Jesienne wypominki

Roman Brodowski

Smak polskich jesieni

Jesień od jakiegoś już czasu rodzi we mnie dziwny, nostalgiczny niepokój. Czas przemijania w przyrodzie przygotowującej się do letargu, czy (jak kto woli) zimowego odpoczynku przed kolejną płodną wiosną, oddziałowuje również i na moje samopoczucie psychofizyczne. Czuję się wyjątkowo ospały, bardziej skłonny do melancholijnych nastrojów, i jakby bardziej zestresowany.

Ktoś może powiedzieć – Nostalgia i owszem, ale dlaczego niepokój? –
No właśnie. Dlaczego niepokój?

Spoglądając wstecz, w naszą historyczną rzeczywistość, zawsze dochodzę do tego samego wniosku, a mianowicie, że to właśnie jesień, owa szara, ale brunatno-krwisto-czerwona jesień, obfituje w jakże tragiczne dla naszego kraju, wydarzenia.

To jesienią 24 października 1795 roku Rosja, Prusy i Austria podpisały akt trzeciego (i całkowitego) rozbioru Polski. To 25 listopada tegoż roku ostatni król Polski, Stanisław August Poniatowski, abdykował na Nowym Zamku w Grodnie, na rzecz Rosji, po czym został deportowany do Petersburga.

Także jesienią 29 listopada 1830 roku w Warszawie rozpoczęło się wielkie powstanie przeciwko imperium rosyjskiemu oraz wielkiemu księciu Konstantemu, który był bratem cesarza Rosji i króla Polski Mikołaja I. Konstanty był powszechnie znienawidzony za stworzenie systemu tajnej policji i donosicielstwa, a także za gnębienie i poniżanie Polaków, za niszczenie wszelkich przejawów prawdziwego polskiego patriotyzmu.

Co prawda jesień dla Polski miała także i odcienie nadziei oraz radośc, jak na przykład zwiastun wolności, jakim było podpisanie 5.11.1916 przez cesarzy Niemiec i Austro-Węgier dokumentu, w którym ogłosili powstanie niezależnego Królestwa Polskiego. Władzę w państwie oddano Tymczasowej Radzie Stanu, później zaś, w roku 1917, Radzie Regencyjnej.  Szefem Komisji Wojskowej został mianowany Józef Piłsudski. To ten właśnie człowiek, także jesienią, 11 listopada 1918 roku, dzień po powrocie z więzienia w Magdeburgu, proklamował ponowne utworzenie z wyzwolonych spod zaborów ziem, państwa polskiego.

Niestety takich jesiennych radości w naszej historii było zbyt mało, by uważać ją szczęśliwą dla nas porę roku
Omijając kilkanaście mniej lub bardziej udanych dla naszego nowonarodzonego państwa, a więc okresu sanacyjnej, międzywojennej Polski, dochodzę do kolejnych tragicznych dla kraju, wydarzeń, które niestety także zaserwowała nam jesień,
Wrzesień 1939, zarówno jego pierwszy jak też siedemnasty dzień, po niespełna dwudziestu i jeden latach stał się prologiem kolejnego dramatu i niebytu naszej Ojczyzny, Ojczyzny która to rękoma faszystowskiej niemieckiej III Rzeszy jak też komunistycznego Związku Republik Radzieckich, została, zbrojnie zaatakowana i zgodnie podzielona, tak jak to postanowił pakt Ribentrop-Mołotow, podpisany 23 sierpnia tegoż roku, podzielona przez kolejnych (acz w rzeczywistości – tych samych) zaborców.
Ten długi, ponad pięcioletni okres okupacji naszego kraju, jak nigdy wcześniej obfitował w terror i zbrodnie dokonywane przez najeźdźców.
Zabijanie niewinnej polskiej ludności oraz eksterminacja polskich Żydów, zarówno przez Niemców i ich kolaborantów, jak też Rosjan, wysyłki do wybudowanych na terenie Polski fabryk śmierci zwnych obozami koncentacyjnymi, jak też na powolną, katorżniczą śmierć w do gułagów znajdujących na terenie dalekiej północy jak i Syberii, było na nadwiślańskiej ziemi, codziennością. Polska poraz kolejny płynęła nie „mlekiem i miodem”, a krwią, a spowijał ją zapach rozkładających się ciał.

Z pewnością, ale i premedytacją opuszczam wiele jesiennych wydarzeń, zasługujących również na uwagę nie tylko historyków, by sprowokować czytelnika do przemyśleń dotyczących nie tylko naszej smutnej jesiennej rzeczywistości, ale i innych epizodów, jakie wydarzyły się w pozostałych „ojczyźnianych porach roku”.

Wracając do mojego „kalendarium” – to koleją jesienną datą
jest wczesna jesień 1980 roku.

Historycznie, dla mnie i mojego pokolenia jest to okres najbardziej bliski, a to dlatego że ten nieodległy jeszcze czas nie zdołał wymazać z mojej pamięci i pamięci milionów rodaków tego, co się wówczas wydarzyło. Żyłem niejako w środku tamtych wydarzeń…, więc (wydaje mi się) przy odrobinie szczerości i woli uczciwego podejścia do analizy ówczesnej rzeczywistości, jestem w stanie niejako obiektywnie przekazać obraz niezafałszowanej prawdy historycznej.

Kiedy wydawało się, że w wolnej od przemocy i wojennych działań, socjalistycznej Polsce, w kraju którego symbol stracił koronę a naród suwerenność na rzecz Moskwy, nic się nie może wydarzyć, tenże naród poraz pierwszy od zamierzchłych czasów stał się jednością i wystąpił przeciwko niesprawiedliwości społecznej, przeciwko systemowi socjalistycznego prawa i przeciwko radzieckiej hegemonii w sferze politycznej, wojskowej i gospodarczej nad naszym państwem. To wówczas nasi chłopi, robotnicy i inteligencja, ręka w rękę, wyszli na ulice, ogłosili w całej Polsce okres strajkowy, domagali się demokratyzacji państwa, sprawiedliwego podziału władzy, wyprowadzenia wojsk sowieckich z Polski. Tak – mam na myśli ogólnonarodowy (prawie że) bezkrwawy, sierpniowy protest, i powstanie w dniu 30.08.1980 pierwszych po wojnie nielegalnych jeszcze, ale już Niezależnych Związków Zawodowych „ Solidarność”, których legalizacja nastąpiła 10.11. 1980 Niestety tamten polityczny sukces (jak dzisiaj widać) nie utrzymał na stałe tamtej narodowej jedności.

Dzisiaj ponownie stoimy na rozdrożu, zagrożeni kolejnym w historii rozłamem w narodzie, dobrowolnym spychaniem nas samych do jakiegoś zaścianka na arenie międzynarodowej. Rządzi nami indoktrynacja i to we wszystkich jej aspektach: społecznym, etyczno-chrześcijańskim i historycznym, poddano nas przekazom nieprawdziwej wiedzy, co zagraża naszej młodzieży i może doprowadzić do stworzenia społeczeństwa bezideowego, zdolnego do wszystkiego, tylko nie do współistnienia z innymi narodami.

Faszyzacja i nacjonalistyczna propaganda, jaką prowadzi dzisiejsza dyktatorska władza, ma na celu wywołanie w społeczeństwie fobii i pobudzenie ducha emocjonalnej nienawiści, negatywnego nastawienia narodu względem „obcych”. A to nie wróży niczego dobrego.

I właśnie do tej ostatniej w moich wypominkach jesieni, w naszej dzisiejszej sytuacji społeczno-politycznej powinniśmy myślami szczególnie często powracać, a młodemu pokoleniu przekazywać prawdę tamtego czasu, bez konfabulacji, indoktrynacji czy kłamstwa, tak dziś chętnie używanego dla celów propagandy politycznej.

Dziwi mnie fakt że tysiące, a nawet miliony rodaków mojego pokolenia tak szybko zapomniały, co znaczy uczciwość, prawda i obowiązek wpajania naszym dzieciom znanej greckiej maksymy że, „prawdą prawd jest wiedza naszych własnych doświadczeń”. A więc przekazujmy im rzeczywistość zgodną z faktami, sprzeciwiajmy się historycznej konfabulacji potrzebnej dla nadbudowy ideologiczno-propagandowej aktualnych systemów politycznych.
Amnezja, zwłaszcza ta ogólnospołeczna, podyktowana chęcią bezgranicznego (bezmyślnego) podporządkowania się władzy dyktatorskiej, zawsze prowadziła narody do krwawych, tragicznych wydarzeń.

Epilog:

Mamy jesień. Niech tych kilka przypomnianych przeze mnie dat i wydarzeń
będzie przestrogą i nauką dla nas wszystkich. Oby ta kolejna jesień była jesienią rozsądku i spokoju dla naszego (niestety podzielonego) narodu.

Jesień

Wiatr w porywie poezji
Układa mozaikę z liści
Odzianych w jesieniobarwną
Szatę błogiego spokoju.

Nadwiślane, matczyne pola
Oddając ostatnie płody
Brzemiennej ziemi
Czekają zimowego snu.

Orły – nie tylko te białe
Szukają schroniena
Przed nadchodzącą porą
Głodowego trwania.

I tylko my –zagubieni w czasie
Nie zwracamy uwagi
Na nadchodzącą niepewność
Jesiennej zawieruchy.

A jesień? – jesień ma się dobrze.
Deszcz, nostalgia, nadzieja
Nadchodzi, trwa i odchodzi.
Pozostaje po niej … historia.

01.10.2017

Wtorek 1 sierpnia godzina 17

Andrzej Rejman

prezentuje dziś głosy dwóch poetek napisane w przededniu godziny W

Julia Doktorowicz-Hrebnicka

Wołania lipcowe 1944      

Wróg słabość swą kryje pod łuską pancerną,
Z dnia na dzień ucieka zeń życie.
Komendancie – już czeka drużyna Twa wierna
Daj hasło – wyjdziemy z ukrycia.

Zatrutym zębem kąsaliśmy cicho,
Rdza sabotażu wroga pracę żarła…
Czy słyszysz? Bestia już ledwo oddycha…
Daj hasło – skoczymy do gardła!

Świętość celu uzbraja nam ręce,
Krzywda – serca zakuła w żelazo,
Kto mówi żeśmy słabi? My w męce
Niewoli
Twardsi jesteśmy od głazu.

Nitem przysięgi skułeś nas w szeregi
Cudu szukamy w każdym Twym słowie
Czekają na nas uwięzieni bracia
Komendancie!
Meldujemy posłusznie: Jesteśmy gotowi.

(lipiec 1944)

_____________________________________________________________

Pierwszy Sierpnia jest dla mnie jednym z najważniejszych dni w roku.

To okres przełamania lata, gdy słońce robi się bardziej żółte, a niebo bardziej niebieskie. Te dni nastrajają mnie (mimo wszystko) optymistycznie.

Optymistką do końca była też moja matka, uczestniczka Powstania Warszawskiego, rocznik 1915.

Na biurku kładę Jej odznaczenia – Krzyż Armii Krajowej tzw “Londyński”, Warszawski Krzyż Powstańczy oraz Order Virtuti Militari. Brakuje tylko Krzyża Walecznych, który został włożony do trumny, zgodnie z wolą zmarłej.

Pamiętam jak w latach 60, każdego roku w sierpniu, mama z zainteresowaniem czytała nieliczne jeszcze wtedy rocznicowe artykuły o Powstaniu Warszawskim, ukazujące się w niektórych pismach i dziennikach (“Stolica”, “Tygodnik Powszechny”, “Życie Warszawy”).

Opowiadała o pięknym współdziałaniu żołnierzy różnych formacji, o ofiarności ludności cywilnej, o czynach bohaterów tamtych dni.

Nie mówiła jednak zbyt wiele. Wspomnienia były nazbyt swieże.

Potem doczytałem, że ludzie Powstania walcząc o wolność i godność człowieka, wznosili się ponad swe poglądy polityczne, łącząc różne wizje ustroju Polski w jeden idealistyczny obraz Ojczyzny wolnej, demokratycznej i sprawiedliwej.

Dziś, gdy każdy może powiedzieć rzecz dowolną, mówiąc całemu światu w globalnej sieci – że “oto właśnie walczę o prawdę” – niezmienną wartością pozostaje rozumna mądrość nakazująca współdziałanie i solidarność w obliczu wyznaczonych zadań i możliwych do spełnienia marzeń.

Gdy w ostatnim czasie tempo zmian społecznych i politycznych w Polsce przyspieszyło – warto znów odwołać się do wartości Powstania Warszawskiego, które, jakkolwiek nie osiągnęło swych celów, jednak wzmocniło wiarę i nadzieję, że nie wszystko stracone.

Znów trzeba połączyć siły, okiełznać emocje i wspólnie zająć się pracą u podstaw. Wtedy wiele naszych marzeń spełni się.

I przede wszystkim rozmawiać, dochodząc do wspólnej prawdy, wspólnych wniosków, łącząc niejako odrębne światy, które każdy z nas nosi w sobie.

Połączyć TY i JA – tak jak połączone są sylaby w słowie KONSTYTUCJA – i wzywać do wspólnego zastanowienia się, co można zrobić razem, dla siebie i dla Polski.

Warszawa, koniec lipca 2017 roku

***

Zapowiadając dalsze wpis, wspomnienie o młodej poetce okupacyjnej i powstańczej – Teresie Bogusławskiej (1929-1945) przypominam dwa jej wiersze napisane jeszcze przed Powstaniem Warszawskim.

Teresa Bogusławska

Noc idzie        

Już słońce za ciemny schowało się bór
I niebo w zachodu purpurze,
Już ptaków po gniazdach wieczorny zmilkł chór,
W ogrodzie posnęły już róże …

Noc idzie i ciszę rozsiewa wśród pól
I gwiazdy zapala na niebie …
Noc idzie i może ukoi łzy, ból
I ześle sny jasne dla ciebie …

(1942)

moja wersja muzyczna tego wiersza –

Warszawie

Rozciągnęła nad Tobą noc skrzydła,
Rozciągnęły się mgły ponad Tobą,
W burz wichrów spętanaś wędzidła
I płomienie Ci ognia ozdobą

Rozpętały nad Tobą się burze,
Zaświeciły Ci łuną łez krwawą…
Lecz Tyś wyższa, Tyś wzrosła ku górze,
O męczeńska! O, święta Warszawo!

Gdy Ci grały szatańsko szrapnele,
Gdy Ci bomby pękały wśród ognia,
W Tobie wzrosło wielkości tak wiele,
Że nie zmogła jej siła i zbrodnia.

Zhartowałaś się we krwi i ogniu
I moc swoją zachowasz na wieki,
Moc, co w każdym już żyje przechodniu,
Tętni w murach, gra w nurtach tej rzeki…

Takaś dumna, wyniosła i żywa,
Takaś cała promienna i krwawa…
Dzwon się głuchy z oddali odzywa…
… Klękam w prochu przed Tobą, Warszawo…

(1943)

________

Teresa Maria Bogusławska, ps. „Tereska” (ur. 13 lipca 1929 w Warszawie, zm. 1 lutego 1945 w Zakopanem). Córka Antoniego Bogusławskiego oficera WP i poety oraz lekarki Marii Wolszczan. Mieszkała przy ul. Mazowieckiej w Warszawie.

Podczas okupacji hitlerowskiej uczyła się na tajnych kompletach w warszawskim Gimnazjum im. Cecylii Plater-Zybek. Jesienią 1941 wstąpiła do konspiracji – należała do 6. Warszawskiej Żeńskiej Drużyny Harcerskiej Szarych Szeregów. Została aresztowana przez Gestapo w lutym 1944 podczas akcji naklejania na niemiecki afisz z listą rozstrzelanych kartek papieru z hasłami patriotycznymi. Osadzona w więzieniu na Pawiaku, torturowana na przesłuchaniach, nabawiła się gruźlicy. Zwolniona, chora na gruźlicę, do lipca leczyła się w otwockim sanatorium.

Podczas powstania warszawskiego szyła mundury i opaski powstańcze. Tworzyła także ryngrafy z wizerunkiem Matki Boskiej. Po kapitulacji znalazła się w Zakopanem. Zmarła na gruźlicze zapalenie opon mózgowych w lutym 1945 roku.

W 1946 ukazał się tomik jej poezji pt. Mogiłom i cieniom. W 1979 Józef Szczypka opracował antologię Wołanie z nocy. Wiersze najmłodszej poetki warszawskiej czasu wojny.

Zu Sommerwende

Ob es Mittwoch vor zwei Tagen war (astronomisch) oder ein Volksfest der Johannis-Nacht (in Polen Kupała genannt und morgen gefeiert), es ist die Sommerwende und Beginn des Sommers.

Brigitte von Ungern-Sternberg

Heute ist der Tag der Sommer-Sonnenwende, schon immer ein besonderer Tag im Jahr.

Sinn und Zweck der Kreisanlage bei Goseck in der Steinzeit (ca. 5000 v.Chr.) und der jüngeren Himmelsscheibe von Nebra in der Bronzezeit (ca. 2000 v.Chr.) waren es, den Jahresablauf der Sonne – die Sonnenwenden im Sommer und im Winter, und die beiden Tag- und Nachtgleichen – zu bestimmen. Für  bäuerliche Kulturen ist es wichtig, z.B. Säen und Pflanzen zur richtigen Zeit im Jahr vorzunehmen. Goseck und die Himmelsscheibe dienten also als ‚Bauernkalender‘.

Der Phantasie bleibt es überlassen, sich die begleitenden kultischen Ereignisse vorzustellen mit rituellen Handlungen, Musik, Tanz und gemeinsam genossenem Festessen.

Auf der Himmelsscheibe von Nebra sind auch der Mond und Sterne zu sehen, gut zu erkennen das Siebengestirn der Plejaden.
Sowohl die Kreisanlage von Goseck, als auch die Fundstelle der Himmelsscheibe im Wald bei Nebra befinden sich in Thüringen unweit dem Tal der Saale.

Barataria 22 Książki i utopie

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące

Wszyscy wiemy, iż życie towarzyskie i kulturalne w PRL miało to do siebie, że wszyscy czytali i oglądali to samo. W telewizji, w kinie, w księgarni, wszędzie było to samo. Wywoływało to pewne mody i trendy, niekiedy na lata, jak czwartkowa Kobra czy poniedziałkowy Teatr Telwizji, jak felietony Jana Kamyczka (wiem, wiem, to kobieta! jak Kopernik!) w Przekroju. Przez jakiś czas wszyscy śpiewaliśmy Damą być Maryli Rodowicz albo Prześliczną wiolonczelistkę, czytaliśmy artykuły profesora Krawczuka o władcach starożytnych i oglądaliśmy w telewizji wykłady profesora Zina o architekturze. Zbieraliśmy makulaturę, żeby ją wymienić na Dzieła zebrane Mickiewicza. Byliśmy mądrzy ogólnie i na bieżąco, i bardzo tacy sami.

To nie ja sprzedaję Mickiewicza, mój po prostu nie jest już kompletny, bo ktoś pożyczył tom drugi i czwarty

Kiedyś nadszedł w PRL czas Łysiaka, Waldemara zresztą – tak się w owym czasie mówiło, co było cytatem z  kultowej audycji radiowej 60 minut na godzinę. Jestem pewna, że Łysiak to nie tylko pamięta, ale z łezką w oku wspomina; daj Boże każdemu z nas, ludzi pióra i klawiatury, takie “5 minut”, jakie miał Łysiak.

Wikipedia pisze, że Łysiak (ur. 8 marca 1944 w Warszawie) to polski pisarz, publicysta, eseista, architekt, napoleonista i bibliofil. Zgoda, aczkolwiek mnie akurat te jego zainteresowania bonapartystyczne niezbyt “brały” (też się tak wtedy mówiło), natomiast na pewno dodałabym mu słowo “erudyta”. Bo Łysiak był (a pewnie i nadal jest) erudytą. Nie tylko wiedział wszystko, ale też potrafił to wszystko błyskotliwie zapisać – pamiętacie takie jego słowo “blaskomiotny”? Nie przyjęło się, choć różanopalca Jutrzenka albo Złotousty jednak zyskały sobie pewne prawa.

Łysiak wydał mnóstwo książek napoleońskich i kilka innych, a wśród tych innych  najważniejsze (a może w ogóle najważniejsze) były Wyspy zaczarowane, jego debiut literacki, wydany w roku 1974 cykl esejów o kulturze włoskiej, które kochaliśmy prawie tak jak Barbarzyńcę w ogrodzie Herberta. Dziś jednak wracam do tej książki z tego względu, że te zaczarowane wyspy Łysiaka to wcale nie wyspy tylko miejsca jak najbardziej lądowe, jak na przykład pewien zaułek w Rzymie. W kilkanaście lat później pokazały się jeszcze Wyspy bezludne i Wyspa zaginionych skarbów, ale gdzież im tam było do tych zaczarowanych. Najciekawszym rozdziałem był, oczywiście z mojego punktu widzenia, Nóż Leonarda. Dziś wszyscy wiemy, że Ostatnia wieczerza ma o jedną rękę za dużo i że ta niczyja ręka trzyma nóż, ale w latach 70 ta opowieść to było niezwykłe objawienie.

Leonardo da Vinci, Ultima cena, 1495-1498, fresk, klasztor Santa Maria delle Grazie, Mediolan

W dzisiejszym eseju to jednak ta właśnie wtedy zlekceważona książka Wyspy bezludne czyli eseje o samotności, ma stanowić początek kolejnych rozważań baratarystycznych,  o wyspach nieistniejących jako modelu świata.

Powiedziałabym, że można je podzielić z grubsza na dwie części – Wyspy Lenistwa i Wyspy Pracy. Wyspy Lenistwa to bajki, to pociecha dla ludzi udręczonych codziennym mozołem bez końca innego niż śmierć. To tu mieści się też Kraina Łakomczuchów, Kraina Śpiochów, Wyspa Skarbów i wszelkie inne Wyspy Szczęśliwe. Wyspy Pracy to przypowieści o życiu godziwym i słusznym społeczeństwie. Łysiak zaczyna od Aleksandra Selkirka czyli Robinsona Cruzoe, a to, powiedziałabym, najlepszy chyba przykład Wyspy Pracy. Typową Wyspą Pracy jest oczywiście wyspa Prospera, króla i maga, z Burzy Szekspira,  i Utopia Thomasa Morusa.  Wydawać by się mogło, że Pramatką wszystkich Wysp Pracy jest platońska Atlantyda, ale nie, bo wszystkie, również Atlantyda wzorują się na Sherii, wyspie Feaków w Odysei. Również Barataria jest Wyspą Pracy. Sancho Pansa zabiera się do swych obowiązków sędziowskich tuż po przyjeździe na swą wyspę, zanim jeszcze zdąży zejść z osła, a wszyscy, których czyny osądza, też wykonują jakieś zajęcia.

W poszukiwaniu straconego na życie czasu powracam do lektur z lat 70 i 80. Wybieram je na chybił trafił, większości nie pamiętam w ogóle, część pozostawiła po sobie zaledwie bipolarne wrażenie przyjemności lub nudy. Z miąższu zapomnianych słów teraźniejszość wyłapuje to, co ma powierzchowny bodaj związek z baratrystyką. Nic dziwnego, w końcu ta wędrówka zaczęła się, przpominam, od takiej niemal zapomnianej lektury sprzed kilkudziesięciu lat.

Taniec sępów, cóż za głupi tytuł wymyślił sobie polski wydawca, w ogóle nie przystający do treści, bo autorka określając realne życie polityki rzeczywiście używa określenia “taniec sępów”, ale ta jej książka celowo omija wszelkie elementy polityki i koncentruje się na dziesięciu zaledwie latach szczęśliwego dzieciństwa. Renée Mendez Capote, Pamiętnik młodej Kubanki urodzonej z początkiem wieku. Wydawnictwo Literackie 1987. Renée, urodzona w roku 1902, i jej rodzeństwo, wymyślają sobie niecodzienną rozrywkę – szyją flagi różnych państw, a przy okazji uczą się, jakie jest ich położenie geograficzne, ludność, stolica, uprawy, bogactwa… Któregoś dnia dzieci chcą uszyć flagę dla Don Kichota. Ojciec tłumaczy, że Rycerz Smętnego Oblicza ma sztandar hiszpański, jest przecież typowym Hiszpanem, reprezentującym zalety i wady tego narodu, ale dzieci nie przyjmują tego do wiadomości.

– Nie, don Kichot powinien mieć własny sztandar, bo reprezentuje on własny świat w ramach pozostałych.

No, ale przecież to nie Don Kichot miał swoje państwo-miasto-wyspę, lecz Sancho Pansa. To ukryci barataryści, te dzieci Mendez Capote.

Tę książkę zapamiętałam jako miłą lekturę, z wydanej w roku 1976 w PIW-ie powieści Leona Gomolickiego Taniec Eurynome (co ja znowu z tym tańcem?) nie pamiętałam nic. Nawet tej tytułowej Eurynome, choć wydaje mi się, iż  wiem jak przez mgłę, że była Okeanidą i tańczyła na wodach Chaosu, aby wytańczyć świat. I rzeczywiście, Gomolicki dość dokładnie przypomni w powieści historię Eurynome. Wytańczyła z wód Chaosu węża Ofiona, a on został jej mężem i… stworzył świat. Ba, przydał sobie miano Stwórcy. Typowe…

U Gomolickiego ten Chaos to świat w stanie wojny, a to co się z niego po wojnie wyłania, nie powstaje wedle żadnych wzorów z przeszłości, jest tworem samoistnym, który powstając sam siebie nie zna. To oczywiście powinno być lekturą dla rządu i naszych trojga władców P – Prezesa, Premier i Prezydenta, którzy zbiorczo życie po zagładzie wojny nazwali zdradą.

Kiedy palą się miasta, upadają państwa, nastaje sąd ostateczny wojen i obozów zagłady, a potem na omytej wodą potopu ziemi znów zaczyna powoli plenić się życie i martwi w postaci obozowych muzułmanów wychodzą z grobów – ta wizja pozostanie w pamięci współczesnych na zawsze. Wizja masowości ludzkiej zagłady i ludzkiego zmartwychwstania – tłumu wychudłych ciał, rozpaczliwie czepiających się życia, aby tylko nie wrócić do grobu.

Ale ja nie o tym, ja tropię wyspiarską Baratarię. Bohater, nota bene, człowiek początkowo bezimienny, w pierwszych dnia wolności przejmuje po zmarłym Salomonie jego żonę czy kobietę, Sabę, królową Saby. I niech to nie dziwi, bo tak już jest, w takich wędrówkach po kulturze, wszystko się składa w jeden wszechobecny mechanizm. Salomona zastrzelił ktoś o świcie. Nie wiadomo, przez przypadek czy celowo, nie wiadomo też, kto strzelał, bandy z lasu, czyli dziś nagle godni chwały “żołnierze wyklęci”, czy z milicji. Bezimienny zatem odpowiada na list przyjaciela z czasów młodości, a ten mu nadaje banalne imię – Henryk. Przyjaciel zaś używa  pseudonimu teatralnego Cyprian. (Królowej) Saby już nie ma, bohater sam ją opuścił dla młodszej kobiety, Wandy, ale wraca, by z nią rozmawiać, lub nie wraca, by ją wspominać. A więc list od Cypriana.

…list był przejmujący, (…) to była jego, niczego nie wymagająca w zamian, próba przerzucenia chybotliwej kładki przez rozdroża dzielących nas lat. Czy mogłem nie zareagować na to wezwanie. Mój list był krótszy – zawierał zaproszenie na moją bezludną wyspę. Bezludną? – nazwa umowna, zastępcza wyspy szczęśliwości (geneza pomieszania tych pojęć bierze początek w latach wojny!) Czy zaludniając ją w ten sposób, świadomie zaprzeczałem jej właściwości uszczęśliwiania samotnością? Ale Cyprian był dla mnie bardziej cieniem lat przeszłych. Któż mógł wtedy przewidzieć, że metafora ta fatalnie sprawdzi się w rzeczywistości!

Ta wyspa bezludna znajduje się zaraz z jakąś małą stacyjką, zupełnie jak Totenhorn, ale i jak ów Pensjonat Barataria, od którego się wszystko zaczęło. To już wiemy, za tymi małymi pustymi stacyjkami kryją się Wyspy Ułudne, homerowa wyspa Feaków Pensjonat Barataria i Góra Zmarłych, morusowa i baconowska Utopia, szekspirowska wyspa Prospera i platońska Atlantyda. Tu, za tym śmiesznym peronem zaczyna się puszcza, preria, dżungla, w ogóle utopia, mówi wciąż jeszcze bezimienny Henryk. Dobre słowa, tylko że po polsku utopia to też świat utopiony, zalany wodą… A ci co kuszą cię Utopią to być może ci sami, którzy cię potem utopią lub skłonią, byś się sam utopił, jak Leverkühn z Doktora Faustusa czy Joseph Knecht z Gry szklanych paciorków. Pojawi się zaczarowane miejsce, wyspa szęśliwości, nie szkodzi, że w górach – wyspa może być wszędzie, jeśli tylko nosimy ją w sobie. W tym wypadku jednak prawie dosłownie, bo wyspą górski taras omywany żywiołem powietrza. Znaleziony przypadkiem. Będziemy tam mieszkać w grocie nimf i żywić się korzonkami roślin jak pustelnicy, mówi Henryk. Ale nie mieszkają w grocie, znajdzie się wyczarowane schronisko, buda raczej, ale obok krystaliczne źródło czystej wody. Buda była zabita deskami i miała komfort melin zbójnickich ze strasznych baśni dla dzieci.

Taka to wyspa, ale Gomolicki wie, że będziemy się nad nią zastanawiać, pytać sami siebie, czy aby to ta wyspa i odpowiada:

jak zaczynamy podróż, nie wiemy, na jaką wyspę wyrzuci nas żywioł. Inną wyspę odkrył Kolumb, inną Defoe i tylko w marzeniach sennych dobijamy do wysp nieziszczalnej w życiu szczęśliwości.

Możecie być pewni, że ciąg dalszy nastąpi, zwłaszcza że na wyspie w górach pojawi się też Ułuda.

Książki wymienione w tym wpisie w wydaniach, w jakich je dawno temu czytałam po raz pierwszy:

 

No i oczywiście – wzór niedościgły, tak miała być napisana wędrówka do Baratarii. Och jej.

Jest czerwiec

Andrzej Rejman

Ostatnio po wysłuchaniu wiadomości z kraju i ze świata przyszła mi do głowy myśl:

Najbardziej niebezpieczni są ci, którzy czyniąc źle, uważają, że czynią dobrze w imię Boga, historii lub choćby z jakiegoś nieograniczonego upoważnienia mas.

Sięgnąłem więc do książki Jacoba Talmona “Źródła demokracji totalitarnej”* i czytam :

“Republika nie powstanie nigdy, jeśli wola suwerena nie powstrzyma rojalistycznej mniejszości i nie zapanuje nad nią na podstawie prawa podboju”.

“Odkąd lud francuski zamanifestował swoją wolę, wszystko co nie jest suwerenem, jest wrogie. Między ludem a jego wrogami jest tylko miecz”.

„Ci, którymi nie dałoby się rządzić za pomocą sprawiedliwości, musieliby ulec sile miecza. … Nie będziecie mówić tym samym językiem, nigdy się wzajemnie nie zrozumiecie. Wypędźcie ich zatem!”

(Saint Just – Raport o konieczności powołania rządu rewolucyjnego do czasu pokoju, 10 października 1793)

“W Republice nie ma innych obywateli poza Republikanami. Rojaliści… konspiratorzy są jedynie obcymi lub raczej wrogami.” (Robespierre)

(Nie liczy się ani konieczność jedności narodowej, nakazująca ludziom zapomnieć o dzielących ich różnicach w obliczu zagrożenia zewnętrznego, ani też idea legitymizująca naturalne rozbieżności opinii. Istnieje tylko lud oraz wrogowie ludu. – komentarz Autora)
___________

* Źródła demokracji totalitarnej, Jacob Talmon, Universitas, Kraków, 2015;
z opisu książki na stronie wydawcy:

W książce „Źródła demokracji totalitarnej” J.L. Talmon stawia tezę, że równolegle do rozwoju demokracji liberalnej, na podstawie tych samych przesłanek filozoficznych, sformułowanych w XVIII wieku, pojawił się trend, określany przez niego jako „demokracja totalitarna”, przy czym obydwa te kierunki istniały obok siebie i wzajemnie na siebie wpływały aż do czasów najnowszych. Różnica między nimi polega przede wszystkim na tym, że w podejściu liberalnym traktuje się politykę jako wynik prób i błędów, natomiast w podejściu totalitarnym zakłada się, że w polityce istnieje jedyna, wyłączna prawda. Autor tę drugą postawę określa jako polityczny mesjanizm, postulujący istnienie ustalonego z góry, harmonijnego i doskonałego porządku, który jest nieuchronnym przeznaczeniem ludzkości. Znaczna część koncepcji totalitarno-demokratycznej wynikała z XVIII-wiecznej myśli społeczno-politycznej, kiedy ulegał załamaniu tradycyjny porządek w Europie: następował upadek religii, porządku feudalnego i tradycyjnego znaczenia hierarchii społecznej. Swoją tezę autor obszernie uzasadnia, przedstawiając ewolucję poglądów społeczno-politycznych w trakcie Wielkiej Rewolucji Francuskiej i bezpośrednio po niej.

________

No i potem kończy sie to tak:

Szawle (dziś Sauliai, Litwa) – zniszczenia po wojnie 1914-1918, fot St. Doktorowicz-Hrebnicki

***

Miejmy nadzieję, że będzie inaczej. Może zainspiruje nas poezja i opuści zew walki….

Maryla Wolska (1873-1930), poetka nieco zapomniana, której rocznica śmierci przypada 25 czerwca – pisze w wierszu opublikowanym jedynie w pamiętnikach (Wspomnienia, Maryla Wolska, Beata Obertyńska, PIW Warszawa, 1974):

Dosyć już wojny i racji
gazet, przekonań i przyczyn –
wystarczy do orientacji
ten jasny amarant koniczyn…

Dość i mnie na tej barwie!
Co ma być – będzie… Poza tem
czereśni w sadzie się narwie
jest czerwiec, wsią pachnie i latem…

Armaty słychać? Androny!
A choćby nawet… Przestaną…
Świat złoty jest, modry, zielony,
jaśminy mi pachną i siano…

Zachodu czerwona tarcza
w łan owsa się stacza ochłódła…
Najświeższych wieści dostarcza
wiatr młody, z pewnego źródła…

Czas ciepłem jest, blaskiem, ukojem
nie żadną dobą dziejową
Co wieczór pod oknem Mojem
Świerszcz zawsze ostatnie ma słowo…

Jezioro Berżenickie (powiat święciański, województwo wileńskie) ok. r. 1933. Wypoczynek letników.

Dokąd zmierzasz Ojczyzno?

Roman Brodowski

Sytuacja w naszym kraju staje się coraz bardziej napięta. Ludzie przestają wzajemnie sobie ufać. Dzielą się na lepszych i gorszych, prawdziwych i pseudopolaków, godnych i niegodnych, patriotów i niepatriotów.
To tylko niektóre przykłady tego, jak daleko zaszliśmy w niszczeniu tej po raz pierwszy w naszej historii, spontanicznie powstałej jedności, jaką był czas prawdziwej ogólnonarodowej solidarności, tej z roku 1980.
W przypływie negtywnych emocji, zacietrzewienia i wrogiego stosunku do siebie nawzajem, nie zauważyliśmy, że zbliżyliśmy się do krawędzi przepaści, że niedaleko nam do kolejnej narodowej tragedii.

Co się stało z naszym społeczeństwem? Czy zapomnieliśmy już o tym, co było jedną z przyczyn rozpadu naszego państwa w XVIII wieku? To właśnie nasze wewnętrzne spory, brak narodowej jedności i podziały społeczno polityczne kraju były powodem rozbiorów.
Dzisiaj popełniamy te same błędy, same błędy.
Dlaczego nie potrafimy miast budować przyjacielskich i partnerskich stosunków z innymi, zwłaszcza z sąsiadującymi z nam państwami? Dlaczego szukamy wsparcia w naszej ideologiczno-politycznej walce, poza naszymi granicami? To tylko kilka z listy pytań, na które nie potrafię znaleźć racjonalnych odpowiedzi.

Skupię się w tym tekście na źródle, które, moim zdaniem, jest zarzewiem tego wszystkiego, co może doprowadzić nasze państwo do katastrofalnego stanu, zarówno pod względem politycznym jak i gospodarczym.
Wydaje mi się, że przyczyna tkwi w naszym dyktatorskim systemie sprawowania władzy.
Historia zna przypadki, kiedy narodami rządziły samodzielnie charyzmatyczne jednostki. Osobiście znam ich kilkanaście.
Jednak dla przykładu, posłużę się dwoma systemami, które nie tylko zna każdy, ale które bezpośrednio związane są z naszą jakże nieodległą jeszcze historią – odniosę się do dyktatury Adolfa Hitlera i Józefa Stalina.
Obaj stworzyli swe zbrodnicze systemy społeczno-polityczne w oparciu o demagogię i populizm, wykorzystując do realizacji swoich urojonych wizji, fanatycznie fobiczne jednostki oraz intelektualistów o poglądach skrajnie nacjonalistycznych i radykalnych.

Jak to możliwe, że ci frustraci, w gruncie rzeczy psychicznie słabi i nie w pełni przygotowani do życia w społeczeństwie, potrafili pociągnąć za sobą całe narody, wymuszając na nich bezgraniczne posłuszeństwo?

Istnieją dyktatury „z miłości” i „ze strachu”, ale podział ten ważny jest tylko w pierwszej fazie formowania się dyktatury, wkrótce bowiem oba systemy zleją się w jeden organizm, głoszący miłość i posługujący się terrorem.

Aby powstał dyktatorski system państwa potrzebnych jest kilka czynników:
1) Dyktator – człowiek posiadający wielką charyzmę, który wprowadza w życie własną ideę filozoficzno-polityczną; stanie się ona z czasem podstawą, na której opierał się będzie cały system polityczny państwa
2 ) Fanatycznie fobiczne jednostki, gotowe, dla osiągnięcia swoich celów,
całkowicie podporządkować się dyktatorowi i bezkrytycznie realizować
jego program.
3) Osoby niespełnione intelektualnie, poszukujące samodowartościowania
4) Dobrze przygotowana populistyczna propaganda, przystosowana do
potrzeb i oczekiwań społecznych
5) Wróg, który zgodnie z linią propagandy, winien jest wszystkiemu, co
stało się przyczyną niezadowolenia społecznego, lub „hamulcem” na
drodze do społecznego dobrobytu.
6) Wsparcie (lub obietnica wsparcia) socjalne dla narodu
7) Idea filozoficzno-polityczna, na której opiera się zarówno wizja jak struktura

Te czynniki w początkowej fazie dyktatury Hitlera umożliwiły jego szybkie wyniesienie na piedestał i uzyskanie niczym nieograniczonej władzy, pozwoliły więc na stworzenie „dyktatury z miłości”. Oczywiście podczas realizacji swych zamierzeń, dyktator siłą rzeczy sięgnie po elementy dyktatury strachu i posłuży się terrorem.

Drugi z wielkich dyktatorów XX wieku, Józef Stalin, wybrał model „dyktatury ze strachu” czyli terror . Choć na przykładzie jego rządów widać, że i dyktatury oparte na strachu chętnie sięgają po „miłość” jeśli nie jako środek zdobycia władzy, to na pewno jako element jej utrzymania.

W gruncie rzeczy więc wszystkie dyktatury są politycznie i filozoficznie podobne. Wszystkie kierują się wartościami, zawartymi w wykładniach filozoficznych takich myślicieli jak np. Niccolo Machiavelli, Artur de Gobineau, Friedrich Nietzsche, czy rosyjski dramatopisarz i filozof Fiodor Dostojewski.

W systemach rządów dyktatorskich nie ma miejsca na wolność słowa. Aby osiągnąć program wytyczony przez rząd, prawo musi pozostać poza nawiasem. Kult wodza z reguły staje się obowiązkiem obywateli, którzy jednocześnie są pod stałą kontrolą władzy. W dyktaturze nagminnie łamie się prawa człowieka. Podlegli dyktatorowi obywatele państwa zobowiązani są do udziału w życiu politycznym oraz realizowania wytyczonych przez dyktatora rozporządzeń. Nadmiernie rozbudowuje się policję oraz służby specjalne, przystosowane do zapewnienia bezpieczeństwa oraz utrzymanie w ryzach społeczeństwa.

Nie wszystkie dyktatury są dyktaturami totalitarno zbrodniczymi, ale wszystkie zmierzają do całkowitego podporządkowaniu narodu, jednostce, do wpojenia społeczeństwu nienawiści w stosunku do obcych kultur, religii i społeczeństw. Wytwarzają w społeczeństwie nieufność i strach.
Mogą doprowadzić do izolacji państwa od świata zewnętrznego, mogą być przyczyną konfliktów, wojny lub rozbioru państwa.

I tego już kiedyś doświadczyliśmy.

Obserwując poczynania obecnego polskiego rządu i to, co od kilkunastu miesięcy dzieje się na arenie politycznej naszego kraju, porównawszy to z powyżej wymienionymi cechami dyktatur, dochodzę do wniosku, choć oczywiście mogę się mylić, że system na jakim oparta jest obecna polityka wewnętrzna i zewnętrzna Polski nie daleko odbiega od początkowej fazy nazyfikacji narodu niemieckiego.
Różnica jednak polega na tym, że Hitler ponosił całkowitą odpowiedzialność za podejmowane przez siebie decyzje, natomiast w Polsce bezpośrednią odpowiedzialność za wizerunek polityczny i gospodarczy kraju ponosi rząd. „Dyktator” zaś jako poseł? – no właśnie.

Jedyna różnica polega na tym, że Hitler przy pomocy bojówek od początku swoich rządów wprowadził bezpośredni terror w stosunku do Żydów, kolorowych, komunistów oraz wewnętrznej opozycji W Polsce (oficjalnie) oczywiście bojówek jeszcze nie oczyszczają kraju z niepolskiego elementu. Chociaż hasła i bojówki już są, a jakże. Macierewicz przygotowuje już swoją OTK (obronę terytorialną kraju ) – nazwa inna a zadania podobne – perswazyjny „instrument nakłaniający” dla opozycji, i rosnie w siłę ONR.

A państwo posługuje się machiavelistyczną ideą zależności.

A cóż to takiego, zapyta czytelnik, ta machiavelistyczna idea zależności?

Postaram się to wytłumaczyć na przykładzie, który oby był tylko przykładem.
Otóż, moim zdaniem, rząd polski prowadzi politykę uzależnienia społeczeństwa od pieniędzy w formie pomocy socjalnych, tworząc program 500+, tanie mieszkania, czy też powracając do systemu wcześniejszych emerytur. Idea piękna i godna pochwały. Byłbym z całą świadomością pełen szacunku dla rządu, gdyby nie jedno małe „ale”. Problem w tym że, jak na razie i tak bardzo zadłużonego państwa nie stać na finansowanie tego programu, grozi on zapaścią finansową i utratą płynności. Jakie mogą być tego konsekwencje?
Odpowiedź na to pytanie pozostawiam analitykom finansowym, ale nie tym zatrudnionym przez media reżimowe.
Rząd doskonale o tym wie. Dlaczego więc prowadzi właśnie taką politykę?
I tu się wyłania sens owego machiavellistycznego „cwaniactwa”. W momencie zagrożenia, nie mając alternatywy na wyjście z kryzysu finansowego i politycznego, rząd zapewne poda się do dymisji i – rezygnując z prób uzyskania ponownego mandatu – wymusi na jakiejś partii opozycyjnej podjęcie odpowiedzialności za kraj.
Nowy rząd oczywiście dla ratowania finansów państwa zmuszony będzie do podjęcia niepopularnych decyzji. Wiadomo jakich.
Po pierwsze – zmniejszone lub zawieszone zostaną dotacje na priorytetowy dla PiS-u program 500+ . Świadczenia emerytalne dostosowane zostaną do ogólnoeuropejskich norm. Program tanich mieszkań upadnie.
Jakie będą tego konsekwencje, nietrudno przewidzieć. Nikt nie lubi, gdy mu się coś odbiera. Naród solidarnie ruszy na ulice…
A wtedy PiS z naczelnikiem (może nawet na białym koniu!) na czele powróci.
Jak za dawnych sanacyjnych czasów – kolejny przewrót.

No właśnie Polsko! – Dlaczego nasza narodowa mądrość nadchodzi zawsze pięć minut po dwunastej!

Sennik

Sen pierwszy

Jakaś niepojęta melancholia
Niczym gość niezaproszony
Wypełniła lękiem przestrzeń
Niespokojnej o „jutro” mojej duszy.

Ponoć „nadzieja umiera ostatnia”
Tylko, czym jest nadzieja? –
Szukając w przestrzeni dogmatów
Tej jedynej o niej, bezspornej prawdy.

Jeszcze wczoraj ta ponoć „nadzieja”
Jak opiekuńczo dobra mateńka
Odziana w szaty stwórczej miłości
Karmiła mnie wiarą w Ojczyznę

Niedokończony „adamowy” sen
Niby scheda po jego wielkości
Odnalazł ciąg dalszy w moim,
Romantyczno lirycznym śnie.

Zobaczyłem w nim orła na tle nieba.
Wybudzony z zimowego letargu,
Rozerwany na trzy bolesne strzępy
Szukał pośród ruin, rodzimego gniazda

Widziałem ludzi tęskniących za Polską
Nakarmieni rotą i chlebem wolności
Powracali jednością narodowej mocy
Z niebytu do ziemi krwią płynącej

Sztandary. Biało czerwone płachty
Niesione patriotyzmem synów
Nadwiślańskiej prastarej krainy
Na chwałę odrodzonej macierzy.

Zobaczyłem nagą rzeczywistość
Polsko sanacyjnej czasoprzestrzeni.
Wielkość budowaną z gliny i popiołu
W oparach narodowej niezgody.

Zobaczyłem walkę o władzę nad narodem,
O ten kawałek świeżo upieczonego tortu
Z ofiarnej mąki powstańczych kurhanów
Z tych którzy wolność nieśli w imię Pana.

Senne koszmary nie dają mi spokoju.
Zniewolone skronie pokrywa potna sól
A oczy szczelnie zamknięte niby okiennice
Jak dobrze że czas na przebudzenie.

Berlin 27.04 2017

Sen drugi

Śniła mi się wojna, kolejny koszmar.
Piastowski orzeł zamknięty w niewoli
Na próżno wypatrywał wybawienia.
„Prawdziwych przyjaciół poznaje się…”

Pięć tragicznych dla Ojczyzny lat
W jednej chwili, w bezgwiezdną noc
Wołało do mnie głosem stojących krzyży
Płonących zgliszcz, potoku krwi – o prawdę.

Wołały dusze polskich zesłańców
Powracających przy oprawców boku,
Z bronią w ręku do matczynej miłości,
Do krwawiącej, zniewolonej ojcowizny.

Widziałem mogiły, tysiące polskich mogił
W rosyjskiej chłodnej przestrzeni
A w nich ci, których polscy „nowohistorycy”
„niegodnych miana polskiego żołnierza nazwali”

Widziałem nazistowskie obozy śmierci
Treblinka, Majdanek, Sobibór, Oświęcim
Śmierć chodzącą ulicami polskich miast
Wioski, po których pozostały tylko zgliszcza

A wolność nadeszła… No właśnie
Ostatnie głosy czasu prawdy wzywa wieczność.

Tym którzy powrócili do kraju z dalekiej Syberii
I tym którzy oddali życie w imię wolności od nazizmu.
Pamięć.

Berlin 11.05. 2017

***
Do pana Jarosława Cenckiewicza (fragmenty listu):

Niech pan nigdy więcej nie nazywa wielotysięcznej armii polskich katorżników, którzy powrócili w polskich – bez korony, ale w polskich mundurach do Ojczyzny – „służalcami obcego, albo bandyckiego wojska”. To oni, a nie kto inny, ofiarą krwi wyzwalali polskie wsie, miasta oraz niemieckie obozy usytuowane na naszej polskiej ziemi. Mój ojciec walczył na Zachodzie, ale zawsze powtarzał – Walczyłem z faszystami, synu , ale to że jesteś dzisiaj, być może zawdzięczasz tym, którzy wyzwolili naszą ojczyznę od niemieckiego okupanta. – Mój ojciec nauczył mnie szacunku dla tych którzy Polskę przynieśli w sercu do Ojczyzny. I tej prawdy uczę moje dzieci. A pan?

Berlin 2015

Nasz człowiek w Wietnamie 4

Lech Milewski

Trochę historii

Dzień rozpoczyna się wcześnie, gdyż już o 7 rano odlatujemy z lotniska w Da Nang do miasta Ho Chi Minh – poprzednia nazwa Sajgon.
W tym miejscu warto wspomnieć, że Wietnam ma ponad 3,000 km długości. Jest to pasek lądu o średniej szerokości 100 km. Powierzchnia Wietnamu jest nieco mniejsza od Polski, za to ludności ponad dwa razy więcej – ponad 90 milionów.

Nasza doba hotelowa jeszcze się nie rozpoczęła, więc zaczynamy od wizyty w Muzeum Wojny – KLIK.

Przed wizytą nasz przewodnik dziękuje australijskim turystom za zrozumienie wietnamskiego stosunku do wojny, podczas której Australijczycy walczyli po stronie przeciwnej.
Ja też dziękuję swoim czytelnikom za cierpliwość i wyrozumiałość, gdyż w tym wpisie będzie więcej komentarzy, niż osobistych wrażeń, a zdaję sobie sprawę, że moje poglądy często bywają niezgodne z poglądami większości rodaków.

Muzeum Wojny, właściwie dwóch wojen, gdyż najpierw była francuska w latach 1945-54.

Rok 1945, Japończycy skapitulowali, francuski rząd Vichy również. W tę pustkę wkracza Ho Chi Minh z wizją stworzenia niepodległego, komunistycznego Wietnamu.
W tym samym czasie na konferencji w Poczdamie ustalono, że kapitulację japońskich okupantów południowej części byłych Francuskich Indochin przyjmie dowództwo armii brytyjskiej, natomiast kapitulację w części północnej przyjmie chiński generał Chiang Kai-shek.
Chińczycy akceptują działalność Ho Chi Minha, powstaje Demokratyczna Republika Wietnamu. Brytyjczycy opóźniają rokowania z Ho Chi Minhem, czekając na reakcję Francji. Ciekawe, że w tym okresie Ho Chi Minh miał poparcie amerykańskiego Office of Strategy Services (OSS) – poprzednika CIA, ale to za mało.
23 września 1945 roku Francja deklaruje swoją zwierzchność nad Francuską Kochinchiną (French Cochinchina) i rozpoczyna się wojna partyzancka.
W roku 1949 Chiang Kai-shek zostaje pokonany przez komunistów pod wodzą Mao Tse-tunga, Chiny stają się państwem komunistycznym. W tym samym czasie Północna Korea znajduje się pod administracja Związku Radzieckiego. Wietnam staje się częścią komunistycznego bloku.

Rok 1953 – USA decydują się poprzeć militarnie Francję w walce z komunistami z Wietnamu Północnego.
Argumentacja: “Now let us assume that we lose Indochina. If Indochina goes, several things happen right away. The Malay Peninsula, that last little bit of land hanging on down there, would be scarcely defensible. The tin and tungsten that we so greatly value from that area would cease coming.” – prezydent Eisenhower, rok 1953 – KLIK.
Cyna i wolfram przeważyły – USA wspierają militarnie Francuzów – koszt 400 milionów dolarów.
Rok 1954 – bitwa pod Dien Bien Phu – komunistyczne wojska pod dowództwem generała Giapa rozbijają armię francuską. Na konferencji w Genewie Francja deklaruje całkowite wycofanie się z Wietnamu.
Pełna historia francuskiej wojny w Indochinach tutaj – KLIK.

Wojna amerykańska zaczęła się właściwie już w 1953 roku, w formie pomocy militarnej. Najpierw pomocy dla Francji, a potem dla Południowego Wietnamu pod rządami Ngo Dinh Diema, który był zażartym antykomunistą i fanatycznym katolikiem.
To pierwsze zjednało mu zaufanie Amerykanów. W 1961 roku wiceprezydent Lyndon Johnson stwierdził: Diem to Winston Churchill Azji.
To drugie ujawniło się w prześladowaniach buddystów. Wywołało to liczne protesty, których kulminacją było samospalenie buddyjskiego mnicha Thich Quang Duc.
Diem walczył nie tylko z komunistami, ale również z każdym przejawem wewnętrznej opozycji. Około 12,000 osób zostało skazanych na śmierć a 35,000 uwięzionych za przekonania polityczne. Jego popularność malała i pod koniec 1963 roku CIA skontaktowała się z wietnamską generalicją planującą zamach stanu. Przesłanie brzmiało: USA nie ma nic przeciwko zamachowi i będzie kontynuować pomoc dla nowego rządu.
Ngo Dinh Diem został zamordowany wraz ze swoim bratem 2 listopada 1963 roku.

Ambasador USA w Wietnamie – Henry Cabot Lodge – zaprosił zamachowców do ambasady, aby celebrować sukces. Prezydent J.F. Kennedy przesłał ambasadorowi gratulacje za dobrze wykonaną robotę (a fine job).
Dziwnym zrządzeniem losu 20 dni później prezydent J.F. Kennedy też już nie żył.

Następstwem zamachu była zupełna destabilizacja polityczna Wietnamu Południowego. Rządy wojskowych zmieniały się z dnia na dzień.
Konsekwencją było wkroczenie wojsk USA na teren Wietnamu.
Komentarz Ho Chi Minha: “…jeśli chcą toczyć wojnę przez 20 lat, będziemy toczyć wojnę przez 20 lat. Jeśli chcą zawrzeć pokój, zawrzemy pokój i jeszcze zaprosimy ich na herbatę“.
Operacje militarne nie przynosiły rezultatów, gdyż natura sprzyjała Wietnamczykom. Zabrano się więc za naturę. Aby utrudnić wojskom komunistycznym ukrywanie się w lesie, postanowiono przeprowadzić masową defoliację lasów (pozbawienie liści). Do projektu zaangażowano m.in. firmę Monsanto, tę samą, która obecnie wprowadza genetycznie modyfikowane rośliny.
Drugim środkiem walki z naturą i ludźmi był Agent Orange, bardzo wydajna trucizna – KLIK. Jej ofiarą padło około 4 miliony mieszkańców Wietnamu. Amerykańscy żołnierze, którzy zetknęli się z tą substancją podczas wojny w Wietnamie, otrzymali odszkodowania. Mieszkańcy Wietnamu odczuwają jej efekty do dzisiaj – KLIK.
Pełna informacja o wojnie w Wietnamie tutaj – KLIK.

Na początku tego cyklu wspomniałem, że istotnym czynnikiem, który zdecydował o wyborze Wietnamu była książka Grahama Greena – Spokojny Amerykanin. Innym istotnym czynnikiem był film Czas Apokalipsy – adaptacja książki Josepha Conrada Jądro ciemności – KLIK.

Patrząc na zlinkowany trailer przypominam sobie pobyt Johna Steinbecka w Wietnamie:
The author was impressed with American war technology, especially the helicopters and the gunship they called “Puff the Magic Dragon,” which could saturate a football field in a few seconds with .50-caliber bullets. It never occurred to him that, in an insurgency, such a wide swath of death in heavily populated areas would not enhance the winning of “hearts and minds.” He asked incredulously: “How could we lose a war against peasant rabble when we had all the modern advantages?” – KLIK.

No rzeczywiście.

Reportaże Johna Steinbecka z Wietnamu spotkały się z negatywną oceną świata kultury.

Sporo miejsca w muzeum zajmują informacje o protestach przeciwko wojnie w Wietnamie.

ZSRR, Francja, USA, Węgry. Relacji z Polski brak. Zgadza się. Nie przypominam sobie, żeby w Polsce przejmowano się tą wojną. Oficjalne informacje przyjmowano, jak zawsze, sceptycznie. Informacje o protestach w wielu krajach również. Łączono je z ogólnym rozluźnieniem obyczajów, ruchem hippisów, kwitowano komentarzem: młodzież musi się wyszumieć.

Co innego Australia. Jak wspomniałem na wstępie tego wpisu, Australia wsparła militarnie USA. W 1966 roku wprowadzono losowo-przymusową mobilizację. Losową, gdyż w wyznaczonych dniach odbywało się losowanie daty i wszyscy 20-letni mężczyźni urodzeni w tym dniu musieli zgłosić się do wojska.
W 1970 roku rozpoczęły się masowe protesty, których wynikiem było zwycięstwo Partii Pracy (Labor) w wyborach. Jej przywódca Gough Whitlam obiecał, że po dojściu do władzy natychmiast wycofa australijskie wojska z Wietnamu.

Przy wyjściu z muzeum zauważam stoisko z książkami, a tam…

Na dole, druga od lewej – Spokojny Amerykanin. A powyżej, nieco na prawo – francuska odpowiedź – Mały Książę.
Przypadek? A może sarkazm, gdyż tuż obok muzeum, za murem, znajduje się stare francuskie więzienie.

Te kraty na podłodze to sufity cel, do których upychano po kilkadziesiąt osób.

Graham Greene miał łatwo, akurat w tej wojnie Anglia była neutralna. Antoine de Saint-Exupery uniknął pułapki, zaginął pod koniec II wojny.
A gdyby żył dziesięć lat dłużej? Czy pisałby o swoich kolegach pilotach?
Pozwolę sobie zamieścić tekst Grahama Greene’a, opisujący francuskich pilotów w akcji.
Zanurkowaliśmy ponownie, z dala od rozległego lasu, w kierunku rzeki, spłaszczając lot nad ryżowymi polami, celując jak pocisk w niewielki dom pływający na żółtej rzece. Działko wystrzeliło pojedynczą serię, pływający dom rozerwał się w prysznicu iskier; nie czekaliśmy na potwierdzenie rezultatu. Samolot wzbił się na bezpieczny pułap i skierowaliśmy się do bazy.

Graham Greene – Spokojny Amerykanin – tłumaczenie autor wpisu.

Wreszcie koniec odwiedzin w muzeum. To była ciężka lekcja historii. Dobrze być znowu wśród żywych.

Jeszcze w Melbourne zauważyłem z pewnym smutkiem informację, że podczas wizyty w Ho Chi Minh City można będzie wybrać się na AO Show.
AO Show? Chyba oczywistym skojarzeniem było Adults Only Show. No tak, oczywiście, przecież blisko leżąca Tajlandia słynie z seksturystyki, więc Wietnam też nie mógł tego uniknąć. Na dodatek wszystko tutaj tańsze.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy przewodnik zaprowadził nas do stylowego budynku opery…

Opera

…i powiadomił, że możemy kupić bilety na przedstawienie baletowe pod tytułem AO Show – KLIK.
Z jednej strony ucieszyło mnie to – firma organizująca wycieczkę (Intrepid) nie obniżyła lotów. Z drugiej strony zawstydziłem się swoich skojarzeń. Z trzeciej wreszcie zasmuciłem się, gdyż najbliższe przedstawienie odbywało się w dniu mojego wylotu z Wietnamu. Gdybym był sprawdził sprawę przed wyjazdem, miałbym dodatkowe cenne przeżycie.

Dzień kończymy spacerem po centralnej dzielnicy Ho Chi Minh. Z jednej strony stylowy budynek dawnego ratusza Sajgonu, obecnie siedziba Rady Miasta Ho Chi Minh.

Z drugiej nowoczesne budynki, hotele, centra handlowe. Kosmopolityczna metropolia. Dostosowujem się do poziomu otoczenia i idziemy na obiad do restauracji Lemongrass – KLIK.

Dopiero w drodze powrotnej do hotelu mamy potwierdzenie, że jednak jesteśmy w Wietnamie.

Ciąg dalszy nastąpi

Ponury żart czyli Muzeum II Wojny Światowej

Ewa Maria Slaska (tekst i zdjęcia) i Anna Kuzio (zdjęcia)

Wszyscy wiemy… muzeum zostało zbudowane, przygotowano wystawę, a w międzyczasie zmienił się rząd i wystawa okazała się niepoprawna politycznie. Dlaczego? Bo nie wspiera polskiej narracji martyrologicznej, lecz obiektywną relację o wojnie w Europie. Tak twierdzą wszyscy, którzy tę wystawę już widzieli.

Pomysł utworzenia placówki muzealnej przedstawiającej losy Polski w latach 1939–1945 na szerokim tle europejskim, czytamy na stronie Muzeum, zaprezentował Prezes Rady Ministrów Donald Tusk w grudniu 2007 r.

Paweł Machcewicz, dyrektor muzeum, już dziesięć lat temu przygotował koncepcję wystawy (M2WS_Koncepcja). Wystawa wpisze się, czytamy, w krajobraz muzealny Polski i Gdańska, będzie więc korespondowała, zarówno z Muzeum Westerplatte w Gdańsku, Muzeum Powstania Warszawskiego czy Muzeum Żydowskim w Warszawie, jak i z tworzącym się właśnie Europejskim Centrum Solidarności. Wspólnie placówki te miały wykreować wielostronną, nowoczesną, multimedialną opowieść o historii Polski w szerokim kontekście europejskim.

Ze względu na lokalizację muzeum i polską inicjatywę jego powołania, piszą autorzy koncepcji, profesor Paweł Machcewicz i Piotr M. Majewski, wojenne losy Polski i Polaków zostaną w nim, co zrozumiałe, wyeksponowane. Nie może to jednak nastąpić kosztem umniejszania doświadczeń innych narodów – w tym także Niemców i Rosjan. Należy podkreślić, że nie zamierzamy tworzyć muzeum martyrologii narodu polskiego, ani muzeum chwały polskiego oręża, lecz placówkę o przekazie uniwersalnym, w której wydarzenia rozgrywające się w Polsce stanowiłyby jedynie część szerszego obrazu.

Zdjęcie Anna Kuzio

Stało się inaczej. Akurat, gdy dobiegały końca prace nad przygotowaniem wystawy, Muzeum stało się przedmiotem walk politycznych i zostało postawione w stan oskarżenia. Nowy rząd uznał, że Polsce nie jest potrzebna europejska perspektywa historyczna, bo najważniejsza jest perspektywa polska, patriotyczna i martyrologiczna. Choć oczywiście, zgodnie z koncepcją, wystawa zajmuje się też walką i męczeństwem Polaków.

Przez długi czas wydawało się, że niemal gotowa wystawa zostanie zlikwidowana lub dogłębnie zmieniona. Nie jest to wizja ani absurdalna, ani niemożliwa, nie jest to też  ponury żart prima-aprilisowy, bo taki los spotkał przecież ekspozycję w Muzeum Przełomy w Szczecinie.

Zdjęcia (powyżej i poniżej) ze strony Muzeum. Dziękujemy!

Muzeum zostało jednak, w “starej” wersji, otwarte 23 marca 2017 roku i na razie, póki losy wystawy się ważą, Polacy, którym leży na sercu demokracja i przynależność Polski do Europy, masowo je zwiedzają

Mnie udało się obejrzeć Muzeum w przeddzień otwarcia wystawy, Ania dotarła tam w dzień po. Ani udało się więc obejrzeć wystawę, ja musiałam poprzestać na fotografowaniu dekonstuktywistycznej bryły muzealnej, która jest dziełem gdyńskiego studia architektonicznego Kwadrat. Autorami projektu są Jacek Droszcz i Bazyli Domsta.

Ja więc powiem, że nie wiem jeszcze, czy podoba mi się to muzeum, ale na pewno jest interesujące i na pewno architektonicznie stanowi inspirujące nawiązanie do budynku Europejskiego Centrum Solidarności, co podkreśla jedność przyjętej opcji narracyjnej.
Z kolei Anna Kuzio ocenia, że wystawa jest dobra i ciekawa, interesująco prezentuje tematykę i jest bardzo nowoczesna. Chwali też ilość i jakość prezentowanych eksponatów.

A oto nasze refleksje fotograficzne.

Muzeum II wojny światowej w Gdańsku. Marzec 2017. Zdjęcia bryły architektonicznej – Ewa Maria Slaska, zdjęcia wystawy – Anna Kuzio.


 

   

 

Wiosna, Berlin, gender

Przez 13 lat Barbara Hoff, dziennikarka Przekroju, przygotowywała swoje kolekcje mody za darmo.  Pokazywała je w słynnych warszawskich domach handlowych MHD  i Mama przywiozła mi kiedyś taką bordową sukienkę z cieniutkiego sztruksu. Marzenie. Nosiłam do tego białe matowe kaloszki z Włoch. Drugie marzenie. Miałam… ech, nie będziemy się rozczulać nad upływem czasu. Było, miałam, miał, miau… Podobno w getcie warszawskim tych, co wspominali z nostalgią swój przedwojenny stan posiadania, nazywano koty. No bo miau, miau… Pisze o tym Mina Tomkiewicz w powieści Bomby i myszy. Już TU o niej kiedyś pisałam. Doskonała książka. Powinna być obowiązkową lekturą w każdej polskiej i niemieckiej szkole. Tymczasem nikt nic o niej nie wie i nawet w bibliotekach trudno ją znaleźć.

W Berlinie wiosna. Wiosna jest co roku taka sama, nie ma się co powtarzać, sięgnę po prostu do tekstu, który kiedyś z tej niezwykłej okazji opublikowałam Kurierze Szczecińskim. Ze 20 lat temu pisałam dla Kuriera co dwa tygodnie felietoniki zatytułowane Ulice w Berlinie. Współpraca z Kurierem skończyła się tak, że jeszcze dziś przypominam sobie o tym z pewnym zdumieniem. Pewnego dnia, akurat właśnie pisałam kolejny felieton, przyszedł mail od redakcji, że od zaraz przestaję z nimi współpracować i już nic więcej nie mam przysyłać. Koniec kropka. Podobno felietony się podobały, mówili mi to nawet obcy ludzie, którzy wcale nie wiedzieli, że to ja jestem autorką. Zaprzyjaźniony dziennikarz i pisarz, który mnie tam publikował, powiedział mi potem, że w redakcji zrobiono cięcia budżetowe i już nie wolno było zamawiać żadnych tekstów spoza zespołu redakcyjnego. Ale nie wiem, czy to możliwe. Zarabiałam zawrotną sumę 24,5 złotych za felieton, 50 złotych miesięcznie. Po pięciu miesiącach kupiłam sobie za honoraria malutką kurteczke w stylu pseudo-etno. Cięcia budżetowe oszczędzające redakcji 50 złotych na miesiąc? Pewnie jakby mnie zapytali, to bym odpowiedziała, że OK, mogę pisać za darmo. Tacy jak my mnóstwo robią w życiu za darmo. A Mama twierdziła nawet, że nic jej się w życiu tak nie opłacało jak takie właśnie prace. Mnie zresztą też…

Teraz, szperając po komputerze znalazłam kilka dawnych tekstów z Kuriera, zupełnie “jak znalazł” również i dziś. Wiosna w Berlinie.

Czy pisałam już, że wiosna jest najładniejszą porą roku w Berlinie? Na wszelki wypadek napiszę znowu o wiośnie, bo właśnie przyszła, a nawet nie tyle przyszła, co wybuchnęła jak nagła burza kwitnących krokusów i zieleniących się drzew. Berlin jest miastem pełnym lasów, parków, ogrodów, skwerów i zieleńców, a w ostatnim czasie miasto opanowało istne szaleństwo sadzenia wiosennych kwiatów, przede wszystkim krokusów. Sadzi się je wielkimi nieregularnymi kępami dosłownie wszędzie, gdzie tylko jesienią da się wetknąć cebulkę. Pierwsze krokusy pojawiają się w połowie marca, ale są marne i niewyraźne, jakby zakatarzone, ale wystarczą dwa trzy dni słońca i Berlin po prostu tonie w żółtych i fiołkowych kałużach.

Moda się znowu zmieniła – napisałam i tu już trzeba było porzucić na chwilę cytat, bo akurat wtedy modne były pastelowe kolorki i bliźniaki – pamiętacie, oczywiście, bliźniaki? Wracamy do tekstu kanonicznego:

Panie z mojego pokolenia na pewno pamiętają, takie małe super-cuda, jedno na drugim, sweterki-marzenie, w niczym nie przypominające towarów z emhade i społem. Bliźniaki kupowało się w komisie, ale naprawdę dorastające panny rzadko kupowały coś w komisie, więc oglądało się je na różnych dorosłych paniach. A teraz proszę, można iść do sklepu i kupić, jak się dobrze poszuka to już i za 30 marek trafi się bliźniak po prostu czarujący…

Wiosną 2017 ulica nosi krótsze nogawki spodni lub spodnie podwinięte. Musi być widać kostkę. Mnóstwo starych ciuchów, z lat 50, 60, 70. Dużo sukienek, które z powrotem wyglądają jak sukienki, wcięte w pasie, rozkloszowany dół do kolan. W kwiatki lub koronkowe. Wciąż jest dużo etno, przydałoby się, gdyby w szafie wciąż wisiały spódnice-pasiaki z Hofflandu.

A jak mi już wiosennie zeszło na wspominki, to zapytam, czy pamiętacie Państwo, kto bił pierwszą monetę słowiańską? Oczywiście: Jaksa z Kopanicy.

Już TU o nim pisałam:

Jaksa był ponoć wielkim władcą, ale właściwie nic o nim nie wiadomo na pewno. Może ożenił się z możną panną, siostrą Piotra Własta, a może córką, może mieszkał we Wrocławiu, może w Krakowie, w Miechowie, w Szpandawie, w Kopanicy, może ufundował klasztory, może pielgrzymował do Ziemi Świętej. Nic się z niczym nie zgadza, nic nie wiadomo, może po prostu było trzech Jaksów, jeden pielgrzymował, jeden się żenił, a jeden wzniecił powstanie przeciw Niemcom. Tak naprawdę to dla Polaków ważne jest tylko, że bił monetę, a dla Niemców, że się bił… W polskiej Wikipedii nie ma mowy o żadnym biciu się. Mieszkam jednak w Berlinie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż Jaksa walczył z Albrechtem Niedźwiedziem, a tego zbója  każde polskie dziecko zna może nawet lepiej niż Jaksę.  Ważyły się losy, czy Brandenburgia będzie germańska czy słowiańska, a w terminologii tamtych czasów czyli XII wieku – czy będzie chrześcijańska czy pogańska. Jacza przegrał…

Wracam do starego tekstu sprzed 20 lat (w końcu ogłaszam się jako salon “odrzuconych”, a po prawdzie do dziś czuję się przez nich “odrzucona”, ale to pewnie dlatego, że po prostu bardzo lubię pisać felietony, krótkie aktualne teksty o wszystkim i o niczym, i moim niedościgłym marzeniem jest być felietonistką w jakiejś redakcji. Taką, żeby czytelnicy rozpoczynali lekturę gazety od mojego felietonu! O!)

Kopanica to Köpenick, najbardziej na południowy-wschód wysunięta dzielnica Berlina, położona na wyspie u ujścia rzeki Dahme do Szprewy, czyli jak ją Kraszewski nazywał Szprei.

Znowu muszę na chwię wskoczyć z powrotem do współczesności, bo o Kopanicy też TU już kiedyś pisałam.

Próbuję sobie przypomnieć jak wyglądał ów brakteat Jaksy, moneta tak cienka, że bita tylko jednostronnie. Najpierw zdawało mi się, że Jaksa z monety siedział na tronie z włócznią w garści, ale gdy to napisałam, to wydało mi się, że tak to raczej wyglądał cesarz Rzeszy Niemieckiej Otto I, a Jaksa z reszki miał zaledwie niewyraźny zarys głowy z jakąś taką toporną koroną… (…)

Jaksa żył w XII wieku, był księciem słowiańskiego plemienia Stodoran, jego państwo-miasto na wyspie nazywało się Copnik czyli kopa czyli góra albo hałda, a do Köpenick jedzie się kolejką miejską, a potem tramwajem lub autobusem, a najlepiej ze stacji na piechotę, przez mosty, do głównego placu, albo na wyspę z pałacem myśliwskim z XVI wieku (dziś muzeum rzemiosła artystycznego) lub prosto nad któreś z licznych jezior.
Köpenick przeszło jednak do historii a z historii do literatury nie z uwagi na Jaksę, lecz z przyczyny niejakiego Wilhelma Voigta, szewca, który ponad pół życia spędził w więzieniu za różne drobne przestępstwa. W roku 1906 Voigt po raz kolejny wyszedł na wolność i postanowił zacząć uczciwe życie. Uwikłany w biurokratyczne niemożności – bez zameldowania nie ma pracy, bez pracy zameldowania – Voigt, kupił w sklepie ze starzyzną mundur kapitana. Mundur był Cesarstwie Pruskim taką samą przepustką do normalnego, ba, dobrego życia, jak w dzisiejszych czasach elegancki garnitur firmy Armani. Przebrany za kapitana Voigt najpierw podporządkował sobie oddziałek przechodzących ulicą żołnierzy, po czym udał się w ich towarzystwie do ratusza, gdzie aresztował burmistrza i zarekwirował kasę. Na zakończenie zabawy, nazwanej później przez prasę “köpenickiadą”, samozwańczy kapitan, zanim kazał żołnierzom odprowadzić więźnia na posterunek do Berlina, fundnął im jeszcze po piwie z kiełbaską. Szewski żart odbił się echem w całych Prusach, podobno nawet cesarz miał się uśmiać do łez, co sprawiło, że Voigt został wprawdzie znowu skazany, ale też i dzięki łasce cesarskiej szybko wypuszczony na wolność. Voigt zarabiał odtąd na życie, występując w cyrku, pisząc pamiętniki i sprzedając pocztówki z własną podobizną i autografem. W roku 1931 Carl Zuckmayer napisał sztukę pt. “Kapitan z Köpenick”, w której surowo rozliczył się z pruskim posłuszeństwem, biurokracją i militarnym drylem. Po kilkudziesięciu latach jednak, gdy cała sprawa przestała już być żenująca, a stała się po prostu zabawna, dzielnica Köpenick wykorzystała historię Voigta jako atrakcję turystyczną. W ratuszu obejrzeć można wystawę “o życiu i dziełach” Wilhelma Voigta, przed portalem znajduje się rzeźba przedstawiająca “köpenickiadę”, a jej inscenizacja co roku w czerwcu inauguruje lokalne święto, tak zwane “lato w Köpenick”.

To jednak latem, teraz w Köpenick kwitną krokusy.

Krokusy na Kudammie czyli głównej ulicy w Berlinie ongiś Zachodnim. Zdjęcie w dniu 15 marca 2017 opublikowała berlińska gazeta Morgenpost. Kradnę, ale mam jakieś dziwne poczucie, że zdjęcie to właśnie po to opublikowano, żeby je kraść.

I na zakończenie kilka migawek z Berlina 2017. Nie mają nic wspólnego ani z wiosną, ani Kurierem, ani Hofflandią. No ale gdzieś je muszę w końcu umieścić, zanim o nich zapomnę.

Idziemy z wnukiem na pierwsze lody. Popatrz, mówi dziecko, wszystkie kobiety jedzą lody różowe, a wszyscy panowie brązowe. My oczywiście też, ja truskawkowe z kawałkami owoców, on czekoladowe z czekoladą. I niech mi ktoś powie, że nie ma gender!

W sklepie kilkuletni chłopczyk pałęta się koło półki ze słodyczami. Obok stoi ktoś tak jednopłciowy, że zastanawiam się, czy dziadek czy babcia. Chłopczyk rozwiązuje zagadkę: Mama! woła. No, nie ma gender!

W metrze jadą trzy kobiety i dziecko: staruszeczka, pani w dobrze średnim wieku i młoda, dorodna, chciałoby się wręcz rzec – hoża dziewoja. Z nimi mała dziewczynka. Jugosłowianki. Podobne do siebie jak cztery krople wody. Kiedy ja ostatni raz widziałam taką piękną czteropokoleniową rodzinę? I na dodatek same kobiety! Naprawdę – jest moc!

W dzień później w tym samym metrze, którym jadę do pracy, też trzy kobiety. W ciągu pięciu minut wsiadły i wysiadły na kolejnych stacjach trzy sprzedawczynie gazety bezdomnych MOTZ. Gdy jedna wysiadała, druga wsiadała. Trzy bezdomne kobiety! Nigdy dotąd nie widziałam ich tylu na raz.

Zadaję sobie pytanie, czy nagle, z jakiegoś powodu, liczba kobiet w potrzebie się zwiększyła, czy też ktoś przedsiębiorczy zorientował się, że lepiej zarabiają sprzedawczynie gazetki i zatrudnia teraz biedaczki a nie biedaków. Bo datki dajemy głównie my, kobiety, często my, starsze panie, i nasza kobieca solidarność każe nam zawsze dać zapomogę kobiecie, która prosi o pomoc.  Nie wiem więc, czy są biedne czy biedne i wyzyskiwane… I czuję się jak w Kalkucie, gdzie nie chciałam wsiąść do rykszy, bo w innych miastach w Indiach były ryksze motorowe, a tu ciągną je starzy wychudzeni mężczyźni. I nie chcę, i nie wiem, czy to dla nich dobrze, że nie chcę, czy przeciwnie, to moje bzdurne sentymenty dobrze sytuowanej kobiety, bo jak mnie ciągną, to zarabiają na życie. Tak jak szwaczki w Bangladeszu.

Nagle nie ma mocy, jest tylko niemoc!

Reblog: Das unmögliche Jahr 1917

1917: Das unmögliche Jahr

19. Januar 2017

Als Harry Graf Kessler, der Kulturflaneur, Weltbürger und Offizier, am 31. Dezember 1917 im noblen Restaurant des Berliner Hotels Kaiserhof zu Abend aß, musste er nicht hungern. Nur die Preissteigerung fiel ihm unangenehm auf: “Sylvesteressen für 25 M.: Gänseleberpastete, Schildkrötensuppe, Karpfen blau, Junge Pute vom Spiess mit Salat, Eisbecher. Recht gut und reichlich, wenn auch 25 M. mehr als das Doppelte des Friedenspreises ist.”

Das vergangene Jahr, daran war für ihn nicht zu zweifeln, habe den “grössten Umschwung in der Weltlage gesehen”, mit dem in diesem Ausmaß weder er noch andere hatten rechnen können. Mit der “russischen Revolution, dem russischen Frieden und der Einmischung Amerikas in Europa” sei es “eines der denkwürdigen Jahre der Weltgeschichte”.

Jedes Jahr des Ersten Weltkrieges brachte seine eigenen Herausforderungen und Umbrüche mit sich. Und doch war den Zeitgenossen Ende 1917 klar, dass sich eine besondere Zäsur andeutete, dass der Krieg in ein neues Stadium eingetreten war. Man spürte eine nach außen wie nach innen gerichtete Dynamik, die neue Möglichkeiten eröffnete und zugleich Katastrophen andeutete. Etwas veränderte sich, aber die Richtung war noch unklar, der Ausgang offen.

Das année impossible, das “unmögliche Jahr”, hat der französische Historiker Jean-Jacques Becker 1917 achtzig Jahre später genannt. Unmöglich waren die Belastungen, unvorstellbar die Opfer an den Fronten und in den Kriegsgesellschaften. Unmöglich schien es aber auch, die Ereignisse zu ordnen und abzuschätzen, welche Folgen die sich abzeichnende Verschiebung der politischen Gewichte und der Zerfall der alten Imperien – des Zarenreichs, der Habsburgermonarchie und des Osmanischen Reichs – haben würden.

Hundert Jahre später kennen wir dieses Gefühl nur zu gut. Im Rückblick sehen wir umso klarer: 1917 war tatsächlich, wie Kessler es ahnte, ein Jahrhundertjahr – und es wirkt bis in unsere Gegenwart hinein, denn viele der großen Konflikte und Hoffnungen des 20. und des noch jungen 21. Jahrhunderts liegen in ihm wie in einem Kern verdichtet.

Am Anfang steht der Schrecken des Stellungskrieges mit seinen immer weiter steigenden Opferzahlen. Zwar gelingt im Osten der Übergang zum Bewegungskrieg, was zum faktischen Sieg der Mittelmächte über Russland führt, im Westen aber bleiben die Fronten starr. Die Materialschlachten von 1916, vor Verdun und an der Somme (und an der Ostfront in Galizien), erzwingen neue Antworten, militärische wie politische.

Eine dieser Antworten ist die weitere Hochrüstung und Dynamisierung des Krieges, der nun vollends zum modernen Krieg des 20. Jahrhunderts wird – mit Bombardements aus der Luft, die immer weniger mit einem “ritterlichen Kampf” zu tun haben; mit der Ausweitung der U-Boot-Angriffe auf Versorgungskonvois; mit modernen Panzern, die am Ende des Jahres zum ersten Mal massenhaft gegen die deutsche Front eingesetzt werden.

Im Innern entwickelt sich der Krieg zu einem Test für den Zusammenhalt von Nationen und Gesellschaften. Im Deutschen Reich nehmen im “Steckrübenwinter” 1916/17 Unruhe und Unzufriedenheit massiv zu. In Großstädten weiden die Menschen auf der Straße die Kadaver erfrorener Pferde aus. Auf den Schwarzmärkten explodieren die Preise, Kriminalität gehört mehr und mehr zum Alltag. Die Ordnung des Kaiserreichs bekommt tiefe Risse.

In Frankreich nährt die äußerste Anstrengung für einen letzten großen Vorstoß im Frühjahr 1917 die Hoffnung auf ein nahes Kriegsende. Doch als die Offensive unter hohen Verlusten scheitert, schlägt die Enttäuschung in Protest um. In mehr als sechzig Divisionen meutern im Mai und Juni die Soldaten, während in der Heimat Tausende von Arbeitern – und vor allem Arbeiterinnen – demonstrieren und streiken. Es ist nicht Pazifismus, was die Franzosen aufbegehren lässt: Sie fordern faire, würdige Bedingungen, um den Krieg gegen die deutschen Angreifer und Besatzer fortzusetzen.

Während sich die meuternden Soldaten in Frankreich auf die Werte der egalitären Republik berufen, stellen die erschöpften und enttäuschten städtischen Massen in Russland die Ordnung des Zarenreichs grundsätzlich infrage. Am 15. März zwingen sie in Petrograd Nikolaus II. zur Abdankung. Siebzehn Monate später wird er auf Befehl der führenden Bolschewiki mitsamt seiner Familie ermordet.

Auch im Westen gibt es Neues

Anfang 1917 ist hingegen noch nicht ausgemacht, dass die Bolschewiki die Macht an sich reißen werden. Die aus der Februarrevolution hervorgegangene provisorische Regierung setzt unter der Führung von Kriegsminister Alexander Kerenski den Kampf an der Seite der Alliierten zunächst fort. Doch genau das gibt den Bolschewiki Auftrieb – worauf auch die deutsche Regierung setzt. Um das Zarenreich zu schwächen, schmuggelt sie im April den Revolutionär Wladimir Iljitsch Lenin aus dem Schweizer Exil nach Russland.

Mit dem Versprechen von Frieden, Brot und Land appellieren die Bolschewiki dort an Soldaten und Arbeiter. Mit Erfolg: Nach dem Scheitern der Kerenski-Offensive im Sommer löst sich der Zusammenhalt des russischen Militärs auf. Die Soldaten desertieren zu Tausenden, auch weil sie bei der Klärung der Landfrage zu Hause sein wollen.

Im Oktober schließlich nutzen die Bolschewiki die fortschreitende Auflösung staatlicher Strukturen zur Machtübernahme. Wenig später ziehen sie sich unter enormen territorialen Verlusten aus der Allianz gegen die Mittelmächte zurück. Die Weltrevolution, von der Leo Trotzki träumt, ist zunächst verschoben. Russland scheidet aus dem Krieg aus, weil Lenin erkennt, dass die Bolschewiki sich auf den Bürgerkrieg im eigenen Land konzentrieren müssen, wenn sie ihre Ziele langfristig durchsetzen wollen.

Auch im Westen gibt es Neues: Im April, Lenin ist gerade in Petrograd angekommen, treten die Vereinigten Staaten in den Krieg ein.

Diese Entscheidung hat mehrere Ursachen. Sie ist eine Reaktion auf den deutschen Versuch, mit dem unbeschränkten U-Boot-Krieg den Sieg zu erzwingen und die britische Blockade zu durchbrechen, die bereits Hunderttausende deutsche Zivilisten das Leben gekostet hat. US-Präsident Woodrow Wilson bringt aber auch eine eigene Agenda mit: 1917 übernehmen die USA eine neue welt- und europapolitische Rolle.

Indirekt haben die Vereinigten Staaten schon zuvor auf den Krieg eingewirkt. Großbritannien und Frankreich sind längst von amerikanischem Kapital und amerikanischen Kriegsgütern abhängig – so sehr, dass man im Frühjahr, zumal in London, alles daransetzt, die USA wenn nötig in diesen Krieg zu zwingen, um ihre militärischen und ökonomischen Ressourcen zu mobilisieren. Das hat allerdings seinen Preis: Es macht die Regierungen der europäischen Entente unter David Lloyd George und Georges Clemenceau viel stärker als bisher abhängig von der Politik Wilsons. Und dessen weltpolitische Konzepte werden die europäischen Kolonialmächte mindestens so sehr herausfordern wie Lenins Revolution.

Genau darin liegt die wohl wichtigste Wirkung dieses “unmöglichen Jahres”: Mit dem Machtwechsel in Russland und dem Kriegseintritt der USA zeichnen sich gleich zwei neue Ordnungsmodelle mit globaler Strahlkraft ab.

Bereits im Januar 1917 entwickelt der amerikanische Präsident seine Vision einer neuen Weltordnung, gegründet auf das Ideal nationaler Selbstbestimmung. Die “kleinen Völker” sollen auf einer Stufe mit den etablierten Mächten stehen: “Keine Nation sollte danach streben, ihr politisches System auf eine andere Nation oder ein anderes Volk auszudehnen”, verkündet er. Stattdessen solle jedes Volk “frei über sein politisches System, seine eigene Entwicklung bestimmen können, ungehindert, frei von Bedrohungen, unerschrocken, die kleinen Nationen an der Seite der großen und mächtigen”. Wilson will damit ausräumen, was er für eine Hauptursache des Krieges hält: die “Missachtung der Rechte von kleinen Nationen und Völkern, denen die Verbindungen und die Macht fehlten, ihre Ansprüche geltend zu machen und so ihre eigenen Bündnisse und politisch-konstitutionellen Formen zu bestimmen”.

Sein Appell findet ein gewaltiges Echo. Zuerst in den Bevölkerungen der multiethnischen Großreiche, in der Habsburgermonarchie, im Osmanischen Reich. Doch die neuen Ideale sind nicht nur ein Versprechen für Tschechen, Polen, Slowaken oder Araber, sondern auch für Inder, Chinesen und Koreaner. Sie stimulieren antikoloniale Bewegungen in Indien genauso wie in Ostasien und Afrika. Wilson avanciert zu einer Heilsfigur, überladen mit widersprüchlichen Erwartungen, die spätestens 1919 bei den Friedensverhandlungen kollidieren werden.

In London und Paris beobachtet man seine Ideen schon 1917 argwöhnisch, weil man eine Destabilisierung der eigenen Kolonialherrschaft in Afrika und Asien fürchtet. Und das in einem Moment, in dem Großbritannien und Frankreich mehr denn je auf Ressourcen und Soldaten aus ihren überseeischen Gebieten angewiesen sind, um den Krieg in Europa fortsetzen zu können.

Im November des Jahres legen die Bolschewiki ihr Programm vor. Auch sie erteilen der alten imperialistischen Geheimdiplomatie der europäischen Großmächte eine Absage – alle vom Zarenreich abgeschlossenen Geheimverträge mit der Entente werden offengelegt. Und ähnlich wie der US-Präsident bekennen sich auch die Bolschewiki zum Prinzip der Selbstbestimmung der Völker. Einen Krieg fortzusetzen, in dem “die starken und reichen Nationen die von ihnen annektierten schwachen Völkerschaften unter sich aufteilen”, verkünden sie, sei “das größte Verbrechen an der Menschheit”. Den Nationalbewegungen innerhalb des erodierenden multiethnischen Zarenreiches gibt dies enormen Auftrieb; der Zerfall des alten Imperiums schreitet rasant voran.

Eine kurze Atempause

Augenfälliger als solche Gemeinsamkeiten sind freilich die Unterschiede zu Wilsons Ideen: Anstelle demokratischer Interventionen im Namen von Kapitalismus und liberalem Internationalismus propagiert Lenin die Weltrevolution und den internationalisierten Bürgerkrieg – am Horizont scheint die Möglichkeit eines antikolonialen Befreiungskampfes in der ganzen Welt auf. 1917 deutet sich damit bereits jene Konstellation an, die den Kalten Krieg prägen wird.

Wie sehr Wilson fürchtet, dass die Bolschewiki die Deutungshoheit in diesem Ringen erobern könnten, zeigt sich am Ende des Jahres. Seine berühmten 14 Punkte vom Januar 1918 sind eine ideologische Offensive, um die Weltöffentlichkeit auf das Programm Washingtons einzuschwören. Was auch weitgehend gelingt: Während die Bolschewiki ihre Macht erst noch in einem blutigen Bürgerkrieg behaupten müssen, der auf russischer Seite in den kommenden Jahren mehr Tote fordern wird als der Weltkrieg bis zum Oktober 1917, erblicken die Menschen im “Wilson-Frieden” weltweit ein Hoffnungszeichen.

Kein fragiles Gleichgewicht egoistischer Machtinteressen mehr, sondern eine internationale Ordnung auf Grundlage von Selbstbestimmung und Freiheit, im Zeichen einer neuen Moral – dieses verheißungsvolle Versprechen wirft indes auch damals schon Fragen auf. Als sich Ende 1917 in Umrissen abzeichnet, was Wilson in Aussicht stellt, schreibt Thomas Mann: “Wir Menschen sollten uns nicht allzu viel Moral einbilden. Wenn wir zum Weltfrieden […] gelangen – auf dem Wege der Moral werden wir nicht zu ihm gelangt sein. Scheidemann sagte neulich, die Demokratie werde auf Grund der allgemeinen Erschöpfung reißende Fortschritte machen. Das ist nicht sehr ehrenvoll für die Demokratie – und für die Menschheit auch nicht. Denn die Moral aus Erschöpfung ist keine so recht erbauliche Moral.”

Zunächst allerdings wirkt Wilsons Programm keineswegs befriedend, sondern treibt die globale Expansion des Krieges voran. 1917 bringt eine Welle neuer Kriegserklärungen. Denn für viele Staaten gibt es auf einmal etwas zu gewinnen – vor allem einen Platz an den Tischen der Friedenskonferenz und damit eine Mitwirkung an der künftigen Weltordnung. Den USA folgen aufseiten der Entente zwischen April und November 1917 unter anderem Kuba, Guatemala, Siam, Liberia, China, Brasilien und Panama.

Auch im Nahen Osten herrscht Aufbruchstimmung. Das Osmanische Reich, verbündet mit Deutschland, steht Ende 1917 vor dem Kollaps – nicht zuletzt, weil die von den Briten geförderte arabische Rebellion gegen die osmanische Herrschaft erfolgreich ist. Im Dezember erobern britische Truppen Jerusalem. Es bleibt ein kurzer Triumph: Willkürlich gezogene Grenzen und die unvereinbaren britischen Versprechen an die Araber, die zionistische Bewegung und die eigenen Verbündeten werden dazu beitragen, die Region in das Pulverfass zu verwandeln, das sie bis heute ist.

Ein Frieden, ein Weltfrieden gar, ist 1917 in weiter Ferne – trotz aller Friedenssondierungen dieses Jahres. Erst machen die Abgeordneten des deutschen Reichstags einen Vorstoß, dann Karl, der neue Kaiser in Wien, schließlich Papst Benedikt XV. Aber alle Bemühungen scheitern, weil die militärische Situation offenbleibt und keine Seite die eigene Position schwächen will. Die deutsche Militärführung hofft angesichts des Ausscheidens Russlands umso mehr auf einen Siegfrieden – wenn die Menschen nur bereit sind durchzuhalten. Auch in Großbritannien und Frankreich mobilisiert man noch einmal alle Kräfte. Gerade angesichts der immensen Opfer der vergangenen vier Jahre gilt ein Kompromissfrieden als undenkbar, was zu einer paradoxen Selbstverlängerung des Kriegs führt: Je mehr Tote er fordert, desto bedingungsloser konzentriert man sich auf einen Sieg, der alle zurückliegenden Schrecken und Anstrengungen rechtfertigen muss.

Mehr und mehr ähneln die Regime und Kriegsgesellschaften Häusern, von denen nur noch die äußeren Wände stehen und die beim nächsten Einschlag in sich zusammenfallen können. “Der Sieger ist derjenige, der es schafft, eine Viertelstunde länger als der Gegner zu glauben, dass er nicht besiegt wurde”, schreibt Anfang 1918 der französische Kriegspremier Georges Clemenceau. Wer das sein wird, bleibt bis in den Spätsommer 1918 offen.

Harry Graf Kessler beobachtet im Dezember 1917 das sich abzeichnende Ende des Krieges in Osteuropa: “Heute treten in Brest-Litowsk die russischen und deutschen Bevollmächtigten zu Waffenstillstands-Verhandlungen zusammen”, notiert er in Erwartung einer “in so vielen Beziehungen weltgeschichtlichen Verhandlung”.

Für die Bolschewiki ist das Treffen eine kurze Atempause auf dem Weg von der Revolution zur Gründung der Sowjetunion. Deren Geschichte endete vor 25 Jahren kaum vierzig Kilometer vom Ort der Friedensverhandlungen entfernt. Dort liegt im Wald von Belowesch eine alte sowjetische Regierungsdatscha, in der sich am 8. Dezember 1991 der russische Präsident Boris Jelzin, Weißrusslands Parlamentschef Stanislaw Schuschkewitsch und der ukrainische Präsident Leonid Krawtschuk treffen, um die Auflösung der Sowjetunion zu beschließen. 1917 bis 1991, das war das sowjetische 20. Jahrhundert.

Und die Vereinigten Staaten? 1917 begaben sie sich in eine neue historische Rolle, die weltweit Hoffnungen weckte. Heute, hundert Jahre später, scheint es denkbar, dass diese Politik, dass das lange amerikanische 20. Jahrhundert zu einem Ende kommt. Ermessen können werden es nur künftige Historiker: Erst im Rückblick bilden sich die Maßstäbe, die aus der bloßen Chronologie der Ereignisse historische Epochen hervortreten lassen.