Federico Garcia Lorca (reblog i nie tylko)

Zginął zabity przez siepaczy frankistowskich. Był jedną z pierwszych ofiar reżimu, który właśnie doszedł do władzy. Moja Mama, Irena Kuran-Bogucka, tłumaczka jego wierszy na polski, autorka grafik do najsłynniejszego cyklu jego poezji – Romancero cygańskie – napisała we wstępie do wydania jego dzieł wybranych (Gdańsk, Wydawnictwo Morskie 1982):

19 sierpnia 1936 roku został zamordowany największy współczesny poeta Hiszpanii – Federico Garcia Lorca.
Zginął mając lat 38, w pełni twórczego rozkwitu. Pozostawił ogromny dorobek: pięć słynnych dramatów, kilka mniej znanych i szereg mniejszych utworów scenicznych, prozę poetycką, teksty krytyczno-literackie oraz przeszło 500 wierszy. Był jednym z tych poetów, których wiersze “zbłądziły pod strzechy” i to od razu, jeszcze za jego życia. Popularne od pierwszych lat swego istnienia, przetrwały tragiczną śmierć Lorki, zakazy publikacji, okres frankistowskich represji. Znane w całej Hiszpanii i Ameryce Łacińskiej, publikowane, recytowane, śpiewane, a także tłumaczone na liczn języki obce, trwają nadal, wciąż żywe, silniejsze niż śmierć.

(…)

Poeta, jak zwykle latem pojechał do Granady, aby spędzić wakacje z rodzicami. Nazajutrz, 17 lipca 1936 roku, rozpoczął się frankistowski przewrót. Nastąpiły represje, terror, masowe egzekucje. W Granadzie i jej okolicach zamordowano owego lata ponad 20 tysięcy osób. Przyjaciele doradzali poecie jak najszybszą ucieczkę na północ kraju czy nawet za granicę. Lorca uciekać nie chciał, nie rozumiał też, co mogłoby mu grozić. Nie był działaczem politycznym; nie pojmował, że sława, która go otaczała, a także społeczna wymowa jego dzieł staną się dla niego wyrokiem śmierci. Nie potrafił zresztą uwierzyć, żeby ktokolwiek był zdolny do zamordowania poety.

Został aresztowany 18 sierpnia i zaraz nazajutrz o świcie rozstrzelany w wąwozie Viznar pod Granadą. Nie miał pogrzebu i nie ma grobu. Stało się tak, jak kiedyś napisał:

Kiedy ja umrę
z gotarą mnie pochowajcie
w suchym piachu.

A kiedy minęło 80 lat:

Niekochany bohater Grenady

Nie ma grobu i nie doczekał się muzeum na miarę swej sławy i wielkości. Co więcej, w 80 lat po swojej śmierci Federico García Lorca został bohaterem kolejnego dramatu – tym razem korupcyjnego.

Rodzina Lorki walczy z urzędnikami o kontrolę nad nowym, kosztującym 25 mln dol. centrum w Grenadzie zbudowanym ku pamięci dramatopisarza i poety straconego przez pluton egzekucyjny podczas hiszpańskiej wojny domowej. Otwarte latem ubiegłego roku centrum miało pomieścić olbrzymie archiwum składające się z blisko 20 tys. przedmiotów – rękopisów, rysunków, dzieł sztuki, których łączną wartość wyceniono na 22 mln dol. A jednak eksponaty te dotąd do muzeum nie dotarły. Rodzina Lorki oraz fundacja jego imienia nie zgadzają się przenieść zbiorów z magazynu w Madrycie do grenadyjskiego centrum, póki miejscowe władze nie zagwarantują im tego, co już im podobno obiecały: nadzoru nad działalnością muzeum.

– Od samego początku instytucje rządowe nie podchodziły do tego projektu z entuzjazmem – twierdzi Laura García Lorca, siostrzenica poety i kierowniczka fundacji, urodzona w Nowym Jorku, na wygnaniu, gdzie udała się cała rodzina po egzekucji słynnego grenadyjczyka z rąk nacjonalistów w sierpniu 1936 roku.

Otwarte przed rokiem w pobliżu renesansowej katedry centrum miało dodać Grenadzie literackiego blasku. Władze planowały organizować specjalne wycieczki śladami poety po jego rodzinnej Andaluzji. W odległości spaceru od muzeum mieści się letni dom Lorki, ten sam, w którym napisał on przy prostym drewnianym biurku “Krwawe gody”, klasyczną sztukę z 1932 roku o miłości, chciwości i zbrodni. Z powodu korupcyjnych oskarżeń dziś samo muzeum uwikłane jest w dramat.

Obiektowi nadal brakuje dyrektora. Ponieważ rodzina odmawia wydania archiwów, trzeba było odwołać niemal roczny program imprez z udziałem uznanych na świecie pisarzy, poetów i artystów, w tym Patti Smith mającej wziąć udział w lipcowej inauguracji. Jakby tego jeszcze było mało, byłemu konsultantowi fundacji postawiono zarzut sprzeniewierzenia kwoty powyżej 2,75 mld dol. z pożyczki zaciągniętej na budowę centrum.

W kwietniu hiszpańskie ministerstwo kultury objęło archiwum Lorki specjalną ochroną uniemożliwiającą ewentualne próby wywiezienia kolekcji za granicę. Urzędnicy uzasadnili tę decyzję obawami o rozsprzedanie części zbiorów, by pokryć długi centrum, mimo że członkowie rodziny poety wcześniej wykluczyli taką ewentualność.

Nowy burmistrz Grenady, Francisco Cuenca, szuka sposobu na pogodzenie zwaśnionych stron: fundacji, lokalnych i krajowych władz, których przedstawiciele wchodzą w skład konsorcjum mającego nadzorować centrum i łożyć na jego utrzymanie. Nie udało się dotąd rozwiązać punktów spornych, w tym rozstrzygnąć kwestii odpowiedzialności za utratę środków.

– Przez długie lata poeta należał do czołowych miejskich dóbr kultury, o których słyszał cały świat – zauważa Christopher Maurer, profesor literatury hiszpańskiej z Uniwersytetu w Bostonie specjalizujący się twórczości Lorki. Co nie zmienia faktu, że dziedzictwo poety budziło w jego rodzinnym mieście “niewątpliwy opór i niechęć”.

Konflikt trwa od dziesięcioleci. García Lorca został pochowany gdzieś na przedmieściach Grenady, na polu, gdzie stracono go w wieku lat 38. Grobu poety nie udało się dotąd zlokalizować. Badacze chcieliby zorganizować teraz trzecią rundę poszukiwań, czemu jednak sprzeciwia się rodzina zmarłego, w tym sześcioro jego siostrzenic i siostrzeńców. Z policyjnego raportu, który wypłynął w 1965 roku, wiadomo, że Lorkę stracono na rozkaz władz wojskowych, które gardziły poetą za jego homoseksualizm i przynależność dla masonerii. – Nadal budzi sprzeczne uczucia – mówi o sławnym wuju jego siostrzenica Laura García Lorca. – Może mieć to związek z poczuciem winy i współodpowiedzialności za to, co się kiedyś stało.

W tym andaluzyjskim mieście o 236 tys. mieszkańców do niedawna w galerii portretów przedstawiających kolejnych burmistrzów brakowało wizerunku szwagra poety, socjalisty straconego w 1936 roku przez nacjonalistów w parę dni po swojej nominacji. Dopiero tego lata nowy burmistrz Cuenca – socjalista, który zastąpił na czele władz miejskich skłóconego z rodziną Lorki urzędnika – kazał umieścić portret zamordowanego na poczesnym miejscu.

Cuenca twierdzi, że chciałby jeszcze w tym roku sprowadzić do centrum archiwa i udostępnić je zwiedzającym. – García Lorca jest dla Grenady najlepszą marką – zapewnił, przechadzając się po historycznej części miasta. – Turyści na całym świecie znają Grenadę z Alhambry, lecz to raczej miasto kreatywności i poetów.

Najpierw jednak centrum musi zaradzić poważnym problemom finansowym. W marcu były sekretarz fundacji, Juan Tomás Martin, wziął na siebie odpowiedzialność za część długów, podając, że niefortunnie zainwestował pieniądze w projekty edukacyjne w Ameryce Południowej. Kłopoty fundacji skłoniły sekretarza stanu ds. kultury José Maríę Lassalle do nałożenia restrykcji na posiadane przez nią archiwa. W osobnym wywiadzie Lassalle przyznał, że nic nie wie o planach sprzedaży zbiorów przez fundację. Hiszpańskie media spekulowały, że zainteresowanie ich kupnem wyraziło University of Texas w Austin, jednak rzecznik uczelni odmówił komentarza w tej sprawie. – Fundacja dotychczas była efektywną strukturą i nie zamierzam kwestionować jej możliwości sprawowania ochrony nad archiwum – stwierdził urzędnik. – Uważam jednak, że odpowiedzialni politycy powinni zapewnić najwyższy poziom ochrony.

Rodzina Lorki, która fundację jego imienia stworzyła w 1984 roku ze środków uzyskanych ze sprzedaży kilku prac Salvadora Dalí, już wcześniej musiała stawiać czoła przeciwnościom losu. W połowie lat 70 krewni poety stoczyli zwycięski bój z władzami miasta, które z powodu planów budowy autostrady zażądały wyburzenia letniego domu rodu Lorca. W latach 80 rodzina skutecznie walczyła z projektem wzniesienia stadionu w miejscu, gdzie mogły znajdować się masowe mogiły, w tym grób poety.

Ostatnio fundacji udało się dojść do wstępnego porozumienia z bankiem La Caixa gotowym umorzyć część zadłużenia, w zamian za co instytucja ta mieniłaby się odtąd głównym sponsorem centrum. Trwają rozmowy ze stroną rządową w sprawie dalszej roli fundacji w całym przedsięwzięciu. (…) Niektórzy jednak tracą cierpliwość, na próżno czekając na ukończenie projektu zaplanowanego przez fundację jeszcze w roku 2004. Laura García Lorca żartuje, że czuje się jak tytułowa Doña Rosita, stara panna z jednego z dramatów Lorki, przez lata próżno czekająca na powrót narzeczonego. – Budują nowe domy, śpiewają nowe piosenki, a ja wciąż taka sama, równie roztrzęsiona – parafrazuje słowa głównej bohaterki.

***

Dziękuję Kindze Szpuler za przysłanie mi tego artykułu.

Kinga Szpuler, germanistka i hispanistka, obroniła w czerwcu tego roku pracę magisterską (już drugą – pierwsza była z germanistyki) o tłumaczeniach Ireny Kuran-Boguckiej. Od przyszłego tygodnia będę tu zamieszczała fragmenty tej pracy. Po hiszpańsku!

przerywnik-kobieta-patrzyMężatka niewierna. Grafika Ireny Kuran-Boguckiej (tak zwany przerywnik w przeciwieństwie do dużych grafik ilustracyjnych) do wiersza Lorki pod tym samym tytułem.

Sierpień

Dziś kolejny tekst o Powstaniu Warszawskim

Andrzej Rejman  

Dzwony Pokoju

ruiny_Warszawy_fot_St_Doktorowicz_Hrebnicki_ze_zbiorow_r

Ruiny Warszawy. Fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki, (ok 1947) ze zbiorów rodzinnych – oryginał przekazany dla Narodowego Archwium Cyfrowego

Tekst napisany 1 sierpnia…

Dziś kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

Od rana pada silny deszcz. Może do godziny “W” się wypogodzi, jak wcześniej bywało?

Jeśli nie – oznacza to jakąś kolejną zmianę, której doświadczyć musimy.

Mimo ciągłych zmian, które nadają dynamikę światu, zawsze warto jest przypominać rzeczy podstawowe, wręcz banalne. Choćby to, że najcenniejszy, ale też najtrudniejszy do utrzymania, jest pokój między ludźmi.

Ktoś porównał wczoraj atmosferę podczas Światowych Dni Młodzieży 2016 w Krakowie do V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, który odbył się w Warszawie w 1955 roku. Różnice są oczywiste, jednak z pewnością atmosfera wśród młodzieży była podobna – radość, entuzjazm, chęć poznania się, pragnienie wolności i pokoju…

Zebrani na obu, oddalonych od siebie o ponad 60 lat, wydarzeniach młodzi ludzie, mieli za sobą świeże doświadczenie wojny w swoim regionie. Spotkali się ze swoimi rówieśnikami, którzy żyli od lat w pokoju i wojnę znali tylko z lektur…

***

Południe. Przejaśnia się. Jest jakaś nadzieja.

Wracam do bohaterów Powstania Warszawskiego.

Antoni Baniewicz – ps. “Wilczyński”, nazywany “Promykiem Plutonu”, poległ ostatniego dnia Powstania na Żoliborzu.

To jemu matka przez następne lata pisze wiersze, przywołując go w nieustannym apelu poległych…

Jeden z wierszy – zawsze aktualny.

DZWONY POKOJU            

Salina Baniewicz

Hej, rozkołyszcie się dzwony pokoju,
Ogłoście światu z mocą,
Że już nie chcemy umierać w boju,
Nie chcemy walczyć z przemocą.

Nie chcemy, by bohaterskie orlęta
Znowu daremnie ginęły
Wszak wojnę niedawna każdy pamięta,
Gdy domy i lasy płonęły.

Zgliszcza i gruzy z miast pozostały,
Szerzyło się widmo głodu,
w obozach śmierci miliony konały
Niewinnie, bez powodu.

Porozrzucane na polach kości,
Ziemia – krwią nasiąknięta…
Te barbarzyństwa i potworności –
– Każdy chyba pamięta.

Wiec rozkołyszcie się dzwony pokoju,
Całemu światu donieście:
Nie chcemy być ofiarami podboju,
Pragniemy spokoju wreszcie.

Pragniemy gorliwie z zapałem pracować
Dla dobra własnej Ojczyzny;
Pragniemy żyć, by tworzyć, budować
I leczyć bolesne blizny.

Chcemy się cieszyć rodzimą przyrodą,
Hojnie darzącą nas chlebem,
Radować się odzyskaną swobodą,
Pod naszym, polskim niebem.

Żeby swe dzieci wychować bezpiecznie,
Na zdrowych, uczciwych ludzi;
Trzeba nienawiść zgnieść ostatecznie,
Sumienie w człowieku obudzić.

Rozkołysane dzwony pokoju,
Niech światu obwieszczą donośnie;
Że z naszej pracy, trudu i znoju,
Pogodna przyszłość wyrośnie

1951

 

Modlitwa jak miecz ostra

Roman Brodowski

Modlitwa do Prawdy

Wołają Ciebie Panie od zawsze
Szukają w zakrytej przestrzeni
Dotykają granicy człowieczeństwa
A Ty się ukrywasz między psalmy.

Otwierają ksiegę Twej mądrości,
Tajemnicę objawionego Jestestwa,
I ślepotą czasu błądzą w ciemności
By dosięgnąć mocy sprawiedliwej

A ja słyszę Dawida niosącego modły
Do gwiazdopełni bezkresu nieba
Głos wypełniający sakralną przestrzeń
Zapachem, niepojętej nikomu, prawdy.

Słyszę Jezusa w aureoli wszechmocy
Głoszącego światu Chwałę Twoją,
Syna Ojca, stąpającego ścieżką prawdy
Odrzuconego przez zgniłe owoce ziemi.

Słyszę przemykające obok mnie cienie,
Każdy z symbolem jakiegoś wyznania
Niesie w swych ustach relikwie niemocy
Zapach mirtu zmieszany z piołunem.

Świat przestał się pytać o sens istnienia,
Przestał pytać o drogę pojednania.
Wiara nie potrzebuje drogowskazu
Oliwne lampy dawno wygasły

Czy to nie Ty powiedziałeś – Ojcze
Głosem Narodzonego Zbawienia
Że nie można służyć dwóm panom?
Jak mam odnaleźć Cię pośród innych?

Świat gubi się w urodzaju świętości,
A ja spragniony czystej źródlanej opoki,
Nadal tkwię w ciasnym uchu igielnym
Wystawiony na drwiny bogobojnych.

Bo wciąż szukam śladów w mej bliskości
W wielkiej szczodrości chlebowej ziemi
W konarach przydrożnych, starych drzew
W nostalgii szumiącego, leśnego potoku.

Idąc za głosem mojego jestestwa
Do Ciebie zwracam się z prośbą żebraczą.
Nie do dogmatów, obrazów, skał nagich…
Nie do pasterzy pasących owce bezwiedzą

Z Tobą rozmawiam potrzebą wnętrza
Jak marotrawny syn z miłosierdziem Ojca
A Ty? – Czekając na progu, zapraszasz do snu

Hosanna! – Oto tajemnica mojej drogi

Berlin, kwiecień 2011

Apokryf XXIX

„Kim jesteś ty, co się odważasz
Sądzić cudzego sługę?”
List do Rzymian 14:4

Oni nie rozumieją
Mówią – Żeś jeden dla wszystkich
A wiary w ich czynach nie odnajdziesz.
Dlaczego – Ojcze!

W ślepej bezwierze
Bezprawiem czynią prawo
Dzieląc na lepszych i gorszych
Dlaczego – Ojcze!

Dla małego człowieka
Wyrzekają się twojej wielkości
Osądzają efekt Twojego dzieła
Dlaczego – Ojcze!

Nawet niebo w bezkresie
Nawet słońce w mocy światła
Nawet ziemia w zapachu chleba
Żyją wolą Twojego tchnienia

Oni nie rozumieją
Mówią – Żeś jeden dla wszystkich
A nie poznają synów Twoich w pragnieniu.
Dlaczego – Ojcze.

Czyżby właśnie dlatego?
– Ojcze!

Berlin, 26.09. 2007

Apokryf XXXVI

„Oto nadejdą dni, gdy ześlę głód na ziemię,
nie głód chleba ani pragnienia wody,
lecz głód słuchania słów Pańskich”
Księga Amosa 8:11

Niby szarańcza na przedżniwiu
W nadmiarze zachłanności
Na żer ruszyły, być i mieć
Ludzkiego dosytu wiary

Pola pleśń chabrów ukwieciła
Ziarno pokory pokrył chwast
A słowa pieśni dziękczynnej
Pojedynczo opuszczają skansen

I tylko nieliczni podnoszą ręce
Ku chwale niepojętej mocy
Składając swoje być i mieć
Na ołtarzu zwyczajnej pokory.

Świat naszego Bogochwalstwa
Powoli odchodzi do lamusa
Zamykając kolejny akt nadziei.

Nadchodzą dni posuchy Twych słów

Berlin, 21.03. 2013

Apokryf XXXXII

„…Nie człowiek wyznacza swoją drogę
I nie w jego mocy leży kierować krokami, gdy idzie”
Jer 10 :23

Kryształki kwarcu
Rozsypane
Na bezdechu
Karmionej
Powolną erozją
Pustynnej wielkości
Niemego
Doświadczenia.

Wielkość
Odziana
W sakramenty
Ostatniej posługi
Rzucona w beskres
Ludzkiej niemocy
W czas procesu
Dojrzewania.

Człowiek
Poszukający
Kolejnej gwiazdy
Na bezdrożu
Dogmatycznej
Interpretacji
Świadomego
Boskiego Bytu,

I Przestrzeń
Zaknięta
Granicą przemijania
Zwaną potocznie
Wiecznością.
Nieosiągalna
Przestrzeń wiedzy.
Tylko miejsca dla Boga… brak.

Berlin, 27. 07. 2016

Reblog: Polen ist nicht verloren!

Polenwircover

Uwaga Czytelnicy polskojęzyczni – poskrolujcie na dół, dla  was też coś jest!

Łukasz Szopa

Hätte mir jemand vor einem halben Jahr prophezeit, dass ich jede zwei-drei Wochen auf Berliner Straßen die polnische Hymne singen würde, hätte ich mir auf die Stirn getippt und die Idee ausgelacht. Erst recht, dass ich die berühmten wie mehrdeutigen Zeilen „Jeszcze Polska nie zginęła / kiedy my żyjemy!l“ („Noch ist Polen nicht verloren / solange wir leben!“) ins Mikrophon oder Megaphon anstimmen würde! Noch im Oktober führte ich mit meiner deutschen Freundin einen Disput über den Sinn und (aus meiner Sicht) Unsinn von Demonstrationen. lch – auf einer Demonstration?? Mit polnischen Fahnen, mit selbst gebastelten Transparenten? Unmöglich, höchstens eine Erinnerung an „die guten alten Zeiten“, als man/frau als junger Mensch sich zu einer politischen Demo hinreißen ließ. Das letzte Mal demonstrieren war ich vielleicht 1991, als ich noch in Wien lebte, gegen den Golfkrieg, und tags darauf gegen die lntervention sowjetischer Panzer vor dem litauischen Parlament. Dann vielleicht mal vor der chinesischen Botschaft wegen verfolgter Uiguren oder Tibeter. Und die erwähnte Hymne sang ich zuletzt – da ich kein Besucher von Sportveranstaltungen bin – wohl mitten in den 80er Jahren auf einer offiziellen Schulveranstaltung im kommunistischen Polen. Und nun das.

So wie mir geht es den meisten Polen hier in Berlin, aber auch in Polen selbst, die auf einmal ihre gemütlichen Sofas verlassen, um im kalten, windigen Winter für ihr Land zu demonstrieren. Wir hätten uns alle nicht gedacht, dass es mal so kommt, dass wir dem Aufruf des KOD (Komitet Obrony Demokracji – Komitee zur Verteidigung der Demokratie) folgen würden, oder gar Aktivisten werden. Dass wir über 26 Jahre nach 1989 wieder oder zum ersten Mal für Freiheit, für Demokratie, für eine offene Bürgergesellschaft demonstrieren würden. Oder gar für die Verfassung – die, zugegebener maßen, zuvor kaum jemand von uns richtig kannte.

Der Anlass der ersten Proteste, hier in Berlin vor der polnischen Botschaft am 19.12.2015, war sogar noch abstrakter: Wir demonstrierten gegen die von der neuen Regierung geplanten (und inzwischen leider erfolgten) Gesetzesänderungen zur faktischen Ausschaltung des Verfassungsgerichts (Trybunał Konstytucyjny). Hier in Berlin waren wir vielleicht 200, in ganz Polen, in mehreren Großstädten – zig Tausende.

Warum eigentlich? Was trieb uns auf die Straßen? Der Haß auf die PiS-Partei, die nun nach dem Präsidenten-Amt nun auch beide Kammern des Parlaments (Sejm und Senat) übernahm, um mit absoluter Mehrheit zu regieren? Nein, wir akzeptieren das gewählte Parlament und die eingesetzte Regierung, wir verlangen auch nicht (noch nicht…) nach Neuwahlen. Was uns aber nicht nur Sorgen bereitet, sondern erzürnt, war und ist die Art und Weise, wie diese Regierung nur wenige Wochen nach der Machtübernahme vorgeht. Die PiS-Regierung unter Beata Szydlo legt im Eil-Tempo neue Gesetzesvorlagen vor, die ihre Macht festigen, aber auch langfristig das demokratische System untergraben.

Das Verfassungsgericht wird praktisch außer Gefecht gesetzt – indem einerseits der Präsident Andrzej Duda die Vereidigung neuer Richter ablehnt, vor allem aber, indem das Verfassungsgericht ab sofort gezwungen ist, mit größerem Quorum zu entscheiden und die Fälle nicht nach deren Priorität, sondern in deren chronologischer Reihenfolge zu behandeln. In der Praxis bedeutet es, dass das Gericht erst mal über zwei Jahre braucht, um die bisher unbehandelten Fälle abzuarbeiten. Ziel war es, das Verfassungsgericht als „störenden Faktor“ unschädlich zu machen.


Łuksz Szopa (kniend) mit den Vertretern von KOD_Polen in Berlin

Ähnlich schnell und undemokratisch ging die Regierung mit den öffentIich-rechtlichen Medien um – dem polnischen Fernsehsender TVP, dem Polskie Radio und dessen regionalen Ablegern, Ab sofort entscheidet nicht der staatliche Fernsehrat, sondern alleine der Minister für Staatseigentum über die Neubesetzung der Direktor- und Chefredakteurposten und somit über das Programm selbst. Es dauerte wenige Tage, bis dann fast alle diese Posten neu besetzt wurden – linientreu, zum Teil mit „Vertrauten“ aus PiS-freundlichen oder „Radio Maryja“-freundlichen Medien wie „TV Trwam“ oder „TV Republika“. Einige eifrige PiS-Parlamentarier wie Katarzyna Pawłowicz bestritten gar nicht, dass es ihr Ziel sei, die bis dato öffentlich-rechtlichen Medien zum Sprachrohr der Regierung zu machen – so sieht für sie „Demokratie“ aus. Es war somit nur logisch, dass die Anstalten durch dieses „kleine“ MedienGesetz (ich will mir nicht vorstellen, was ein „großes“ Mediengesetz bringen wird…) in „nationale Medien“ umbenannt wurden. Es gibt somit in Polen keine „öffentlichrechtlichen“ Medienanstalten mehr.

Weitere Gesetzesänderungen wurden ebenso schnell durchs Parlament gepeitscht und durch den braven, schnellen, ohne nachzudenken oder nachzufragen unterschreibenden Präsidenten Duda zur Realität: das neue Abhörgesetz sowie die Zusammenlegung der Funktion des Generalstaatsanwalts mit dem Justizminister. Hinter all diesen Vorhaben steht der „einfache Abgeordnete“ Jaroslaw Kaczynski, Vorsitzender der PiS-Partei, der seine Puppen Szydło und Duda tanzen lässt. Aber gerade sein Eifer, seine Hast, hat uns Bürger geweckt und aktiviert.

Ja, er hat uns geweckt- denn wir haben gedöst, wenn nicht geschlafen. Seit 1989 erlebten wir unzählige Regierungswechsel, von der ersten Regierung unter Tadeusz Mazowiecki, über liberale, nationalkatholische, konservative, sozialdemokratische, christ-soziale, konservativ-liberale Regierungen. Auch die PiS war für zwei Jahre, 2005-2007 dabei. Aber jedes Mal dachten wir, die Demokratie ist – einmal erkämpft und etabliert – ein festes System, in dem die Präsidenten, Abgeordneten und Regierungen fröhlich Wechseln, manchmal auch die Politik – doch deren Grundsätze, in unserer Verfassung verankert, fast wie physikalische Gesetze ewig und unveränderlich bleiben. Vielleicht haben wir uns daher nicht zu sehr um diese Demokratie gekümmert?

Jedenfalls ist es diesmal anders. Manche von uns meinen gar süffisant, wir werden Kaczynski und seiner Truppe noch… dankbar sein. Dass sie uns durch ihr undemokratisches Handeln nicht nur geweckt und zum Handeln motiviert hätten, sondern auch dazu, sich tiefer gehend und langfristiger mit dem Sinn und den Werten von Demokratie, Freiheit, Solidarität und Bürgergesellschaft zu befassen.

Und nun stehen wir regelmäßig da – mit unseren Transparenten, mit unserer Hymne – da, auf den polnischen und europäischen Straßen. Bürgerprotest auf den Straßen.

KOD ist zwar zum Teil dank Internet und Facebook entstanden, doch die wahre Stärke des Bürgerprotestes zeigt sich auf den Plätzen und Straßen, wo wir uns treffen. ln der Realität, in der wir – Polen und Bürger – uns ein bisschen auch die Augen reiben. Nicht nur, weil wir uns wundern, dass wir wieder auf der Straße sind und so viele – seit 1980 gab es in Polen keine vergleichbaren Kundgebungen. Nicht nur, weil wir entgegen der Propaganda der PiS und der Nationalisten, keine „reiche Elite“ sind – unter uns sind Schreiner, Lehrer, Musiker, Künstler, Arbeitslose, Putzfrauen, lnformatiker, Rentner, Studenten. Vor allem reiben wir uns die Augen, und fragen – froh, hier zu sein – Wo waren wir alle bisher? Warum sind wir nicht früher auf die Strassen gegangen?

diskuszopaUnter dem Titel „lst Polen noch zu retten?“ luden die Deutsch-Polnische Gesellschaft der Bundesrepublik Deutschland e. V und die Vereinigung der Verfolgten des Naziregimes – Bund der Antifaschistinnen und Antifaschisten ins Haus der Demokratie und Menschenrechte in Berlin. Diskutiert wurde über die aktuelle Entwicklung in Polen, die Frage ob Polen sich ähnlich wie Ungarn entwickelt, und wie in Polen damit umgegangen wird. Auf dem Podium (von links) Prof. Dr. Christoph Koch (DeutschPolnischen Gesellschaft der BRD), Łukasz Szopa (Komitet Obrony Demokracji KOD), Dr Przemysław Witkowski (Krytyka Polityczna Wrocław) und Moderator Thomas Willms (WN-BdA). Foto K. Forster

Warum kommen wir erst jetzt dazu, uns untereinander über unsere Gesellschaft, unser Land, über Demokratie und Gerechtigkeit und Freiheit zu unterhalten? Aber wir tun es, vielleicht etwas spät, genießen es, und sind sogar etwas stolz – aufeinander. Zumal wir bei jedem Treffen, bei jeder Demo in unseren Gesichtern nicht nur Sorge, sondern vor allem Wärme und Freundlichkeit sehen.

Das war es vielleicht, was Kaczynski & Co. unterschätzt haben. Den Stolz und den Idealismus seiner Landleute. Dass wir nicht wegen einer Steuererhöhung oder einer Reiseverordnung auf die Straße gehen, sondern wegen Bürgerrechten und Demokratie.

Das mag der Grund sein, dass PiS auf das positive Gesicht des KOD und seiner Anhänger mit Wut und Beleidigungen reagiert. Wir werden als „Polen schlechtester Sorte“, „Verräter“, „Gestapo“, „Judasse“, oder gar als „Schickeria in Pelzmänteln“ beschimpft. Es fehlt nicht mehr viel, und man wird uns nach der Krümmung unserer Nasen beurteilen.

Argumente sind es keine, somit kein Grund, die Proteste auszusetzen. Wir wiederholen es immer wieder: wir fordern keine Neuwahlen, wir sind selbst keine politische Partei, sondern eine Bürgerbewegung – die die Einhaltung der Verfassung fordert, nichts mehr und nichts weniger. Gewaltenteilung, Freiheit der Medien, kein Überwachungsstaat, weltanschauliche und konfessionelle Neutralität.

Es wird ein langer Weg sein, die Demokratie in Polen zu verteidigen, zu stärken, womöglich zu erhalten, länger als diese Legislaturperiode. Denn es ist im Grunde kein Kampf gegen die PiS oder Kaczynski – es ist ein Kampf für die Achtung und Einhaltung der Verfassung, für das Verstehen und das Leben der Demokratie, und für eine bewusste, offene, aktive Bürgergesellschaft, Polen ist nicht verloren, so lange wir diese Ziele haben und nicht aus den Augen verlieren.

Dodatek od Redakcji czyli pod-tekst poetycki:

Łuksz Szopa, (ur. w 1973 r. w Tychach) – poeta, prozaik, tłumacz, założyciel ukazującego się w Sarajewie pisma literackiego Album oraz ukazującego się w Mostarze pisma literackiego Kolaps. Jest redaktorem działu literatury chorwackiej w piśmie Pobocza. W latach 1997-1999 przebywał w Bośni-Hercegownie. Mieszka w Berlinie i Włosieniu. Wydał tomy wierszy: Roadmovie (2000), Film (2001, wspólnie z Mehmedem Begiciem) oraz zbiór opowiadań Kawa w samo poludnie. Opowiadania bośniackie (FORMA 2009).

 Kawa w samo południe to zbiór dziesięciu opowiadań, w których Łukasz Szopa opisuje życie w Bośni-Hercegowinie bezpośrednio po zakończeniu bratobójczej wojny, w latach 1992-1995. Autor, który był naocznym świadkiem tamtych wydarzeń, nie koncentruje się jednak na faktach, czy refleksjach polityczno-historycznych; w formie przypominającej zapisy z dziennika, przedstawia raczej atmosferę panującą w tamtym czasie, w którym mimo pokoju, nadal występowało realne zagrożenie rozpalenia tlących się nacjonalizmów. Okres ten Łukasz Szopa ukazuje jako czas zaskakującej swobody i luzu – czas, w którym odbywa się szalony taniec pod mieczem Damoklesa. Jego uczestnikami są bośniaccy i zagraniczni poeci, artyści, aktywiści pokojowi, pracownicy misji humanitarnych, globtroterzy oraz zwyczajni obywatele pokiereszowanego kraju. To właśnie ich doświadczenia i towarzyszące im emocje, są osnową poszczególnych opowiadań. Wskutek zastosowanej przez autora chronologii i ponownego przywoływania pewnych postaci oraz wątków, opowiadania te układają się w spójną opowieść o tworzeniu nowego życia, obserwowanego przez “snajperów”, ukrytych w ruinach odbudowywanej rzeczywistości.
X
KAWA
X
Kubek
trzy łyżki kawy Jacobs
dwie śmietanki Completa
dwie i pół cukru
zalać gorącą wodą
pomieszać
kawa mój
narkotyk
rkotyk
kotyk
tyk
tyk
tyk
nar
tyk
tyk
narkotyk
tyk.

Starcy i dzieci

29 czerwca pojawiły się w mediach zapowiedzi kolejnych dobrych zmian, jakie zaprowadzi nowy rząd –
Szokujący pomysł PiS! Uderzy w seniorów? Specjaliści tłumaczą

Ośrodki dla seniorów mają zostać odseparowane od domów dziecka i pogotowi opiekuńczych. Taki pomysł mają politycy Prawa i Sprawiedliwości. Chcą zmienić obecne przepisy tak, by dzieci z placówek nie miały kontaktu ze starszymi osobami.

Członkowie partii rządzącej uważają, że styczność ze starością źle wpływa na rozwój emocjonalny dzieci. Stąd plan oddzielenia domów opieki od placówek dla dzieci. – Wychowując się w otoczeniu starości, choroby i śmierci, stykają się na co dzień z dramatem samotności ludzi częstokroć pozbawionych wsparcia najbliższej rodziny – tłumaczą pomysłodawcy zmian.
Nowe przepisy miałyby zagwarantować, że kształtowanie postaw dzieci będzie bardziej odpowiednie niż teraz. “Fakt” rozmawiał na ten temat z kilkoma psychologami. Ich zdaniem, separacja najmłodszego i starszego pokolenia byłaby wielkim błędem. Na Zachodzie dąży się do tego, by dzieci przebywały z seniorami. Obie strony tylko korzystają na takich kontaktach. Zdaniem PiS, najwyraźniej nie.

EMS: Jestem pisarką, zapewne nie jestem predystynowana do tego, by takie sugestie komentować. Przywołam więc tylko teksty literackie, o których myślę nieustannie, odkąd przeczytałam to doniesienie.

Proza: Alphonse Daudet, Listy z mojego młyna, Staruszkowie (cytuję z wydania biblioteki lingwisty z 1921 roku, tłumacz nieznany)

Listy z mlyna 00-doppel

listyzmlyna-staruszkowie

Poezja I: Katarzyna Krenz, Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci Castelo de Vide, Convento de São Francisco
wiersz był już TU na blogu, ale muszę go przypomnieć Czytelnikom, po prostu muszę!

W imię Ojca i Syna i Ducha Jego

My, zakon braci bosych i ubogich, przyszliśmy tu
i uczyniliśmy, jak postanowiono:

Oto w sercu urodzajnej krainy, w dolinie
słońca, na wzgórzu oliwnego drzewa
zbudowaliśmy dom, by modlić się
o łaskę nieba na ziemi i snu wiecznego.

I daliśmy chleb, i dach nad głową
dzieciom, co nie widziały, i starcom gasnącym
co żyć już bez nas nie potrafili. Tak było,
jak powiadamy, aż do dnia, gdy w cieniu czasu,
który przeminął, umarła dusza domu, a wszyscy
odeszli do Pana lub do innego domu.

Inwentarz pozostawionych ruchomości obejmuje:
szafy biblioteczne pełne druków wypukłym pismem
z przeznaczeniem dla czułych opuszków palców,
w tym opisanie podróży Vasco da Gamy do Nowego
Świata. Oraz sztućce z aluminium i emaliowane kubki
i stoły z nadpalonymi nogami, dowód po dniach,
gdy nawet miednica rozżarzonych węgli nie dawała
wiotkim ciałom dość ciepła. Wannę i połamany
fotel fryzjerski sztuk jeden, i korytarze długie,
niegdyś szorowane w każdy piątek, a między nimi
stopnie schodów, ruchome w kilku miejscach
i niebezpieczne z braku poręczy. A także spróchniałe
podłogi, które nie zaskrzypiały pod naszymi butami
przypuszczalnie z powodu utraty poczucia bliskości.

W opuszczonej kuchni z kranu kapała woda.
Na pustym patio panowała cisza, tylko pod drzewkiem
pomarańczowym, w szarym piasku kąpały się wróble
oszalałe od woni kwiatów i zgniłych owoców.

W kącie bezpłodnego sadu stary ogrodnik
uśmiechał się do nas łagodnie, ale dość wesoło,
ścinając kosą perz, kąkol i pokrzywy.

KK: No rzeczywiście, te teksty pasują, a ja mam jeszcze coś, czego nikt jeszcze nie widział, nie czytał. Bo otóż Roma Cielątkowska, po przeczytaniu mojego wiersza, tego portugalskiego z domu straców i niewidomych dzieci, napisała “Rewers” – tym razem z Ukrainy. Chyba  tym mocniejszy, że dzieci w tym “jej” domu były OPUSZCZONE, same! Bez rodziców, wychowawców czy choćby… staruszków. Projekt ustawy? Wszyscy czujemy podobnie, dlatego komentarz wydaje się zbędny. Może tylko jedna uwaga: pomysłodawcy tej ustawy nie dostrzegli, że jest to pomysł obusieczny, bo pozbawiając dzieci widoku starości, jednocześnie osieroconym, chorym i opuszczonym dzieciom zabiorą ostatnią szansę na bliskość.

Poezja II: Romana Cielątkowska: Rewers: Raport z wizyty w byłym zakładzie dla głuchoniemych i ułomnych dzieci

Ławriw – klasztor Bazylianów, maj 2010

W Imia Swiatoj Trojcy,
Połoniny moje, otwórzcie swe ramiona
Cerkiew okopana z zewnątrz
i od środka.

Obnażone szczątki
i obdarzone rozpisy ścian
Samotna ikona bojkowa
czeka na odpuszczenie i ciąg dalszy – nieutulona.

Dotyk budynku zakonu
wbija się w cerkiew
posępnie.
Cisza, zamknięcie –
głuchoniemych cienie
i wołania szepty.
Niezborne rany
tych, co nie mogli się sprzeciwić i zapłakać.
Rynsztok łaziebny i
kłębowisko rusztowań łóżek
z paskami dla niepokornych
zalęgnięte w chłodzie suteryny
czekają wybawienia
spragnieni ciepła i płomienia świec.

Stoją tak obok siebie
puste:
Nienamodlona cerkiew
Dom
Dzieci

Świat równoległy z zielenią świetlistą
łąk umajonych, świergotem ptaków,
radosnym brzękiem pszczół,
opadających w ciepłym wietrze
bladoróżowych płatków kwitnących w sadzie
jabłoni i śliw –
udaje, jak co roku, że nic się nie stało…

Od Redakcji:

O Romie Katarzyna Krenz pisała TU we wpisie Odeszli, więc jeszcze tylko dodatkowa informacja: prawa autorskie do wiersza Romany Cielątkowskiej należą do jej córki – © Katarzyna Cielątkowska.

Przenikania w kawiarni Opery Berlińskiej w letni wieczór

Tomaszowi Fetzkiemu z zaproszeniem na pojutrze do Berlina

Ewa Maria Slaska

Afrodyta z kablem elektrycznym

Trochę ponad rok temu opublikowałam tu wpis, zatytułowany Przenikania w Barze Zakątek. Muszę go tu przypomnieć, bo kilka dni temu coś podobnego przydarzyło mi się w Berlinie. Popijałam wino z wodą (nie można ciągle nie pić wina, to obraza rzucona w twarz radości życia w Berlinie) i czekałam w kawiarni letniej Opery Berlińskiej na Dorotę Cygan, z którą iść miałyśmy (i poszłyśmy) na Uprowadzenie z seraju Mozarta. To pierwsza opera języka niemieckiego, co jest jasnym powodem, dla którego germanista koniecznie powinien obejrzeć tę sztukę.  Podobno interesujące wykonanie, a to już powód dla którego również blogerka powinna…

Jest jednak lato, można by pójść nad jezioro, do parku na lody, a my tymczasem do opery…

Mam na sobie sukieneczkę, którą niemcy nazywają Fummel, a my – szmatka, pantofelki na obcasie, rajstopki, nie mogę więc nosić ze sobą dużej torby, a książka, którą aktualnie czytam liczy ponad 500 stron… O żydowskim chłopaku z Wrocławia, który stał się motorem życia literackiego w Boliwii! Nazywał się Guttentag (i jest to też tytuł książki) i jego rodzina pochodziła z miasteczka, które się dziś nazywa Dobrodzień…

Przed wyjściem szukam więc książczyny, która by pasowała do torebeczki, pasującej do szmatki…

Arnold Słucki, Eklogi i psalmodie, Czytelnik 1966. “Mój” Arnold Słucki, już kilka razy o nim pisałam (TU i TU), opowiadałam o nim podczas różnych prelekcji… Nazywał się Aron Kreiner, dopiero podczas wojny przyjął polskie imię i nazwisko.

W dzisiejszych czasach Słucki jest zapewne równie odsądzony od czci i wiary jak inni lewicowi artyści, pisarze, naukowcy… Zacytuję tu sama siebie:

W Warszawie, skąd wyjechał do Wiednia, nie był specjalnie lubiany czy szanowany, Wat miał o nim mówić „ten poeta chasyd”, a Słonimski – „Żyd stepowy”. Od najwcześniejszej młodości zapamiętale lewicowy, siłą rzeczy uważany był za poetę partyjnego, ale w roku 1966 roku podpisał list protestacyjny przeciw wyrzuceniu Leszka Kołakowskiego z partii, a w lutym 1968 list w sprawie usunięcia „Dziadów” z repertuaru Teatru Narodowego. Jak wszyscy Żydzi polscy tragicznie przeżył wypadki marcowe. Wyjechał we wrześniu 1968 roku. Pojechał do Izraela, jednak już w roku 1970 wrócił do Europy – do Niemiec Zachodnich, a dokładniej – do Bonn i Berlina. Był ciężko chory („serce, płuca” napisze w jednym z listów) i tak naprawdę większość czasu spędzał w sanatoriach. Krótko przed śmiercią w liście do Ficowskiego napisał: „(…) niewiele zmieniłem się, przybyło mi tylko (jak wszystkim jeszcze żyjącym) parę lat i dużo rozczarowań. Z nich się przecież lepi to ciasto, które innym rośnie na pośmiertne podziwy.” Zmarł 15 listopada 1972 roku w Berlinie. Pochowano go na cmentarzu Ruhleben.

To ciasto, które innym rosło na pośmiertne podziwy, jemu chyba urosło na zapomnienie. Gdy szuka się go w internecie pojawiają się tylko książki antykwaryczne, najstarsza chyba – Ziemia jaśnieje – z roku 1950, Słońce nasz towarzysz, 1951, Spotkania z roku 1952, Poranek z roku 1953,  Eklogi i psalmodie, 1966, Targ w Dziworaju, rok 1967,  cały czas lata 50 i 60, prawie co roku mu coś wydawano, potem się naraził i uciekł, i przypomnieć go można było dopiero wtedy, gdy upadający PRL odpuścił autorom zakazanym, i pojawiły się w księgarniach książki Gombrowicza, Hłaski i Słuckiego… Biografia Anioła z roku 1982.

To o tym pośmiertnym i wyciągającym poetę z niepamięci zbiorze napisał nieznany autor informacji na portalu Lubimy czytać:

Niniejsza księga wierszy jest spłatą długu pamięci, jaką winniśmy Arnoldowi Słuckiemu, poecie, który żył i tworzył wśród nas w ciągu dwudziestu kilku lat powojennych, a potem – tęskniąc za Polską – umarł na obczyźnie.

Dodajmy, umarł w skrajnej nędzy.

Wydaje mi się, że nikt już nigdy więcej go nie wydał. Odszedł w zapomnienie, a ja zupełnie bez powodu zabieram go ze sobą w torebce do opery. Niech zobaczy trochę świata.  Jest 28 czerwca 2016 roku. Stoję przy stoliku i popijam wino, bo ja przyszłam, jak zwykle, za wcześnie, a Dorota przyjdzie, jak zwykle, na ostatnią chwilę…

Strona 16, Ekloga współczesna

Sprawdzam w sieci: sjp ekloga. 1. «pogodny utwór poetycki opiewający uroki życia wiejskiego».

W biały dzień
tkliwe jaskółki
             nad brzegiem Mozeli
wiły w nas gniazda,
zapewniam was,
             to właśnie, jeżeli
porzucała nas wyobraźnia
                               niby zbiegów w todze z przytułku,
to była w tym ręka historii,
a stała tam rzymska łaźnia
z czerwonym sztandarem wetkniętym
                                              w omszały dach,
a dach był jak gwiazda.
M e m e n t o   m o r i,
rzekłem,
stara kobieta szła, żuła chleb
                                 i pracując żuchwami
wlokła za sobą długi elektryczny sznur niby współczesna Ariadna

I w tym momencie podniosłam głowę znad książki, a pomiędzy stolikami szła w niebieskim kitlu sprzątaczka, trzymała w garści szufelkę i zmiotkę na długich trzonkach i… naprawdę … wlokła za sobą długi elektryczny sznur niby współczesna Ariadna, a mnie dreszcz przeleciał po plecach, bo jeszcze nigdy nie spotkałam Ariadny sprzątaczki, zamiatającej kawiarnię na świeżym powietrzu, podczas, gdy goście wciąż jeszcze stoją wokół wysokich stolików, gawędząc w mowie Gotów i popijając wino znad Mozeli, a gdy za dziesięć minut dzwonek wezwie nas wszystkich do środka, będzie dość czasu i okazji, aby nikomu nie przeszkadzając, posprzątać podwórko operowej kawiarni. Więc wiedziałam, że ona nie jest sprzątaczką z firmy Gegenbauer tylko zjawą, która wyszła z wiersza Słuckiego i sprząta świat wokół mnie, tak jak Ariadna co poniedziałek sprzątała labirynt odkurzaczem.

śmierć tu była, mimo wszystko, paradna,
promenada rozbrzmiewała gwarem
i trzeba się było wsłuchać, jak elektroluks rozmawia z Cezarem,
a szum krzewów na Pangejskich wzgórzach,
to w tracką zieleń Ismaru,
Szofer błękitny od smaru
chwalił dziewczęta okolicy:
                    Czemu nie sprawisz
o, Wenus…
                Eils! Skapia matia ia
                                         drinkan! –
klął mową Gotów duch z koszar
i śmiała się śmiechem białym jak śmierć
jeszcze żywa
Prześliczna Rzymska Rudowłosa.
I jakże trudno już było dostojną tu układać poezję,
zmierzch był Brutusa wieczerzą po klęsce,
i pani, co włada Knidos i Pafos,
werwę nam odjęła i patos.
Słowa będące mostami nad wieczystą rozłąką rzeczy
straciły swoją sprężystoćć
i nie było w nich żywych poruszeń,
jakby cały pejzaż im jawnie zaprzeczył
i Eneasz znowu był parweniuszem.
Śmierdział na jardy tanim alkoholem
made in Roma,
bardziej podobny do starca z Korycji,
gdy go sklął po łacinie Czas – sierżant policji.
I on się im tylko odgrażał:
– Na zdrowie, dawajcie jeść!
                                        Dawjcie pić!
i była to niby chrypliwa ekloga,
nad którą zastanawiają się
                            uczeni wieków,
co niby drzazga siedzi w człowieku;
który nie chce być ni aniołem, ni szpakiem,
i rzuca się z tasakiem
na Boga.

On nawet natrząsa się z szczęśliwca Glaukosa
i z cudownego władzy kpi ziela,
odurza go aut cierpka jońska rosa
i patrzcie, oto ciągnąc szlauch przez promenadę,
już mnie oskarża o zdradę
spraw potocznych.

A ja mu wciąż, że z Mozeli
widziałem wszystko,
świadek naoczny,
maszyna do trawienia szczelnych snów
i jaw ułomnych,
jeżeli ———

Dzwonek wezwał nas do wnętrza, ciągnąc szlauch przez promenadę, przeszła obok mnie raz jeszcze Ariadna w niebieskim kitlu, z niebieską szufelką i szczotką, Dorota wyszła mi naprzeciw z wnętrza budynku i poszłyśmy na operę, która jest najlepszą operą, jaką w życiu widziałam!

orgiaomilosci

Więc też koniecznie idźcie. Opera jest po niemiecku, ale artyści ciągle przeskakują z niemieckiego na angielski, a u góry nad głowami lecą teksty arii i po niemiecku, i po angielsku, a poza tym, to i tak bez znaczenia, bo wszystko można zrozumieć, gdy śpiewając o miłości i wierności nawaleni kokainą aktorzy i statyści, goli całkiem lub tylko na pół, uprawiają na naszych oczach orgiastyczną promiskuityczną miłość, gdzie nic, ale to nic jednak nie naruszy dobrego smaku pań z Dolnej Saksonii, a wspaniała śpiewaczka koloraturowa grająca Konstancję, trenując rozpaczliwe wrzaski do mikrofonu, przechodzi przed nami ciągnąc kabel przez scenę jak Ariadna sznur elektroluksu przez labirynty Knossos nad Mozelą.


Wolfgang Amadeus Mozart (1756 – 1791)

Niemiecka gra muzyczna w trzech aktach KV 384
Tekst wg Christopha Friedricha Bretznera – Gottlieb Stephanie d. J.
Prapremiera 16 lipca 1782 – Hoftheater Wien
Premiera w Deutsche Oper Berlin 17 czerwca 2016

Zalecany od 16 lat

Po niemiecku, z nadtytułami po angielsku i niemiecku

Został jeszcze tylko jeden występ w tym sezonie, pojutrze, środa 6 lipca
Bilety w cenie od 50 do 130 euro

Ze wsi jesteś…

Roman Brodowski

Poezją przez wieś
(wstęp do opowiadania „ Wsi mojej minionej ” – Berlin, wrzesień 2014)

„Nie masz się co martwić, nie masz się co smucić, ze wsi jesteś…” brzmią słowa starej ludowej przyśpiewki. Ta prawda dotyczy i mnie. Tyle tylko, że słowa te zawsze sobie powtarzam w nieco innej formie , a mianowicie: z życia wyszedłem, do życia powracam.
Tak – wieś od zawsze była i jest dla mojej romantycznej duszy synoniomem życia. To na wsi zobaczyć mogłem wyrastające z ziarna łany pszeniczne, złotodajne miodne kwiecie rzepaku, pachnące słodko buraczane pola i jesienne zbiory kartofli, podczas których prawda o wiejskim i braterskim życiu, niemalże w sielankowej symbiozie ,nabierała szczególnego znaczenia.

Z okresu dzieciństwa najlepiej pamiętam właśnie prace polowe, które (zwłaszcza w społeczności chłopskiej, posiadającej swoje hektary) miały charakter zbiorowy. Co to oznaczało? Może i dzisiaj (zwłaszcza młodzieży) trudno w to będzie uwierzyć, ale w tamtych, jakże nieodległych jeszcze czasach, w okresie żniw i zbiorów płodów rolnych, sąsiadujący ze sobą członkowie wiejskiej wspólnoty niby pszczoły w ulach (nie bacząc na animozje dnia codziennego) pomagali sobie bezinteresownie tak, by to co „ziemia żywicielka” dawała, nie zostało zmarnowane.

Jeszcze dzisiaj, kiedy odnajduję siebie pośród niedopisanych, często zapomnianych szpargałów mojej dawnej tożsamości, z rozrzewnieniem, nostalgią, wspominam tamte dawne, kartoflane wykopki na polu pana Pawła, kiedy to w towarzystwie mieszkańców naszej całej ulicy wybierałem dojrzałe bulwy z wilgotnej, pachnącej łękowinami ziemi, by jak najprędzej wypełnić nimi wiklinowy kosz. Wówczas, na tamtym polu nie było pani Fredowej, Jeleńskiej Dylowej, Chmielewskiej, Wiatrowskiej… były ciocie: Hela, Terenia, Stefcia, Ola, Lusia. Była też oczywiście moja mama, która (co prawda jako urodzona mieszczanka z wielkiego miasta, tak jak i mój ojciec, nie posiadała mentalnie wiejskiej ogłady), zawsze, kiedy tylko miała czas uczestniczyła wraz z nami , z moim rodzeństwem i mną w tych wyjątkowych dla naszej ulicy roboczo- sąsiedzkich spotkaniach.

Pamiętam radość kilkunastu dorosłych osób, które po kilku godzinach ciężkiej pracy na pustym już kartoflisku z satysfakcją opowiadały sobie o wszystkim, tak jakby siebie długo nie widziały, dowcipkując przy tym i popijając kwas chlebowy lub piwo. Pamiętam radość, jaką mieliśmy my, dzieci biegające boso wokół ogniska, w którym piekły się najpiękniejsze z ziemniaków…, co jakiś czas obdarowywane przez gospodarza cukierkami i czerwoną oranżadą.

Niestety, tamta wieś i tamci ludzie powoli umierają, a ogólnospołeczna więź jaka ich łączyła, zaniknęła, nie znalazło się godnych kontynuatorów tamtej tradycji.
Dzisiejsza wieś to przemysł, to biznes i, często, życie jednostki dla jednostki w odizolowanym świecie własnego obwarowanego zabezpieczeniami, ogródka.
Może właśnie dlatego z sentymentem wspominam to, czego nie mogę znaleźć w naszej obecnej, pozbawionej kolorytu wspólnoty, rzeczywistości .

pszenica2

Żniwa
(Żory, lipiec 1985)

Pociemniało nad rodzinną ziemią
Jak przed nagłym, burzowym koncertem
Podczas suszy długotrwałej, letniej
W czas chłopskiego święta żniwowania.

Po bezkresie nieba życie przybyło obfite
Wymodlone wiarą serc wieśniaczych
Podczas mszy w dziękczynnej kaplicy
Stojącej od wieków na rozstaju dróg

A nad chabrów błękitu przestrzenią
Wymieszaną polnych maków kwieciem
Słowik śpiewa pieśń altowym głosem
I jaskółka swój zniżyła lot

Jutro słońce Bożym chłopu darem
Błogosławiąc pracę potnych rąk
Wstrzyma chmur pierzastych łzy
Na czas trudu, na czas chłopskich żniw.

Pójdzie chłop z ojcowskim kultem
Sierpem w ciemnej, wymęczone dłoni
W pole dojrzałego ziarnozłota
By rozpocząć żniw bogatych plon.

Będzie pokarm, będzie chleba sytość
Dla narodu w zgłodniałej ojczyźnie
Polskiej wsi i polskiej ciężkiej pracy
W imię troski o nasz polski ród

Zapachem chleba
(Berlin – 24.06.2016)

Już dawno odeszły
Do lamusa
Chłopskie chaty
Kryte strzechą

Już dawno odeszły
W zapomnienie
Wiejskie konie
Ciągnące pług

Już dawno odeszły
W przeszłość
Zapachy polskiej wsi
W chłopskich zagrodach

Już dawno odeszły
W ciszy niebyt
Odgłosy świń i krów
Pasących się w przydrożu

Już dawno odeszły
Do królestwa rymów
Obrazy polskich pól
Przecinanych konarami wierzb.

Tylko chleb pozostał ten sam
Pszennożytni smak, spowity
Zapachem chłopskich rąk
W szarej codzienności przemijania.

pszenica1

Foto: EMS

Estakada eschatologiczna

Tomasz Fetzki

Opuszczając ekspresówkę Librec – Praga i kierując się ku staremu miastu jechał Viator wciąż jeszcze dość szybko (siłą inercji, rzecz jasna!). Właściwie cudem tylko jakowymś go wypatrzył. Židovský hřbitov v Turnově. Nie spotkał dotąd na swym szlaku pątniczym takiego miejsca. Nawet paryski Cimetière de Montmartre z przecinającą go Rue Caulaincourt, choć w założeniu zbliżony, nie posiada podobnego genius loci. Takiemu do kompanii przydałby się geniusz poetycki. Jednak cóż robić? Jak się nie ma, co się lubi…

U bram Raju (Czeskiego, ale zawszeć…)

To nie most Sirat
Choć też w zaświat wiedzie
Dusze turnowskich szlifierzy
Granatów i jaspisów
Przez hałas ruchu ulicznego
Przebudzone
Hadesowym wiaduktem
Eschatologiczną estakadą
Ulatują, płyną, jadą

Zde odpočivá
Miláček rodiny:
Marketa Lauferova
1888-1903

Śpij, Marketko u bram raju
Nie daj sobie przerwać snu
Bo zaboli utracone
Piętnaście lat
Smutek zastygł
I zmienił się w romantyzm
Po co go tykać?

Festiwal piosenki natrętnej IX

Tomasz Fetzki

Dezyderata, czyli natręctwo kojące (ot, taki skromny oksymoron…)

Zasiada Viator za stolikiem kawiarnianym w jednym z miasteczek Wielkiego Księstwa Merkantylii i Arrogantii. Kelner przez sztuczny uśmieszek cedzi: Vous desirez, monsieur?

No właśnie, czegóż by Pielgrzym pragnął? Tutaj tego nie dostanie. To, co oferują, jest przesolone, nieświeże, kwaśne, zwietrzałe, twarde, suche i przeterminowane, lub, w najlepszym razie, mdłe. Szkoda fatygi. A kafejka pełna! Gwar, zabawa i radosna konsumpcja trwają se w najlepsze. Nie to, żeby Viator wyniośle trwał ponad wszystkim, co niegodne jego wyrafinowanego gustu. Nic z tych rzeczy! Ale absmak, gorycz w ustach… Niestety, nie uda się. Czaruj innych, kelnerku z zębami solidnie potraktowanymi wybielaczem!

Wszystkie knajpki przy rynku i reprezentacyjnych arteriach oblężone przez orły, sokoły, lwy tudzież tygrysy, pawie i papugi. Głośne i napastliwe, można by rzec – są udręką ducha. Dla Wędrowca miejsca tutaj brak. Viator, między nieudaczniki życiowe policzon, mknie jakąś intuicją chorą wiedziony tam, gdzie swój azyl znalazły bezbronne i zagubione łosie oraz osły. Do piwnicy… pod Baranami.

Dopiero w niej znajduje to, co rzeczywiście winno być pragniętym. Oczywiste to prawdy? Tak! Banalna treść? W rzeczy samej! I cóż z tego? Siedzi umęczony Pielgrzym w piwnicznym półmroku i chłonie te słowa. Od dwudziestu kilku lat chłonie i zawsze z doskonałym dla duchowej równowagi skutkiem.

Zanim posłuchamy, jedno spostrzeżenie à part. Jeszcze nastolatkiem będący i Dezyderatę czytający, miał Viator (czy raczej Mały Jaś Wędrowniczek) pewien problem. Zbyt nowocześnie od strony formalnej, jak na datowane 1692 rok, brzmiały mu słowa utworu. Składał to wszakże na karb niedostatków stylistycznych tłumacza. Dziś wie (Cioteczka Wikipedia jasno o tym mówi) że utwór jest znacznie młodszy. I cóż z tego? Odarty z patyny czasu traci coś ze swej trafności? Niczego nie traci. Raczej zyskuje. Viator na primier szczególnie aktualnie odczuwa tę frazę: Przyjmuj spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Ciekawe czemu?

Ten sam maj, inne wiersze

Andrzej Rejman

Maj 2016

telewizji nie mogę oglądać już… za dużo wszystkiego…
czytać gazety? po co…
lepiej spojrzeć na przepływające chmury…
i na księżyc nocą – gdy już chmury przepłyną i niebo czyste

chmury_22_maja_16

(Na moje życzenie Autor wczoraj zrobił zdjęcie chmur – bo uważam, że robi ładne zdjącia chmur)

A może sięgnąć do tego, co inni przeżyli…

Posłuchajcie czytając.


Salina Baniewicz

(matka Antoniego Baniewicza ps. “Wilczyński”, Powstańca Warszawy 1944)

ZA PRĘDKO…

Znowu zakwitły drzewa obficie,
W powietrzu unosi sie zapach bzu
I chociaż wszędzie pulsuje życie –
Spokojny smutek rozlany jest tu.

Tu nieszczęśliwe, samotne matki
Nie słyszą wiwatów, okrzyków, braw;
Tutaj na grobach bawią sie bratki
Wśród szmaragdowych pachnących traw.

Wonna konwalia w ukryciu rosnie
Perłowe dzwoneczki chowając w cień,
Który je chłodem pieści zazdrośnie
W pogodny, ciepły, wiosenny dzien.

Słońce przesiewa złote promienie
Przez młodą zieleń wysokich drzew…
I budzi sie nagle tęskne wspomnienie.
Jak kiedys gdzieś dawno słyszany śpiew.

Powaga śmierci w ciszę się wtłacza;
Wzrok wbity w ziemie, nie siega w dal;
Świadomość – bolesne zmczenie otacza;
Z napisów na płytach wyziera żal.

Unicestwiając śmierc wszystkich jednoczy –
biednych, bogatych, dobrych i złych…
Piasek zalepił ich martwe oczy
I głos ich smiały na zawsze ścichł.

Tuz obok starca – młodzieniec leży;
Zdawałoby się, że nie ma tu klas…
Lecz oto szeregi mogił żołnierzy –
za prędko je zniszczył bezwzględny czas.

Czyż w naszych sercach nic nie zostało
Dla tych, co ginęli we własnej krwi?
Na polu bitew męstwo konało,
By dziś mogły dla nas zakwitnąć bzy…

1951

PAJĘCZYNA

W gasnącym świetle wczorajszych dni
Umiera przeszłość skrwawiona…
Zwisa nad oknem pajęcza sieć
podarta, postrzępiona.

Niedawno ja pająk misternie snuł,
Pracował zawzięcie, gorliwie,
Czatując z ukrycia, czyhał na łup
I zdobycz porywał łapczywie.

Tak było wczoraj, bo teraz już
Nie ma pająka na ścianie
I niepotrzebny pajęczyn strzęp
Wkrótce zmieciony zostanie.

Człowiek, dla siebie budując dom
Z betonu albo z granitu –
Chciałby w nim zawsze szczęśliwie żyć
Spokojnie, wśród dobrobytu.

Lecz życia ludzkiego mozolny trud
W przestworzach też się rozpłynie,
I zginie w wieczności po nim ślad,
Jak po tej pajęczynie.

Czas całe globy kruszy na pył
I z pyłu tworzy planety…
W gasnącym świetle minionych chwil
przeszłość umiera … niestety.

1950

NIE WARTO…

Nie warto myślami sięgać daleko,
fantazją nimi kierować.
Nie warto być pewnym, że życia krótkiego
uda się nie zmarnować.

Nie warto prawdy szukać w zwątpieniu,
nie warto wątpić w młodości,
gdy siły jeszcze nie wyczerpane
i serce pełne ufności.

Nie warto za wiele wymagać od losu
i walczyć z przeznaczeniem.
Nie warto płomienia ludzkiej niezgody
Próbować gasić sumieniem.

Nie warto się martwić, że sen o szczęściu
zostanie przerwany brutalnie
przez rzeczywistość, która na nowo
umysłem zawładnie realnie.

Nad zagadnieniem buty po śmierci
nie warto na próżno się biedzić,
bo tego żaden filozof, czy mędrzec
nie może na pewno wiedzieć.

Nie warto marzenia pieścić nadzieją,
Żeby zawodu nie doznać;
Lepiej wytrwale dążyć do celu
Potęgę nauki poznać.

Nie warto iść ciągle i zawsze pod górę,
by w przepaść się nie stoczyć;
bezpieczniej zamieszkać wśród pól w dolinie
i dom swój opieką otoczyć.

Po pracy długiej, mozolnej – nie warto
czekać na ciszę wytchnienia,
które przychodzi zwykle za późno,
nie dając ukojenia.

Nie warto się cieszyć, że dzień wczorajszy
Już nigdy nie powróci,
Bo teraźniejszość wroga, bezwzględna
Tę radość złośliwie ukróci.

Nie warto kołatać do drzwi zamkniętych
Dla smutnych i opuszczonych
I opowiadać nikomu nie warto
O latach w udręce spędzonych.

Nie warto zapomnieć o tych, co siebie
Na stosie ofiarnym złożyli,
Którzy największa odwagą – jedynie
Nieznaną mogiłę zdobyli.

Nie warto wierzyć, że sprawiedliwość
Krzywdy wynagrodzi.
Nie warto żałować, że w mrok nieistnienia
Samotne życie odchodzi.

Nie warto się dziwić, że człowiek zwyczajny
Nie dopomoże w potrzebie,
Lecz przede wszystkim pamiętać należy:
Nie warto żyć tylko dla siebie.

1950