Z sadów Pradziadka do Powstania Warszawskiego cz. 6

Andrzej Rejman

Jeszcze o Powstaniu Warszawskim

Antoni_Baniewiczna fot. Antoni Baniewicz

O Powstaniu mógłbym pisać jeszcze długo, ale kończy się sierpień, miesiąc powstańczy, i mimo, iż Powstanie trwało jeszcze do października, wypada zakończyć ten cykl właśnie teraz.
Można i trzeba napisać tym razem o Antonim Baniewiczu, który zginął ostatniego dnia Powstania na Żoliborzu, na Placu Henkla.
Po jego śmierci – matka, Salina ze Stachowskich Baniewiczowa, napisała do swego syna dziesiątki wzruszających wierszy, przesyconych niewypowiedzianym smutkiem, cierpieniem i rezygnacją.
Kilka z nich przytaczam:

W OSAMOTNIENIU

Nie widzisz synku, jak w blasku księżyca
Lśni bladą poświata warszawska ulica
Jak gwiazdy się złocą na ciemnym niebie
I nie wiesz jedyny, jak brak jest Ciebie.

Zawsze i wszędzie, bo nawet we śnie
Twą nieobecność odczuwam boleśnie;
Lecz w chwilach ekstazy – krótkimi błyskami
Przesuwa się przeszłość przed mymi oczami;

To uśmiech Twój młody w oddali zabłyśnie,
Umarłą radością na ustach zawiśnie;
To wzrok Twój wnikliwie zajrzy do duszy
I jasnym spojrzeniem cierpienia rozprószy;

To niespodziewany ruch Twojej reki
wskaże skąd płyną akordów dźwięki…
I głos Twój usłyszę w znajomej piosence…
I serce zapłonie w niemej podzięce…

A potem raptownie świadomość powraca
I drogi Twój obraz we mgle sie zatraca,
I słowo Twe ginie w złowrogim milczeniu,
I znowu trwam dalej w osamotnieniu.

Warszawa, 1951 r.

ŻYCIE

Życie, jak akord – dopóki dźwięczy,
Dopóty śpiewa o pięknie,
Dopóki się skrzypek grając nie zmęczy
Dopóki struna nie pęknie.

Życie, jak okręt burzami miotany,
Ogromnym płomieniem właśnie,
Po chwili małą iskierka z oddali
Żarząc się – nagle zgaśnie.

W ogniu tym płoną młodzieńcze wierzenia,
Wysiłki, porywy, nadzieje,
A potem popioły ludzkiego istnienia
Czas po cmentarzach rozwieje.

Życie przemija, jak obłok w lazurach
Gnany przeznaczeń wiatrami,
Aż się zupełnie rozpłynie w chmurach,
Lub deszczem zapłacze czasami.

Życie przemija, jak wonny kwiat róży
Zerwany dla czyjejś swawoli;
Następnie, rzucony do brudnej kałuży,
Zdeptany – umiera powoli.

Życie przemija, jak sen niespokojny,
Jak myśl rannego żołnierza,
Chociaż on ginie w pogromie wojny,
Lecz dalej walczyć zamierza.

Życie przemija wśród majaczenia
Pospolitego człowieka,
Który przed wizja krwawego wspomnienia
W panicznym strachu ucieka;

Który za złudnym szczęściem w pogoni
Gnie się, jak trzcina wiotka;
Którego żaden wróg nie dogoni
I żaden przyjaciel nie spotka.

Warszawa, 1950 r.

TY I JA

Było nas tylko dwoje:
Ja i ty
Nas omotały zwoje
Krwawych dni.

Nam nie oszczędziły losy
Mgieł i burz
I naszych ofiar stosy
Spłonęły już.

Wzdłuż naszej drogi legły
Ślady kul,
A naszej doli strzegły
Rozpacz i ból.

Rozwiały się synku, Twoje
Wiośniane sny…
Było nas tylko dwoje
Ja i ty.

Wsłuchując się w dziwne dźwięki
Dalekich ech,
Słyszę w nich ciche jęki
i głośny śmiech

Słyszę w nich szał powstania
Szyderstwa zgrzyt,
I krzyk, gdy śmierć pochłania
Zwycięstwa mit.

Po Tobie biedne moje
Serce łka…
Było nas tylko dwoje:
Ty i ja.

Warszawa, 1/VIII/1949

CHCIAŁABYM…

Jak kropelka przejrzysta, przez ocean wchłonięta –
Rozpłynęło się twoje odbicie,
Bo o Tobie Syneczku już nikt nie pamięta,
Nawet ta, którąś kochał nad życie.

Tylko serce moje, chore, sterane,
Samotne – tęskni i boli,
Jedynie w nim są skoncentrowane
Wspomnienia o twojej doli.

Niedługo już syneczku, imię Twoje jasne
Będzie się błąkać po świecie
Gdyż wkrótce zapewne i ja wreszcie zasnę,
A czas szybko w nicość nas zmiecie.

Kirem żałobnym twa młodość okryta,
W krwi bohaterskiej skąpana,
W szaleńczej walce o wolność zabita,
Zniknęła, jak fata morgana.

Chciałabym jednak, by po wielu latach
Z tych smutnych wierszy właśnie,
Obraz Twój się wynurzył w purpurze i kwiatach,
Jak piękne, cudowne baśnie.

Byś znowu na ziemię wówczas powrócił,
Zamieszkał w rodaków westchnieniu,
I żebyś to, coś w boju porzucił –
Odzyskał w ich polskim sumieniu.

Warszawa,1949 r.
________________________________________________________________
Salina Baniewicz (ze Stachowskich), matka Antoniego Baniewicza, który walczył i zginął na Żoliborzu ostatniego dnia Powstania Warszawskiego.
Zmarła w 1976 r., pochowana na Powązkach.
Salina Baniewicz mieszkała przed wojną na Żoliborzu, po wojnie w budynku narożnym na skrzyżowaniu ulic Jana Pawła II i Al. Solidarności.
Wszystkie zapiski, listy i dokumenty znalazły się po jej śmierci w Archiwum Państwowym Miasta St.Warszawy pod sygn. 345/72/1670/0 Zbiór Saliny Baniewicz 1948-1976.

Pierwsze kopie maszynopisu swoich wierszy oraz pierwsze wydanie wydanej tuż po wojnie krótkiej broszurki poświęconej poległemu synowi, Salina Baniewicz przekazała Małgorzacie Hrebnickiej, mojej babci, z którą łączyła ją przyjaźń jeszcze sprzed okupacji.

ANTONI Adam B A N I E W I C Z (1923-1944)
(pseud. WILCZYŃSKI), jedyny syn Juliusza i Saliny ze Stachowskich, urodził się 11 listopada 1923 roku.

Od wczesnego dzieciństwa rósł i uczył się w Warszawie, na Żoliborzu.

Po ukończeniu prywatnej szkoły powszechnej sióstr Zmartwychwstanek, był wychowankiem Gimnazjum im. ks. J. Poniatowskiego.

Wakacje, spędzane przeważnie w górach (obóz „Beskid” YMCA), lub nad Wigrami, zapoznawały go z pięknem przyrody polskiej, wzmacniały fizycznie, doskonaliły w sporcie pływania.

Wojna zastała go we wrześniu 1939 roku jeszcze jako 15-letniego ucznia z promocją do klasy IV.
Lata okupacji to okres bezustannej, nerwowej, ofiarnej pracy konspiracyjnej, której poświęcał dużo energii i czasu, jednocześnie kształcąc się na kompletach, zorganizowanych przez profesorów gimnazjum na Żoliborzu (IV klasa, a potem dwie licealne).

Wiara w słuszność i świętość sprawy, wielkie umiłowanie umęczonego kraju, wreszcie chęć zemsty za pomordowanych przyjaciół – dodawały mu sił i odwagi. Jakże często idąc na spotkanie śmierci, słyszał życzliwe przestrogi wiernych mu towarzyszy, żeby był ostrożniejszy, żeby tak bardzo nie narażał życia swego.

W nocy w niewielkim dwupokojowym mieszkaniu, gdzie nie można było ukryć nikogo ani nic schować, uczył się, przygotowując się do egzaminów w podchorążówce.

Powielał odezwy, ulotki, zarządzenia, biuletyny. A w dzień i wieczorami odbywały się tamże komplety tajnego nauczania oraz zbiórki kolegów z konspiracji.

Dla uzyskania niezbędnego wówczas świadectwa, rzekomo gwarantującego pewne bezpieczeństwo, pracował ostatnio w biurze Związku Rewizyjnego Spółdzielni (ul. Warecka 11), pośród grona rodaków, gorąco popierających bohaterskie czyny młodzieży polskiej. Cieszył się Antoś wśród nich, jak i przed tym wszędzie, sympatią ogólną i zaufaniem. Lubiono jego dowcip zdrowy, pogodny, wesoły, szczery, jednocześnie wyczuwając w nim powagę i stanowczość przedwcześnie dojrzałego i zahartowanego moralnie człowieka.

Mijały długie, straszne lata niewoli i zwyrodniałego barbarzyństwa hitlerowskiego, wchłaniając najpiękniejszą młodość, najszlachetniejsze porywy, siejąc śmierć, zniszczenie i zagładę. Podczas masowych łapanek, tortur, egzekucji pałało bezsilną żądzą odwetu biedne serce Antosia.
Pierwsze wystrzały powstańcze 1 sierpnia 1944r. zastają go z plecakiem na ramionach, gotowego nieść swe młode życie w ofierze.

Z początku kwaterą jego jest tzw. ‘FENIX’ na placu Wilsona, potem – dolny Żoliborz (ul. Promyka), skąd po kilku tygodniach krwawych walk i wypadów, po zbombardowaniu i zrównaniu z ziemią tej dzielnicy, pluton jego zostaje przeniesiony w okolice O.P.L.-a.
Szerzy się epidemia czerwonki. Ciężko chory, w gorączce – przychodzi do domu, mając zwolnienie lekarza wojskowego na 6 dni… lecz po dwóch dniach wraca do towarzyszy broni, chwiejąc się i zataczając z osłabienia.
Głodny, spragniony, wyczerpany – potrzebuje snu i wytchnienia. Zmęczone oczy beznadziejnie śledzą krążące nisko samoloty. Dłonie bezradnie ściskają karabin i granaty – przerażająco małe, niepotrzebne zabawki wobec rozrywających się dookoła bomb i pocisków ogromnych.
W pobliżu płonie dom, na wpół już zburzony, a w nim nieszczęśliwa matka, prawie nieprzytomna z rozpaczy i trwogi o swego jedynaka, wzywa go i błogosławi. Lecz on nie odejdzie stąd, on wytrwa tu do końca.

Otoczona murem ziejących ogniem czołgów, wśród gradu kul, wśród ogłuszającego huku dział morza płomieni, walczy jeszcze garstka powstańców.

Żeby umożliwić odwrót i ocalenie znajdującym się w klasztorze rozbitkom, dwaj chłopcy („Wilczyński” i „Ernest”), w opuszczonym przy placu Henkla okopie usiłują powstrzymać to ostatnie natarcie. Lecz na ratunek im nikt już nie spieszy i nikt nie widzi męczarni ich konania…
Złączeni bezgranicznym poświęceniem, odwagą, braterstwem przelanej razem krwi, porzuceni, samotni, nie pogrzebani, leżą cicho i spokojnie obok siebie, nie zrywając się do boju na odgłos wroga, nie doznając upokorzenia z powodu strasznej klęski, nie czując już krzywd żadnych, ani bólu…

Tak poległ w przededniu kapitulacji Żoliborza 29 września 1944r., dwudziestoletni Antek BANIEWICZ – „Wilczyński”, nazywany „Promykiem Plutonu”.
I otuliła go w jednej ze zbiorowych mogił ta smutna, szara ziemia żoliborska, po której biegał, będąc małym dzieckiem, którą kochał, którą napoił swoja serdeczną krwią, w obronie której zginął…

Ekshumacja w jesieni 1946 r. przerzuca go już po raz ostatni – na kwaterę „Żywiciela” na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Salina Baniewicz
(fragment broszury wydanej prywatnie przez matkę Powstańca w 1948 roku)

Grob_Baniewiczow_na_Powazkach_w_Warszawie_fot_lata_60teGrób rodziny Baniewiczów
i Stachowskich na warszawskich Powązkach (fotografia wykonana jeszcze przed śmiercią Saliny Baniewicz)

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego – część IV

Andrzej Rejman

ExLibris_Julii_Hrebnickiej…tym razem kilka wierszy i autentycznych wspomnień, krótkich zapisów, notatek, które znalazłem w archiwach rodzinnych.

Nie publikowany nigdy wiersz Julii Doktorowicz-Hrebnickiej dla “Klary” – Stanisława Wierzyńskiego.
Stanisław Wierzyński (ur. 10 lutego 1910 we Lwowie, zm. 7 września 1988 w Warszawie) – oficer rezerwy piechoty WP, podchorąży (1934), podporucznik (15 sierpnia 1942), porucznik (wrzesień 1944), kapitan (1986). Syn Hieronima Wierzyńskiego, ojciec Macieja Wierzyńskiego i Anny Wierzyńskiej

Julia Hrebnicka
“Klarze”

Kiedyś wyruszał na los nieznany
Dała Ci babcia siwa,
Srebrny, w Jeruzalem poświęcony,
Chrystusa obrazek rzewliwy.

Misterny był to medalion,
Pamiątka rodzinna z przed laty
W szlachetnym metalu rzeźbiony
Boskich rysów ornament bogaty

Gdy błogosławieństw zaklęcia
Staruszka siwa szeptała,
Skacząca jak wróbelek,
Wbiegła córeczka mała.

Kukiełka jasnowłosa
Wspinała się na paluszki
Aż jej z wielkiego wzruszenia
zaczerwieniły się uszki.

I z zaciśniętej piąstki
Podała Ci blaszkę cienką
Odpustowy, biedny medalik
Z Przenajświętszą Panienką
“Tatusiu… powracaj prędko!”

Pewnego wieczoru
Gdy się zdawało, że świat się wali
Te dwa swe klejnoty mi pokazałeś,
I palce Ci drżały…

Umilkliśmy…
I cicho patrzyliśmy daleko.
Miast gruzów spopielałych
Przez zamkniętą powiekę
Wisienkę ujrzałam młodą
Kwieciem okrytą białem…

***
wiersze Julii Hrebnickiej przepisane z rękopisów datowanych ok. 1945-48

Warszawa

Wyrastasz piękne i złote,
Otwierasz martwe powieki…
Choć wróg Cię bił pięścią w oczy,
Choć chciał Cię powalić na wieki

Warszawo – Miasto Niezłomne,
Miasto – tułaczej wiary…
Do życia wstajesz nowego
Blaskiem Virtuti Militari

1944
***
sierpień 1944 na Starym Mieście

Krzywonosa Latarnia
Na niebieskiej ulicy
Broniła dzikim Niemcom
wejścia do piwnicy

A słonecznik,
co na działkach rósł cienki
Chronił przed pociskami
Chłopców i Panienki

W cień, jak w zbroję sprężystą,
Odział się bojaźliwy
I w śmierć własną nie wierząc
Poległ – bardzo szczęśliwy

Wiatr pożary poskramiał
Sen odganiał granaty,
Obłok rany otulał –
Obłok – biały, jak z waty…

Krzyczała i płakała
Oślepła piosenka –
..że: Zwycięstwo, Zwycięstwo!
I, że nikt się nie lęka…

***
Po czem Cię poznam domu rozbity?
Jakże Cię znajdę? Skorupę zamarłą
W rozkwicie cegieł tkwisz,
Groźny spaloną barwą.

Z lękiem do Ciebie się zbliżam –
Wspomnienie bije jak grom –
Macam wokoło jak ślepiec:
Nie boję się już – to nasz dom.

Darował ktoś pomoc przyjazną
I podał ręce ofiarne – lecz
Z kamiennej lawiny ja sama
Twe drżące serce odgarnę!

***
Podróż z Zameczka do Opoczna

Wysoko ze słomy gniazdko się kołysze,
Ciepłem mnie darzy opiekuńcze ramię.
Wokół stawy zastygłę przedwiośnianą ciszą.
Wóz nasz płynie i płyną wciąż chmury nad nami.

Spokój światów uśpionych.
Zda się tu od wieków.
Nigdy nic się nie działo.
Rozpacz ptaka, zwierzęcia, człowieka.

Znikła w krzyku ostatnim? Może nie istniała?
Milcząca maska ziemi cierpienie ukryła.
Swym hełmów szeregiem ponad krwawą treścią.
Pręży grzbiet swój mogiła

Zemsty dumna sytością
Choć próchna krzywiznę
i nędzę i nagość
Starannie tak kryje.

Wybiegły nam na spotkanie
domki Opoczna małe
Kościół we wróblim świergocie;
Kolory czerwono-białe.

Przed wzruszeń zawieruchą
Ramię przyjazne mnie broni
I złe spojrzenia oddala
Ta najtroskliwsza z dłoni…

marzec 1945

***
Autor nieznany – rękopis znaleziony w ruinach Warszawy
(maszynopis przekazany przez Salinę Baniewicz Małgorzacie Hrebnickiej wraz z innymi wierszami)

Długo na mapach krwawą plamą
urągać będzie światu miasto,
w którym dziś giną szepcąc: mamo…
nie ukończywszy lat szesnastu.

Dziecięce palce zamiast piłki, –
na tej tragicznej szkolnej pauzie –
zza barykady filipinki
ciskają w czołgi. Sten, lub mauzer,
w kieszeni jeszcze pięć nabojów –
– oto twe “zbrojne ramię”, Polsko!

Kiedy po latach, w czas pokoju
będzie wam deptać sen to wojsko,
co nie zaznało ust dziewczyny, –
zadrżyjcie syci “krwi i chwały”,

niech wami wstrząśnie ciężar winy,
żeście wynieśli głowy cało, –
dziś medalami wspomnień dzwoniąc –
w rocznicy naszej hekatomby…

A teraz miasto niechaj płonie,
niech ze sztukasów lecą bomby!

sierpień 1944

***
Julia Hrebnicka
(przepisane z rękopisu – odnaleziono tylko fragmenty tekstu)

…lecz skąd się wzięła pośrodku ogródka – wyrwa, wokół której marszczy się wał, świeżej, wilgotnej ziemi?
Od strony ruin zbliżyła się jakaś pani.
Obeszła ogródek. Postała na niewygodnej kupce kamieni.
Czekałam.

“Przepraszam” – spytała – “Czy była pani przy ekshumacji?”
Przy ekshumacji?

Teraz zobaczyłam na bruku ulicy Sapieżyńskiej kilka drewnianych, długich skrzynek, obok wielkiej ciężarówki. Nie było przy nich na razie nikogo.

Ludzie mrowili sie dopiero nieco dalej, wokoło jedynej, ocalałej tutaj kamienicy.
Całkowicie przejęci codzinnymi sprawami ludzi żywych – rozwieszali upraną dopiero co bieliznę,
strofowali dzieci, kłócili się w bramie, naprawiali zepsute krany.
Są dzielni i sprawni.
Na gruzach potrafili wyhodować piękne kartofle.
Słyszy pani – posadzili kartofle! –
deptali po szczątkach męczeńskich bohaterów…

(strona następna)

…a kiedy dobiegłyśmy do gorących gruzów kościoła św. Jacka – była tam już wielka cisza…
Nie, nie będę słuchała zrozpaczonego głosu dr Przemysławy – głosu, który odżywa we mnie jak echo, ilekroć ktoś wypowiada tragiczne słowa – “Kościół Św. Jacka”…
Nie było w ludzkich rękach dość mocy, aby wyszarpać z pod kamiennej lawiny tysiące ciał.

Teraz wejście do kościoła zamknięte deskami, jak miłosierną kurtyną.
A tuż zaraz rozsiadł się jakiś sprzedawca – spokojnie zasłaniający siebie i swój towar wielkim parasolem w pasy.
Nad nimi, z głębokiej wnęki patrzą kamienne twarze Matki Boskiej z Dzieciątkiem.
Smutne milczenie rysów z szarego piaskowca, jest jednocześnie twarde: Tak być musiało…

Ulicą maszeruje kilka harcerzy. Śpiewają.
Pod podeszwami ich mocnych, podkutych butów chrzęszczą i przewalają się cegły.
Są tacy jak tamci, może ci sami…

Wiatr zagrał nagle na żelaznych strunach wywróconych rynien i zerwanych balkonów.
Przypełznął zapach cierpkiej spalenizny.

Tkwiłam nieruchomo wśród cegieł ulicy Świętojerskiej – aż jakaś starowina wysunęła się nie wiadomo skąd i spytała czego szukam…

Warszawa
ok. 1946

Habent sua fata libelli…

Pro captu lectoris habent sua fata libelli, zapisał w III w. n.e. Terentianus Maurus. Zdanie to naprawdę głosiło, że w zależności od tego co wie i pojmie czytający, książka zostanie inaczej odebrana, będzie więc inną książką. Ale dla mnie i, jak sądzę, nie tylko dla mnie, ta sentencja oznaczała, że książki mają swoje losy i że różne się im rzeczy przydarzają…

W tym tekście chodzi o losy książki, raz podziwianej, potem potem potępionej w czambuł, znowu podziwianej, znowu…

Bardzo proszę o komentarze!

Ewa Maria Slaska

Kamienie na szaniec

Ciocia zmniejsza bibliotekę. Po książki Wujaszka przyjedzie kierowca z Głównej Biblioteki Lekarskiej – zostaną włączone do Działu Starej Książki Medycznej. Po książki zwykłe przychodzimy my, wnuczki, siostrzenice, znajomi, dzieci znajomych i ich dzieci. Ciocia pokazuje regały. Można wybierać, co się chce. Biorę Kapuścińskiego, Boya, Reymonta… Kamienie na szaniec odkładam z powrotem na półkę. Jasne, kiedyś to czytaliśmy, ale po co mi takie starocie. Już mój syn tego nie czytał, wnuk na pewno nawet nie spojrzy…

kamienie-cover– A wiesz skąd jest ta książka? – pyta Ciocia.
Oczywiście nie wiem.
– Teresa, siostra Wujaszka została jeszcze przed studiami wysłana na praktykę do Biblioteki i wtedy…
Wyciągam książkę i oglądam strony. Wydanie III krajowe. Spółdzielnia Wydawnicza Warszawa 1946. W lewym górnym rogu na stronie 4 pieczątka: Biblioteka Publiczna m. st. W-wy. Nab. 12564.
Ale nr inwentarzowy znacznie niższy, bo zaledwie 128. Autor wyjaśnia, że dwa poprzednie wydania krajowe to publikacje podziemne z czasów okupacji – pierwsza z 1943 roku, druga – 1944.

– …i wtedy właśnie – ciocia upija łyk soku z żółtej szklaneczki – kierownictwo dostało polecenie usunięcia z biblioteki książek nieprawomyślnych. Najprościej było takie odrzuty spalić, na podwórku przygotowano więc ognisko i pracownicy zaczęli tam gromadzić tomy przeznaczone do likwidacji. Teresie udało się schować Kamienie na szaniec i zabrać do domu.

Patrzę na książkę-bohaterkę, która podlegała prześladowaniom i cudem uniknęła Zagłady czyli całopalenia.

Gdy następnego dnia opowiadam to grupie znajomych, nieco zdziwiona, bo wydawało mi się, że to przecież powieść o bohaterstwie młodych Polaków walczących z okupantem hitlerowskim, i że była to przecież jedna z tych książek, które budowały polski mit, a właściwie Mit, ktoś mówi – Jasne, to przecież książka o przedwojennych harcerzach.

Teraz to ja zabieram do domu Kamienie na szaniec. Po przyjeździe do Berlina sprawdzam w internecie, czy ktoś pisze coś o paleniu książki Kamińskiego, albo w ogóle o powojennym polskim paleniu nieprawomyślnych książek. Ale nic nie ma. Jest historia, jest treść, jest film, są zdjęcia grobów Wojtka, Zośki i Czarnego na Powązkach. Książka była lekturą szkolną w latach 1946-1950. To zapewne właśnie w roku 1950 przeznaczono ją na stos. Wróciła do szkół w roku 1958 i przetrwała tu 10 lat, do roku 1969. Wtedy czytałam ją w szkole. Po kolejnej przerwie Kamienie… wróciły na listę lektur w roku 1978, najpierw we fragmentach, a od roku 1985 w całości.

Okazuje się, że losy tej książki znowu podlec mogą zmianie, że znowu stanie się nieprawomyślna. W internecie znajduję bowiem artykuł o tym, że Kamienie na szaniec są lekturą antysemicką, pochwalającą homoseksualizm i skażoną bohaterszczyzną, która skłoniła młodych ludzi do udziału w bezsensownym Powstaniu Warszawskim. Niezwykły miszmasz argumentów, z lewa, z prawa, byle zaatakować.

Zacytuję tu obszerne fragmenty tej naukowej insynuacji. Sama jestem badaczką, ale co i raz przekonuję się, że my, naukowcy-humaniści, to rzadkie paskudztwo. Wolałabym być chemiczką, jak Babcia Aniela i moja ulubiona Maria C-S.

“Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego to jedna z najbardziej mitotwórczych książek w polskiej historii. Warto spojrzeć na ten mit analitycznie i zastanowić się, co z niego da się ocalić, a co powinno być raczej przestrogą – uważa Elżbieta Janicka z Instytutu Slawistyki PAN. Naukowiec w lekturze doszukała się m.in. wątków homoseksualnych i antysemickich.

Zdaniem Janickiej główni bohaterowie “Kamieni na szaniec” – Alek, Rudy i Zośka – zastygli w postaci zaakceptowanej przez szkolne interpretacje. Ponieważ rozmawiamy w kulturze homofobicznej, gdzie zakwestionowanie czyjejś heteroseksualnej orientacji nie jest konstatacją, lecz denuncjacją, porównałabym Zośkę i Rudego do Achillesa i Patroklesa, pary legendarnych wojowników – podkreśla Janicka (…). Tym samym badaczka sugeruje, że obu mężczyzn mogło łączyć homoseksualne uczucie. (…) Uważam, że to jeden z najpiękniejszych tekstów o miłości nie znającej granic, zaś cała wiedza na temat relacji bohaterów świadczy o niespotykanej sile i głębi tego uczucia – mówi Janicka.

(…) Innym elementem, który wzbudzaja wątpliwości badaczki, jest bardzo silnie zaznaczony w “Kamieniach na szaniec” kult przedwojennego warszawskiego liceum im. Stefana Batorego i działającej przy nim 23 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Taki kult jest problematyczny, biorąc pod uwagę, że w latach 30 dokonywało się w Batorym “czyszczenie” szkoły i drużyny z osób pochodzenia żydowskiego. (…) “Czyszczono” również harcerstwo, co zresztą miało miejsce nie tylko w 23 WHD, a w ruchu harcerskim w całej Polsce.

(…) Książka była szeroko czytana przez młodych ludzi, wywoływała entuzjazm. Można mówić o niej jako o podręczniku postaw patriotycznych, którego oddziaływanie nie słabło przez siedem kolejnych dekad. Dlaczego to oddziaływanie może wydawać się niepokojące? Bo przedstawia ona jako głęboko moralny i życiowo atrakcyjny wzorzec walki zbrojnej i śmierci “za ojczyznę” bez liczenia się z uwarunkowaniami, realną postacią i kosztami przemocy, także jej konsekwencjami moralnymi. W “Kamieniach na szaniec” śmierć jest przedstawiona jako romantyczna męska przygoda” – mówi Elżbieta Janicka.

Badaczka przypomina, że “Kamienie na szaniec”, wznowione w lipcu 1944 roku, budowały atmosferę, w której wbrew racjonalnym przesłankom przystąpiono do powstania warszawskiego. (…)

Można powiedzieć, że przez pół wieku lektura opowieści o akcji pod Arsenałem była częścią oficjalnej edukacji historycznej i polityki tożsamościowej. Związek Harcerstwa Polskiego kultywował tradycję Szarych Szeregów, organizowano rajdy na Arsenał. W 1977 roku na podstawie książki Jan Łomnicki nakręcił film, który zdobył główną nagrodę na festiwalu filmowym w Gdyni i cieszył się wielką popularnością szkolnej widowni. W przypadku “Kamieni na szaniec” PRL-owski mainstream i opozycja były zgodne, że jest to książka ważna, propagująca właściwe postawy. W 1988 roku Janusz Tazbir, tworząc na łamach “Polityki” listę dzieł – “kamieni milowych polskiej świadomości”, z literatury XX wieku umieścił na niej tylko jedną pozycję – właśnie “Kamienie na szaniec” – dodaje Janicka.

***
I na zakończenie:
Julisz Słowacki, Testament mój.
To stąd zaczerpnął autor tytuł dla swojej książki:

Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień – z duchami –
A jak gdyby tu szczęście było – idę smętny.

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica
Ani dla mojej lutni, ani dla imienia; –
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.

Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,
Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;
A póki okręt walczył – siedziałem na maszcie,
A gdy tonął – z okrętem poszedłem pod wodę…

Ale kiedyś – o smętnych losach zadumany
Mojej biednej ojczyzny- przyzna, kto szlachetny,
Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,
Lecz świetnościami dawnych moich przodków świetny.

Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą
I biedne serce moje spalą w aloesie,
I tej, która mi dała to serce, oddadzą –
Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie…

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb – oraz własną biédę:
Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,
Jeśli Bóg uwolni od męki – nie przyjdę…

Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!…

Co do mnie – ja zostawiam maleńką tu drużbę
Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;
Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę
I zgodziłem się tu mieć – niepłakaną trumnę.

Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi
Iść… taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?
Być sternikiem duchami napełnionéj łodzi,
I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi;
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba – w aniołów przerobi.

Nadpalone skrzydło poetki

szubstarska-skrzydlaJoanna Szubstarska

Nowe wiersze

Płomień Ducha

Krążyła
umieraniem dotknięta,
nadpalone skrzydło ćmy.
Płomień rósł,
pęczniało serce,
wola dokarmiana łaski chlebem
wzrastała,
unosiła lekko głowę,
ramiona oddała woli nieba.

Obręcz ognia,
Słoneczna pętla
Południowych miast
Zaciska wierzchołki Alp.
Ludziom pozostaje
Kurz dróg – proch
Dopalającego się płomienia.

Kafka

Franz pisał do Felicji
jak szalony,
list za listem,
im gęściej słów
tym więcej uczucia.
Namiętność
zaistniała podwójnie:
grzała serce w przestrzeni
topiła umysł na kartce.
Franz, nie ufaj
szelestowi papieru,
nie skraplaj duszy
w błędnym atramencie!

Rosa kapie dziś głośniej,
Spada, po jaskini dnia ślizga się,
Łapie ostatnie uroki brzasku,
Prześwietlające tęczę.
Wczoraj dzień pływał obłokami,
Przyjaźnił się z krajobrazem,
Dopóki czyjeś kroki,
Dopóki czyjś krzyk i cios.
Dlatego noc nie przykryła nieba,
W szczelinie horyzontu oczy strachu,
Anioły odlatują nad przyszłym niepokojem
Z ciężarem kryształu.

Pęknięcie

Niedaleko, o rzut kamieniem
Wiedzie droga małego dziecka;
Inne szlaki milczą
A obcy wskazują je palcem.
Za lat kilka trzeba będzie
Przebyć je wszystkie,
Dotrzeć do punktu,
Skąd się rozchodzą.
Tam nastąpi pęknięcie.
Potem już tylko
Samodzielne ranienie stóp.

Papież awangardy

slupEwa Maria Slaska

o wystawie Tadeusza Peipera w Warszawie

Stoję w Warszawie przed dworcem i patrzę na słup ogłoszeniowy. Tadeusz Peiper – Papież awangardy. Muzeum Narodowe w Warszawie. Wstyd się przyznać – wcale nie wiedziałam, że był malarzem. Poetą, owszem, ale skoro ma wystawę w Muzeum Narodowym, to widocznie również malował.
Nie mam czasu niczego sprawdzać, nie przygotowałam się więc na całkowite zaskoczenie. Docieram do Muzeum, biorę gazetkę, ale postanawiam ją przeczytać potem.

Wchodzę więc na wystawę i nadal nic nie wiem. Nie, jednak już coś wiem, wiem mianowicie, że na wystawę składają się dzieła artystów współczesnych poecie – Borges, Chaplin, Delaunay, Gris, Kobro,  Leger, Malewicz, Pankiewicz, Strzemiński, Witkacy… Oni też nie wszyscy byli malarzami czy rzeźbiarzami.

plakatWędrując przez sale muzealne, podziwiając portret Nerudy, wiersze Vicenta Huidobro i dzban Władysława Jahla, Polaka, jednego z najważniejszych ultraistów madryckich, wciąż jednak podświadomie czekam na odkrycie, na to, co nieznane, na obraz Peipera.

Dopiero dobrze w połowie wystawy, tam gdzie pojawia się Zwrotnica, pojmuję, że nie będzie żadnego Dzieła, bo Peiper żadnego Dzieła plastycznego nie stworzył. Dobrze wiedziałam.
Kuratorzy, dr Piotr Rypson we współpracy z Moniką Poliwką i Juanem-Manuelem Bonetem, piszą, że być może istniał gdzieś kiedyś jakiś wykonany przez Peipera rysunek, ale że oczywiście Peiper był przede wszystkim poetą, krytykiem literackim, wydawcą.

zwrotnica Na stronie Muzeum Narodowego poświęconej wystawie czytamy:
Tadeusz Peiper znany jest w Polsce jako najbardziej prominentna postać środkowoeuropejskiej awangardy i założyciel Zwrotnicy (1922). Niewiele osób wie o jego związkach ze środowiskiem awangardy hiszpańskiej i hiszpańskojęzycznej. Lata 1915-1920 spędził Peiper w Madrycie, w otoczeniu silnie związanym z hiszpańskim ultraizmem. W tym czasie w stolicy Hiszpanii przebywali Robert i Sonia Delaunay, Guillermo de Torre,  Vicente Huidobro, rodzeństwo Jorge Luis i Norah Borges, Rafael Barradas, a także Polacy – Józef Pankiewicz, Jan Wacław Zawadowski i związani z ultraistami Władysław Jahl oraz Marian Paszkiewicz.

ultraGdy kończy się wojna, Peiper wraca do Polski, do Krakowa, gdzie zakłada pierwszą Zwrotnicę, czasopismo bez którego nie byłoby polskiej sztuki awangardowej. Publikowali tu Władysław Strzemiński i Kazimierz Malewicz, książki i poezje Peipera ilustrowali Juan Gris, Mojżesz Kisling, Fernand Léger. Każdy kto liczył się w polskiej Awangardzie prędzej czy później musiał się pojawić w  Zwrotnicy.
ustaPierwsza ukazywała się w latach 1922-1923, druga w okresie od roku 1926 do 1927, a współpracowali z nią przede wszystkim futuryści i formiści: Leon Chwistek, Stanisław Młodożeniec, Tytus Czyżewski, Bruno Jasieński, Anatol Stern, Aleksander Wat. Dzięki kontaktom nawiązanym przez Peipera w Paryżu i Madrycie w Zwrotnicy pisali tacy przedstawiciele międzynarodowej awangardy jak Filippo Tommaso Marinetti i Tristan Tzara. W drugiej Zwrotnicy pojawili się Julian Przyboś, Jan Brzękowski, Jalu Kurek. Program poetycki Peiper zawarł w szkicach: 1925 – Nowe usta, 1930 – Tędy.

blokAutor wpisu o Peiperze w Wikipedii pisze: Wysiłek poety Peiper porównywał do trudu rzemieślnika, dlatego też wszystko w poezji powinno być zaplanowane, podobnie jak w produkcji. Określił symbole nowoczesności jako: miasto, masa, maszyna, a ich skrót “3×M” stał się hasłem Awangardy. Jego teoria poezji odrzucała melodyjność wiersza, sylabizm, dopuszczała wiersz wolny i tylko takie metafory, które mogą być jednoznacznie interpretowane. 

Rola Peipera jako Papieża Awangardy skończyła sie w latach 30, bo skończył się czas Awangardy – okazała się zbyt naiwna i zbyt idealistyczna, a jej hasła stały się symbolem komercji i populizmu w sztuce, a potem totalitaryzmów, wojny, terroru i katastrofy.

ulicaPeiperPeiper żył jeszcze wiele lat, zmarł w roku 1969, ale nikogo już nie interesował. Tak dalece, że autorzy wystawy zapomnieli napisać, że umarł i kiedy umarł. Dla nich w latach 30 umarł Wielki Symbol, człowiek, który po nim pozostał był bez znaczenia.

 

Mama i Mascha, Memento mori

wirwarennachbarnFür meine deutschsprachigen Leser: Kommt morgen ins Rathaus Schöneberg zu feierlichen Wiedereröffnung der Ausstellung Wir waren Nachbarn. John-F-Kennedy-Platz 1, 10825 Berlin. Um 17:00 Uhr Vernissage, um 19:00 Uhr – Lesung.

Ewa Maria Slaska

Memento mori

Mama umarła w sierpniu 1995 roku. 20 lat temu. Patrzę z niedowierzaniem na to, co napisałam. 20 lat, powtarzam w myśli, 20 lat. 20 lat temu rozmawiałam z moją siostrą przez telefon. Napisz nekrolog, mówi Kasia. Nie mam żadnego wzoru, jak się pisze nekrologi, nie mam pojęcia, co bym miała napisać, ale nie dyskutuję.

Z odległości kilkudziesięciu lat słyszę głos Mamy, jak nie wiesz, co pisać, użyj cytatu – porada inteligentnej matki dla odrabiającej lekcje licealistki.

Wyciągam numery WIR-u. To wydawnictwo, które założyłam rok wcześniej i przy którym Mama współpracowała ze mną czy raczej z nami – z Iwoną Mickiewicz i Brittą Wuttke. Do pierwszego numeru – Doppelte Identität / Podwójna tożsamość – tłumaczyła wiersze Ottona Ericha Hartlebena. Do drugiego – Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel – wiersze Maschy Kaléko i Martina Pohla. W czwartym numerze – Träume, Vorahnungen / Marzenia, sny, przeczucia – jej tekst o mało znanej sztuce Lorki, A kiedy minie pięć lat…
Była ważnym człowiekiem w naszym wydawnictwie. Irena Kuran-Bogucka, tłumaczka poezji hiszpańskiej i niemieckiej.

Otto Erich Hartleben
By cię powalić, łamie wicher drzewa
By cię pogrzebać, toczą sie lawiny.

Piękny wiersz, ale nie pasuje mi do Mamy, do nekrologu, do grobu. Wicher, lawiny, syczące płomienie… Mama była mocna, ale nie była to moc natury, lecz woli i sztuki. Nie pień morwy, lecz nić jedwabna. Nie do zerwania. Do czasu jednak.

Kolejny wiersz Hartlebena – Morituri
Zamiera krzyk. Świadkowie leżą niemi na drodze. Wieńczy ich pobladłą skroń chłodny blask chwały wstającego słońca.

Chłodny blask chwały, piękny wers, ale do wykucia spiżem na marmurze, a to Mama umarła, a nie posąg się przewrócił. Miała takie małe, ciepłe dłonie. Moje są zawsze zimne jak żaba, a jej były miękkie i ciepłe. Chyba zawsze takie były, nawet wtedy, gdy cięła drzeworyty.

mamacieciegrafiki Sięgam po mój ulubiony wiersz Martina Pohla w jej tłumaczeniu.

Der Flug der Graugänse

Wohin, ihr Graugänse, geht euer Flug?
Wer hat euch die Winde empfohlen?
Wir folgen des Heiligen Martins Spur;
Seitdem Vater Karel nach Rom hinausfuhr,
Zieht es die Graugans nach Polen.

Was wißt ihr Graugänse von einem Land
lm Fron von den Herren bestohlen?
Ein Lied hat Sankt Martin nach Polen gebracht
Von grünenden Fluren in herbstlicher Nacht,
Vom niemals verlorenen Polen.

Wartet, ihr Graugänse, wir kommen mit
Auf leisen und flutfesten Sohlen.
So spannt euren Schimmel an, folgt unserm Schrei,
Und laßt unsre Schwestern, die Weißgänse, frei
Im Morgenwind rot über Polen.

1980 / 88

Lot dzikich gęsi

Dokądże, o dzikie gęsi, biegnie wasz lot?
Kto wam wiatry polotne powierzył?
Lecimy twym śladem, Święty Marcinie,
Odkąd Król Karol przebywał w Rzymie,
dzikich gęsi klucz do Polski bieży.

Co wy wiecie, dzikie gęsi, o pewnym kraju,
co w niewoli trwa przez władców więziony?
Pieśń Święty Marcin wyśpiewał, jak wokół
zielenią się pola w jesiennym mroku,
pola Polski nigdy nie straconej.

Zaczekajcie, dzikie gęsi, ruszymy z wami,
cichą stopą pomykając po suchej ziemi.
Niech nasz krzyk was powiedzie, siwki zaprzęgajcie,
naszym siostrom, białym gęsiom, wolność oddajcie,
gdy wiatr świtu się nad Polską czerwieni.

1980 / 88

Piękne te polskie gęsi Martina Pohla, zawsze mi jakoś raźniej, jak sobie przeczytam ten wiersz.

Ale i tak już wiem, że to, czego szukam, to Memento Maschy Kaléko.

Memento

Vor meinem eignen Tod ist mir nicht bang,
Nur vor dem Tode derer, die mir nah sind.
Wie soll ich leben, wenn sie nicht mehr da sind?

Allein im Nebel tast ich todentlang
Und laß mich willig in das Dunkel treiben.
Das Gehen schmerzt nicht halb so wie das Bleiben.

Der weiß es wohl, dem gleiches widerfuhr;
— Und die es trugen, mögen mir vergeben.
Bedenkt: den eignen Tod, den stirbt man nur,
Doch mit dem Tod der andern muß man leben.

Memento

Ja mojej własnej śmierci wcale się nie boję,
A tylko śmierci ludzi, którzy są mi bliscy.
Jakze mam żyć, jeżeli porzucą mnie wszyscy?

We mgle, błądząc samotna, szukam śmierci swojej,
I chętnie w ciemny mrok przyjmę wygnanie.
Odejście boli dwakroć mniej, niż pozostanie.

Ci wiedzą to najlepiej, którzy to spotkali.
Ci, co to znieść umieli, niechże mi wybaczą.
Pomyślcie, jak dni własnej śmierci mało znaczą,
Lecz ze śmiercią najbliższych musimy żyć dalej.

grobmamytatynowyNapisałam nekrolog, wszyscy to przedrukowali. Wiersz Maschy w tłumaczeniu Mamy znalazł się na poziomej płycie na jej grobie. Po 20 latach wcale go nie widać, ale my przecież wiemy, że tam jest. Tata, który towarzyszył Mamie, gdy tłumaczyła wiersze Maschy, opowiadał, że Mama była nią zauroczona, jakby po latach odnalazła siostrę, której nigdy nie miała.

Była pierwszą tłumaczką wierszy Maschy w Polsce.  Tłumaczenie Memento na polski znalazło się teraz w aktach Maschy na wystawie Wir waren Nachbarn – Byliśmy sąsiadami. To stała wystawa, zawsze możemy tam pójśc i ją obejrzeć.
I przeczytać Memento przetłumaczone
przez Irenę Kuran-Bogucką.

Zapraszam na jutrzejszy wernisaż do Ratusza Schöneberg.

Z życia poetki

Joanna Szubstarska

Promień niebieski

Ludzkie życie
Ochraniane błoną
Zabliźnia się,
Powoli zrasta
Ze skórą świata
I promieniem niebieskim.
Niekiedy
Lepkie palce obcych
Spragnione tchnienia
Obmacują fragmenty
Połyskującej powłoki ciała.


Mgła

Ciemna moc nie przeniknie
Finezyjnych ruchów mgły,
Nie podrze jej we wzlocie.
Z natury rozproszona,
Co jest oznaką chwiejności,
Mgła ciągnie swój koniec od początku.


Dzień wybucha brzękiem,
powietrze przesuwa pięciolinię nut
między skrzydłami trzmiela.
Pobrzękują perełki wody
we współczującej ciszy,
w krzyżykach dni.
Słuchacze odkrywają nutę losu.


Pranie w deszczu

Rozciągnięta lina
Przewieszone płótno
Ekran lśni bielą.
Parujący od news’ów,
Zużytych pasaży,
Obmyty powtórnie
Wodą z nieba.


Dzień

Obramowanie dnia,
W świergocie ptaków.
Kłębią się opary ranków,
Pierścionki ciepłych obłoków
W południe tulą się do ziemi.
Wieczór zrywa liście
I w porywach chłodu ciska o bruk;
Mokre plamy trotuarów tężeją
Pod okiem księżycowego pyłu,
Ciężki oddech gasi latarnie.


 

Solidarność. Dzenkujeme vam bardzo :-)

Jana Stoklasa przysłała maila:

Ahoj evicko,

Toto jest i dla tebie. Posluchaj do tej piesnicky.
Dzenkujeme vam bardzo 😉

Srdecne jana

Bardzo mi się spodobała owa piesnicka. Słowa znalazłam na stronie Karaoke.teksty.cz.

karaokeKliknij na słowo Solidarność poniżej, żeby posłuchać piosenki

Solidarność

It’s hard to be alone
And that is true
The village waits for you
Village waits for you
Waiting for the few
Real pros
To chase the rats away
Chase the rats away
Men who know how to score
Together now
They always shoot to kill
Always shoot to kill
Let’s find out who’s the best
In danger zone
He will stay alive
He will stay alive

Solidarnosc
Dzienkuje bardzo
Solidarnosc
Bardzo dzienkuje
Byc moze
Solidarnosc
Dzienkuje bardzo
Solidarnosc
Bardzo dzienkuje

You like to be alone
Just hit the road
Leave your friends behind
Leave your friends behind
To saddle up the horse
And ride away
Right on track
To saddle up the horse
But you must turn around
And face the heat
And feel the pain
You must turn around
One man who bites the dust
He came for gold
As he was told
What would be his take

Solidarnosc
Dzienkuje bardzo
Solidarnosc
Bardzo dzienkuje
Byc moze
Solidarnosc
Dzienkuje bardzo
Solidarnosc
Bardzo dzienkuje

Aus dem Leben einer Dichterin

AUF DER POST
von Jana Stoklasa

Ich stand auf der Post,
in Gedanken mit den Umständen beschäftigt,
die mit meiner Sendung verbunden waren.

 Da wurde mir plötzlich bewusst,
dass ein kleiner dicklicher Mann im Anzug,
schnurbärtig und mit gebräunter Glatze,
mit einem solchen fixierenden Blick meine Hände beobachtete,
dass in mir blitzartig eine Art Terror-Paranoia hochstieg.
Denn ich stand da
mit einem kleinen schwarzen Köfferchen auf Rollen,
eine schändlich mit Werbeaufklebern zugeflickte Briefsendung in der Hand
und zog mein Handy aus der Handtasche.
Seit meiner Notiznahme dieses mir unheimlichen Mannes,
dessen Blicke wie alles durchzudringen suchten,
beanspruchte ein Plakat links der Schlange seine volle Aufmerksamkeit,
obwohl genau darüber Bilder auf einem Infoscreen liefen.
Durchweg in dieses omniprāsente Gefühl versunken, verdächtigt zu
werden,
hörte ich alsdann erst gar nicht die Rufe der schon genervten Beamtin am
Schalter.

 Mein Angstgefühl verbot mir jede weitere Auseinandersetzung
mit meiner über diesem öffentlichen Raum schwebenden Frage,
ob ich mich nun von einer generellen
zur potenziellen Verdächtigen hochgearbeitet habe,
und was es eigentlich bedeutete,
wenn schon das banale Betreten einer Post
als eine Selbstgefährdung auf mich wirkte.

Beim Hinausgehen
musste ich dann schließlich doch über mich selbst lächeln
– sobald ich in mich die Luft ausserhalb dieser Post
wie in einem befreienden Atemzug hineingesogen hatte.

Rozmyślania poety o nauce

Jan Kozłowski

Pięknisie, pracusie i palaczki (czyli trzy grupy zawodowe
w pewnej instytucji naukowej)

Ach pięknisie,
Ach pięknisie,
Co noc któraś
Komuś śni się!…

Szczypczykami
Biorą ptysia,
Aby ptyś nie
Zbrudził pysia.

Uśmiech z serca –
Równym sobie,
Ten na pokaz –
Mnie i Tobie.
……………………….
Żyją stale
W ambarasie
W strachu, w stresie
W niedoczasie.

Ślepe na to,
Co jest wokół,
Bo co ważne,
To protokół.

Zawsze w normie.
Zawsze w ramach.
To pracusi
Cichy dramat.
………………………
Dym się wije,
Dym się skręca,
Dym palaczkę
Wciąż okręca.

Dym palaczka
Ciągle chłonie,
Chłoną uszy,
Chłoną dłonie,

Chłonie suknia,
Beret, sweter,
Szalik, mufka
I pies seter.

Tamże

Cztery wilki
Idą miedzą.
Tu gęś zjedzą,
Tam gęś zjedzą.

Nie pogardzą
Kuropatwą,
Byle żywą,
Nigdy martwą.

Taka była
Wola Boża,
Że dotarły
Do Wolborza.

Już-już miały
Schrupać wójta,
Gdy niewiasta
Krzyknie: „Stójta!

Wara wilkom
Od Wolborza,
Jakem Kasia,
Dziewka Hoża!

Innowacją
I rozwojem,
Ja z wilkami
Toczę boje!”
Nie minęła
Chwila czasu,
Cztery wilki,
Czmych do lasu!