Festiwal piosenki natrętnej V

Tomasz Fetzki

Przedwiośnie, czyli natręctwo sprowokowane

Decyzja zapadła. Szefowa w profetycznym uniesieniu śmiało zarysowała wizję i precyzyjnie wytknęła kierunek marszu: witamy wiosnę!

Na Łużycach co prawda przyroda jeszcze nie wariuje tak jak w Berlinie, ale pewne zwiastuny zmian i tutaj można już zaobserwować. Niby zimno, ale w niektóre dni niebo wygląda jak lapis lazuli. Niby szaroburo, lecz gdzieniegdzie z błocka wychynęły zielone lance przebiśniegów – jeszcze nie kwitną, ale jaka to intensywna zieleń! Słowem, nie ma co grymasić. Wiosna to wiosna. I o niej opowie dzisiejszy tekst. Zresztą: poprzedni pomysł na wpis i tak był do chrzanu, trzeba to uczciwie przyznać…

Dziarskie hasło padło, a sprowokowane nim natręctwo natychmiast przybyło. Inna sprawa, że i tak by przyszło, tylko może nieco później. Bo przyplątuje się co roku na przedwiośnie. Wtedy, gdy kwiecie jeszcze nie kwitnie a dnie wciąż krótkie, ale już pyli leszczyna, zaś dreszczyki ciepła co i raz wstrząsają powietrzem. Zawsze w tym czasie Viator lubi sobie posłuchać kompozycji Czesława Wydrzyckiego, stworzonej do wiersza Jarosława Iwaszkiewicza. Taki duet musiał zaowocować powstaniem czegoś jedynego w swoim rodzaju. Chciałoby się stwierdzić: nie ma co dłużej gadać, po prostu słuchajcie. Poczujecie niepowtarzalną atmosferę głębokiego, jeszcze sekretnego przedwiośnia. Usłyszycie tęsknotę za wiosną: nie tylko tą klimatyczną skądinąd.

Chciałoby się, ale Viator, jak to on, musi pofilozofować. To silniejsze od niego. Przebóg! Jakże nie filozofować, gdy okoliczności aż się o to proszą? Nie chodzi tylko o ten bonus w postaci napisu Interwizja, pojawiającego się co pewien czas w tle scenografii. Nie idzie jedynie o zaskakującą refleksję, iż czym ta Interwizja była, tym była, ale kudy utworom z festiwali Eurowizji do takiej perełki…

Przemyśleń ma Wędrowiec więcej. Kiedyś obiła się o jego uszy opinia, iż powstanie piosenki było zaprawione odrobiną wazeliny. Że był to ponoć nieco wymuszony – czy raczej wyperswadowany – hołd dla sędziwego, a wciąż wpływowego Iwachy. Jeśli tak, to daj nam Panie nieco tego samego. Prawdziwego talentu nic nie ukatrupi. Ale może było zupełnie inaczej?

To wszystko jednak drobiazgi. Oto teraz Viator pozwoli sobie na świętokradztwo: ma odwagę nie godzić się z Autorem! Chyba dlatego, iż przeżył już kilka zim, które to i owo w nim wymroziły. Jestem w nieskończoności, w morzu miłości do ludzi… Ludzi, ludzkości… Nie przemawia ta fraza do Pielgrzyma, brzmi cokolwiek fałszywie: kto ludzkość miłuje, rzadko potrafi kochać konkretnego człowieka. Morze miłości skurczyło się Wędrowcowi do rozmiarów jeziora. Aralskiego. Sama sobie ludzkość winna.

Rozpacz to? Cynizm? Może jednak realizm? Na pociechę trzeba wszak dodać, iż nie jest Viator zupełnie pozbawiony zdolności do ciepłych uczuć. Ludzkości raczej nie lubi, ale kilkoro ludzi, których prawdziwie kocha, dałoby się odnaleźć. Będzie ich nawet więcej, niż tych sprawiedliwych, których Awraham szukał w Sodomie.

Zresztą, z czego chciałby się teraz wstydliwie zwierzyć, także Viator każdego dnia zanurza się w morzu czułości. Nie zdziwaczał do tego stopnia, żeby męczyć codziennie wszystkich wokół opowieściami o swej suczce, albo zasypywać serwisy społecznościowe jej fotografiami. Ale do kroćset! Raz na piętnaście lat chyba można?!

Łatka: jubilatka piętnastolatka. Patrząc w te oczy nie sposób nie zanurzyć się w morzu czułości.

Dość filozofowania. Idzie wiosna! Słuchajmy.

 

Poezja / Poesie / Poezie

Zdenek Svoboda

Poesie der Weihnacht

Poesie der Weihnacht
Viel Poesie der Weihnacht
Zuviel Poesie der Weihnacht

so daß wir gänzlich vergessen haben:
Ein blaugefrorenes Menschenkind
hat sich in die Hände einer Welt gelegt,
die kalt ist
wie der steinerne
feuchte
Boden des Stalles

Nachdichtung aus dem Tschechischen von Joachim Dachsel

***
Kazimiera Iłłakowiczówna

Eiapopeia

In einem Kleid, wie Wasser so blau,
durch ödes, froststarres Gelände
geht im Mondlicht Unsere Liebe Frau
und ringt und ringt die Hände.

Unterm Winterhimmel auf kahlen Wiesen
drehn flinke Winde sich barfuß im Kreis;
von Geschossen, von Feuerkugeln fielen
Kirchen und Kreuzen reihenweis.

Sie hat es gebettet unter der Schleh,
sie machte ihm eine Wiege aus Schnee.
Eiapopeia, Jesus mein…
Dem Graben hat sie es anvertraut
zwischen leeren Stauden und dürrem Kraut.
Eiapopeia, Kindelein…

Grabhügel wölben sich auf den Feldern
wie kleine Särge überall.
Die Dörfer brannten, den Himmelskönig
schützt nicht einmal ein ärmlicher Stall!

Sie hat es gebettet unter der Schleh,
sie machte ihm eine Wiege aus Schnee.
Eiapopeia, Jesus mein…
Den Winden hat sie es anvertraut
auf dem Schneekissen dort im dürren Kraut.
Eiapopeia, Kindelein…

In einem Kleid, wie Wasser so blau,
durch ödes, froststarres Gelände
geht sorgenschwer Unsere Liebe Frau
und ringt und ringt die Hände.

Nachdichtung aus dem Polnischen von Annemarie Bostroem

***

Beide Gedichte wurden von Hans-Jürgen Moder ausgewählt; aus: Da kam an der Menschen Licht | Ein Buch zur Weihnacht | Union-Verlag Berlin 1983

Moje ulice, moje okolice…

Dziś piątek trzynastego. Osobiście jestem zdania, że to szczęśliwy dzień, zwłaszcza dla kobiet, bo był to kiedyś dzień poświęcony bogini miłości (Freitag, Vendredi, Venerdi, Friday czyli Wenus i jej germańska odpowiedniczka: Freya). Z kolei liczba 13 stała się pechowa przez Judasza – trzynastego uczestnika Ostatniej Wieczerzy, ale kiedyś wcale nie była taka. Istniało na przykład 13 znaków Zodiaku i znak trzynasty – Wężownik – był na pewno serdeczniejszy niż w opałach potrafi być Skorpion. Wężownik zresztą koło Skorpiona się był lokował, a jak znaków było 13 a nie 12 to ich przebiegi były(by) krótsze czyli wcale nie wiedziały(by)śmy w jakim się znaku rodziłyśmy. I ja bym na ten przykład wcale nie była zodiakalną Panną tylko Lwem, i co wtedy?

U nas na dziś piękny tekst Julity.

Julita Bielak

Na dwudziestu łanach chełmińskich

DSC02388Trójmiasto, rozciągnięte wzdłuż linii brzegowej na ponad 414 kilometrach kwadratowych, potrafi zaskakiwać: zaoferować miejsce zatrudnienia na jednym krańcu, a sypialnię – na drugim. Zawsze miałam daleko do pracy, jeździłam między Gdańskiem a Gdynią. Paradoksalnie, zamieszkiwałam, bywało, tam, gdzie właśnie pożegnałam przedsiębiorcę. I dopiero wtedy poznawałam miasto, okolice, historię. Przemierzałam ulice, przyglądałam się domom, wrastałam.

DwórUphagenówNie inaczej dzieje się i teraz; przeprowadziłam się, jak sądziłam, na Morenę, gdzie przez lata, jeżdżąc Jaśkową Doliną pod górę, zdobywałam środki do życia. Wpadałam i wypadałam, żyłam w zupełnie innym świecie. Firma już nie istnieje, a ja, okazuje się, zapuszczam korzenie w Piecki-Migowo, Diabełkowo, a może Brętowo. Bo Morena to jedynie potocznie przyjęta nazwa.

dybyPrzeglądam publikacje, niewiele tego, choć dzieje Migowa burzliwe. Najstarsze wiadomości o tej wówczas podgdańskiej wsi pochodzą z roku 1379, kiedy to gdański komtur nadał ją niejakiemu Klausowi Kluckowi. Wielkość gruntów w ramach nadania określono na 20 łanów chełmińskich. W krzyżackim dokumencie wieś nazwano „Emugow”, Migowo oznacza fonetyczną kalkę dawnej nazwy „Muggau”, oznaczającej tyle, co „Komarowo”. Aha.

JaskowaDolinaMigowski dwór przetrwał tysiąclecia, aż popadł w ruinę, a prywatni właściciele nie robili nic, by go ratować. Zawalił się pewnego dnia, a rumowisko uprzątnięto i dziś oglądać go możemy tylko na starych fotografiach. Pozostał po nim niszczejący park z coraz mniejszą ilością drzew. Usychają zacierając ostatni ślad po dawnym Migowie. Piecki mają się lepiej, ulicę zdobi starannie odrestaurowany Dwór Uphagenów pochodzący z drugiej połowy XVII wieku.

MigowoDworyPolskieZanim z archiwalnych źródeł poznam dokładnie, gdzie się osiedliłam, spaceruję, chłonę atmosferę, mijam duże ogrodnictwo. Szukam, jak i pan ogrodnik ze zbiorem starych powozów (są i dyby, a nawet armata), śladów przeszłości. Bo teraźniejszość dopada mnie sama: nowe linie tramwajowe, samoloty nad głową, kolej metropolitalna. Z tym większą przyjemnością zatrzymuję przy opuszczonym domostwie na drodze do Matemblewa. Domy, w których już nikt nie mieszka wywołują zawsze tę samą refleksję: „Przecież niedawno ona wieszała wykrochmalone firanki w oknach, on układał pod daszkiem drewno na opał. Spoglądali na siebie z miłością, z nadzieją na dobre, bezpieczne jutro. Gdzie teraz są?”

NiedzwiednikZapada zmrok, ostrzę kijki, idę dalej, docieram do cmentarza na Srebrzysku. Muzyka w słuchawkach zagłusza strofy wiersza.

opuszczony dom***
Czytał Hemingwaya, po wielu latach
wracała do niego tamta mgła,
obrazy kobiet, których nie rozumiał.
Miał wtedy piętnaście lat

Jego czas, ten nieosiodłany rumak
zatoczył koło. Leżał w tym samym
pokoju co wtedy i pożółkła książka,
którą kiedyś kupiła matka

Matka umarła wiele lat temu.
Myślał, że nigdy nie zapomni jej ciała
złożonego na podłodze

Nie chciał tu mieszkać, bo w tym pokoju
umarł też ojciec, w kącie stał
wtedy tapczan. Miał tak samo
napęczniały brzuch jak matka

I został. Jakoś tak się stało i przyglądał
się książkom pożółkłym i czytał je,
i czuł się blisko nich, był dojrzały

On który zawsze chciał stąd odejść,
urodzony w pokoju obok, w kamienicy
dziadka Franciszka, który tonął w alkoholu

On, późny chłopak i już starszy od ojca
o jeden dzień
*
2008
Janusz Urbaniak
Forum Kobylińskie 2/2010

Srebrzysko

Zaduszki Kresowe

Roman Brodowski

Zaduszki

Szarojesienny, wilgotny wiatr
Tańczący w alejkach cmentarnej,
Zamkniętej ludzką historią,
Unoszonej zapachem niebytu, ciszy

Krzyże wpatrzone w płonące znicze
Białe, żółte kwiecie chryzantem,
Świeżo zerwane gałązki świerku
I ledwo słyszalny głos przemijania.

Melancholia stojąca przy grobach
Zmarznięte dłonie splecione pokorą
I modlitwa za spokojny sen bliźnich
Wysłana nadzieją zmartwychwstania.

I Oni, – przywołani mrokiem pamięci,
Powracający jesienną mgłą tęsknoty,
By odejść z nastaniem chłodnej nocy
– Jak dobrze mieć wspomnienia –

Mateńko

Drzwi do raju jeszcze daleko.
Moje jestestwo nadal płynie,
A ja już czekam, Mateńko
Kiedy obudzisz się ze snu.

Pamiętasz?

Przytulony do twojej piersi
Do twojej matczynej miłości
Karmiłem się mlekiem prawdy
Płynącym z twojego wnętrza

A gdy wyrosły mi skrzydła
Wyfrunąłem w bezkres świata
W celu poznania sensu bytu,
Poznania drogi przeznaczenia

Pamiętasz?

Dałaś mi palto na pożegnanie
Uszyte siłą twojej wiary
Talizman na ciężkie chwile
By chronił moje zwątpienie.

Błądziłem po nieboskłonie
Szukając przystani na wieczność.
Pływałem po morzach bezsensu
Po dogmatycznych tajemnicach…

Pamiętasz?

Szukałem Boga pośród ludzi,
Szukałem w ludziach Jego światła,
A gdy nie znalazłem, odszedłem
Niespełniony jak syn marnotrawny…

Tyle już czasu minęło, Mateńko,
A ja nadal nie pojmuję nadziei,
Codziennie modlę się o wczoraj.
I szukam Ciebie… wśród zniczy.

Ojczyzno

Położyłem bukiet kwiatów,
Zerwanych przy strumieniu,
Na małej leśnej mogile.
Bukiet żółtych kaczeńców.

Okryty w starość kamień
Dźwiga balast historii,
Wyryte słowo – „Nieznany”
I data ur. 1892 – zm. 1916.

Z brzozowych gałęzi
Ułożyłem biały krzyż
Na pamięć przeszłości.
Akt młodzieńczej pokory.

Pośród smukłych sosen
Odprawiłem modlitwę.
Ptaki zaśpiewały psalm
A wiatr zapłakał w konarach.

Tylko ziemia milczała,
Tuląc matczynym ramieniem
Śpiącą, przerwaną historię.
Milczące dziecię narodu.

Położyłem bukiet kwiatów
Zerwanych przy strumieniu,
Na małej leśnej mogile.
Bukiet żółtych kaczeńców.

– Dobrze że jesteś – Ojczyzno!

Do Adama

„Ktokolwiek będziesz w Nowogròdzkiej ziemi…“
Pamiętasz? –  to twoje Wieszczu są słowa,
No więc jestem! – tu w twojej  przestrzeni
By poczuć smak epoki… by jej zakosztować.

Ty piórem znaczyłeś drogę ku przyszłości
Wolność żywym słowem bliźnim rozdawałeś
I uczyłeś naród nasz czystej miłości
Do ojczyzny, do Matki którą tak kochałeś.

Wznosiłeś modlitwy do pagórków leśnych.
W strumieniach widziałeś nadzieje płynące,
W polnych drzew konarach układałeś pieśni
Grzałeś serca rodakom jak majowe słońce.

Tak Mistrzu Adamie – mój Ty przyjacielu
To w twoich marzeniach Polska się rodziła
W „Stepach Akermańskich“, w „Panu Tadeuszu“ ,
W „Dziadach“ twych, w Sonetach, patriotyczna siła.

Więc pozwól, że dzisiaj będąc w Nowogròdku
Ja skromny poeta w wolnej już ojczyźnie,
Szczęśliwy, że mogę odwiedzić twe progi,
Hołd złożę za Ciebie twojej Grodzieńszczyźnie.

Bo choć ona daleko i granica dzieli
To zawsze ta sama, pachnąca Świtezią
I po wieczne czasy, dzięki twej poezji
Połączona myślami z prastarą macierzą.

Elegia

Kiedy odejdę, starym kalendarzom,
Zapiętym klamrą niespełnienia
Zamilkną usta spraw codziennych
Czekając swego przebudzenia.

W szufladzie usną żółte kartki.
Pokryte kurzem i tęsknotą,
Nie przeczytane jeszcze wiersze.
I to pytanie – komu, po co?

A na pianinie, od lat już niemym
Chopina zagra ktoś nokturny.
Lecz tej melodii nie usłyszą
Prochy mej szklisto czarnej urny.

I tylko pamięć gdzieś zapuka,
W sercu przypadkiem się obudzi
Chwilkę zabawi w swym niebycie.
Pośród bytowych jeszcze ludzi.

Tyle zostaje nas dla innych
Ile nas w myślach swoich noszą,
Jakaś elegia, krzyż lub kamień
I to pytanie – komu, po co?

Kiedy odejdę starym kalendarzom
Odziany w zgrzebny strój przeszłości
To pozostawię w pustym miejscu…,
Tak! te pytania dla potomności.

Sen o Wołyniu

Tylko jeden wtulony w mech krzyż
Na ziemi pszennokrwistej ofiary
Jedno powolne konanie człowieka
Pustka w przestrzeni nowego czasu

Tylko jeden krzyk zabrany w drogę,
W daleki świat innego jestestwa
Garstka zmurszałej wołyńskiej ziemi
Dotykana ciepłotą spragnionych ust

Tylko jeden dzień wołający z niebytu
Jeden tlący się w zbłąkanej duszy znicz
Cierpienie szukające odkupienia
W chłodnych kamieniach zapomnienia

Ziemio wołyńskiego przemijania
Dlaczego tulisz w swojej czeluści
Szlachetne ziarna polskiego ludu?
Ścięte przedwcześnie sierpem nienawiści

Dlaczego nie znaczysz swojej tajemnicy
Zagonami krzyży pośród śnieżnych brzóz
Ziemio wołyńskiej, staropolskiej pieśni…
Nie odchodź – jeszcze nie czas na sen

– P A M I Ę T A M –

Berlin 19.10.2015

2 listopada 2015
w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej im. Zbigniewa Herberta
w Gorzowie Wielkopolskim
odbędą się
„Zaduszki Kresowe”

W programie
Inscenizacja II i III części Dziadów Adama Mickiewicza
Recytacja wierszy Romana Zygmunta Brodowskiego
Program muzyczny przygotowany przez młodzież gorzowską
Marsz żałobny i dwie sonaty Fryderyka Chopina w wykonaniu Filipa-Amosa Brodowskiego, syna poety
Przekazanie gorzowskiej młodzieży symbolicznego ognia pamięci
Przesłania wygłoszone przez wicewojewodę lubuskiego, Jana Świrepo, radną sejmiku a zarazem organizatorkę spotkania, Grażynę Wojciechowską oraz kresowego poetę z Berlina, Romana Brodowskiego.

Imprezę zorganizowała Gorzowska Fundacja „Czysta Woda”, Biblioteka Wojewódzka oraz Towarzystwo Wilna i Okolic, a patronat objęła Wojewodzina Lubuska, Katarzyna Osos.

Wieczór Kresowy poświęcony jest pamięci tych, którzy odeszli, naszych bliskich, naszych przyjaciół, oraz tych, dla których Kresy stanowiły sens i misję życia. W spotkaniu wezmą udział przedstawiciele organizacji kresowych, działających na terenie Ziemi Lubuskiej i Pomorza Zachodniego, kombatanci, Sybiracy, młodzież szkół gorzowskich oraz przedstawiciele władz wojewódzkich i miejskich.

Zaduszki Kresowe rozpoczynają się o godzinie 17°°

Zapraszamy

Z sadów pradziadka do powstania warszawskiego 8

Andrzej Rejman

Ostatnie dni Powstania Warszawskiego

Wrócę jeszcze do tamtych czasów, choć znam je tylko z opowiadań i rodzinnych materiałów archiwalnych.
W przededniu kapitulacji powstańców na Żoliborzu – 29 września 1944 – poległ na Placu Henkla – Antoni Baniewicz, ps. “Wilczyński”. Pisałem już tu o nim, ale jeszcze do niego wrócę.
Antoni Baniewicz przyjaźnił się z Kazikiem Hrebnickim (rocznik 1922), który został rozstrzelany pod Skierniewicami półtora miesiąca wcześniej.

Jeden z tekstów Matki Antoniego – Saliny Baniewicz poświęcony jest Kazikowi Hrebnickiemu

BIAŁY KRZYŻ

Kazikowi Hrebnickiemu- zamordowanemu 18.VIII.1944 r.

Z dala od stolicy, pod Skierniewicami,
Gdzie słania się pole ciężkimi kłosami,
Gdzie złocą się zboża szerokie zagony,
Gdzie czasem odpocznie wędrowiec znużony
Pod gałęziami przydrożnych krzaków,
Gdzie ciszę zamąca jedynie chór ptaków,

Gdzie zapach rumianku się mocny unosi,-
tam znad akacji ramiona swe wznosi
samotny, wysoki, drewniany krzyż biały,
z daleka w słońcu lśniący się cały;
a wieczorami cień jego długi
rzuca na drogę liliowe smugi.

Wskazują one, że to ziemia ta święta
Wchłonęła tutaj polskie orlęta.
Tu barbarzyńsko krew młodą przelano:
Bezbronnych powstańców zamordowano-
Dwóch bohaterów, których szlak krwawy
Prowadził z murów płonącej Warszawy.

Jednego z nich zidentyfikowano,
Drugiego natomiast – nie rozpoznano.
I matka może do dzisiaj czeka
Powrotu syna.. a czas ucieka…
Już nie zobaczy swojego dziecka,
Bo je zabiła kula zdradziecka.

A ty Kaziku, szlachetny, czysty,
Coś umiłował kraj swój ojczysty
Ponad naukę, nad młodość swą jasną,
Nad ukochaną rodzinę własną,-
Nie zawahałeś się w najlepszej wierze
Życie swe złożyć w ofierze.

Kaziku drogi, chłopcze serdeczny,
Za wcześnie cię spokój ogarnął wieczny.
Zbolała matka płacze w żałobie
I niknie w oczach z żalu po Tobie
A tu tymczasem krzyż biały strzeże
Miejsca, gdzie padli nasi żołnierze.

(Salina Baniewicz, Warszawa, 1949 r.)

Obie matki łączyło wspomnienie poległych synów.
Salina Baniewicz przekazała wszystkie swoje teksty w maszynopisie – Małgorzacie Hrebnickiej, mojej babci.

 1_Kazik_Hrebnicki_ok_1927Kazik Hrebnicki koło r. 1927

2._Kazik_Hrebnicki_z_siostra_Julcia_Orawka_ok_1927Kazik Hrebnicki z siostrą Julcią, koło r. 1927

kazik-skierniewiceKazik na wakacjach w Raju / miejsce śmierci Kazimierza Hrebnickiego, Skierniewice (także na zdjęciu poniżej)

5._w_glebi_miejsce_smierci_Kazimierza_Hrebnickiego_Skier

***

Inny, zawsze aktualny wiersz Saliny Baniewicz:

DLACZEGO?

Dlaczego tak trudno jest ludziom dogodzić?
Dlaczego nie zawsze radość dziecka cieszy
i zamiast zły humor uśmierzać, łagodzić –
niektórych drażni, denerwuje, śmieszy.

Dlaczego rodzice różnie rozumieją
szczęście dorosłej córki, czy syna
i szczęścia tego cenić nie umieją;
dlaczego wszystko nudzić ich zaczyna?

I dlaczego jeszcze – nieraz błahe sprawy
rosną niepotrzebnie do wielkich rozmiarów?
Dlaczego z niewinnej na pozór zabawy
wybucha płomień ogromnych pożarów?

Dlaczego tak krwawo dziś słońce zachodzi?
Dlaczego tak szybko mijają zachwyty?
Stłumiony bunt – dlaczego w apatię przechodzi,
w której żal drzemie, głęboko ukryty.

Daleczego człowieka upadla cierpienie?
Dlaczego nad życiem, jak jastrząb, krąży
niespodziewanie, nagłe przeznaczenie?
Dlaczego kropla wody twardy kamień drąży?

Dlaczego w niewoli myśl czynu się rodzi,
a zapał uszlachetnia, wzmacnia i jednoczy;
dlaczego jednak ta zgoda odchodzi,
gdy kraj za wolność już krwią nie broczy?

Dlaczego tych, którzy w walce polegli,
z serc bratnich usuwa pamięć krótkotrwała?
Dlaczego w pośpiechu rodacy nie spostrzegli,
iż mogiła powstańców zdeptana została?

Umarłej wiary, bohaterstwa, poświęcenia –
samotne matki może jeszcze strzegą,
lecz i one odejdą w otchłań nieistnienia…
Czas świętą przeszłość pogrzebie… Dlaczego?

1950 r.

c.d.n. wiersze Saliny Baniewicz będę jeszcze publikował, bo są niezwykłe i wciąż aktualne.

Z sadów Pradziadka do Powstania Warszawskiego cz. 6

Andrzej Rejman

Jeszcze o Powstaniu Warszawskim

Antoni_Baniewiczna fot. Antoni Baniewicz

O Powstaniu mógłbym pisać jeszcze długo, ale kończy się sierpień, miesiąc powstańczy, i mimo, iż Powstanie trwało jeszcze do października, wypada zakończyć ten cykl właśnie teraz.
Można i trzeba napisać tym razem o Antonim Baniewiczu, który zginął ostatniego dnia Powstania na Żoliborzu, na Placu Henkla.
Po jego śmierci – matka, Salina ze Stachowskich Baniewiczowa, napisała do swego syna dziesiątki wzruszających wierszy, przesyconych niewypowiedzianym smutkiem, cierpieniem i rezygnacją.
Kilka z nich przytaczam:

W OSAMOTNIENIU

Nie widzisz synku, jak w blasku księżyca
Lśni bladą poświata warszawska ulica
Jak gwiazdy się złocą na ciemnym niebie
I nie wiesz jedyny, jak brak jest Ciebie.

Zawsze i wszędzie, bo nawet we śnie
Twą nieobecność odczuwam boleśnie;
Lecz w chwilach ekstazy – krótkimi błyskami
Przesuwa się przeszłość przed mymi oczami;

To uśmiech Twój młody w oddali zabłyśnie,
Umarłą radością na ustach zawiśnie;
To wzrok Twój wnikliwie zajrzy do duszy
I jasnym spojrzeniem cierpienia rozprószy;

To niespodziewany ruch Twojej reki
wskaże skąd płyną akordów dźwięki…
I głos Twój usłyszę w znajomej piosence…
I serce zapłonie w niemej podzięce…

A potem raptownie świadomość powraca
I drogi Twój obraz we mgle sie zatraca,
I słowo Twe ginie w złowrogim milczeniu,
I znowu trwam dalej w osamotnieniu.

Warszawa, 1951 r.

ŻYCIE

Życie, jak akord – dopóki dźwięczy,
Dopóty śpiewa o pięknie,
Dopóki się skrzypek grając nie zmęczy
Dopóki struna nie pęknie.

Życie, jak okręt burzami miotany,
Ogromnym płomieniem właśnie,
Po chwili małą iskierka z oddali
Żarząc się – nagle zgaśnie.

W ogniu tym płoną młodzieńcze wierzenia,
Wysiłki, porywy, nadzieje,
A potem popioły ludzkiego istnienia
Czas po cmentarzach rozwieje.

Życie przemija, jak obłok w lazurach
Gnany przeznaczeń wiatrami,
Aż się zupełnie rozpłynie w chmurach,
Lub deszczem zapłacze czasami.

Życie przemija, jak wonny kwiat róży
Zerwany dla czyjejś swawoli;
Następnie, rzucony do brudnej kałuży,
Zdeptany – umiera powoli.

Życie przemija, jak sen niespokojny,
Jak myśl rannego żołnierza,
Chociaż on ginie w pogromie wojny,
Lecz dalej walczyć zamierza.

Życie przemija wśród majaczenia
Pospolitego człowieka,
Który przed wizja krwawego wspomnienia
W panicznym strachu ucieka;

Który za złudnym szczęściem w pogoni
Gnie się, jak trzcina wiotka;
Którego żaden wróg nie dogoni
I żaden przyjaciel nie spotka.

Warszawa, 1950 r.

TY I JA

Było nas tylko dwoje:
Ja i ty
Nas omotały zwoje
Krwawych dni.

Nam nie oszczędziły losy
Mgieł i burz
I naszych ofiar stosy
Spłonęły już.

Wzdłuż naszej drogi legły
Ślady kul,
A naszej doli strzegły
Rozpacz i ból.

Rozwiały się synku, Twoje
Wiośniane sny…
Było nas tylko dwoje
Ja i ty.

Wsłuchując się w dziwne dźwięki
Dalekich ech,
Słyszę w nich ciche jęki
i głośny śmiech

Słyszę w nich szał powstania
Szyderstwa zgrzyt,
I krzyk, gdy śmierć pochłania
Zwycięstwa mit.

Po Tobie biedne moje
Serce łka…
Było nas tylko dwoje:
Ty i ja.

Warszawa, 1/VIII/1949

CHCIAŁABYM…

Jak kropelka przejrzysta, przez ocean wchłonięta –
Rozpłynęło się twoje odbicie,
Bo o Tobie Syneczku już nikt nie pamięta,
Nawet ta, którąś kochał nad życie.

Tylko serce moje, chore, sterane,
Samotne – tęskni i boli,
Jedynie w nim są skoncentrowane
Wspomnienia o twojej doli.

Niedługo już syneczku, imię Twoje jasne
Będzie się błąkać po świecie
Gdyż wkrótce zapewne i ja wreszcie zasnę,
A czas szybko w nicość nas zmiecie.

Kirem żałobnym twa młodość okryta,
W krwi bohaterskiej skąpana,
W szaleńczej walce o wolność zabita,
Zniknęła, jak fata morgana.

Chciałabym jednak, by po wielu latach
Z tych smutnych wierszy właśnie,
Obraz Twój się wynurzył w purpurze i kwiatach,
Jak piękne, cudowne baśnie.

Byś znowu na ziemię wówczas powrócił,
Zamieszkał w rodaków westchnieniu,
I żebyś to, coś w boju porzucił –
Odzyskał w ich polskim sumieniu.

Warszawa,1949 r.
________________________________________________________________
Salina Baniewicz (ze Stachowskich), matka Antoniego Baniewicza, który walczył i zginął na Żoliborzu ostatniego dnia Powstania Warszawskiego.
Zmarła w 1976 r., pochowana na Powązkach.
Salina Baniewicz mieszkała przed wojną na Żoliborzu, po wojnie w budynku narożnym na skrzyżowaniu ulic Jana Pawła II i Al. Solidarności.
Wszystkie zapiski, listy i dokumenty znalazły się po jej śmierci w Archiwum Państwowym Miasta St.Warszawy pod sygn. 345/72/1670/0 Zbiór Saliny Baniewicz 1948-1976.

Pierwsze kopie maszynopisu swoich wierszy oraz pierwsze wydanie wydanej tuż po wojnie krótkiej broszurki poświęconej poległemu synowi, Salina Baniewicz przekazała Małgorzacie Hrebnickiej, mojej babci, z którą łączyła ją przyjaźń jeszcze sprzed okupacji.

ANTONI Adam B A N I E W I C Z (1923-1944)
(pseud. WILCZYŃSKI), jedyny syn Juliusza i Saliny ze Stachowskich, urodził się 11 listopada 1923 roku.

Od wczesnego dzieciństwa rósł i uczył się w Warszawie, na Żoliborzu.

Po ukończeniu prywatnej szkoły powszechnej sióstr Zmartwychwstanek, był wychowankiem Gimnazjum im. ks. J. Poniatowskiego.

Wakacje, spędzane przeważnie w górach (obóz „Beskid” YMCA), lub nad Wigrami, zapoznawały go z pięknem przyrody polskiej, wzmacniały fizycznie, doskonaliły w sporcie pływania.

Wojna zastała go we wrześniu 1939 roku jeszcze jako 15-letniego ucznia z promocją do klasy IV.
Lata okupacji to okres bezustannej, nerwowej, ofiarnej pracy konspiracyjnej, której poświęcał dużo energii i czasu, jednocześnie kształcąc się na kompletach, zorganizowanych przez profesorów gimnazjum na Żoliborzu (IV klasa, a potem dwie licealne).

Wiara w słuszność i świętość sprawy, wielkie umiłowanie umęczonego kraju, wreszcie chęć zemsty za pomordowanych przyjaciół – dodawały mu sił i odwagi. Jakże często idąc na spotkanie śmierci, słyszał życzliwe przestrogi wiernych mu towarzyszy, żeby był ostrożniejszy, żeby tak bardzo nie narażał życia swego.

W nocy w niewielkim dwupokojowym mieszkaniu, gdzie nie można było ukryć nikogo ani nic schować, uczył się, przygotowując się do egzaminów w podchorążówce.

Powielał odezwy, ulotki, zarządzenia, biuletyny. A w dzień i wieczorami odbywały się tamże komplety tajnego nauczania oraz zbiórki kolegów z konspiracji.

Dla uzyskania niezbędnego wówczas świadectwa, rzekomo gwarantującego pewne bezpieczeństwo, pracował ostatnio w biurze Związku Rewizyjnego Spółdzielni (ul. Warecka 11), pośród grona rodaków, gorąco popierających bohaterskie czyny młodzieży polskiej. Cieszył się Antoś wśród nich, jak i przed tym wszędzie, sympatią ogólną i zaufaniem. Lubiono jego dowcip zdrowy, pogodny, wesoły, szczery, jednocześnie wyczuwając w nim powagę i stanowczość przedwcześnie dojrzałego i zahartowanego moralnie człowieka.

Mijały długie, straszne lata niewoli i zwyrodniałego barbarzyństwa hitlerowskiego, wchłaniając najpiękniejszą młodość, najszlachetniejsze porywy, siejąc śmierć, zniszczenie i zagładę. Podczas masowych łapanek, tortur, egzekucji pałało bezsilną żądzą odwetu biedne serce Antosia.
Pierwsze wystrzały powstańcze 1 sierpnia 1944r. zastają go z plecakiem na ramionach, gotowego nieść swe młode życie w ofierze.

Z początku kwaterą jego jest tzw. ‘FENIX’ na placu Wilsona, potem – dolny Żoliborz (ul. Promyka), skąd po kilku tygodniach krwawych walk i wypadów, po zbombardowaniu i zrównaniu z ziemią tej dzielnicy, pluton jego zostaje przeniesiony w okolice O.P.L.-a.
Szerzy się epidemia czerwonki. Ciężko chory, w gorączce – przychodzi do domu, mając zwolnienie lekarza wojskowego na 6 dni… lecz po dwóch dniach wraca do towarzyszy broni, chwiejąc się i zataczając z osłabienia.
Głodny, spragniony, wyczerpany – potrzebuje snu i wytchnienia. Zmęczone oczy beznadziejnie śledzą krążące nisko samoloty. Dłonie bezradnie ściskają karabin i granaty – przerażająco małe, niepotrzebne zabawki wobec rozrywających się dookoła bomb i pocisków ogromnych.
W pobliżu płonie dom, na wpół już zburzony, a w nim nieszczęśliwa matka, prawie nieprzytomna z rozpaczy i trwogi o swego jedynaka, wzywa go i błogosławi. Lecz on nie odejdzie stąd, on wytrwa tu do końca.

Otoczona murem ziejących ogniem czołgów, wśród gradu kul, wśród ogłuszającego huku dział morza płomieni, walczy jeszcze garstka powstańców.

Żeby umożliwić odwrót i ocalenie znajdującym się w klasztorze rozbitkom, dwaj chłopcy („Wilczyński” i „Ernest”), w opuszczonym przy placu Henkla okopie usiłują powstrzymać to ostatnie natarcie. Lecz na ratunek im nikt już nie spieszy i nikt nie widzi męczarni ich konania…
Złączeni bezgranicznym poświęceniem, odwagą, braterstwem przelanej razem krwi, porzuceni, samotni, nie pogrzebani, leżą cicho i spokojnie obok siebie, nie zrywając się do boju na odgłos wroga, nie doznając upokorzenia z powodu strasznej klęski, nie czując już krzywd żadnych, ani bólu…

Tak poległ w przededniu kapitulacji Żoliborza 29 września 1944r., dwudziestoletni Antek BANIEWICZ – „Wilczyński”, nazywany „Promykiem Plutonu”.
I otuliła go w jednej ze zbiorowych mogił ta smutna, szara ziemia żoliborska, po której biegał, będąc małym dzieckiem, którą kochał, którą napoił swoja serdeczną krwią, w obronie której zginął…

Ekshumacja w jesieni 1946 r. przerzuca go już po raz ostatni – na kwaterę „Żywiciela” na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Salina Baniewicz
(fragment broszury wydanej prywatnie przez matkę Powstańca w 1948 roku)

Grob_Baniewiczow_na_Powazkach_w_Warszawie_fot_lata_60teGrób rodziny Baniewiczów
i Stachowskich na warszawskich Powązkach (fotografia wykonana jeszcze przed śmiercią Saliny Baniewicz)

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego – część IV

Andrzej Rejman

ExLibris_Julii_Hrebnickiej…tym razem kilka wierszy i autentycznych wspomnień, krótkich zapisów, notatek, które znalazłem w archiwach rodzinnych.

Nie publikowany nigdy wiersz Julii Doktorowicz-Hrebnickiej dla “Klary” – Stanisława Wierzyńskiego.
Stanisław Wierzyński (ur. 10 lutego 1910 we Lwowie, zm. 7 września 1988 w Warszawie) – oficer rezerwy piechoty WP, podchorąży (1934), podporucznik (15 sierpnia 1942), porucznik (wrzesień 1944), kapitan (1986). Syn Hieronima Wierzyńskiego, ojciec Macieja Wierzyńskiego i Anny Wierzyńskiej

Julia Hrebnicka
“Klarze”

Kiedyś wyruszał na los nieznany
Dała Ci babcia siwa,
Srebrny, w Jeruzalem poświęcony,
Chrystusa obrazek rzewliwy.

Misterny był to medalion,
Pamiątka rodzinna z przed laty
W szlachetnym metalu rzeźbiony
Boskich rysów ornament bogaty

Gdy błogosławieństw zaklęcia
Staruszka siwa szeptała,
Skacząca jak wróbelek,
Wbiegła córeczka mała.

Kukiełka jasnowłosa
Wspinała się na paluszki
Aż jej z wielkiego wzruszenia
zaczerwieniły się uszki.

I z zaciśniętej piąstki
Podała Ci blaszkę cienką
Odpustowy, biedny medalik
Z Przenajświętszą Panienką
“Tatusiu… powracaj prędko!”

Pewnego wieczoru
Gdy się zdawało, że świat się wali
Te dwa swe klejnoty mi pokazałeś,
I palce Ci drżały…

Umilkliśmy…
I cicho patrzyliśmy daleko.
Miast gruzów spopielałych
Przez zamkniętą powiekę
Wisienkę ujrzałam młodą
Kwieciem okrytą białem…

***
wiersze Julii Hrebnickiej przepisane z rękopisów datowanych ok. 1945-48

Warszawa

Wyrastasz piękne i złote,
Otwierasz martwe powieki…
Choć wróg Cię bił pięścią w oczy,
Choć chciał Cię powalić na wieki

Warszawo – Miasto Niezłomne,
Miasto – tułaczej wiary…
Do życia wstajesz nowego
Blaskiem Virtuti Militari

1944
***
sierpień 1944 na Starym Mieście

Krzywonosa Latarnia
Na niebieskiej ulicy
Broniła dzikim Niemcom
wejścia do piwnicy

A słonecznik,
co na działkach rósł cienki
Chronił przed pociskami
Chłopców i Panienki

W cień, jak w zbroję sprężystą,
Odział się bojaźliwy
I w śmierć własną nie wierząc
Poległ – bardzo szczęśliwy

Wiatr pożary poskramiał
Sen odganiał granaty,
Obłok rany otulał –
Obłok – biały, jak z waty…

Krzyczała i płakała
Oślepła piosenka –
..że: Zwycięstwo, Zwycięstwo!
I, że nikt się nie lęka…

***
Po czem Cię poznam domu rozbity?
Jakże Cię znajdę? Skorupę zamarłą
W rozkwicie cegieł tkwisz,
Groźny spaloną barwą.

Z lękiem do Ciebie się zbliżam –
Wspomnienie bije jak grom –
Macam wokoło jak ślepiec:
Nie boję się już – to nasz dom.

Darował ktoś pomoc przyjazną
I podał ręce ofiarne – lecz
Z kamiennej lawiny ja sama
Twe drżące serce odgarnę!

***
Podróż z Zameczka do Opoczna

Wysoko ze słomy gniazdko się kołysze,
Ciepłem mnie darzy opiekuńcze ramię.
Wokół stawy zastygłę przedwiośnianą ciszą.
Wóz nasz płynie i płyną wciąż chmury nad nami.

Spokój światów uśpionych.
Zda się tu od wieków.
Nigdy nic się nie działo.
Rozpacz ptaka, zwierzęcia, człowieka.

Znikła w krzyku ostatnim? Może nie istniała?
Milcząca maska ziemi cierpienie ukryła.
Swym hełmów szeregiem ponad krwawą treścią.
Pręży grzbiet swój mogiła

Zemsty dumna sytością
Choć próchna krzywiznę
i nędzę i nagość
Starannie tak kryje.

Wybiegły nam na spotkanie
domki Opoczna małe
Kościół we wróblim świergocie;
Kolory czerwono-białe.

Przed wzruszeń zawieruchą
Ramię przyjazne mnie broni
I złe spojrzenia oddala
Ta najtroskliwsza z dłoni…

marzec 1945

***
Autor nieznany – rękopis znaleziony w ruinach Warszawy
(maszynopis przekazany przez Salinę Baniewicz Małgorzacie Hrebnickiej wraz z innymi wierszami)

Długo na mapach krwawą plamą
urągać będzie światu miasto,
w którym dziś giną szepcąc: mamo…
nie ukończywszy lat szesnastu.

Dziecięce palce zamiast piłki, –
na tej tragicznej szkolnej pauzie –
zza barykady filipinki
ciskają w czołgi. Sten, lub mauzer,
w kieszeni jeszcze pięć nabojów –
– oto twe “zbrojne ramię”, Polsko!

Kiedy po latach, w czas pokoju
będzie wam deptać sen to wojsko,
co nie zaznało ust dziewczyny, –
zadrżyjcie syci “krwi i chwały”,

niech wami wstrząśnie ciężar winy,
żeście wynieśli głowy cało, –
dziś medalami wspomnień dzwoniąc –
w rocznicy naszej hekatomby…

A teraz miasto niechaj płonie,
niech ze sztukasów lecą bomby!

sierpień 1944

***
Julia Hrebnicka
(przepisane z rękopisu – odnaleziono tylko fragmenty tekstu)

…lecz skąd się wzięła pośrodku ogródka – wyrwa, wokół której marszczy się wał, świeżej, wilgotnej ziemi?
Od strony ruin zbliżyła się jakaś pani.
Obeszła ogródek. Postała na niewygodnej kupce kamieni.
Czekałam.

“Przepraszam” – spytała – “Czy była pani przy ekshumacji?”
Przy ekshumacji?

Teraz zobaczyłam na bruku ulicy Sapieżyńskiej kilka drewnianych, długich skrzynek, obok wielkiej ciężarówki. Nie było przy nich na razie nikogo.

Ludzie mrowili sie dopiero nieco dalej, wokoło jedynej, ocalałej tutaj kamienicy.
Całkowicie przejęci codzinnymi sprawami ludzi żywych – rozwieszali upraną dopiero co bieliznę,
strofowali dzieci, kłócili się w bramie, naprawiali zepsute krany.
Są dzielni i sprawni.
Na gruzach potrafili wyhodować piękne kartofle.
Słyszy pani – posadzili kartofle! –
deptali po szczątkach męczeńskich bohaterów…

(strona następna)

…a kiedy dobiegłyśmy do gorących gruzów kościoła św. Jacka – była tam już wielka cisza…
Nie, nie będę słuchała zrozpaczonego głosu dr Przemysławy – głosu, który odżywa we mnie jak echo, ilekroć ktoś wypowiada tragiczne słowa – “Kościół Św. Jacka”…
Nie było w ludzkich rękach dość mocy, aby wyszarpać z pod kamiennej lawiny tysiące ciał.

Teraz wejście do kościoła zamknięte deskami, jak miłosierną kurtyną.
A tuż zaraz rozsiadł się jakiś sprzedawca – spokojnie zasłaniający siebie i swój towar wielkim parasolem w pasy.
Nad nimi, z głębokiej wnęki patrzą kamienne twarze Matki Boskiej z Dzieciątkiem.
Smutne milczenie rysów z szarego piaskowca, jest jednocześnie twarde: Tak być musiało…

Ulicą maszeruje kilka harcerzy. Śpiewają.
Pod podeszwami ich mocnych, podkutych butów chrzęszczą i przewalają się cegły.
Są tacy jak tamci, może ci sami…

Wiatr zagrał nagle na żelaznych strunach wywróconych rynien i zerwanych balkonów.
Przypełznął zapach cierpkiej spalenizny.

Tkwiłam nieruchomo wśród cegieł ulicy Świętojerskiej – aż jakaś starowina wysunęła się nie wiadomo skąd i spytała czego szukam…

Warszawa
ok. 1946

Habent sua fata libelli…

Pro captu lectoris habent sua fata libelli, zapisał w III w. n.e. Terentianus Maurus. Zdanie to naprawdę głosiło, że w zależności od tego co wie i pojmie czytający, książka zostanie inaczej odebrana, będzie więc inną książką. Ale dla mnie i, jak sądzę, nie tylko dla mnie, ta sentencja oznaczała, że książki mają swoje losy i że różne się im rzeczy przydarzają…

W tym tekście chodzi o losy książki, raz podziwianej, potem potem potępionej w czambuł, znowu podziwianej, znowu…

Bardzo proszę o komentarze!

Ewa Maria Slaska

Kamienie na szaniec

Ciocia zmniejsza bibliotekę. Po książki Wujaszka przyjedzie kierowca z Głównej Biblioteki Lekarskiej – zostaną włączone do Działu Starej Książki Medycznej. Po książki zwykłe przychodzimy my, wnuczki, siostrzenice, znajomi, dzieci znajomych i ich dzieci. Ciocia pokazuje regały. Można wybierać, co się chce. Biorę Kapuścińskiego, Boya, Reymonta… Kamienie na szaniec odkładam z powrotem na półkę. Jasne, kiedyś to czytaliśmy, ale po co mi takie starocie. Już mój syn tego nie czytał, wnuk na pewno nawet nie spojrzy…

kamienie-cover– A wiesz skąd jest ta książka? – pyta Ciocia.
Oczywiście nie wiem.
– Teresa, siostra Wujaszka została jeszcze przed studiami wysłana na praktykę do Biblioteki i wtedy…
Wyciągam książkę i oglądam strony. Wydanie III krajowe. Spółdzielnia Wydawnicza Warszawa 1946. W lewym górnym rogu na stronie 4 pieczątka: Biblioteka Publiczna m. st. W-wy. Nab. 12564.
Ale nr inwentarzowy znacznie niższy, bo zaledwie 128. Autor wyjaśnia, że dwa poprzednie wydania krajowe to publikacje podziemne z czasów okupacji – pierwsza z 1943 roku, druga – 1944.

– …i wtedy właśnie – ciocia upija łyk soku z żółtej szklaneczki – kierownictwo dostało polecenie usunięcia z biblioteki książek nieprawomyślnych. Najprościej było takie odrzuty spalić, na podwórku przygotowano więc ognisko i pracownicy zaczęli tam gromadzić tomy przeznaczone do likwidacji. Teresie udało się schować Kamienie na szaniec i zabrać do domu.

Patrzę na książkę-bohaterkę, która podlegała prześladowaniom i cudem uniknęła Zagłady czyli całopalenia.

Gdy następnego dnia opowiadam to grupie znajomych, nieco zdziwiona, bo wydawało mi się, że to przecież powieść o bohaterstwie młodych Polaków walczących z okupantem hitlerowskim, i że była to przecież jedna z tych książek, które budowały polski mit, a właściwie Mit, ktoś mówi – Jasne, to przecież książka o przedwojennych harcerzach.

Teraz to ja zabieram do domu Kamienie na szaniec. Po przyjeździe do Berlina sprawdzam w internecie, czy ktoś pisze coś o paleniu książki Kamińskiego, albo w ogóle o powojennym polskim paleniu nieprawomyślnych książek. Ale nic nie ma. Jest historia, jest treść, jest film, są zdjęcia grobów Wojtka, Zośki i Czarnego na Powązkach. Książka była lekturą szkolną w latach 1946-1950. To zapewne właśnie w roku 1950 przeznaczono ją na stos. Wróciła do szkół w roku 1958 i przetrwała tu 10 lat, do roku 1969. Wtedy czytałam ją w szkole. Po kolejnej przerwie Kamienie… wróciły na listę lektur w roku 1978, najpierw we fragmentach, a od roku 1985 w całości.

Okazuje się, że losy tej książki znowu podlec mogą zmianie, że znowu stanie się nieprawomyślna. W internecie znajduję bowiem artykuł o tym, że Kamienie na szaniec są lekturą antysemicką, pochwalającą homoseksualizm i skażoną bohaterszczyzną, która skłoniła młodych ludzi do udziału w bezsensownym Powstaniu Warszawskim. Niezwykły miszmasz argumentów, z lewa, z prawa, byle zaatakować.

Zacytuję tu obszerne fragmenty tej naukowej insynuacji. Sama jestem badaczką, ale co i raz przekonuję się, że my, naukowcy-humaniści, to rzadkie paskudztwo. Wolałabym być chemiczką, jak Babcia Aniela i moja ulubiona Maria C-S.

“Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego to jedna z najbardziej mitotwórczych książek w polskiej historii. Warto spojrzeć na ten mit analitycznie i zastanowić się, co z niego da się ocalić, a co powinno być raczej przestrogą – uważa Elżbieta Janicka z Instytutu Slawistyki PAN. Naukowiec w lekturze doszukała się m.in. wątków homoseksualnych i antysemickich.

Zdaniem Janickiej główni bohaterowie “Kamieni na szaniec” – Alek, Rudy i Zośka – zastygli w postaci zaakceptowanej przez szkolne interpretacje. Ponieważ rozmawiamy w kulturze homofobicznej, gdzie zakwestionowanie czyjejś heteroseksualnej orientacji nie jest konstatacją, lecz denuncjacją, porównałabym Zośkę i Rudego do Achillesa i Patroklesa, pary legendarnych wojowników – podkreśla Janicka (…). Tym samym badaczka sugeruje, że obu mężczyzn mogło łączyć homoseksualne uczucie. (…) Uważam, że to jeden z najpiękniejszych tekstów o miłości nie znającej granic, zaś cała wiedza na temat relacji bohaterów świadczy o niespotykanej sile i głębi tego uczucia – mówi Janicka.

(…) Innym elementem, który wzbudzaja wątpliwości badaczki, jest bardzo silnie zaznaczony w “Kamieniach na szaniec” kult przedwojennego warszawskiego liceum im. Stefana Batorego i działającej przy nim 23 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Taki kult jest problematyczny, biorąc pod uwagę, że w latach 30 dokonywało się w Batorym “czyszczenie” szkoły i drużyny z osób pochodzenia żydowskiego. (…) “Czyszczono” również harcerstwo, co zresztą miało miejsce nie tylko w 23 WHD, a w ruchu harcerskim w całej Polsce.

(…) Książka była szeroko czytana przez młodych ludzi, wywoływała entuzjazm. Można mówić o niej jako o podręczniku postaw patriotycznych, którego oddziaływanie nie słabło przez siedem kolejnych dekad. Dlaczego to oddziaływanie może wydawać się niepokojące? Bo przedstawia ona jako głęboko moralny i życiowo atrakcyjny wzorzec walki zbrojnej i śmierci “za ojczyznę” bez liczenia się z uwarunkowaniami, realną postacią i kosztami przemocy, także jej konsekwencjami moralnymi. W “Kamieniach na szaniec” śmierć jest przedstawiona jako romantyczna męska przygoda” – mówi Elżbieta Janicka.

Badaczka przypomina, że “Kamienie na szaniec”, wznowione w lipcu 1944 roku, budowały atmosferę, w której wbrew racjonalnym przesłankom przystąpiono do powstania warszawskiego. (…)

Można powiedzieć, że przez pół wieku lektura opowieści o akcji pod Arsenałem była częścią oficjalnej edukacji historycznej i polityki tożsamościowej. Związek Harcerstwa Polskiego kultywował tradycję Szarych Szeregów, organizowano rajdy na Arsenał. W 1977 roku na podstawie książki Jan Łomnicki nakręcił film, który zdobył główną nagrodę na festiwalu filmowym w Gdyni i cieszył się wielką popularnością szkolnej widowni. W przypadku “Kamieni na szaniec” PRL-owski mainstream i opozycja były zgodne, że jest to książka ważna, propagująca właściwe postawy. W 1988 roku Janusz Tazbir, tworząc na łamach “Polityki” listę dzieł – “kamieni milowych polskiej świadomości”, z literatury XX wieku umieścił na niej tylko jedną pozycję – właśnie “Kamienie na szaniec” – dodaje Janicka.

***
I na zakończenie:
Julisz Słowacki, Testament mój.
To stąd zaczerpnął autor tytuł dla swojej książki:

Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień – z duchami –
A jak gdyby tu szczęście było – idę smętny.

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica
Ani dla mojej lutni, ani dla imienia; –
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.

Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,
Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;
A póki okręt walczył – siedziałem na maszcie,
A gdy tonął – z okrętem poszedłem pod wodę…

Ale kiedyś – o smętnych losach zadumany
Mojej biednej ojczyzny- przyzna, kto szlachetny,
Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,
Lecz świetnościami dawnych moich przodków świetny.

Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą
I biedne serce moje spalą w aloesie,
I tej, która mi dała to serce, oddadzą –
Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie…

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb – oraz własną biédę:
Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,
Jeśli Bóg uwolni od męki – nie przyjdę…

Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!…

Co do mnie – ja zostawiam maleńką tu drużbę
Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;
Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę
I zgodziłem się tu mieć – niepłakaną trumnę.

Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi
Iść… taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?
Być sternikiem duchami napełnionéj łodzi,
I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi;
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba – w aniołów przerobi.

Nadpalone skrzydło poetki

szubstarska-skrzydlaJoanna Szubstarska

Nowe wiersze

Płomień Ducha

Krążyła
umieraniem dotknięta,
nadpalone skrzydło ćmy.
Płomień rósł,
pęczniało serce,
wola dokarmiana łaski chlebem
wzrastała,
unosiła lekko głowę,
ramiona oddała woli nieba.

Obręcz ognia,
Słoneczna pętla
Południowych miast
Zaciska wierzchołki Alp.
Ludziom pozostaje
Kurz dróg – proch
Dopalającego się płomienia.

Kafka

Franz pisał do Felicji
jak szalony,
list za listem,
im gęściej słów
tym więcej uczucia.
Namiętność
zaistniała podwójnie:
grzała serce w przestrzeni
topiła umysł na kartce.
Franz, nie ufaj
szelestowi papieru,
nie skraplaj duszy
w błędnym atramencie!

Rosa kapie dziś głośniej,
Spada, po jaskini dnia ślizga się,
Łapie ostatnie uroki brzasku,
Prześwietlające tęczę.
Wczoraj dzień pływał obłokami,
Przyjaźnił się z krajobrazem,
Dopóki czyjeś kroki,
Dopóki czyjś krzyk i cios.
Dlatego noc nie przykryła nieba,
W szczelinie horyzontu oczy strachu,
Anioły odlatują nad przyszłym niepokojem
Z ciężarem kryształu.

Pęknięcie

Niedaleko, o rzut kamieniem
Wiedzie droga małego dziecka;
Inne szlaki milczą
A obcy wskazują je palcem.
Za lat kilka trzeba będzie
Przebyć je wszystkie,
Dotrzeć do punktu,
Skąd się rozchodzą.
Tam nastąpi pęknięcie.
Potem już tylko
Samodzielne ranienie stóp.