Mama i Mascha, Memento mori

wirwarennachbarnFür meine deutschsprachigen Leser: Kommt morgen ins Rathaus Schöneberg zu feierlichen Wiedereröffnung der Ausstellung Wir waren Nachbarn. John-F-Kennedy-Platz 1, 10825 Berlin. Um 17:00 Uhr Vernissage, um 19:00 Uhr – Lesung.

Ewa Maria Slaska

Memento mori

Mama umarła w sierpniu 1995 roku. 20 lat temu. Patrzę z niedowierzaniem na to, co napisałam. 20 lat, powtarzam w myśli, 20 lat. 20 lat temu rozmawiałam z moją siostrą przez telefon. Napisz nekrolog, mówi Kasia. Nie mam żadnego wzoru, jak się pisze nekrologi, nie mam pojęcia, co bym miała napisać, ale nie dyskutuję.

Z odległości kilkudziesięciu lat słyszę głos Mamy, jak nie wiesz, co pisać, użyj cytatu – porada inteligentnej matki dla odrabiającej lekcje licealistki.

Wyciągam numery WIR-u. To wydawnictwo, które założyłam rok wcześniej i przy którym Mama współpracowała ze mną czy raczej z nami – z Iwoną Mickiewicz i Brittą Wuttke. Do pierwszego numeru – Doppelte Identität / Podwójna tożsamość – tłumaczyła wiersze Ottona Ericha Hartlebena. Do drugiego – Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel – wiersze Maschy Kaléko i Martina Pohla. W czwartym numerze – Träume, Vorahnungen / Marzenia, sny, przeczucia – jej tekst o mało znanej sztuce Lorki, A kiedy minie pięć lat…
Była ważnym człowiekiem w naszym wydawnictwie. Irena Kuran-Bogucka, tłumaczka poezji hiszpańskiej i niemieckiej.

Otto Erich Hartleben
By cię powalić, łamie wicher drzewa
By cię pogrzebać, toczą sie lawiny.

Piękny wiersz, ale nie pasuje mi do Mamy, do nekrologu, do grobu. Wicher, lawiny, syczące płomienie… Mama była mocna, ale nie była to moc natury, lecz woli i sztuki. Nie pień morwy, lecz nić jedwabna. Nie do zerwania. Do czasu jednak.

Kolejny wiersz Hartlebena – Morituri
Zamiera krzyk. Świadkowie leżą niemi na drodze. Wieńczy ich pobladłą skroń chłodny blask chwały wstającego słońca.

Chłodny blask chwały, piękny wers, ale do wykucia spiżem na marmurze, a to Mama umarła, a nie posąg się przewrócił. Miała takie małe, ciepłe dłonie. Moje są zawsze zimne jak żaba, a jej były miękkie i ciepłe. Chyba zawsze takie były, nawet wtedy, gdy cięła drzeworyty.

mamacieciegrafiki Sięgam po mój ulubiony wiersz Martina Pohla w jej tłumaczeniu.

Der Flug der Graugänse

Wohin, ihr Graugänse, geht euer Flug?
Wer hat euch die Winde empfohlen?
Wir folgen des Heiligen Martins Spur;
Seitdem Vater Karel nach Rom hinausfuhr,
Zieht es die Graugans nach Polen.

Was wißt ihr Graugänse von einem Land
lm Fron von den Herren bestohlen?
Ein Lied hat Sankt Martin nach Polen gebracht
Von grünenden Fluren in herbstlicher Nacht,
Vom niemals verlorenen Polen.

Wartet, ihr Graugänse, wir kommen mit
Auf leisen und flutfesten Sohlen.
So spannt euren Schimmel an, folgt unserm Schrei,
Und laßt unsre Schwestern, die Weißgänse, frei
Im Morgenwind rot über Polen.

1980 / 88

Lot dzikich gęsi

Dokądże, o dzikie gęsi, biegnie wasz lot?
Kto wam wiatry polotne powierzył?
Lecimy twym śladem, Święty Marcinie,
Odkąd Król Karol przebywał w Rzymie,
dzikich gęsi klucz do Polski bieży.

Co wy wiecie, dzikie gęsi, o pewnym kraju,
co w niewoli trwa przez władców więziony?
Pieśń Święty Marcin wyśpiewał, jak wokół
zielenią się pola w jesiennym mroku,
pola Polski nigdy nie straconej.

Zaczekajcie, dzikie gęsi, ruszymy z wami,
cichą stopą pomykając po suchej ziemi.
Niech nasz krzyk was powiedzie, siwki zaprzęgajcie,
naszym siostrom, białym gęsiom, wolność oddajcie,
gdy wiatr świtu się nad Polską czerwieni.

1980 / 88

Piękne te polskie gęsi Martina Pohla, zawsze mi jakoś raźniej, jak sobie przeczytam ten wiersz.

Ale i tak już wiem, że to, czego szukam, to Memento Maschy Kaléko.

 

 

Memento

Vor meinem eignen Tod ist mir nicht bang,
Nur vor dem Tode derer, die mir nah sind.
Wie soll ich leben, wenn sie nicht mehr da sind?

Allein im Nebel tast ich todentlang
Und laß mich willig in das Dunkel treiben.
Das Gehen schmerzt nicht halb so wie das Bleiben.

Der weiß es wohl, dem gleiches widerfuhr;
— Und die es trugen, mögen mir vergeben.
Bedenkt: den eignen Tod, den stirbt man nur,
Doch mit dem Tod der andern muß man leben.

Memento

Ja mojej własnej śmierci wcale się nie boję,
A tylko śmierci ludzi, którzy są mi bliscy.
Jakze mam żyć, jeżeli porzucą mnie wszyscy?

We mgle, błądząc samotna, szukam śmierci swojej,
I chętnie w ciemny mrok przyjmę wygnanie.
Odejście boli dwakroć mniej, niż pozostanie.

Ci wiedzą to najlepiej, którzy to spotkali.
Ci, co to znieść umieli, niechże mi wybaczą.
Pomyślcie, jak dni własnej śmierci mało znaczą,
Lecz ze śmiercią najbliższych musimy żyć dalej.

grobmamytatynowyNapisałam nekrolog, wszyscy to przedrukowali. Wiersz Maschy w tłumaczeniu Mamy znalazł się na poziomej płycie na jej grobie. Po 20 latach wcale go nie widać, ale my przecież wiemy, że tam jest. Tata, który towarzyszył Mamie, gdy tłumaczyła wiersze Maschy, opowiadał, że Mama była nią zauroczona, jakby po latach odnalazła siostrę, której nigdy nie miała.

Była pierwszą tłumaczką wierszy Maschy w Polsce.  Tłumaczenie Memento na polski znalazło się teraz w aktach Maschy na wystawie Wir waren Nachbarn – Byliśmy sąsiadami. To stała wystawa, zawsze możemy tam pójśc i ją obejrzeć.
I przeczytać Memento przetłumaczone
przez Irenę Kuran-Bogucką.

Zapraszam na jutrzejszy wernisaż do Ratusza Schöneberg.

 

Jak się poznali Mama i Tata

Napisałam publikując pierwszy tekst Karusi, że to jej harcerskie powiązania sprawiły, że Mama poznała się z Tatą. Karusia i Mama pojechały bowiem na wakacje do Gdańska, gdzie Karusia chciała się spotkać ze swoją przyjaciółką z harcerstwa, Marią Krynicką. Maria Krynicka (z domu Mudryk) była przed wojną naczelniczką harcerek RP, a prywatnie była Ciocią Taty. Tata tam mieszkał, bo (za namową Cioci) studiował w Gdańsku budowę okrętów. No i tak się poznali.

Tata pięknie to opisał w swojej autobiografii Śladami życia.

Dariusz Bogucki

Lato 1947 roku było piękne i gorące, a dla mnie, po pierwszym roku studiów, również bardzo pracowite. Prędko skończyła się wakacyjna laba, wypełniona żeglowaniem. Przyszedł czas na letnią praktykę studencką, na którą przydzielono mnie do Gdyńskiej Stoczni Remontowej. Warunki były tam, ogólnie mówiąc, polowe. Królowała prowizorka i radosna improwizacja, do tego brakowało narzędzi i wyposażenia. Robiłem wprawdzie, co mi kazano, bo mimo wszystko człowiek lepiej się czuł pracując, niż obijając bez zajęcia, ale w sumie praca była męcząca. Niemal równie męczące były dalekie i niewygodne dojazdy. Wracałem na Batorówkę – tak nazywaliśmy dom wujostwa, na ulicy Batorego we Wrzeszczu – zniechęcony i brudny, potwornie zmęczony, a do tego piesko głodny.

Była połowa sierpnia. Dzień minął jak co dzień. Wróciłem do domu, umyłem się i siadłem w kuchni, gdzie babcia Jadwiga podała mi talerz zupy. Byłem głodny jak wilk, nic dziwnego, że poza talerzem reszta świata w ogóle dla mnie nie istniała. No, nie całkiem, bo głowę miałem zaprzątniętą matematyką, nad którą ślęczałem wieczorami. Egzamin poprawkowy wyznaczono na koniec sierpnia, a oblanie go równało się skreśleniu z listy i wyrzuceniu z Politechniki.

W takim stanie ducha jakoś nie dotarło do mojej świadomości, że naprzeciwko mnie przy stole usiadła dziewczyna. Po prostu jadłem i myślałem o matematyce. Dopiero przy drugim talerzu, gdy głód nieco zelżał, zauważyłem, że tam jest. Jadłem dalej, ale matematyka gdzieś się ulotniła. Obserwowałem i rejestrowałem, choć jeszcze nie wiedziałem, dlaczego. Miałem tylko nadzieję, że nic po mnie nie widać.

Chyba za wiele się nie odzywałem, ona zresztą też nie. Wydawała się zamknięta w sobie, nieśmiała i raczej milcząca. Po prostu tam była, a ja nie mogłem oderwać od niej oczu. Tak więc z tego pierwszego spotkania wyniosłem przede wszystkim obraz.

Nieduża, czarnowłosa, o filigranowej figurze. Sprawiała wrażenie czegoś bardzo egzotycznego. I zachwycającego. W istocie, tak zachwycającego i pełnego uroku, że cała reszta cech, które zazwyczaj charakteryzują daną osobę, niemal umknęła mojej uwadze. Jednak nie, utrwalił się nie tylko obraz. Był jeszcze ten uśmiech – trochę jakby smętny czy przepraszający, i sposób bycia, znamionujący dystans do wszystkiego i melancholię, a może brak żywiołowej radości życia.

Następne dni, zamiast zatrzeć, pogłębiły wrażenie z tego spotkania. Było wprawdzie krótkie i dość milczące, jednak smutna dziewczyna tak mnie poruszyła, że postanowiłem przeprowadzić ostrożny, aczkolwiek, jak teraz myślę, zapewne dość niezgrabny wywiad na jej temat. Od babci Jadwigi dowiedziałem się, że ma na imię Irena. Od cioci Marysi wyciągnąłem, że jest krewną pani Karoliny, przyjaciółki cioci z harcerstwa. Najmłodsza kuzynka, Teresa, dorzuciła kolejną garść cennych informacji: dziewczyna studiuje w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, jej rodzice nie żyją, a do Gdańska przyjechała na wakacje. W niedzielę, po całym tygodniu męczącej praktyki w stoczni, zamiast jak zwykle na jacht, dałem się namówić i pojechałem z Marytą, kolejną kuzynką, do Sopotu na jakąś wystawę malarstwa. Już obejrzeliśmy wszystko i zbieraliśmy się do wyjścia, gdy nagle zobaczyłem, że ona – „moja” dziewczyna – właśnie wchodzi do galerii. Tak mnie to poruszyło, że tym razem postanowiłem działać. Skoro studiuje sztuki piękne, to może wrócimy na wystawę z fachowym przewodnikiem? Maryta bardzo się zdziwiła, ale z tego zdziwienia zapomniała zaprotestować. Przyznam, że pomimo dwukrotnego obejrzenia wystawy, nic z niej nie zapamiętałem, nie potrafiłbym nawet powiedzieć, co to było za malarstwo. Wiedziałem tylko jedno, że nagle, i to bardzo gwałtownie, przekręciła się oś mojego życia, otwierając przede mną całkowicie nowy, nieznany i niezwykle absorbujący świat. Wszystko odbyło się tak jakoś dziwnie niepostrzeżenie, wręcz bezszelestnie i jakby bez mojego udziału, a jednak efekt był piorunujący. Kiedy w parę dni później Irena zjawiła się ponownie na Batorówce, wiedziałem już, że jestem absolutnie po uszy zakochany. Chociaż tak naprawdę nie miałem pojęcia, co to znaczy, ani co mam dalej z tym fantem zrobić. Krótko mówiąc, na jej widok zbaraniałem. Wujostwo mieli wielką tekę grafik Michała Anioła. Chcąc zyskać na czasie, rozłożyłem przed nią na stole dzieła mojego imiennika (nie wiem, czy już wspominałem, że na chrzcie ojciec dodał mi do Dariusza imiona Michał Anioł, zapewne w nadziei, że pójdę kiedyś w ślady mistrza). Jej kazałem oglądać album, a sam… uciekłem do lasu, który był o kilka kroków od domu, zaraz za płotem.

Wróciłem po godzinie z jedynym postanowieniem, jakie mi przyszło do rozkojarzonej głowy. Muszę jej natychmiast o wszystkim powiedzieć. Irena skończyła już przeglądanie albumu i, lekko zdezorientowana, zbierała się do wyjścia, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. W porywie determinacji oznajmiłem, że mam jej coś niezwykle ważnego do zakomunikowania. Zdziwiła się, ale posłusznie poszła za mną na balkon. Tam jednym tchem wyrzuciłem z siebie, że ją kocham i chcę się z nią ożenić, ale żeby się nie martwiła, bo na pewno zostanę z nią przez całe życie, nie tak jak mój ojciec, który opuścił mamę. Wtedy, po raz kolejny w tak krótkim czasie, cały świat zawirował. Bo ona zarzuciła mi ręce na szyję, a potem nieśmiało wyznała, że też mnie bardzo kocha. Następnie, już bez dalszych zbędnych słów, zaczęliśmy się całować, co tak oburzyło Dżeka, małego foksterierka wujostwa, że zaczął szczekać jak oszalały. Wyjrzała na to ze swego pokoju babcia Jadwiga, chwyciłem więc Irenę za rękę i uciekliśmy do lasu. Długo po tym lesie krążyliśmy, niewiele mówiąc, tylko całując się zapamiętale.

Taki był początek naszego wspólnego życia.

***
I rzeczywiście – nie opuścił jej aż do śmierci.

Na zdjęciach poniżej owe teczki z reprodukcjami dzieł Michała Anioła. Posiadam je do dziś.

sixtina-Deckemale DasJuengste-Gericht-male medici-KapellemaleZa tydzień uzupełnienie czyli wpis o Cioci Marysi.

 

Omlety po raz drugi

Ewa Maria Slaska

… i pewien romans na trzy kontynenty

Kilka lat temu, gdy dopiero zaczynałam karierę blogerki, na zupełnie innym blogu, a mianowicie “Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po 30 powinna wiedzieć, a (dziwnym trafem) tego nie wie” (nota bene tytuł był za długi i z przyczyn technicznych trzeba było wyrzucić ten “dziwny traf”, ale on tam w domyśle zawsze był), opublikowałam wpis o tym, jak usmażyć omlet.

Omlety

Przepis na omlet tak po prawdzie niczego nie wyjaśnia: ubić 2 jajka, dodać dwie łyżki mąki, wylać na patelnię, usmażyć z obu stron.

Ja robię omlet z podsmażonymi grzybami lub ugotowanym kalafiorem, a w ogóle to bardzo sobie komplikuję jego przygotowanie, bo osobno ubijam pianę, dopiero potem dodaję żółtka i mąkę. Podobno od czasu, kiedy wymyślono mikser, nikt już tak nie robi omletów, ale ja sobie dalej ubijam omlety staroświecko, bo tak robiła je Mama. Albo nie, chyba nie robiła. Ja robiłam. Ale tak mnie nauczyła.

Na to odezwała się moja siostra i wpisała w komentarzu:

Więc z tą pianą i Mamą było tak: ona najpierw ukręcała żółtka z małą ilością cukru (żeby się cukier nie palił potem na patelni), następnie dodawała mąkę, a na końcu w tę masę delikatnie “wmieszywała” pianę, uprzednio ubitą na sztywno. Natomiast wersja mojej siostry była pewnego lata, dawno, dawno temu, hitem w naszym domu rodzinnym, a przepis pochodził od pisarza-marynisty, zwanego Delfinem, on z kolei przywiózł go ponoć z Indii, gdzie, jak twierdził, nosi imię po jakiejś słynnej pani: Sunalinidasgupta. Nie mam pojęcia, jak się to imię (nazwisko?) pisze i na ile części dzieli, ponieważ zapamiętałam je praktycznie, bijąc namiętnie pianę (widelcem albo trzepaczką, co za pomysł, żeby to zajęcie oddawać jakimś nieczułym maszynom?)

Obruszyłam się nadzwyczajnie i odpowiedziałam, też w komentarzu:

To są jakieś zupełnie nieznane sprawy mi sprawy i – „w 7-be klasie w zimowym czasie nikt mu nie da się” – ja o niczym takim nie wiem i nie chcę wiedzieć. Czyli może „z pianą i Mamą było tak” we wspomnieniach mojej siostry. W moich było tak, jak ja piszę.

No tak, to ja tu jestem autorką i, jak się to już, dzięki Magdalenie Parys, rozniosło po świecie, a w każdym razie po Berlinie, jestem zdania, że “pisarce wszystko wolno”. Przygotowuję książkę o Mamie i jest to moja książka, więc będzie tak, jak ja pamiętam.

Ale przy okazji, na potrzeby mojej siostry i innych wyjaśniam, Sonali Dasgupta, młoda piękna Hinduska, była kochanką Rosselliniego. Rossellini, na zaproszenie Nehru, nakręcał w Indiach filmy, Dasgupta, znany reżyser filmów dokumentalnych, współpracował ze słynnym Włochem, a ten mu w zamian uwiódł żonę. Sonali była młodsza od Włocha o 24 lata. Zrobił się skandal, i w Indiach, i w Ameryce, i we Włoszech, Nehru był zmuszony poprosić RR, by zechciał opuścić Indie, Ingrid Bergmann z kolei, naonczas żona Rosselliniego, poprosiła o rozwód.

W odpowiedzi reżyser ożenił się w roku 1957 z Sonali, która w rok później urodziła mu córkę Raffaelę, zaadoptował też jej maleńkiego syna, Arjuna (1956-2008), który nazywał się odtąd Gil Rossellini i został, jak ojciec, znanym reżyserem filmów dokumentarnych. Raffaela przez jakiś czas była aktorką, jak jej sławna siostra przyrodnia, Isabella, po czym przeszła na surowy islam i wyemigrowała na Bliski Wschód. Na temat omletów nigdzie nie ma mowy, zapewne chodziło o popularną potrawę hinduską tzw. parsi pora, która jest rzeczywiście rodzajem omletu. To tym omletem, jak sądzę, raczy starszą panią Mallory, cudownie graną przez Helenę Mirren, młody Hindus w filmie Podróż na sto stóp Lasse Hallströma.

parsiporaPodam tu jeszcze przepis, bo wprawdzie we wpisie pierwotnym twierdzę, że omet to takie letnie jedzenie, ale dziś dodam, że omlet na ciemne zimne wieczory listopadowe to jak słońce na talerzu. Przepis na cztery porcje:

Składniki

  • 6 dobrze ubitych jajek
  • 1 średnia cebula drobno posiekana
  • 1 mały pomidor pokrojony na kawałki
  • 1 łyżeczka drobno posiekanych listków kolendry
  • 1 drobniutko posiekana zielona papryczka chilli
  • oliwa lub masło do smażenia
  • sól

Przygotowanie

  • ubij jajka w misce
  • rozgrzej łyżkę masła lub oliwy na patelni
  • usmaż cebulę, chilli, pomidora i kolendrę, aż cebula zróżowieje
  • dodaj podsmażone jarzyny i zioła do miski z jajkami i delikatnie wymieszaj
  • posól i jeszcze raz wymieszaj
  • rozgrzej 2 łyżki masła lub oliwy na patelni i usmaż jedną czwartą mieszaniny
  • usmaż najpierw jedną a potem drugą stronę omletu na złoto
  • podawaj na chlebie z masłem ozdobione małą porcją sosu pomidorowego
  • oczywiście w taki sam sposób należy usmażyć pozostałą część masy omletowej, tak by w sumie uzyskać cztery porcje

Pło

Michałowi dedykuję

Ewa Maria Slaska o rodzinie Boguckich
czyli
Słówka

Zabawą, w jaką graliśmy wszyscy namiętnie, były słówka. Moja cioteczna babka, Karusia i ja grałyśmy w wersję uproszczoną – jedno i to samo słowo pisze się z góry na dół a obok, w pewnej odległości, z dołu do góry. W powstałe przerwy trzeba wpisać słówka i tak opisać je partnerowi, by odgadł, jakie mamy słowo.

Na przykład:

S         atanist             A                                 wierzy w moc szatana

Ł          u                      K                                 średniowieczny do strzelania, np. przez babę

Ó         (ów)                W                                 O roku…, kto ciebie widział…

W        –                      Ó                                 –

K         łu                     Ł                                 Zbyszko niedźwiedzia widłami

A         pi                    S                                  gdyby mu dodać L na początku byłby
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXciemno niebieski kamień, a tak jest byk

Ale naprawdę ulubioną naszą rozrywką były słówka polegające na tym, by z jednego wyrazu ułożyć mnóstwo innych. Dwuliterowe ani jednoliterowe się nie liczą – zawracanie głowy. W słówku możemy użyć każdej litery tylko raz, ale oczywiście jeśli litery się powtarzają, można ich użyć w występującej w danym słowie ilości (np. a występujące dwa razy w słowie architektura może zostać użyte do stworzenia słowa arka, tarka, karta, kara itd)

Na przykład

O d s t ą p i ł

odstąp, pił, piłą, dopił, siąp, odą, post, idą, dostąpi(ł), połą, sit, topi(ł), płot…
i wreszcie ukochany wyraz Mamy, który zaczerpnęła z Bolesława Chrobrego, Głubiewa – pło!

gramyslowkaSłowo odstąpił wybrałam tu, żeby móc ułożyć pło.

Wikipedia podaje, że Pło (regionalnie także pod nazwą spleja) to kożuch roślin torfowiskowych, występujący na wodzie w formie zarastającego brzegu lub rodzaj pływającej wyspy, powstałej w wyniku odrywania się mszarów torfowcowych porastających brzegi jeziora. Stanowi etap zarastania zbiornika wodnego, tworząc trzęsawisko. Zwykle ma charakter torfowiska przejściowego.

Pło mszyste pojawia się na powierzchni jezior dystroficznych (kwaśny odczyn wody).

Rodzajem pła jest wiszar.

I tak dalej.

Drugim obok pła słówkiem Mamy był ponik. O poniku słownik języka polskiego mówi, że był to potoczek, strumyk wytryskujący spod ziemi lub znikający pod powierzchnię ziemi. A jakiś uczony komentator dodaje, że jest to rzeka, która kończy swój bieg w ponorze czyli wchłonie.

Niezależnie od tego, co wiedzą mądrale, Mama wiedziała, że pło i ponik to były małe jeziorka czy inne dziury wypełnione wodą.

Ponik i pło przeszło z nami do gry w scrabble, o której nie będę tu pisać, bo my w nią wprawdzie chętnie gramy, ale Mama jej nie znała. Scrabble ma już wprawdzie tyle lat co ja, ale w Polsce pojawiło się za późno, by mogło zainteresować Mamę. Dodam jednak, że scrabble jest łatwiejsze od naszych słówek, bo można tworzyć dwuliterówki. Dzięki scrabble zatem pło i ponik otrzymały towarzystwo w postaci oza. Oz jest to (patrz Wikipedia) wał lub silnie wydłużony pagórek o wysokości najczęściej kilkunastu metrów i długości nawet kilkudziesięciu kilometrów, wyniesiony wskutek osadzania piasku i żwiru przez wody płynące pod lądolodem, w jego szczelinach lub na powierzchni.

I tak dalej.

kartkislowkaW deszczowe letnie poranki lub wakacyjne popołudnia graliśmy w słówka i potrafiliśmy ambitnie ułożyć z jednego wyrazu nawet do 150 słów. Mama, która z reguły miała najdłuższą listę, dopisywała z boczku wyrazy, jakie ułożyliśmy my, a których ona, o dziwo, nie miała.

Ciekawe, że w internecie tych zabaw nie ma. Nawet pod hasłem “gry z kartką i ołówkiem” pojawią się różne kalambury, okręty, oczywiście “państwa-miasta”, ale słówek nie ma.

Nie wiem, może i tę zabawę, wymyśliła sobie nasza kochana rodzina.

***
Wyzwałam Was do ułożenia listy słówek dla wyrazu POPRZYSIĘGŁA.

Od razu było widać, że możliwe były i oz, i pło, ale ponik nie miał szans. Wiszar takoż.

W komentarzach pod wpisem nadesłane słówka i wytypowanie zwycięzcy, który zgodnie z obietnicą dostał nagrodę  – autobiografię Dariusza Boguckiego, “Śladami życia”.

Kukra i jolki

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Były takie wakacje, spędzone w osadzie domków kampingowych nad kaszubskim jeziorem Wdzydze,  kiedy lało bez przerwy i również bez przerwy Mama, Kasia i ja grałyśmy w kukrę. Kukra to gra podobna do kanasty czy remika, ale znacznie bardziej skomplikowana i trudniejsza. Jeśli akurat nie lało, Mama się opalała, a my mogłyśmy robić, co nam się żywnie podobało.

To błahe wspomnienie wróciło do mnie ostatnio z uderzającą siłą, każąc się zastanowić nad pytaniem, dlaczego była to kukra, a nie kanasta czy remik? Myślę, że sprawę da się wyjaśnić następująco: Mama lubiła tylko trudne zadania i to takie, których trudność łączyła się z elegancją formy. Łatwo więc zrozumieć, dlaczego Mama uznawała tylko jolkę z Gazety Wyborczej, choć nie rozwiązywała żadnej innej krzyżówki. Bo to była inteligentna jolka, tworzona przez inteligentnego, trudnego partnera. Do jolki zaraz wrócę, ale jednak, by nie rozbijać nadmiernie toku narracji, najpierw zajmę się kukrą. Bo kukra wymaga detektywistycznej żyłki, jako że, witajcie w naszej bajce, gry tej nie ma. Bo oczywiście jest tak, że jeszcze niedawno wszystko co było, było również w google’u, albo nawet Wikipedii. Teraz Internet się skomercjalizował i to, że czegoś w nim nie ma, może oznaczać, że owszem jest, ale najpierw muszą się pojawić wszystkie wpisy o hotelach, i że Xanadu to nie jest tajemnicza stolica Kublaj-Chana lecz oprogramowanie, a Avalon nie jest wyspą króla Artura lecz stacją metra. Kukra jest miastem w Nikaragui, a po polsku przede wszystkim pseudo eleganckim zastępstwem internetowym za wulgarną kurwę.

A zatem – kukra przypominała kanastę lub remika i doprawdy nie wiem, czym się od nich różniła. Zapytana o to Ciocia Janka, kuzynka Mamy, udzieliła takiej oto odpowiedzi:

Po wojnie grywaliśmy w “kukrę”, której nazwa pochodzi od pierwszych sylab zdania “Ku Krakowu szło trzech głupich”. Był to lekko zmodyfikowany remik lub remi. Modyfikacje zapożyczono z madżonga, w którego namiętnie grywali nasi Rodzice, a Ojciec zdobył tę grę w czasie okupacji i graliśmy w nią w domu w Zielonce.

O madżongu już pisałam. TU.

Przy okazji, dr Maciej Malinowski, mistrz ortografii polskiej, wyjaśnia, że to ku Krakowu jest poprawne. Jeśli przed nazwą miasta w trzecim przypadku użyjemy przyimka “ku”, nie będzie błędne – o dziwo! – wyrażenie ku Krakowu, a także: ku Tarnowu, ku Ostrowu, ku Tczewu, ku Sochaczewu. Tę przestarzałą konstrukcję językoznawcy dopuszczają (obocznie) do użytku, preferując rzecz jasna współcześnie o wiele lepsze ku Krakowowi, ku Tarnowowi, ku Ostrowowi, ku Tczewowi, ku Sochaczewowi.

No tak, moja Ciocia, moja siostra, a nawet mój siostrzeniec twierdzą, że wiedzą, jak się gra w kukrę, a ja nie. No, nie wiem i już. I jak dotąd nie udało się nam zebrać razem, bym mogła sobie przypomnieć. Pozostają tylko wspomnienia. Widzę ustawiony pod oknem stół w wilgotnym domku kempingowym. Szyby są zlane strugami deszczu, za oknem widać ciemny, mokry las sosnowy. Kasia siedzi po lewej pod ścianą, ja pośrodku, tyłem do drzwi, Mama po prawej, koło okna. Tasujemy dwie talie kart o różowych i niebieskich koszulkach, rozdajemy je, reszta zostaje w zakrytym stosie, jedna karta ze stosu leży wyłożona obrazkiem do góry. I… I co?

Zastanawiam się, czy jest możliwe, że kukra to wynalazek rodzinny i że poza nami nikt go nie zna?

pudelkonakartyTo zapewne były te same karty, w domu używane do pasjansów, na wyjeździe również do gry.

Oceniam, że jako rodzina stawiamy tylko trudne pasjanse, gramy tylko w trudne gry, a jeśli są za łatwe, utrudniamy je sami, rozwiązujemy tylko trudne i inteligentne krzyżówki. Sądząc z wypowiedzi Cioci w sprawie pasjansów i kukry, to nie Mama była autorką zasady, że tylko trudne i piękne jest warte uwagi, lecz raczej ojciec Cioci czyli Dziadek Wiktor. Wydaje mi się, że zanim nastała jolka w Gazecie Wyborczej, Mama rozwiązywała krzyżówki w Przekroju, a może również w gazecie Świat.

Jolka, jak podaje Wikipedia, to  rodzaj krzyżówki, w której określenia do haseł wypisane są bez podania miejsca wpisywania. Określenia wypisane są najczęściej w kolejności losowej, rzadziej w alfabetycznej kolejności odgadywanych wyrazów. Ja dodam, że w jolkach w Wyborczej, na diagramie umieszczone były jakieś litery, np. L albo H.

Te dawne wspaniałe jolki w Wyborczej układał podobno Jacek Szczap. My wprawdzie w domu wierzyliśmy, że ich autorem był syn Władysława Kopalińskiego, ale nigdzie nie znalazłam potwierdzenia tej tezy. A zresztą po czasie dowiem się, że autorem Jolek był pan Czerwiński, zobacz komentarz pod wpisem. Zostawiam jednak we wpisie pana Szczapa, bo to bardzo ciekawa postać. Układał Jolki w przekroju. Umarł w roku 2010, czyli Mama znała tylko jego jolki, a i my wszyscy – moja siostra, jej syn i ja – przywiązaliśmy się do nich tak bardzo, że wysyłaliśmy je sobie za granicę i zabieraliśmy kartki z jolkami w podróże. My bardzo lubiliśmy rozwiązywać jolki wspólnie, choć Mama raczej tego nie praktykowała. Siedziała sama w swojej pracowni i rozwiązywała krzyżówkę, aż ją rozwiązała. Czasem mogło to nawet trwać trzy dni, ale Mama nigdy nie porzucała jolki nie rozwiązanej. Jej jolki bywały tak pobazgrolone, że były praktycznie rzecz biorąc nieczytelne.

jolkiTe jolki też są jeszcze autorstwa Jacka Szczapa. Rozwiązała je Kasia. Są pobazgrolone, ale w żadnym wypadku nie tak, jak to robiła kiedyś Mama.

Zauważmy jednak, że teraz nie trzeba już aż tak bazgrolić, bo gdy nam zbraknie słowa, albo wręcz przeciwnie wpisaliśmy słowo, np. awal, ale nie mamy pojęcia, do czego by się mogło odnosić, prędzej czy później sięgniemy po pomoc do internetu i dowiemy się, że awal to rodzaj podżyrowania weksla. Jednakże za Mamy czasów, gdy własna inteligencja zawiodła, pozostawały tylko encyklopedie i słowniki, opasłe papierowe tomiszcza, ciężkie do dźwignięcia, w których nie zawsze było wiadomo, czego szukać. Bo czy miałby to być basior czy Hasior, jeśli brakowało pierwszej litery, trzeba było przestudiować całą encyklopedię lub, niestety również, słownik a tergo, bo tylko on mógł pomóc stwierdzić, czy to, czego szukamy, to godło czy może rodło, żeby na końcu i tak się przekonać, że chodziło o sadło.

Gdy Jacek Szczap zmarł, Gazeta przestała po prostu drukować jolki. Podejrzewam, że Redakcja musiała walczyć z wiernymi Czytelnikami, którzy wielkim głosem żądali przywrócenia jolek. Wróciły więc po kilku latach, układane przez Leszka Rydza. Nie są złe, ale to już jednak nie to. W tych dawnych były nie tylko nadzwyczaj podchwytliwe hasła, ale i zabawy właściwie po nic, rodem doprawdy jak z zasad gry szklanych paciorków według Hessego albo jak wpisanie tzw. motywu Bacha (b-a-c-h) w utwór skomponowany przez jego następców, wielbicieli i naśladowców. Podobno robił to sam Bach, a po nim niepoliczone rzesze twórców, w tym Schumann, Liszt, Rimskij-Korsakow czy Reger.

I tak w przestrzeni krzyżówki przecinały się Afrodyta z Herą, albo gęsia steczka graniczyła z aleją żurawi. W jednej linijce biegli ku sobie Amor i Psyche albo Herakles uciekał od Dejaniry. Widać było, że autor się świetnie bawi i sam, układając jolki, i z nami, podsuwając nam swoje żarty do rozgryzienia. Pamiętam do dziś taką jolkę, gdy w diagramie zostały dwa wyrazy – kieł i basa, podczas gdy w hasłach było tylko jedno bez przydziału, może być suszona albo spod Krakowa. Zajęło mi ze trzy dni myślenia, zanim olśniło mnie odkrycie, że bezpański wyraz jest jeden, kreskę pomiędzy kłem i basem sama osobiście “dobazgroliłam” i że jest to kiełbasa krakowska. Ot, stupor wegetariański.

Uwaga: jolki w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej nie są nic warte! mogą, jak każda potoczna rozrywka, posłużyć tylko do zabijania czasu.

***

Poszukując informacji o jolkach znalazłam w sieci blog Jacka Kowalczyka Listy Ateisty, a w nim wpis: Żył szybko i umarł za szybko.

Zmarł Jacek Szczap, fachman od łamania głowy, wszelkich konkursów, krzyżówek i gier umysłowych. Swoją pomysłowością zabawiał czytelników wielu gazet i czasopism, był m.in. współtwórcą zawsze niezwykłej krzyżówki Przekroju (od kiedy to pismo wylądowało w Warszawie).

Nie należał z pewnością do grona tych, którzy nadmiernie dbają o swoje zdrowie. I to się na nim zemściło. Miał 56 lat – zaledwie – gdy dopadł go wylew.

Był człowiekiem wesołym, dowcipnym, pozytywnie wykorzystującym swoją niezwykłą inteligencję. Takim go zapamiętam. Takim go pamiętajmy. To jedyna forma nieśmiertelności, w którą wierzę.

Piękne podsumowanie.

Kardynał i aborcja

… czyli o tym, jak Mama chodziła do szkoły interweniować w mojej sprawie.

Ewa Maria Slaska

Kardynał

Mama nie zajmowała się tym, co robimy w szkole. Nie przejęła się nawet zbytnio, jak sąsiadka zaprowadziła Kasię-pierwszoklasistkę na test do szkoły baletowej, Kasia test zdała, została uczennicą baletówki, a Mama słowem nie pisnęła, że bez jej zgody, że za dużo obowiązków, że dziecko za małe.

Przyznaję, że nie wiem, kto u nas chodził na wywiadówki w szkole, bo jakoś dziwnie podejrzewam, że nie Mama. Ale mimo to Mama co najmniej dwa razy poszła do szkoły, żeby przeciwstawić się ukaraniu mnie. I w obu wypadkach – nigdy mi tego nie wypomniała.

Myślę, że oba wypadki zdarzyły się w roku 1966.

ja2Był rok Tysiąclecia Państwa Polskiego, rocznica, którą Komuna zmuszona była obchodzić, bo Polska jako kraj nie posiadała innej daty założycielskiej, tylko ten nieszczęsny rok 966, rok Chrztu Polski. Ale jak to Komuna, uroczystość się obchodziło, ale i jednocześnie nie wolno jej było obchodzić. Do Gdańska z okazji rocznicy przyjechał kardynał Wyszyński, wciąż jeszcze, po 10 latach, w aurze męczennika Komuny. Cały Gdańsk wybierał  się na powitanie. Cały Gdańsk podległy Komunie na to powitanie iść jednak nie mógł. Każda instytucja na swój sposób próbowała rozwiązać ten skomplikowany problem. W naszym Liceum, a byłam wtedy w 10 klasie, kazano nam wszystkim iść obowiązkowo do kina na jakiś film o Leninie w Poroninie czy coś w tym rodzaju. Nie wybierałam się na powitanie Wyszyńskiego, nie lubię akcji zbiorowych, i skoro jakoś zawsze udawało mi się wymigać od pochodów pierwszomajowych, to zamierzałam się również wymigać od stania w tłumie i czekania, aż przejedzie Kardynał. No ale przecież nie zamierzałam też iść do kina na Lenina z Poronina. Podobnie jak Kardynał, tak i Lenin nie wchodził po prostu w rachubę.

ja3Poszłam więc na spacer nad morze. Bardzo lubiłam takie spacery. Był 28 maja. Do Katedry Oliwskiej przyjechała kawalkada samochodów wioząca Prymasa i towarzyszących mu ponad 40 biskupów i kardynałów. Był wśród nich również Wojtyła.
Według szacunków PRL-owskich funkcjonariuszy, którzy często mieli zwyczaj zaniżać liczby związane z Kościołem, w Bazylice i na placu przed nią zgromadziło się ok. 30 tys. osób. I to mimo że ówczesne władze starały się odciągać od uczestnictwa w kościelnych uroczystościach. Zorganizowano wojewódzki wiec ludności wiejskiej z okazji Święta Ludowego w Wejherowie, duży festyn kulturalny z okazji zakończenia dni książki, prasy i oświaty na molo w Sopocie, turniej żużlowy z udziałem zawodników czechosłowackich w Gdańsku oraz mecz piłki nożnej pomiędzy Lechią Gdańsk a Ruchem Chorzów. Ponadto część młodzieży szkolnej wzięła udział w kilkudniowych wycieczkach poza teren Gdańska.

Tego samego dnia ze stypendium we Włoszech wróciła Mama. Gdy przyszło pismo ze szkoły, informujące rodziców, że zostałam ukarana za zwagarowanie z obowiązkowego popołudniowego wyjścia całej klasy do kina, Mama poszła do szkoły, pokazała swoje skierowanie na stypendium kulturalne we Włoszech, bilet lotniczy z Rzymu do Warszawy oraz bilet kolejowy na powrót do Gdańska, i oznajmiła, że jej kochająca córka była na dworcu witać wracającą z podróży Matkę. Dano mi święty spokój.
Mama nigdy mi tego nie wypomniała, że wprawdzie nie chciałam ani Lenina, ani Kardynała, ale jednak również jej. Często o tym opowiadała, bo była dumna, że udało się jej wygrać ze szkołą, traktowaną tu jako przedłużone ramię władzy, ale nigdy nie miała do mnie o to pretensji.
Nie wiem, być może już wtedy było wiadomo, że ja na wszystko odpowiadam Nie.

Aborcja

ja1Sprawa z aborcją musiała się zdarzyć albo w tym samym roku, albo, najwyżej, rok wcześniej. W ramach zajęć szkolnych przyszła na lekcję lekarka, która najwyraźniej miała nas nastraszyć. Zostaliśmy najpierw poinformowani o tym, jak odbywa się stosunek seksualny, a potem pani opowiedziała nam, jakie potworne mogą być konsekwencje uprawiania seksu. Była więc mowa o syfilisie, rzeżączce i tryprze, ale i o niechcianej ciąży. Niechcianą ciążę można usunąć w szpitalu, ale często głupie i nieuświadomione dziewczyny udają się do jakichś podejrzanych konowałów lub co gorsza tzw. babek, które usuwają ciążę przekłuwając płód szydełkiem, co w konse…
W tym momencie zwaliłam się z ławki na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut. Wychowawczyni odprowadziła mnie do gabinetu higienistki, a sekretarka zadzwoniła po rodziców, żeby mnie zabrali do domu. Moje liceum mieściło się tuż koło bramy Stoczni Gdańskiej, przyszedł więc po mnie Ojciec, który pracował w Biurze Projektowym Stoczni. Następnego dnia Mama musiała się stawić w szkole. Pani Dyrektor poinformowała ją, że skoro tak emocjonalnie zareagowałam na treść lekcji, to znaczy, że albo jestem w ciąży albo ją właśnie usunęłam. Mama zbladła, wstała i przez zaciśnięte zęby powiedziała (o jak dobrze umiem to sobie wyobrazić!), że opowiadanie młodym ludziom takich okropieństw jest niepedagogiczne i że albo szkoła wycofa swoje bzdurne zarzuty, albo ona naskarży w prasie, że najlepsze ponoć liceum w Gdańsku dyskwalifikuje się jako instytucja pedagogiczna.
Tym razem też zostawiono mnie w świętym spokoju.

Na ten temat jednak nigdy więcej nie było mowy, ani w szkole, ani w domu. Sprawa wróciła dziwnym rykoszetem w kilka lat później. Byłam już mężatką. Pewnego wieczora poszliśmy z mężem do znajomych na kolację. Koleżanka właśnie wróciła ze szpitala ginekologicznego i, jak to w Polsce, w trakcie jedzenia opowiedziała nam szczegółowo o wykonanych zabiegach. Otóż trzeba było wykonać kuretaż czyli wy… W tym momencie zwaliłam się z krzesła na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut.

Nikt nigdy nie stwierdził, dlaczego tak emocjonalnie reaguję na takie opowieści, a ja też nie wiem.

PS. W międzyczasie Jerzy Łuczak, który już nam kiedyś zorganizował wpis o noblistach żydowskich, do których Polska się nie przyznaje, przyjaciel rodziny Boguckich od zawsze, nadesłał króciutki tekścik, pasujący wprost rewelacyjnie do tego wpisu. Na moją prośbę Jurek podsyła mi informacje o Mamie i Ojcu, zwłaszcza o czasach lub miejscach, których nie mogę znać ani pamiętać.

Dla nas, studentów z zaliczonym I półroczem studiów jeszcze z okupacyjnej Warszawy (“Kursy Kreśleń Technicznych Inżyniera Jagodzińskiego”) udokumentowanym Indeksem Studiów z wpisami poszczególnych profesorów, z których większość podjęła swoje obowiązki na utworzonej po zakończeniu działań wojennych Politechnice Gdańskiej, stworzono “instytucję” pod nazwą (chyba) “zastępca studenta”. Pracowaliśmy we dnie, prowadząc pomocnicze ćwiczenia z “normalnymi” studentami lub przygotowując materiały do takich ćwiczeń dla profesora – szefa katedry. Za to “noc była nasza”, bo uzupełnianie własnych studiów prowadziliśmy właśnie nocą.

Ufff, jaki długi ten wstęp, ale właśnie często dopiero o świcie wstawaliśmy znad książki (zwykle skryptu – tłumaczenia z niemieckiego, angielskiego, czy rzadziej francuskiego), aby stanąć do obowiązków “zarobkowych”.
I właśnie takiego dnia, pracując w sekretariacie politechniki, ujrzałem przed sobą osóbkę zdecydowaną wręcz do “walki wręcz” w obronie praw swego męża, któremu biurokratyczne i niczym innym nie uzasadnione względy (tu znaczyło to, że właśnie ja to te “względy”) odmawiają praw do przyjęcia na studia politechniczne.

To była Irena, drobna, szczupła, o czarnych włosach, wyrazistym głębokim spojrzeniu, i równie interesującym, głębokim glosie, a podmiotem obrony był Darek, który właśnie zakończył był naukę w “Conradinum”, czymś w rodzaju liceum technicznego ze specjalnością budowy “jednostek pływających”, i tylko względy formalne, których naprawdę nie miałem prawa zmienić, jako pracownik pomocniczy sekretariatu, uniemożliwiały mu zostanie studentem.
Długo pozostałem pod wrażeniem, że miałem do czynienia z kimś niezwykłym.

No więc tak wyglądała Mama, gdy stawała w obronie swojej rodziny! Wspaniałe!

Szybko pospieszam dodać, że z autobiografii Ojca nie wyłaniają się jakieś szczególne problemy związane z rozpoczęciem studiów. Najwidoczniej względy formalne były jakąś przeszkodą doraźną:

Po roku wypełnionym intensywną nauką w Conradinum i pracą przyszedł czas egzaminów końcowych. Pisemne zdałem na tyle dobrze, że z ustnych zostałem zwolniony, i tym sposobem, właściwie bez większych maturalnych emocji, zakończyłem okres średniego wykształcenia, stając się zarazem studentem wydziału budowy okrętów Politechniki Gdańskiej.
W październiku 1946 roku zasiadłem w jednej z nielicznych ocalałych sal wykładowych wypalonego gmachu głównego Politechniki, by wysłuchać pierwszego wykładu z matematyki u prof. Mariana Czerwińskiego.

Pasjanse i jajecznica

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Ten akapit pojawił się już na blogu “Jak udusić kurę…”:

Zacznę od leniwego, nazwijmy to tak, przepisu na jajecznicę, tak jak ją smażyła nasza Mama. Uwierzcie mi, nikt nie umie usmażyć takiej jajecznicy! Na patelni rozgrzewamy masło, wrzucamy 2 lub 3 jajka, solimy i… czekamy. Gdy jajka zaczną się ścinać, przegarniamy je raz i drugi widelcem. Od niechcenia. Nie mieszamy, nie robimy papki! Jajecznica Mamy nie jest żółta, lecz składa się z wyraźnych, ale dobrze ściętych, warstw białka i żółtka i układa się trochę jak… moreny.
No tak, lepiej nie potrafię tego opisać. Spróbujcie uzyskać taki stan jajeczny, a zobaczycie, że rzecz jest nieporównywalna z niczym.

Jeść prosto z patelenki, na stojąco, pogryzając grubą, krzywo ukrojoną pajdę świeżutkiego chleba, takiego, co w każdej piekarni kosztował cztery złote. Masło, które Mama wyjęła z lodówki w momencie, gdy zaczynała smażyć jajecznicę, wciąż jeszcze było twarde, nie dawało się na tej kromce rozsmarować, leżało więc na niej w plasterkach.

Pyszne.

jajecznicamamy

Nie wiem czemu, ale ta jajecznica, ten chleb, to masło kojarzą mi się też ze sposobem, w jaki Mama kładła pasjanse. W rodzinie zawsze ktoś kładzie pasjanse. Pierwszy był Dziadek Wiktor, po nim Mama, w naszym pokoleniu chyba my wszystkie cztery kuzynki, ale na pewno Kasia i ja, w następnej generacji Michał, syn Kasi, a ja już zaczęłam pokazywać Antosiowi, co to jest pasjans.

Wszyscy kładziemy tzw. Grób Napoleona zwanego inaczej Wielkim Napoleonem, przy czym Mama rozkładała 12 kart i dokładała kolejne karty 4,5 raza, a my, namówione przez Marię, rozkładamy 13 kart i dokładamy 4 razy. Podobno tak kładł Napoleona Dziadek. Niezależnie od tego, jak kładziemy, to Napoleon wychodzi nadzwyczaj rzadko.
Mama kładła jeszcze Galerię obrazów, a to dlatego, że, no… Galeria Obrazów, a mój szwagier i ja kładziemy jeszcze pasjansa, który po niemiecku nazywa się… górka rozrządowa, a po polsku nie wiem jak, ale może jest to po prostu prześcieradło.

Jacek Dehnel przysłał mi po latach taki komentarz: Natrafiłem na wpis o pasjansach. „Górka rozrządowa” nazywa się „Płachta Potockiego”, acz ja układam z jednej talii (układa się trzy razy, tak że za każdym razem trochę rosnie; przy układaniu z dwóch talii jest znacznie więcej kombinacji więc zakładam, że układa się raz).

przescieradlo-pocz-koniecPrześcieradło, początek i koniec

Pasjansa się kładzie kartami a nie w komputerze! Karty są stare. Niekiedy tak zniszczone, że niemal nieczytelne. Mamy karty były duże i już ze starości grube. Mama układała je na biurku, no, jakby to powiedzieć – niechlujnie, krzywo, w nierównych szeregach, właściwie raczej je rzucała na swoje miejsce niż kładła. Nie zapomnę tego biurka.

pudelkonakarty

Stare pudełko Mamy na karty i stare karty w środku (foto – Kasia).

napoleonTo mój Napoleon. Karty są stare, ale nie zniszczyły się. Nie wiem, jak to się stało. Pewnie po prostu teraz produkuje się je z innych materiałów.

Ciocia Janka opowiadała też taką historię rodzinną o pasjansach stawianych przez Dziadka Wiktora. Już po wojnie Dziadek był redaktorem gazety Kinotechnik. Redakcja była w Warszawie, drukarnia w Krakowie. Dziadek musiał więc ciągle jeździć do Krakowa, gdzie się zatrzymywał w Hotelu Francuskim.

I zawsze prosił, że musi mieć duży stół. W pokoju były jakieś takie stoliki, a on z naciskiem powtarzał, że musi mieć duży stół, bo musi rozłożyć wszystkie papiery, łamać numer, kleić itd. Wcale nie po to był mu potrzebny duży stół. Ojciec nie umiał stawiać pasjansa małymi kartami pasjansowymi, bo nie umiał tego robić w okularach do czytania. I jeździł zawsze z dwoma taliami kart, takich normalnych jak do brydża. A stawiał pasjanse namiętnie – Wielkiego Napoleona, gdzie trzeba położyć 13 kart, i na takim małym stoliczku Napoleon się nie mieścił. Było więc wiadomo, że „Pan redaktor przyjechał, trzeba mu stół duży dać”. Dawali mu duży stół i on stawiał pasjansa.

A przy okazji – zdjęcie biurka, na którym dziadek kiedyś stawiał pasjanse. Dziś w użyciu przez warszawską rzeźbiarkę.

Biurko-dziadkaWiktora-klein

Na marginesie dodam, że inny polski Dziadek, Piłsudski, korzystał jednak z małego stolika. Ale używał małych kart i okularów.

https://i0.wp.com/penszko.blog.polityka.pl/wp-content/uploads/2010/11/cld_2.jpg

Rocznica

Katarzyna Krenz, Rocznica

Szary płaszcz na wieszaku
z pomiętą chustką do nosa
w prawej kieszeni.
Zapach?
Tak, zapach trwa dłużej
niż pamięć, ciało
niż twoje życie –
smużka wody kolońskiej
gałązka lawendy
przewiązana wspomnieniem
aptecznej woni
mieszaniny kropli na serce
na nerwy
i na ból żołądka.

Wtulam twarz w szary zapach.

To było tak dawno.
To było tak niedawno.

mamagrob

Ewa Maria Slaska, Rocznica

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła św. Mikołaja na gdańskiej Starówce. Kasia miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam. Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam. Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Wtedy do kościoła wleciał gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca mszy.

Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ONA.

Minęło 19 lat. Rok temu zaczęłam o niej pisać.

***

Irena Kuran-Bogucka umarła 21 sierpnia 1995 roku

Zacierki, mleko i ziemniaki

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Zacierki i mleko

Nie mam pojęcia dlaczego i skąd, może nauczyła się tego od Babci Hali, ale Mama wspaniale potrafiła robić zacierki. Moja siostra twierdzi, że mąka w dzisiejszych czasach już nie jest tą samą mąką, którą sprzedawano w sklepach w latach 50 i 60, bo od lat 70 przetwarza się genetycznie pszenicę, która przez to ma coraz więcej glutenu i… Okropieństwa, nawet nie chce mi się o tym pisać, ale rzecz w tym, że rzeczywiście nie da się już zrobić zacierek takich, jak je robiła Mama. Małe, zwarte i ścisłe, ale wcale przez to nie twarde kulki. Mama ugniatała sporą kulę z mąki i wody. Wkładało się ją do miski i palcami odrywało z niej małe kawałki, które szybko trzeba było obrócić między palcami – każdą grudkę osobno – tak by stały się zaokrąglone. Gotowe niewielkie porcje trzeba było albo od razu ugotować w osolonej wodzie i wyjąć łyżką cedzakową na półmisek, albo rozłożyć na ściereczce, żeby się nie posklejały i lekko przeschły, a potem ugotować wszystkie razem. Zacierki można było jeść z rosołem, co uwielbiałam lub z zupą mleczną, czego nie cierpiałam, ale ja w ogóle nie lubiłam zup mlecznych, bo mleko często się przypalało, a zawsze były w nim kożuchy. Odrazę do kożuchów miałam po Mamie i po jej wujku, Dziadku Wiktorze.

O Dziadku przechowała się opowieść z czasów jego uwięzienia w obozie w Stutthofie. Dziadek był elektrykiem i funkcyjni obozowi często go wzywali, żeby im coś naprawił. Dostawało się za to na pewno dodatkową porcję zwykłego jedzenia, a często wręcz jakiś smakołyk. Zdarzyło się, że kucharz, Polak, więzień zresztą, dał Dziadkowi w nagrodę kubek gorącego mleka z grubą (pożywną!) warstwą kożucha. Dziadek odmówił wypicia tego świństwa, czym się bardzo i autentycznie naraził.

Klasyczny przepis na zacierki jest TU, ale wydaje mi się, że Mama nie dodawała jajka.

mamababciahalaMama z Babcią Halą, żoną Dziadka Wiktora.
Dla wyjaśnienia: Halina i Wiktor Ostrowscy byli rodzicami Janiny Kowalskiej, mojej ciotki, i dziadkami Małgosi i Marii, moich kuzynek. Byli jednak również naszymi Dziadkami, bo rodzice Mamy zginęli podczas wojny, a Ojca umarli wkrótce po wojnie. Natomiast Babcia Hala i Dziadek Wiktor wspaniale spełniali w stosunku do nas obowiązki rodzonych dziadków.

Ziemniaki

Mama nie lubiła gotować ziemniaków, zapewne dlatego że nie lubiła ich obierać, bo jak mogła dopaść którąś z nas (niestety, byłam to głównie ja), to natychmiast zasadzała ją do obierania ziemniaków. Siedziało się nawet nieźle, bo można sobie było z Mamą pogawędzić, ale samo obieranie nie było przyjemne.

Po pierwsze zaczynało się od tego, że trzeba było iść do piwnicy i przynieść ziemniaki w misce lub wiaderku. Mama tego nigdy nie robiła. Nie wiem, czy przez całe swoje życie na Grunwaldzkiej choć raz była w piwnicy. Mogę ją zrozumieć. Trzeba było wyjść na dwór, obejść schody na około i tam z boku było wejście do piwnicy. Często było tam ciemno, bo żarówki nie było, przepaliła się albo ktoś ją ukradł, co dziwne, bo obok piwnic była też kotłownia, w której zimą codziennie o świcie palił pan Sarnecki, i było też mieszkanie. Czyli palacz i lokatorzy musieli tamtędy chodzić, trudno więc zrozumieć, dlaczego było ciemno. Ale było. Piwnica była zatęchła, a jak był przednówek i góra kartofli zmieniała się w brudne klepisko, z którego trzeba było wybierać pojedyncze okazy, na bocznej ścianie piwnicy pokazywały się drzwi. Były na stałe zamknięte i łączyły się prawdopodobnie po prostu z sąsiednią piwnicą, ale we mnie budziły jasną zgrozę. W ogóle piwnica kojarzyła się w sposób straszliwy z wojną i trzeba było siły woli, żeby tam wejść, wrzucić nie patrząc porcję kartofli do pojemnika i jak najszybciej uciec.

Ale również ziemniaki kupione w sklepie były paskudne. Dziś już pewnie tego nikt nie pamięta, ale ziemniaki za czasów komuny były zawsze oblepione błotem. Jeśli błoto było zaschnięte, to trzeba je było z trudem odłupywać, a jeśli było mokre, oznaczało to zazwyczaj, że pod spodem znajduje się gnijący ziemniak i śmierdzi.

Mama, jeśli już w ogóle musiała obierać ziemniaki, robiła to w gumowych rękawiczkach, jeśli oczywiście akurat je posiadała, ja jednak nie znosiłam pracy w rękawiczkach (zostało mi do dzisiaj). Tu jednak muszę dodać, że jestem wprawdzie archeolożką, ale nie znoszę mieć brudnych rąk. Jeśli połączyć to z awersją do rękawic domowych, kuchennych czy ogrodniczych, uzyskamy obraz kompletnej niemożności, do której się jednak będąc dzieckiem czy młodą dziewczyną nie miało prawa.

No więc obieram ziemniaki. Nie wychodzi mi to zgrabnie, ziemniaki są prawie kwadratowe w przekroju, obierki grube i nieforemne. Oczywiście po pewnym czasie uczę się, jak to zrobić, żeby obrany ziemniak przypominał raczej kulę lub jajo niż kostkę. W wieku 11 lat potrafiłam już ugotować wszystko, umiałam też porządnie obierać ziemniaki. Gdy miałam lat 12 i Mama wyjechała do sanatorium, a Karusia była w szpitalu, to ja prowadziłam dom. No tak, to o czym to ja… ach, ziemniaki. Obieranie ziemniaków trwało w nieskończoność, a one same, już po obraniu, zawsze były brudne.

Po jakimś czasie z nadzieją w głosie pytałam Mamę, czy starczy, a Mama, nieodmiennie, nie patrząc w ogóle do garnka, żeby ocenić mój urobek, odpowiadała: jeszcze ze trzy…

Ostatnim problemem komunistycznych ziemniaków było to, że nie dawało się ich ugotować tak, żeby na końcu otrzymać suche, gorące ziemniaki. Dziś robimy to odparowując resztki wody i potrząsając garnkiem z pokrywką, ale albo Mama nie znała tego sposobu, albo, co też możliwe, garnek z ziemniakami był za ciężki i Mama nie była w stanie go odparować i nim potrząsnąć. Ja jako dziecko też nie. Zresztą byłam po prostu za mała. Były to czasy, kiedy się jadało znacznie więcej niż dziś i na pięć osób plus nieodłączni goście trzeba było ugotować duży sagan kartofli.

PS

Moi kochani Czytelnicy, wydawałoby się, że nie ma najmniejszego powodu, żebym tu pisała o zacierkach i ziemniakach. Ale otóż powód jest. Jak już zapewne wiecie, po kilku latach pisania o Mamie dorywczo na różnych blogach, próbuję w tej chwili stworzyć o niej książkę. Materiału mam dużo i musiałam go jakoś ogarnąć. Wprowadziłam więc dość surowe ograniczenia:

Moją Mamą była Irena Kuran-Bogucka. Każdy, kto chce, może ją sobie znaleźć w internecie, nie będę tu więc pisała tego, co każdy może znaleźć.

To tylko jedna z reguł, którymi obwarowałam to pisanie. Będę tu pisała o tym, co pamiętam i o tym, co wynika z poszukiwań w jej papierach i, rzadziej, rzeczach, i, jeszcze rzadziej, obiektach. Rzeczy mam mało, papierów dużo, ale daleko nie wszystkie, pojawi się więc tu tylko to, co mam (a i to nie wszystko), a nie to, co wiem. Ta zasada znakomicie mi ułatwi życie, bo wiem dużo i w tym „dużo” mieszczą się też tajemnice, ale nie będę ich ujawniać bez zgody Mamy. Ona sama już nie żyje, ale jeśli jej papiery, rzeczy, obiekty gdzieś objawią jedną z tych tajemnic, to znajdzie się ona i w książce.

Rozumiem, że czytelnik może być niezadowolony z takiej mojej autorskiej decyzji, lecz cóż, może szukać sam, próbując odsłonić te sekrety. Gdzieś się ujawniają. Dociekliwy część z nich znajdzie nawet w miarę szybko, wszystkich na pewno nie. I myślę, że nigdy. No i ostatni „ob-warunek”: rozdziały tej książki najpierw były, są lub będą wpisami na blogu i/lub na blogach. Różnych, bo prowadziłam ich w sumie pięć. I wszędzie pojawiała się również Mama.

Te zasady już tu gdzieś opublikowałam, ale muszę je przypomnieć z uwagi na zacierki. Bo podczas pisania książki zebrałam, głównie zresztą z ukochanego blogu Jak udusić kurę…, sporo opowieści o tym, jak Mama funkcjonowała w kuchni. Pojawił się ryż, była herbata, zielona galaretka, omlet. Myślałam, że to starczy, ale zacierki i ziemniaki przypomniały mi się któregoś dnia tak dobitnie, że musiałam o nich napisać. A skoro tak, to żeby się samej dopasować do własnych zasad, musiałam te dwa rozdzialiki umieścić również na blogu.

Smacznego.

I była chwila ciszy…

Lektury

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Podobnie jak rozmowy, tak i lektury bardzo silnie związały mnie z Mamą. Przejęłam chyba cały zestaw jej ulubionych książek, których nie wolno było za żadne skarby świata nikomu pożyczyć. I ja, mimo iż miałam do własności, swojej i cudzej, stosunek nader lekceważący (nadal mam), chyba rzeczywiście nigdy nie nikomu nie pożyczyłam żadnej z ukochanych książek Mamy. We wpisach na blogach w różnych kontekstach pojawiła się większość tych książek, ale chyba nie wszystkie. Nie pretendując do jakichkolwiek prób usystematyzowania wiedzy o lekturach Mamy, wymienię tu te, które do dziś zachowałam w pamięci.

szekspir-dulacBolesław Chrobry Antoniego Gołubiewa, 7 tomów
W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, również 7 tomów
Tajemnice motyli Stefanii Szuchowej w wydaniu z lat 30 z ilustracjami Norblina
Cóż za pomysł Tato! Williama Saroyana
Siedemnastolatek Bootha Tarkingtona
Kubuś Puchatek A.A. Milne’a
Bożek ciepła rodzinnego Marii Opolskiej
Burza Szekspira w oryginale w wydaniu z roku 1908 z ilustracjami Edmunda Dulaca
Saga rodu Forysthe’ów Johna Galsworthy’ego
Saga rodu White’oków, a zwłaszcza I tom – Jalna Mazo De La Roche
A lasy wiecznie śpiewają Trygve Gulbranssena
Imitacja życia Fanny Hurst
Tajemniczy opiekun Jean Webster
Błękitny zamek Lucy Maud Montgomery, tej od Ani z Zielonego Wzgórza
Byłam brzydką dziewczyną Anne-Marie Selinko
Berenika obcina włosy opowiadanie Francis Scotta Fitzgeralda z tomu Odwiedziny w Babilonie
Spowiedź Chinki Pearl S. Buck
Moja piękna Mama Mathilde Walewskiej

Siedem ostatnich pozycji to w gruncie rzeczy wciąż ta sama historia o brzydkim kaczątku, które staje się piękną, podziwianą i kochaną kobietą, przy czym w Imitacji życia jest to jeszcze kobieta, która samodzielnie osiągnęła nie byle jaki sukces finansowy. Szekspir i Szuchowa znalazły się na tej liście przede wszystkim z uwagi na wydanie i wspaniałe secesyjne ilustracje. Mama wprawdzie twierdziła, że nie lubi secesji, ale jak się wyrastało jako młoda panna w latach 30 ubiegłego wieku, nie można było nie polubić na całe życie ideału urody tamtych czasów, ideału bezwzględnie opartego na secesyjnych wzorcach, z lekka tylko unowocześnionych po I wojnie światowej. Te wszystkie obcięte na pazia rude kobiety z połyskującym hełmem gładkich włosów. Cudo! Obie sagi i Trygve Gulbranssen, podobnie zresztą jak Gołubiew, to po prostu wspaniałe historie rodzinne, wielopokoleniowe, skomplikowane, pozwalające na długo, na bardzo długo uciec od rzeczywistości, Proust to europejskie wyzwanie kulturalne, polski sprawdzian europejskości, a reszta to po prostu miłe książki dla dzieci i młodzieży, nie skażone komunistyczną retoryką i stylistyką.

Dziwnym wyjątkiem jest na tej liście Bożek ciepła rodzinnego Marii Opolskiej, polska współczesna powieść nikomu nie znanej pisarki, dodajmy nieznanej ani przedtem ani potem. Książka została wydana w roku 1962, nikt jej nigdy nie wznowił, a w antykwariatach można ją kupić za 3 złote. Książki nie ma na chomik.pl ani w biblionetce, w sieci nie ma recenzji ani opisów. Nie potrzebuję ich, świetnie pamiętam tę książkę, ale chciałam sprawdzić, czy ktoś oprócz mnie ją jeszcze wspomina. Po długich poszukiwaniach znalazłam jedno zdanie na jej temat: Książka opowiada o troskach i radościach inteligenckiej polskiej rodziny, jej przyjaciół i znajomych. To prawda, o tym jest ta książka, ale aż się prosi, by ktoś jej dodał w opisie to obleśne słówko, bez którego dziś nie ukaże się żadna współczesna powieść przeznaczona dla kobiet: ciepła. Człowiekowi się z mety odechciewa czytania pozycji, którą tekściarz wydawnictwa określił tym słowem. A jednak, jak teraz myślę o Bożku ciepła rodzinnego, to wiem, że gdybym była tekściarzem, to bym opisała tę powiastkę tym właśnie cholernym słowem: ciepła!
Czy muszę dodawać, że bożkiem ciepła rodzinnego jest kot?
Myślę, że to w tej książce Mama widziała siebie współczesną – zwykłą kobietę, żonę, obarczoną zwykłymi kłopotami, w rzeczywistości, która nie wywoływała żadnego entuzjazmu, ale nie przywalała też grozą. W 1962 roku pamięć tragedii wojennej już nieco zblakła, po prawie 20 latach można było chyba mieć nadzieję, że to, co człowiek aktualnie ma – zwykłe życie – będzie w miarę trwałe. Minęło już kilka lat od ostatniego polskiego przewrotu, października, kiedy zaczęła się odwilż, a więc i ustrój też już nie był wiszącym na co dzień nad głową mieczem Damoklesa. I dodajmy, ohyda rozgrywek wewnątrzpartyjnych i nagonki antysemickiej jeszcze się nie zaczęła. Było życie codzienne, na tyle miłe, na ile my sami i nasi przyjaciele mogliśmy je sobie miło ukształtować. Było raczej biednie, ale przecież nie nędznie, a przy tym właściwie, poza prywatną inicjatywą i jednym czy drugim lekarzem praktykującym prywatnie, nikt w otaczającym świecie nie żył lepiej czy bogaciej. I była chwila ciszy, i powietrze stało…

A był jeszcze w książce Opolskiej jeden czy drugi prościutki symbolik wskazujący, że nasze prywatne życie, to z ulicy Grunwaldzkiej we Wrzeszczu, życie artystki i żeglarza z dwiema córkami, znajduje tu swoje odzwierciedlenie. I nie był to bynajmniej tylko kot, bo książka zaczynała się (mniej więcej) tak: Podczas niedzielnego spaceru w pobliskim lesie odkryliśmy całą masę ścieżek nie tkniętych ludzką stopą…

No to przecież my, my Boguccy, na takie właśnie spacery chodziliśmy. Cały świat był pełen ścieżek nie tkniętych ludzką stopą!

biwak-maleTam chodziliśmy na biwaki i spacery, nawet Mama wtedy jeszcze chodziła, szliśmy i szliśmy, aż Tata pokazywał w oddali jakiś siniejący punkt i mówił, tam, za tym drzewem zrobimy obiad. I tam, za tym drzewem, gotowało się makaron, wydobywało mielonkę turystyczną z puszki, kroiło na plastry ogórki z wielkimi pestkami. I zawsze był sierpień i już niedługo trzeba było iść do szkoły, ale jeszcze były wakacje, a potem kładliśmy się na wydmach, Kasia się bawiła jakimiś trawami, Tata natychmiast zasypiał, a my z Mamą czytałyśmy.