Rzuciłam pytanie

Najpierw w rubryce “Myśli dnia”, a potem na Facebooku. Okazało się istotne, postanowiłam je więc przenieść do wpisów.

Ile razy pójdzie się w Berlinie do muzeum lub na wystawę, słyszy się naokoło głównie język polski. Niekiedy na wystawie są SAMI Polacy. Czy nie znaczy to przypadkiem, że muzea powinny wprowadzić podpisy i opisy po polsku? Tylko proszę – porządnie przetłumaczone, a nie wrzucone do google’a!

Pergamonmuseum_FrontPytanie dostało jednego szerka, wiele lajków i wiele komenarzy:

Krzysztof Ruchniewicz: Pani Ewo, zgadzam się z Panią całkowicie. Ostatnio w Berlinie obejrzałem wystawę o I wojnie światowej. Wystawa b. dobrze zrobiona. Niestety, nie znalazłem żadnych informacji po polsku. Wiele lat temu w tym samym muzeum pokazywano podobną wystawę. Zadbano o materiały po polsku dla nauczycieli i uczniów. Tu dochodzimy do sedna sprawy: kto ma się tym zająć? Nie sprawdziłem, być może audiguide jest po polsku… Może innym wyjściem byłoby zatrudnienie polskich studentów do oprowadzania polskich grup? Tylu ich studiuje w Berlinie, kilka euro do stypendium może się przydać…

Kasia Krenz: Niechby chociaż było po angielsku i francusku, już byłoby nam łatwiej się poruszać.

Michael Weintraub: Próbowaliśmy, jeszcze jako Polska Rada w Niemczech – nix…

Krzysztof Ruchniewicz: Wystawa o I wojnie światowej jest i po niemiecku, i angielsku…

Iga Bolechowska: nie wyda, bo skoro polski, to dlaczego nie francuski czy hiszpanski… W większości istnieją napisy po angielsku, i mam wrazenie, że “ci” Polacy calkiem nieźle znaja angielski

Krzysztof Ruchniewicz: Myślę, że z wystawami czasowymi może być faktycznie problem. W przypadku wystaw stałych jest inaczej. Jeśli nie katalog po polsku, to przynajmniej podstawowe informacje o wystawie na stronie internetowej… Jeden dwa teksty pogłębiające temat też nie zaszkodzą. Mogę wskazać kilka przykładów, że takie podejście jest możliwe. Ostatnio pisałem o wystawie poświęconej losom przedstawicieli Polonii po 1939 r. http://krzysztofruchniewicz.eu/polska-mniejszosc-w…/ Katalog ukazal sie po polsku i niemiecku…


Ewa Maria Slaska
: No tak, ale chodzi o prostą, rzekłabym – merkantylną, zasadę. Francuzi czy Hiszpanie nie chodzą do muzeów w Berlinie, chyba nigdy żadnego nie spotkałam. Trudno się dziwić – sami mają lepsze. Co do angielskiego, to powiem szczerze, że zawsze sprawdzam jakość tłumaczenia na angielski i na wystawie o Schlüterze były rażące błędy. Jeśli mielibyśmy rozpatrywać rzecz pod kątem demokratyczno-poprawnej sprawiedliwości, to na pewno by się okazało, że trzeba by robić napisy w 189 językach różnych nacji mieszkających w Berlinie. Ale jeśli pominiemy zasady poprawności, to Polacy chodzą do Muzeów i nie są to (tylko) mieszkańcy, ale przede wszystkim – przyjezdni.

Piotr Olszówka: zbiory drezdeńskie mają polski audioguide (tłumaczyłem i współnagrałem, poddaję się krytyce), wiele berlińskich zbiorów stałych nie ma, np. “mój” Bauhaus Archiv – może napisz (prosto do Annemarie Jeaeggi, mi nie wypada) jako oburzona Polka, że mają w ośmiu (chyba) językach, a po polsku nie? Chętnie to dla nich zrobię. 🙂 Masz niestety wiele racji żywnościowych.

Anna Nacher: skoro są po rosyjsku, to dlaczego nie da się po polsku? to samo zresztą dotyczy muzeów paryskich.

Piotr Olszówka: poważnie: z Polakami, którzy chodzą do muzeów jest pewien kłopot: znają fantastycznie angielski i/lub niemiecki i się nie upominają o “swoje” 🙂

Ewa Maria Slaska: Bym się z przedmówcą szanownym nie zgodziła. Oczywiście, są tacy, którzy znają fantastycznie angielski, niemiecki i francuski, i nawet rosyjskim (jeszcze) władają, ale są jednak i tacy, którzy tych języków “nie posiadają”. Zdarza mi się bardzo często obserwować wianuszek osób, które zbierają się wokół mnie, gdy w muzeum opowiadam po polsku o tym, co akurat oglądamy. I to niezależnie od tego, czy opowiadam to profesjonalnie grupie, którą oprowadzam, czy nieprofesjonalnie Cioci Kici i kuzynce Bietce.

Piotr Olszówka: Dakordeon, pozdrowienia dla Kici i Bietki (czyż one nie były Szwedki?)

Ewa Maria Slaska: Wiecie co, na FB wszystko znika. Napiszcie (Wy, inni, ci, co jeszcze nie napisali, a tylko dali lajki i szerki, lub i nie dali), co Wam serce dyktuje, a ja zrobię z tego wpis na środę, a potem wyślemy linka dalej i tak to może zaczniemy, mówiąc uczenie i nowocześnie, jakąś kampanię społecznościową.

Roman Brodowski: Masz rację. Z tym problemem spotkałem się kilkakrotnie podczas pobytów z moimi przyjaciółmi z Polski.
Poza „Pergamonem” – gdzie można otrzymać garść podstawowych informacji dotyczących wystawy, wszędzie muszę „pracować” za tłumacza.
Spotkałem się z tym, że i na polskich wystawach brak jest opisów w naszym języku. Szkoda. Chociaż wydaje mi się, że umieszczenie informacji po Polsku w Muzeach i na wystawach tu, w Niemczech, jest walką z wiatrakami, to jednak jako wielka Diaspora w tym kraju, powinniśmy dbać o to, żeby to co nas dotyczy, było jednak opisywane w naszym języku, zwłaszcza tam gdzie sami coś organizujemy

Pozdrawiam Cię cieplutko

Od Lizbony do Lizbony

Uwaga! tekst dozwolony od lat 18!

UEHausRyszard Dąbrowski

Привет,
hallo,

w Berlinie znajduje się “ambasada” UE, w bardzo ekskluzywnym miejscu, naprzeciwko ambasady “ju-es-ej” oraz w kompleksie budynków ambasady francuskiej. Dzisiaj świętowano tam podpisanie umów asocjacyjnych między UE a Gruzją, Mołdawią i Ukrainą.
Znajomy załatwił nam tam wstęp.
I co my tam “widzią”, wystawę “hujowych” (stara pisownia) malarzy-pacykarzy z tych państw.
I co my tam “słyszą”, oczywiście wszyscy trzej ambasadorowie na pierwszym miejscu cieszą się na, ich zdaniem, niedługo mające mieć miejsce zniesienie wiz (nasi młodzi bezrobotni gotowi są niewolniczo zapierdalać w krajach UE taniej niż Portugalczycy, Rumuni oraz przybysze z Polski i wtedy mamy ich z głowy), na drugim miejscu cieszą się na ewentualne stypendia dla studentów (prężnych i młodych niezadowolonych intelektualistów lepiej wypierdolić z kraju, niż mieliby siać niepokój) oraz w trzeciej kolejności na zacieśnianie współpracy gospodarczej (wasze firmy, za łapówki, będą mogły opanowywać nasze rynki zbytu – kto da więcej).
Później przedstawiciel niemieckiego rządu pierdolił długo i rozwlekle o tym, że Europa się powiększa i niezadługo własnymi “rencami” będą ją powiększać o Azerbejdżan, Armenię i Białoruś (niezależnie czy tego chcą, czy nie). Później, zapominając o tym, że podobną ideę miał najbardziej znany Austriak, zaczął bredzić o Europie od Lizbony do Władywostoku (bez jaj, takich użył sformułowań).
Tu się, kurwa, pytam, a dlaczego nie zrobić jej na okrągło, od Lizbony do Lizbony?

Później miała miejsce część kulinarna, jakieś udziwnione przystawki, które mnie jako wielbiciela schabowego i bigosu odrzucały już samym wyglądem. G. jako dama (skrzypaczka z powołania oraz intelektualistka i smakoszka z zamiłowania) delektowała się tym badziewiem.
Do popijania było wino gruzińskie (z instrukcją obsługi w trzech językach na nalepce, po angielsku, gruzińsku – ichnimi robaczkami – i po polsku!!!)
Ponadto była też wódka ukraińska (40%), ale już z instrukcją obsługi pisaną jedynie cyrylicą i tylko po ukraińsku.
R. czyli ja, wypił tylko trzy kieliszki tego czerwonego wina (chyba się starzeje – kiedyś byłoby ich nie trzy a trzydzieści).
G., z zawodu budowlaniec, wypiła trzy stakanki tej ukraińskiej wódki – mi ona nie smakowała, wypróbowałem więc tylko jeden mały stakanek.
I tak” intelektualnie” spędziliśmy przedwczorajszy wieczór.

P.S. A w Berlinie teraz duchota i ja sobie popijam kolejne piwo, i sobie siedzę i się biedzę.

Pozdrowienia dla was od nas.
Пока.

Ricccardo i Gracjana

 

Berlin Nollendorfplatz

Joanna Trümner

Jedna z wielu oaz w tym mieście, która wita na dworcu U-Bahnu tablicą pamiątkową dla pomordowanych w okresie nazizmu homoseksualistów. Kawiarnie i restauracje pełne trzymających się za ręce mężczyzn, morze flag w kolorze tęczy, sprawiające, że przypadkowi przechodnie o heteroseksualnej orientacji czują się tam trochę nieswojo. Ulubione miejsce gości z prowincji – jeden z wielu dowodów na to, że to miasto-moloch jest miejscem grzechu i rozpusty.

800px-Nollendorfplatz_Metropol_min

Dla Jana jest to miejsce szczególne, przypominające mu jak słuszna była decyzja przyjazdu do tego miasta przed trzydziestoma trzema laty. Decyzja, którą podjął z nieszczęśliwej miłości. Jego partner zdecydował się po rocznym związku wrócić do żony i dziecka i dalej udawać „normalne”, rodzinne życie. Nie wytrzymał psychicznie braku animowości w małym mieście, szeptów sąsiadów, pogardliwych spojrzeń kolegów z pracy, drżenia w głosie żony: „Po co się znowu z nim spotykasz! Pobaw się lepiej z dzieckiem”, księdza patrzącego na niego podczas mszy: „Zgrzeszyłem myślą, mową i uczynkiem, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina…”

Jan był w lepszej sytuacji, brat i matka żyli w innym mieście i nie pytali o jego prywatne życie. Czasami tylko matka powiedziała z uśmiechem na twarzy „Czas, żebyś znalazł sobie żonę”. Na szczęście w prawie każdym polskim domu rozmawiało się wtedy głównie o polityce, o pustych półkach w sklepach i o tym, kto dokąd wyjechał opuszczając na zawsze swój kraj.

W maju, kiedy parki i ulice zapełniły się trzymającymi się za ręce szczęśliwymi zakochanymi, a rozpacz Jana sięgnęła zenitu, zdecydował się skończyć te nieprzespane, przepłakane noce w towarzystwie muzyki i butelki wódki i wyjechać. Noce, podczas których powracał koszmarny sen: Jan stał przed drzwiami mieszkania swojego ukochanego i próbował otworzyć je kluczem, nie pasującym do zamka. Były też inne noce, podczas których myślał o skończeniu życia, którego ostatnie lata spędził na zabijaniu w sobie tego chorego, perwersyjnego pragnienia bycia z innym mężczyzną. W walce z tym demonem próbował zakochać się w kobiecie, stchórzył i odszedł podczas przygotowanej przez nią kolacji, która w innych okolicznościach skończyłaby się wspólnym śniadaniem i planami na wspólną przyszłość. Wychodząc bąknął: „Nie potrafię cię pożądać”, nie tłumacząc, że nie jest to jej wina, że to on nosi w sobie nienaprawialny defekt. Na pewno bardzo ją zranił, długo jeszcze myślał o tym koszmarnym wieczorze, wiedząc, że cokolwiek by wtedy powiedział byłoby raniące.

Na pięć miesięcy zaszył się w seminarium duchownym, modląc się nieustannie do Boga o zabicie w nim tego pragnienia. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo szuka bliskości jednego z kleryków, jak bardzo czeka na jego uśmiech i jakie demony budzą się w jego głowie podczas wspólnych zajęć zrozumiał, że Bóg nie pomoże mu wygrać tej walki z samym sobą, że nie usłyszał jego błagań, bo jego los jest mu obojętny. Odszedł z seminarium, oddalając się od Boga, dla którego tak mało znaczył. I po wielu samotnych, szarych i pozbawionych nadziei miesiącach poznał swoją pierwszą miłość…

A potem wyjechał do Berlina.

Andreas Schlüter

Ewa Maria Slaska

Działał w Gdańsku, Warszawie i Berlinie, w Wiedniu i Sankt Petersburgu. Jako młoda panna na życzenie Mamy oprowadzałam po Gdańsku jej zagranicznych gości i zapamiętałam Schlütera jako twórcę Kaplicy Królewskiej w Gdańsku i ołtarza w Katedrze Oliwskiej. Teraz podobno te wszystkie tzw. atrybucje zostały podważone, co uczenie udowadnia pan Michał Wardzyński w eseju opublikowanym na stronie internetowej Pałacu w Wilanowie.

Andreas Schlüter młodszy (ur. 1659 lub 1660, zm. 1714)

Artysta urodził się najprawdopodobniej w 1659 lub 1660 r. w Gdańsku jako syn miejscowego stolarza i snycerza cechowego Andreasa Schlütera starszego i Catheriny; jego bratem był zapewne rzeźbiarz Ernst Schlüter (zm. 1700), działający w Berlinie. Żonaty z Anną Elisabethą Spangenberg Andreas młodszy doczekał się czworga dzieci, z których tylko najstarszy syn David (ur. 1693, zm. po 1717) wybrał zawód inżyniera i architekta. Jego niezwykły talent oraz wszechstronne rzeźbiarskie i architektoniczne zdolności zostały docenione kolejno na dworze warszawskim Jana III (1688/89–1694), berlińskim elektora (króla) Friedricha III (I) von Hohenzollerna (1694–1713)  i rosyjskim cara Piotra I Wielkiego (1713–1714). Zmarł w 1714 r. w Moskwie po opuszczeniu Sankt Petersburga, gdzie wcześniej skradziono mu projekty i plany urbanistyczne i architektoniczne dotyczące budowy nowej stolicy Rosji. Schlüter jest zgodnie uznawany za najwybitniejszego twórcę rzeźby doby dojrzałego baroku w Europie Środkowej, a jego tylko w części udokumentowana twórczość doczekała się od 1861 r. wielu wszechstronnych analiz (…)

Czas i okoliczności edukacji artysty pozostają właściwie nierozpoznane, przy czym we wcześniejszych badaniach ścierały się dwie generalne hipotezy wskazujące na Francję i Włochy jako dwa alternatywne miejsca praktyki zawodowej, dopiero ostatnio zaczęto rozważać dłuższy pobyt w Holandii i Niderlandach Hiszpańskich. Niewiele też wiadomo o początkach samodzielniej działalności Schlütera po powrocie do Gdańska, a przyjmowany dotąd katalog atrybuowanych prac w świetle najnowszych badań źródłowych i interpretacji materiału zabytkowego wymaga jeszcze weryfikacji.

Zapoznałam się z tym tekstem, bo w Bode Museum Berlinie trwa jeszcze do 13 lipca  wystawa o Schlüterze, zatytułowana Schloßbaumeister – Budowniczy Zamku.

Schlüter to jedna z takich wspaniałych europejskich postaci, jakie dziś chętnie mianujemy patronami i symbolami zjednoczonej Europy, międzynarodowych artystów, których sztuka jak pieśni śpiew, nie znała granic i kordonów.

Teaser_637x311pxUniwersytet Techniczny organizuje właśnie poświęconą Wielkiemu Budowniczemu konferencję. W niedzielę 6 lipca można w towarzystwie znawców zwiedzić wystawę i obejrzeć budowle  Schlütera, a 7 – wysłuchać na uniwersytecie  referatów. schlueterkolloquium

W konferencji weźmie udział cała paleta ważnych znawców sztuki barokowej, w tym również liczni Polacy, w tym również pan Wardziński. Będzie mowa o tym, co Schlüter zdziałał w Gdańsku, Warszawie, Wiedniu i Berlinie, ale, ciekawe, nie będzie mowy o tym, co tak mimochodem znaleźć można w każdej biografii artysty:

W Sankt Petersburgu skradziono mu projekty i plany urbanistyczne i architektoniczne dotyczące budowy nowej stolicy Rosji.

Afera jak w Brzuchu architekta Petera Greenawaya.

Schlueter_2To najsłynniejsze dzieło Schlütera – barokowa przebudowa średniowiecznego zamku w Berlinie. Mistrz przeżył jednak przy tym i porażkę, bo w roku 1702 trzeba było rozebrać grożącą zawaleniem Wieżę Menniczą. Nie była to jego wina. Berlin to miasto zbudowane na podmywanym wodą gruntową piasku i w owym czasie niełatwo było sobie z tym poradzić. Niestety w dwa lata później przydarzyła się Schlüterowi kolejna katastrofa budowlana – w królewskim pałacyku w Freienwalde pod Berlinem. Architekt został odsunięty od realizowania monarszych zleceń i przeżył załamanie nerwowe.Według propagandowego filmu hitlerowskiego z roku 1942 Schlüter został za karę uwięziony i ułaskawiony tylko dzięki interwencji wiernej i kochającej żony. Film został wyreżyserowany przez Herberta Maischa, a artystę zagrał ulubieniec publiczności – Heinrich George.

Czy tak było? Nie wiadomo. Na pewno jednak to berlińskie porażki były powodem, iż architekt przyjął zaproszenie cara Piotra I i pojechał budować Sankt Petersburg. Pracował tam nad rzeźbiarskim wystrojem dwóch budowli – Pałacu Letniego oraz zespołu rezydencjonalnego w Peterhofie.

Co jednak zdarzyło się tam z jego planami urbanizacyjnymi dla stolicy Rosji? Kto je wykradł i dlaczego? Czy po to, żeby ktoś inny mógł je zrealizować pod swoim nazwiskiem czy po to, żeby to Schlüter nie mógł ich zrealizować?

Niezwykłe życie, pełne dramatycznych zakrętów i tajemnic, życie godne niezwykłego twórcy.

schlueter_gr_1Niestety, szukałam informacji o tym, co przydarzyło się artyście w St. Petersburgu. Szukałam i nie znalazłam, może jednak znajdzie się ktoś, kto nam o tym opowie.

Tybet Ewy W.

ewakol-A copyewawkol (3) ewawkol (2)ewawkol (4)ewawkolSiedzieliśmy w kilka osób we włoskiej restauracji, typowe zajęcie berlińczyków i ich gości ze świata. Idzie się “do Włocha” na kolację i plecie trzy po trzy, trochę o polityce (nie, no coś ty, żadnej wojny nie będzie), trochę o sztuce (widziałaś nowego Ai Weiwei, super!), trochę o pogodzie (zimno). To raczej MY, ludzie stąd, niż ONI, ludzie z Polski, mamy o czym opowiadać, choć i u nich zimna wiosna.

To gdzie Ty, byłaś? – pytam uprzejmie.
– W Tybecie. Jako nauczycielka angielskiego, w Domu Dziecka w małej wiosce w górach, kilkaset kilometrów od Lhasy. Zimą.

Szczęka opada mi z trzaskiem. Diabli wzięli aroganckie poczucie, że nic nas już w życiu nie zaskoczy, które jest tak typowe dla berlińczyka, jak przekonanie kota, że ludzie są po to, żeby mu dostarczać jedzenie. Wszystko widzieliśmy, o wszystkim słyszeliśmy, wszyscy prędzej czy później tu dotrą, z każdym się kiedyś spotkamy i o wszystkim wszystko wiemy lepiej. Jeśli ktoś coś opowiada, zawsze możemy opowiedzieć coś lepszego. Bo w Berlinie słucha się nie dlatego, żeby słuchać, tylko po to, żeby odpowiedzieć.

Siedzi przede mną nieduża młoda uśmiechnięta dziewczyna. Chyba nie wie, gdzie mówi te trzy zdania na krzyż. Tybet. Nauczycielka. Wioska. Zimą.

Pytam, pytam, pytam. Ewa spolegliwie odpowiada, a ja coraz bardziej jestem przekonana, że moje życie jest nudne, nieciekawe, monotonne, że nie mam za grosz odwagi i ani krzty inicjatywy. Ludzie robią w życiu wspaniałe rzeczy. Lila Karbowska, artystka polska z Berlina, wymyśliła projekt artystyczny, zrealizowała go i pojechała na Syberię. Dwa Krzysztofy, moi znajomi z Trójmiasta, starsi panowie dwaj, przeszli zimą po lodzie w poprzek przez Zatokę Botnicką. Pewna dziewczyna po studiach ekologicznych (ciekawe, co to?) przemieszkała rok w Indonezji, wędrując z jednej nawiedzonej plagą wyspy na drugą, sprawdzając (bez grantu i zlecenia!), jak najlepiej, najszybciej i najtrwalej można budować domy w miejscach dotkniętych klęską lub katastrofą. Ewa dwa razy, w roku 2005 i 2006, pojechała jako nauczycielka do Tybetu…

Gdy przed kilkoma dniami zapytałam Ewę, czy mogłabym o tym napisać na blogu, i czy może mi przypomnieć, jak się tam dostała? napisała: wysłała mnie Rokpa, oddział szkocki wtedy, bo polskiego jeszcze właściwie nie było i dopiero zaczynał się rozkręcać, a teraz już polski oddział też jest i nawet jest połączony z festiwalem Brave, z którego cały dochód idzie na Rokpę właśnie.

tybetcz-bdwa1 tybetcz-bdwaROKPA

Helping where Help is needed!
Pomagać tam gdzie pomoc jest potrzebna.

http://www.rokpa.org/sui/en/home/

ROKPA w Polsce

ROKPA Poland | ul. Purkyniego 1 | 50-155 Wroclaw | Poland
Phone +48 71 342 71 10 | Fax +48 71 342 71 10 | Mail: rokpapolska@gmail.com

Projekty w Polsce:
– zimowa darmowa jadłodajnia dla bezdomnych i potrzebujących
– “Dziadkowie-Wnukowie” – spotkania młodzieży z seniorami
– wszystkie przychody ze sprzedaży biletów na wydarzenia Brave Festival. Przeciw wypędzeniom z kultury jest przeznaczona na projekty edukacyjne ROKPY w Tybecie.

Brave festival odbędzie się 4 – 12 lipca 2015 we Wrocławiu

A tu jeszcze jeden link – przewodnik napisany przez tych, którym możemy ufać, bo polecany przez Marka Styczyńskiego, etnobotanika i muzyka, któremu w takich sprawach ja ufam bezgranicznie. Jak zwiedzać Tybet? Może się przyda.

Pomniki na stacji Grunewald

Ewa Maria Slaska o pomnikach Zagłady i Karolu Broniatowskim

O jednym z tych pomników już przed rokiem pisałam. TU. Dziś jednak chciałabym napisać o całym kompleksie pomników skupionych koło stacji kolejki miejskiej Grunewald.

pomnikiGrunewaldPoziom (10)Słodki budyneczek, ale jak się wie, to, co powinno się wiedzieć, to ta słodycz wieje najprawdziwszą grozą. Bo to z bocznego toru na tej stacji odjeżdżały pociągi bydlęce do Theresienstadt, Birkenau, Auschwitz… 35 tysięcy kobiet, dzieci i mężczyzn odjechało stąd na śmierć i męczeństwo.

pomnikiGrunewaldPoziom (12)Na krawędzi peronu wypisane daty, nazwy obozów, liczby oznaczające ilość osób jednorazowo wywiezionych.

pomnikiGrunewaldPoziom (14)Pomnik został powściągliwie nazwany Gleis 17 – Tor 17. Nic więcej. Resztę trzeba wiedzieć, albo się doczytać. Na schodach równie powściągliwa tablica informacyjna, która nie może ukryć faktu, że i ten pomnik pamięci, tak jak wiele innych w Berlinie, powstał dopiero pod koniec lat 90. Przedtem było tylko to, co już naprawdę być musiało, bo nie dało się inaczej.

pomnikiGrunewaldPoziom Ku pamięci tych, których w latach 1941-1945 pociągi kolei niemieckiej deportowały do obozów śmierci. 27 stycznia 1998. Pomnik wzniesiony przez Spółkę Akcyjną Kolej Niemiecka.

Ciekawe, że słownictwo trzyma się tradycji i pomnik został wzniesiony, podczas gdy leży przecież na ziemi i trzeba się ku niemu pochylić.

pomnikiGrunewaldPoziom (13)Pomnik jest dziełem zespołu architektów Nicolaus Hirsch, Wolfgang Lorch i Andrea Wandel.

pomnikiGrunewaldPoziom (11)Przed budynkiem dworca, na okrągłym skwerze znajdują się dwa kolejne pomniki Zagłady. Łukasz Surowiec przywiózł tu i posadził brzozy z Brzezinki. Birken aus Birkenau. Wokół pionowo ustawione macewy, symboliczne bezimienne nagrobki z żydowskiego cmentarza. Obiekt powstał w latach 2011-2012 w ramach 7 Biennale Berlińskiego. Surowiec przywiózł w sumie 320 brzóz – jego projekt obejmuje swym zasięgiem cały Berlin.

pomnikiGrunewaldPoziom (5)Z drugiej strony skwerku jeszcze jeden pomnik, przypominający deportacje. Trzy masywne podkłady kolejowe. To pomnik z 1987 roku. Jak sądzę jeden z pierwszych w ramach nowej fali niemieckiej kultury pamięci. Bo przedtem funkcjonowała przede wszystkim polityka zapominania. Pomnik został wykonany przez Lindę Hübler i ufundowany przez Grupę Kobiet z Parafii Ewangelickiej na Grunewaldzie. Te dwa niewielkie pomniki zostały dobrze opisane, tymczasem, podobnie jak pomnik Gleis 17, tak i czwarty pomnik na dworcu Grunewald – Pomnik Zagłady i RIMG0019Deportacji, dzieło polskiego rzeźbiarza Karola Broniatowskiego, nie został nigdzie opisany. Między budynkiem dworca a pomnikiem przypominającym, tak mi się wydaje, jerozolimską ścianę płaczu, stoi jedynie tablica wyjaśniająca, dlaczego wzniesiono ten pomnik. Bez słowa informacji kiedy, jak, przez kogo? Oczywiście w dzisiejszych czasach wszystko można łatwo znaleźć. Być może istnieje nawet jakiś App, umożliwiający rozpoznanie oglądanego właśnie pomnika. Ten został ufundowany w roku 1991 przez dzielnicę Berlina Wilmersdorf.

pomnikiGrunewaldPoziom (4) pomnikiGrunewaldPoziom (3)W betonowej ścianie artysta umieścił kilka wklęsłych, pustych sylwetek ludzi, których nie ma. Marsz nieistniejących ludzi ku śmierci.

pomnikiGrunewaldPoziom (2)Myślę, że to właściwy wpis na dziś. To rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim i symboliczna rocznica śmierci Żyda Jezusa, który już został zabity, a zmartwychwstanie dopiero jutro.

Alleluja!

3003

Dorota Cygan

Kto mówi po polsku i jest z mojej generacji lub starszy, pomyśli może odruchowo, że chodzić będzie o dywizjon 303 i lektury naszej młodości, i jest o jedno zero za dużo (a że pisałam już kiedyś o zerach i było ich jakoś sporo, można pomyśleć, że to z obfitości dodałam jedno za wiele). Nie, o zera nie chodzi, o zerowatość tłumu tym razem też nie, ale o historię owszem. Od kilku dni do okrągłej liczby 3000 dodano trójkę – przybyły w Berlinie 3 nowe kamienie pamięci (Stolpersteine), o które mają się potykać nasze nogi (a tym samym myśli), czyli nasza berlińska pamięć zbiorowa. Na wypadek (na co dzień dość prawdopodobny), gdybyśmy zapomnieli, że z domów, w których dzisiaj mieszkamy, wywożono w okresie nazistowskim mieszkańców pochodzenia żydowskiego, najczęściej na zawsze.

stolpersteine1Niektóre Stolpersteine są nie kamieniem, ale belka pamięci  – jak tutaj, gdzie w jednym mieszkaniu zakwaterowano Żydów w tzw. pomieszczeniu do spania.

Kiedy kilka lat temu moja jedna znajoma napomknęła przy kawie, że właśnie umyła wodą i płynem kamień pamięci przed wejściem do kamienicy, w której mieszka, pomyślałam, że mogłabym myśleć sto lat, a i tak bym nie wpadła na taki pomysł, i że różnice mentalnościowe muszą być o wiele większe niż mi się na co dzień w tym mieście wydaje. Bo że dajemy pieniądze na jakieś akcje lub składamy tu i ówdzie podpis pod jakąś słuszną petycją, nie angażuje specjalnie naszej refleksji, dzieje się raczej automatycznie, w ramach jakiegoś minimalnego konsensusu i kropka. Ale wyobrażenie kobiety w statecznym wieku z wiadrem i wodą na chodniku, jak szoruje mosiężną oprawę kamienia ku zdziwieniu przechodniów, trochę mnie jednak przerosło – i pewnie dzięki temu to jeszcze pamiętam.

Co się działo od tej pory? Ludzkie zaangażowanie w zasadzie nigdy nie jest wielkością stałą, czyli albo rośnie albo maleje. Znajoma ta zainicjowała, oczywiście w ramach grupy roboczej w swojej dzielnicy, ileś kwerend archiwalnych dotyczących iluś osób deportowanych ze swoich mieszkań, zorganizowała ileś spacerów po mieście wiadomym szlakiem, napisała trzysta ileś stron doktoratu o ruchu społecznym, który wyniknął z pierwotnej idei artystycznej Guntera Demniga  – i usunęła ze swoich drzwi lub skrzynki na listy ileś kartek z pogróżkami lub obelgami pod swoim adresem. I właśnie tych kilka dni temu dała swoim czujnym oponentom, pragnącym zachować anonimowość, kolejny powód do interwencji, wygłaszając przemówienie przy okazji utworzenia (nie mogę wszak napisać „oddania do użytku”) trzech nowych kamieni pamięci. Mieszka bowiem bardzo w pobliżu.

stolpersteine2Takie listy znajduje aktywistka ruchu w swojej skrzynce na listy. Bywa gorzej, powiada.
Wczoraj naklejone – dziś już zerwane. W ciągu zaledwie 24 godzin, my, aktywiści Ruchu Przeciw Kamieniom pamięci, po raz kolejny uwolniliśmy ulice w dzielnicy Friedenau od waszej ohydnej propagandy, przygotowanej przez syjonistycznych “dobrych ludzików”. Będziemy czujni i w przyszłości i bądziemy rozszerzać nasze, skierowane przeciw wam, akcje. Dość kultu winy – uwolnić Friedenau od kamieni pamięci!

Nigdy dotąd nie byłam na takiej uroczystości, choć bywało, że przy różnych akcjach tzw. ‘Gutmenschen’(‚ludzi z definicji dobrych’) miałam z dystansu dość wyrazisty obraz, jak wyglądają, a nawet co mogą mówić. Zrobiłam więc tym razem kilka zdjęć dla siebie po to, żeby mi kiedyś własne stereotypy do końca nie przesłoniły rzeczywistości, a dla  czytelników blogu po to, żeby mieszkając w Polsce mieli jakiś kontekst obrazkowy, bo nasza kultura pamięci trochę ma inną dynamikę, inne grupy wsparcia i innymi się posługuje rekwizytami.

stolpersteine3Nowe kamienie pamięci umieszczone przed dawnym wejściem do nieistniejącego już domu. Dziś w tym miejscu stoi kościół. Uroczystości maja pełne poparcie kościoła, a nawet inicjatywa w wielu przypadkach pochodzi właśnie z kręgów kościelnych.

A dlaczego mi się wydaje warta opisania wiadomość z lokalnej gazety? (spokojnie, Czytelniku Berlińczyku, nie protestuj, tyle prawdy musisz znieść, Bundesrepublika oczywiście nie czyta publikatorów ze stolicy, bo generalnie wiadomo, że są prowincjonalne, więc powszechnie, nawet w Berlinie, kupuje się monachijską SZ lub frankfurcką FAZ). Czemu więc o tym? Bo zakładam prostą prawdę samozwańczego badacza historii życia społecznego, że jeśli u mnie samej co-kol-wiek po iluś latach życia w jednym mieście wywoła nieznaczne nawet „mhm”, to należy o tym napisać do Ewy polskiego odbiorcy. Powtórzę samokrytycznie „na-pi-sać”, nie tylko „pomyśleć do czytelnika“, bo jak tej uwagi nie zrobię, to administratorka blogu gotowa się okrutnie roześmiać. Ale nie schodźmy na cygańskie szlaki, tekst miał tym razem nie być „o niczym“, tylko o kamieniach pamięci.

Otóż mnie ten rodzaj pomnikowania wydarzeń minionych w ogóle bardzo przemawia do przekonania – przez rozproszenie, rezygnację z cokołu i nie tylko symboliczną oddolność inicjatywy. Ale zwłaszcza, że towarzyszy temu typowy element niemieckiej kultury dyskusji, czyli spieranie się o pryncypia, choćby o taką kwestię, na ile potykanie się o kamienie pamięci jest właściwą formą jej kultywowania, skoro chodzi jednak o deptanie po nich codziennie. I to jest dokładnie to, czego inicjatywy oddolne w tym kraju chcą zawsze i w każdej ilości, mianowicie dyskusji społecznej, która kanalizuje nastroje zbiorowe w bezpieczny sposób. Oraz tego, by wyjść z muzeów do ludzi, na ulicę.

Na pytanie, czego się można dowiedzieć śledząc kwerendę archiwalną, inicjatorzy odpowiadają, że można uświadomić sobie niby oczywiste rzeczy, np. że jeśli z jednego mieszkania deportowano 10 lub więcej osób, to były to po prostu tzw. Judenwohnungen, czyli mieszkania, w których masowo  zakwaterowywano osoby pochodzenia żydowskiego, wyłuskując potem jednostki do deportacji w różnych terminach; albo też np. informacje, z jakiego rzędu nakładem administracyjnym wiązała się wywózka, rozliczenie po fakcie rachunków za prąd, ponowne wynajęcie tych mieszkań, wycena pozostawionego majątku itp. A także, jakie trudności spotykały ofiary, jeśli jednak przeżyły wojnę i przyszło im akrybicznie dokumentować każdy najdrobniejszy etap tułaczki i stan posiadania przed wygnaniem. W kraju, gdzie dzięki skrupulatności aparatu urzędniczego zachowało się tak wiele danych, pozostało tez wiele śladów dokumentujących nader chłodny sposób obchodzenia się z ofiarami po wojnie. To właśnie ten element stosunkowo najbardziej porusza badających przeszłość, oswojonych przecież teoretycznie z okrucieństwami wojny, ale tym bardziej zszokowanych niespolegliwością powojennych instancji, zobowiązanych ustawowo do współpracy przy odkrywaniu prawdy.
Inicjatorzy mówią, że można wiele wyczytać z tych kamieni, jeśli się nad nimi pochylić. Stolpersteine – jak to kamienie – mówią do nas.

Wywiad z Petrą Fritsche:  http://youtu.be/tD4sLCpehRI

Z cyklu: moja ulica – Dorota

Następną osobą, która się zgłosiła w sprawie “mojej ulicy” jest Dorota Cygan. Napisała w mailu krótko, a treściwie:

Tak tak, Ewuś, ale Wissmann był zdaje się nazistą, ach nie, no w każdym razie nacjonalistą, hehe, jakimś niemieckim generałem w Afryce. Ale może to powinien byłby być tekst o późnej karze pośmiertnej: dostał ulicę, na której kłębią się obcokrajowcy i nie uświadczysz ducha niemieckiego, tylko dilerkę, hehe. Wyjdzie mi  Moralitet Ironiczny. Czyli gatunek paradoksalny. Jak chcesz, to proszę.
papa
Cygan

wissmannstrHermann von Wissmann (1853-1905) był badaczem Afryki – w latach 80 XIX wieku kilkakrotnie przeszedł Afrykę w poprzek, głównie wzdłuż rzeki Kongo, ale był też pruskim oficerem, który w roku 1889 dostał za zadanie sformowanie korpusu ekspedycyjnego, który zlikwiduje powstanie w Tanzanii. Zadanie wykonał znakomicie, korzystając z zaciężnych żołnierzy z plemienia Zulu oraz Somalijczyków i Sudańczyków. W roku 1895 został mianowany gubernatorem Afryki Wschodniej. Był zwolennikiem pruskiego kolonializmu, ale na jego chwałę trzeba powiedzieć, że angażował się też w działalność Towarzystwa Zwalczania Niewolnictwa.

Dorota ma oczywiście rację. Współczesna Historia ironicznie nieźle dokuczyła Wissmannowi. Ulica jego imienia przylega do wielkiego parku Hasenheide, w którym dosłownie co pięć kroków człowiek natyka się na “czarnoskórych mieszkańców Afryki” (to poprawna politycznie nazwa, która pozwala odróżnić Araba od Mu…, nie, no właśnie, czarnoskórego mie…), szepczących słowo haszysz, ale sprzedających marihuanę. W parku tym powstaje świątynia Ganesha, a choć świątyni jeszcze nie ma, codziennie obywa się tu puja czyli nabożeństwo ku czci tego przemiłego boskiego słonia, symbolu szczęścia i inteligencji.

Przy ulicy Wissmanna na granicy z parkiem, w starym pięknym budynku browaru, mieści się Werkstatt der Kulturen (warsztat kultur), jedyny w Berlinie ośrodek kulturalny nastawiony wyłącznie na wspieranie kultur 190 narodów i ludów, zamieszkujących wspólnie i właściwie przyjaźnie stolicę Niemiec. To tu mieści się między innymi biuro Karnawału Kultur, który od prawie 20 lat znakomitą rozrywką i dla nas, berlińczyków, i dla turystów. Karnawał odbywa się zawsze w Zielone Świątki, a jego główna atrakcja, przejazd wspaniale udekorowanych wozów i parada grup muzycznych i tanecznych, ma miejsce w niedzielę – w roku 2015 są to dni 22 do 25 maja. Zapraszamy!

640px-Kar_Kult_2006_1http://volksfeste.kleiner-kalender.de/event/karneval-der-kulturen/41942.html

Berlin Zoo 1923

Wiktor Szkłowski

ZOO. Listy nie o miłości albo Trzecia Heloiza

Berlin, 1923

tłumaczyła Aleksandra Berkieta

List 18

(…)

Berlin trudno opisać.

Gdyby tak opisać Hamburg, można powiedzieć coś o mewach nad kanałami, o sklepach, o domach przeglądających się w kanałach, o wszystkim, co warto namalować.

Kiedy wjeżdżasz do wolnego portu miasta Hamburg, śluzy rozsuwają się jak kurtyna. Teatralny efekt. Ogromne pole wody, kłaniające się dźwigi, czarne czerpaki nabierające w usta węgiel wprost ze statków. Ich szczęki odchylają się jednocześnie w obie strony jak krokodyle. Wysokie na strzał z nagana, okratowane dźwigi, przypominające portale. Pływające elewatory, które mogą wessać 35 000 pudów ziarna dziennie.

Gdyby tak móc podpłynąć do jednego z nich i powiedzieć: „drogi towarzyszu, wyssij ze mnie, proszę, 35 000 miłosnych diabłów, które zamieszkały w mojej duszy”.

Albo można by tak poprosić o największy dźwig, który podniósłby mnie za kołnierz i pokazał zatamowaną przez śluzy Łabę, żelastwo, parostatki przy których samochody to zaledwie pchełki. I żeby powiedział mi parowy dźwig tak: „patrz, sentymentalny szczeniaku, na żelazo postawione na sztorc. Nie podobna tak cierpieć i płakać, więc jeśli nie chcesz już żyć, to wsuńże głowę do żelaznego czerpaka węgla, żeby ci ją odgryzł”.

O tak!

Można opisać Hamburg.

Jeśli by tak opisać Drezno, to roboty będzie więcej. Jest jednak sposób, chętnie wykorzystywany w nowej literaturze rosyjskiej.

Weźmy jakiś szczegół Drezna – na przykład to, że jeżdżą po nim czyściutkie auta, obite od wewnątrz szarym materiałem w paseczki.

Wszystko dalej jest tak proste jak dla dźwigu podniesienie jednej tony.

Trzeba następnie zapewniać czytelnika, że całe Drezno jest szare i w pasy, że Łaba – to pasek na szarym, że domy są szare, że Madonna Sykstyńska jest szara i w pasy. Nieważne, czy to prawda, ważne, że jest to przekonujące i w dobrym stylu. Szarym w pasy.

Trudno jednak opisać Berlin. Trudno go pojąć.

Rosjanie w Berlinie żyją, jak wiadomo, naokoło ZOO.

Wszyscy już wiedzą, to nie jest zabawne.

W czasie wojny mawiali: „jak wiadomo, wiosną atakują Niemcy”. Jak gdyby Niemcy atakowali na wiosnę.

Rosjanie chodzą w Berlinie dookoła Starej Kirchy tak jak muchy krążą wokół żyrandola. I tak jak do żyrandola przywieszona jest lepka kuleczka, tak w tej kirsze jest przyczepiony do krzyża dziwaczny kolczasty orzech.

Ulice widziane z poziomu orzecha są szerokie. Domy jak walizki. Wzdłuż ulic chodzą damy w futrach i w ciężkich skórzanych śniegowcach, a wśród nich Ty, w mysim palcie ze zdobieniami z uchatki.

Wzdłuż ulic chodzą szubrawcy w kudłatych paltach i rosyjscy profesorowie w parach, z rączkami parasolek zwisającymi na plecach. Tramwajów jest tu wiele, ale jeżdżenie nimi po mieście nie ma sensu, bo miasto jest wszędzie jednakowe. Pałace jak ze sklepu z pałacami. Pomniki jak serwisy. Nigdzie nie jeździmy, żyjemy na kupie wśród Niemców jak jezioro tkwi pośrodku swoich brzegów.

Zimy nie ma. Śnieg co spadnie, to topnieje.

W wilgoci i poczuciu klęski rdzewieją żelazne Niemcy, a my rdzewiejemy razem z nimi, zarastamy rdzą, choć nie jesteśmy z żelaza. (…)

Plik:Sklovsky.jpg***

Wiktor Borisowicz Szkłowski (ur. 24 stycznia (12 stycznia wg starego stylu) 1893 w Petersburgu, zm. 6 grudnia 1984 w Moskwie) – literaturoznawca, filmoznawca i pisarz rosyjski, jeden z współtwórców i najwybitniejszych przedstawicieli rosyjskiej szkoły formalnej, współzałożyciel OPOJAZ-u, autor artykułu „Sztuka jako chwyt” (1917).

Zbiór listów “ZOO” stanowi chronologicznie drugą część tzw. trylogii autobiograficznej Szkłowskiego, która w polskim przekładzie ukaże się w roku 2014. Tłumaczka, Aleksandra Berkieta, która przetłumaczyła i przygotowuje do druku całą trylogię, w porozumieniu z wydawcą uprzejmie udostępniła mi fragment „Listów nie o miłości” do opublikowania na blogu. 18 września Ola napisała na Facebooku:

To już koniec: 408 stron, 908 836 znaków, 881 przypisów rzeczowych + zmacerowana wątroba, odporność na kofeinę, mizantropia, lęk przed redakcją.

W 2014 roku wyjdzie gorzko-przygnębiająca “trylogia autobiograficzna” Wiktora Szkłowskiego w moim przekładzie (“Podróż sentymentalna”, “ZOO. Listy nie o miłości”, “Trzecia fabryka”) – zrobiłam wszystko, żeby był nie tylko wierny, lecz także piękny.

Jest piękny.

Aleksandra pisze: „ZOO. Listy nie o miłości“ były wcześniej tłumaczone na język polski przez M. Jagiełłę i wydane w „Literaturze na Świecie“ (1974, nr 8). Tłumaczenie zostało wykonane na podstawie kolejnych, radzieckich wydań dzieła z licznymi ingerencjami cenzury obyczajowej i politycznej, a także zmianami naniesionymi przez samego autora. Podstawę mojego przekładu stanowi pierwsze, berlińskie wydanie „ZOO“ z 1923 roku. “ZOO” to książka niesamowita, bo fikcja literacka staje się w niej rzeczywistością i na odwrót. Szkłowski tak naprawdę w każdym swoim dziele pisze o sobie – “ZOO” napisał, kiedy naprawdę siedział w Berlinie na wymuszonej emigracji (w Rosji zapewne zostałby skazany na śmierć za zbrojną działalność z ramienia partii Socjalistów Rewolucjonistów w czasie rewolucji – był dowódcą dywizjonu aut pancernych), zaś Ala, do której pisze listy, to Elsa Triolet – przyszła żona Louisa Aragona, pisarka, w której kochała się połowa petersburskiej bohemy intelektualnej, siostra Lili Brik – muzy życia Majakowskiego. Tych anegdotek biograficznych jest tam całe mnóstwo.