugiej Wojny Światowej jest ,,okropna konsekwencja dla naszej Ojczyzny” {6}.

Kilka lat później, w 1964 r., rząd landu Nordrhein-Westfalen przejął opiekę (die Patenschaft) nad die Landsmannschaft der Oberschlesier e.V. Był to początek procesu, który w 1983 r. zaowocował das Oberschlesische Landesmuseum, położonym w małym miasteczku w Zagłębiu Ruhry, muzeum ziemi śląskiej, które odwiedziłam kilka dni temu.

Jako objaw muzealnictwa oceniłabym je dość marnie, wybrakowany w równym stopniu z co których tabliczek z opisami, co z koncepcji przewodniej wystawy; nie ma to jednak większego znaczenia, gdyż nie szłam tam przecież jak do muzeum Śląska, a potencjalnego przejawu niemieckiej narracji rewanchistycznej (teoretycznie ,,rewanżystycznej”, lecz mam urazę do tego tłumaczenia i używam bardziej dosłownego). Tego przynajmniej się spodziewałam, po tym, gdy szukając miejsc do zwiedzenia w Zagłębiu natknęłam się na OSLM i moją pierwszą myślą było, że to trochę tak, jakbyśmy mieli w Gdańsku Muzeum Wileńszczyzny.

Muzeum nie jest otwarcie rewizjonistyczne, jedynie w akcentach, jak nazwanie odznaki dla powstańców śląskich orzełkiem dla insurekcjonistycznych bojówek. Jednak jego głównym orężem jest przemilczenie, przeczekanie. Nie tyle niedopowiedzenie, co przeskoczenie. Nie kręcenie narracji, nie nakładanie strategicznych punktów nacisku, a zwyczajne niepodejmowanie niektórych tematów, aspektów, całych okresów (zadziwiająco, nie ma prawie nic o życiu codziennym w trakcie drugiej wojny, w porównaniu do kilku gablot poświęconych tej tematyce w czasie wojny 1914-1918). Wręcz eleganckie to jest.

Trudna jest ta oczywiście tematyka, tych przesiedleńców, głównie dlatego, że empathy for the displaced Germans is often equated with minimizing Nazi horrors, a umacaniania w ten sposób the continued emphasis on collective guilt as a justification for the expulsions and the rejection of the idea of victimhood for those displaced civilians form the intellectual basis for this “ultimate example of ethical cleansing.” {7}

Tak właściwie, skoro co jakiś czas ktoś pobąkuje o tym Lwowie i Wilnie (włączonym w granice II RP, nota bene nielegalnie; wielu obserwatorów bardziej nacjonalistycznych wydaje się mieć alergię na wspominanie o Buncie Żeligowskiego, co aż dziw, bo to taka przecież romantyczna rzecz — złamać prawo i konwenanse, aby włączyć swoją małą ojczyznę do tej wielkiej; ale moje rozumienie dróg myśli pewnych środowisk jest znacznie ograniczone), tak właściwie, to jednak jaki mandat mamy, aby pouczać o tym samym impulsie zza zachodniej granicy.

historyczna mapa Breslau vel Wrocławia w witrynie niczym nie wyróżniającego się antykwariatu na Bahnhofstrasse, Duisburg

Rozmawiałam kilka dni wcześniej z A., i zeszliśmy na temat reparacji wojennych. Powiedział, tą swoją śląską polszczyzną piękną pięknem antykwariatu, pięknem skansenu, że RP nie ma co dochodzić reparacji, przecież już dostała tę ścianę zachodnią od Niemiec. Kontrargument znalazłam w odmętach pamięci, złożony z logiki tak prostej, że jedynie małe dziecko, jakim byłam zresztą słysząc go na lekcji historii w podstawówce, nie stanie się podejrzliwe. „Nie, nie, to nie były reparacje od Niemiec. To były nasze polskie reparacje za Wileńszczyznę i Kresy. To było w zamian za tamto.”

Czysta etyczna, czystka moralna, kto odważy się podnieść cierpienie tych, których kamraci wcześniej cierpienie zadawali, i to nie byle komu, a nam?

Powrócę na chwilę do Profesora Hirszfelda: „Gdy mówię teraz, staje mi przed oczyma uciekająca w tej chwili ludność bombardowanych miast niemieckich. I myślę o tym bez współczucia. Gdyż nie usuniemy wcześniej pojęcia humanitarnej wojny błyskawicznej, póki ci którzy pierwsi zabijali bezbronnych, nie zniosą tych samych cierpień. Widocznie, by móc współczuć, trzeba współcierpieć. Nie wcześniej wojny przestaną trapić ludzkość, aż wszyscy nie zaznają ich skutków i cierpienia. Chacun a son tour.”

Z perspektywy czasu (prof. Hirszfeld zmarł w 1954 r.) można niestety stwierdzić, że i współcierpienie, przynajmniej takie, nie zapuści silnych korzeni dla sadzonki współczucia.

Siódma

Stoję w galerii sztuki współczesnej, wpatrzona od kilku minut w zbiór spotkań czarnej i białej farby na płótnie autorstwa jednego z niemieckich abstrakcjonistów dwudziestego wieku, których imiona napotkane w salach tej galerii/muzeum grzechocą mi w głowie. Wpatruję się tak, i dopiero po chwili werbalizuje, co próbuje dostrzec.

Szukam ciał. Szukam konturów torów kolejowych, murów obozowych, ostrych przestrzeni znaczących broń. Szukam abstrakcyjnego uchwycenia cierpienia, najprawdopodobniej to nawet Cierpienia. Nie mogę się powstrzymać, taki już mam odruch, jakby wizyta w zwykłej galerii stała się nagle przeprowadzaną na mojej osobie wariancją na temat testu Rorschacha.

Całe życie wypychano mnie patetyzmem i wzruszeniami duszy niczym poduszkę pierzem, i uczyniło to ze mnie osobę upodlająco wręcz przyziemną.

Od dzieciństwa nauczono mnie dostrzegać w rzeczach poświęcenie dla Sprawy z wielkiej litery, ogólnie nauczono mnie wypatrywać wielkich liter, Bohaterów, Oprawców, Męczenników, etc. Znaczy to tyle, że nauczono mnie wypatrywać wszędzie ciał wykręconych w cierpieniu, zaschniętych plam krwi, nieudolnie odbudowanych ruin. Szukam zawsze leju po bombie w całym. Blizny w całym. Rany w całym. Gdzie jest to cierpienie, ta droga, co tak prosto prowadzi do zrozumienia.

Przy niektórych z biogramów galeria-muzeum zamieściła cytaty, i to jeden z nich służył za pierwsze motto tego szkicu, zanim się rozmyśliłam. Trümmer sind an sich Zukunft; Weil alles, das ist, vergeht. To słowa Anselma Kiefera. Dla mnie to ruiny właśnie są drogowskazami, latarniami w sztormie. Ruinę mogę odtworzyć, a wraz z nią przeszłość i prawdopodobną przyszłość za jednym zamachem. Alles, das ist, vergeht. Takie pokraczne esperanto. Podążam ku zrozumieniu prawie zawsze właśnie tropem ruiny, tropem zgnilizny, bo z tego momentu jasno rysują się drogi w obie strony z teraźniejszości wiodące…

Myślę, że być może jedną z najgorszych rzeczy jaką może się współczesnemu Europejczykowi przydarzyć, jest świadomość. Może nawet gdy jest to jedynie przebłysk świadomości, powidok, którego źródła nie można zlokalizować, to wtedy taka świadomość jest jeszcze gorsza. I taka właśnie świadomość mi się przytrafiła. Od jakiegoś czasu pewną sympatią darzę koncept mikro-utopii, wysp intelektualnych w katastrofie, o których pisał w swoich wspomnieniach Heisenberg. Bunkrów ziaren, czekających, aż znów będzie można siać bez strachu. Takie przebłyski, takie momenty świadomości, pytające, czy fakt, że coś jest skuteczne, neguje, że jest niepomocne? Czy fakt, że coś jest niepomocne neguje jego skuteczność? Zbyt wiele rzeczy ostatnio wydaje mi się jest robionych, jest przeżywanych, w jakieś groteskowej odmianie zawołania l’art pour l’art. Oczywiste niebezpieczeństwo leży w tym, że sztuka, jak zresztą większość rzeczy na tej ziemi, nie dzieje się w próżni. Dzieje się w pełnej krasie druków, zgód, stypendiów, itp., itd. O próżnię i może nie trzeba by było dbać, bo jest stała w swoim niebycie. Ale nie jesteśmy w próżni, i nie wywołamy jej raczej jak jakiegoś bóstwa zaklinaniem, że można być “z boku od tego wszystkiego.”

Wyżalam się Matce, która pozostaje nietknięta odczuwanym przeze mnie marazmem. „Masz spleeen (sic) na koniec urlopu,” stwierdza spokojnie.

Ósma

Świeżo były Prezydent RP kojarzy mi się głównie ze zdaniem wypowiedzianym na jednym z jego wieców, które wydaje mi się zostało zbyt szybko mu zapomniane. Artystka Maria Peszek użyła go jako tzw. sampla do jednej ze swoich piosenek, w której radzi słuchaczowi „biegnij, uciekaj, tu krew wsiąka w beton.” Próbuje się nam, proszę państwa, wmówić, że to ludzie. Więc oto jestem, oto wsiadam do autobusu, wmówiony człowiek, który nie chce wracać do nas, proszę państwa, gdyż zadomowiłam się w tej wyobrażonej O Litwo, która z oddali traci ostrość swoich konturów, może więc stać się czymś, nie napiszę łagodniejszym, gdyż wartość przecież dostrzegam właśnie w tym, że taka nie jest. Czymś wartym przetrwania? Nie umiem do końca stwierdzić, ta koncepcja dopiero we mnie kiełkuje. Ze względu na okoliczności, łatwo nie ma.

Chodzi mi o to, że niezawodnym lekarstwem na moje chwilowe zauroczenia elementami tzw. myśli polskiej jest styczność z Polakami. Chyba to jest właśnie powód, dla którego byłam w stanie tak obiektywniej niż zazwyczaj patrzeć, mieć wobec niej nowe myśli – nie musiałam doświadczać Polaków. O Litwo ojczyzno moja, jak ciebie kochać ten tylko się dowie, kto nie będzie musiał cierpieć twoich synów i córek przez okres czasu nie krótszy od miesiąca.

Grenzschutz (czyli straż granicy wszelaka, w tym też ta samowolna; słowo samo się właściwie na potrzeby tekstu wybrało) chyba jest właśnie tym mitycznym zawodem, któremu nic nie grozi. W pewnych kręgach internetowych od jakiegoś czasu krąży cytat z tzw. anonima, POLAND WILL HAVE ITS BORDERS EVEN IF THEY’RE ON THE LAST MAP HUMANITY EVER DRAWS. Utrzymany w dobrej, sanacyjnej estetyce, i zapakowany wprost na eksport (z wersją polskojęzyczną się jak dotąd nie spotkałam). W pewnym sensie jesteśmy wszyscy zniewoleni przez mapy. Są takie fragmenty Kaukazu posowieckiego, gdzie wciąż nie skończyli wytyczać granic, i są to zazwyczaj miejsca najbardziej w tym zaaferowanym regionie stosunkowo spokojne. Trudno przecież bić się o granice, której jeszcze nie wytyczono. Jeszcze nie wiadomo, czy ta wioska, o tożsamości mieszanej, o tożsamości swojej, o tożsamości takiej, jakiej propaganda akurat potrzebuje, aby miała, nie wiadomo jeszcze, czy ta wioska będzie nasza do obrony, czy nasza do odbicia. W żadnym sensie nie piszę tego jako apologii dla ZSRR, są po prostu regiony tego naszego euraskiego kontynentu, gdzie półpłynna granica wewnątrzpaństwowa sprawowała się, wydaje się z perspektywy czasu i kilku już wojen, najlepiej z możliwych opcji. Tym bardziej niepokojąca jest obecna degradacja strefy Schengen. Nie w tym sensie, że za realistyczne uważam walki o terytorium między członkami UE, a o aspekt miękki tego zwrotu.

pomnik ku pamięci pomordowanych w IIWŚ, Utrecht

Gdy na chwilę przysypiam, już za Berlinem lecz jeszcze przed granicą, budzę się wielce zaaferowana, że z Ojcze Nasz pamiętam jedynie Vater unser im Himmel, geheiligt werde dein Name, dein Reich komme. Samą w sobie granicę również przesypiam. Polska budzi mnie ostrymi światłami znaczącymi zjazd na kontrolę naszej legalności.

Oczywiste wręcz jest, że gubię w plecaku portfel, i szukam go jak stoi nade mną kobieta z Grenzschutzu. Nie odzywam się, trochę dla celów badawczych, a trochę z nerwów. Moja wartość eksperymentalna i tak jest marna, zbyt pomorsko wyglądam, i należę do tej nieszczęśnie porządnej demografii „kobiet samotnie podróżujących z książkami w plecaku”. Zresztą.

Ta kobieta wyglądała na mój wiek, więcej, wyglądała jakby mogła być ze mną na studiach, jakbym mogła ją ledwo co wyminąć na targu książki. Chodzi mi tu o to, że czasem patrzysz na członka Systemu, i nie tyle widzisz w nim człowieka, co kogoś dokładnie takiego jak ty. Ile to z moich kamratów z szkoły przy psychiatrycznym oddziale dziennym mówiło, że pewnie pójdą do pobliskiego technikum mundurowego, z klasami m. in. straży granicznej, gdyż nigdzie indziej się nie dostaną, nigdzie indziej sobie nie poradzą, nigdzie indziej nie chcą? Łatwo osunąć się w System. Niczym w grzęzawisko.

„Do widzenia,” mówi wychodząc ta kobieta, jedyna z zespołu trzech Grenzów, i zdaję sobie sprawę, że chyba nie mamy w tym języku pożegnań, które by nas nie wiązały, nie zobowiązywały, w sposób taki czy owaki. A na marginesie, to ciekawe, że przeprowadzając kontrolę w autobusie na relacji Paryż-Wilno, więc RP jedynie przecinającym, posłużono się w całości jedynie językiem polskim. Polska dla Polaków, Ziemia dla Ziemniaków.

Blisko już do miasta, za blisko, ten punkt chyba to jednak na granicy samej to nie jest, Festung Stettin, Festung Polen, wjeżdżamy, łapie pierwszą nazwę ulicy, i nie wiem, czy śmiać się czy płakać z takiego powitania. Potulicka. W tzw. Potulicach Bydgoskich siedzieli najpierw jeden z moich pradziadków, gdy więzili tam Polaków, a następnie jeden z moich prapradziadków, zresztą przyszły szwagier tego poprzedniego, gdy więziono tam Niemców.

Kurwa moja, nasza ta mać.

Ostatnia.

W blogowym wpisie z 2008, a więc z czasów odległych, wręcz prehistorycznych, pracujący ówcześnie w jednym z gdańskich teatrów komentator pisze, że:

„Zawsze odczuwam pewnego rodzaju wzruszenie, gdy czytam o „inteligenckiej widowni”. W czasach w których samo istnienie „inteligencji” wydaje się problematyczne, oczekiwanie, że ta społeczna grupa o nieustalonym statusie (istnieje jeszcze, czy już nie?) będzie jeszcze na dodatek chodzić do teatru może tylko wzruszać. (…)

„Inteligenci” mogą też mieć te same potrzeby, co przedstawiciele innych zawodów. Wbrew wzniosłym oczekiwaniom dyrektorów teatrów, na przykład nauczycielka (czyli nie dosyć, że „inteligencja”, to jeszcze „misja niesienia oświaty”) może w teatrze realizować „po godzinach” swoją potrzebę rozrywki.” {8}

Jest możliwe, że tak jak nie ma już “inteligencji”, jest pewna klasa “post-inteligencka”, gdzie post oznacza tylko, i zarazem aż tyle, że są to ludzie wychowani w rodzinach, które ongiś nosiły takowe miano. Są oni naznaczeni tym wychowaniem, piętnem, którego mogą nawet nie dostrzegać. To różnica wynikająca z środowiska domowego, nurtów, na jakie steruje, więcej, nurtów, które dla człowieka weń wychowanego jawią się jako jedyne możliwe. W ostatnich czasach jest to również luka wspólnoty, luka posiadania czasu i chęci na bycie w swoim wzajemnym towarzystwie. Ta luka, ta luka domostwa będzie się zapewne jedynie powiększać, jak jeszcze teraz zaczną modele językowe wyłączać po kolei kolejne połączenia neuronalne w naszych mózgach, jak to ostatnio wykazali Kosmyna i wsp. A to wszystko, te neurony, te wyładowania, te samodzielne myśli, od wieków uznawane za główny definiens naszego gatunku, to wszystko oddajemy z własnej woli, bez przymusu (jak na razie), w imię czego dokładnie? I know your days are precious/on this earth./But what are you trying/to be free of?/The living? The miraculous/task of it?/Love is for the ones who love the work. {9}.

widok z promenady Innenhafen na Synagogę, Duisburg

Prawie na samym początku studiów, w listopadzie bodajże, siedziałam w sali seminaryjnej starego budynku szpitalnego i słuchałam wykładu o piramidzie potrzeb Maslowa.

Po zajęciach zapytałam Wykładowczynię, artykułując wątpliwość, którą obracałam w myślach od ponad godziny, „a co z ascetami?”.

„A co z ascetami?” odpowiedziała.

„Są przeciwieństwem teorii piramidy Maslowa. Uważają, że na intelektualny szczyt można dojść nie przez zaspokojenie niższych potrzeb, a poprzez ich negację.”

„Hm, możliwe. Człowiek, w moim ujęciu, jest mięsem animowanym przez elektryczność. Wielu waszych wykładowców by polemizowało, ale moje doświadczenie zawodowe na to wskazuje.”

„Ale jak wyjaśnić piramidę potrzeb w kontekście ascetów?”

„Po prostu. Przepraszam, ale za chwilę będzie tu kolejny wykład. Nie, żebym Panią wyganiała.”

pisałam DUISBURG, GDAŃSK, I AUTOBUS NA TRASIE POMIĘDZY NIMI

{0} — dostęp wszędzie 14.08.25

{1} — https://www.reddit.com/r/Mainlander/comments/p6v319/after_studying_mainlanders_philosophy_my_friend/

{2} — https://www.bfi.org.uk/sight-and-sound/features/adventures-set-werner-herzogs-nosferatu

{3} — Ludwik Hirszfeld: Historia jednego życia, Czytelnik, Warszawa, 1946, Pax, Warszawa, 1967, 1989, Czytelnik, Warszawa, 2000, ISBN 83-07-02731-4.

{4} — fragment z „Biegunów” Olgi Tokarczuk

{5} — https://www.davidrllitchfield.com/2015/10/book-review-thyssen-in-the-20th-century-volume-2-forced-labour-at-thyssen-united-steelworks-and-baron-concern-during-world-war-two-by-thomas-urban-published-by-schoningh-verlag-germany-20/

{6} — za R. Wolin, ,,Heidegger in Ruins: Between Philosophy and Ideology” (2023)

{7} — fragment wstępu do „Genocides by the oppressed: subaltern genocide in theory and practice”, ed. N. Robins i A. Jones

{8} — https://widownia.slawomirczarnecki.pl/chora-widownia/

{9} — fragment wiersza „For a Student Who Used AI to Write a Paper” J. Fasano

Ein bescheidener Text, aber ein gutes Buch

TU zachęcałam do czytania. Michael G. Müller przeczytał:

Michael G. Müller

Vincent Helbig, Euer Deutscher. Wie ich Polen lieben lernte [Wasz Niemiec. Jak pokochałem Polskę. Kraków 2025]

Im Tagebuch seiner Wanderreise nach Masuren im August 2013 hat Helbig am ersten Reisetag notiert: „Hoffentlich finden wir uns in Allenstein gut zurecht und erreichen den auf der Wanderkarte rot eingezeichneten Weg. Gott steh uns bei!“ Ja, Allenstein (Olsztyn), und nicht etwa Alma-Ata oder Aleppo. Aber seine erste Begegnung mit Polen war für den 19-jährigen Vincent eine vergleichbar exotische, auch verunsichernde Erfahrung – ein großes Abenteuer, bei dem es durchaus ratsam scheinen mochte, Gottes Beistand zu erbitten.

Continue reading “Ein bescheidener Text, aber ein gutes Buch”

Moje wojny (3)

Ewa Maria Slaska

5. Moja prywatna wojna, żydowska i nieżydowska

W roku 1985 odkryłam, że jestem Żydówką. Nikt mi tego nie powiedział, doszłam do tego samodzielnie. Z jednej strony były moje sny i skojarzenia. W snach coraz częściej pojawiała się sprawa, że mama i ja musimy iść na piechotę do obozu koncentracyjnego, a może obozu zagłady. W tych snach nigdy tam nie dochodziłyśmy, co odpowiadało rzeczywistości, bo mama nie była ani w getcie ani w obozie. Ale groźba, że tam zostanie wysłana musiała jej ciążyć przez całe życie. Tak ciążyć, że dostałam ją również ja.

Continue reading “Moje wojny (3)”

Noch ein Text zum Neujahr

Michael G. Müller

Kugelbomben

In der Silvesternacht 2024/2025 wieder Tote und Verletze – diesmal vor allem durch „Kugelbomben“. Seitdem wissen auch wir bisher Ahnungslosen, was Kugelbomben sind. Radio und Zeitungen erklären uns über die technischen Details auf, über den richtigen und den falschen, erlaubten und verbotenen Gebrauch, sogar – dank der Expertise Berliner UnfallchirurgInnen – über die Art der dadurch verursachten Verletzungen. Wer im Internet recherchiert, findet, von den unfallchirurgischen Informationen einmal abgesehen, noch viel mehr: „Kugelbomben Aufbau“ (mit praktischen Anleitungen), „Kugelbomben Funktionsweise“ (2 inch, 6 inch, 8 inch), „Kugelbomben shop“ (mit den Links zu Anzeigen bei „eBay“, „polenböller.net“ und vielen anderen Anbietern). Sollten wir also auf den Geschmack gekommen sein, haben wir es jetzt leicht. Einfach online bestellen oder, als Alternative, selbst basteln.

Wäre da nicht das Problem mit den katastrophalen Unfällen. Eigentlich sind die Kugelbomben bei uns in Berlin und in Deutschland ja überhaupt verboten. Na ja, nicht wirklich. Professionelle Feuerwerker dürfen sie natürlich kaufen, auch in ihren öffentlichen Feuerwerksspektalen einsetzen. Nur Privatmenschen sollen sie eben weder erwerben noch am Silvesterabend einfach vor der Haustür unkontrolliert verballern dürfen. Denn das geht doch nicht gefahrlos ohne „professionelle“ Mörseranlagen!

Was das wirkliche Problem ist, hat der innenpolitische Sprecher der regierenden Berliner CDU am 2. Januar 2025 öffentlich benannt. Die für deutsche Menschen so gefährlichen Kugelbomben wurden und werden „illegal“ aus Deutschlands östlichen Nachbarländern importiert. Deshalb – so sagt der Sprecher, sichtlich um nachbarschaftspolitische Korrektheit bemüht – müsse man mit diesen Nachbarstaaten darüber „ins Gespräch kommen“, wie dieser illegale Import zum Schutz der Deutschen unterbunden werden kann.

Gut. Aber was könnte damit gemeint sein? Wir alle wissen, dass praktisch Zigtausende Deutsche täglich über die Grenze nach Polen fahren, um ihre „Schnäppchen“ zu machen – billigeres Benzin, billigere Zigaretten und Wurstwaren, billigere Gartenpflanzen samt Gartenzwergen. Auch beim Halblegalen drücken wir gerne ein Auge zu: bei den in Deutschland nicht mehr zugelassenen Pflanzenschutzmitteln oder eben bei den jederzeit verfügbaren Feuerwerksartikeln. Beim so netten „kleinen Grenzverkehr“, bei den harmlosen Schnäppchen soll es natürlich auch bleiben. Mit dem Missbrauch muss aber Schluss sein!

O.k…. Wie machen wir das? Stellen wir uns vor, dass sich die deutsche Bundespolizei neben den seit Langem existierenden Grenzkontrollen zur Verhinderung illegaler Immigration jetzt auch um den illegalen Import von Kugelbomben kümmert – durch Polen, Deutsche oder sonst wen. Könnte funktionieren, wenn wir uns darauf einstellen, dass Reisende zwischen Polen und Deutschland wegen der Kontrollen nicht mehr nur, wie jetzt schon, zwei bis fünf Stunden Wartezeit an der Grenze in Kauf nehmen müssen, sondern vielleicht acht bis zehn. Man könnte Tschechien und Polen natürlich auch nahelegen, dass sie die Produktion bzw. den Vertrieb von Kugelbomben im eigenen Land überhaupt unterbinden – damit die Deutschen gar nicht erst in Versuchung geraten. Im Zentrum von Prag und in anderen tschechischen Städten ist das Böllern zu Silvester ja sowieso schon verboten; die Tschechen würden also gar nichts an Lebensqualität verlieren. Aber werden Tschechen und Polen das wirklich wollen? Vielleicht würden sie auch fragen, warum die durch illegal importierte Kugelbomben bedrohten Deutschen nicht auch einfach bei sich das private Böllern an Silvester verbieten…

Aber gut, stellen wir uns vor, dass Deutschland, Polen und Tschechien sich jetzt nachbarschaftlich-einvernehmlich darüber einigen, die Grenzen für den illegalen Warenverkehr mit Kugelbomben tatsächlich dicht zu machen. Zu Silvester 2025 für deutsche Fans keine einzige Kugelbombe mehr in Reichweite! Dann bleibt theoretisch immer noch der Eigenbau – z.B. nach der leicht verständlichen Anleitung auf YouTube (Fps PyroHD) „Wie ich eine kleine 3-inch Bombe gebaut habe“: Du brauchst eine Deko-Powerbox, einen Kanonenschlag und zwei Deko-Flashbacks (handelsüblich). Du zerlegst die Powerbox und den Kanonenschlag und die Flashbacks, weil du die Zuschnüre brauchst… Aber unbedingt beachten, was im Vorspann zu dem Video steht: Die eigene Herstellung von Feuerwerk ist „in Deutschland gesetzlich verboten. Die folgenden Inhalte dienen nur Demonstrationszwecken, sie dürfen unter keinen Umständen nachgeahmt werden“. Na, dann kann ja nichts mehr passieren.

Unser neues Projekt

Projektgruppe:
Elżbieta Kargol – Anna Krenz – Ewa Maria Slaska – Gisela Wenzel
Ambasada Polek e.V. / Dziewuchy Berlin

Berlin, 16.08.2024

Bezirksverordnetenversammlung Tempelhof-Schöneberg
Gedenktafel-Kommission
Rathaus Schöneberg
John-F. Kennedy-Platz
10820 Berlin

Vorschlag für eine Gedenktafel


Continue reading “Unser neues Projekt”

Freiheit Gleichheit Solidarność – neue Freifläche bei „Berlin Global“

Monika Wrzosek-Müller

(Eine ganz persönliche, subjektive Betrachtung)

Das ist eigentlich die Geschichte einer gefühlten Fremdheit, oder einer Leidenschaft, und deren Stationen im Leben von Menschen, die sich für die intensive, wirkliche und alltägliche Verständigung zwischen den Mitmenschen, vielleicht aber doch speziell zwischen Polen und Deutschen einsetzen und eingesetzt haben.

Auf jeden Fall durchbricht diese Freifläche bei Berlin Global, die am Freitag eröffnet und mächtig gefeiert wurde, die gewaltige steinerne Fassade des Kolosses Humboldt-Forum, eines Riesen, der immer noch nicht seinen Platz und seine Aufgabe gefunden hat. Die Ausstellung macht den Ort lebendig. Zur Eröffnung strömen vor allem junge Polen aus allen Richtungen, aber auch ein paar Veteranen der deutsch-polnischen Verständigung, ein paar Deutsche Freunde, Interessierte, Verlorene. Sie alle lassen sich das Konzept erklären, sind von der Farbigkeit und der gelungenen Inszenierung fasziniert. Sie lassen sich die Orte in Berlin vorführen, die mit Polen, der polnischen Geschichte, den polnischen Menschen verbunden sind, die Videos auf großen Bildschirmen mit Gesprächen, Aussagen von mehrheitlich Polen zu den Themen wie: Fremdheit, gefühlte, erlebte, Eingewöhnung, deutsch-polnische Beziehungen, Solidarność versus Solidarität im Leben, seit dem Krieg in der Ukraine und auch vorher…

Continue reading “Freiheit Gleichheit Solidarność – neue Freifläche bei „Berlin Global“”

“Strefa interesów”

Film został nagrodzony Oskarami i teraz wszyscy o nim mówią. Poprosiłam dwie blogowe Autorki o opinię.

Ela Kargol

Strefa życia i strefa śmierci. Każda z nich to strefa interesów.

Fabryka pracuje na pełnych obrotach, tuż za płotem strefy życia wielkie piece, stale udoskonalane, palą, to co ma być spalone. Byle szybciej, byle więcej. Głośno, bardzo głośno, ale do tych odgłosów można przywyknąć, a kto nie przywyknie, ten opuszcza strefę.
Nie opuściłam kina, choć dźwięki przeszkadzały, utrudniały oglądanie. Pies też mnie denerwował. Za dużo go było na ekranie.
Rudolf dbał o karierę, rodzinę i konia.
Złotowłosa Hedwig o dom, ogród, dzieci (?) i swoje miejsce na ziemi w swojej strefie.

Niesforny jest popiół, bo wlezie tam, gdzie nie powinien. Osadza się, sieje się sam na polach, wchodzi przez okna i drzwi, frunie hen. Czasem rzeką popłynie, aż do Wisły i dalej.
Tata chciał nauczyć mnie pływać w tej rzece, właśnie w tej. Ale rzeka nie chciała. Ja o popiołach wtedy nic nie wiedziałam.
Pływać nauczyłam się w Poznaniu, na pływalni zrobionej ze synagogi.

Buty, walizki, okulary, kule, ubrania, torby, zdjęcia….- rzeczy, których nie zdążono spalić, zniszczyć, przebrać, wysegregować za szklanymi oknami wystawowymi zaświadczają o istnieniu fabryki.
My wchodzimy na teren obozu przechodzimy obok i wychodzimy tym samym wyjściem, Po tylu latach „Arbeit macht frei“ niewiele znaczy, znaczy się wiemy, co znaczy, co znaczyło wtedy, ale nie doświadczymy nigdy tego samego. I widok tych butów i kapeluszy i sztucznych szczęk niczego nie zmieni, niczego nie nauczy. Sulamit ma teraz inne imię, jej włosy są nadal spopielałe, ale śmierć nie jest tylko mistrzynią z Niemiec.
 
Pielęgnujemy swoje ogrody, dbamy o dom, o psa, kota, czasem konia, staramy się dobrze wychować dzieci, służbę traktujemy należycie, podlewamy róże i dalie.
Na płatki róż opada popiół i już nie są czerwone, kalarepa ma smak śmierci, a wino i tak się przestało piąć po murze. Mimo wszystko było pięknie. Dzieci dokazywały, śmiały się i biegały nie znając umiaru, pluskały w basenie i nie bały się Baby Jagi. Nie dla nich Baba Jaga rozpalała ogień w piecu. Nie dla nich budowano kominy. Nie dla nich spadały gwiezdne talary.


Dwa światy równoległe.

Pozytyw, negatyw.

Tak blisko siebie.
Tak daleko.
Wtedy i jeszcze przedtem, teraz i potem.

Niewiele się zmieniło.
“Czarne mleko jutrzni…” rozlewa się nadal.

Monika Wrzosek-Müller

Czy dzieci naprawdę bawią się złotymi zębami? Czy babcia, czyli mama pani domu, czyli Hedwig wyjeżdża, bo coś zrozumiała? Czy mniejszy chłopiec ma trochą skrzywione życie potem, bo się boi brata i w ogóle wszystkiego naokoło? Dlaczego Höß wymiotuje w Oranienburgu, choć w Oświęcimiu tak mu sie podoba? Czy dziewczyna, która rozkłada jablka dla więziennych pracowników jest z bajki, czy jest rzeczywista postacią? Czy Hedwig ma stosunek z ogrodnikiem? Czy służące też kiedyś zostaną spalone w wydajnych i nowoczesnych piecach?

Pytania i pytania i może dobrze, bo inaczej pewnie już nikogo ten temat nie zainteresuje; jak pokazać generacjom pokoju taką makabrę? Jak ich pozytywnie zaszokować? Czy artystycznie przetkany film coś zmienia, daje inną perspektywę? Dźwięki były wspaniałe, sugerowały rzeczywistość zza płotu. Dlaczego nie było zapachu, na pewno musiało śmierdzieć?

Im dłużej myślałam o tym filmie, tym bardziej mi się podobał; choć na początku wyszłam rozzłoszczona, jak można tak nic nie pokazać, niby pokazując wszystko?

Ciekawe nie przychodzi mi po tym filmie do głowy, żeby pisać: reżyser…, rola główna…, produkcja… Coś jednak jest inaczej, tylko czy rzeczywiście dotrze do młodych, nie wiem.

Ewa Maria Slaska

Mi się film bardzo nie podobał. Uważam, że teraz nic nie pokazuje i jeśli ktoś przedtem nie wiedział, co się tam dzieje, potem też nie będzie wiedział, a za to (za to?) za kilka lat młodzież, oglądając ten film bez kontekstu Oskara i aktualnych komentarzy, zapyta, czemu robiło się tyle krzyku o tę wojnę, skoro tak naprawdę nic się nie wydarzyło.

Redakcja (wg Wikipedii)

Strefa interesów (ang. The Zone of Interest) – dramat historyczny z 2023 roku w reżyserii Jonathana Glazera, luźno oparty na powieści Martina Amisa z 2014 roku. Prace nad filmem trwały 10 lat. Jest to koprodukcja Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Polski (PISF). Film przedstawia codzienne życie niemieckiego nazistowskiego komendanta KL Auschwitz Rudolfa Hößa (Christian Friedel), który wraz z żoną Hedwig (Sandra Hüller) stara się zbudować wymarzone życie w willi zlokalizowanej w strefie interesów niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz.

Premiera Strefy interesów odbyła się 19 maja 2023 na 76. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes, gdzie film zdobył nagrodę Grand Prix i nagrodę FIPRESCI. Został uznany przez National Board of Review za jeden z pięciu najlepszych międzynarodowych obrazów 2023 roku. Otrzymał Oscary dla najlepszego filmu międzynarodowego i za najlepszy dźwięk.

Rok produkcji2023
Data premiery19 maja 2023 (Cannes)
15 grudnia 2023 (Stany Zjednoczone)
2 lutego 2024 (Wielka Brytania)
8 marca 2024 (Polska)
Kraj produkcjiStany Zjednoczone
Wielka Brytania
Polska
Językniemiecki
polski
jidysz
Czas trwania105 minut
ReżyseriaJonathan Glazer
ScenariuszJonathan Glazer
Główne roleChristian Friedel
Sandra Hüller
MuzykaMica Levi
ZdjęciaŁukasz Żal
ScenografiaChris Oddy
Joanna Kuś
Katarzyna Sikora
KostiumyMałgorzata Karpiuk
MontażPaul Watts
ProdukcjaEwa Puszczyńska (Extreme Emotions)
James Wilson (Two Wolves Films)
WytwórniaPolski Instytut Sztuki Filmowej
Film4
Access
JW Films
Extreme Emotions
DystrybucjaA24 (Stany Zjednoczone i Wielka Brytania)
Gutek Film (Polska)
Przychody brutto$16 milionów

Polkopedia. Vernissage.

Magdalena Schwabe

PM Februar 2024
# Frauen & Kultur & Geschichte
# deutsch-polnisches kollektives Gedächtnis

3. Polkopedia Workshop / Austellung ab 15 Uhr

Nach 3. bewegenden Workshops laden wir am Sam, den 24. Februar 2024 in die Regenbogenfabrik (Lausitzer Straße 21a, 10999 Berlin) ein zur Eröffnung der Ausstellung Frauenportraits der vergessenen Heldinnen – der Opfer des Nationalsozialismus, die aus den Seiten der Geschichte gelöscht wurden und wieder ihr Gesicht bekommen.
Wir widmeten ihnen drei Workshops, in denen wir sie durch das Verfassen von Biografien erinnerten und würdigten.

Im Strafgefängnis Plötzensee wurden während des 2 Weltkrieges über 40 polnische Konspiratorinnen hingerichtet.

Wer waren diese Frauen? Wofür haben sie ihr Leben verloren? Den meisten enthaupteten polnischen Frauen wurde Hochverrat am Deutschen Reich vorgeworfen. Viele von ihnen arbeiteten im Untergrund, andere gaben jemandem ein Stück Brot, andere waren zur falschen Zeit am falschen Ort. Sie verloren ihr Leben für Worte, ein Stück Brot, für den Kampf für die Freiheit.

Die Initiatorin des Projekts, Ewa Maria Slaska, sowie die Autorin der Frauenportraits, Anna Krenz, stehen zum Interview und Gespräch da. Eingeladen sind auch engagierte Berliner_innen, die mit uns 24 Biografien der Polinnen aus Plötzensee rekonstruiert haben, Collagen und Zeichnungen gemalt oder an der Performance von Ewelina Jaworska teilgenommen haben. Die Schicksale dieser Frauen und ihre Zeichnungen sind online auf polkopedia.org veröffentlicht. Wir taten es, weil es endlich an der Zeit ist, die Vergessenen aus der Vergessenheit zu holen!

So beschreiben wir die fehlenden Karten der deutsch-polnischen Geschichte in Berlin. Und zeigen der Öffentlichkeit die bisher unbekannten Opfer des Verbrecher-Regimes. Vor dem Hintergrund des Krieges in der Ukraine hat die Geschichte eine völlig neue Dimension, die an Relevanz und Aktualität gewinnt.

Team: Ewa Maria Slaska https://ewamaria.blog
Anna Krenz http://annakrenz.net/krenz_bio.html

Konrad Kozaczek / Agnieszka Glapa / Fotos u. Video: Marzena Zajączkowska https://sinus3.com / Magdalena Schwabe
Kontakt/Presse: bobowskaberlin@gmail.com T +49 (0) 173 3129 704


Das Projekt von Ambasada Polek e.V.
in Zusammenarbeit mit
Regenbogenfabrik e.V. , Dziewuchy Berlin e.V., Polkopedia und International Council of Polish Women.

Das Projekt wird von der von der Stiftung Erinnerung, Verantwortung und Zukunft (EVZ) gefördert.

Diese Veröffentlichung stellt keine Meinungsäußerung der Stiftung EVZ dar. Für inhaltliche Aussagen tragen die Autorinnen die Verantwortung.


Namiestnik… beauty

Komentarz od Adminki: cóż, pisałam już o tym, nawet całkiem niedawno – skoro jesteśmy za dialogiem w kwestiach politycznych, a nie odgórną cenzurą, publikuję tu tekst, o którym musiałabym napisać znane zdanko, oznaczające umywanie rąk: poglądy autora nie odzwierciedlają poglądów Redakcji.

Szable w garść, Panie i Panowie, podyskutujmy!

Zbigniew Milewicz

Powinienem go tytułować premierem, ale namiestnik brzmi mi jakoś trafniej. Gdybym głosował na jego partię, to dodałbym również, że i dostojniej. W końcu reprezentuje on – nawet jeżeli dotąd tylko nieoficjalnie – interesy wielkiego państwa niemieckiego, a jemu należy się czołobitność. Pomimo, że to bratnie, unijne państwo, zalega Polsce z wypłatą gigantycznych odszkodowań za II wojnę światową. Namiestnikowski minister spraw zagranicznych sugeruje swojej niemieckiej odpowiedniczce, aby podejść do kwoty 6 bilionów złotych w sposób konstruktywny… Co to słowo oznacza, wszyscy wiemy, chodzi o zgrabne obejście problemu – na przykład wybudowaniem w ramach rzeczonych odszkodowań jakiegoś pomnika w Warszawie, ku czci ofiar nazizmu (nie hitlerowskich Niemiec, broń Boże), albo nawet Pałacu Saskiego. Byłoby po sprawie.

Continue reading “Namiestnik… beauty”

Co wiedzą niemieccy uczniowie o okupacji?

To reblog z oko.press, ale przy okazji dodam, że chętnie dowiedziałabym się, co naprawdę wiedzą o wojnie polscy uczniowie, tak, o wojnie, a nie o polskim bohaterstwie i polskiej martyrologii. Wydaje mi się, że w ogóle na świecie wojna stopniowo zanika, zamienia się w pamięć o holokauście.

https://oko.press/co-wiedza-niemieccy-uczniowie-o-okupacji

Continue reading “Co wiedzą niemieccy uczniowie o okupacji?”