Jutro! Berlin po polsku!

Jutro jutro jutro jutro… Idźcie koniecznie! Ja też będę!

Katarzyna Willmann

Teatr W Afekcie

Jesteśmy polską grupą teatralną działającą w Berlinie już od kilku lat. Pierwszy nasz spektakl pod tytułem „Jestem prawdziwa“ powstał w 2011 roku i grałyśmy go, ze sporym powodzeniem, kilkakrotnie. Po przerwie wznowiłyśmy działalność. Od grudnia 2015 do kwietnia 2016 roku zorganizowałyśmy cykl trzech koncertów poświęconych twórczości Jeremiego Przybory. Pierwszy z nich odbył się w setną rocznicę urodzin artysty.
W październiku natomiast miejsce miała premiera naszego najnowszego spektaklu pod wdzięcznym tytułem „Szuja“.

W planach na ten rok mamy, oprócz dalszego grania najnowszego spektaklu, zorganizowanie koncertu z piosenkami napisanymi przez niedawno zmarłego Wojciecha Młynarskiego oraz równoległą pracę (już rozpoczętą) nad dwoma kolejnymi spektaklami. Rozważamy też tłumaczenie naszych sztuk na język niemiecki i granie z napisami.

Marzymy o tym, by Teatr W Afekcie stał się stałym elementem krajobrazu kulturowego polskiego Berlina.

„Szuja“

Podczas ceremonii pogrzebowej spotykają się trzy obce sobie kobiety. Dzieli je wszystko. Przynajmniej do momentu, w którym wspólnie pochylą głowy nad jedną urną. Atmosfera zgęstnieje, zaiskrzą podejrzenia, błysną oskarżenia, zagrzmią pytania, na które panie odpowiedzą, chcąc, nie chcąc… śpiewająco.

Spektakl „Szuja“ jest muzyczną czarną komedią, naszym autorskim musicalem, w którym we własny scenariusz wplotłyśmy piosenki z repertuaru Kabaretu Starszych Panów. W spektaklu występują trzy aktorki: Agnieszka Winter, Ewelina Jaworska-Bone i Katarzyna Willmann, którym towarzyszy grająca na pianinie, niezwykle utalentowana i charyzmatyczna Ilona Gawlik. „Szuję“ grałyśmy dotąd trzy razy i spektakl spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem berlińskiej Polonii. Za każdym razem kameralna sala Teatru Panda (Kulturbrauerei) wypełniona była niemal po brzegi. Jest to dla nas dowód, że Polakom w Berlinie potrzeba okazji, by się wspólnie pośmiać, porozmawiać, oderwać od zatroskanej codzienności. Mamy wrażenie, że podczas spektakli i koncertów dajemy naszym gościom coś, za czym tęsknią – kawałek Polski. Myśl ta cieszy nas niezwykle i motywuje do dalszej pracy.

Spektakl „Szuja“ zobaczyć będzie można 09 kwietnia 2017 o godz. 19:00.
Gdzie: P.A.N.D.A Theater, małe podwórze w Kulturbrauerei, Knaackstr. 97, 10435 Berlin
Bilety: 10€ do kupienia na miejscu bezpośrednio przed spektaklem.
FB: https://www.facebook.com/events/1760408420954591/

Po co i dlaczego?

Czasami, jadąc na próbę późnym wieczorem, po ciężkim dniu pracy i opieki nad dziećmi pytam siebie: po co mi to? O ile przyjemniej byłoby zasiąść z książką i herbatą w wygodnym fotelu? Albo, kiedy tuż przed spektaklem uchylam lekko kurtynę i na widok zapełniającej się sali paraliżuje mnie strach. Czy nie łatwiej byłoby usiąść po tej drugiej stronie? Jednak kiedy nadchodzi ten moment, kiedy stoję na scenie, wtedy wiem, że było warto, że jestem dokładnie tu, gdzie być chciałam.

Trudno jest wytłumaczyć komuś własną pasję. Jedni to czują, inni nie. Tak po prostu. Jedni wolą szachy, inni boks. Jedni wolą się pocić na siłowni, inni w świetle reflektorów. Ja na scenie, tkwiąc w niewygodnym kostiumie i w postaci (niekoniecznie sympatycznej), z misją wygrania roli do końca, choćby nie wiem co, paradoksalnie czuję się wolna. Teatr otwiera mnie na innych, rozwija, stawia przed wyzwaniem i daje siłę oraz wiarę we własne możliwości. Niesamowita jest ta energia, którą, mimo zmęczenia, odczuwamy po spektaklu. I nie liczy się nawet to, czy ktoś zapomniał tekstu, pomylił kroki czy nawet zafałszował. Liczy się fakt, że udało nam się zgromadzić grupę ludzi i zjednoczyć ją, choć na tą magiczną chwilę, poprzez wspólny śmiech, zabawę, a także, mamy nadzieję, refleksję.

Teatr W Afekcie zrodził się z naszych marzeń, tęsknot i pragnień. To dzięki niemu się poznałyśmy i zaprzyjaźniłyśmy. Będziemy szczęśliwe, jeśli zechcą Państwo przychodzić na nasze spektakle. Serdecznie zapraszamy!

Nasz profil na FB: www.facebook.com/teatrwafekcie

Plakat Agnieszka Winter
Zdjęcia Cyprian Walkowicz

Na zdjęciach
przy pianinie Ilona Gawlik
w berecie Agnieszka Winter
z różową przepaską Ewelina Jaworska-Bone
z boa Katarzyna Willmann

Wien im März 2017 / Wiedeń marzec 2017

Ewa Maria Slaska

Groby i muzyka / Gräber und Musik

für Deutsch bitte Bissl nach unten skrollen oder einfach die Blaueschrift verfolgen

Nie znałam tej piosenki, w życiu nie słyszałam o Wolfgangu Ambrosie, muzyka w Wiedniu to byli zmarły tajemniczą śmiercią Mozart, Haydn, stary i głuchy geniusz -Beethoven, mój ulubiony Franz Schubert, może jeszcze Johann Strauss, którego każdy zna, nawet jak nie lubi operetki, no i oczywiście Falco, którego akurat teraz wszyscy w Wiedniu przypominają, bo w lutym przyszłego roku minie 20 lat od jego tragicznej śmierci w wypadku samochodowym.

Tymczasem jednak opowieść o umarłych muzykach z Wiednia zaczynam od Wolfganga Ambrosa, a dlatego że świetny piosenkarz berliński, Andrzej Klukowski czyli Andy Klukos, podsunął mi na Facebooku linka do tej piosenki. Samym Andrzejem zajmę się kiedy indziej, tu tylko powiem, że jest autorem inteligentnych piosenek antyrządowych. Podczas protestu kobiet 23 października zeszłego roku na Warschauer Brücke Andrzej śpiewał Kto się boi czarnej baby, ale posłuchajcie też takich piosenek jak Ballada o Lechu, Mam dość czy Tu przyjdą za nami miliony.

Ich war in Wien auf dem Zentralfriedhof (endlich… seit Jahren wollte ich und immer kam etwas dazwischen) und schaute mir die Musikergräber an. Passend dazu beginne ich mit dem Lied von Wolfgang Ambros, Es lebe der Zentralfriedhof. Lustiges Lied… Ambros widmete es tatsäschlich dem Friedhof zu seinem 100. Geburtstag. Es war das Jahr 1975.

Es lebe der Zentralfriedhof, und olle seine Toten.
Der Eintritt is’ für Lebende heit’ ausnahmslos verboten,
weü da Tod a Fest heit’ gibt die gonze lange Nocht,
und von die Gäst’ ka anziger a Eintrittskort’n braucht.
Wann’s Nocht wird über Simmering, kummt Leben in die Toten,
und drüb’n beim Krematorium tan’s Knochenmork ohbrot’n.
Dort hinten bei der Marmorgruft, durt stengan zwa Skelette,
die stess’n mit zwa Urnen on und saufen um die Wette.
Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.
Es lebe der Zentralfriedhof, und seine Jubilare.
Sie lieg’n und sie verfeul’n scho durt seit über hundert Jahre.
Drauß’t is’ koit und drunt’ is’ worm,
nur monchmol a bissel feucht,

A-wann ma so drunt’ liegt, freut man sich, wenn’s Grablaternderl leucht’.
Es lebe der Zentralfriedhof, die Szene wirkt makaber.
Die Pforrer tanz’n mit die Hur’n, und Juden mit Araber.
Heit san olle wieder lustich, heit lebt ollas auf,
im Mausoleum spü’t a Band,
die hot an Wohnsinnshammer d’rauf.

Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.
Es lebe der Zentralfriedhof, auf amoi mocht’s an Schnoiza,
da Moser singt’s Fiakerliad,
und die Schrammeln spü’n an Woiza.

Auf amoi is’ die Musi stü, und olle Augen glänz’n,
weu dort drü’m steht da Knoch’nmonn
und winkt mit seiner Sens’n.

Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.

Der Wiener Zentralfriedhof wurde 1874 eröffnet und zählt mit einer Fläche von fast 2,5 km² und rund 330.000 Grabstellen zu den größten Friedhofsanlagen Europas. Er gehört aufgrund seiner vielen Ehrengräber, der Jugendstil-Bauwerke und des weitläufigen Areals zu den besonderen Sehenswürdigkeiten der Stadt Wien.

Allerseelen 1903, Friedhofsbesucher auf der Simmeringer Hauptstraße auf dem Weg zum Zentralfriedhof

Wikipedia, von der ich die obigen Zeilen geliehen habe, berichtet noch dazu, dass zu seiner Geburtsstunde der Zentralfriedhof häufig kritisiert wurde und bei der Bevölkerung nicht sehr beliebt war. Es wurde die Trostlosigkeit des Areals bekrittelt, da im Vergleich zu heute nur eine karge Vegetation vorherrschte, außerdem verzögerte sich die Errichtung der dazugehörigen Bauwerke. Friedhofsbesucher mussten eine lange und mitunter beschwerliche Anreise auf sich nehmen, da es zu dieser Zeit noch keine direkte Bahnverbindung zum Friedhofsgelände gab. Im Oktober 1874 fasste eine Wiener Zeitung diese Stimmung in der Frage zusammen: „Eine Stunde Fahrzeit, zwischen Schlachthäusern und Heide und Bauern, und wofür?“

Heute ist der Friedhof verkehrs-technisch sehr gut erschlossen, vor allem mit der berühmten Strassenbahn Nummer 71, und bietet dem Besucher ein einmaliges Erlebnis, einen Spaziergang durch ein groszügig angelegtes Areal mit den interessanten Bauwerke, üppigem Grün und faszinierender Geschichte der hier Begrabenen.

A więc groby muzyków (na więcej nie starczyło czasu)
Also die Musikergräber (fürs mehr reichte die Zeit nicht)

Oto lista, na pewno niekompletna / Hier die Liste, ohne den Vollständigkeitsanspruch

Ludwig van Beethoven 1770–1827
Johannes Brahms 1833–1897
György Ligeti 1923–2006
Arnold Schönberg 1874–1951
Franz Schubert 1797–1828
Robert Stolz 1880–1975
Johann Strauß (Vater) 1804–1849
Johann Strauß (Sohn) 1825–1899
Franz von Suppé 1819–1895
Hugo Wiener 1904–1993
Hugo Wolf 1860–1903
Joe Zawinul 1932–2007
Falco (Johann Hölzel) 1957–1998
Fatty George 1927–1982
Hans Gillesberger 1909–1986
Ferdinand Grossmann 1887–1970
Hermann Leopoldi 1888–1959
Peter Wehle 1914–1986
Carl Zeller 1842–1898

Oczywiście na wszystkich muzyków też nie starczyło czasu, a częstokroć i wiedzy; poza tym i tak pokażę tu tylko tych, których muzykę lubię.

Natürlich die Zeit reichte gar für alle Musiker nicht, dazumal auch nicht immer das nötige Wissen vorhanden war; und sowieso zeige ich hier nur die, die ich mag.

Falco, ein Grab mit den Titeln seiner Hits wie Vienna calling, Komissar, Ganz Vien und Rock me Amadeus / Na płycie nagrobnej tytuły jego największych przebojów (koniecznie posłuchajcie! pierwszy porządny europejski rap!)

Pomnik Wolfganga Amadeusa Mozarta (grobu, jak wiemy nie ma) – do posłuchania Aria Królowej Nocy w wykonaniu Bogny Sokorskiej / Mozarts Denkmal (das Grab gibt es, wie wir wissen, nicht) – zum hinhören die Arie der Königin der Nacht

Franz Schubert – zapewne powinnam tu przywołać Pstrąga, ale zdecydowałam się jednak na Śmierć i dziewczynę. Pstrąg zaraz potem. / Das berühmteste Lied von Schubert ist zweifelsohne Die Forelle; ich entschied mich aber dafür, hier das Lied Der Tod und das Mädchen zu zittieren. Die Forelle folgt…

Johannes Brahms Wieges Lied / Kołysanka / Lullaby – najsłynniejsza melodia Brahmsa i jedna z najbardziej rozpoznawalnych melodii na świecie. Mój wnuk zaraz po urodzeniu dostał kaczuszkę, która grała mu tę właśnie kołysankę.

Ludwig van Beethoven

Cóż nie ma wyjścia, bo sprawa jest polityczna – Hymn Europy jako super Flash Mob (Oda do radości / Ode an die Freude). Łatwo się wzruszam, więc zawsze płaczę jak tego słucham… / Europa Hymne. TU słowa po polsku w przekładzie Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego / HIER der Text auf Deutsch

PS dla dociekliwych: Beethoven, Schubert, Strauss (ojciec) i inni umarli zanim powstał Cmentarz Centralny i ich groby zostały przeniesione /Beethoven, Schubert, Strauss (Vater) sind gestorben bevor der Zentralfriedhof gegründet wurde; deren Gräber wurden umgebettet.

Piątek, fabryka, wiersze, muzyka

21 czerwca odbywa się na całym świecie Fete de la musique, słynny festiwal bezpłatnej muzyki, której słuchać można wszędzie. Od 21 lat odbywa się też w Berlinie. Od jakiegoś czasu Christine Ziegler z Regenbogenfabrik i ja zabiegamy o to, by główni organizatorzy tej imprezy (gremium szacowne i surowe) pozwolili Fabryce na zorganizowanie w tym roku koncertu na fabrycznym podwórku.

To podwórko jest słynne i ma, jak cała fabryka, piękną historię. W fabryce kiedyś produkowano środki chemiczne, a potem stała pusta, dopóki 35 lat temu nie zasiedlili jej berlińscy squaterzy. Podwórko przez kilkadziesiąt lat podlewane wodą po myciu kotłów fabrycznych wyglądało jak popękana betonowa pustynia, mimo iż nie był to beton tylko coś, co kiedyś było glebą. Nic tu więc nie rosło, a squaterzy przez kilka lat wymieniali ziemię i sadzili drzewa.

Potem z kolei na środku podwórka pojawiła się i trwała właściwie “zawsze” przeogromna i przegłęboka kałuża, a podwórkowe życie – pogawędki dorosłych, zabawy dzieci, flirty młodzieńcze – toczyło się wokół niej.

Dziś na klepisku bujnie krzewi się zieleń i kwitną kwiaty, w miejscu kałuży jest piaskownica, a z podwórka wchodzi się do różnych części Fabryki Tęczowej czyli Domu Sąsiedzkiego: pracowni artystycznej, recepcji hotelowej, kina, warsztatu rowerowego, stolarni, hostelu, stołówki i pomieszczeń seminaryjnych. Pod jedną ze ścian stoi ustawiona wspólnymi siłami polsko-bułgarsko-niemieckimi biblioteka dla każdego (outdoor library).

Jednoosobowa komisja właśnie wyszła i wydała zgodę. Zapraszamy więc 21 czerwca na Fete de la musique i występy szczecińskiego zespołu Sklep z ptasimi piórami. Panie i Panowie…

Marek Maj i Ryszard Leoszewski!


Sklep z ptasimi piórami

Pierwszy koncert Sklepu z Ptasimi Piórami zapowiadał odręcznie wymalowany plakat w nakładzie jednego egzemplarza. Dedykowany był koleżankom z Nauczania Początkowego WSP w Szczecinie i odbył sie 8 marca 1978 roku w klubie uczelnianym Atut. Wobec ogromnego zainteresowania miesiąc później zespół wystąpił po raz drugi, a potem… zaczęły sie wyjazdy na festiwale: do Świnoujścia na Famę, do Szklarskiej Poręby i Krakowa na kultowy Studencki Festiwal Piosenki, gdzie był kilkakrotnie wyróżniany. Dziś zespół dawno już przekroczył granice kultury studenckiej, stając się wizytówka kulturalna Szczecina.

Największym wydarzeniem artystycznym dla Sklepu z Ptasimi Piórami był bez wątpienia koncert z fenomenalnym wokalistą jazzowym – Bobbym McFerrinem w 2005 roku w Szczecinie.

Dyskografia

Ryszard Leoszewski

Lider zespołu Sklep z ptasimi piórami jest autorem projektów muzyczno poetyckich jak “Ballady grudniowe” (anonimowa poezja ze strajku stoczniowców w roku 1970 w Szczecinie), „Ulica Mandelsztama” (piosenki skomponowane w stanie wojennym do kultowego spektaklu Teatru Kana „Księga o życiu Osipa Mandelsztama”) czy “Leoszewski Majem” (piosenki krytyczno-społeczne do wierszy Marka Maja).

Z wykształcenia jest pedagogiem, z zamiłowania kompozytorem, piosenkarzem, autorem tekstów, twórcą audycji radiowych i telewizyjnych. Już w szkole średniej związał się z teatrem. Był jednym z pierwszych aktorów Teatru Kana, gdzie w 1982 r. skomponował muzykę do spektaklu “Księga o Życiu, Śmierci i Twórczości Osipa Mandelsztama”. W 1978 roku założył zespół Sklep z Ptasimi Piórami, który do dziś należy do czołówki swojego gatunku. Na płycie “Gitarą i piórem”, wydanej w 2001 r. przez Program III Polskiego Radia, znalazła się jego  pieśń “Ochroń nas Boże” do tekstu Leszka Aleksandra Moczulskiego. W 1987 r. założyłem dziecięcą grupę artystyczną ARFIK. W 2002 roku otrzymał Nagrodę Artystyczną Miasta Szczecina, w 2004 r. został Ambasadorem Szczecina, a w 2012 roku otrzymał “Medal Zasłużony Kulturze GLORIA ARTIS”.

Marek Maj

Urodził się w 1962 roku w Szczecinie. Jest poetą i reżyserem sztuk teatralnych i spektakli poetyckich, laureatem Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego Malowanie słowem (1999) oraz Konkursu Literackiego O Bursztynowe Pióro (2003).

Wydał tom poetycki Obrzeża i skraje, jest autorem wierszy śpiewanych przez Ryszarda Leoszewskiego w programie Wiem jak nie jest czyli Leoszewski Majem. Pisze tradycyjną poezję, często z rymami.

Sam ze sobą poszymborzę,
Poszymborzę, pomiłoszę,
Groch zapachnie mi, jak groszek.
Osobiście potuwimię,
Ulechonię swoje imię,
Przypadkowo pobarańczę,
Poleśmianię i zatańczę,
Przeherbercę jakiś cytat.

Regenbogenfabrik czyli Fabryka Tęczowa

– Współpraca z polskimi instytucjami jest bardzo ciężka. Alternatywna kultura, którą ja nazywam odjazdową, ich nie interesuje. Oni wolą żeby przyjechał sobie pianista i grał Chopina. To co my robimy uważają za wulgarne i ohydne, dla nich to nie jest polska kultura –  twierdzi Jakub Paczkowski z berlińskiej Grupy Artystycznej “Karton”.

“Karton” to tylko jeden w wielu elementów Centrum Sąsiedztwa “Tęczowa Fabryka” działającego w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg. W jednej z niepozornych bram, kryje się instytucja realizująca na swój sposób międzykulturowe poznanie. W tej części Berlina mieszkają głównie obcokrajowcy. Ludzie uważani często za obywateli drugiej kategorii stworzyli tu własny instytut kultury – tyle, że alternatywnej. Najpierw byli tzw. squotersi, którzy na początku lat 80 nielegalnie zajęli opuszczony budynek z przylegającym do niego tartakiem. Uregulowali status prawny nieruchomości i wyremontowali pomieszczenia. Poźniej pojawił się pomysł wspólnego działania.

– Centrum to tylko “parasol”, pod którym realizujemy różne projekty. Działamy na rzecz kultury i dobrego sąsiedztwa – tłumaczy Aloyz Ebner z “Tęczowej Fabryki”. W ramach tego niecodziennego zakładu funkcjonuje m.in. przedszkole, świetlica dla dzieci, kawiarnia, kantyna, schronisko turystyczne, stolarnia i warsztat rowerowy. Kilka lat temu, na gruncie partnerstwa pomiędzy Szczecinem a Kreuzbergiem powstała też polsko-niemiecka inicjatywa – Deutsch-Polnische Bewegung.

– Nie obyło się bez protestów. W prasie szczecińskiej pojawiły się nawet teksty, że w Kreuzbergu mieszkają same żule i dlaczego porządny Szczecin ma z takim miejscem współpracować – komentuje w swoim stylu Jakub.

To stary tekst, ale nadal aktualny. Więcej TU.

Fete de la musique

Stuart słucha muzyki 4

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

przesłuchują piosenki, które otwierają kolejne rozdziały sequela Stuart.

W rozdziale 12 umiera ojciec Stuarta i pojawia się Wielka Miłość, zapowiadana aż przez dwie piosenki – śpiewają Bob Dylan i Norah Jones.

Gdy zaproponowałam Joannie, że podczas jej nieobecności zastąpię rozdziały Stuarta muzyką, która pojawia się w prawie każdym wpisie, odpowiedziała mi, że szuka tej muzyki godzinami, lub może raczej powinna powiedzieć, że godzinami słucha takiej właśnie muzyki i wtedy coś, czego właśnie słuchała, dopasowuje się do tego, co właśnie pisze.

Bob Dylan

My love she speaks like silence, without ideals or violence
She doesn’t have to say she’s faithful, yet she’s true, like ice, like fire
People carry roses and make promises by the hours
My love she laughs like the flowers Valentines can’t buy her.

Moja miłość mówi tak, jak mówi cisza – bez ideałów, bez przemocy,
Ona nie musi mówić, że jest wierna, ona jest tak prawdziwa jak lód i jak ogień
Ludzie przynoszą róże i obecują co godzinę co innego.
Moja miłość śmieje się tak jak kwiaty, których nie dostaniesz na Walentynki.

Norah Jones

What am I to you tell me darling true
To me you are the sea vast as you can be
And deep the shade of blue
When you’re feeling low
To whom else do you go?

Kochanie, powiedz mi prawdę – kim dla Ciebie jestem?
Dla mnie ty jesteś głębokim morzem
I głębokim odcieniem błękitu.
Do kogo innego możesz przyjść, kiedy jest Ci źle?

Ci co czytają Stuarta regularnie wiedzą, że ta miłość okaże się trwalsza niż wszystkie poprzednie i Meg przyjedzie na stałe do Stuarta do Australii.

Oto piosenka dla Meg (Stuart 13)

Van Morrison: Someone like you (a właściwie someone exactly like you!)

I’ve been searching a long time for someone exactly like you
I’ve been traveling all around the world
Waiting for you to come through

Długo szukałem kogoś właśnie takiego jak ty
Wędrowałem po całym świecie
Czekając aż się zjawisz

Ale przed nimi jeszcze długa droga i, jak to w bajce i w życiu, dużo przeszkód. Po pierwsze w rozdziale 13 ta zła siostra, Eve (Kate jest tą dobrą siostrą), po drugie czas, po trzecie odległość, po czwarte – sam Stuart. Ale, jak to w bajce, amor omnis vincit.

Kacey Musgraves: Merry Go `Round

If you ain’t got two kids by 21, you’re probably gonna die alone
At least that’s what tradition told you.
And it don’t matter if you don’t believe, come Sunday morning you best be there
In the front row, like you’re s’posed to.

Jeżeli w wieku 21 lat nie masz dwójki dzieci, to prawdopodobnie umrzesz samotnie
Tego nauczyła cię tradycja
To nieważne, czy wierzysz czy nie wierzysz, w niedzielę rano przyjdziesz do kościoła
I zajmiesz miejsce w pierwszym rzędzie, tego się od ciebie oczekuje

Ciąg dalszy za dwa tygodnie

Dzień poezji

Andrzej Rejman

Z okazji Światowego Dnia Poezji (21 marca) warto przytoczyć wiersz…

Maryla Wolska

Nie wiem

Nie wiem, jaki tam będzie świat wtóry,
Jakie grzesznych radości ominą;
W moim niebie będą lasy i góry
Moje niebo musi pachnieć świerczyną,
I rzeka tam szumieć powinna,
Ta jedna jedyna, ona
Jak żadna inna
Zielona…

Maryla Wolska, Nie wiem… wiersz z tomiku “Dzbanek malin” wyd. Biblioteka Medycka 1929

Tak! Dobrze byłoby, aby w przyszłym świecie było choć nieco zieleni…

Autorka pisze w swym marzeniu o Rzece Zielonej, a rzeka taka spokojnie sobie płynie przez podwarszawskie Piaseczno… zresztą nie tylko, jest jeszcze jedna Zielona – dopływ Oławy.

Spróbowałem zaśpiewać ten wiersz – w rezultacie powstało takie nagranie:

Ale sen o zielonym świecie nie może trwać długo, należy wiec przytoczyć inny, całkiem odmienny wiersz. Oba wiersze łączy jednak to samo pragnienie ciszy, troska o wartość samą w sobie – o spokojny byt.

Maria Hrebnicka, rękopis zapisków z lat 1910-1917

Wiersz, który znalazłem w archiwach rodzinnych na Litwie, napisała podczas I wojny światowej Maria Hrebnicka.

Maria Hrebnicka

(Piotrogród 1915, Jesień, Akademia Sztuk Pięknych*)

Widocznie Tobie Panie trzeba było
Jeszcze krwi naszej i naszej ofiary
I oto wszystko stanęło, co żyło
W bólu bez końca, w cierpieniach bez miary

Panie, przed Tobą płoną nasze domy
Przed Tobą pola wojną poniszczone
Na ziemi naszej tworzą znak widomy
Czarne mogiły krwią i łzą zroszone

Panie, przyjmij ból nasz i nasze cierpienia
Jak odkupienie dla najświętszej sprawy
Panie, na przyszłe ześlij pokolenia
Los przychylniejszy, los nie taki krwawy.

Boże, daj dzieciom za ojców męczarnie
Kąt ziemi własnej na tej ziemi czarnej
Wśród własnej ziemi, wśród własnej przyrody
Żyliśmy dotąd, chociaż bez swobody…

Wszak ziemia nasza piękną była Panie…

Na pola poniszczone, na spalone domy
Do wdowich serc rozbitych
Ześlij nam anioła
Wśród promieni jutrzenki
daj anioła ciszy.

Maria Hrebnicka (1891-1969), córka profesora Adama Doktorowicz-Hrebnickiego ukończyła malarstwo w petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Większość jej obrazów olejnych, które przetrwały do dziś, znajduje się w muzeum Adama Hrebnickiego w Raju (Rojus), w północno-wschodnim zakątku Litwy. Tu dwa, zatytułowane przeze mnie (A.R.) Wieś spokojna

 

Maria Hrebnicka zdjęcie z początku XX w.

Stuart słucha muzyki 3

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

przesłuchują piosenki, które otwierają kolejne rozdziały sequela Stuart. W dzisiejszym wpisie only love, love, love…

Stuart 9

Rozdział 9 to opowieść o dwóch ważnych kobietach w życiu Stuarta w Wellington. Obie mają tak samo na imię. Najpierw do Stuarta przyjeżdża jego siostra Kate, potem pojawia się Catherine, koleżanka tancerka, przez jakiś czas jego dziewczyna. Siostra nie dostaje swojego muzycznego interludium, ale Catherine owszem. Piosenka jest oskarżeniem, ale Catherine zasłużyła na nie.

City girls just seem to find out early how to open doors with just a smile
A rich old man and she won’t have to worry, she’ll dress up all in lace and go in style
Late at night a big old house gets lonely, I guess ev’ry form of refuge has its price
And it breaks her heart to think her love is only given to a man with hands as cold as ice

Dziewczęta z miasta szybko uczą się otwierać drzwi swym uśmiechem,
Stary, bogaty mężczyzna i już nie będzie musiała się martwić
Zacznie nosić koronkowe sukienki i najmodniejsze ubrania.
Późną nocą wielki, stary dom pustoszeje, myślę, że ucieczka zawsze ma swoją cenę,
Na myśl o tym, że daje miłość mężczyźnie o rękach zimnych jak lód
Pęka jej serce

The Eagles „You cannot hide your lying eyes”

W rozdziale 10 to też nie siostra dostaje piosenkę od autorki, lecz dziewczyna Stuarta – Iris.

Nina Simone

I wish I knew how it would feel to be free
I wish I could break all the chains holding me
I wish I could say all the things that I should say
Say ’em loud, say ’em clear for the whole round world to hear

Tak bardzo chciałabym wiedzieć, jak czuć się wolnym
Tak bardzo chciałabym zerwać łańcuchy, które mnie skuwają
Tak bardzo chciałabym powiedzieć wszystko to, co trzeba powiedzieć
Powiedzieć to głośno, powiedzieć to jasno, tak żeby usłyszał to cały świat

Iris nie zdołała zerwać łańcuchów, które ją skuwają i to sprawiło, że rozpadł się kolejny związek Stuarta z interesującą młodą kobietą. Bo to ona w tym rozdziale śoiewa te pełne rezygnacji słowa: I wish I knew how it would fell to be free…

W rozdziale 11 Iris odjeżdża i już nie wróci. It must have been love but it’s over now śpiewa  Roxette.

It must have been love but it’s over now
It must have been good but I lost it somehow
It must have been love but it’s over now
From the moment we touched till the time had run out

To musiała być miłość, ale już się skończyła
I musiała być dobra, ale gdzieś się zgubiła
To musiała być miłość, ale już się skończyła
Od chwili, kiedy się dotknęliśmy, do chwili, kiedy przeminął jej czas

Ciąg dalszy za dwa tygodnie

Stuart słucha muzyki 2

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner czytają Stuarta

Czasem co środę, czasem co drugę środę prezentuję tu muzykę cytowaną przez Joannę w jej sequeleu Stuart. Stuart numer 6 rozpoczyna się od cytatu muzycznego z festiwalu The sound of music. O piosence jest też mowa w tekście i, o dziwo, dowiadujemy się, że bohater serialu wcale jej nie lubi, wydaje mu się patetyczna i egzaltowana. Gdy odsłuchacie piosenki (soundtrack z filmu), będziecie musieli się z nim zgodzić. Ta historia z lat 30 jest do dziś poruszająca, ale musical z roku 1959 i film z roku 1965 są jak na nasz gust okropnie staroświeckie. Muzyka Richard Rodgers, tekst Oscar Hammerstein.

Climb every mountain, ford every stream,
Follow every rainbow,’ till you find your dream.
A dream that will need all the love you can give,
Every day of your life for as long as you live.

Wspinaj się na każdą górę, pokonuj każdy potok,
Idź za każdą tęczą, dopóki nie znajdziesz swojego marzenia
Marzenia, które będzie potrzebowało całej twojej miłości,
Każdego dnia w życiu, tak długo, jak będziesz żył.

Również muzyczne motto Stuarta numer 7 jest nie tylko cytatem, lecz wiąże się z treścią odcinka. Stuart gra bowiem w Wellington główną rolę w musicalu Jesus Christ Super Star (Andrew Lloyd Webber, 1971).

Every time I look at you I don’t understand
Why you let the things you did get so out of hand
You’d have managed better
if had it planned
Why’d you choose such a back ward time
and such a strange land?

Za każdym razem, kiedy na ciebie patrzę
Nie potrafię zrozumieć
Dlaczego pozwoliłeś, by rzeczy, które robiłeś
Tak bardzo wymknęły ci się spod kontroli
Lepiej byś temu podołał, gdybyś postępował według planu
Dlaczego zdecydowałeś się wybrać tak odległy czas i taki dziwny kraj?

To wersja filmowa z lat 70. Judasza gra Carl Anderson, Jezusa – Ted Neeley. A to Judasz po polsku, w innej piosence z Jesus Christ Super Star (Haeven on their mind):

Stuart się ciągle przeprowadza, a lotnisko pojawia się niemal w każdym odcinku. Numer 8 zaczyna się od pytania Roda Stewarta: So far away

Doesn’t anybody stay in one place anymore
It will be so fine to see your face at my door
And it doesn’t help to know you’re so far away

Czy nikt nie zostaje w tym samym miejscu?
Tak dobrze byłoby zobaczyć cię w drzwiach
To, że wiem, że jesteś daleko, wcale mi nie pomaga

Ciąg dalszy za dwa tygodnie

Źródło wszelkiego zła

Merkanty Kramarczyk

Po Tempelhofie krąży Strzyga. Zapuszcza się też chętnie na Kreuzberg lub do Mitte. Czasem pielgrzymuje via Santiago de Compostela, kiedy indziej dziarsko maszeruje ku Aleppo. Poza tym buszuje w sieci, udziela się aktywnie, administruje blogami – jak tym oto chociażby. A wszędzie, gdzie się pojawi, mami, zastawia pułapki i chwyta w nie różnych łatwowiernych, naiwnych tudzież prostolinijnych. Na przykład mnie.

Ale to nie ona jest tytułowym źródłem wszelkiego zła, choć stworzenie takiej literackiej konstrukcji byłoby niezwykle kuszące. Przeciwnie: stała się źródłem dobra. Dobrego przekładu z niemieckiego, konkretnie. Dobrego i ważnego, przynajmniej dla mnie. Dzięki niemu powstanie artykuł naukowy, nudny i napuszony, choć dla mnie, jak wspomniano, ważny. Mniejsza o to, że poza mną i recenzentem nikt inny go nie raczej przeczyta. Nic nie szkodzi, albowiem sam akt jego tworzenia jest dla mnie wystarczająco przyjemną nagrodą – ot, taka dewiacja.

Ale niczego na tym świecie nie masz za darmo! Owszem, dałem się omamić i podpisałem cyrograf! Lub raczej, by być trendy, trzeba by rzec, że „zrobiliśmy deal”.

– Jak mogę Ci się odwdzięczyć?
– Napisz coś na blog.
– Przecież nie umiem, to nie moja działka!
– Umiesz umiesz, nie rozczulaj się nad sobą.
– Ale co? No co, kurna?!
– Skomentuj jakąś piosenkę, to ostatnio modne na tym blogu.

I nawet podała, Strzyga przebiegła, listę preferowanych autorów i kompozytorów, taką, nie przymierzając, „Gottbegnadeten-Liste” (zgadnij kotku, skąd to).

Co mam robić? Nie poddaję się, argumentuję, tłumaczę:

– Ale przecież co tu komentować? Ktoś tu już na blogu napisał trafnie, zdaje się z okazji zamieszczenia utworu do słów Leśmiana, że „albo się to czuje, albo nie”.
– Nie filozuj! I ma być coś dobrego, byle czego nie przyjmuję.

Uwierzcie mi, dyskusja ze Strzygą-krwiopijczynią to przedsięwzięcie z góry skazane na porażkę. Zwłaszcza, jeśli tę dyskusję podejmie ktoś prostolinijny i dobroduszny, dla kogo „słowo droższe pieniędzy” i który ze swych zobowiązań zawsze się wywiązuje.

No więc co mam robić!? Chyba po prostu wybiorę utwór wybitny, może się za nim schowam i mizeria mych komentarzy nie będzie się tak rzucać w oczy. Zdecyduję się na autora ze strzygowej (strzyżej?) listy: Kaczmarski to zawsze dobry pomysł. Jeden z mych dobrych znajomych, człek wysokiej kultury i erudyta, którego trudno posądzać o ignorancję, twierdzi, że „jak wiadomo, zna się tylko kilka podstawowych szlagierów, głównie tych politycznych”. To niewątpliwie słuszna uwaga. Faktycznie, Jacek Kaczmarski – bard Solidarności – jest znany niemal każdemu: „Mury” wszyscy nucili, takoż „Sen Katarzyny II”. Na „Obławę”, stylowo wyskrzeczaną przy akompaniamencie gitary na wspólnym ognisku, nie ja jeden rwałem laski (mam nadzieję, że inni chociaż z lepszym skutkiem). Ale Jacek – subtelny poeta i filozof – znany jest już znacznie mniej. A szkoda!

Dlatego zaproponuję utwór mniej znany. Taką mam przynajmniej nadzieję. To jedna z tych pieśni, która skutecznie wyleczyła mnie z prób tworzenia własnych piosenek. Skoro wiadomo, że nawet nie zbliżę się do takiego poziomu, to lepiej, dla dobra poezji i świata, dać sobie spokój.

No to komentujmy. Od dawna już nie czytam (ściślej: od czasu do czasu czytam, żeby się utwierdzić w przekonaniu, że dobrze czynię, nie czytając) komentarzy pod różnymi tekstami, artykułami czy wypowiedziami zamieszczonymi w internecie. Wiadomo, że połowa komentujących będzie „za”, a druga „przeciw”, przy czym jedni i drudzy będą jednakowo wulgarni. Hejt mnie już nie przeraża, ale po prostu męczy. Nienawiść jest powszechna. Wydaje się, że właśnie nienawiścią określamy swoje miejsce w świecie, swoje umiejscowienie w społeczeństwie: „Odi, ergo sum”! Tak jest wszędzie. Polacy nie wyróżniają się w tej dziedzinie, choć mamy chyba jednak pewną specyfikę. No bo popatrzcie: większość polskich słów naładowanych negatywnie zawiera głoskę „r”, która pomaga emocje uzewnętrznić i rozładować. Okrrrrropny. Cholerrrrra jasna. Durrrrrnowaty. Wrrrrredny. Strrrrraszny. Wkurrrrrwiasz mnie. Popierrrrrdóła. Spierrrrrdalaj skurrrrrwysynu. I temu podobne. A „nienawiść”? Brzmi słodko i miękko. Jak „miłość”. Jak „niewinność”!

Nienawidzimy się nawzajem ochoczo, oceniamy łatwo i pospiesznie, bez zabawy w subtelności. Karmimy się stereotypami, ciężko nam „posądzić” bliźnich o dobre intencje. Inna sprawa, że stereotyp, jak to stereotyp: coś w nim jest na rzeczy i coś w nim na rzeczy nie jest. Nieraz te zarzuty zawierają ziarno prawdy. Nieraz nawzajem się do nienawiści prowokujemy. Zwłaszcza, gdy zamiast poglądów i przekonań mamy innym do zaoferowania tylko ideologię i to jeszcze ideologię w wydaniu krzepkich neofitów. No bo co innego, prócz pogardy i nienawiści, mogą wzbudzić hunwejbini wszelkiej maści? Takie różne „Karne pętaki i szturmowcy, Zuchy z Makabi czy z Owupe”. Dziś byśmy powiedzieli raczej – „z ONRRRRR” (patrzcie Państwo, jak to się łatwo udziela, swoją drogą…).

O tym chyba jest ta piosenka. Rzecz jasna, nie tylko o tym! Mądrale mogą powiedzieć, że to tylko jedna z „warstw interpretacyjnych”. I będą miały rację te mądrale. Bo „Źródło wszelkiego zła” to utwór wielki i można go odczytać na wiele sposobów, a każdy będzie trafny. Ja wybrałem sobie akurat ten, bo aktualnie jest mi najbliższy. Fajnie byłoby się wgłębić w kluczową, ostatnią zwrotkę, ale jak to zrobić? Jak pisać o tych, co „gadają z Krzewem lub Kamieniem” skoro moje osobiste doświadczenie dialogu z Najwyższym przypomina raczej daremne „gadanie do kamienia”?

Wykupuję się przeto analizą pobieżną, naskórkową i schematyczną. Ale mam nadzieję Strzygo, że spłaciłem dług. Spłaciłem?

PS: Spłacił Pan, panie Kramarczyk. Strzyga

Stuart słucha muzyki 1

Ci z Was, którzy czytają Stuarta zauważyli zapewne, że nie tylko jego życie jest związane z muzyką, ale również sama opowieść o nim “żyje” muzyką. Autorka, Joanna Trümner, niemal każdy rozdział książki zaczyna fragmentem piosenki po angielsku i sama ten fragment tłumaczy na polski. Od dawna już miałam ochotę pozbierać te fragmenty, ułożyć z nich antologię, poszukać oryginałów na youtubie i zaprezentować koncert pod tytułem Stuart słucha muzyki. Korzystam więc z okazji, że autorka wyjechała na wakacje, i prawem adminki zajmuję jej środy. Z góry wiem, że nie zdążę przedstawić Wam wszystkiego przed jej powrotem, potem więc zajmę “puste środy” między jednym Stuartem a drugim, bo Joanna pisze tylko co drugi tydzień. A przy okazji (bo nie wiem, czy wiecie) spieszę donieść, że Stuart to taka prawdziwa gazetowa powieść w odcinkach, do której autor tworzy kolejny rozdział najczęściej na pół godziny przed deadlinem.  Tak jak Sienkiewicz pisał Potop.

Pierwszy rozdział opowieści o Stuarcie ukazał się 3 czerwca 2016 roku. Pierwszy odcinek nie miał jeszcze numeracji i nie zaczynał się od poezji śpiewanej przez najlepszych z najlepszych. Numery pojawiają się od drugiego odcinka (do zeszłego tygodnia było ich w sumie 19), muzyczne cytaty od trzeciego.

He deals the cards as a meditation.
And those he plays never suspect

Rozdanie kart to dla niego medytacja,
a ci, z którymi gra, niczego nie podejrzewają

Sting, Shape of my heart (piosenka, która w poniższym wydaniu została odsłuchana na youtubie 9.460.314 razy – 9,5 miliona!)

W Stuarcie 4 piosenka poprzedza podrozdział Rodzina, co mi przypomina, że już wtedy zaczęłam podejrzewać, iż wciągając autorkę do współpracy z blogiem, zdobywam dla nas wszystkich serial bez końca, jak, nie przymierzając, Dynastia czy Matysiakowie. Do 19 odcinka wciąż jest jeszcze tylko Stuart, ale jego przyjaciele i rodzina już się żenią, wychodzą za mąż, mają dzieci, więc niewykluczone, że zaniedługo będą już Stuartowie 🙂

Rodzina

I see a red door and I want it painted black
No colors any more, I want them to turn black
I see the girls walk by, dressed in their summer clothes
I have to turn my head until my darkness goes

Widzę czerwone drzwi i chcę, by były pomalowane na czarno
Nie chcę już więcej kolorów, niech się zamienią w czerń
Widzę na ulicach dziewczyny w letnich sukienkach
I muszę odwrócić głowę – tak długo, dopóki nie odejdzie moja ciemność

The Rolling Stones, Paint it black

To piosenka z 1966 roku (tu wykonana w 40 lat później), którą pierwszy raz świadomie usłyszałam (i przetańczyłam) na studniówce naszych o rok starszych kolegów, czyli w lutym 1966 roku. Pół wieku temu! Z naszego rocznika z każdej klasy na tę studniówkę “u starszaków” zaproszono po dwie trzy osoby, chyba najlepszych uczniów, ale nie pamiętam. Grali Niebiesko-Czarni, założony w naszej szkole zespół muzyczny. Byli już uznaną grupą, mieli za sobą nawet występy w paryskiej “Olimpii”, a wystąpili u nas, bo byli “nasi”, inaczej nie mielibyśmy szans, żeby u nas zagrali. Ich debiut miał miejsce cztery lata wcześniej, w marcu 1962 roku w legendarnym klubie studenckim „Żak” w Gdańsku. Nie byłam tam oczywiście, w 62 roku chodziłam jeszcze do podstawówki. Zaczęłam bywać w „Żaku” właśnie od tej studniówki w 1966 roku, bo mój chłopak, starszy o tę jedną klasę, był wysoki i wzbudzał posłuch, więc nikt nie kontrolował wchodzącej z nim dziewczyny.

Przebojem studniówki była jednak piosenka Niebiesko-Czarnych, że nie wrócisz, ja wiem…

Stuart 5 zaczyna się od słów piosenki Leonarda Cohena, Lawina / Avalanche

It’s like an avalanche, I feel myself go under
And the weight of it’s like hands around my neck
I never stood a chance
My heart has frozen over
And I feel like I am treading on thin ice

To jest jak lawina, czuję jak w niej tonę
A jej ciężar jest jak zaciskające się wokół mojej szyi ręce
Nigdy nie miałem szansy
moje serce powoli zamarzło
I czuję się, jakbym chodził po cienkim lodzie

Ciąg dalszy za dwa tygodnie