Na placu wokół pomników

Ewa Maria Slaska

Od Pałacu Prezydenckiego do Placu Piłsudskiego, czyli Historia dla dzieci

Od razu zapowiadam, zdziwicie się. Albo mną, albo tym co piszę. Bo oto byłam w Warszawie, poszłam więc obejrzeć Pomnik Smoleński, a jak już tam byłam, to chodziłam i chodziłam, przyłączałam się do różnych grup i nie mogłam wyjść z podziwu.

Naprawdę.

Był wprawdzie dzień wkrótce po rocznicy katastrofy smoleńskiej, ale jednak powszedni, było więc mało ludzi i mnóstwo wycieczek. Pomnik stoi samotnie, podobnie zresztą jak i inne pomniki i świadectwa pamięci na tym Placu, który być może jest największym niezabudowanym placem w Europie.

Myślę oczywiście o Placu Saskim, który, jak się okazuje, nosił już w swej dwustuletniej historii kilka niezłych nazw:

  • Plac Saski (1814–1928)
  • Plac Marszałka Józefa Piłsudskiego (1928–1940)
  • Sachsenplatz (maj 1940–31.08.1940)
  • Adolf Hitler Platz (1.09.1940–17.01.1945)[
  • Plac Saski (1945–1946)
  • Plac Zwycięstwa (6.05.1946–1990)
  • Plac Marszałka Józefa Piłsudskiego (1990–2012)
  • Plac marsz. Józefa Piłsudskiego (2012)

Najbardziej interesująca wydaje mi się zamiana Marszałka na marsz. – jedyna nie dyktowana potrzebami politycznymi, tylko gramatyką i pragmatyką. Plac Piłsudskiego to najważniejszy plac w naszym kraju. Niestety jego obecny stan jest mało ciekawy – to nie plac jako centrum miasta czy dzielnicy, jako miejsce spotkań i spacerów, to tylko wielka, bezkształna przestrzeń, na której tu i ówdzie ustawiono pomniki. Plac jest rzeczywiście wielki, ma wymiary 110 m x 105 m czyli powierzchnię ponad hektara. 

Pomników na Placu jest kilka. Po wschodniej stronie stoi pomnik Marszałka (marsz. Józefa Piłsudskiego), wzniesiony w roku 1995 według projektu Tadeusza Łodziany.

W głębi, niejako za moim plecami w momencie, gdy robiłam tę fotę, stoi najsłynniejszy z nich czyli ulokowany w trzech arkadach pałacu Saskiego Pomnik Nieznanego Żołnierza, wzniesiony w roku 1925. Twórcą grobu był artysta-rzeźbiarz Stanisław Kazimierz Ostrowski. Pod koniec wojny grób uległ uszkodzeniu, w roku 1946 został odbudowany i ponownie odsłonięty. Przy Grobie płonie wieczny znicz i służbę pełni warta honorowa.

Na Placu stoi jeszcze Krzyż Papieski

Wikipedia pisze:

Podczas pierwszej pielgrzymki do Polski, 2 czerwca 1979 papież Jan Paweł II odprawił tu mszę świętą. Podczas stanu wojennego układano tam krzyż z kwiatów, wokół którego gromadzili się ludzie. Był on symbolem oporu przeciwko władzom i poparcia dla „Solidarności“. Krzyż był stale likwidowany przez władze. W roku 1981 na placu odbyły się uroczystości pogrzebowe prymasa Stefana Wyszyńskiego. W 1990 w nawierzchnię placu wmurowano płytę upamiętniającą mszę Jana Pawła II z 1979 oraz uroczystości pogrzebowe Stefana Wyszyńskiego z 1981. 6 czerwca 2009 w 30 rocznicę mszy na placu odsłonięto krzyż zaprojektowany przez Marka Kucińskiego, Jerzego Mierzwiaka i Natalię Wilczak.

Nieopodal, samotnie, stoi na placu maszt z polską flagą. No i wreszcie 10 kwietnia 2018 roku, tak jak wszystkie pozostałe pomniki, nieco na uboczu odsłonięto na placu Pomnik Ofiar Katastrofy Smoleńskiej. Niczego to jednak nie zmienia. Plac jest przeogromny i pusty, a w tej pustce grzecznie i nawet niezbyt głośno przemieszczają się wycieczki uczniów lub przedszkolaków, przyodzianych w jasnozielone kamizelki.

Zafascynowana tym widokiem jak z Antonioniego krążę po placu między pomnikami, przyłączając się do kolejnych grupek i słuchając tego, co mówią dzieci i tego, co mówią im dorośli.

I przyznaję – jestem pod wrażeniem. Dorośli organizując dzieciom spacer po tym wielkim placu i potem ulicą gen. Tokarzewskiego-Karaszewicza pod Pałac Prezydencki, planują tę wycieczkę jako lekcję historii Polski, tak jak się teraz rozumie tę historię – Bóg, Honor, Ojczyzna; flaga, ofiary katastrofy, polegli w wojnach; papież, kardynał, krzyż; marszałek, generał i Solidarność.

Spodziewam się więc wielkich słów, stawania na baczność i padania na klęczki. Tymczasem, owszem, jest atmosfera powagi, ale słowa nie są podniosłe, ani egzaltowane, ani nie przenika ich patos, a dzieci jak to dzieci kręcą się, rozglądają na boki, poszturchują. Słuchają i odpowiadają na pytania, ale też dokonują samodzielnej eksploracji. Dorośli są zdumiewająco skromnie obecni w tym wielkim historycznym uczniowskim akcie zdobywania wiedzy. “To jest flaga”, mówi nauczyciel. “Jaka?”, chwila ciszy i odpowiedź, “polska”. Dzieci idą dalej, jakaś grupka zaczyna śpiewać “Jeszcze Polska”, przewodnik obraca się i mówi “to jest hymn, hymnu się nie śpiewa ot, tak sobie”. Przy Grobie Nieznanego Żołnierza, jakiś przewodnik, ale nie ten sam, pyta, “wiecie kto tu leży?” Cisza. Wreszcie jakiś chłopczyk pytająco: “żołnierze?”

Na środku placu jakiś jeszcze inny przewodnik odgrywa z dziećmi scenkę historyczną “Zabory”. Marysia (znowu Marysia) jest Polską, Antoś bierze ją za prawą rękę – to zabór pruski, Franek za drugą – to Rosjanie, Karol zostaje ustawiony za pleckami Polski-Marysi i kładzie jej ręce na ramionach – to Austria. Coś chyba przegapiłam, bo cała klasa macha rączkami, a ja nie wiem, dlaczego? Aha, to powstanie, jedno, drugie, bo potem dzieci mają przez chwilę stać w milczeniu. Potem znowu machają rączkami, co tym razem oznacza, że skończyła się wojna. Karol, Franek i Antoś puszczają Marysię i wracają do kółka. Polska jest wolna. Idziemy dalej.

Idziemy dalej. Wokół pomnika smoleńskiego pod groszkowanymi szybami leży zadeptany piasek. “Tam są groby”, mówią dzieci. Nikt tego nie prostuje. Kilkoro dzieci studiuje listę ofiar. Jedna z dziewczynek pyta niepewnym głosem, “ale dlaczego jest ich tak dużo?”, utleniona i utapirowana nauczycielka, postać wręcz symboliczna, odpowiada spokojnie, “nie uważałaś, Marysiu, już to mówiłam, była katastrofa”. “Ach”, odpowiada Marysia, “samolot się rozbił”.

Może nie jest tak źle?


Brzozy Althammera z twarzą Kaczyńskiego nigdzie nie widziałam.

Z archiwów Andrzeja Rejmana

Andrzej Rejman

Petersburski łącznik cz. II

Otrzymałem niedawno list od Andreja Frołowa, o którego zainteresowaniach pisałem już raz na tym blogu. Jako że stanowi on uzupełnienie wpisu sprzed dwóch lat, a odnosi się do prezentowanych zdjęć Petersburga sprzed ponad stu lat – publikuję go z małymi skrótami.

Andrej pisze:

“…Members of our group are still discussing your wonderful photos – we all admire them, without exaggeration. Some depicted locations were newly determined. So, we have amended our first suggestion that the picture

“Hrebnicki 3_Institutskiy shopping mall” (photo 1) had been taken on Malaja Spasskaja street. Instead,it was Institutskiy Prospekt, clearly visible signboards of various stores led us to this conclusion – all the stores are listed in the phone books of that time (they have been recently scanned by our Russian National Library website). At least one food store is still existing on this place:


HERE

The depicted shopping mall was very close to Institutskiy Pereulok (not Prospekt, these are two different streetnames), where the family of your grandfather probably used to live. You’ve sent two pictures that allow the suggestion about the photographer’s special relationship to the house with the current adress Institutskiy Pereulok 5-9. One of these photos was probably the view from the flat window of Institutskiy Pereulok in the south direction (fot. 2 ). The other photo depicts the house itself (fot 3). There is also a general view of Institutskiy Pereulok in the north direction (fot 4 ). Another picture (fot 5) shows how does it look like right now (was taken on 17th February 2018). The current general view of Institutskiy lane (south direction) should not be missed (fot 6).


The view from the photo “Kemeri_Villa Mitau” (fot 8 ) is not belonging to our neighborhood, it has been taken in the Latvian resort Kemeri (or Kemmern) near Jurmala. One member of our community managed to find an other photo of this marvellous building in the Internet (fot 7).

Oryginalne zdjęcie Hrebnickiego

The next photo (fot 9 ) grants us a rare view of the villa with an informal name “Three wells”. It was located approximately here:

HERE


Thank you very much again for the photos! It was a huge step forward for the local history of our district Lesnoy. I hope our correspondence will continue and I could provide you with the news about depicted locations. …”

Andrej Frolov, St. Petersburg

***
I ja dziękuję Andrejowi za szczegółowe opisy i pasję w kultywowaniu pamięci o jego mieście, które było też miastem młodości moich przodków…

42 stopnie dookoła Globu

U nich lato i upały, a my nie zawsze o tym pamiętamy…

Lech Milewski

Piątek, 19 stycznia

Obudziłem się dość wcześnie (6:30) i miałem szansę przez chwilę rozkoszować się świeżym porannym powietrzem. Temperatura 24 stopnie. Wczoraj popołudniu było 40, dzisiaj ma być 42.

Przed wyjściem z domu włączyłem na chwilę telewizor, a tam już łomotanie tenisowej piłki. Australian Open. Chyba z powodu upałów zaczęli nieco wcześniej.

Spakowałem się, termometr pokazuje 38 stoni, i poturlałem się tramwajem do miasta. Czytam obecnie grubą książkę, więc podróż nie dłużyła się.

Centrum Melbourne – anglikańska katedra św Pawła – na wieży po lewej transparent Let’s Fully Welcome Refugees, ale na budynku po drugiej stronie ulicy wyraźna wskazówka, że przez najbliższe dwa tygodnie Australia jest otwarta dla kogoś innego – Australian Open – wielkoszlemowy turniej tenisowy.

Katedra

Odwracam się, zachodni wiatr zwiastuje piękną pogodę.

Melbourne

Zwracam się we właściwym kierunku, wieże oświetleniowe nad Melbourne Cricket Ground (MCG) – jeden z największych stadionów świata, pojemność ponad 100.000 widzów. Na świecie mówi się o tenisie i Australian Open, ale miejscowi wiedzą swoje – letnia seria rozgrywek krykieta przyciąga więcej widzów niż tenis.

Yarra

Kontynuuję swoje obroty – rowerowa riksza oferuje darmowe podwiezienie pod korty tenisowe.

Riksza

Dziękuję, przespaceruję się. To niedaleko.

Rod Laver

Po kilku minutach jestem naprzeciwko Rod Laver Arena – głównego miejsca tenisowych rozgrywek.

Arena

Nie to jednak jest celem mojej dzisiejszej wyprawy.

Rozglądam się jeszcze dookoła, naprzeciwko Rod Laver Arena znajduje się druga, równie solidna hala sportowa – Hisense Arena, na której również rozgrywają obecnie mecze Australian Open.

Hisense

Po drugiej stronie ulicy hala do koszykówki.

Hala kosza

Nieco w dali kształt kopuł sygnalizuje stadion do piłki nożnej.

AAMI

Powyższe, razem z położonym opodal MCG, oznacza możliwość jednoczesnego obsłużenia ponad ćwierć miliona kibiców. To wszystko w samym centrum miasta.

Co stwierdziwszy odwracam się plecami do sportu i kieruję kroki za rzekę, w cień drzew.

W cieniu

Jak miło, wygląda na to, że czasami los bezdomnego nie jest taki zły.

Ale oto docieram do celu mojej dzisiejszej wyprawy…

Globe

Teatr Globe. Wszak rok temu obchodziliśmy 400-setną rocznicę śmierci Wiliama Szekspira, pamiętacie?

Sztuki teatralne Szekspira trafiły pod londyńskie strzechy w 1592 roku. Tamtejszy rynek teatralny był zdominowany przez wykształconych na uniwersytetach pisarzy – Christopher Marlowe, Robert Greene, Thomas Nashe (grupa ta zyskała później nazwę University WitsKLIK ). Szekspir znalazł oparcie w grupie teatralnej Lord Chamberlain’s MenKLIK . Grupa nie miała stałej siedziby aż do roku 1599, kiedy to wybudowała sobie własny teatr – Globe Theatre – KLIK.
W 1613 roku teatr spłonął, odbudowno go za rok, ale 6 września 1642 roku zdominowany przez zwolenników Oliwera Cromwella parlament nakazał zamknięcie londyńskich teatrów, gdyż uznał, że demoralizują one publiczność lubieżną rozrywką. Dwa lata później Globe został zburzony.
W 1660 roku, po kilkuletniej wojnie domowej, do władzy wróciła dynastia Stuartów i król Karol II wydał pozwolenie na otwarcie dwóch teatrów w Londynie, ale ani Szekspira ani The Globe już nie było.

W 1997 roku londyński teatr The Globe odbudowano – KLIK.

W 2016 roku w Nowej Zelandii wybudowano replikę tego teatru – Pop-up Globe – KLIK, i właśnie on góruje obecnie nad centrum Melbourne.

Co też dzisiaj dzieje się w naszym Globie?

Menu

Pani kierowniczka właśnie odwołuje popołudniowe przedstawienie As you like it. Powód – upał. Jak wam się (to) podoba?
Dla mnie to wiele hałasu o nic. Zbliża się godzina 11 czas na W 60 minut dokoła Globu.

Wchodzę do środka…

The Globe

Nad głową loże dla publiczności. Warto zaznaczyć, że na parterze były (i są) tylko miejsca stojące. Trochę to niewygodne, ale w szekspirowskich czasach dawało to szansę na bezpośredni kontakt z aktorami, którzy często mieszali się z publiką.

Loże

Zadzieram głowę do góry, zimne to angielskie słońce. W dachu jest dziura i tamtędy biją w nas promienie słońca australijskiego.

Sufit

Zaczyna się przedstawienie.
Rok 1643, teatr zamknięty. Na scenę wkracza William Davenant, poeta, zwolennik dynastii Stuartów, uznany przez parlament za zdrajcę i skazany na śmierć, uciekł do Francji, gdzie przyjął katolicyzm. Zmodyfikował też swoje nazwisko na d’Avenant – KLIK.

W Davenant

Następną godzinę wypełnia fikcyjna historia próby przekonania władz, żeby teatr otworzyły. Czego tam nie ma – urzędnicy państwowi, wojsko, tortury, księżniczka Elżbieta Stuart, błagalne modły…

Modły

Tu istotna wskazówka, cromwellowcy nie lubią, gdy się odmawia Zdrowaś Maria.
Wszystko kończy się dobrze, William Davenant obiecuje łapówkę komu trzeba i otrzymuje pozwolenie na wystawienie swojej sztuki.

Ruszam w drogę powrotnę, po drodze zauważam ekran z relacją z Australian Open – Francuzka, Alize Cornet, nie wytrzymała upału.

Gorąco

To znaczy, że prognoza się sprawdziła, 42C w cieniu, a na słońcu blisko 50C. A jak moja kondycja?
Oooo – co te palce u stóp mnie tak pieką? No tak, przed wyjściem z domu posmarowałem się tu i ówdzie kremem, ale o stopach zapomniałem. W teatrze była dziura w dachu, słońce padało mi na stopę i przypiekło. Nic takiego.

Chwileczkę, co za przestarzałe podejście. Jeśli jest potrzeba, to musi być odpowiedź. Tu można się nasmarować – i to za darmo.

Klim

Miła ulga. Zwróćcie państwo uwagę na nazwę dobroczyńcy, pionowy napis po lewej stronie – KLIM. Czy Wam to coś mówi?
Australijczykom mówi to wiele – Klim – Michael Klim – KLIK. Urodzony w Gdyni pływak, reprezentant Australii, wielokrotny mistrz i rekordzista świata, dwukrotny złoty mistrz olimpijski.

Błogosławiąc w duchu rodaka, dojeżdżam do swojej dzielnicy, w głowie nadal szumią mi sceny z teatru, nie moge się oprzeć i nie zboczyć nieco z drogi.

Skrzyżowanie

Ulice Ireland i Cromwell – trudno sobie wyobrazić bardziej konfliktowe skrzyżowanie.
Nie mogę się nadziwić, że miliony mieszkających w Australii Irlandczyków to tolerują, że nie zażądali decromwelizacji nazw ulic.

Co kraj to obyczaj.

New York, New York

Andrzej Rejman

Nowy Jork śni mi się conajmniej kilka razy w roku…

Nie byłem tam i nie wiem, czy będę, ale związki czuję jakieś duchowe, nieokreślone, metafizyczne…

Własciwie jakbym tam był. W snach przechadzam się ulicami, wchodzę do mieszkań, spoglądam w górę na szczyty wieżowców, prowadzę samochód, dokądś się udaję, spotykam się z kimś… światło nieokreślone, czasem noc lub zmierzch, półmrok lub pełne słońce…

Wszystko tak realnie, że czasami wydaje mi się (we śnie), że tym razem już naprawdę nie śnię…

Jedną z moich ulubionych pocztówek (zbierałem pocztówki kiedyś…) jest ta, przedstawiająca Empire State Building o zmierzchu, (pewnie widok z Rockefeller Plaza).

Pocztówka przyszła pocztą lotniczą od ojca, który podróżował po USA latem 1966 roku, gdy miałem niespełna 10 lat.

Empire State Building ukończony w 1931 roku, był w 1966 roku wciąż najwyższym budynkiem na świecie. Dziś jest wciąż trzecim najwyższym budynkiem w Nowym Jorku.

Rozpoznawalna iglica budynku, w stylu art déco, pierwotnie była zaprojektowana jako punkt cumowania sterowców. Testy wykonane ze sterowcami dowiodły jednak, że jest to niepraktyczne i niebezpieczne ze względu na silne podmuchy wiatru oraz wielkość budynku.

Empire State Bulding stoi na roku Piątej Alei i 33 ulicy Zachodniej.

Adres budynku to 350, 5th Ave, New York, NY 10118.

W odległości dwóch mil na tej samej Piątej Alei jest budynek w którym do ostatnich chwil życia mieszkała Sara Teasdale, poetka, o której pisałem tu już kilkakrotnie.

To początek Piątej Alei – 1, 5th Ave, New York, NY 10003, czyli budynek nazywa się po prostu ONE Fifth Avenue…

Gdy Sara Teasdale tu zamieszkała, Empire State Building miał być zbudowany dopiero za kilka lat.

Widok obecny – apartamenty przy Piątej Alei, numer 1

Ten dwudziesto-siedmio-piętrowy budynek, ukończony w 1927 roku stoi do dziś.

Tu swoje atelier miał znany fotograf Robert Mapplethorpe.

Tu była restauracja “One Fifth” która występuje w filmie Woody Allena “Crimes and Misdemeanors” (“Zbrodnie i wykroczenia”, 1989) teraz o nazwie “Otto” .

http://ny.ottopizzeria.com

Przedtem stał tam elegancki czteropiętrowy dom, którego ciekawą historię można przeczytać tu:

http://daytoninmanhattan.blogspot.com/2015/02/the-lost-wm-butler-duncan-house-no-1.html

W domu tym mieściła się znana szkoła dla dziewcząt, prowadzona przez Lucy and Mary Green. W szkole wykładał współpracownik prezydenta Theodore Roosevelta, Sekretarz Stanu Elihu Root, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, oraz uczęszczała Jennie Jerome (ur. w 1854 r. w N. Jorku) – matka Winstona Churchilla.

A jeden z wierszy Sary Teasdale o Nowym Jorku odnosi się w jakimś sensie do widoku ze wspomnianej na wstepie pocztówki…

Evening: New York (Sara Teasdale)

Blue dust of evening over my city,
Over the ocean of roofs and the tall towers
Where the window-lights, myriads and myriads,
Bloom from the walls like climbing flowers.

Wieczór: Nowy Jork

Niebieski kurz wieczoru ponad moim miastem,
Nad oceanem dachów i wysokich wież
Gdzie światła okien, miriady i miriady,
Oplatają ściany jak kwitnący rdest.

(tłum. Anna Ciciszwili)

Nowy Jork. Widok z Empire State Building w stronę East River, widoczny budynek ONZ; sierpień 1966 fot Aleksander Rejman (zeskanowane ze slajdu…);

grudzień 2017 fot Tomasz Rejman

Christmas in Weißrussland/ Belarus/ Białoruś/ Беларусь

W samą wigilię Bożego Narodzenia (24 grudnia, czyli 6 stycznia według kalendarza juliańskiego), zwaną po rosyjsku soczelnikiem, obowiązuje prawosławnych najostrzejszy post w ciągu tych 6 tygodni. Powstrzymują się wówczas cały dzień od jedzenia. Wieczorem spożywa się kutię, zwaną biedną (postną). Kutia bogata ze specjalnymi dodatkami spożywana jest dopiero w noc noworoczną, czyli z 13 na 14 stycznia i w uroczystość Chrztu Pańskiego (19 stycznia).

Johanna Rubinroth & Tanja Krüger

Vom Siegesstern zum Weihnachtsstern / Od Gwiazdy Zwycięstwa do Gwiazdy Betlejemskiej

Przed świętami w Londynie

Zbigniew Milewicz

Londyn przedświątecznie

Kiedy w lipcu tego roku Książę William wraz z małżonką Kate odwiedzili kurtuazyjnie Warszawę i Gdańsk, a później Berlin, aby ocieplić brexit, który rzucił cień na Wielką Brytanię, od razu pomyślałem o rewizycie. Tylu Polaków wyjeżdża od lat na Wyspy, a ja do tej pory tylko palcem po mapie, trochę wstyd. Oczywiście najbardziej ciekaw byłem Londynu, jego pomników bogatej historii oraz współczesności i prawdopodobnie jeszcze tylko Asia, moja współtowarzyszka podróży, leciała w tym samym celu, reszta pasażerów wizzaira niechętnie wracała z domu do pracy w Anglii. Takie przynajmniej sprawiali na mnie wrażenie: szare, osowiałe twarze bez wyrazu, drętwe pozy w fotelach poczekalni lotniska, zero komunikacji między sobą, bardziej przypominali roboty niż ludzi. Ale może winna temu była wczesna pora dnia, kto o szóstej rano późną jesienią ma skowronkowy nastrój…

Ponieważ Śląsk nagle zaatakowała śnieżna zima i nasz samolot wymagał odlodzenia, odlecieliśmy z Pyrzowic z pewnym opóźnieniem, kiedy więc również po czasie przybyliśmy do Luton, na peryferiach Londynu, gdzie startują i lądują samoloty tanich linii, Asia dostała od Basi żartobliwego smsa, z którego wynikało, że orkiestra gwardii królewskiej nie mogła na nas niestety dłużej czekać, bo ma napięty terminarz koncertów, ale zapraszają do Pałacu Buckingham. O Basi, z którą Asia była rodzinnie spowinowacona, będzie później. Osobiście nie mogła nas odebrać z lotniska i zawieźć do hotelu, bo w tym czasie pracowała, miał to zrobić jej partner, ale dzień wcześniej rozkraczył mu się samochód, więc musieliśmy radzić sobie sami. Mieliśmy dobry przewodnik Berlitza po Londynie z planem miasta oraz nawigację w telefonach komórkowych, mój angielski nie był co prawda na piątkę, ale jakoś się nim dogadywałem w prostych sprawach, teoretycznie więc zadanie wydawało się łatwe. Autobus zawiózł nas dworzec Victorii, stamtąd do Earl`s Court, gdzie zarezerwowaliśmy hotel, były zaledwie cztery stacje metrem, tylko najpierw trzeba je było znaleźć. Jakiś roztargniony Włoch posłał nas w złym kierunku i straciliśmy ponad godzinę, żeby dotrzeć do celu, który znajdował się pięć minut od dworca autobusowego. Tyle samo mniej więcej szło się z metra do naszego hotelu przy Collingham Place, ale gdyby nie pewna miła dziewczyna z Mazur, pracująca w zieleni miejskiej, nigdy byśmy tego adresu w plątaninie bliźniaczo do siebie podobnych i kiepsko opisanych uliczek nie znaleźli.

Pod względem standardu był to właściwie trzypiętrowy pensjonat i należał do pewnej egipskiej sieci hotelowej. Sprzątaniem numerów i przygotowywaniem śniadań zajmowały się dwie sympatyczne kobiety z Ukrainy i Litwy, a robiły to bardzo sumiennie. Wprawdzie monotonia kontynentalnych śniadań nie budziła zachwytu gości, ale głodny nikt od stołu nie odchodził; co zaś do naszego pokoju, który był niby dwójką, można powiedzieć, że nadawał się do zamieszkania przez jedną osobę – miał maciupeńką łazienkę, za to cena 327 funtów za pięć noclegów była, jak na centralny Londyn, bardzo umiarkowana. Do tego hotel miał świetną lokalizację między Kensington i Chelsea w zachodniej części miasta, tylko sześć stacji metrem od zabytkowego Westminster.

W naszym przewodniku Londyn Step by Step jest dwadzieścia tras wycieczkowych, pierwszą proponuje się tym, którzy jeszcze nigdy nie byli w mieście nad Tamizą i chcą obejrzeć najważniejsze zabytki związane z rodziną królewską i polityką, więc pójdziemy z Asią tą właśnie trasą. Trochę nie w takim szyku, jak chce przewodnik, ale będziemy się starali dotrzeć wszędzie, będziemy na pryncypialnej Whitehall, w wartowni Horse Guards, obejdziemy siedzibę Izby Lordów i Izby Gmin w Pałacu Westminsterskim, z niestety milczącym od kilku tygodni Big Benem, który przechodzi kurację odmładzającą, zajrzymy przez stalową bramę na Downing Street do siedziby premiera, a właściwie premier, i przez St. James`s Park dojdziemy na Trafalgar Square ze słynną kolumną Nelsona, skąd powinno się zaczynać tę trasę. Zmianę warty przed królewskim Pałacem Buckingham zostawiamy sobie na inny dzień. Po dwóch dniach dreptania, kiedy sił nam nieco ubyło, a turystycznych zamiarów przybyło, kupujemy jedną z licznych ofert City Tour. Agentka w czerwonym skafandrze, bo taki kolor ma nasza linia autobusowa i tradycyjny londyński piętrus, którym pojedziemy, jest Polką. Z tej okazji za 20 funtów od łebka dostajemy bilety na 48 godzin, a nie standartowo na 24 – doprawdy, miło się handluje w Londynie. Zwyczajowo w Sightseeing Bus Tours na całym świecie można na dowolnym przystanku zrobić sobie przerwę w podróży, żeby coś dokładniej obejrzeć, albo przekąsić, a później kontynuować jazdę innym autobusem firmy. Tak też robimy, najpierw pod monumentem, upamiętniającym słynny pożar Londynu w 1666 roku, o czym swego czasu pisałem na tym blogu, później pod Katedrą Św. Pawła w City, miejscem zaślubin i wiecznego spoczynku wielu brytyjskich osobistości, na London Bridge i Tower of London…

Linia niebieska przecina się wielokrotnie z czerwoną, ale prowadzi w inne, miejsca, m.in. do Buckingham Palace, który jest częściowo udostępniony turystom do zwiedzania, ale tylko latem, teraz tylko można na niego popatrzeć zza stalowych prętów ogrodzenia. Do Hyde Parku, gdzie trafiamy na kolorowy, bożonarodzeniowy jarmark, do wytwornych, drogich sklepów i salonów mody na Piccadilly, czy na Oxford Street, podobno najruchliwszej, zakupowej ulicy Europy, gdzie zjeżdżają się na shopping ludzie z całego świata. W Oxford, miejscowości położonej 80 kilometrów na północny zachód od Londynu i słynącej przede wszystkim z najstarszego, anglojęzycznego uniwersytetu świata, studiowało wielu znanych ludzi i takich, którzy dopiero pracują nad swoim zawodowym sukcesem, w tym naszych rodaków. Radek, wnuk mojego starego druha Edmunda, studiował tam inżynierię budowy maszyn, doktorat uzyskał w dziedzinie biochemii, oglądałem pięknie oprawiony egzemplarz jego pracy doktorskiej w Monachium, ofiarowany dumnemu dziadkowi, dziś mieszka i pracuje naukowo w Bostonie w USA, zajmuje się białkiem i idzie mu to podobno dobrze. To tak na marginesie Oxfordu, a wiecie Państwo skąd ta nazwa ? Ox to wół, a ford znaczy bród, w tym miejscu nad Tamizą była kiedyś faktycznie przeprawa przez rzekę. Woły musiały się ciężko napracować, aby ją pokonać, a czymże innym jest nauka na dobrej uczelni? Warto jednak taki trud podjąć.

Basia, której największą pasją w życiu jest artystyczny taniec, mieszka w Londynie od dziesięciu lat i ma za sobą zupełnie inną drogę, niż Radek. Wyjechała do Anglii, bo na Śląsku zwyczajnie się dusiła, nie widziała dla siebie możliwości rozwoju. Z natury otwarta w stosunku do ludzi, zawsze miała do nich szczęście, na lotnisku w Heathrow montowano akurat nową ekipę do odprawy pasażerów, kierował tym człowiek, pochodzący z Piekar Śląskich, a więc współplemieniec i dał Basi szansę, tylko musiała mocno przyłożyć się do angielskiego. Dziś sama prowadzi na Heathrow szkolenia personelu – jak się czegoś bardzo chce, to się udaje. Mieszka ze swoim przyjacielem Andrzejem i ich kilkuletnim synem w wynajętym domu, kilkanaście minut drogi autobusem od miejsca pracy. Andrzej jest z Gdańska, dorabia w branży motoryzacyjnej. Popijamy różowe, delikatne winko pod english pudding i koreczki serowe, Basia gościnnie proponuje jeszcze pizzę, ale chyba już za późno. Maluch jest wychowywany bezstresowo, więc choć pora najwyższa spać, rozrabia na całego. Pokoik na górze wynajmują koleżance Basi z pracy, na dole kwateruje jeszcze chłopak z Ukrainy, ale rzadko go widują, bo prawie całą dobę pracuje „na zmywaku”, tak się żyje. Żegnamy się, oni rano do pracy, my na dalsze zwiedzanie Londynu, dziewczyny spotkają się znowu za niedługo w Polsce, bo Basia chciałaby Boże Narodzenie spędzić z rodzicami.

Boże Narodzenie widać już w Londynie wszędzie, pięknie oświetlone, różnych rozmiarów dekoracje wabią przechodniów przed wejściami do sklepów, teatrów, pubów i kin. Wieczorem cały Londyn wygląda jak ogromna, magiczna choinka, z każdej perspektywy inna i bardziej obiecująca, raz strojna, jak nieśmiała panna młoda, innym razem jak lubieżna kurtyzana, w Soho na przykład… Mają swój powab wąskie uliczki nad Tamizą, kiedy miniesz zacumowany statek Belfast – muzeum z czasów II wojny światowej i pójdziesz nabrzeżem dalej na zachód. W pewnym momencie wydaje Ci się, że jesteś w Wenecji, wszędzie kanały, śluzy, nadwodne cuda architektoniczne, mosty pontonowe, barki mieszkalne, żurawie…

Niedaleko stamtąd do Sky Garden, platformy widokowej, usytuowanej na 36 piętrze wieżowca, nazwanego z racji kształtu walkie talkie. Jest to usytuowany na kilku poziomach egzotyczny ogród botaniczny z kawiarniami i pubami, z którego widać Londyn z góry i wjazd nic nie kosztuje. Będziemy tam w niedzielę, dzień przed odlotem, ale podoba się ot, tak sobie, może z racji trochę mglistej pogody i dosyć obcesowej odprawy przed wejściem do windy. Mało profesjonalna jest również obsługa w barze, chociaż ceny mają tam już podniebne.

– Co ci się najbardziej w Londynie podobało? – pyta mnie Asia w powrotnej drodze.
– Chyba ci bezdomni, co spali na ławkach w kościele, w żadnym polskim czegoś takiego jeszcze nie widziałem – mówię.

Chodziło mi o zabytkowy, anglikański kościół St. James`s Piccadilly, w którym w dzień bezdomni mogli schronić się i ogrzać. Nikomu ze zwiedzających ani wiernych to nie przeszkadzało, a ewangelista, św. Mateusz cieszył się, że zrobiono to, o czym nie zapomniał był napisać, że byłem bezdomny, a daliście mi schronienie w swoim domu…

Pogoda w Londynie na przełomie listopada i grudnia była bowiem bardzo wietrzna, co dodatkowo potęgowało nieprzyjemne uczucie wilgoci i zimna, które ciągnęło znad Tamizy. Bardzo podobały mi się także napisy przed wejściem na jezdnię, żeby patrzeć w prawo…

Od Adminki:

Podpisy pod zdjęciami zaproponowane przez autora nie dadzą się włożyć pod obrazki, a “za to” WordPress układając galerię zdjęć, pomieszał je dokumentnie. Pomyślałam, że podam tu te podpisy luzem, a niech już sobie czytelnicy, w ramach zabawy świątecznej, je przyporządkują:

Przed Pałacem Buckingham (trzy zdjęcia)
Statek-muzeum Belfast
Wszędzie już bożonarodzeniowy nastrój…
…także w metrze
i w Soho… (dwa zdjęcia)
Monument ku pamięci wielkiego pożaru Londynu…
Moja wspaniała towarzyszka podróży w świątecznej oprawie
Sport to zdrowie
Uliczki nad Tamizą nie dla grubasów…
… ale wyjątkowo urokliwe
Jeszcze raz Belfast
Londyńska Wenecja (dwa zdjęcia)
Tower Bridge
No, można wyjść z domu na taką werandę…
I żeby nikt mi nie zarzucił, żem prostak…

Me in seven pictures

Ewa Maria Slaska

#blackwhitechallenge

Last week I took part by a social play on the Facebook. Nothing special or extraordinary. Social play. Sometimes you have to list your favorite books or films, bake your own bread or pour cold water on your head. This time I had to publish on Facebook seven black and white pics from my life. No people, no pets, no explanation. Just pics. It makes sense, belive me.

You do not make it by your own will, you have to be challenged. And in a turn everyday you challenge somebody.

I show you here my seven pictures. They say a lot about me. I know it. I choose them carefully. But you? Do you see me in those pics? Make subtitle to those photos. Sentences or words. One or more. I will use them here.

It is a challenge! And there will be a prize for doing it 🙂

Subtitles from Andrzej Rejman

steadily uphill


nevertheless optimistic

rays of light and art


melting in space


emerge from the darkness


durability and stability


 hidden me

Subiektywny bardak na skos I

Tomasz Fetzki

Dobre wychowanie to balast i przekleństwo. Prosi Szefowa Blogu: opisz tę naszą podróż. Normalnie by człowiek coś chamowato odburknął, przypomniał, że przecież do znudzenia powtarza, iż źródło inspiracji mu wyschło. Ale co? Kobiecie odmówisz? – pyta sumienie, czy raczej uciążliwe superego. Kurde, nie odmówię. I teraz się człowiek musi męczyć.

O tej podróży już kiedyś Wędrowiec TUTAJ wspominał. Warto jednak dodać kilka istotnych informacji. W Lublinie Viator (któremu towarzyszyła wierna i najwspanialsza pod słońcem Viatorka) wraz z Szefową Blogu na konferencji naukowej opowiadał o naukowo- i kulturowotwórczych aspektach blogowania (tak, tak, na to się porwaliśmy!)
I wymyślił sobie, że skoro już zajechał tak daleko, to wracając zobaczy kilka miejsc, których dotąd nie miał okazji odwiedzić, a które odwiedzić trzeba, przecinając Polskę na skos – od Lublina do Świebodzina. Że zaś Viatorka i Szefowa Blogu nie miały nic naprzeciwko, a wręcz z entuzjazmem przyjęły tę propozycję, decyzja została podjęta.

Viator Fetzki zasiadł do pisania, nie Karl Baedeker. Przeto nie oczekujcie systematycznego opisu trasy, zabytków, historii. Możecie jedynie liczyć na ciąg asocjacji i refleksji, jakie odwiedzane miejsca wzbudziły w głowie Pielgrzyma. A że ta głowa kryje prawdziwy śmietnik wiedzy różnorodnego kalibru, różnej wagi i rozmaitej wartości, przeto i ciąg asocjacyj chwilami zaczyna przypominać wielki bardak. Trudno. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Aha, jeszcze jedno! Zebrało się tego tyle, że tekst trzeba było podzielić na kilka odcinków. Konkretnie – na trzy.

***

Wstajemy skoro świt. Obfite śniadanie (bo w trasie nie będzie czasu na obiad) spożywamy w pośpiechu (gdyż czas goni) i w drogę. Wczesnym wieczorem musimy być w Zielonej Górze: kupiliśmy bilety na koncert Piwnicy pod Baranami i nie ma takiej opcji, byśmy się spóźnili. Opuszczamy pensjonat na przedmieściach Świdnika. Usytuowany tuż przy drodze ekspresowej ku Chełmowi wiodącej. Częścią tej ekspresówki jest obwodnica Lublina, nie było przeto potrzeby przedzierania się przez miasto. Parę kilometrów wygodnej dwupasmówki, potem zjazd i zakręt w prawo, znaczy się – na północ. Jeszcze kilkanaście minut i dojeżdżamy do pierwszego celu naszej wędrówki.

Viator zaczyna nucić piosenkę, którą usłyszał pierwszy raz jakieś trzydzieści lat temu i, z nie do końca zrozumiałych względów, pamięta świetnie do dziś. Ot, bardak w łepetynie. Piosenkę o Lubartowie, do którego dziś zawitał wreszcie po raz pierwszy. Jedzie więc ulicami miasteczka i podśpiewuje: Oj wej, w Lubartowie, najpiękniejszy w świecie świat! Piosenka w sumie głupawa (w tamtych latach Rosiewicza stać było na znacznie więcej, co niejednokrotnie udowadniał), ale właściwie sympatyczna. I ten szmonces: wszyscy chętnie lubią czosnek. No, urocze. Nie ma co się tu wykazywać rewolucyjną czujnością i doszukiwać złych intencji. Zresztą, ponoć byli tacy, którzy nawet Sęk Dziewońskiego i Michnikowskiego oskarżali o antysemityzm. Sęk… A pamiętacie, jak on się zaczyna? Viatorowy łeb zachował i ten szczegół, aby teraz go wyrzucić na powierzchnię:

Hallo! Proszę pani, ja poproszę zamiejscową: Lubartów czydzieści czy!  

Jakaś magia tkwi w tej nazwie, nieprawdaż? Zanim zanucicie piosnkę z Wędrowcem, posłuchajcie jeszcze dwóch uwag. Raz, że filmik dość dobrze oddaje charakter miasteczka, zwłaszcza piękno Pałacu Sanguszków i parku przypałacowego. Trójka Podróżników obejrzała je sobie uważnie, choć tylko przez okna samochodu – wszak czas goni. Dwa: w pewnym momencie klipu (około 1 min. 20 sek.) fotografia lotnicza prezentuje meandry Wieprza, nad którym leży Lubartów. Podróżnicy rzeki nie widzieli, ale ten Wieprz jeszcze kilkakrotnie powróci w naszej opowieści. No, to posłuchajmy:

Ale nie ma na filmie innego ważnego lubartowskiego zabytku. Takiego, że Viator, mimo limitów czasowych, musiał, bodaj na chwilę, wysiąść z samochodu. Kapucyński kościół pw. św. Wawrzyńca. Pośpiech pośpiechem, a barok toskański barokiem toskańskim.

1a-b-lub

Znajduje się bowiem w bardaku Viatora także ogromny sentyment dla tego stylu: barokowa, a przecież po franciszkańsku skromna bryła świątyni, ołtarz bez nadmiaru zdobień, a przy tym w kolorach surowego drewna, bez śladu polichromii… Można by patrzeć bez końca. Ale czas nagli.

Dalej na północ. Przekraczamy most na Wieprzu i wjeżdżamy do kolejnego miasteczka nabrzmiałego znaczeniami.

2-lubKock. Zanim dotkniemy (muśniemy raczej; ach ten okrutny czas!) wielkiej historii, najpierw mała zabawa w gender. Na rynku stoi święta figura. Z daleka trudno stwierdzić: mężczyzna czy kobieta, Chrystus czy jego Matka? Długie włosy, szaty, krzyż w dłoni pasują do obojga. Nikt z Trójki Podróżników nie był pewien odpowiedzi aż do ostatniego momentu, mimo iż obejrzeli statuę ze wszystkich stron, okrążając rynek. Dopiero z bliska widać wyraźnie, iż z niewiastą mamy do czynienia. Maryja… z takim przekonaniem opuścili miasto. Tymczasem co nagle, to po diable. Jak później doczytał Viator, w rzeczywistości była to święta Helena, mamusia cesarza Konstantyna.

Trochę się pokręcili (autem, rzecz jasna) po miasteczku, pełni admiracji podumali przed Pałacem Jabłonowskich (oficyny piękniejsze chyba, niż budynek główny). Na szukanie Domu Cadyka Morgensterna czasu już nie stało. Pole bitwy czeka! Tylko której? Wszak na przestrzeni 120 lat pod Kockiem rozegrało się ich aż sześć! Najważniejsze są jednak, przynajmniej w przekonaniu Pielgrzyma, dwie: pierwsza i ostatnia. Anno Domini 1809 roku w potyczce z Austriakami poległ tutaj pułkownik Berek Joselewicz. Ktoś ma ochotę kwestionować szczerość patriotyzmu starozakonnego kawalerzysty, walczącego za Polskę pod Kościuszką, Dąbrowskim i Kniaziewiczem? Serce się rwie, by podjechać te kilka marnych kilometrów ku Białobrzegom i mogiłę Pułkownika odnaleźć, ale czas… Czas bezlitosny! Odwiedźmy więc chociaż pomnik bohatera ostatniej z bitew: generała Franciszka Kleeberga!

3-lub

Pomnik stoi w pobliżu cmentarza, na którym pochowano żołnierzy poległych w październiku 1939 roku, w ostatniej bitwie ostatniego regularnego oddziału armii II Rzeczpospolitej. Prochy Generała który, jak powszechnie wiadomo (przecież nie tylko Viator słuchał i czytał o tych sprawach) zmarł w niemieckiej niewoli, spoczęły wśród jego podkomendnych w roku 1969. Na odwiedziny cmentarza czasu oczywiście nie było, lecz przed pomnikiem (piękny ten pomnik pod względem artystycznym; dalsza wędrówka przekona nas, że nie zawsze tak być musi, niestety) Trójka Podróżników chwilę podumała.

O czym myślały Viatorowa i Blogu Szefowa, tego Wędrowiec nie wie. On sam rozważał nietuzinkową postać Generała i jego dzieło. Człowiek zdeterminowany i odważny, fachowy dowódca, sprawny organizator. Bez fajerwerków i bez zbędnej brawury zebrał i zorganizował rozmaite rozbite i z nadszarpniętym morale oddziały, tworząc z nich Samodzielną Grupę Operacyjną „Polesie”. Skutecznie bił Sowietów i Niemców, przeszedł wrześniowy szlak bez żadnej klęski: wszak bitwa pod Kockiem była w istocie zwycięska. Musiał skapitulować, bo skończyła się amunicja. Zresztą – nie było już dokąd iść, o co walczyć… No i last, but not least, idąc na zachód uratował, jak się później okazało, wszystkich swoich oficerów od pewnej śmierci gdzieś w Katyniu czy Charkowie. Komuś takiemu należy się szacunek i dobra pamięć. Nie ma rady: Piwnica pod Baranami czeka, ale pole bitwy odwiedzić trzeba. Serokomla, Konorzatka, Wola Gułowska. Tak się Trójka Podróżników zapamiętała w tym objeździe, że się ostatecznie trochę zgubiła. Dobrze! OK! Viator się zgubił. Wjechał w takie bezdroża, że na chwilę nawet asfaltu zabrakło. Ale warto było: okolica piękna. Zresztą, ostatecznie szczęśliwie udało się odnaleźć trakt. Kierunek zachód. Dęblin majaczy na horyzoncie.

Ciąg dalszy za tydzień

Reblog: Miasto, które wstało z grobu

Katarzyna Krenz

L’Aquila Terremoto

Pewnej nocy, 6 kwietnia 2009 roku, około godziny 3:32, zegar na wieży San Silvestre odmierzył kolejnych trzydzieści sekund. Potem czas płynął wprawdzie, jak zawsze, lecz wskazówki u świętego Sylwestra stanęły. Siła wstrząsu wynosiła 6,3 stopnia Richtera, hipocentrum leżało na głębokości ok. 10 km, wstrząs odczuwalny był w całym kraju. Po nim nastąpiła seria około 100 wstrząsów wtórnych. Wcześniej, około północy, ziemia lekko zatrzęsła się w okolicach Rawenny. Około 9:00 rano nastąpił wstrząs wtórny, który spowodował kolejne zniszczenia w mieście.

L’Aquila to miasto w środkowych Włoszech, u podnóża Apeninu Abruzyjskiego, nad rzeką Aterno, na północny wschód od Rzymu. Założone w 1240 przez cesarza Fryderyka II, zbudowane zostało na planie przypominającym zarys cesarskiego orła, stąd nazwa (łac. aquila znaczy: orzeł). W średniowieczu było to centrum farbiarstwa i handlu szafranem. Zbudowane na wzgórzu, w środku wąskiej doliny, otoczone ośnieżonymi szczytami Apeninów, z fantastycznym Gran Sasso d’Italia na północnym wschodzie, niewiele zmieniło się przez stulecia. Renesansowe i barokowe domy tworzą labirynt wąskich uliczek, co kilka kroków otwierając się na harmonijne place przed pałacami i kościołami.

Inaczej: tworzyły labirynt starego miasta. Teraz – po raz który? – znów odtwarzają.

aquilla1-2

Przyjechaliśmy do miasta, które od tamtej nocy przed siedmiu laty nie zasypia już pod własnym dachem, we własnym łóżku. Niektóre łóżka szczęśliwie ocalały, większość dachów runęła. Według ustaleń włoskiej obrony cywilnej, zginęło 309 osób, a rannych zostało około 1500. Zniszczeniu uległo od 10 do 15 tysięcy domów. Oznacza to, że około 40 tysięcy osób znalazło się bez dachu nad głową.

aquilla-3-4
Starszy pan przy sąsiednim stoliku w kawiarni na placu Il Duomo czyta komiks. Dobrze ubrany, ze starannie przystrzyżoną siwą bródką, nic nie zamawia, pije wodę. Co pewien czas odrywa wzrok i rozgląda się wokół, a wtedy widać, że komiksowe obrazki nie zaciemniają obrazów, jakie wciąż przesuwają mu się przed oczami. Czekam na moją kawę i lody – we Włoszech trzeba jeść lody, nie tylko z powodu upału (nawet we wrześniu), ale również dlatego że Włosi robią najlepsze Gelati pod słońcem. Spośród kilkudziesięciu smaków wybieram czekoladowe (cioccolata fondata) i kawowe, z ricotty z ziarenkami mielonej kawy, znane jako Ricetta del nonno. Wkrótce pojawia się przede mną porcja makro pod pierzyną z bitej śmietany! Czuję się trochę nieswojo: siedzę w nowiutkiej caffeterii, jem lody pachnące włoskimi wakacjami, a przed sobą, zamiast miasta, mam gigantyczny plac budowy, gdzie rekonstruuje się 10 tysięcy domów. Żeby było jak dawniej. Pocieszam się myślą, że chociaż w ten sposób mogę się przyczynić do ożywienia handlu i turystyki, dołożyć przysłowiowy grosik do odbudowy.

Starszy pan wraca do komiksu o kowbojach, dyliżansach i złodziejach. Już siedem lat miasto powstaje z popiołów ziemi, która je pochłonęła w trzydzieści sekund. Profesor C., oprowadzając nas wczoraj po swoim domu – dawnym, przyszłym, teraz mieszka w mieszkaniu zastępczym poza miastem – mówi: Tu była kuchnia, a tu będzie salon, gdzie kiedyś… Profesor jest architektem, dom rekonstruuje zgodnie ze sztuką budowlaną, zaczerpniętą ze średniowiecznych ksiąg. Wyobrażam sobie Profesora, który już siódmy rok mieszka w skleconym naprędce bloku zastępczym, pochylonego nad pismami przodków; ich wiedza o tym, jak żyć na ziemi nawiedzanej napadami gorączki, służy do dziś nie tylko teorią, ale też mądrością doświadczenia i praktyki. Budując domy, pamiętajcie o górach, które są żywym ciałem, dlatego co pewien biorą głęboki wdech, a wtedy ich kamienne płuca poruszają się, kruszą skorupę. Budując katedry na chwałę Pana, czyńcie to rozważnie, niech kamień i drewno spotykają się ze sobą bez naporu, by wytrzymać wstrząs, jaki może nawiedzić je podczas snu.

Katedra świętego Massimo jest ostemplowana i wciąż zamknięta, podobnie jak większość pozostałych kościołów w mieście. Dzwony dzwonią, choć od poprzedniej sygnaturki minęło zaledwie pięć minut. Nie wzywają wiernych, bo kościół poniżej, Santa Maria del Suffragio, potocznie znany jako Anime Sante (Dusze Błogosławione) – jego budowę rozpoczęto w 1713, w dziesięć lat po innym trzęsieniu ziemi – otaczają rusztowania, młoty pneumatyczne, koparki, dźwigi. Znowu dzwonią. Patrzę na zegarek, pięć minut. Ćwiczą oddech? Oceniają postęp robót? Może dzwonią poruszone faktem, że miasto przeżyło kolejnych kilka minut szczęśliwie, bez wstrząsu?

aquilla-5-6
Starszy pan odłożył komiks na półkę w kawiarni. Odchodzi wolnym krokiem, przygarbiony, z opuszczoną głową, ręce wsunął do kieszeni. Dzwony znowu się odzywają, jednak nie płoszą gołębi, które ze stoickim spokojem wydziobują okruszki pod stołami. To miejscowe gołębie, wiedzą, że nie było to pierwsze trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło miasto. 1315, 1349, 1452, 1501, 1646, 1703 (zginęło wówczas 5 000 osób), 1706, 1958. Spoglądam w ślad za starszym panem: czy był tutaj, jako dziecko, 58 lat temu? Pamięta? Porównuje, czekając ze stoicką wytrwałością na kolejną datę w kronikach rodzinnego miasta? A jednak nikt w l’Aquili nie zastanawia się, czy miasto odbudować czy też może przenieść je w inne miejsce. Miast się nie przenosi, mówi mi młody człowiek za kontuarem, gdy płacę za rachunek. Miasto to miejsce.

aquilla-7-8

Odręcznie narysowana strzałka wskazuje drogę do restauracji „Home Sweet Home”, którą właśnie niedawno otworzono w tej samej uliczce, gdzie mieści się bazylika San Giuseppe Artisano – Józef Cieśla miałby tu mnóstwo pracy, myślę, idąc we wskazanym kierunku. Ulica przypomina scenografię teatralną: ostemplowane budynki, rusztowania, kurtyny ochronne i tymczasowe przejścia z desek, a między nimi plamy koloru, znaki normalności – doniczki z płomykami pelargonii.

Jak łatwo zrobić dobre zdjęcie na placu ludzkiej tragedii, zdobyć nagrodę World Press i wyjechać w poszukiwaniu następnej sensacji. Takie zdjęcia komponują się same. Odbudowa miasta to całkiem inna historia, którą L’Aquila będzie odtwarzać jeszcze długie lata. Na błękitnym niebie widnieje jedna biała chmurka, pełna pogody. Otacza ją las dźwigów.
Obraz za mgłą hotelowej szyby.

aquilla-9-10

nocny autobus zatrzymuje się
na przystanku nikt nie stoi

Znaki zapytania dygoczą z zimna
zwinięte w kłębek pod drzwiami

za którymi nic nie ma

Nadzieja to gałązka dzikiej wiśni
narysowana cienkim piórkiem

na papierze ryżowym

***

Wiersz Katarzyny Krenz Japońska akwarela II, 26 września 2016
Zdjęcia Katarzyny Krenz

Reblog: Fajowo czyli wypowiadam wojnę przecinkom!

Z blogu: Tęsknoty prostaka

niedziela, 9 października 2016

Dariusz Sobala

Byliśmy z żonusią obejrzeć festiwal światła na naszej Piotrkowskiej i w jej okolicach. Było ciemno i masa ludzi. Pewnie ze dwadzieścia procent przybyłych nabyło drogą kupna mrugające na różowo kocie uszy mrugające ledami opaski na buty oraz kompletnie idiotyczne mrugające ciupaski rodem ze Star Wars.

I wszyscy szli tam gdzie mrugające lampiony zwisały z drzew a świecące białym światłem dwumetrowe meduzy zwisały dla odmiany z drzew. Pod nimi zaś rosły dwumetrowe grzyby. Było fajowo. Zdumieni grzybowym wysypem w centrum Łodzi Łodzianie stawali pod nimi i pstrykali sobie fotki. Do tańca przygrywał zespół składający się brodacza w czapeczce wykonującego frykcyjne ruchy i pomagającego sobie dłońmi tarmoszącymi stary gramofon. Był fajowy. Wielu oglądaczo-słuchaczy w wieku mocno przedszkolnym darło się wniebogłosy w swoich wózkach pod czujnym wzrokiem ociemniałych panującymi ciemnościami mam i tatków pchających swoje pociechy po rozdeptanych trawnikach. Błoto na trawnikach było fajowe.
Gdy tak kluczyłem wśród fioletowo-zielono-niebiesko-białej kakofonii setek doznań po parku Śledzia rozwiązał mi się but. Wiązanie buta jest fajowe ale nie ma znaczenia w tej opowieści. Później dotarliśmy na Plac Wolności który jest diabelnie fajowy zwłaszcza nocą i gdzie dawali fajowy spektakl z gatunku światło i dźwięk po którym wszyscy runęli w dół Piotrkowskiej w celu obejrzenia innych fajowych pomysłów innych brodaczy ze zintegrowanymi mózgami z komputerami.

Rzecz jasna i my pstryknęliśmy sobie kilka fajowych fotek…

Niestety… Zaczęło padać a nasze fajowe parasole i parasolki zostały w domu. Na szczęście przy “Magdzie” grał zespół składający się saksofonisty altowego basisty i tego co gra na cyji. I tych trzech niemłodych już panów dało czadu unplugget przy którym zmokłem do cna i wróciliśmy do naszego fajowo cieplutkiego domciu kupując po drodze fajową flaszkę jarzębiaczku aby przerobić ją na fajowe drinki do kolacji.
Byłoby to w zasadzie wszystko co chciałem napisać gdyby nie skojarzenia od których teraz nie umiem się uwolnić.
Ogólnie fajowe doznania weszły bowiem w konflikt z pewną wypowiedzią nie mającą się nijak do mojego dzisiejszego wpisu ale miażdżącą moje fajowe samopoczucie.

Pewien potomek Majów a może Azteków ośmielił się powiedzieć mniej więcej te słowa…

– Kiedy przed wiekami przybyli do nas księża niosąc słowo boże mieli tylko biblię a my mieliśmy całą ziemię. Teraz owi misjonarze mają całą ziemię a my tylko biblię…

Mam ogromną nadzieję że dzisiejsze kościelne mózgi nie dopatrzą się niczego złego w wieczornym spacerze po Piotrkowskiej celem zobaczenia światełek oświetlających kamienice albo wysłuchania doskonałego tria starszych panów grających światowy przebój z “Opery za trzy grosze” bo to by było cholernie niefajne.
I mógłbym któregoś z nich bardzo mocno kopnąć w jego świątobliwą dupę a to byłoby bardzo fajne!
Good night.