Tajemnice w komputerze…

Kochani czytelnicy. Proszę, byście podczas lektury tego wpisu posłuchali Beethovena. Zanim skończycie, dowiecie się dlaczego?

Ewa Maria Slaska

… czyli poezja i muzyka na niedzielę

Wpis ten zaczął powstawać 4 maja o godzinie 9, zakończyłam jego pisanie 5 maja o godzinie 7; jest zapisem moich poszukiwań, zmierzających do rozwikłania pewnej zagadki. Gdy zaczynałam, nie wiedziałam kompletnie nic.

W przepaściach komputera i szaf, przynajmniej u mnie, kryją się niezwykłe i tajemnicze dokumenty. Wypływają niekiedy na powierzchnię i zadziwiają mnie niezmiernie. Kiedyś tak “spadł mi na głowę” przepisany przez moją Mamę wiersz Krynickiego, znaleziony w pudle z papierami. Dziś poetka z komputera. Właściwie szukałam Emily Dickinson, która zmarła 15 maja 1886 roku (dziś jest 130 rocznica), a znalazłam Ritę Dove. Gołym okiem widać, że Rita będzie tematem obszernym, a Emily się nie zmieści, przypominam więc na wszelki wypadek, że pisałam o niej TU i że jest moim nieodmiennym zachwyceniem.

O Ricie Dove opowiedziała mi Marta, kochająca książki amerykanistka, zajmująca się piszącym w USA kobietami, zaliczanymi do tak zwanej literatury etnicznej i postetnicznej, Louise Erdrich, Amy Tan czy Toni Morrison i Alice Walker. Marta dała mi kiedyś do przeczytania poemat Rity o czarnym muzyku polskiego pochodzenia, nawet była jakaś przymiarka do przetłumaczenia tej opowieści na polski, coś tam przełożyłam i odesłałam do kogoś, ale, jak często – nic z tego nie wyniknęło. I nic też nie pamiętam, wystarczyło jednak, by podczas przeszukiwania komputera nie zadziwić się plikiem zatytułowanym “RitaDoves1” – byłam pewna, że to albo oryginał albo moje próby translatorskie. Przerzuciłam plik na pulpit, by móc do niego szybko wrócić.

Niewiele wiem o Ricie Dove, poza tym, że jest współczesną czarną amerykańską poetką. Piękną. I niech mi wybaczy słowo czarny, bo czarne jest piękne.

A więc… RitaDove napisała kiedyś ów wspomniany już poemat o pochodzącym z Polski muzyku Mulacie, który w czasach Haydna zachwycał Londyn, przede wszystkim zaś – londyńskie damy. A ponieważ tego dnia przy śniadaniu rozmawialiśmy o nim, ucieszyłam się, że nie muszę specjalnie szukać, nawet uznałam, że jak zwykle, skoro czegoś potrzebuję, to się to znajduje. Lecz otóż nie… Otworzyłam plik i zobaczyłam dwa wiersze, których NIGDY nie czytałam, nie widziałam, nie wiedziałam… Ten mały dokument spowodował całą serię zadziwień.

Rita Dove

Black Billy Waters

wersja I

Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali
Wierzą w złoto, władzę, stada na hali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Gram na skrzypkach, lubią mnie wielcy i mali
Daj mi monetę, panie – dzięki i niech Bóg cię chwali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Wpadł pieniądz do sakwy, słyszęć go z dali
W słodkiej muzyce na nędznej życia bujam się fali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Kiedyś, gdym był wojakiem, Czarnym mnie zwali
O łąki zielone walczyłem i stada na hali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Bez nogi dziś kuśtykam, wróg mnie powalił
Jestem Black Billy Waters, tak mnie nazwali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Tu wariat, a tam książę w blasku opali
Londyn kocha nowinki, to mu się chwali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

A Mulatowi, co serca miasta rozpalił
Radę dam, gdy usłucha, Los go nie zwali
Dom swój na plecach dźwigaj, to nikt go nie spali

Tańczę dla was, choć tacy jesteście mali
Śpiewam wam, choć żeście się rumem uchlali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Weź sznura łokci trzy i bicz korali
I tych wspomnij, co tu już przed tobą skonali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

wersja II

Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak
Świat w złoto wierzy, władzę i szubienicy hak
A ja dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak

Gram na skrzypkach, lubi mnie wielki, lubi mały świat
Daj mi monetę, panie – dzięki, dzielny jesteś chwat
Lecz, czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Wpadł pieniądz do sakwy, lecz tak czy owak
Mimo słodkiej muzyki nędznego życia znak
Gdy dom na plecach dźwigam, jestem jak ślimak

Kiedyś, gdym był wojakiem, Czarny był mój znak
O łąki zielone walczyłem, władzę i szubienicy hak
Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Bez nogi dziś kuśtykam, wróg zostawił ślad
Jestem Black Billy Waters, tak mnie zwie świat
I dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak

Czy książę, czy Turek, czy mały żebrak
Londyn kocha nowinki, światowy blask
A ty, czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Więc Mulatowi, co w serce miasta ognisty wbił znak
Radę dam, gdy usłucha, nie będzie szczęścia mu brak
Ty też dom swój na plecach dźwigaj i bądź jak ślimak

Tańczę dla was, choć przecież ducha wam brak
i pijani jesteście, a śpiewam wam i tak
Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Weź sznura łokci trzy i bicz czerwony jak lak
I tych wspomnij, co już przed tobą skonali w łzach
A ja dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak
Ty zaś, czyś biały, czy czarny, biedak z ciebie i żebrak

Piękne… nadzwyczajne po prostu, ale… Po pierwsze dlaczego to nie jest poemat o “moim”muzyku”? Dlaczego po polsku? Dlaczego dwie wersje? Kto to przetłumaczył? Kto to był Black Billy Waters? Skąd się to wzięło w moim komputerze?

Zaczynam od pytania najprostszego – kim był Black Billy Waters? Wikipedia natychmiast odpowiada – czarny żebrak mieszkający w Londynie na przełomie wieku XVIII i XIX. Jeden z dziesięciu tysięcy Czarnych mieszkających w owym czasie w Anglii. Był beznogi, stąd to porównanie do ślimaka. Podobno był żołnierzem, pływał na okrętach wojennych i stracił nogę w walkach. Miał żonę i dwoje dzieci. Żył w skrajnej nędzy, żebrał przed wejściem do teatrów, śpiewając dowcipne kuplety i przygrywając na skrzypkach.

Portret namalowany najprawdopodobniej przez Sir Davida Wilkie

Cieszył się ogromną popularnością i został umieszczony co najmniej w dwóch utworach, opisujących życie w Londynie pod koniec XVIII wieku, gdy jeden z nich wystawiono na scenie – Black Billy grał tam sam siebie. Nazywano go królem żebraków.

Tłumaczony w tajemniczym dokumencie tekst był swoistym testamentem Billy’ego.

Thus poor Black Billy’s made his Will,
His Property was small good lack,
For till the day death did him kill
His house he carried on his back.
The Adelphi now may say alas!
And to his memory raise a stone:
Their gold will be exchanged for brass,
Since poor Black Billy’s dead and gone.

Wiem, najprościej byłoby już teraz sięgnąć po pomoc do internetu, i na pewno mnie to nie minie, ale na razie rozmyślam sobie o Ricie Dove bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz.

Oba tłumaczenia na polski są lepsze od zacytowanego tu oryginału,  napisanego przez samego Black Billy Watersa. Ten, kto to przetłumaczył na polski, świetnie się bawił i był mistrzem sztuki wiązania słów. Pierwsza wersja tłumaczenia polskiego jest oparta na jednym rymie będącym polskim odpowiednikiem angielskiego will, druga na rymie lack czyli brak. Tłumacz użył dwóch rymów zastosowanych w oryginale i to jeszcze wybrał rymy męskie, które w polszczyźnie są po prostu przekleństwem i kojarzą się z najtańszymi wypocinami pseudopoetów.

Tyś pchła
Tyś pchła
mię do miłości tej…

Drążę. Czy jest możliwe, by to Rita Doves napisała te dwa doskonałe wiersze po polsku i byłyby to jej wiersze, tak jak spolszczony Giaur był poematem Mickiewicza. Ale oczywiście, nie, nie i jeszcze raz nie. Tak nie potrafiłby chyba pisać żaden cudzoziemiec, a i Polaka zdolnego wykonać taki majstersztyk, długo by szukać.

No ale szukam. Już zaczęłam.

W obu wersjach powtarza się porada Black Willy’ego dla…

Więc Mulatowi, co w serce miasta ognisty wbił znak
Radę dam… / A Mulatowi, co serca miasta rozpalił
Radę dam…

To pewnie ten czarny muzyk z Polski, więc może jednak i Billy Black jest częścią tego poematu…

Rita Dove urodziła się w roku 1952. Jest poetką i literaturoznawczynią, pracuje na Uniwersytecie Virginia. Ciekawe, że hasło w polskiej Wikipedii nie wspomina ani słowem o polskich zainteresowaniach artystki. Ze spisu książek artystki wybieram Sonata Mulattica, New York: Norton, 2009. To właśnie ten poemat. Nawet pamiętam, że okładka była biało-niebieska.

Czarny skrzypek George Polgreen Bridgetower (1780–1860) był zdaniem Rity – synem Polki, wiejskiej dziewczyny z okolic Białej Podlaskiej, zdaniem polskiej i niemieckiej Wikipedii – synem Niemki z Budziszyna, niejakiej Schmidt. Ojcem był “African Prince” z Etiopii bądź, jak twierdzi Rita, z Barbadosu. Słabo pamiętam ten poemat, czytałam go w roku 2009, niemal od razu po wydaniu, ale wydaje mi się, że Rita jest zdania, iż George był nieślubnym dzieckiem, a wikipedyści zakładają, że rodzice wzięli ślub i że George miał jeszcze brata, Friedricha Josepha, wiolonczelistę. Ale może było tak, że matką George’a była Polka, a Friedricha – Niemka. Albo, że Polka z Podlasia czy ze Śląska (jak chce Rita) dopiero po urodzeniu pierwszego syna wzięła ślub ze swym czarnym kochankiem, a wikipedystom z Ameryki Polka czy Niemka to za jedno… A polska i niemiecka Wikipedia za nimi jak za panią matką…

Ojciec George’a był służącym księcia Hieronima Wincentego Radziwiłła w jego podlaskich dobrach w Białej Podlaskiej. W roku 1779 papa przenosi się na służbę do księcia Esterhasego,  dzieciństwo chłopca / chłopców upływa więc na Węgrzech, w majątku, gdzie nadwornym muzykiem był Józef Haydn. Stąd znajomość George’a z wielkimi tamtego świata, Haydnem, Beethovenem, ale też Thomasem Jeffersonem. Jefferson był na występie Bridgetowera w Paryżu i wspomina ślicznego dziewięcioletniego chłopca z kaskadą czarnych loków.

W roku 1790 Bridgetower osiadł na stałe w Londynie. Był członkiem orkiestry króla Jerzego IV (tego, który był jednocześnie księciem hanowerskim i odpowiada za związki Windsoru z dynastiami niemieckimi).

W 1802  Bridgetower wyjechał do Drezna, aby odwiedzić matkę i brata. Rok później wystąpił w Wiedniu razem z Ludwigiem van Beethovenem. Wywarł wielkie wrażenie na austriackim kompozytorze, który zadedykował mu Sonatę skrzypcową nr 9 A-dur (op. 47). Po raz pierwszy została publicznie zagrana 24 maja 1803 r. w wiedeńskim teatrze Augarten – Beethoven grał na fortepianie, a Bridgetower akompaniował mu na skrzypcach.

George Bridgetower, autor Henry Edridge

Kompozytor nazwał swoje dzieło Sonata mulattica composta per il Mulatto Brischdauer, gran pazzo e compositore mulattico.  Już w dedykacji zapowiedział, że jest to dzieło nadzwyczajnie wręcz trudne czyli praktycznie – nie do zagrania. Wkrótce jednak doszło konfliktu między muzykami, w wyniku czego Beethoven zmienił dedykację i zadedykował sonatę Rodolphowi Kreutzerowi (dziś sonata jest znana właśnie jako “Kreutzerowska”). Dlaczego? Najbardziej znana wersja mówi o tym, że Bridgetower obraził kobiety, które okazały się przyjaciółkami Beethovena. Mniej poprawny politycznie wariant zakłada, że młodszy uwiódł czy też oczarował pannę, która podobała się starszemu. Tak to też jest chyba i u Rity.

Nota bene Kreutzer jej nigdy nie zagrał. A Bridgetower – tak.

W roku 2013 powstał film o poemacie, poetce, geniuszu i zapomnianym czarnym muzyku, którego gra współczesny czarny muzyk – Joshua Coyne.

***

Wszystko to nadzwyczaj ciekawe, ale niestety w ogóle nie tłumaczy, co to są za wiersze, te które znalazłam u siebie w komputerze? Czy są częścią Sonaty mulackiej? Znajduję spis treści poematu, a w nim, o tak, wiersz Black Billy Waters. Dobrze, Ewuniu, bardzo ładnie sobie radzisz.

A więc tak, na pewno, przynajmniej według Rity, Billy Waters i George Bridgetower się znali. Mieszkali w Londynie, a łączył ich nie tylko kolor skóry, ale i instrumentum – skrzypce. O tak, Rita sparafrazowała autentyczny testament Watersa.

All men are beggars, white or black;
some worship gold, some peddle brass.
My only house is on my back.

I play my fiddle, I stay on track,
give my peg leg—thankee sire!—a jolly thwack;
all men are beggars, white or black.

And the plink of coin in my gunny sack
is the bittersweet music in a life of lack;
my only house is on my back.

Was a soldier once, led a failed attack
in that greener country for the Union Jack.
All men are beggars, white or black.

Crippled as a crab, sugary as sassafras:
I’m Black Billy Waters, and you can kiss my ass!
My only house weighs on my back.

There he struts, like a Turkish cracker jack!
London queues for any novelty, and that’s a fact.
All men are beggars, white or black.

And to this bright brown upstart, hack
among kings, one piece of advice: don’t unpack.
all the home you’ll own is on your back.

I’ll dance for the price of a mean cognac,
Sing gay songs like a natural-born maniac;
all men are beggars, white or black.

So let’s scrape the catgut clean, stack
the chords three deep! See, I’m no quack—
though my only house is on my back.
All men are beggars, white or black.

A TU można posłuchać, jak poetka recytuje ten wiersz.

***
Już wszystko wiem. Przez 24 godziny przekopałam się od kompletnej niewiedzy do pełnej wiedzy. Poza jednym – bo kto te wiersze przetłumaczył na polski!? Kto mi je przysłał? Co miałam z nimi zrobić (i dlaczego nic nie zrobiłam)? KTO? CO?

POMOCY!

Pamięci Żydów kujawskich

Andrzej Rejman

pro memoria

Bez zbędnych komentarzy, pamiętając – próbując nigdy nie zapomnieć – przypominając innym – upominając…

myśląc…
o ofiarach, tej straszliwej wojny, każdej wojny, wszystkich wojen…

udostępniam te wiersze, pieśni i muzykę.

(utwory pochodzą z płyty wydanej przez Centrum Kultury i Sportu w Kruszwicy w 2012 roku)
muzyka: Andrzej Rejman, Alina Sarit Konwińska
wykonanie: Alina Sarit Konwińska i Andrzej Rejman

ELA GALOCH (z tomiku: “Tu zakwitają wiersze”) *

Joel szuka swojej Palestyny
wśród huku wozów, kurzu i obelg esesmana.
Szuka tam, gdzie dzień, godzina,
nawet dziesięć minut może zwolnić.
Bo ma wrażenie, że strach w głowę wkręca śrubkę.
Na każdym kroku czyha brudne miasto,
jak odbicie chaosu panującego w duszy.

Zakłady pogrzebowe obok fryzjera,
prowizoryczny szpital ze stajniami,
a na chodnikach handlarze mydła
i głodni czyściciele butów.
Twarze przechodniów coraz bledsze,
zamazane, jak obrazy na słabo oświetlonej ścianie.

W gettcie już cuchnie z rynsztoków,
ludzie w postrzępionych chałatach
wydają się z innej epoki,
chociaż szewcy wciąż reperują zdarte buty,
krawcy nicują marynarki.
Na progach stare kobiety w połatanych chustach
czekają na Mesjasza.
Jeszcze psy ziewają szeroko,
na niskich dachach wylegające się koty,
Im więcej się wszystko zmienia,
tym bardziej pozostaje bez zmian.

Zielonozłote muchy ścigają się
wokół gasnącej lampy.
Hanah spuszcza głowę:

– Jak będę żyć bez ciebie?
Jak będę żyć…?

Wiem, że kobieta
nie powinna przyznawać się do takich uczuć.
Dziś znów spłonęły tomy kalendarzy do Pisma,
księgi, kabały i traktaty o etyce,
chociaż Żydzi wierzą w siedmioletni ogień,
który urodzi salamandrę.
Mają też swojego rabina- cudotwórcę,
który teraz ociera czoło mycką,
jakby chciał powiedzieć:
Sami sprowadziliście na siebie ruinę.
Bo są już wagony.
Znów są- otwarte
i jeszcze przez chwilę puste…

KRYSTYNA WOŹNIAK (z tomiku: “Ślady dotyku”)*

Boisz się głosu ulicy ,
wciśnięta w ścianę chowasz głowę,
fotel i biel obrusa nie wznowią pamięci.

Kiedy rozczesuję Ci włosy,
chowasz kromkę chleba do kieszeni,
mówisz: jestem głodna.

Dzisiaj płakałaś po stracie nieistniejącego psa,
słyszałam, jak rozmawiasz z lalką,
która została pod gruzami stolicy.
Codziennie topnieje twoja twarz.

Nadal nie wiesz, że masz córkę.
________________________________
* tomiki wydane przez Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury oddział w Bydgoszczy przy współpracy m.in. Centrum Kultury w Kruszwicy.

Zapomniane, odrzucone, przywrócone

Zapomniany wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

Posłuchajcie nas, nieurodzonych,
Dotąd cichych, dotąd bez obrony –
chcemy bowiem przemówić nareszcie!

Nasze prawo – być dziećmi miłości,
powitanym jak najmilszy z gości,
Bez zapału – ku nam się nie śpieszcie!

Nasze prawo – to biała kołyska,
Pierś łabędzia, poznana w uściskach,
pod firanek wzniesionym batystem.

Nasze prawo – krew pełna ekstazy
Pięknych dziewcząt i mężczyzn bez skazy,
I kość cienka i źrenice czyste!

Nasze prawo – to godność człowieka!
Niech nam czoło potem nie ocieka,
Niech nas w kabłąk nie zgina robota.

Nasze prawo – to radość istnienia,
A nie martwa cierpliwość kamienia,
A nie wieczna za śmiercią tęsknota!

– Ktoś nas budzi niespokojną nocą –
Z chmur wyciąga – wolno wiedzieć, po co?
Macie dla nas coś nad sen lepszego?

Nasze prawo pozostać w przestrzeni,
W odległości od świateł i cieni.
Mamy cierpieć? dla kogo? dla czego?

Nie wciągajcie nas, smutni, za sobą,
W wasze życie osnute żałobą,
W przeraźliwą kronikę dzienników.

My nie chcemy ponurych suteren,
Przekleństw ojca! Wzniesionej siekiery,
Kołysanki z rzężenia i krzyku!

My nie chcemy pragnienia i głodu,
Chcemy pięknych, kwitnących ogrodów,
W pełnym słońcu chcemy przeżyć młodość.

Niech nas matki z bezmyślnego tłumu,
W imię Ducha Świętego, rozumu,
Na stracenie bezmyślne nie wiodą!

Więc nie straszcie nas życia rarogiem,
Bykiem strachu, godzącym w nas rogiem,
Kwaśną nędzą o płytkim oddechu.

Cień latarni, posąg na przecznicy,
Prostytutki upiór bladolicy
Niech nas w ciężkim nie urodzi grzechu!

Najpierw dary zgromadźcie bogate,
Piękność, zdrowie, rozum i dostatek.
Potem słońcem ogrzejcie sypialnię,

Potem progi zamiećcie na czysto,
Zanim bytu wielką rzeczywistość
Zaprosicie – już nieodwołalnie.

Kiedy życie poczujemy bliskiem,
Drżąc czekamy, więzieni łożyskiem,
Czy nam piekło czy niebo się ziści?

Monstrualne pochyliwszy czoło,
Wzdęte myślą ciężką, niewesołą,
Jak ślimaki zwijamy się cisi.

Patrząc na bok oczami bez powiek,
Przeczuwamy co świat nam opowie,
Gdy z czułego wyjdziemy ukrycia.

Chcemy prawa dla nieurodzonych!
Od suteren po zamki i trony,
Niech nas broni przeciw grozie życia!

Chcemy prawa, chcemy adwokatów!
I postrachu dla tych dwojga katów,
Którzy w koło chcą nas zapleść krawawe.

Toż i tym co się srebrzą od trądu,
Wolno rodzić nas, rodzić bez sądu,
Na pociechę! na straszną zabawę!

Jeszcze raz wiosna

Roman nadesłał kilka wierszy wiosennych, ja dodaję  zdjęcia z wiosennego pobytu w Güstrow. Pewnie to już ostatni blogowy wpis o wiośnie w tym roku, bo ile można…

aniol3 klein

Wiszący anioł (Schwebender Engel) – dzieło Ernsta Barlacha w nawie bocznej katedry w Güstrow. Anioł ma rysy twarzy słynnej artystki niemieckiej, Käthe Kollwitz. Rzeźba została wykonana w roku 1927 na zamówienie ówczesnego kaznodziei katedralnego, Johannesa Schwartzkopffa, jako pomnik pamięci o poległych w I wojnie światowej. Zawieszono ją uroczyście podczas obchodów siedemsetlecia katedry i dokładnie w dziesięć lat później, za czasów reżimu nazistowskiego, rzeźba, zaklasyfikowana jako dzieło sztuki zdegenerowanej, została usunięta z katedry i oddana na szmelc. Zachowały się jednak trzy odlewy oryginału, które dziś można oglądać w katedrze w Güstrow, w kościele Antonitów w Kolonii i w muzeum w Schloss Gottorf w Szlezwiku. 

Roman Brodowski

Syberyjska wiosna

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy zima odpływa obłokiem
Wystarczy rękę wyciągnąć
By złapać wiosnę w dłonie.

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy tajga do życia się budzi
Wystarczy podejść do sosny
By ujrzeć zmartwychwstanie.

Lubię patrzeć przed siebie
Gdy wokół wrzawa wiosenna
Wystarczy posłuchać wiatru
By słyszeć ptasie śpiewanie.

Lubię patrzeć przed siebie
W marzeniach tulić nadzieję
Wystarczy wspomnieć o domu
By poczuć zapach polskiego bzu.

Lubię patrzeć przed siebie
Bo za mną jest tylko rozpacz
Wystarczy głowę odwrócić…,
No właśnie – A ja chcę żyć.

Berlin 21.04. 2012

katedra front klein wiosna przed katedra klein

Katedra w Güstrow, typowa przedstawicielka północnoniemieckiego gotyku ceglanego, zbudowana w I połowie XIII wieku.

Ewangeliczna wiosna

Kolejny już raz nadeszła
Pora stwórczego przebudzenia
Śnieżnobiałe szaty snu
Podobne matczynej trosce
Pokryły kolory życia

A ostatnie świadectwa zimy
Niby flisacze rzemiosło
Powoli spływają nurtem
Leniwej o tej porze rzeki
Ku morskiej przystani.

Oceanem bezkresnego nieba
Do opustoszałych gniazd
Coraz śmielej powracają
Zwiastuny nowego urodzaju
Wędrowne polskie bociany.

Nawet przydrożne wierzby
Odziawszy nagość gałązek
Srebrnoszarym puchem
Witają nadchodzące płody
Noworodnej ziemi.

Tylko mój czas spełnienia
Wciąż jeszcze na uwięzi
Czeka wiosennego roztopu.
W bijącej arytmii serca
Śpi nadzieja lepszego świata.

Zmartwychwstanie.

renesansowe figury-klein

strusiepisanki kleinwnetrzekatedry klein

W katedrze. Renesansowy nagrobek ścienny, ręcznie malowane pisanki ze strusich i gęsich jajek oraz słoneczny krzak forsycji rozświetlający mroczne wnętrze.
Kobiety tu pochowane to pierwsza żona księcia Ulryka III Meklemburskiego, księżna Elżbeta Duńska (zmarła w roku 1576) i jego druga żona, Anna von Pommern-Wolgast (1554–1626), siostra księcia szczecińskiego Bogusława XIII i ciotka nadzwyczaj kochanego w Szczecinie Bogusława XIV.

Nasza narodowa poezja

Anna Dobrzyńska

primaaprilis-tytul

 

 

paryz
Paryż, XIX wiek

To że Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki nie darzyli się sympatią – powszechnie wiadomo. Mało jednak kto wie, że doszło do bardzo niespodziewanego i zarazem owocnego spotkania między nimi. Było to na emigracji, w Paryżu, w salonie literackim Madame Tuffeau. Mickiewicz podążał dyliżansem ulicą – Rue La Boetie, w kierunku Pól Elizejskich. Pech – a może zrządzenie losu – sprawiły, że pękł dyszel od powozu. Mickiewiczowi ani woźnicy na szczęście nic się nie stało, ale dalsza jazda była niemożliwa. A miało to miejsce właśnie pod oknami salonu Madame Tuffeau, gdzie Słowacki, jako częsty bywalec, wygłaszał swoje poematy. Woźnica zapewnił poetę, że zaradzi problemowi, ale to potrwa… Mickiewicz powiedział, że poczeka, a zachęcony dobiegającymi z okien brawami i zarysami eleganckich postaci za szybą, postanowił wejść na górę. Gdy wszedł do salonu, Słowacki akurat wygłaszał wiersz o kolumnie Zygmunta, Starym Mieście, Katedrze Św. Jana – gdyż tęsknił za Ojczyzną – jak wszyscy na emigracji, choć on z pewnością najbardziej, bo – „cierpiał za miliony”.

mickiewicz

Adam Mickiewicz. Dzieło – Andyego Warhola, pochodzące z bardzo mało znanej kolekcji nowojorskiego artysty – „Polscy wieszcze narodowi”.

Co nam zdrady! – Wszyscy w Warszawie kolumnę znają,
na której podróżne mewy usiadają.

Na jej szczycie król – jego czoło wśród obłoka,
Zaprasza i wita – poddany lud – z wysoka,

Za tą kolumną, orszak ślubny jak u Fredry,
Wchodzi do ceglanej, trój-wieżowej Katedry,

Dalej ulica, nie wąska, nie długa, nie krótka,
Na końcu – odbudowana warszawska Starówka

A dalej jeszcze – Kiliński, we mgle spowity,
Z szablą w dłoni – w zieleni okien odbity,

Odbicie uderzone latarni płomieniem,
Niby cichego, w cieniu upiora spojrzeniem.

slowacki

Juliusz Słowacki. Drugie dzieło Andyego Warhola z   kolekcji – „Polscy wieszcze narodowi”. Andy stworzył jeszcze portret Z. Krasińskiego. Obraz nigdy jednak nie ujrzał światła dziennego, gdyż Andyemu skończył się toner w drukarce. Proza życia wobec wielkości sztuki tak zdruzgotała artystę, że dzieła nigdy nie opublikował – mimo zakupu nowej drukarki laserowej – marki Canon.

Poezja i wspomnienia z Ojczyzny przywołane widokami Warszawy sprawiły, że niechęć Mickiewicza do Słowackiego minęła. Gdy Słowacki już skończył, Mickiewicz podszedł do niego i spytał czy mógłby wiersz nieco popoprawiać. Słowacki był oburzony takim tupetem ale… wiedząc z jakim talentem rozmawia – zgodził się. I stało się! Dwaj wieszcze zaczęli tworzyć, improwizować, przerabiać, poprawiać. To był istny szał dwóch natchnionych dusz. Słowa, rymy, wizje, takty – niczym fajerwerki strzelały z ich gwałtownych gestów, póz i spojrzeń. Zebrani goście zaś skrzętnie zapisywali wszystko na serwetkach, tak by ta twórczość nie uleciała w zapomnienie.

Tak oto powstał wiersz, który jest dziś znany pod tytułem – „Uspokojenie” a jego autorstwo przypisuje się – Juliuszowi Słowackiemu. A mało kto wie, że tworzyli go dwaj wieszcze

Co nam zdrady! – jest u nas kolumna w Warszawie,
Na której usiadają podróżne żurawie

Spotkawszy jej liściane czoło wśród obłoka;
Taka zapraszająca i taka wysoka.

Za tą kolumną, we mgły tęczowe ubrana,
Stoi trójca świecących wież Świętego Jana;

Dalej ciemna ulica, a z niej jakieś szare
Wygląda w perspektywie siwej Miasto Stare;

A dalej jeszcze we mgle, która tam się mroczy,
Dwa okna – jak zielone Kilińskiego oczy

Uderzone płomieniem ognistej latarni,
Niby oczy cichego upiora spod darni.

Poeci nigdy więcej się już nie spotkali. A serwetki przechowywane są starannie w kredensie Mademoiselle Marceau – prapraprapraprawnuczki właścicielki słynnego salonu.

P.S.

Im Stil von Frank O’Hara (2)

Ewa Maria Slaska

Rapport von einer Reise

Ich kam aus dem Land der Poeten und Propheten

Eines Tages kam ich nach Berlin
Hierher
Es war Januar
Es war kalt
Mein Sohn war klein
Und ich war jung

Eines Tages kam ich nach Berlin
Hierher
ins Land der Dichter und Denker
ins Land von Hermann Hesse und Thomas Mann

Es war das Jahr 1985
Die die in diesem Jahr kamen
waren keine Helden
mehr
Und keine „liebe polnische Gäste“
mehr

Es war das Jahr 1985
Die die in diesem Jahr kamen
waren keine Europäer
noch
und keine Bereicherung unserer Multikultur
noch

Sie waren
Sie waren
Sie waren Putzfrauen und Bauarbeiter
Sie waren
Ich auch

Ich kam ins Land das
von den Dichter und Denker
nichts wusste
mehr
und von Richter und Henker
nicht wissen wollte
noch

Ich kam ins Land
wo keiner mehr Hesse und Mann las
weil man nur Frauen las
die schrieben
Mary Daly Julia Kristeva Susan Sonntag

Und natürlich Alice Schwarzer
noch

Es war kalt
der Winter was coming
and coming

Ich brauchte etwas warmes
und ich wusste nicht
was

Ich dachte es wäre Essen
Pfannkuchen
Krapfen
Blini

Ich dachte mir fehlen
Waffeln
Nuddeln
und Piroggi

Meine Welt war ein kalter Punkt
von Italo Calvino

Wir waren alle Bewohner des Null-Raums. Es war kalt.

Selbstverständlich befanden wir uns alle dort, sagte der alte Qfwfq – wo den sonst? Dass es einem Raum geben könne, wusste noch keiner. Ebensowenig eine Zeit. What use did we have for time, packed in there like sardines? Es war ein Punkt, in dem sie alle waren und alle ihre Dingen, und Sachen, und Taten. Wir fühlten alle diesen Punkt aus. Alle unsere polnischen Ellbogen und Knie.

Und dann sagte Frau Ph(i)Nkos mit einemmal: Kinder, wenn ich ein bisschen Raum hätte, wie gern würde ich euch Nudel machen. Und in dem Augenblick dachten wir alle an dem Raum, den ihre runden Arme einnehmen würden, sich vorwärts und rückwärts mit dem Nudelholz über den Teig beugend, wie ihre Brust (ich war jung) sich über den Haufen Mehl und Eier senken würd, der das große Nudelbrett fühlte, während ihre Arme kneteten…

Und so ist die Welt entstanden. Felder zum Anbau des Getreides, Berge von denen das Wasser käme, Raum, der nötig wäre, damit die Sonne mit ihren Strahlen hinkäme, Raum damit die Sonne sich kondensiere… Die Sonne, um mich zu wärmen.

Und so kam ich in die Regenbogenfabrik
Wo ich Blini briet
Salate mischte
Nudel mit Nudelholz
vorwärts und rückwärts
walzte

So ist der Raum entstanden

Wo eine Frau mich in die Regenbogenfabrik holte

Vor 20 Jahren war es
oder gar 30
Und so war es
auch wenn sie behauptet
es waren höchstens 12 Jahre
oder sagen wir Mal
17

Und wir kochten
Und aßen
Und badeten
Und lasen Bücher
Und redeten oder schwiegen
Und machten
Und organisierten
Vorwärts und rückwärts
Vorwärts und rückwärts
Vorwärts und rückwärts

Die Zeit wuchs
und sich dehnte
und dehnte
Mit Puderzucker
bestreut

Sie war und ist
meine einzige dicke wahre warme deutsche Freundin
deutsch-polnisch
Wie Maultaschen und Piroggi
Wie Karpfen und Pączki
Wie deutsch-polnische Waffeln

Und eisgekühlte wyborowa

Danke Christine!

waflwRF

PS.

Dieses Gedicht trug ich am 17. März 2016 in der Regenbogenfabrik vor und dabei machte ich (live auf der Bühne) die Waffeln, natürlich mit Puderzucker bestreut. Es war ein Teil eines wunderschönen Abends zum 35sten Geburtstag von der Regenbogenfabrik und zugleich ein Teil des Festivals “Berlin erzählt!”

Werbung:

Wir stehen (zeitlang mindestens) auf der RBF-Kulturwebseite mit dem Link: http://www.regenbogenfabrik.de/kultur-news-anzeigen/aufbrechen-ankommen-weitersuchen.html

Hier ist der Link zum Erzählnetzwerk Berlin, dessen Festival “Berlin erzählt!” unser Programm umrahmt: http://www.berlin-erzaehlt.de/2016_veranstaltungen.htm

Wiersze z Facebooka

Dziwny ten Facebook, kto z nas odgadnie, jakimi drogami chodzą jego myśli, nad ranem 1 marca, gdy rozmyślam o urodzinach Chopina, a jak się myśli o urodzinach Chopina, to trzeba nieuchronnie myśleć i o jego śmierci. Nie mogę spać, jest 3:36, a Facebook podsuwa mi nagle trzy wiersze, dwóch poetów, a obaj piszą (do mnie) o tym samym.

Sobie człowiek czyta, raz mniej raz bardziej dbale, a tu nagle jeb!
Michał Górecki, proszę:

Ala ma kota
astmę
wrzody
bywa, że ją bolą plecy
to nowotwór

kot ma wszy

nowotwór jest złośliwy
Ali odpadają paznokcie,
skóra odchodzi jej płatami wielkości
jej KOTA
a kot wychodzi nocami na spacery
Na cmentarzach kopie Ali
Codziennie 13 centymetrów grobu

Wyjdzie jeszcze na dwa

Mój kot właśnie zdechł, jestem wrażliwa na takie metafory. Scrolluję sobie dalej, a tu

Tomasz Jastrun

Zwolnienie

Jak napisać moim dzieciom
Zwolnienie
Ze swojego pogrzebu

Pogrzeby są beznadziejne
Antoś na pewno będzie płakał
Franio zamknie się sobie

Nie przejmujcie się
Tylko trochę się bałem
Jak przy starcie samolotu
A teraz już lecę
I czuję się doskonale
Jak to w niebycie

I drugi wiersz czy ciąg dalszy tamtego?

Synom i żonie

Mamie kupiłem urnę
Drewnianą
Tanią

Możecie mi taką samą
I nieść ją w dłoniach
Jak gołębia
I czuć jak bije jego serce
Moje sproszkowane serce

Kochałem was
Na pyłku naszej planety
Zagubionej w międzygwiezdnej przestrzeni
Mocniej i głębiej
Niż potrafię to napisać

I jestem z wami
Chociaż mnie nie ma
A teraz proszę
O chwilę milczenia

Właśnie przebiegło moje życie
W przeciągu westchnienia

Jest wiosna. Też rozmyślam o śmierci. Nie chcę mieć pogrzebu ani grobu. Od dawna chcę, żeby mnie pochowano w papierowej torbie, jak Mozarta. Anonimowo. Na łące. Tak to się nazywa po niemiecku: auf der Wiese.

Zapisałam to w testamencie.

Ale może być też kosz pełen kwiatów. Filmik o takich trumnach przysłała mi niedawno moja siostra. 🙂 Tak to się składa w przestrzeni wirtualnej.

Lub tekturowe pudło. Tanie. Koniecznie!

Reblog: Chwała mórz

Wiele lat temu, gdy mojemu Ojcu wręczano w Szczecinie nagrodę Chwały mórz, Ojciec poprosił mnie, żebym wygłosiła tak zwaną laudację. Nie lubię wygłaszać pochwał i chyba nawet nie umiem. Napisałam więc wiersz. Chyba się spodobał, bo był drukowany w różnych żeglarskich czasopismach. W styczniu 2012 roku (było zimno!) przypomniałam ten wiersz na blogu Jak udusić kurę. Dziś przypominam go ponownie, bez żadnego specjalnego powodu. Po prostu ostatnio “chodził mi po głowie”.

Moim Ojcem był Dariusz Bogucki, doktor inżynier budowy okrętów, żeglarz polarny, autor. Moją Matką, bo o niej też jest w tym wierszu mowa, była Irena Kuran-Bogucka, graficzka, tłumaczka poezji hiszpańskiej na polski.

Rok 2001. Ojciec z toporem – nagrodą Chwały mórz przyznawaną przez Mesę Kaprów Polskich – Bractwo Wybrzeża.
Ojciec był pierwszym żeglarzem, któremu przyznano tę nagrodę.
Uroczystość odbyła się w Szczecinie na pokładzie statku Fryderyk Chopin.

Ewa Maria Slaska

Wywiad

Tego dnia
wręczono Dariuszowi Boguckiemu
nagrodę chwały mórz

Otworzyłam oczy
włączyłam radio
Usłyszałam młodego dziennikarza

Proszę powiedzieć naszym słuchaczom
mówił
kilka słów na temat nieśmiertelności pragnień
mówił
i odwiecznej tęsknocie człowieka za wolnością
mówił
ale nie za długo
mówił
tak na trzydzieści sekund
mówił

Owszem

Zjadłam bułkę i wypiłam kawę
Dziennikarz mówił
Było zimno
Dziennikarz mówił
Jak wściekle zimno musi być na jachcie
mówił
który płynie właśnie
mówił
do Islandii
do Grenlandii
do Winlandii
mówił
Na Labrador
Na Alaskę
Na Szpicbergen i Ziemię Ognistą
mówił
Za północny
i za południowy
krąg polarny
mówił

Owszem
zimno

Dziennikarz pytał dalej
Co pana skloniło
pytał
Co pana pędziło
pytał
Co inspirowało
pytał
Co z tego zostało
pytał

Umyłam kubek i strzepnęłam okruchy po bułce
Na północnych pustkowiach Kanady
świszczał przenikliwy wiatr
pędziły sanie zaprzężone w sześć wielkich husky
Zapaliłam papierosa
traperzy przemierzali lasy
polując na niedźwiedzie i karibu
starzy Indianie siedzieli u wylotu wigwamów
czekając na wielki potlacz

Nakarmiłam kota
Amundsen szukal Nobilego
Peary wchodził na statek
w małym kościele nadano pewnemu chłopcu imię Frijdhof

Zamiotłam podłogę
ze wszystkich stron nadciągały statki, sanie, balony i samoloty
faceci w futrzanych kurtkach
ściskali dłonie Eskimosom

Wyrzuciłam niedopałek do śmieci
London Cooper Curwood stawiali właśnie słowo the end
pod marzeniami pokoleń chłopaków
o prawdziwej męskiej przygodzie

Dziennikarz pytał dalej
Coś z tego zostało
pytał

Owszem
zostało

Zawsze tylko dwa słowa
Mimo to dziennikarz nie dawał za wygraną
Jest trudno
mówił
Jest ciężko
mówił
Jest tęsknota
mówił
Jest niepokój rodziny
mówił

Za oknem znowu lał deszcz
postanowiłam upiec ciasto
przez trzydzieści lat
piekłam ciasto
a moja matka czekała na nabrzeżu

Za oknem wiatr obrywał kwiaty pelargonii
mieszałam mąkę i cukier
przez trzydzieści lat
mieszałam mąkę i cukier
a moja matka czekała na nabrzeżu

Za oknem szare rozbryzgi wody
dodawałam jajka i masło
wszystko było białe
tylko grafiki mojej matki były czarne
bo moja matka czekała na nabrzeżu

Dziennikarz pytał dalej
było trudno
pytał

Owszem
trudno

Zawsze tylko dwa słowa
Wyłączyłam radio
Taki był poranek tego dnia
gdy wręczano Boguckiemu
nagrodę chwały mórz

Gdy ciasto było gotowe
zapytałam
Masz ochotę na kawałek szarlotki
ku chwale mórz

Owszem
mam

Położyłam ciasto na talerzu
nalałam mleko do kubka
i podniosłam go do góry
jak kieliszek
Wypijemy powiedziałam
za dwa słowa:

chwałę mórz

Tak napisał by ten toast Frank O’Hara, jeden z najsłynniejszych w Polsce poetów, Amerykanin. Ja “się podszyłam”. Ojciec był facetem małomównym.

jacht-zima2

Na zdjęciu – Ojciec (w białej czapeczce) na jachcie, gdzieś, gdzie na pewno było zimno.

 

I jeszcze raz, klasyczna już, wiosna

Ewa Maria Slaska

Wpis dla fanów Bułata Okudżawy

i Tomasza Fetzkiego
z przypomnieniem, że każdy z nas zawsze i wszędzie myśli coś innego, nawet jak mu się wydaje, że jest to być może to samo…

Za wcześnie, stanowczo za wcześnie, ale kto wie, jakie tematy będą nas zaprzątały, gdy wiosna naprawdę zaszaleje od bzów… Piosenka ta doprawdy mogłaby się tu pojawić w cyklu Viatora, jak sam siebie określa Tomasz Fetzki, bo niewątpliwie należy do kategorii “piosenka natrętna”. Pamiętam, że uczyłam się do jakichś klasówek. Nie wiem dlaczego, ale siedziałam w pokoju Ojca, a nie naszym, moim i siostry, przy jego starym stole, który mu służył za biurko, a za otwartymi drzwiami balkonowymi szalała wiosna, o czym na pełen regulator z pokoju Mamy śpiewał Okudżawa. Mama zawsze słuchała muzyki “pełnym głosem”. Najbardziej lubiła muzykę hiszpańską i latynoską, ale były wyjątki, Ewa Demarczyk, Tadeusz Chyła, Edith Piaf, Brassens, Okudżawa…  Ci dwaj ostatni nawet jakoś podobni do siebie, śpiewający do wtóru gitary wielcy bardowie, ale przecież skromni.

Przyjaciele rodziców nazywali Mamę Artysta, czasem artiste, a nawet l’artiste. Nie zwracałam na to uwagi, dorośli mieli swoje życie, ja – swoje, przestałam od nich oczekiwać czegokolwiek, od czasu, gdy zapytana przez szkockich przyjaciół rodziców, co bym chciała, odpowiedziałam, że dżinsy. Bill był Szkotem, jako wysłannik FAO nadzorował w Gdańsku budowę statku, którego pomysłodawcą i projektantem był mój Ojciec. Bill i jego żona przyjaźnili się z rodzicami, myśmy też ich bardzo lubiły. Poprosiłam więc o dżinsy. Każda normalna dziewczyna w moim wieku powiedziałaby to samo. Nie musiałyśmy się starać o indywidualizację naszych potrzeb, bo i tak nikt nie miał dżinsów, co najwyżej szariki, które tak się miały do dżinsów, jak krzesło elektryczne… Przez kilka tygodni żyłam w ewidentnej ekstazie, wyobrażając sobie, jak wchodzę do klasy w dżinsach i jak gdyby nigdy nic siadam w ławce… A moje koleżanki, też jak gdyby nigdy nic, nie zwracają uwagi na te moje dżinsy, ale przecież wszystkie wiemy, co też ja mam na sobie…

Bill i Jean wrócili wreszcie. Przywieźli mi granatowe sztruksowe spodnie marki levis. I co, że levis? I co, że levis?! Sztruksowe, granatowe… Podziękowałam, włożyłam, wyglądałam jak gruba granatowa beczka, byłam wprawdzie chuda jak kij od miotły, ale w wyobraźni szczupło i wspaniale to ja bym wyglądała w dżinsach, a nie w jakimś obleśnym granatowym sztruksie! Nawet nie wiem, czy w ogóle nosiłam te spodnie, pewnie tak, ale pamiętam tylko ten jeden moment, gdy je dostałam i musiałam włożyć. Minęło pół wieku, a ja, gdy tylko o tym pomyślę, natychmiast widzę siebie, tę potworną grubą dziewuchę z tyłkiem jak Maryna we młynie…  I to rozczarowanie…

Dorośli byli doprawdy beznadziejni i nie zasługiwali na to, żeby się nimi jakoś specjalnie zajmować. A w tym swoim beznadziejnym dorosłym świecie mówili do Mamy l’artiste. Moja siostra na pewno powie, że ona dobrze wiedziała, skąd to miano.  Ja powiem natomiast, że nawet jeśli wiedziałam, to nic mnie to nie obchodziło, a to tak, jakbym nie wiedziała. Informacja przyszła do mnie w wiele lat później, gdy, już po śmierci Ojca, obie redagowałyśmy jego autobiografię.

Ona sama, napisał Ojciec o Mamie, bardzo pilnowała, by nazywać ją po prostu Irena, bez żadnych zdrobnień czy odmian. W czasach, kiedy nasz dom, o czym później będzie więcej, pełnił funkcję Bazy, Bogdan Polakiewicz, jedna z najważniejszych postaci i osobowości tego okresu, zaczął wołać na Irenę: Ej, Artiste. Był to wyłącznie jego przywilej, reszta przyjaciół używała spolszczonej formy, i to w rodzaju męskim: Artysta. To określenie charakteryzowało ją chyba najlepiej. Wyznaczało nie tylko pozycję, jaką zajmowała wśród nas, ale także, a może nawet przede wszystkim, sens jej życia.

W wersji do druku nie pozostało więcej, ale w maszynopisie Ojca była cała piękna opowieść o tym, jak to rodzice i ich przyjaciele wielką grupą chodzili do kina czy na koncerty. Mogliśmy jeść suchy chleb, dorsza i postne ziemniaki, ale na taśmy magnetofonowe czy bilety do kina pieniądze musiały być. Jednym z takich filmów, które wtedy wspólnie obejrzeli, był francuski obraz Rene Claira Porte de Lilas z Brassensem. W Polsce była odwilż, film pojawił się bez problemów (?), moi rodzice kochali go nadzwyczajnie. Jedną z głównych postaci tej gangsterskiej historii był Georges Brassens: L’Artiste, guitariste et chanteur, który grał tam samego siebie. Ten nadany mojej mamie l’Artiste był właśnie z tego filmu.

A tak przy okazji – cały film można obejrzeć TUTAJ. Po francusku, ale to przecież nie przeszkadza moim nadzwyczajnym Czytelnikom.

gb-jadepettitfleur

U góry Brassens w filmie Porte de Lilas, lata 50, poniżej – Bułat Okudżawa podczas koncertu w Berlinie Wschodnim, lata 70.

Porte de Lilas to nazwa jednego z przedmieść Paryża i stacja metra, której nazwa oznacza bramę bzów. Pod koniec lat 50, już po filmie, pojawiła się śpiewana przez Serge Gainsbourga piosenka Le poinçonneur des Lilas, kontroler biletów ze stacji metra Porte de Lilas, o samotności i nudzie…

A teraz już wreszcie prawdziwy powód napisania tego posta – Panie i Panowie, piosenka natrętna, Wybaczcie piechocie, Простите пехоте. W oryginalnym tekście wiosna buszuje nad ziemią (когда над землею бушует весна), po  polsku – wiosna nad ziemią szaleje od bzów.

Stąd te natrętne bzy (i podświadome połączenie z bramą bzów), mimo iż wciąż na nie stanowczo za wcześnie. Bo nie o bzy chodzi, a nawet i nie o wiosnę…

Простите пехоте

Простите пехоте, что так неразумна бывает она,
Всегда мы уходим, когда над землею бушует весна.
И шагом неверным по лестничке шаткой – спасения нет…
Лишь белые вербы, как белые сестры глядят тебе вслед.

Не верьте погоде, когда затяжные дожди она льет,
Не верьте пехоте, когда она бравые песни поет,
Не верьте, не верьте, когда по садам закричат соловьи.
У жизни и смертью еще не окончены счеты свои.

Нас время учило, живи по привальному, дверь отворя.
Товарищ мужчина, как все же заманчива должность твоя,
Всегда ты в походе, и только одно отрывает от сна –
Кудаж мы уходим, когда над землею бушует весна?

Wybaczcie piechocie,
że tak nierozumna, że braknie jej tchu.
My zawsze w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu.
Jak długo tak można?
Bezdroża, mokradła i błoto, i piach,
i wierzba przydrożna
jak siostra pobladła zostaje we łzach.

Nie wierzcie pogodzie,
gdy deszcze trzydniowe zaciągnie wśród drzew.
Nie wierzcie piechocie,
gdy w pieśni bojowej odwaga i gniew.
Nie wierzcie, nie wierzcie,
gdy w sadach słowiki zakrzyczą co sił –
wy jeszcze nie wiecie,
co komu pisane i kto będzie żył.

Uczyłaś, ojczyzno,
że żyć trzeba umieć i słyszeć twój głos…
Mój chłopcze – mężczyzno,
a jednak niezgorszy przypada ci los.
My zawsze w pochodzie
i tylko to jedno nas budzi ze snu:
dlaczego w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?
Dlaczego w odwrocie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?…

tłumaczenie: Witold Dąbrowski

Sonet żelaznych dróg

Tomasz Fetzki

1. Przejazd

Zaiste, jak z żelaza: twarde, zimne, głuche
Są drogi kolejowe, koleiny losu.
Mkną po nich w monotonii stukotów odgłosu
Pociągi, w dal uwożąc nasze chwile kruche.

Zawrotnie mkną, złym jakimś ożywione duchem,
Aż pejzaż się rozmywa i nie słychać głosów.
Zbyt wiele przegapiłeś w tym pędzie kairosów!
Już czas hamulec szarpnąć jednym pewnym ruchem

I przysiąść na nasypie, woni ziół skosztować:
Rumianek, mięta – rosną tutaj w obfitości;
Banalnie zadrzeć głowę, chmurki kontemplować
Bez obaw o spóźnienie. W przeczucia jasności

Niestety, taką pewność wszyscy mieć możemy:
Na stację docelową niechybnie dotrzemy!

2. Konie