Wspomnienia o Maryli 27

Magdalena Ciechomska

Z takiej perspektywy

Ostatnio dużo rozmyślam nad tym, jak Maryla czułaby się w Polsce dziś, co myślałaby, albo jak przeżywałaby to wszystko, co obecnie dzieje się w kraju. Oczywistym jest, że wydarzenia polityczne byłyby tu najważniejsze.

Maryla zawsze, odkąd pamiętam, interesowała się polityką. Świadoma tego, że przed polityką uciec się nie da, aktywnie uczestniczyła w tym, co było dla niej priorytetem. Przede wszystkim działalność w organizacjach feministycznych, budowanie kobiecej współpracy polsko-niemieckiej. Rok temu, podczas protestów Strajku Kobiet na pewno przypięłaby „piorun”. Mimo stałego pobytu w Berlinie, zawsze pozostała obywatelką Polski. Uczestniczyła w każdych wyborach – i tych do parlamentu, i prezydenckich. Przed każdym świętem państwowym dzwoniła do nas, żeby przypomnieć o wywieszeniu flagi. Było to dla niej bardzo ważne, jak sama mówiła, pamiętała czasy, gdy flagi narodowej nie wolno było wywieszać, co sprawiało, że była ona symbolem sprzeciwu i walki o suwerenność. Traktowała akt wywieszenia flagi jak symboliczny znak życia w wolnym kraju.

Dotkliwie odczuwała w Polsce brak społeczeństwa obywatelskiego, cieszyły ja wszelkie jego, nawet najdrobniejsze przejawy, doceniała na przykład fakt powstawania Rodzin Radia Maryja. Podobały jej się jako oddolnie tworzone organizacje samopomocy, mimo tego, że jako osoba wierząca, absolutnie nie zgadzała się ani z odmianą dewocyjnej religijności rozpowszechnianej przez toruńską radiostację, ani tym bardziej nie akceptowała jej upolitycznienia. Często jednak słuchała audycji w Radiu Maryja, lubiła niektóre nabożeństwa, interesowały ją też audycje z udziałem słuchaczy, poruszające różne sprawy życia codziennego, problemy tzw. zwykłych ludzi.

Choć wyjeżdżając z kraju, dawała wyraz swojemu rozczarowaniu, powtarzając sparafrazowane słowa Lecha Wałęsy: „Nie o take Polske walczyłam”, to kiedy rozpoczęła się budowa Świątyni Opatrzności Bożej, dziękczynnego wotum za odzyskanie niepodległości, wspierała budowę, dokonując systematycznych wpłat na ten cel. Otrzymała za to oficjalne podziękowanie w postaci okolicznościowego medalu.

Najbardziej cieszyły ją pozytywne zmiany, które dostrzegała podczas każdego kolejnego przyjazdu do kraju. Coraz liczniejsze, ładniejsze, czyste sklepy, coraz lepiej zaopatrzone w dobra konsumpcyjne. Pierwsze przejażdżki warszawskim metrem, gdy pojechałyśmy na bazarek przy Wałbrzyskiej i wróciłyśmy z pełnymi wózkami, zadowolone, że zakupy staja się prawie tak łatwe, jak w Berlinie.

Oczywiście absolutnym przełomem było przyjęcie Polski do Unii Europejskiej. Maryla często powtarzała, że dla Polski najlepsze byłoby jak najściślejsze związanie się z Unią. Dziś pewnie z przerażeniem patrzyłaby na to, co się z Polską stało. Zastanawiam się, czy starczyłoby jej tego poczucia humoru, które pozwalało oceniać nawet najtrudniejszą rzeczywistość z dystansem i pobłażliwym uśmiechem?

Spaziergänge in Berlin – Mitte

Brigitte von Ungern-Sternberg

Berliner ‚Schlossfreiheit‘ und Bauakademie

Seit 1976 ist Berlin mein Wohnort und inzwischen Heimat. Wie oft war ich in Ostberlin vor der ‚Wende‘? Nicht oft: Ich besuchte das Pergamonmuseum, speiste beim ‚Gastmahl des Meeres‘ und kaufte in einer Buchhandlung Unter den Linden Bücher und Platten. Nach diesem Anfangsprogramm fiel mir zu Ostberlin nicht mehr viel ein. Dorthin fahren mit der umständlichen Voranmeldung über das Besucherbüro und dem Zwangsumtausch – wofür? Ich hatte weder Verwandte noch Freunde in Ostberlin. Auf der westlichen Seite dagegen gab es viel zu erkunden. In der Stadtmitte verblasst inzwischen allmählich das Erscheinungsbild der früheren Hauptstadt der DDR. Es wird gebaut, rekonstruiert, repariert …. es ist auch die Suche nach einer neuen Identität. Wieviel DDR darf dabei sein? Wieviel Repräsentanz von früheren geschichtlichen Orten und Gebäuden?

Das Schloss/Humboldtforum steht. Ich habe dort vor kurzem die Ausstellungsräume mit Kulturgegenständen aus Asien, Afrika und Ozeanien besichtigt in überwältigender Fülle und Qualität. Es war kein Problem, eine Eintrittskarte zu bekommen: stehen in einer kurzen Schlange vor den Ticketschaltern, eine halbe Stunde warten, keinerlei Voranmeldung im Internet. Jetzt weiß ich, was im Schloss ‚drin‘ ist und auch, dass man mehrfach hingehen muss, um die Sammlungen gebührend zu betrachten und zu bewundern.


In der unmittelbaren Nachbarschaft des Schlosses wird jetzt der Wiederaufbau der Bauakademie von Karl Friedrich Schinkel in Angriff genommen. Es wurde 1836 fertig und Schinkel bezog dort eine Dienstwohnung. Die Bauakademie war außen wie innen ein überaus nobler Bau und gleichzeitig ‚progressiv‘, insofern als es ein Prototyp war für unzählige nichtkirchliche Ziegelbauten in Berlin, z.B. Schulen. Auf dem Gemälde von Friedrich Wilhelm Klose sieht man die Bauakademie am Spreekanal mit einem äußerst niedrigen Wasserstand – es war wohl ein besonders trockener Sommer. Auf der anderen Seite des Kanals befinden sich die Gebäude der ‚Schlossfreiheit‘, sie verdecken die Sicht auf das Stadtschloss dahinter. Diese ‚Schlossfreiheit‘ samt Flussbad im Spreekanal wurde abgeräumt, um dem Nationaldenkmal von Kaiser Wilhelm II Platz zu machen. Es wurde errichtet in den Jahren 1895 – 97. Die Bürgernähe der früheren preußischen Könige verschwand, es gab um das Schloss herum nunmehr kaiserlichen Abstand. Die Bauakademie hat es mit Würde ertragen. Nach dem Zweiten Weltkrieg war die Bauakademie eine Ruine, das Schloss wurde gesprengt und das Nationaldenkmal abgetragen.

Auf einem Foto von 1952 steht auf dem Ort des Nationaldenkmals eine Art Galerie gekrönt von einer Taube, der Platz ist offenbar dem Frieden gewidmet. Eine neue Sinngebung für den Standort. Die Galerie samt Taube ist irgendwann wieder verschwunden. Auf der anderen Seite des Kanals sieht man auf dem Foto die Ruine der Bauakademie. Die stand noch bis in die50er Jahre, man hätte sie wieder instandsetzen können so wie die Schlossruine auch. Es gab sogar einen Plan dafür. Daraus wurde nichts, die Ruine wurde abgetragen und das Außenministerium der DDR auf dem Grundstück gebaut. Basta!

Derzeit wird eifrig auf dem Baugrund der Schlossfreiheit/ Nationaldenkmal/ DDR Friedensgalerie an dem Fundament für das ‚Einheitsdenkmal‘ gebaut. Es entsteht wieder ein Gedenkort: für das wiedervereinigte Deutschland. Und die Bauakademie? Einen Investor für ihren Wiederaufbau hat man gesucht und nicht gefunden. Auf dem Grundstück findet derzeit eine archäologische Grabung statt. Eine Bundesstiftung hat die Aufgabe für den Wiederaufbau übernommen.

Wir dürfen gespannt sein!

Śladami Berlińskiego Muru

Ela Kargol

Między Rudow a Altglienicke, między sektorem amerykańskim a sowieckim

Altglienicke jest dzielnicą Berlina, administracyjnie przynależną do Treptow-Köpenick, w czasie podziału Niemiec – do sektora sowieckiego. Historyczna gmina Altglienicke z końca XIX wieku wywodzi się z miejscowości Glinik z XIV wieku. Nazwa pochodzi z języka słowiańskiego, od słowa glina i oznacza miejsce lub osiedle na gliniastej ziemi.

I może właśnie glina sprawiła, że planowana ucieczka na drugą stronę miasta w lutym 1987 roku skończyła się dla Lutza Schmidta tragicznie.

Lutz Schmidt urodził się w Zittau, uprawiał kolarstwo wyścigowe, odnosił sukcesy do czasu, gdy odmówił wstąpienia do SED (Socjalistyczna Partia Jedności Niemiec). Ożenił się dość młodo, przekwalifikował zawodowo, zaczął budować dom pod Berlinem w Mahlow. Ani on, ani jego żona Karin nie widzieli jednak swojej przyszłości w NRD.

Jest początek lat 80 ubiegłego wieku.

Z obawy przed szykanami ze strony władz enerdowskich Schmidtowie nie ubiegają się o wyjazd z kraju. Chcą wykorzystać wizytę u rodziny w Bremie, aby pozostać na Zachodzie. Jednak kolejne wnioski o zezwolenie na odwiedziny krewnych w Niemczech Zachodnich zostają rozpatrzone odmownie. Wtedy Lutz Schmidt zaczyna snuć plany wydostania się z NRD, najpierw dość spektakularne, później już bardziej realne. Wraz ze swoim kolegą z pracy, z firmy transportowej VEB Autotrans, podejmują wspólną decyzję ucieczki. Korzystając z oficjalnych wyjazdów w rejon granicy, szukają dogodnego miejsca. 12 lutego 1987 roku mają nocną zmianę, ładują dwie ukryte już wcześniej drabiny na ciężarówkę i jadą na południowo-wschodnie obrzeża Berlina, do granicy sektorów między Altglienicke a Rudow. Rheingoldstraße, a od roku 2009 ulica Lutza Schmidta, prowadzi bezpośrednio na pas śmierci, który w tym miejscu ma szerokość zaledwie 50 metrów. Niestety ich ciężarówka w którymś momencie szybkiej jazdy zbacza z drogi, koła grzęzną w ziemi, a może w altglienickiej glinie. Obaj mężczyźni wyskakują z ciężarówki i znikają we mgle z drabinami.

A potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko.

Ucieczka przez płot sygnalizacyjny wywołuje alarm, jedna z drabin zaplątuje się w zwoje drutu kolczastego. Druga znowu grzęźnie w glinie i nie dosięga rury na szczycie muru. Lutz Schmidt pomaga koledze wdrapać się na mur. Niestety ten traci równowagę i spada na zachodnioberlińską stronę, podczas gdy Lutz Schmidt osuwa się na terytorium NRD. Gdy wstaje, kula strażnika granicznego trafia go prosto w serce. Żona Lutza Schmidta jest zmuszona do milczenia i przedstawienia innej wersji wydarzeń (wypadek samochodowy), w przeciwnym razie władze odbiorą jej dzieci, a ona zostanie umieszczona w zakładzie psychiatrycznym. Dopiero w roku 1995 skazano sprawców zabójstwa Lutza Schmidta, zresztą na dość niską karę i to w zawieszeniu. W dniu 13 sierpnia 2009 roku dawna ulica Rheingoldstraße w Berlinie-Altglienicke, gdzie Lutz został zastrzelony, otrzymała nazwę Lutz-Schmidt-Straße.

Niedaleko ulicy Lutza Schmidta jest cmentarz (Friedhof Altglienicke), jeden z tych murem podzielonych, którego część za kaplicą po roku 1961, czyli po podziale miasta, zlikwidowano i zamieniono na pas graniczny. Prawdopodobnie stamtąd wezwano straż graniczną, gdy Lutz z kolegą uciekali przez mur. Kaplicę i otaczające ją kolumnady niedawno odnowiono, w dużej części zrekonstruowano. Za kaplicą, na dawnym pasie granicznym ułożone są w półkolach głazy narzutowe, upamiętniające żołnierzy z parafii Niederschöneweide, poległych podczas I wojny światowej. Na obelisku widnieją 144 nazwiska.

Przy wejściu na cmentarz po lewej stronie od niedawna znajduje się też inne miejsce pamięci, pamięci o ofiarach nazistowskiej przemocy. Ponad 1360 nazwisk, w tym 430 Polaków. Każde zapisane innym charakterem pisma przez współcześnie żyjących, później przeniesione na szklaną zieloną ścianę, ustawioną na cmentarzu w kształcie litery L. Autorami miejsca pamięci są artystka Katharina Struber oraz architekt Klaus Gruber.

W latach 1940-1943 ofiary z obozów koncentracyjnych i ośrodków zagłady chowano w anonimowych grobach urnowych w zbiorowej mogile przy wejściu cmentarza. Do dzisiaj na polu urnowym zachowany jest pomnik z lat 50 ubiegłego wieku z napisem Den 1234 ermordeten Antifaschisten, deren Asche hier bestattet ist (Pamięci 1234 zamordowanych antyfaszystów, których prochy spoczywają w tym miejscu). Dzięki zaangażowaniu emerytowanego inżyniera kolejnictwa Klausa Leutnera i innych osób prochy ofiar z obozów koncentracyjnych z Dachau, Sachsenhausen, Buchenwald i wielu innych miejsc zbrodni hitlerowskich odzyskały swoją tożsamość.

https://www.porta-polonica.de/pl/atlas-miejsc-pami%C4%99ci/ocalanie-od-zapomnienia-cmentarz-altglienicke-w-berlinie?page=1#body-top

https://www.erinnerungsort-altglienicke.de/

Za cmentarzem w kierunku zachodnim droga muru przebiega nad tunelem autostrady A 113. W latach 50 ubiegłego wieku inny tunel wywołał sporo sensacji i zamieszania. Był to tunel szpiegowski, a zbudowali go Amerykanie i Anglicy, pod kryptonimem Operacja Gold.

Przebiegał on na odcinku około 450 metrów wzdłuż cmentarza po jego północnej stronie, łączył Rudow w sektorze amerykańskim Berlina z Altglienicke w sektorze radzieckim. Zbudowany został po to, żeby podsłuchiwać rozmowy telefoniczne pomiędzy radziecką administracją wojskową w Karlshorst, lotniskiem Schönefeld, Poczdamem, Wünsdorfem i Moskwą.

Po podłączeniu się do kabli telefonów w strefie sowieckiej, nagrywano rozmowy dowódców wojsk radzieckich. Nagrane taśmy wysyłano codziennie do Waszyngtonu i Londynu. Tunel szpiegowski działał przez 11 miesięcy i 11 dni. Rosjanie twierdzili, że odkryli go całkiem przypadkowo. Prawda jednak była zupełnie inna. Dzięki oficerowi brytyjskiego wywiadu, który pracował również dla KGB, Sowieci poznali plany Operacji Gold jeszcze przed jej rozpoczęciem, mogli więc przygotować inne połączenia telefoniczne, przez inne kable albo przekazywać zachodnim aliantom fałszywe informacje.

Do części tunelu dokopano się podczas budowy owej wspomnianej już autostrady. Część, którą wykopano, przewieziono do Muzeum Alianckiego (AlliiertenMuseum) przy Clayallee. Siedem metrów stalowej rury o średnicy około dwóch metrów zajmuje jedno pomieszczenie w dawnej bibliotece im. Nicholsona, w której obecnie mieści się muzeum aliantów.

Prawdopodobnie reszta rury, tworzącej tunelu nadal tkwi sześć metrów pod ziemią i skrywa swoje tajemnice, które od początku były znane.

https://de.wikipedia.org/wiki/Operation_Gold

Park Krajobrazowy Rudow-Altglienicke w Berlinie został otwarty w 2009 roku i jest zadośćuczynieniem za zbudowaną w tym miejscu autostradę A 113. Duża część autostrady biegnie drogą dawnego muru, kiedyś dzielącego miasto. I żeby nie wyglądało, że miasto jest znowu podzielone, przy parku powstały tunele, aż do Rudower Höhe, a nad tunelem na nowo oznaczono drogę muru, łąki obsiano szałwią i lawendą, posadzono drzewa owocowe. Między Rudow (kiedyś w Berlinie Zachodnim) a Altglienicke (kiedyś w Berlinie Wschodnim) nie ma już granicy, wież obserwacyjnych, zasiek, patroli. Przy Rudower Höhe, wzniesieniu, jednym z wielu, które powstały z powojennych gruzów miasta, została jeszcze część muru wewnętrznego (Hinterlandmauer), ze względów bezpieczeństwa i ochrony przed dzięciołami w tej chwili już za płotem. Na dawnym pasie granicznym pasą się owce, a nową drogą muru mkną rowerzyści, zapaleńcy uprawiają jogging, spacerują rodziny z dziećmi.

Wspomnienia o Maryli 24

Magdalena Ciechomska

Zbliża się listopad ze swoją melancholią, miesiąc poświęcony zmarłym, w którym cała przyroda zdaje się powtarzać koheletowe vanitas. Coraz krótsze dni, zaczynające się mglistym porankiem, coraz wcześniej zapadający zmierzch. Próbujemy rozproszyć mrok światełkami cmentarnych zniczy, ożywić kolorem jesiennych chryzantem. Nasi umarli są w tych dniach bardziej obecni. Wierzymy, bądź chcemy wierzyć, że kiedy zmiatamy z ich grobów liście, zapalamy światełka, stawiamy kwiaty, oni kręcą się tuż obok, przyglądają naszej krzątaninie, że to ma dla nich znaczenie. Choć tak naprawdę, te światła i kolory bardziej potrzebne są nam, żywym. Najważniejsza jest pamięć. Także modlitwa. Pamięć trwa dłużej niż świeca, która się wypali, niż kwiaty, które wkrótce zwarzy przymrozek. Niedługo listopadowa szarość przejdzie w ciemność Adwentu. Roratnie lampiony są jak przedłużenie cmentarnych płomyków.

W adwencie chowaliśmy ciocię Oleńkę, najmłodszą siostrę mojej teściowej. Była nam bardzo bliską, a zwłaszcza Maryli, która kupiła dla niej nowe mieszkanie w Grójcu i każdy pobyt w domu, w Warszawie, zaczynała od odwiedzin cioci. Często przywoziła ją do nas. Chcieliśmy, żeby ciocia w końcu zamieszkała z nami na stałe. Coraz bardziej potrzebowała opieki. Jednak wolała być u siebie, zgodnie z zasadą, że „starych drzew się nie przesadza”. W październiku 2017 roku trafiła do szpitala w Grójcu, skąd Tadeusz zabrał ją do nas. Przygotowaliśmy dom i siebie do opieki nad staruszką, która już nie mogła wstać z łóżka. Nie trwało to długo. W listopadzie ciocia zmarła na oddziale geriatrii szpitala wolskiego w Warszawie. W niedzielę rano miałam telefon ze szpitala. Zaraz potem zadzwoniłam do Maryli, do Berlina. Rozpłakała się. Miała nadzieję, że ciocia mimo wszystko będzie jeszcze żyła, nawet nie wstając z łóżka, nawet jeśli będzie wymagała stałej opieki…

Pogrzeb wypadł na początku adwentu. Po mszy żałobnej w kościele grójeckiej parafii odprowadziliśmy ciocię Oleńkę na cmentarz w Jazgarzewie, gdzie została pochowana w grobie obok swoich rodziców i starszej siostry, Henryki. Z cmentarza wróciliśmy do Grójca. W małej knajpce na Rynku mieliśmy zamówioną skromną konsolację. Było kilka osób ze znajomych cioci, posiedzieli z nami przy obiedzie. Po ich wyjściu my z Marylą i naszym kuzynem siedzieliśmy jeszcze dość długo, rozmawiając, pijąc herbatę, skubiąc sernik i szarlotkę. Na Rynku zapalały się wieczorne latarnie i kolorowe światełka bożonarodzeniowych dekoracji. Mieszkanie cioci było niedaleko. Wyszliśmy z restauracji i poszliśmy tam, mijając błyszczące od choinkowych lampek stragany na świątecznym kiermaszu. Na drzwiach klatki schodowej wisiała klepsydra. Maryla już podjęła decyzję o sprzedaży tego mieszkania. Mieliśmy świadomość, że jesteśmy tam ostatni raz. Wzięłam do ręki stojącą na kredensie fotografię przedstawiającą młodą ciocię, ładną kobietę, w letniej sukience w kwiaty, z lekko rozwianymi, długimi, ciemnymi włosami i nieśmiałym uśmiechem. Ile mogła mieć wtedy lat? Dwadzieścia, dwadzieścia kilka?

Wracaliśmy do Warszawy autobusem PKS, takim, jakim często ciocia przyjeżdżała do nas, gdy była młodsza. Tadeusz powiedział wtedy, że skończył się czas Grójca, myślę, że w ten sposób żegnał się ostatecznie z dzieciństwem, swoim i Maryli. Także z dzieciństwem naszego syna, któremu ciocia przywoziła słodycze, albo, gdy jechałam z Jankiem do mojej mamy przez Grójec, wychodziła na przystanek PKS, żeby podać Jasiowi paczuszkę łakoci na drogę. Rozmawialiśmy też o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia, o tym, że będą to święta bez cioci. Że przybędzie kolejne puste miejsce przy stole.

Maryla zachorowała pół roku później, w marcu 2018. Zdiagnozowano jej raka przełyku. Przygotowując się do operacji i trudnego leczenia, mówiła: „Czuje się tak, jakbym miała przed sobą wysoką i stromą górę, na która muszę wejść.” Ruszyła bez wahania na tę wspinaczkę. Góra ją pokonała.

Maryla nieraz mi się śni. Często w tych snach pojawia się też ciocia Oleńka. Obie milczą. Uśmiechają się tylko.

Großberlin und wir

Quelle: Internet

Ewa Maria Slaska

Es ist ein von meinen Lieblings-Jahrestagen: 101. Jahrestag des Entstehens / Konzipierens / Zusammenklebens von Großberlin. Das Ungetüm ist am 1. Oktober 1920 ins Leben gerufen werden. So ein Frankenstein, zusammengeklebt aus 8 Städte, 59 Dorfgemeinden und 27 Guts.
Immer benutzte ich das Entstehens des Grossstadt Berlin als Erklärung, weshalb es in Berlin 270 Friedhöfe gibt, ich glaube, es sind mehr als in jeder anderen Großstadt der Welt. Jetzt sehe ich, dass auch marode Schulen und chaotische Wahlumstände auf dieses Ereignis zurück zu führen sind. Sehr interessant.

Lese weiter: https://de.wikipedia.org/wiki/Gro%C3%9F-Berlin

Brigitte von Ungern-Sternberg

Zur Wahl gehen in Berlin, das war für viele Berliner*innen  kürzlich ein Erlebnis ganz besonderer Art. 
Ich ging zu einem Wahllokal, in dem ich zuvor noch nie gewählt hatte. Nach über einer halben Stunde Warten in der Schlange kam ich in ein Winzzimmer mit zwei Kabinen. So etwas hatte ich zuvor noch nie erlebt. 
Wie ich hinterher erfuhr, kam ich damit noch ziemlich glimpflich davon. Eine Freundin wartete in einem Wahllokal in der Nähe 1,5 Stunden darauf, ihre diversen Stimmen abzugeben. 
Insgesamt herrschte das wahre Chaos in ganz Berlin.

In der SÜDDEUTSCHEN ZEITUNG gibt es dazu einen ausführlichen Kommentar, siehe beigefügter PDF.
Vorab ein kleiner Auszug, der mir gefallen hat, weil in ihm Berliner Schulen als „einstürzende Schulbauten“ beschrieben werden. Nur allzu wahr, wie ich aus eigener Anschauung bestätigen kann.

…Vor mehr als 100 Jahren entstand Groß-Berlin als Zusammenschluss von vielen selbstbewussten Orten, die einander eher skeptisch beäugten. Das hatte die Folge, dass man in Berlin bis heute meh- rere Städte zum Preis von einer bekommt, je nachdem, ob man in Köpenick, Wedding, Spandau, Pankow oder Kreuzberg unterwegs ist. Aber es hat zusammen mit vielen historischen Brüchen auch dazu geführt, dass sich viele Bezirke, der Senat und die Berliner Landesregierung die Verantwortung teilen. Eine Schule zum Beispiel: Für das, was drinnen passiert, die Lerninhalte, ist der Berliner Senat zuständig, für das, was drumherum passiert, der jeweilige Bezirk. Wenn dann die Gebäude, die in Berlin gerne “einstürzende Schulbauten” genannt werden, saniert werden sollen, sind zwölf Bezirke, drei Senatsverwaltungen und vier kommunale Schulsanierungs-GmbHs am Werk, die sich ungern dreinreden lassen. Man muss nicht Franz Kafka heißen, um sich vorzustellen, wie gut ein solcher Apparat vorankommt…

Lese auch:

Shut down (5)

Tibor Jagielski

Siddartha

Intro:

5 X

mein name ist in wasser geschrieben
umfasst von wellen
unvergänglich wie schaum deren kronen

mein name wird von wind gepfiffen
spaziert mit den wolken
und fällt mit dem regen herunter

 in wasser geschrieben ist mein name

——————————————————————

wracam z targów (fr/m) obładowany książkami do b.,
po drodze podrzucam  redakcji moje teksty (wywiady z węgierskimi autorami, reportaż, felieton, trzy rolki ze zdjęciami) i parę książek, potem walę się do łóżka i śpię 24 godziny;
po prysznicu dzwonię do pani małgosi i pytam jak tam moje teksty
– wszystkim się podobają, a naczelny zabrał je nawet do domu.
no, trochę mnie zdziwiło to “do domu”, ale nic, robię sobie parę dni wakacji i czekam na numer;
po tygodniu mam go w ręce, otwieram i znajduje jedną szóstą reportażu i jedno zdjęcie  (stoisko naszej redakcji na targach z leszkiem sz. i edwardem na pierwszym tle);
lekko oszołomiony (liczyłem, że odrobinę zarobię, a płacono od znaku; za zdjęcie dostawało się najwięcej) staram się złapać edwarda, ale oczywiście trwa to wieczność i kiedy go wreszcie po dwóch tygodniach (następny numer magazynu był już w druku) dopadam zezuje strapiony
– dlaczego nie puściłeś moich zdjęć i tekstów?  – pytam
patrzy na sufit, patrzy na ziemię, patrzy na mnie
– nie mogę, bo, hm, wiesz, to faszyści…
– bo walczyli pod stalingradem, a potem przeżyli gulag?
– tak.
– ale oni nie mieli z szalasim i jego strzało-krzyżowcami nic wspólnego; to byli normalni, zawodowi żołnierze I armii węgierskiej…
patrzy w bok, patrzy w górę i milczy;
milczymy obaj;

——————————————————————————

Pergamonaltar

Ich fühle mich
wie Pergamonaltar
manchmal ohne Kopf
ein anderes mal
kann ich nicht uff die Beine

Nicht selten
sind nur die Hände da
wie Freund und Feind
ineinander im kampf
verflochten

Ausgang  – ungewiß

(2014)

heute über windräder

die reise nach jerichow
ist immer eine reise des hiobs
oder
oedipus

gauck hat sich selbst geblendet
in seiner christenheit
und angela huldigt der kirche der komsomolzen bis ans gelbe meer
und verwandelt deutschland
in ein kibbuz
voller windräder

führwahr
an den  don kichots mangelt es nicht
aber was fehlt
vollkommen
sind die sancho pansas

was wurde loriot zur garnisonskirche sagen?
ich denke
ruhe in frieden

(2015)

Kino Polska po raz 16 w Berlinie

Ela Kargol

Spośród kilkunastu filmów albo i więcej pokazywanych na tegorocznym festiwalu filmów polskich w Berlinie obejrzałam tylko trzy, w moim ulubionym kinie Bundesplatz.

Bundesplatz to kino z ponad stuletnią historią. Gdy plac jeszcze nazywał się Kaiserplatz, kino nazywało się podobnie Lichtspiele Kaiserplatz, później przemianowane na Bundesplatz-Lichtspiele, Bundesplatz-Studio, od kilku lat jest po prostu Bundesplatz kinem. Filmy tu prezentowane najczęściej poprzedzone są krótkim wprowadzeniem, czasem pofilmową dyskusją z reżyserem, aktorami. Często wyświetlane są tu dzieła wybitne, filmy tzw. niszowe, klasyka filmowa, filmy historyczne. Kino Bundesplatz jest również kinem festiwalu Berlinale, a od 25 sierpnia do 1 września 2021 było kinem berlińskiego festiwalu polskich filmów.

Wszystkie trzy filmy, które obejrzałam były o miłości i śmierci, o kochaniu i umieraniu.

„Śniegu już nigdy nie będzie”, film Małgorzaty Szumowskiej

Do luksusowego podmiejskiego, ogrodzonego osiedla dla snobów, bogaczy, choć tak samo samotnych, szczęśliwych lub nieszczęśliwych i z problemami jak wszędzie, przychodzi Żenia, anioł łagodnej śmierci, tak go nazwałam po obejrzeniu filmu. Sam naznaczony czarnobylską śmiercią, od której we wspomnieniach nie może się uwolnić, oferuje mieszkańcom zamkniętego osiedla swoje usługi masażu, terapii, hipnozy, przyjaźni, miłości…

Zwłaszcza kobiety są mu wdzięczne za zainteresowanie i zrozumienie, mężczyźni za milczenie. Sam znika w dość magiczny sposób na końcu filmu. Osiedle nie znika, jest nadal luksusowe, ogrodzone i zamknięte.

„Marek Edelman …i była miłość w getcie”, film Jolanty Dylewskiej przy współpracy reżyserskiej Andrzeja Wajdy.

Głównym bohaterem i opowiadaczem tego fabularyzowanego dokumentu jest Marek Edelman. Opowiada historie miłosne, których był świadkiem. Wydarzyły się one w getcie warszawskim w czasie wojny. Odpowiada na pytania reżyserki ze swadą i pewnym rozdrażnieniem, tak jakby on znał tylko prawdę tamtych czasów, a ona zadaje niefortunne pytania „Miłość to trudna rzecz, a zabić jest łatwo”, to jego słowa. Te miłości, których Marek Edelman był obserwatorem, kończą się w komorach gazowych, rozstrzelaniem lub inną śmiercią. Na pytania reżyserki odpowiada najczęściej, że nie wie jak oni umarli, bo tak jest lepiej, mniej boli.

„Życie tam, w getcie, w pojedynkę było niemożliwe. Bez tego nie można było przeżyć i zostać człowiekiem. Zawsze trzeba było mieć kogoś do pary w tym sensie, że trzeba było mieć przy sobie drugiego człowieka, który myśli tak samo, który jest w ciebie tak samo wciągnięty, jak ty w niego. Dla którego zrobisz wszystko, a on dla ciebie. I to jest miłość” – pisał Marek Edelman, jeden z dowódców powstania w getcie warszawskim.

„Każdy ma swoje lato”, film Tomasza Jurkiewicza, film biorący udział w konkursie.

Każdy z bohaterów filmu – syn, matka, dziadek przeżywają swoją pierwszą miłość, bo każda nowa miłość jest pierwsza. Jedynie może dziadek z demencją przeżywa ją drugi raz. Gdy Agata przyjeżdża do Trzebini, dziadek rozpoznaje w niej swoją dawną kochankę Marysię. Zauroczenie dziadka Marysią doprowadziło przed laty do śmierci jego własnej żony. W Agacie zakochuje się wnuk Mirek, a matka Mirka organistka, prowadząca oazę dla dzieci przy kościele, na początku bardzo niechętna dość wyzwolonej Agacie, zmienia swoje sztywne poglądy, sama też pragnie miłości, wybacza ojcu jego dawną miłostkę. Agata wyjeżdża z Trzebini, ale miłość w Trzebini zostaje.

Zwycięzcą konkursu “Aktualne kino polskie” na 16. festiwalu filmów polskich FilmPOLSKA w Berlinie został film Piotra Domalewskiego „Jak najdalej stąd”.

Na zdjęciach: Julita Witt, moderatorka, Martin Erlenmaier, gospodarz kina i Tomasz Jurkiewicz reżyser filmu „Każdy ma swoje lato”.

Wspomnienia o Maryli 16

Magdalena Ciechomska

Jest początek września, kończą się wakacje, zaczyna rok szkolny. Jestem nauczycielką, więc ten czas ma dla mnie znaczenie cezury. Schyłek lata to moja ulubiona pora roku. Nie ma to związku z powrotem do pracy w szkole ale z tym, co dzieje się w naturze. Lubię ten czas nazywany „porą zasypiania”, gdy ociężała od owoców przyroda powoli przechyla się ku jesieni. Pojawia się coraz więcej kolorów, innych niż letnie jaskrawości, głębszych, bardziej nasyconych. Przede wszystkim – fiolety, barwa dojrzałych śliwek i winogron, które zbieraliśmy zawsze pod koniec września. Obrastały splątanym gąszczem mur okalający ganek i schody prowadzące do naszego mokotowskiego domu. Dziś tworzą pergolę ocieniającą taras domu na Bemowie, pną się do góry, oplatają balustradę balkonu mieszkania Maryli. Ich owoce mają ciemnofioletową skórkę i smak, który łączy słodycz , cierpkość i lekką goryczkę z niezwykłym aromatem.
W mokotowskim ogrodzie rosły drzewa owocowe, wśród nich szczególne miejsce zajmowała stara śliwa, chyba jakaś odmiana węgierki. Jej owoce były duże, słodkie, trzeba było szybko je zbierać zanim dobrały się do nich robaki. Obok niej rosła grusza. Było też kilka jabłoni. W rogu ogrodu, wciśnięta między garaż i komórkę stara kosztela, której jabłka Maryla lubiła najbardziej. W ogóle bardzo lubiła jabłka. Z owoców zebranych w ogrodzie robiła dżemy. Wkładała do brytfanny razem jabłka, gruszki, śliwki, zsypywała cukrem i wstawiała do piekarnika. Potem gorący dżem przekładała do słoików. Kilka zabierała zawsze do Berlina. Po owoce jeździło się też na działkę cioci Oleńki, do Mogielnicy. Tam też rosły stare jabłonie i grusze. Pamiętam taki jeden nasz wspólny wypad na działkę, pod koniec sierpnia, razem z ciocią, Marylą, ja i Tadeusz z Jankiem. Był ciepły, słoneczny dzień, upiekłam kotlety i ziemniaki na grillu, Maryla mieszała sałatę, jedliśmy siedząc przy stole pod drzewami. Innym znakiem jesieni były w mokotowskim ogrodzie dojrzewające orzechy włoskie. Rosło tam z siedem drzew orzechowych, wysokich, starych, kilku różnych odmian. Był czas, że teściowie część z nich sprzedawali do pobliskiego warzywniaka. Potem zbieraliśmy je już tylko na własny użytek. Przez całą zimę na stole w kuchni stał koszyczek orzechów, a każdemu posiłkowi towarzyszył dźwięk rozłupywanych skorupek. Były obowiązkowym dodatkiem do ciast, Maryla miała też przepis na ciasteczka, które robiło się mieszając kakao, mleko w proszku, płatki owsiane i dużo orzechów. We wrześniu ogród zasypany był złotymi, orzechowymi liśćmi.
Maryla wyjechała do Berlina na rok przed upadkiem muru. Ja pojechałam późną jesienią, już po tym wydarzeniu. We wrześniu 1993 roku urodziłam syna. A we wrześniu 2001 roku, gdy Janek szedł do pierwszej klasy, umarła moja teściowa. Niecały tydzień po jej pogrzebie patrzyliśmy oniemiali w ekrany telewizorów, na których samoloty wbijały się w gmachy WTC.
Jesienią odeszły też obie ciocie, siostry mojej teściowej. Jedna we wrześniu, druga w listopadzie. Dla Maryli początek jesieni oznaczał nadejście chłodu. Nie lubiła marznąć, często się przeziębiała. W starym domu długo nie mieliśmy gazowego pieca centralnego ogrzewania, stary koksownik z trudem radził sobie, zwłaszcza podczas zimowych mrozów. Trzeba było do niego dokładać, nawet w nocy. Maryla, zaraz po wstaniu z łóżka, zakładała na siebie wełniane swetry, część z nich sama wydziergała na drutach. Będąc już w Berlinie, narzekała, gdy nadchodziła „berlińska zima, wyjątkowo paskudna, zimna i wilgotna.”
Maryla zachorowała na wiosnę, operację przeszła pod koniec lata. Jesienią czuła się dobrze, do świąt Bożego Narodzenia byliśmy wszyscy pełni optymizmu. Chyba jednak zimowe chłody niekorzystnie podziałały na jej osłabiony organizm. Zachorowała na zapalenie płuc, w lutym leżała w szpitalu. Myślę, że jednak musiała się przeziębić. Umarła pod koniec marca, miesiąca, którego boją się chorzy i starcy.

Unser Buch

Im August dieses Jahres sind 61 Jahre vergangen seitdem man die Berliner Mauer errichtet hat.
28 Jahre später, am 9. November fiel sie.

Polinnen über die Berliner Mauer

Im Dezember 2020 haben Freunde von polnischer Aktivistin und Autorin, Joanna Trümner (1958-2020) beschlossen, ihr Andenken mit der Herausgabe eines Buches mit ihren Texten über die Berliner Mauer zu ehren.

Elżbieta Kargol und Joanna Trümner, zwei Autorinnen, die schon lange für diesen Blog (ewamaria.blog) schrieben, beschlossen schon 2019, mehrere Texte unter dem Titel »Vor 30 Jahren fiel die Mauer« zum Blog zu bringen.

Sie bereiteten diese Beiträge seit Mitte 2019 vor als ihr gemeinsames Werk, obwohl zuerst war es öfter so, dass Joanna Texte schrieb und Ela Fotos machte. Als Joanna erkrankte, übernahm sie das Schreiben der weiteren Texte. Kurz vor der Fertigstellung des Buches vervollständigte die Publikation Krystyna Koziewicz.

Die Texte und somit das Buch sind (eigentlich selbstverständlich) auf Polnisch entstanden – es waren doch alle Polinnen, diese Frauen, die sich das ganze ausgedacht und beschrieben haben. Auch die Gruppe, die sich zusammen getan hat, um das Buch herauszugeben, war lediglich weiblich.

Im Januar 2020, als das Buch auf Polnisch fertig war, organisierte Ewa Maria Slaska, eine polnische Bloggerin und Redakteurin des Buches, eine Spendenaktion über die Plattform GoFundMe. Die Ergebnisse dieser Aktion übertrafen alle Erwartungen. Es hat sich soviel Geld angesammelt, dass man Entscheidung getroffen hat, all die Texte ins Deutsche übersetzen zu lassen, um das Buch auch auf Deutsch herauszugeben. Die Übersetzung übernahmen zwei weitere Polinnen – Dorota Cygan und Elżbieta Jagiełło. Diese einmalige Frauenriege wurde erst an der Finale durch einen Mann noch, einen Dichter und Grafiker, K. Łamarz unterstützt, der den Satz und Layout vorbereitet und diesen wunderbaren Umschlag entworfen hat, mit dem Bild von Rainer Fetting, »Van Gogh und Mauer« (1978, Akryl auf Leinen, mit freundlicher Erlaubnis des Künstlers).

Wir laden ein! Zapraszamy!

PS. 1. Zbigniew Milewicz und ich (Ewa Maria Slaska) haben an diesem Abend auch Texte über New York gelesen, Fragmente eines anderen Buchprojekts.

PS. 2 Auf dem Bild: Rainer Fetting, »Van Gogh und Mauer« (1978, Akryl auf Leinen, mit freundlicher Erlaubnis des Künstlers)

Wspomnienia o Maryli 15

Magdalena Ciechomska

Ciągle w biegu

Obserwując Marylę, wtedy gdy przebywała z nami, zauważyłam, że zawsze była bardzo aktywna. Nie lubiła bezczynności. Zdecydowanie preferowała te prace i zajęcia, w których widziała jakiś cel i sens. Gdy po ślubie z Tadeuszem zamieszkaliśmy razem, pracowała dla podziemnej Solidarności Regionu Mazowsze. W jej pokoju stała duża, elektryczna maszyna do pisania. W tamtych latach nikt prywatnie nie mógł posiadać takiego sprzętu, jego obecność w domu była dowodem, że należy się do antykomunistycznego podziemia. Nasz mokotowski dom, wolnostojący, w dużym ogrodzie był dość bezpiecznym miejscem. Otaczające go drzewa skutecznie tłumiły charakterystyczny, dość głośny warkot maszyny. Oczywiście, trzeba było uważać na osoby, które nas odwiedzały, żeby nikt niepowołany tej maszyny nie zobaczył. W tym czasie Maryla zajmowała się również tłumaczeniem list dialogowych do filmów niemieckojęzycznych. Współpracowała z Romanem Gutkiem. Jednocześnie aktywnie angażowała się w działalność powstającego wówczas w Polsce ruchu feministycznego.

Coraz bardziej rozczarowana życiem w kraju, nawet po przełomie roku 1989, coraz częściej mówiła o tym, że chciałaby wyjechać za granicę. Gdy pojawiła się możliwość wyjazdu do Berlina Zachodniego, przyjęła ją z jednej strony z radością, z drugiej – dużo mniejszy entuzjazm okazywała wobec perspektywy czekającej tam pracy w tzw. „sprzątalnictwie”. To akurat nie było jej ulubione zajęcie. Twierdziła, że demotywuje ją konieczność ciągłego powtarzania czynności porządkowych: odkurzania, zamiatania, zmywania. Wszak wszystko ciągle na nowo się brudzi i całą pracę trzeba zaczynać od początku. Musiała jednak pójść w tym przypadku sama ze sobą na kompromis, na starcie w Berlinie praca sprzątaczki była dla Polek bez wątpienia jedną z najbardziej atrakcyjnych. Maryla traktowała ją jako nielubianą, ale konieczną, jednocześnie uparcie dążyła do realizacji swoich ambicji zawodowych oraz ustabilizowania się w nowym kraju, w którym postanowiła zostać.

W latach 90 rozpoczęła studia na wydziale nauk politycznych na berlińskim Uniwersytecie Technicznym, jednocześnie pisała książkę Od matriarchatu do feminizmu, wydaną w Polsce w 1996 roku. Żeby się utrzymać, przez jakieś dziesięć lat od przybycia do Berlina pracowała fizycznie jako sprzątaczka, dopiero po tym czasie znalazła pracę w kartotece szpitala neurologicznego. Zdobyła uprawnienia tłumacza przysięgłego na terenie Niemiec. A w międzyczasie były jeszcze konferencje feministyczne organizowane w Polsce i w Berlinie. No i oczywiście praca we Fraueninitiatiwe Berlin -Warschau.

Gdy przyjeżdżała do Warszawy, zawsze przywoziła ze sobą jakieś teksty do tłumaczenia. Komputer stale był włączony. Jeśli akurat nie wybierała się na spotkanie ze znajomymi ani nie jechała do cioci , do Grójca, pracowała nad zleconym tekstem. Schodziła do nas na dół, żeby porozmawiać, gdy siedzieliśmy w kuchni, przy śniadaniu lub kolacji, przysiadała na chwilę, czasem wpadała z czymś zabawnym, co koniecznie musiała nam opowiedzieć i zaraz biegła do swoich zajęć, rzucając na odchodnym: „później pogadamy”…

Jakby się bała, że zabraknie jej czasu. Latem przyjeżdżała jako pilot wycieczek, z którymi zwiedzała Polskę. Mieszkała wówczas ze swoją grupą w hotelu na Powiślu, a do domu zaglądała w przelocie. Jeśli pobyt w warszawskim domu był nieco dłuższy, zawsze uzupełniała coś w urządzeniu mieszkania. Jej ostatni pobyt, to był grudzień 2018 roku. Przyjechała dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Oprócz przygotowań do świąt, co było żelaznym punktem programu, zaplanowała wyjazd do Grójca, by odwiedzić kilka starszych pań, znajomych cioci zmarłej przed rokiem. Zawiozła im w prezencie świąteczne słodycze. A potem umówiła się z naszym znajomym, żeby zamontował dwie nowe lampy w jej łazience. I upiekła ciasta na święta.

Wspomnieniem z tamtego czasu jest też wspólny wieczór w Klubokawiarni Życie Jest Fajne, miejscu pracy dorosłych osób z autyzmem, gdzie pracował nasz syn. Było to przedświąteczne, opłatkowe spotkanie ekipy kawiarnianej, rodziców i znajomych. Przyszło mnóstwo ludzi, każdy przyniósł jakieś bożonarodzeniowe smakołyki. W kawiarni tłum, stoły pełne smacznego jedzenia. I dużo bardzo pozytywnej energii. Maryla zadowolona próbowała wszystkiego. Była już po operacji, nie mogła zjeść wiele na raz, ale zabrała sobie do domu kilka porcji łakoci. Siedzieliśmy w kącie razem z Marylą, jej przyjaciółką Ewą Karbowską i mężem Ewy, Maciejem. Panował nastrój radości i optymizmu. Patrzyłam na Marylę i cieszyłam się, widząc, że mimo choroby jest tak pełna energii. I pamiętam, jak dzieliliśmy się opłatkiem, już w domu, podczas Wigilii.

I ostatni raz, gdy Maryla, wychodząc na pociąg, w drzwiach rzuciła mi, jak zwykle: „To na razie…”