Ein Ausflug ins Grüne

Wir waren im Tierpark. Wir, die Mitglieder des Vereins Städtepartner Stettin, und unsere Gäste aus Stettin. Wir haben Flamingos und Elephanten gesehen, aber auch…

Brigitte von Ungern-Sternberg

Wie kommen vier Löwenskulpturen in den Tierpark Berlin-Karlshorst?

Reinhold Begas  Löwen im Tierpark

800px-KaiserWilhelmLoewen1Beide Fotos: Wikipedia Common

Überlebensgroß, ungebändigt und wild blicken sie auf die Betrachter. Sie stehen vor den Käfigen der Raubtiere, furchterregend anzusehen. Es gibt keinen Hinweis auf sie im Übersichtsplan, den man am Eingang des Tierparks ausgehändigt bekommt. Keine Tafel an den Skulpturen gibt Auskunft, wer sie geschaffen hat, woher sie kommen.

Tatsächlich befanden sich die Löwen früher zu Füßen eines Kaisers hoch zu Ross und dieser stand vor dem Stadtschloss mitten im Herzen von Berlin. Das opulente, figurenreiche Nationaldenkmal wurde auf Veranlassung von Kaiser Wilhelm II errichtet als Denkmal für seinen Großvater Kaiser Wilhelm I. In dessen Regierungszeit entstand ein vereintes Deutschland unter einer preußischen Herrscherdynastie, das zweite Reich. Das Denkmal war geprägt vom ‚Wilhelminismus‘, eine Stilrichtung, die den Geschmack des Kaisers kennzeichnet. Am 22. März 1897 wurde das Denkmal feierlich eingeweiht, es strahlte Macht und Selbstgewissheit aus. Und die Löwen? Sie würden jeden anspringen und zu Tode beißen, der dem Kaiser auf dem Ross zu nahe käme.

Ein Stadtschloss? Ein Nationaldenkmal? Das passte nicht ins Weltbild eines jungen sozialistischen Staats ‚auferstanden aus Ruinen‘. Im Winter 1949/50 ließ die DDR das Denkmal bis auf den Sockel abtragen, die unzähligen Bronzefiguren wurden eingeschmolzen – übrig blieben die vier Löwen, die wurden in den Tierpark nach Karlshorst abtransportiert. Das im Krieg schwer beschädigte Schloss wurde bald danach gesprengt. Lange war der Schlossplatz leer und kahl, diente Aufmärschen und Großereignissen. In den 70er Jahren erstand dort wieder ein neuer Palast, der Palast der Republik mit der Volkskammer. Den gibt es jetzt auch nicht mehr.

3-6
berlin-wiese-schlossplatz-mitteschlossfreiheit-sed-plakate_02Entworfen hat das Nationaldenkmal Reinhold Begas, ein von Kaiser Wilhelm II sehr geschätzter Bildhauer. Reinhold Begas hat die meisten Bronzeskulpturen für das Denkmal geschaffen – nicht aber die Löwen zu Füßen des Kaisers. Die sind das Werk der Bildhauer August Gaul und August Krause.

kaiserzurossFoto: http://www.judgmentofparis.com/gallery/berlin/076.jpg

Berlin_Nationaldenkmal_Kaiser_Wilhelm_mit_Schloss_1900Berliner Schloß – Foto: Wikipedia
Es kamen neue Zeiten und das Denkmal wurde abgetragen

begas-abriss-wilhem-DW-Kultur-OviedoFotografie vom Abriss des Nationaldenkmals für Kaiser Wilhelm I., 1950, aufgenommen von Rudolf Kessler (Landesarchiv Berlin)

Und die Löwen.

Löwenbändiger am Werk. Die Löwen vor dem Berliner Schloß werden zerlegt und abtransportiert. 80 Zentner wiegt das zähnefletschende Bronzetier, das mit einem Kran von seinem Sockel gehoben wird. Aufn.: Illus-Köhler 5316-50 str-8.2.50
Löwenbändiger am Werk. Die Löwen vor dem Berliner Schloß werden zerlegt und abtransportiert. 80 Zentner wiegt das zähnefletschende Bronzetier, das mit einem Kran von seinem Sockel gehoben wird. Aufn.: Illus-Köhler 5316-50 str-8.2.50
Zentralbild /Fuchs 3.1.1964 Die Löwen ... von Reinhold Begas finden vor dem Alfred-Brehm-Haus im Berliner Tierpark eine neue Heimstatt. Gegenwärtig werden sie hier aufgebaut.
Zentralbild /Fuchs
3.1.1964
Die Löwen … von Reinhold Begas finden vor dem Alfred-Brehm-Haus im Berliner Tierpark eine neue Heimstatt. Gegenwärtig werden sie hier aufgebaut.

Foto Wikipedia

Und das Schloss?  Es wird gerade wieder aufgebaut und heißt jetzt Humboldtforum. Es wird kein Herrscher darin wohnen, sondern als Museum die Kunst der Völker dieser Erde zeigen. Vor wenigen Wochen wurde das Richtfest gefeiert.

Richtfest  HumbodtforumMöglicherweise kehrt der Neptunbrunnen, der vor dem Roten Rathaus steht, an seinen alten Platz vor dem Schloss zurück. Auch er ist ein Werk von Reinhold Begas.

Und die Löwen? Kehren sie zurück?

Wohl kaum! Denn auf dem Sockel des früheren Nationaldenkmals soll einmal ein neues Nationaldenkmal stehen – das ‘Denkmal der Einheit‘ für das am 3. Oktober 1990 wiedervereinigte Deutschland, kein Reich mehr, sondern die Bundesrepublik Deutschland.

02_einheitsdenkmalFoto: http://www.rbb-online.de

Dwie dziewczyny z cmentarza w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Obie dziewczyny były muzułmankami i zostały pochowane na Landschaftsfriedhof Gatow, w berlińskiej dzielnicy Spandau (dawna słowiańska nazwa tej dzielnicy brzmiała Szpandawa), na Maximilian-Kolbe-Str. 6. Na cmentarzu jest duża kwatera grobów muzułmańskich, gdzie wszystkie groby są zorientowane w kierunku Mekki. Jedna z dziewczyn była Kurdyjką, druga – Syryjką. Obie były mężatkami czyli, podobnie jak w przypadku Julii, chodzi mi o dziewczyny z racji wieku a nie statusu.

Hatun Sürücü (1982–2005), Kurdyjka, była ofiarą tzw. mordu honorowego. Mord honorowy jest karą wymierzaną przez rodzinę za okrycie jej hańbą lub zniesławienie. Hatun została zastrzelona przez brata. Rodzina od lat 70 mieszkała w Berlinie. Hatun miała siedmioro rodzeństwa, dwie siostry i pięciu braci, wszyscy zostali wychowani nader tradycyjnie, a potem wręcz fanatycznie. Ale Hatun była inna, Hatun chciała żyć po swojemu, w żaden sposób nie odpowiadała ideałowi tradycyjnej muzułmańskiej córki, była samodzielna i uparta. Rodzice najpierw zabrali ją ze szkoły, a gdy miała 16 lat, wysłali ją do Istambułu i przymusowo wydali za mąż za kuzyna, z którym zaszła w ciążę. Hatun uciekła od męża i od rodziny, wróciła do Berlina i zamieszkała w ośrodku dla niepełnoletnich matek. Przestała nosić tradycyjny strój islamski. Urodziła syna, wynajęła samodzielne mieszkanie, ukończyła naukę zawodu. I wtedy brat ją zastrzelił.

Portret Hatun na zniczu postawionym na jej grobie w dziesiątą rocznicę śmierci, 7 lutego 2015 roku.

Jej brat, morderca został skazany na 9 lat więzienia. Dziś w dziesięć lat po jej śmierci i on, i jego dwaj starsi bracia, którzy wspierali go w planach zabójstwa, mieszkają w Turcji. Syn Hatun został oddany do rodziny zastępczej.

***

Drugą dziewczynę pochowano na “cmentarzu krajobrazowym” w Gatow przed miesiącem, 16 czerwca 2015 roku. Jest to młoda syryjska mężatka. W grobie leży też jej dwuletnie dziecko. Oboje utonęli w marcu w drodze na Lampedusę. Jej mąż przeżył i przeżyły jej trzy starsze córeczki, są w Niemczech. Mąż złożył podanie o azyl polityczny, ale ponieważ nie jest ono jeszcze rozstrzygnięte, nie dostał pozwolenia na opuszczenie aktualnego miejsca zamieszkania i nie wziął udziału w pogrzebie. Jednak wyraził zgodę na pochówek i na to że przyjmie on formę protestu artystyczno-politycznego. Ciało jego żony zaraz po wypadku zostało pochowane na Sycylii, teraz je ekshumowano i dostarczono do Berlina w ramach akcji “Die Toten kommen” – “Idą umarli”. Akcję zorganizowało “Zentrum für Politische Schönheit” (Centrum Politycznego Piękna) jako protest przeciwko bezdusznej polityce Europy w stosunku do uciekinierów.

Można się zastanawiać, czy ciało ludzkie powinno być używane jako eksponat w akcji artystycznej, nawet jeśli jest ona jednocześnie protestem politycznym w słusznej sprawie. Ale z drugiej strony… Zmarłych uciekinierów chowa się we Włoszech w workach na śmieci, w zbiorowych grobach, ciała czekają niekiedy tygodniami na pochówek. I to nie w lodówce! Tymczasem pogrzeb w Berlinie odbył się po ludzku, ba, więcej, bo zgodnie z muzułmańskimi zasadami. W uroczystości wziął udział imam. Trumnę pokrywał orientalny dywan, leżały kwiaty, przybyli żałobnicy.

W kilka dni później symboliczną wymowę pogrzebu podkreśliła demonstracja na łące przed budynkiem Reichstagu, gdzie koparka wykopała kilka symbolicznych grobów. W akcji wzięło udział pięć tysięcy osób.

W najbliższym czasie mają się pojawić w Berlinie kolejne groby. Prawdziwe i symboliczne. Organizatorzy są zdania, że tylko tak zdoła się wstrząsnąć świadomością rządzących, którzy na co dzień nie muszą się konfrontować ze śmiercią uciekinierów, bo ci umierają daleko stąd, gdzieś na morzu między Azją, Afryką i Europą. Ale, twierdzą artyści, choć umierają daleko od nas, to i tak tu przyjdą, a wtedy będziemy musieli gorzko zapłacić za naszą bezduszną politykę.

Ein schöner Sommersamstag in Berlin

Guten Tag. Am Samstag gibt es keinen Morgen. Der Berliner muss sich ausschlafen. Der Tag beginnt spät.

Sommer auf dem Balkon. Foto Michał Krenz

balkonmichalSommer im Auto oder eh ein Auto im Sommer. Foto Michał Krenz.

autkomichaFür diejenigen, die es nicht erkennen – es ist ein Volvo P1800, ein Auto wie in der TV Serie Simon Templar (The Saint) mit Roger Moore.

Foto oben aus Wikipedia. Alle andere Fotos – ich.

Ein anderes Auto.

auto2Ein Vertrauenbeweis.

vertrauen1Wir lieben Ordnung und Sauberkeit.

ordnungNimm dir ein Buch.

nimmeinbuchnimmeinbuch2Das Buch, das ich genommen habe.

meinbuchEin anderer Vertrauenbeweis.

vertrauen2Linie Eins. Ein Geiger in der U-Bahn. Er spielte so schön. Ich weiß nicht, was es war. Palestrina vielleicht. Wieso musste ich die ganze Zeit an Warschauer Ghetto denken?

geigerLinie Nummer 6. Wartend auf die U-Bahn. Der Junggesellenabschied oder ein Polterabend. Der Bräutigam las vom IPod ein Gedicht über Hämorrhoiden. Ein bißchen geschmacklos, aber, was soll es? Es ist, halt, Berlin.

hemoroidyEr wird Lisa Lukaschewitsch heiraten.

lisalukaschewitschNo comments.

no commentsNacht auf dem Balkon.

nachtaufdembalkonNacht. Der Himmel über Berlin.

gutenacht

 

 

Berliner Strassenmusik

Für Sigrid

Letztens bin ich zu einem sehr gelungenem Geburtstag eingeladen und Mo Calaz war eine der mehreren Trophäen, die ich von diesem Event so zu sagen “nach Hause” genommen habe. Er sang dort, er ist nämlich, wie er selber sagt, “buchbar”, und in der Woche trifft man ihm auf dem sog. Türken Markt. Immer Dienstag und Freitag, zwischen 12:00 und 14:00 Uhr.

Der Markt am Maybachufer in Neukölln ist mit der U-Bahn Linie 8 (U-Bhf. Schönleinstraße) zu erreichen. Außerdem hält dort der Bus 140.

maybachufer

Reblog: Lato germanisty

To reblog z tego bloga – tego jeszcze nie było. Ale nie ma wyjścia. Po pierwsze jest lato, tak upalne jak w zreblogowanym tekście. Po drugie – też wreszcie dotarłam tam, gdzie byli przed dwoma laty bohaterowie tego wpisu, oraz, i to zapewne nie tylko przed dwoma laty, autorka. I wreszcie – nie wiem, dlaczego dwaj polscy germaniści tak daleko odeszli od Getreidespeicher, silosa zbożowego w Westhafen, w którym mieści się teraz biblioteka czasopism, bo tam na miejscu jest Violetta’s Imbiss, gdzie nie tylko kelnerka mówi po polsku, a tak naprawdę to cała obsługa, o czym informuje stosowna karteczka, i jest polskie jedzenie, tu, na miejscu przyrządzane, bigos, pierogi, sznycel, kotlet, gołąbki, sałatka. Pyszne, świeże, domowe, tanie…

violettaFoto: Thomas Lautenschlag (flickr)

Nie mogę się oprzeć i zrobię tu reklamę: Westhafenstr. 1 / 13353 Berlin, od poniedziałku do piątku od 6 rano do 14.

Lato germanisty

Dorota Cygan

Usiądźmy sobie może tutaj, skoro się już tu znaleźliśmy, po wyjściu chyba należało pójść w prawo, ciekawe, jak to z biblioteki można niechcący zajść na koniec świata. A w ogóle gdzie my właściwie jesteśmy, ładnie tu nawet, wygląda na kąpielisko, ale swoją drogą to mamy ze 30 stopni, ściana  gorąca. I to niby łagodne oko błękitu, ależ bezruch i żar. No, te zabudowania kąpielowe to mi wyglądają na lata dwudzieste, jak Pan myśli, klinkier, mury po łuku, dzielone okna, ciekawe, ciekawe, für uns zwei Kaffee bitte, no u nich ta kultura nagości jak widać żywa do dzisiaj, jakoś się nami nie krępują, i ten kult zdrowia oczywiście, jedno z drugim nieodłącznie sprzężone, widać, że przetrwało czasy faszystowskie i ma się całkiem dobrze. Ale żar, pozwoli pan, że zdejmę krawat i nogi trochę wyprostuję, coś mój kręgosłup ostatnio odmawia służby, jak posiedzę trochę w bibliotece, też by się przydało odrobinę sportu, ma pan rację, Niemcy nie byłyby sobą bez tej kultury FKK, co u nas nie do pomyślenia, wyobraża pan sobie to święte oburzenie? Ach, te sprężyste ciała i ta naturalność, nam to trochę mimo wszystko obce, pasjonujące owszem, jako zagadnienie socjologiczne, no i motyw literacki rzecz jasna. A czytał pan może Helmuta Ungera… taki tekst z lat dwudziestych… nie pamiętam tytułu… on tam właśnie opisuje konflikt międzygeneracyjny jako różnice w odniesieniu do ciała, z jednej strony kostyczny belfer zapięty pod szyję w czarnym surducie, z drugiej strony prowokacja w postaci nieskrępowanego młodego pokolenia: obnażony żywioł w pełnym słońcu nad wodą. A propos, może ja też sobie zdejmę marynarkę, pozwoli pan, czarne jednak grzeje, jak jechałem do Berlina, nic nie wskazywało…

No ale wracając do tego, o czym mówiliśmy jeszcze w holu, wie pan, ten mój autor miał dość poplątany życiorys, najpierw w najwcześniejszym dzieciństwie silny wpływ braci Grimm, można powiedzieć, że późniejsza trauma z tym się pośrednio wiąże, takie mroczne i krwawe fantazje. Potem, co jeszcze: mieszkanie w skrajnych warunkach, suterena, stąd późniejsze dążenie do światła, ta rozbudowana metaforyka świetlna we wczesnej liryce okresu szkolnego. Dalej, warunki, w jakich żył, raczej ponure, typowo miejskie otoczenie skąpane w stu odcieniach brązu, można się pokusić o tezę, że stąd potem jego niechęć do nazistów, tak to zupełnie nowa teza, jeszcze jej nie opublikowałem, potem w późniejszym dzieciństwie  – no mniejsza o dokładną periodyzację – wakacyjny wyjazd studyjny do Polski, zetknięcie z obcą kulturą zabawy i trwały jej ślad w jednym wierszu, który pozostał fragmentem, może to zresztą zabieg celowy, tak jak fragmentaryczne pozostało to doświadczenie poety, potem, już po maturze, ponowny impuls interkulturowy, spotkanie z cyganką na ulicy w biały dzień, w pełnym słońcu, jej tajemnicza postać będzie się przewijać przez szereg wczesnych poematów, zawsze jako opozycja między ciemnością i światłem, powiedziałbym nawet walka między pierwiastkiem dobra i szatanem, pasjonujące, nikt tego proszę sobie wyobrazić jeszcze filologicznie nie zbadał, no umówmy się, to nie jest łatwe, trzeba by sięgnąć do manicheizmu, prześledzić może generalnie inklinacje jego pokolenia do…, no ale dużo by mówić, myślę, że to w sam raz temat na habilitacje, młode pokolenie w sumie…

getreidespeicherBiblioteka czasopism, filia Staatsbibliothek w Getreidespeicher w Westhafen

…für uns noch zwei Kaffee bitte, ach, to pani mówi po polsku, studentka germanistyki, no proszę, proszę, polski Berlin, miło nam, tak, tak, my też studiujemy miasto, germaniści powinni, szlachectwo zobowiązuje, mówi pani, że to jest Plötzensee, a tośmy daleko doszli z tego Westhafen, ale zapewniam, wierzymy pani, że woda czysta i ciepła, ale może innym razem. A wie pan, nie myślałem, że to tutaj stracili tych  chłopców od Stauffenberga, gdzieś tu musi być Gedenkstätte, nigdy bym nie pomyślał, że to faktycznie tak blisko jeziora. I teren w sumie ładny, zieleń jeszcze taka soczysta, wiem, wiem, też mam nieczyste sumienie siedząc w murach, chociaż my w sumie dbamy o takie rzeczy, w zeszłym roku byliśmy z żoną i dziećmi prawie tydzień na łonie natury, teraz też, w kwietniu jak było parę dni tak ładnie, poszliśmy się godzinę przejść tak dla zdrowia, trzeba, cóż, nie samym słowem żyje człowiek, hehe. No to jeszcze po małej kawce prosimy. Ależ upał.

Ale wracając do naszych wczorajszych rozmów, przesuńmy się trochę do cienia, to tak, z tymi wpływami heglowskimi na mojego autora to było tak, że widzi pan, najpierw Kaiserreich to jakby Teza, potem krótko znienawidzona Republika Weimarska – czysta Antyteza, nie wydaje się panu? –  a na koniec przygoda z faszyzmem jawi mu się jako Synteza, proszę sobie wyobrazić, niezmiernie ciekawe, też niezły temat, gdyby go jeszcze rozszerzyć o wątki ideologiczne państw zaprzyjaźnionych plus recepcja Hegla, to by może nawet projekt europejski z tego wyszedł, praca przy projekcie zapewniona na trzy lata, na takie rzeczy dzisiaj jest popyt, kto ma dziś czas samemu przerobić tyle literatury, ma pan rację, archiwalia trzeba by koniecznie włączyć, ale na to to już by się przydało ze trzech doktorantów, kontakty do Francji pan ma, no czemu nie, to by się w przyszłości pomyślało o jakiejś Forschungsstelle, spuścizna Hegla nie wiem, całkiem możliwe, że w Berlinie, skoro i pochowany tutaj, rodzina już na szczęście się nie wtrąci, hehe. Odwiedzić grób, a czemu nie, może byśmy po drodze zahaczyli, Benna też bym chętnie zobaczył, dawno już miałem zamiar. Może poprosimy o rachunek. Mówi pani, żeby nad wodę, no, wie pani, na wodę to może popatrzymy  jak pójdziemy na grób Kleista. Ależ upał nieziemski. A wie pan, rok temu mieli tu rok Kleista, parę monografii nawet wyszło, widziałem plakaty na FU, wisiały też w Stabi, a w ogóle to skoro już mamy być nad wodą, po drodze byśmy może tak na godzinę wrócili do Westhafen, dział gazet  jeszcze czynny, a jakże, mają tu wszystko, Gazeta Wyborcza to nikogo nie dziwi, ale oni mają i Życie Warszawy i Trybunę Ludu, proszę sobie wyobrazić, w tych silosach na Westhafen, tak, tak, praktyczny naród. A pan z jakich bibliotek korzystał? Ta żółta przy filharmonii to właśnie Stabi, nie zauważył pan filharmonii, nie nie, nic nie mówię, ja też bardziej siedzę w tekstach, koncerty sind nicht Jedermanns Sache, osobiście wolę sobie w przerwie wyskoczyć do Gemäldegalerie naprzeciwko, no faktycznie ona jest trochę schowana, można jej nie zauważyć, przy okazji możemy zajrzeć, pokażę panu, może się przejdziemy na spacer, do Tiergarten, a nie, nie znam, wie pan, mało zawsze tego czasu, ach, to tam, gdzie kiedyś były te koncerty techno, czytałem. Może jak przyjedzie moja żona, kupię wcześniej jakiś przewodnik, obiecałem sobie, że jak tu będzie, to wreszcie się przejdziemy pod Reichstag i pod Bramę, od pięciu lat sobie obiecuję, od czasu  jak robiliśmy ten projekt Literatura wobec upadku Muru, no mur to tam gdzieś w okolicy przebiegał, a przynajmniej powinien, ach,  też pan jeszcze nie był, to się dobrze składa, przeszlibyśmy się i może omówili przyszły projekt, no cieszę się. To cóż, do widzenia, ja jeszcze trochę mam do kserowania, ależ gorąco okrutnie, a potem do pociągu, mam trochę do poczytania, znajomy mi polecił Spaziergänge in Berlin Franza Hessela, pan wie, rodowitego szczecinianina, niedawno wydane, takie impresje ze spacerów po  mieście w latach 20, autor we wstępie poleca zabranie tej książeczki w letnią podróż, no więc zabrałem, a wie pan kiedy to pisał, w 1929 roku, hehe, choć oczywiście zgaduję, że niewielu pójdzie na Entdeckungsreise des Zufalls, prorocze słowa, hehe. Najbardziej mi się podobało jedno zdanie: Ihr habt keine Zeit? Dahinter steckt ein falscher Ehrgeiz, ihr Fleißigen. Dobre, nie?

Przy okazji sobie myślę, że może by tak wznowić Heinza Knoblocha, te jego opowiastki o Berlinie, ładne rzeczy i nieco bardziej współczesne, wypadałoby przypomnieć czytelnikowi, bo już ci nasi studenci nic zupełnie nie czytają, mówili mi ostatnio, że jeżdżą sobie na jeden dzień do Berlina,  tak po prostu połazić po mieście, podobno w Berlinie jest z dziesięć jezior i ileś kąpielisk. A wie pan, że oni faktycznie znają tu powoli wszystko …

To poprosimy rachunek… Ach, pani już ma fajrant? I jak, co potem, aha, nad wodę, mówi pani, tak, my w przyszłym roku też planujemy, może gdzieś w ciepłych krajach, no niby racja, tu też można,  oni tu w Berlinie mają wszystko… Gdzie, mówi pani? TUTAJ do wody…?! A to faktycznie ciekawa myśl, czytałem ostatnio w felietonie tego klasyka gatunku, jak on się nazywał…

Ludzie w metrze

Ewa Maria Slaska

Znowu o metrze…

Tym razem berlińskim. Metrem jeżdżę zawsze, bo Czytelnicy już się pewnie zorientowali, że nie mam prawa jazdy, ale dawniej uważałam metro za połączenie środka komunikacji i czytelni, a ostatnio nie mam ochoty czytać i wolę patrzeć na ludzi. Z tego patrzenia nic nie wynika, nie mogę na podstawie anegdotek i obrazków wyciągnąć daleko idących wniosków na temat berlińczyków.

Oczywiście każdy wie, że metro zaludniają rano robotnicy, potem dzieci i młodzież, potem urzędnicy, a dopiero po 10 kobiety, ludzie starzy i turyści. Po południu w odwrotnej kolejności wszyscy poranni pasażerowie wracają do domów. Nikt nie jest specjalnie elegancki, oprócz ludzi na delegacji i tak zwanych Di-Mi-Do. To ci, którzy mieszkają daleko poza Berlinem, często wciąż jeszcze w Bonn. Di-Mi-Do tak sobie organizują życie, żeby nie trzeba było pracować w poniedziałek ani w piątek, bo tylko taki układ zapewnia im rzeczywisty weekend w domu. Odwiedzają biura we wtorki, środy i czwartki czyli Dienstag – Mittwoch – Donnerstag. Di-Mi-Do. Berlin nie jest miastem specjalnie eleganckim, ale Di-Mi-Do pracują w urzędach zbliżonych do rządu i są przeraźliwie eleganccy. Czasem jeszcze późnym wieczorem widać eleganckich ludzi wracających z teatru.

miejscepracyDiMiDoW takich miejscach pracują Di-Mi-Do

Jak przystało na kobietę pracującą zawsze czyli nigdy czyli w domu, najbardziej lubię jeździć metrem, gdy tłumy pojechały już do fabryk, szkół i biur. Wtedy sporo ludzi czyta książki, ale większość zajmuje się elektronicznymi gadżetami. Mają tablety, smartfony, I-pody, telefony, playery i czytniki. Nie patrzą na innych, bo inni ich nie obchodzą.

Zapiski z kilku ostatnich tygodni, dwóch, najwyżej trzech…

***
Wiosna, pojawiają się piękni ludzie. Zimą może też byli piękni, ale nie było widać między czapkami i szalami. Jadę w górę schodami ruchomymi, w dół, na stację, biegnie równo jak w balecie para młodych ludzi z pięknymi smukłymi rowerami w uniesionej prawej ręce. Biegną szybko i z gracją, są piękni i wyglądają jak brat i siostra, bliźnięta. Ja bym nawet bez roweru nie potrafiła tak pięknie i lekko zbiec po schodach. I jeszcze tak równo z partnerem.

Czy istnieje kategoria tańca na rowerach? Chyba nie, bo w internecie znajduję tylko dyskotekę rowerową – goście muszą się nieźle napedałować, żeby dostarczyć prąd do konsoli didżejskiej.

***
Jadę po receptę. Obok mnie siedzi młoda, wysoka i postawna, kobieta, zajęta smartfonem. Ale mimo skupienia na ekraniku potrafi jednocześnie okazać nam wszystkim wyniosłą pogardę. Jej postawa, mina, od niechcenia odrzucane włosy, które lądują mi na twarzy, wyrażają dobitnie, że na całym świecie nie ma wspanialszej i bardziej niezależnej silnej kobiety niż ona. Wysiadamy na tej samej stacji. Idę do lekarza i do apteki, przed apteką spotykam ją znowu. Idzie w towarzystwie wysokiego przystojnego faceta. Poznaję ją po kurtce i butach, ona sama jest jednak zupełnie odmieniona. Zniknęła gdzieś zimna walkiria, po ulicy wdzięcznie podrygując i mizdrząc się, idzie, wykonując gesty jak tancerka na rurze, jakaś zapatrzona w swojego faceta dziewusia, potakująca mu cienkim głosikiem.

wmetrze1Jest tłok. W tłumie nadzwyczaj przystojny młody orientalny mężczyzna. Nie jest wysoki, ale jego twarz jest absolutnym ideałem władczego piękna. Aleksander Wielki. Patrzę na niego zdumiona, bo nawet w wielkim mieście rzadko spotyka się kogoś aż tak pięknego. A w mieście jest przecież dużo ludzi, więc i wybór jest duży.

Aż szkoda, że ma na sobie jakąś pikowaną kurtkę, a nie zbroję. Nagle Wódz chrapliwym głosem rzuca w przestrzeń jakiś rozkaz. Nie rozumiem, co mówi, ale nie ulega wątpliwości, że właśnie wysłał na pewną zgubę kohortę oddanych mu wojowników. Natychmiast z tłumu otaczającego wodza wyrywa się w jego kierunku młoda dziewczyna, która dotychczas kurczowo trzymała pałąk wózka, próbując ochronić dziecko przed plecakami i torbami współpasażerów. Ach, więc jednak wodzowi nie towarzyszą  żołnierze, lecz żona i dziecko. Służebnica pańska otwiera torebkę i hołdowniczym gestem podaje władcy… papierową chusteczkę do nosa.

wmetrze2 Na przeciwko mnie siedzi młody tęgi ogolony na łyso facet, typowy “kark”, i, przeglądając się w ekranie laptopa (tak, tak to się robi, człowiek sam siebie filmuje kamerką do rozmów na skype), starannie nakłada makijaż. Maluje oczy, rozciera róż na policzkach i kładzie szminkę na usta.

***

Do tego, że biedni i bezdomni szperają po koszach na śmieci, już dawno się przyzwyczailiśmy. Szukają przede wszystkim butelek po piwie i napojach, które w Niemczech są na kaucję. Szperacze z reguły wyglądają tak, jak w ogólnym pojęciu wyglądają biedni i bezdomni. Wczoraj jednak zobaczyłam na stacji metra, jak do kosza zagląda mężczyzna w białej koszuli bez krawata i luźnej marynarce. Jest cool. Ma okulary w czerwonych oprawkach, jakich nie powstydził by się nawet CEO jakiegoś hipsterskiego start-up-u. Może odkrył, że wnętrze kosza na śmieci to nisza rynkowa i robi badania, jak ją wykorzystać.

***
Szósta wieczorem. Stoimy na stacji. My czyli wnuk i ja. Tłok. Najwyraźniej długo nie było metra i teraz wszyscy są źli i zdenerwowani. Normalnie staram się przeczekać takie sytuacje, ale jest późno i musimy jechać. Gdy podjeżdża metro, biorę dziecko na ręce, żeby tłum go nie zdeptał. Wszyscy się pchają efektywniej niż ja, wsiadam jako ostatnia. Oczywiście wiem, że nie ma miejsca, ale przepycham się z dzieckiem na ręku aż do ławek. Wszyscy zapatrzeni w ekraniki, nikt nie patrzy na innych. Lekko szturcham faceta o dobre trzydzieści lat młodszego ode mnie. Jakbym go nie szturchnęła, to by na mnie nigdy nie spojrzał i nie mogłabym zadać mu pytania: “Czy mógłby mi Pan ustąpić miejsca?” Gostek patrzy na starszą panią z dzieckiem na ręku i pyta: “Dlaczego?”

Zdjęcia: Wikipedia, Tumielewicz, BVG (Berliner Verkehrsbetriebe), Pukański, Morgenpost         

Ballonaktion zum Mauerfall

oder eine LICHTGRENZE

Vom 7. bis zum 9. November 2014 ist das innerstädtische Berlin von der Bornholmer Straße über den Mauerpark und die Gedenkstätte Bernauer Straße, zum Reichstag, vorbei am Brandenburger Tor und Checkpoint Charlie bis zur East Side Gallery vorübergehend geteilt: 8.000 weiße, leuchtende Ballons markieren dann den ehemaligen Mauerverlauf. Die emotionale und visuelle Kraft dieser Lichtinstallation ruft auch die Brutalität der Mauer in Erinnerung. Die Installation basiert auf einer Idee von Christopher Bauder und Marc Bauder.

Die LICHTGRENZE ist ab Freitag (7.11.) mit Einbruch der Dunkelheit bis zum Sonntagabend (9.11.) rund um die Uhr erlebbar. Wir empfehlen Ihnen Spaziergänge entlang der LICHTGRENZE.

Die Open-Air-Ausstellung „100 Mauergeschichten“ gibt auf der gesamten Strecke faszinierende Einblicke in den Alltag der geteilten Stadt.

Der Museumsdienst Berlin offeriert spezielle einstündige Führungen auf Deutsch und Englisch, an denen man spontan
ohne Anmeldung teilnehmen kann. Tickets: 5 € (bis 14 Jahre freier Eintritt)
Termine: 7. Nov, stündlich von 18 bis 20 Uhr/ 8. Nov, stündlich von 12 bis 20 Uhr/ 9. Nov, stündlich von 12 bis 16 Uhr
Startpunkte und Ticketverkauf: Mauerpark, Checkpoint Charlie und East Side Gallery
Gruppen könnten im Voraus buchen. Kosten: 80 € (max. 25 Teilnehmer)

Zum Höhepunkt des Jubiläums lassen die Ballonpaten am 9. November ab 19:00 Uhr in einer spektakulären Gemeinschaftsaktion alle Ballons in den Himmel steigen.  Am Brandenburger Tor spielt die Staatskapelle Berlin unter der Leitung von Daniel Barenboim den Schluss-Satz der 9. Sinfonie von Beethoven mit der “Ode an die Freude”! ARD und rbb übertragen die Ballonaktion live im Fernsehen.

PS: Nur der Skeptiker fragt sich: was tun die Vögel bei dieser Aktion?                          

Zapiski z Berlina

Remigiusz Pigłowski

Tajemnica Franka

Frank. Na pierwszy rzut oka, nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród tysięcy berlińskich gejów przed czterdziestką. Od stóp do głowy ubrany jest w przylegające ciuszki najpewniej z Zary; na ulicy rzadko kiedy można go spotkać bez ulubionej torby na ramię z napisem Berlin, a w letnie dni chowa swe błękitne aryjskie oczy za bursztynowymi Ray Banami, które przywiózł mu z Nowego Jorku jego chłopak. Frank ma krótko ostrzyżone blond włosy a jego lekko asymetryczne zakola pokryte są zdrową skórą, wolną od wszelkich nałogów. Jego zgrabna sylwetka poruszana jest za pomocą delikatnie naszkicowanych mięśni, które przeistaczają się w Himalaje kiedy podnosi na ramię swą ulubioną torbę, zazwyczaj wypełnioną dobrą gejowską literaturą w języku niemieckim.

Franka poznałem parę lat temu w Berlinie na pikniku urodzinowym wydawanym w parku Lietzensee przez moją szwagierkę Joasię. Następnym razem spotkaliśmy się w jego nowym mieszkaniu na Charlottenburgu, które podnajął od mojego szwagra Julka. Mieszkanie to znajduje się w starej secesyjnej kamienicy, która szczęśliwie przetrwała alianckie naloty, a zimą ogrzewane jest węglem przez trzy wysokie secesyjne piece, które sięgają zaledwie do połowy wysokości pomieszczeń. Frank musiał wydać fortunę na śnieżnobiałą farbę, którą szczelnie pokrył wszystkie ściany, uzyskując w ten sposób efekt izby przyjęć, aczkolwiek trzeba przyznać, że w jego domowej klinice można też spotkać akcenty różu, które poprzez białe tło zdają się być jeszcze bardziej słyszalne.

Zapewne nigdy bym się nie zdecydował pisać o Franku, gdyby nie to, że jak przyjechałem do Berlina dwa tygodnie temu, Joasia przy lampce białego wina wygadała się, że Frank ma pewną tajemnicę, która obiektywnie jest bombowa. Otóż Frank od dłuższego czasu zbiera znaczki pocztowe i nie tak dawno wszedł w posiadanie znaczka, który bezsprzecznie stanowi perłę w jego kolekcji. Znaczek ów pokazuje tylko zaufanym znajomym, którzy przed prezentacją muszą przysiąc, że nikomu o nim nie powiedzą. Według szwagierki, znaczek jest wyjątkowy i zapewne ma niemałą wartość, lecz mimo licznych próśb i podejść z mojej strony, Joanna nie dała się złamać i nie powiedziała mi, co to jest.

Historia ze znaczkiem Franka nie pozwalała mi zasnąć, a wyjątkowo upalne jak na Berlin sierpniowe noce do czerwoności rozgrzewały moją podrażnioną wyobraźnię. Wyobrażałem sobie, że chodzi pewnie o jakiegoś „mauritiusa”, którego Frank nabył na niemieckim eBayu jako falsyfikat, a który po eksperckich oględzinach okazał się oryginałem i gdyby chciał go teraz odsprzedać, to mógłby kupić całą secesyjną kamienicę na Kreuzbergu i prowadzić beztroskie życie rentiera. Pewnie dlatego grono wtajemniczonych sprowadzało się do grupy najbardziej zaufanych znajomych – aby ograniczyć w ten sposób ryzyko ewentualnej kradzieży na zamówienie, tym bardziej, że stare drzwi do mieszkania Franka chronione są tylko przez rachityczny zamek, który nie miałby żadnych szans w konfrontacji z zawodowym włamywaczem. Następnej nocy porzuciłem jednak tę tezę i pomyślałem, że może relacja łącząca Franka ze znaczkiem nie jest oparta na wartości materialnej tylko emocjonalnej. A może on ma znaczek z papieżem? Wszak ja miałem w młodości znaczek z papieżem i do dziś dobrze pamiętam jak łatwo wpadałem w stan niepohamowanej ekstazy, pokazując go zaufanym znajomym. Jego wartość, według ekspertów, była wyjątkowa gdyż znaczek ostemplowany był w Częstochowie i wydawało mi się wtedy, że jestem ustawiony do końca życia.

Po kilku nieprzespanych nocach kwestia znaczka Franka umarła śmiercią naturalną; mózg był już na tyle zmęczony, że odmawiał dalszej współpracy, a ja cieszyłem się, że będę mógł się wreszcie wyspać i pójść na wystawę o Dawidzie Bowiem, puszczając w niepamięć historię geja filatelisty. I kiedy tak stałem w długiej kolejce na Bowiego, nucąc pod nosem moje ulubione kawałki, wtedy właśnie zadzwoniła Joasia:
– Słuchaj Remi, właśnie byłam u Franka i zrobiłam dla ciebie zdjęcie znaczka, jak Frank był w kiblu.
– No co ty? Chyba żartujesz…
– Jak chcesz, to wpadnij wieczorem, zrzucę ci na sticka, ale proszę przyrzeknij, że nikomu nie powiesz
– Spoko, obiecuję. Możesz na mnie polegać – znamy się nie od dziś. Joasiu, nigdy nie znałem ani nie słyszałem o Franku S.

KLICK

Thonet

Kasia visited a chair shop in Berlin

Kasia Krenz, Ulrich Fries

“THONET”

10.08.2014 02:11 Kasia Krenz wrote:

Dear Mr Fries,
I missed you on Saturday morning when I came to your shop to deliver the poem that I have promised to write for you. So I left it on your desk and do sincerely hope that you enjoy it.
It was so very nice meeting you, thank you.
With best regards,
K.K.

The Chair

by Kasia Krenz

For Ulrich Fries, 7th of August, 2014

Traditionally made of wood that was once a tree, a chair is a living object.

Hence a chair has a life of its own, a genealogy and roots,
and a role to play here on Earth. In the beginning it was an elm,
a chestnut, or perhaps an oak or an ash, and sometimes, rarely,
it might have been even a rose tree — a challenge in its own right.

On our demand a tree becomes an object apparently
inanimate and lifeless, or even dull and insensate.
Something to be set on fire, a shelter for our birth and death.
A witness to our love and betrayal. A place to sit and cry.

Neither its inventor Herr Thonet, nor the model’s number should you forget.
Better known as Konsumstuhl Nr. 14, a bistro chair, or simply: the Thonet,
this chair of chairs was made of bentwood with a unique steam-bending
technology that required years to perfect. With its affordable price and simple design,
it has become one of the best-selling chairs ever made. Some 50 million No. 14’s
were sold only between 1859 and 1930, did you know that?

Ever since it entered our social life, on 4 legs, in the year 1859, it has remained essential. Ave!

The tree was not prepared to serve our purpose — as a witness
to our wars and stories, a companion to our morning coffee-and-journal,
or to a letter written in solitude on a bleak Winter night.
It has experienced and learned so much, and thus became such an educated tree.

The chair: an actor on the stage of my life.

trzykrzeslaIn front of the shop – Fotos Kasia Krenz

Re: The poem / Ulrich Fries / Aug 10 at 4:02 PM / To: Kasia Krenz
Dear Kasia,

…i was gone to a family meeting near Bremen. It is ok with the pics and the publication and i added a little material for it. First, there is a rebound of your poem:

To be
A chair
As heir
Of a tree

Needs me
To make
A fake
Of a she…

And second, here is the pic of the “She”:

You can see the No 14 chair upside down in the center of “She”. thonetUF1(By the way She is 2.6 meter high). A friend from the Scottish border, a devoted bird watcher, found the name “She” since she saw a “pregnant lady”- as she expressed it – in the sculpture.
thonetUF2I did not yet go to the shop, but i´ll read your poem tomorrow… …i just came back from Bremen and will have a nap now. When you have your poem published, you might suggest your sister to tell the whole story, that i´m doing sculptures from bentwood chairs… Third, here is me in front of the shop with another sculpture, “Jack And The Beanstalk”.

Have a nice time and enjoy the summer
XXXXXXXXXXXXUlrich

XXXXXXXXXXXXIn front of the shop – Fotos Ulrich Fries

xxxxxxxxxxxxBleibtreustraße 53, Berlin-Charlottenburg, Tel.: 313 46 05
xxxxxxvvvvvvMo. – Fr. 12-18.30, Strd. 11-14

Porady kulturalne

Ewa Maria Slaska

Ani na imieniny

latozimaOd przedwczoraj lato w Berlinie przestało być wściekłym, upalnym postrachem człowieka i stało się tym, co w Berlinie jest najlepsze pod słońcem – pogodą bez pory roku. Jest chłodno i pada, mogłaby być jesień lub wiosna, mogłaby być ciepła zima, ale oczywiście może też być lato. Tak jak na tej kartce obok. Lato w Holandii, zima w Holandii. Wytrawni berlińczycy nie mają w szafach ubrań i obuwia na dwa tygodnie prawdziwego lata i dwa tygodnie mroźnej zimy – tyle tego mamy rocznie – nie warto. Bo w Berlinie, jak to kiedyś napisał Kurt Tucholsky, nie ma pogody. Zresztą, jak berlińczyk ma zauważyć pogodę, skoro spędza życie knajpie lub w kinie. Knajp mamy w Berlinie niezliczone ilości, co jest bezkonfliktowym przejściem od dawnych czasów do epoki nowego wspaniałego świata. Do lat 20 XX wieku w mieszkaniach berlińskich było paskudnie, zimno, wilgotno i ciemno, i lepiej było przeczekać w knajpie tych kilka godzin dzielących człowieka od końca pracy do momentu, kiedy trzeba iść spać. Ogólnie rzecz biorąc była praca, po pracy się szło do knajpy, a potem spać. W międzyczasie sytuacja uległa zmianie, pracy nie ma, mieszkania są ładne, ale co w nich robić 24 godziny na dobę? Ani czytać się nie da przez tyle godzin, ani siedzieć przed telewizorem ani nawet grać w gry komputerowe – lepiej iść do knajpy. Po prawie stu latach treningu knajpianego, berlińczyk stał się już nową odmianą człowieka i bez knajpy po prostu nie przeżyje. Przyjezdni stosują prawo mimikry i żeby nie podpaść, też chodzą do knajpy. A w Berlinie jest dużo przyjezdnych – już prawie sto lat temu ówże Tucholsky pisał, że przeciętny berlińczyk pochodzi z Poznania lub Wrocławia i nie ma czasu. I tak nam to zostało.

A jak nie do knajpy, to do kina. Tak też robiłam przez ostatnie tygodnie, a teraz podsumuję: byłam w kinie na Idzie, na Boyhood, na Grand Budapest Hotel, na Snowpiercer, na Dwóch twarzach stycznia i wreszcie na Fack ju göhte. I udzielę wam takiej oto zbiorowej porady kulturalnej. Warto! O dziwo, z jakichś powodów, za każdym razem innych, warto iść na każdy z tych filmów.

Ida, polski film Pawła Pawlikowskiego, z ubiegłego roku, zapowiadany jest w Niemczech jako road movie (co jest bardzo dziwną klasyfikacją, mimo iż zaiste bohaterki sporo w nim jeżdżą samochodem) i film rozgrywający się pomiędzy polskim antysemityzmem, polskim stalinizmem i polskim katolicyzmem. Uważam ten czarno-biały, powściągliwy w warstwie widokowej i słownej obraz za jeden z najlepszych fimów, jakie w życiu widziałam, choć mam do niego również pewne zastrzeżenia ideologiczne. Ale zastrzeżenia, if any, niech sobie każdy sam wypracuje.

Boyhood, to niezwykły amerykański projekt filmowy, realizowany przez Richarda Linklatera przez 12 lat. W filmie występują zawodowi aktorzy: Patricia Arquette i Ethan Hawke oraz Ellar Coltrane, z którymi reżyser nakręcał co roku zaledwie kilka scen, dokumentując w ten sposób autentyczne dorastanie, fizyczne i psychiczne, małego chłopca, który na naszych oczach staje się młodym dorosłym mężczyzną.

Snowpiercer to ewidentna bzdura, zresztą nic nowego, bo stanowi nowoczesne i wcale chyba nie lepsze od pierwowzorów połączenie Matrixa i Seksmisji, ale mimo to trzyma w napięciu. Jest to pierwszy angielskojęzyczny film słynnego reżysera z Korei Południowej Bong Joon-Ho. Obejrzałam ten film pewnego upalnego dnia wieczorem w kinie na świeżym powietrzu i bardzo to było… odświeżające przeżycie.

Grand Budapest Hotel Wesa Andersona z Ralphem Fiennesem i Tonym Revolori jest po prostu nadzwyczajnie zabawny. O nic w nim nie chodzi i jest od początku do końca bez sensu, ale jest dobrym slapstikowym kawałkiem komediowego kina, a to warto docenić w czasach, gdy za komedię uchodzi wszystko co nie kończy się krwawą jatką, a widz się czasem nawet uśmiechnie. Tu tymczasem się śmieje.

Dwie twarze stycznia to amerykański kryminał wg powieści Patricii Highsmith, znakomite rzemiosło literackie i filmowe, choć niestety obarczone jedną ciężką ułomnością. W powieści dwaj zupełnie sobie obcy mężczyźni, jeden młody, drugi w średnim wieku, są do siebie podobni jakby byli ojcem i synem. To ważny wątek filmowy i ważna motywacja działania obu protagonistów. Tymczasem w filmie Hosseina Aminiego (to już zresztą druga adaptacja filmowa tego kryminału) postaci te grają przepiękny Oskar Isaac i Viggo Mortensen, który zresztą też całkiem całkiem wygląda. Ale nie są do siebie w ogóle podobni! O tym podobieństwie, które musi tu być, a go nie ma, wciąż jest mowa, a widz patrzy i patrzy, i nic nie rozumie. Bo można przecież znaleźć dwóch aktorów, starszego i młodego, którzy są podobni do siebie. Myślę, że Jerzy Zelnik spokojnie mógłby grać rolę (pseudo)ojca Oskara Isaaca.

Fack ju göhte, niemiecki film dla każdego, kto jest nauczycielem i im bardziej jest nauczycielem w jakimś nietolerancyjnym środowisku polskim, tym bardziej powinien dla otuchy obejrzeć ten film, który jest zarazem śmieszną i bardzo barwną komedią, a jednocześnie ostrą krytyką społeczną. Turecko-niemiecki reżyser Bora Dagtekin wyprodukował w zeszłym roku prawdziwy hit kinowy.