Barataria 43 Atlas der abgelegenen Inseln

Judith Schalansky, die Autorin des Buches, ist, ob sie es weiß und will oder nicht, eine Barataristin erster Klasse. Für die, die es (noch) nich wissen, zur Erklärung: Barataria ist eine imaginäre Insel, die im 2. Teil des Romans Don Quijote durch einen grausamen Witz dem guten Sancho Pansa als sein Gouvernement gegeben wurde. Ich bin die erste Barataristin der Welt, da ich diese Wissenschaftssparte entdeckt, genannt und entwickelt habe. Ihr Hauptziel und -sinn ist, in der Kultur, Sprache, Geschichte und – ja auch – Geographie die Ursprünge und Nachfolgen des literarischen Urmusters zu suchen. Als Gründerin dieses Wissensbereiches bin ich mächtig, manche von mir gefundene (und erfundene) Wissenschaftler zu Barataristen zu ernennen. Natürlich bin ICH die wichtigste Barataristin der Welt :-). Ich schreibe meistens auf Polnisch, aber es kamen schon ab und zu die baratarischen Aufsätze auf Deutsch, wie z.B. HIER oder HIER, aber auch HIER oder Englisch wie HIER. Sowieso ist Polnisch, besonders unter der jetzigen Obrigkeiten, eine Sprache, die schlechthin dafür vorbestimmt wurde, über fantastische, nicht existente Insel zu berichten – bedenken wir nur die letztens so berühmte Nichtinsel (das Nichtland) San Escobar – siehe z.B. HIER oder HIER.

Und noch eine letzte Erklärung. Man könnte meinen, die berühmteste Nichtinsel der Welt ist Atlantis und nicht Barataria. Wohl schon, aber weil sie von vielen doch für eine echte Insel gehalten wird, eignet sie sich nicht besonders gut als Stoff für Wissenschaftler. Man verwickelt sich sofort in die Debatte, gab es sie, oder gab es sie nicht? Dafür ist Barataria als Gründungsmythos ganz klar eine Nichtinsel, eine fiktive Erfindung, die man als Projektionsfläche für viele Theorien und Abenteuern nutzen kann. Man geht nur auf den verflochtenen Wegen der Kultur und muss sich nicht für so was Flüchtiges wie Wahrheit kümmern. Die Barataria als Erfindung wird immer wider benutzt und damit gewinnt die Metapher immer wieder ihre neue Aktualität. Das letzte Mal, dass jemand Gubernator von Barataria genannt wurde, notierten die Barataristen im September dieses Jahres, als die Katalonen versuchten, ihre Unabhängigkeit zu erzwinge. Es ist ihnen nicht gelungen und die spanische Zeitung El Pais schrieb:

La Ínsula de Barataria

Soñé que Don Quijote anda convencido de que Sancho se irá pronto a gobernar la nueva República Catalana. / Ich habe geträumt, dass Don Quixote glaubt, Sancho Pansa sei bald Gubernator der neuen katalanischen Republik. (…) Aber es war nur ein grausamer Witz.

                                        Puigdemont umarmt Artur Mas. LLUIS GENE AFP

Lieber Leser / liebe Leserin, sorge dich nich um den roten Faden dieses Essays. Er geht nicht verloren. Ein Essay ist ein Versuch und es scheint charakteristisch für die Barataristik, dass man in den Text schlangenschaft wandert, um nicht zu behaupten: irrt. Aber irgendwann kommt man zurück.

Also: Judith Schalansky und ihr Taschen-Atlas der abgelegenen Insel. Herausgegeben 2009.

Eine junge Autorin, geboren 1980, schrieb schon im Titel, dass es in ihrem Buch um Träume geht. Fünfzig Inseln, auf denen ich nie war und niemals sein werde. Wie wahr. Lesen wir die Liste: St. Helena, Diego Garcia, Amsterdam, Tristan da Cunha, Socorro… Wieviele von uns waren auf einer von diesen 50 Inseln? Jeder, schreibt Wikipedia, ist eine Doppelseite im Buch gewidmet, die geographische, demographische und historische Angaben, anekdotenhafte Bruchstücke aus der Geschichte der Insel sowie eine Karte im Maßstab 1:125.000 enthält. Gestaltet wurde das Buch ebenfalls von der Autorin. Als Schrift verwendet sie Sirenne.

***
Sie ist in Greifswald geboren, studierte Kunstgeschichte und Kommunikationsdesign, unterrichtete typografische Grundlagen an der Fachhochschule Potsdam und lebt heute als freie Schriftstellerin und Buchgestalterin in Berlin. 2006 veröffentlichte sie ihr typografisches Kompendium »Fraktur mon Amour«. 2008 erschien ihr literarisches Debüt, der Matrosenroman »Blau steht dir nicht« (mare). Für ihren »Atlas der abgelegenen Inseln« (mare, 2009) wurde sie mit dem 1. Preis der Stiftung Buchkunst ausgezeichnet. Im Herbst 2011 erschien ihr Bildungsroman »Der Hals der Giraffe« im Suhrkamp Verlag, der 2012 wieder zum »Schönsten deutschen Buch« gekürt wurde. Judith Schalanskys Bücher sind in mehr als 20 Sprachen übersetzt. Seit dem Frühjahr 2013 gibt sie im Verlag Matthes & Seitz Berlin die Reihe NATURKUNDEN heraus.

Barataria 42 Niewyparzone gęby (ale nie zdradzieckie mordy, o nie!)

Ewa Maria Slaska

 Falstaff, Sancho Pansa, Zagłoba, Bronn…

Przyznacie, że jest między nimi podobieństwo, bo jeden pisarz podpatrywał u drugiego pomysły, ale też, bo, no cóż cosi fan tutte, wszyscy tak robią… Badacze ustalili kiedyś, że jest dwanaście motywów fabularnych, pisarz Vonnegut jeszcze bardziej tę myśl zacieśnił, twierdząc, że mamy wszystkiego dwie opowieści – o tym, że ktoś coś wygrywa albo o tym, że ktoś coś traci. Wymyślić, kto, co i jak, to już zadanie autora opowieści. Przez niemal całą historię literatury, a po prawdzie całą historię kultury, artysta pełnymi garściami czerpał z tego, co już stworzyli poprzednicy. Nikt się tym nie gorszył, aż przyszedł nowoczesny kapitalistyczny prawodawca i uznał, że prawa autorskie, to kolejny worek z masą twarogową, który można ująć w garść, odcisnąć serwatkę i wyprodukować twardą kulę sera, za którą słono zapłacimy. Pierwszą konwencję o prawach autorskich sformułowano w Bernie 9 września 1886 roku. Niedawno w porównaniu z 10 tysiącami lat kultury pisanej, a opowiadana i malowana trwała jeszcze dłużej…

Cała biblioteka do naszej dyspozycji (Sancho Pansa i Don Kichot też tu są), Uli Oesterle, Bibliothek

Nie podobała mi się książka młodej berlińskiej pisarki Helene Hagemann Axolotl roadkill (w roku 2017 po 7 latach autorka wyprodukowała wg własnej książki film Axolotl overkill), ale pamiętam, że najmniej mi przeszkadzało to, co zarzucili jej wszyscy, że kradła cytaty, pomysły i całe długie pasaże. Dziewczyna była chyba za młoda, by użyć argumentów z historii kultury, ale wzruszając ramionami odpowiedziała, że wszyscy tak robią i copy&paste jest zwykłą metodą pracy pisarza. A my byśmy dodali, że pracy wszystkich: naukowca, badacza, referenta, muzyka, polityka. Naukowiec może trochę bardziej niż pisarz musi się pilnować, by nie udowodniono mu plagiatu (i autoplagiatu!). Różnica jest jednak dla odbiorcy bez znaczenia – naukowiec ma obowiązek użyć cudzysłowu i dołączyć przypisy, pisarz odszczeknie, że mamy mu dać spokój, a jak nie umiemy rozpoznać cytatów z Joyce’a, Szekspira, Grassa, Witkowskiego czy Durrella, to sami jesteśmy sobie winni. Jesteśmy pasożytami – zjadamy i siebie, i innych. Praca naukowa to 95% myśli odpisanych i 5% oryginalnych, własnych – ta myśl to cytat z kogoś, ale nie jestem pewna – z kogo, może z Zajdela, autora najpopularniejszej swego czasu książki o Atlantydzie.
Ale jak się przyjrzę praktyce, to powiem, że oryginalność tych naszych własnych 5% polega z reguły nie na formułowaniu własnych myśli genialnych, tylko… na zmieniani szyku zdań i zamianie wyrazów.

– Jak jest po waszemu rzyć? – pyta góralka miastowego (w jakimś filmie, ale za Boga nie wiem, jakim?)
– Dupa.
– Tys piknie.

Może zresztą był to po prostu jeden z dowcipów o bacy.

A są jeszcze oczywiście opowieści zasłyszane, parodie, pastisze, ironiczne przymrużenie oka, no i drogi Czytelniku – co nam zrobisz? Nic, po prostu nic. Ale żebyś się nie złościł, powiem ci, że wprawdzie rzeczywiście istnieje od starożytności po dziś dzień tylko tuzin historii, ale Czytelnik (i Czytelniczka) oczekują od nas, że dla każdego pokolenia zostaną one napisane od nowa!

Dla ułatwienia w kulturze niemieckiej powstały dwie nadzwyczaj poręczne książki – jedna jest spisem motywów literackich, druga postaci. Ciekawe, że po polsku wkłada się je do jednego worka i miesza się je z wątkiem. Zakochany potwór to model postaci literackiej, a czy będzie to historia Dzwonnika z Notre Dame czy Amora zakochanego w Psyche, to już sprawa motywu.

No i dobra, tak czy owak copy&paste.

Falstaff, Sancho Pansa, Zagłoba. Postaci (czyli po niemiecku Stoffe), a to że mają dostać zamek lub wyspę Baratarię, to już – motyw.

Zresztą już starożytni Rzymianie (jak wiadomo i jak wszystko) wymyślili takiego wojaka-zabijakę. Dokładniej rzecz biorąc zrobił to rzymski komediopisarz Plaut(us) (254 p.n.e. – 184 p.n.e.). W komedii Mi­les gloriosus pojawi się Pyrgopolinices, ponoć wypisz wymaluj. Falstaff.

Pojawił się u Szekspira w Henryku IV (1597) i w Wesołych kumoszkach z Windsoru (1598, a może dopiero 1602). W Henryku V popada w niełaskę.

Sancho Pansa postępuje krok w krok za Falstaffem (1605).

Zagłoba, wiadomo, XIX wiek. Osoba nader uczona w piśmie widzi w nim oczywiście polskiego Falstaffa, lecz upatruje mu też pierwowzoru w postaci Marka Sobiejuchy – był to zausznik księcia Zbigniewa, syna Władysława Hermana, jeden z boha­terów powieści Kraszewskiego Królewscy synowie (1877). Podobno takiż właśnie cięty gaduła do bitki i wypitki. Zagłoba, jak pamiętamy, do bitki tej w realu mniej, ale tej w gębie, o hoho! Jakeśmy z paniem Michałem wiktorię odnieśli…

Bronn of the Blackwater z Gry o Tron – wiek XXI

Przede wszystkim łączy ich to, że są szelmami i filutami wojskowymi. To wojacy, którzy umieją walczyć, ale w zdarzeniu bitewnym z lubością wybierają miejsce tchórza – ongiś powód do śmiechu, dziś najsympatyczniejsza ich cecha. Są podobni do siebie, wyszczekani, cwani, nie zasypiają gruszek w popiele i zawsze się mają na baczności. Są w gruncie rzeczy dobrymi ludźmi, co każe się nam poważnie martwić o kondycję ich życia na starość. Nie dostaną wyspy ani zamku, karmili się mrzonkami i obiecankami, żyli z byle czego i byle jak, i nie mieli z czego ani jak odłożyć. Zagłobę może weźmie do siebie Skrzetuski, o Sancho Pansę zadba może pyskata żona, Colasa Breugnona wzięła do siebie córka, Bilbo znalazł przytulisko u Erlonda, ale Odyseusz? Czy po zalotach wielbicieli żony było w jego pożal się Boże królestwie, jakich było na Itace z tuzin, w ogóle jeszcze co do garnka włożyć? Rzecki ma pokoiczek za sklepem u Stacha. Ale Falstaff, ale Bronn, ale Aragon, ale inni awanturnicy i obieżyświaty?

Oczywiście w przestrzeniach ludzkiej wyobraźni musieli się spotkać. Oto Don Kichot i Sancho Pansa u Falstaffa, który wygląda jak Król Karnawału…

Adolf Schroedter, akwarela z roku 1854


Pytania na kiedy indziej, ale trzeba będzie do nich wrócić?

Jak wyginęli Falstaffowie?

Gdy już w Europie zniknął na dobre zawód awanturnika, pojawiło się pojęcie pieczeniarz, człowiek, którego dobrze karmią a czasem i pozwolą pomieszkać, za to że umie opowiadać… Czy to Franz Fiszer zastąpił Zagłobę?

A kobiety? Stare niezamężne ciotki przygarnięte na starość, te, które w modości próbowały się wyzwolić z funkcji Podręcznej? Też mieliśmy w rodzinie taką ciotkę… A inne? Czy to te, co skakały do Sekwany?

Barataria 41 Król się bawi

Ewa Maria Slaska

Królowie i książęta

Tematy baratarystyczne mnożą się jak nie przymierzając króliki w pewnej kampanii publicznej, a tu trzeba się cofnąć do wpisów sprzed miesięcy, kiedy to sugerowałam, że nowo obrany gubernator Baratarii jest karnawałowym królem. Pora na powrót do tematu jest jak najwłaściwsza, w Niemczech bowiem karnawał zaczyna się już 11 listopada (11.11.) o godzinie 11:11. Gdy więc cały świat obchodzi koniec I wojny światowej, a 60 tysięcy polskich nazistśw, nie zauważonych przez telewizję publiczną, wrzeszcząc, że “chcą Boga”, maszeruje bezkarnie ulicami Warszawy, pobłogosławionych uprzednio przez księży Kościoła Katolickiego, w Niemczech wkłada się na głowę głupawą czapeczkę a na nos głupawy czerwony nos i zaczyna się huczne świętowanie (bo to my w adwencie zabaw hucznych urządzać nie mamy, oni – a jakże, jak najbardziej urządzać je mają). I wybiera się, a jakże, karnawałowego króla. Stolicą niemieckiego karnawału jest Kolonia. A wygląda tam tak:

Króla wybiera się w Kolonii od zawsze, ale od roku 1823 nazywa się go nie królem (obraza majestatu) lecz Bohaterem karnawału. Pierwszy Bohater był Włochem, producentem słynnej wody kolońskiej 4711, i nazywał się Emanuel Ciolina Zanoli. Był też przedstawicielem Stowarzyszenia, które postanowiło poprawić obyczaje karnawałowe. Dotychczas “lepsze państwo” świętowało w pałacach i mieszczańskich kamienicach, a plebs szalał na ulicach, co zazwyczaj kończyło się burdami. Król-bohater miał połączyć zwyczaje i złagodzić obyczaje, wyprowadzić bogatych na ulice, a biednych okiełznać i utemperować. Nie zawsze się to udaje. Efekty widać do dziś – 11 listopada 2017 roku aresztowano 50 osób za wykroczenia i naruszanie porządku publicznego, a kilkadziesiąt upomniano za… nieuprawnione sikanie po kątach!

Termin karnawału jest nie tylko zabawą z lubianymi przez wszystkich, tzw. urodzinami miesiąca (11.11. o godz. 11:11), ale z uwagi na czas i rzymską historię założycielską miasta – przypomnieniem rzymskich Saturnaliów. Non semper Saturnalia erunt, mawiali starożytni Rzymianie i rzeczywiście w Rzymie Saturnalia trwały kilka dni, od 17 do 23 grudnia i to one wyznaczyły umowny wszak termin Bożego Narodzenia. Ale w Niemczech… w Niemczech jak się zaczęły 11 listopada, tak trwać będą do końca karnawału czyli śledzika. Dobre cztery bite miesiące zabawy!

Jak go zwał, tak go zwał, ale Bohater ubrany był zawsze jak król, nosił atłasowy płaszcz obszyty gronostajem, a na głowie miał i ma koronę z pawich piór, co sybolizować ma nieśmiertelność. W roku 1823 nie było jeszcze królowej karnawału, ale Bohaterowi towarzyszyła Dziewica-Założycielka (do roku 1924 jej rolę odgrywał zawsze mężczyzna, od prawie stu lat – różnie bywa, w tym roku to facet) czyli rzymska cesarzówna Julia Agryppina (to na jej cześć miasto zostało nazwane Kolonia Agrippa). W roku 1871 Bohatera nazwano Księciem, a dziewicę Założycielkę przemianowano na Pannę Wenecję. Od roku 1825 do Króla-Bohatera i Panny dołączył jeszcze chłop (Bauer) i tak jest do dziś – ta trójka poniżej to Kölner Dreigestirn, Koloński Triumwirat. Król jest szalony, chłop rubaszny, dziewica – milusia. Ale panna i chłop już to pojawiają się, już to znikają, a Król, nawet jeśli go przemianowano to na bohatera, to zaś na księcia, jest zawsze. Obiera się go jeszcze podczas przygotowań do karnawału, ale urzęduje dopiero od stycznia następnego roku. Tak wyglądali w roku 2005.

W tym roku królem został Michael Gerhold, literat, który rządzić będzie jako Michael II.

***
Drugim powodem, żeby powrócić dziś do tematyki karnawałowej, jest historia pewnej premiery. Król się bawi (fr. Le Roi s’amuse) – dramat Wiktora Hugo z roku 1832, pierwsze dzieło literackie zakazane przez cenzurę po francuskiej rewolucji lipcowej. Trwała ona trzy dni (od 27 do 29 lipca), udaremniła próbę powrotu do absolutyzmu dokonaną przez Karola X i zaprowadziła we Francji monarchię lipcową. Wieść o rewolucji lipcowej we Francji rozeszła się po całej Europie, zachęcając do walki przeciw porządkowi stworzonemu i strzeżonemu przez Święte Przymierze. W sierpniu wybuchła rewolucja belgijska, w listopadzie – powstanie przeciwko Rosji w Warszawie.

Król się bawi to historia intryg i miłostek na francuskim dworze w czasach króla Franciszka I, historia zakończona morderstwem. Sztuka miała wymowę głęboko antymonarchiczną i została zakazana w dzień po pierwszym wystawieniu 22 listopada 1832 roku w Komedii Francuskiej. Na przedstawieniu zebrała się spora grupa młodych sympatyków republiki, którzy po wyjściu z teatru śpiewali pieśni rewolucyjne.

Dramat Hugo wystawiono dopiero po 50 latach. Na jego podstawie Giuseppe Verdi napisał operę Rigoletto, którą o dziwo można było wystawiać również we Francji. Jednak przezorny librecista,  Francesco Maria Piave, zmienił imiona bohaterów i przeniósł akcję do Mantui. W przeciwieństwie do sztuki Wiktora Hugo operę zna każdy, choćby z jednej tylko arii – La donna e mobile!

Rozpropagowana współcześnie przez „Trzech Tenorów”, już przedtem wykonywana była jako numer popisowy, śpiewał ją między innymi Enrico Caruso. Pierwszym tenorem śpiewającym podczas światowej prapremiery (15 lutego 1845) w Teatro La Fenice w Wenecji rolę Księcia Mantui, a zatem i samą arię, był Raffaelle Mirate.

Wikipedia twierdzi, że aria w zestawieniu ze stylem życia księcia Mantui jest wyrazem libertynizmu. Książę Mantui wykonuje ją w gospodzie Sparafucila, zalecając się do jego siostry i wspólniczki w ciemnych interesach – Magdaleny. Rozwiązłość księcia obserwuje także Gilda, córka Rigoletta, której garbaty błazen chce pokazać prawdziwą naturę człowieka, w którym była zakochana.

Plakat z 22 listopada 1882 roku – pierwsze wystawienie sztuki Król się bawi po zniesieniu zapisu cenzorskiego.

***

Oczywiście król Francji w sztuce  Król się bawi i książę Mantui w operze Rigoletto to nie “nasz” karnawałowy król Sancho Pansa – w obu dziełach jest on jednak obecny. U Hugo to błazen Trybulet, w operze – tytułowy Rigoletto, błazen przechera, charakter złośliwy acz zarazem prawdziwy, ludowy, mądry, sprytny, a przy tym złośliwie i niesprawiedliwie ukrzywdzony, zabawka w ręku władcy.

Na zakończenie owa aria, jedna z najsłynniejszych arii na świecie – Kobieta zmienną jest. Luciano Pavarotti.

Barataria 40 Teneryfa / Teneriffa

Tekst / Text: +/- Wikipedia

Teneriffa (span. Tenerife) ist die größte der Kanarischen Inseln und gehört zu Spanien. Die Insel ist 83,3 Kilometer lang, bis zu 53,9 Kilometer (Ost-West-Ausdehnung) breit und hat eine Fläche von 2034,38 Quadratkilometern. Sie ist mit etwa 888.000 Einwohnern die bevölkerungsreichste Insel Spaniens. Die Hauptstadt ist Santa Cruz de Tenerife. Die Einheimischen werden Tinerfeños genannt.

Teneriffa ist eine Vulkaninsel. Sie gehört – wie alle Kanarischen Inseln – topografisch zu Afrika, liegt 288 Kilometer vor der Küste Marokkos und der Westsahara und ist 1.274 Kilometer von der Südküste des spanischen Mutterlandes entfernt. Teneriffa und die benachbarte Insel Gran Canaria werden aufgrund verschiedener Landschaftsformen und mehrerer dort auftretender Klimazonen oft als Miniatur-Kontinent bezeichnet (Schon vor ein paar Wochen behauptete ich, dass die Fantasy-Territorien eigentlich immer eine interessant gebaute Insel sind – Anm. d.Red. EMS).

Einer Legende nach, ist Teneriffa die Überreste der verlorenen Atlantis. Bei dem spanischen Schriftsteller Miguel de Unamuno ist sie die Barataria von Cervantes! Natürlich ist es metaphorisch gemeint, aber dies ist eben das, was mich fasziniert – das Leben der Metapher.

Teneryfa – należąca do Hiszpanii wyspa na Oceanie Atlantyckim, u północno-zachodnich wybrzeży Afryki, zaliczana do Makaronezji. Jest największą i najludniejszą wyspą w archipelagu Wysp Kanaryjskich i najludniejszą wyspą hiszpańską. Teneryfa, choć geograficznie leży w północnej Afryce, jest integralną częścią Hiszpanii i Unii Europejskiej. Obowiązującą na wyspie walutą jest euro, a językiem urzędowym język hiszpański.

Santa Cruz de Tenerife jest największym miastem na wyspie i zarazem jej stolicą oraz prowincji Santa Cruz de Tenerife. Jest też, wspólnie z Las Palmas de Gran Canaria, stolicą autonomii Wysp Kanaryjskich.

Teneryfa oraz sąsiednia wyspa Gran Canaria jest często nazywana kontynentem w miniaturze ze względu na kilka typów krajobrazu i kilka stref klimatycznych na nich występujących (Nie będę się przechwalać, ale już kilka tygodni temu twierdziłam, że to właśnie takie wyspy o interesującej budowie geograficznej są pierwowzorem wszystkich terenów z opowieści fantasy – EMS). Na Teneryfie znajdują się dwa obiekty wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO: wulkan Teide, który jest parkiem narodowym, oraz zabytkowe miasto La Laguna.

Legenda głosi, że Teneryfa jest pozostałością zaginionej Atlantydy. Hiszpański pisarz Miguel de Unamuno widzi w niej i Atlantydę, i Baratarię!!! Oczywiście to metafora, ale w tym serialu to właśnie najbardziej mnie fascynuje – długie i szczęśliwe życie metafor!

Fotos/y: Anne Schmidt

Barataria 39 Gra o tron!

Ewa Maria Slaska

Ziemia obiecana

Game of Thrones (GOT) – amerykański serial fantasy autorstwa Davida Benioffa i D.B. Weissa, adaptacja sagi Pieśń lodu i ognia amerykańskiego pisarza George’a R.R. Martina. Wyświetlany od roku 2011. Najsłynniejszy serial na świecie. Ma kilkunastu reżyserów, scenarzystów i kamerzystów, ale tylko jednego autora muzyki – Ramina Djawadi, niemiecko-irańskiego muzyka z Duisburga.

Moi drodzy Czytelnicy, jeśli nie oglądacie Gry o tron, to oczywiście jesteście ubożsi o setki cytatów i memów współczesności, ale nie będę Was przekonywać, że tracicie, bo choć Grę oglądają wszyscy, od Albanii po Zimbabwe, jak dotąd nie ma światowego przymusu oglądania przygód Starków i Lannisterów.

Jak każda opowieść fantasy, również GOT jest zasadniczo opowieścią o wyspach. Niektóre są w ramach opowieści umownie prawdziwe, trzeba do nich płynąć na statkach lub lecieć na smokach, niektóre są umownie kontynentami, ale z uwagi na konstrukcję opowieści przygodowych każda historia fantasy i każda przygoda to baśniowa wyspa, niby nie mająca związku z naszą ziemską geografią. Ale oczywiście są one podobne do krajów rzeczywistych. Odyseusz krążył od wyspy do wyspy, na każdej walcząc z królami i romansując z księżniczkami, wróżkami i nimfami, a były to naprawdę brzegi Turcji, północne wybrzeże Afryki, Peloponez i Cyklady. U Leśmiana też każda przygoda Sinbada żeglarza to kolejna wyspa, Sindbad zawsze wypływa z Basry, którą obecnie nazywa się Balsorą, i płynie wśród tych samych wysp greckich, między którymi błąkał się Odyseusz. GOT to historia walki o tron królestwa Westeros, czyli na Zachodzie, na które składa się siedem królestw, a które wygląda jak Old Merry England, nawet mur na Północy jest ten sam – to przecież Mur Hadriana. Europa nazywa się Essos, leży oczywiście na Wschodzie i jest po prostu Azją. Essos to Wielki Step, skąd przybywają do Westeros smoki i Mongłowie Dżingis Chana. Dzieli je Wąskie Morze czyli Kanał La Manche. Autor serii, George R.R. Martin, uważa jednak, że Westeros jest większe niż Wielka Brytania i ma mieć mniej więcej wielkość Południowej Ameryki. Król Westeros zasiada na Żelaznym Tronie w Królewskiej Przystani. Do Westeros należą również wyspy: Niedźwiedzia, Skagos, Żelazne Wyspy, Tarth, Smocza Skała, Arbor.

Podobnie wygląda geografia Świata Dysku u Terry’ego Pratchetta czy świat, przez który wędruje Drużyna Pierścienia u Tolkiena. Gdy zwiedzałam wyspy greckie, zapisałam sobie taką notatkę:

Naxos ma niemal wszystkie elementy krajobrazu, które tworzą urozmaicony świat w miniaturze – ma góry, morze, zatoki, wyspy, są doliny, strumienie i wodospady, pola, gaje i pustkowia, słońce, wiatr i deszcz. Ma legendy i mity starożytności (Ariadna i Tezeusz, Dionizos) i ożywioną aktualną codzienność. A wszystkie te składniki rzeczywistości są skupione na niewielkiej przestrzeni, są niemal dotykalnie blisko siebie. Przeżyliśmy na Naxos upiorny wjazd (jechaliśmy na skuterze) po cieniutkiej serpentynie na szczyt góry Koronos, a podczas jazdy na krawędzi przepaści, nad nami i pod nami widzieliśmy ogrody na stokach pociętych tarasami – rosły figi i dynie, kobiety zbierały kwiaty, mężczyźni jechali na osiołkach. Zaglądaliśmy w oczy grozie, od zbocza odrywały się głazy, a myśl o tym, co się stanie, jeśli z góry zjedzie jakiekolwiek auto, a nawet rower, osioł czy motor, doprawdy nie była przyjemna. A mimo to jechaliśmy dalej i wyżej.
Tak wyobrażam sobie świat z książek Tolkiena, miniaturowy świat, w którym z Doliny Elfów do Mordoru droga jest straszna, groźna i daleka, gdy przemierza ją pieszo lub na kucu mały hobbit, a przecież cały ten świat musi mieć właśnie taki wymiar, skoro hobbit pokonuje jego drogi i bezdroża przez kilka miesięcy.


Bliskość grozy i normalności na małych przestrzeniach. Świat nieoswojony i świat uładzony. Chaos i Kosmos. Gdzieś w głębi obrazu Pietera Bruegla Ikar wpada do morza, a na pierwszym planie chłop odrywa ręce od pługa i ociera z potu czoło. Ten sam upał topi wosk na skrzydłach szaleńca i wyciska ostatnie krople potu na czole uznojonego oracza.
Mały świat. Ziemia obiecana, jej mlekiem i miodem płynące doliny, z których wyszły trzy ogromne religie i opanowały wielki świat, maleńki skrawek małego kraju, nie większy od tolkienowskiego Śródziemia, nie większy od Naxos.

Ziemia Obiecana. Bóg obiecał ją Izraelowi, Don Kichot swemu giermkowi. Wszędzie ktoś komuś obiecuje ziemię, władzę, wyspę… W czwartym sezonie Gry o tron Jaimie Lannister obiecuje swojemu giermkowi Zamek. W siódmym sezonie, po prawie 30 odcinkach, Bronn upomina się o realizację obietnicy. Uratował życie Jamiemu, wygrali bitwę i mijają zamek na szczycie góry.

– Mógłbyś mi dać wreszcie ten zamek – mówi Bronn.
– Właśnie dostałeś sakiewkę złota – broni się Lannister.
– Tak, ale złoto to nie zamek.
– Nie stać cię będzie na utrzymanie tego zamku – odpowiada  Jaimie. – Jak wygramy, dostaniesz i zamek, i pieniądze.

W siódmym sezonie obietnica się już na pewno nie spełni. Do przyszłego roku nie będziemy więc wiedzieli, czy Bronn jak Sancho Pansa, będzie musiał obejść się smakiem, czy jednak Lannisterowie, których mottem jest, że zawsze płacą swoje długi, dotrzymają obietnicy. Bronn jednak wie jedno: If Jaime dies, I don’t get my castle.

Barataria 38 Sualouiga 2

Ewa Maria Slaska

Gdy rzeczywistość miesza się z fikcją

Sualouiga pojawiła się w zasięgu baratarystyki, gdy przez przypadek przeczytałam, co zapowiedział na okładce swej książki Harley Davidson tajemniczy pisarz Witold Izdebski (który być może jest brutalem, złodziejem i oszustem), że otóż 31 grudnia 1999 roku po raz pierwszy i ostatni a zatem jedyny, międzynarodowa trupa teatralna Calvin Group wystawi tam sztukę Krzysztof Kolumb

Sualouiga na wyspie St. Martin to w języku Indian kraina soli.

Wyspa została wprawdzie odkryta przez Kolumba, ale ten nigdy nie postawił na niej stopy w języku żeglarskim trzeba by więc powiedzieć, że sławny odkrywca wyspę jeno zaoczył, co miało miejsce 11 listopada, w dzień świętego Marcina z Tours.

Wyspę podobili najpierw Arawakowie, przybysze z terytoriów dzisiejszej Wenezueli, którzy byli ludem pokojowym i pogodnym, po czym podbili ich wojowniczy Indianie Karaibscy. Podania głoszą, że byli to ludożercy, którzy pożarli wojowników z plemienia Arawaków i posiedli ich kobiety. Arawakowie zniknęli, ale pozostawili po sobie język.

Jednak z punktu widzenia Europejczyków była to wyspa bezpańska, gdzie mieszkał, kto chciał, na przykład piraci (z Karaibów), awanturnicy, zbiegli więźniowie. Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Holendrzy. Kto chciał wydobywał tu sól. Dużo soli. 400 tysięcy ton rocznie. Było to jednak produkt zbyt cenny, by mogło się obyć bez roszczeń aneksyjnych. I tak to w roku 1635 pewien Francuz i pewien Holender uznali, że prawa własności powinny zostać jakoś uregulowane.

Legenda głosi, że zamiast, jak to mieli w zwyczaju zdobywcy innych rajskich wysp, pozabijać się nawzajem, obaj panowie postanowili podzielić się posiadaną już od dawna ziemią (Indianie w tym podziale nie brali udziału). Rozwiązanie było doprawdy godne epoki. Panowie spotkali się w Zatoce Ostryg (Oyster Bay), stanęli oparci o siebie plecami (jak do pojedynku), po czym na dany znak ruszyli przed siebie (też jak przy pojedynku), ale zamiast się obrócić po dziesięciu krokach (czy ile ich tam miało być), szli przed siebie wzdłuż brzegu, i szli, i szli tak długo, aż stanęli przed sobą twarzą w twarz. Pomiędzy punktem wyjścia obu panów na przechadzkę i punktem ich ponownego spotkania przeprowadzono linię, dzielącą włości Francuza od tego, co przypadło w udziale Holendrowi. Francuz ponoć miał iść szybciej, bo się po drodze pokrzepiał tylko dobrym francuskim winem, Holender natomiast zabrał na drogę gin. Dobre wino można popijać dużymi haustami, gin, trunek mocniejszy i ostrzejszy w smaku, da się pić jedynie małymi łyczkami, Holender częściej się więc zatrzymywał i zagarnął mniejszy kawałek wyspy.

St. Martin / Sint Maartin nie jest jedyną na świecie wyspą rządzoną przez dwa kraje, że wspomnimy tu chociażby Irlandię i Cypr, jest natomiast najmniejszą i ponoć jedyną, gdzie rządy pozostają ze sobą w zgodzie, a nawet przyjaźni. Stolicą części holenderskiej jest Philipsburg, francuskiej – Marigot. Na wyspie mieszka około 30 tysięcy Francuzów i drugie tyle Holendrów, a rocznie przebywa tu ponad milion turystów. Francuskie miasto Marigot słynie ze wspaniałej kuchni, ale turystów przyciągają przede wszystkim olśniewające złocistożółte plaże i przejrzyste turkusowe wody płytkich zatok. Tam gdzie brzegi są strome i skaliste, fale rozbijają się o nie, wyrzucając w powietrze gejzery na wysokość kilkunastu metrów.

Na wyspie założono plantacje trzciny cukrowej i sprowadzono niewolników z Afryki. W roku 1848 wywalczyli wolność. Co roku 1 lipca obchodzą święto wyzwolenia, spotykając się pod symbolicznym płomiennym drzewem wolności. Drzewo, tak jak i oni, pochodzi z Afryki (a ściślej rzecz biorąc z Madagaskaru), należy do rodziny… bobowców, ma owoce w kształcie długiego masywnego strąka, zwanego chlebem świętojańskim. Po polsku nazywa się Wianowłostka królewska czyli płomień Afryki. Płomienne kwiaty mają zawsze jeden płatek biały.

For July 1
By Lasana M. Sekou

This is the day here
This time
For renewed confrontation
For reconstruction
We are the people
Descended from the Diamond 26
The Freedom Fighters
Who will effect
Better days
And lighted ways
To batter down the borders
The neo-colonial initiatives
To unite this land
St. Maarten/St. Martin
To transform these fields today
For the conquest of tomorrow

Lasana M. Sekou jest wydawcą, poetą i pisarzem z St. Martin. Jego wiersze zostały odczytane podczas otwarcia igrzysk olimpijskich w Londynie 27 lipca 2012 roku.

***

Mogłoby się zdarzyć, że wielu z nas nigdy nie usłyszałoby o tej małej wyspie, wchodzącej (geograficznie) w skład Antyli Holenderskich, gdyby nie huragan Irma, który we wrześniu 2017 roku spustoszył wyspę tak jak tego z reguły dokonują ludzie a nie siły natury. Mówiło się, że wyspa wyglądała jak zdewastowana przez działania wojenne.

Barataria 37 Sualouiga 1 Ze świata podręcznych 7

Z przyczyn od autorki niezależnych, które zwykło się nazywać siłą wyższą, a która to siła przybrała postać Zbyszka Milewicza jako wielbiciela Che Guevary, ubiegły poniedziałek został przeniesiony na dzisiejszy piątek.

Ewa Maria Slaska

Podróże po czarnej półce do krainy przemocy

O czarnej półce już pisałam kilkakrotnie. Gomolicki wziął się z czarnej półki, i Konwicki, Varga. Dziś kolejny, zapomniany, nieczytany, może nawet zaginiony, polski pisarz lat minionych, którego przeczytałam ponownie, bo stał na czarnej półce. Zwróciłam na tę książkę baczną uwagę wprawionej w poszukiwaniach baratarystki, z uwagi na to jedno piękne i szalone zdanie: pracuje we Francuskich Indiach Zachodnich nad projektem teatralnym Krzysztof Kolumb (… który) można będzie obejrzeć tylko raz, a mianowicie 31 grudnia 1999 roku w krainie soli Sualouiga (na wyspie St. Martin). Uprzedzam jednak, że sporo czasu upłynie, zanim dotrzemy na wyspę St. Martin, bo błędne ku niej prowadzą ścieżki.

Książka została wydana w roku 1998 roku przez Stowarzyszenie Teatr Cogitatur w Katowicach, które jednak, zanim zdołałam się z nim porozumieć, zniknęło bez reszty z internetu, z książki telefonicznej i z mapy świata. Gdy zaczęłam pisać o Baratarii instytucja jeszcze istniała, zniknęła jednak wkrótce potem.

Nie, proszę państwa, w rzeczywistości nie miałam z tym nic wspólnego, ale myślę, że istnieje rodzaj surrealistycznej odpowiedzialności pisarza za to, że coś zrobił lub czegoś zaniechał, podobnie jak istnieje odpowiedzialność naukowca, za to że od lat szukał wielkiej myszy ogoniastej, a jak ją wreszcie znalazł i zbadał – to mysz zdechła… Bo gdy nauka puści na coś snop światła, zdarza się, że owo światło ów obiekt zniszczy. Wiem coś o tym, jestem archeolożką i to wykształconą w czasach, gdy archeolog chroniąc zabytek przed zniszczeniem, niszczył go bezpowrotnie. Jak to było na przykład w…

Abu Simbel. Dwie najpiękniejsze świątynie egipskie, zagrożone zniszczeniem przez budowę Tamy Asuańskiej i utworzenie Jeziora Nasera; w latach 1964-1968 świątynie zostały przeniesione ponad lustro wody, na miejsce położone o około 65 m wyżej. Kierownikiem prac z ramienia UNESCO był polski archeolog Kazimierz Michałowski. I to przez niego wszystko się stało, bo każdy z nas, dorastających do matury w drugiej połowie lat 60, chciał zostać archeologiem. By zachować naturę świątyń, pierwotnie wbudowanych w skalne zbocza, wybudowano sztuczne wzgórza, otaczające świątynie, a groty pod świątaniami zalano żelbetonem. Zrobiono to z wielką starannością. Uratowano nawet występujące w świątyniach zjawisko astronomiczne – dwa razy w roku, 19 lutego i 21 października, wschodzące słońce oświetlało wizerunki Amona-Ra, Ramzesa i Re-Horachte. Po przeniesieniu świątyni zjawisko zostało przesunięte o jeden dzień.

Wszystko wciąż jeszcze jest, a przecież nic w nowym Abu Simbel nie jest prawdziwe. Nie ma tego, co najważniejsze – magii miejsca i magii wiary. A wtedy wszystko się może zdarzyć. Popatrzmy, co się stało w bojkowskiej wiosce po odsłonięciu jednego tylko grobu, dziewczynki-wróżki

Zresztą nawet jeśli nie naruszyliśmy magii, to i tak sama obecność nauki i podążających za nią trop w trop turystów, sieje spustoszenia. Grot w Lascaux i Altamirze nie można oglądać, Pieta Michała Anioła stoi w klatce z pancernego szkła, kolumnę mistrza Mateo w katedrze św. Jakuba w Santiago de Compostela otoczono barierką, a przecież trzeba jej było dotknąć czołem, żeby Mateusz, Mistrz Architektów, pomógł nam podjąć decyzję, dokonać zmian i od nowa wznieść solidny gmach naszego życia… Dotykamy, poprawiamy, oglądamy, niszczymy. I wcale nie zawsze przy tym wyjaśniamy, co by przynajmniej wyjaśniało, dlaczego do diabła w ogóle używamy latarki…

Zmora archeologii, tak jak ją zobaczył Fellini w Romie. Zniszczenie fresków i rzeźb w podziemiach Rzymu.


A więc Teatr Cogitatur przestał istnieć.

A mimo to, sądząc z wpisu w Wikipedii w październiku 2017, świat wciąż jeszcze jest w porządku:

Teatr Cogitatur w Katowicach, założony przez Witolda i Katarzynę Izdebskich. Teatr występuje w Polsce i poza jej granicami, w tym w Niemczech podczas Wystawy Światowej EXPO 2000 w Hanowerze. W Teatrze Cogitatur odbywały się też pierwsze edycje powołanego do życia w roku 1994 Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Alternatywnych „A Part”.
Adres: Katowice, ulica Gliwicka 9a.

Potem jednak świat przestaje być taki prosty. Nie ma strony internetowej teatru, ani własnej, ani w zbiorowych zestawieniach, choć wszędzie Tetar się wymienia. Np. na portalu kulturaonline.pl czy slaskie.travel.pl. Ale i na wielu innych. Nie odpowiada też telefon, nie przychodzą odpowiedzi na maile. Jeden z adresów automatycznie odsyła mi mojego własnego maila. Jako cogitatur.pl strona została przejęta (sprzedana) przez agencję organizującą ewenty i tu przekierowuje się niektóre linki. Inne kończą się znaną wszystkim gołą stroną:


W szczegółowym opisie ulicy pod numerem 9 wspomina się tylko mieszkającego tu w latach 1946−1980 Bolesława Mierzejewskigo. O teatrze i klubie Cogitatur ani słowa. Ani o tym, że był, ani że go nie ma.

I tak jest wszędzie. Jest, choć go nie ma, nie ma też informacji o likwidacji…

Na stronie katowice.naszemiasto.pl  po razu pierwszy i jedyny i znaleźć można informację z roku 2006, że teatr ma kłopoty finansowe.

Koniec teatru Cogitatur? …w budynku wyłączono prąd, a w Urzędzie Miasta czeka wyrok …

Teatr Cogitatur to jedna z ważniejszych scen alternatywnych w Europie, choć – szczerze mówiąc – niespecjalnie znana w rodzinnym mieście. A dokładniej: słabo egzystująca w powszechnej świadomości mieszkańców Katowic, bo wśród młodzieży akademickiej i w środowisku artystycznym, Cogitaur “od zawsze” był sceną kultową. Przed dwudziestu laty była to pierwsza w naszym mieście nieformalna grupa teatralna o tak ambitnym repertuarze. Nawet w przedstawieniach bez słów, źródłem reżyserskiej inspiracji Witolda Izdebskiego pozostawały najwyższej próby źródła literackie, filozoficzne i kulturowe. Wystarczy przypomnieć “Il fondo d’oro”, “Cztery sny Hölderlina” czy “W hołdzie ekspresjonistom”. Spektakle podbijały jurorów na świecie, teatr wygrywał bowiem w cuglach festiwale i występował z powodzeniem od Ameryki Południowej po Azję, triumfu w USA nie wyłączając. Zawarte w czasie tych podróży przyjaźnie owocowały zaproszeniem do Katowic znakomitych zespołów z obu półkul, występujących na firmowanym przez Cogitatur festiwalu “a part”. Na maleńkiej scenie przy ul. Gliwickiej odbywały się też warsztaty, z udziałem artystów Teatru Ósmego Dnia czy Poznańskiego Teatru Tańca. Słowem: artystyczny import i eksport najwyższej próby.

No dobrze. Był teatr, miał problemy finansowe, przestał być. Rozumiem. Ale dlaczego do dziś widnieje wszędzie, skoro od ponad 10 lat go nie ma? A jak już naprawdę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć, w komentarzu na pełnym hejtów forum gazety pojawia się nagle taki wpis:

Gość: Katarzyna IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 04.11.13, 12:58
Teatr Cogitatur zniknął z Katowic – to jest już faktem. Ponieważ włożyłam weń CAŁE SWOJE ŻYCIE to…bardzo boli. ALe jeszcze bardziej boli zachowanie WItolda Izdebskiego – mojego BYŁEGO męża, który prawdopodobnie w obliczu swoich kłopotów WYPCHNĄŁ mnie z 3-go piętra na beton i zdradziecko uciekł. Teraz szukam go WSZELKIMI MOŻLIWYMI ŚRODKAMI do UKRADŁ WSZYSTKIE PIENIĄDZE!!!nie płaci alimentów, a ja nie mam z czego żyć bo straaciłam NIE MAJĄC PIENIĘDZY mieszkanie. Może Państwo będziecie mogli pomóc proszę?
Katarzyna Mrozińska-Izdebska

Nic nie rozumiem. Jeśli tak było, to przecież internet, przynajmniej w lokalnych wydaniach, powinien huczeć. Wszędzie cisza. Nikt nic nie wie. Dlaczego jest cisza? Czy to żart? Przemoc? Oszustwo? Czyje? Pisarza Izdebskiego? Jest na liście poszukiwanych policji w Katowicach. Ale nie, nie za przemoc, za niepłacenie akcyzy!

Gdzie jest Sancho Pansa, gdzie jest gubernator, gdzie są granice żartu, gdzie zaczynają się schody…?!


 

Barataria 36 Uromys vika

Ewa Maria Slaska

Na wyspach Salomona odkryto nowy gatunek wielkich szczurów / Auf den Salomonen wurde neue riesige Ratte entdeckt

Nowy Szczur / Die Neue Ratte

In der Südsee ist eine neue riesige Ratte entdeckt worden. Bislang gab es über das Tier nur Gerüchte von Einheimischen. Sie berichteten, dass sich die  Vika gern über Kokosnüsse her macht. Beobachtet haben die Forscher das Verhalten bisher nicht, sie fanden allerdings Kokosnüsse, in die beeindruckende Löcher genagt worden waren. Jetzt aberwurde Vika gefunden. Annähernd einen halben Meter lang, bis zu einem halben Kilo schwer und mit einem langen, haarlosen und schuppigen Schwanz. Sie wurde auf der Insel Vangunu in der Südsee östlich von Papua-Neuguinea gefunden. Die gefundene Ratte ist von der rapiden Abholzung bedroht. Leider starb die Ratte kurz nach dem gefunden werden. Die Forscher vermuten, dass Vikas Vorfahren mit treibenden Pflanzenresten auf die Insel gelangten und sich dort zu der neuen Art weiterentwickelten.

Die Inselgruppe der Salomonen umfasst Hunderte Inseln und kleinere Atolle. Sie liegt recht isoliert. Viele der dort lebenden Säuger sind nirgendwo sonst auf der Erde zu finden.

Na wyspach Salomona, położonych na wschód od Papui-Nowej Gwinei, odkryty został nowy gatunek wielkiego szczura. Dotychczas o zwierzaku opowiadali tylko tubylcy, twierdzili, że żyje na drzewach i żywi się mlekiem kokosowym. I rzeczywiście, już od dawna naukowcy odkrywali orzechy kokosowe z ogromnymi dziurami w skorupach. Teraz znaleźli wreszcie zwierzę, które te dziury wygryza. Trzeba chyba jednak powiedzieć – wygryzało, bo możliwe, że szczura przedtem nie było, a teraz znowu nie będzie – jedyny znaleziony okaz po zbadaniu – zdechł.

Vika ma (miała) około pół metra długości, waży(ła) pół kilo, ma (miała) bardzo długi nieowłosiony ogon pokryty łuskami.

Archipelag wysp Salomona to kilkaset małych i większych wysp powstałych wokół małych atoli. Wyspy są odizolowane od reszty świata i przechowują się na nich gatunki zwierząt i roślin, gdzie indziej już dawno wymarłe. W ścisłej izolacji lokalne gatunki rozwijają się inaczej i nie są podobne do swych pobratymców. Tak właśnie było z Vikami. Viki przybyły prawdopodobnie na wyspy Salomona z jakimiś niesionymi falą i wiatrem resztkami roślin. Skąd – nauka nie podaje.

***
Myszeida! Na pewno! Przecież ta Uromys to stara mysz! (Po sprawdzeniu okaże się niestety, że mysz i owszem, mys, ale nie stara, tylko ogoniasta, uro… Ech, powtórka z Łaciny bez pomocy Orbiliusza by się przydała)

***

Każda Nowa Epoka produkuje Nowego Człowieka. Wierzą w niego i wodzowie totalitarni, i anarchistyczni buntownicy, i charyzmatyczni przywódcy. Od stu lat kreujemy nie tylko Nowego Człowieka, ale też Nową Kobietę i Nowego Mężczyznę. To są jednak byty abstrakcyjne. Tymczasem Nowy Szczur jest faktem naukowym.

***

Na wyspach zatem przechowują się takie stare nikomu już nieznane rasy. Nie mogąc ani powędrować dalej, ani się rozprzestrzenić, ani, co najgorsze, spotkać pobratymców, dysponujących innym niż one kodem genetycznym, trwają w kazirodczym zamknięciu, produkując Nowego Tygrysa, ale też Nowego Szczura czy Nowego Człowieka.

Nowa Kobieta i Nowy Mężczyzna (Homini Novi), którzy rozwinęli się w całkowitej izolacji na Wyspach Wolności i Tolerancji.

Barataria 35 Leśmian 15 Sindbad 7

Ewa Maria Slaska

Tam, w krajach nieznanych…

…wszystko jest zaklęte i zaczarowane. Na każdej wyspie rozkwita inna baśń. W każdej baśni przebywa inna królewna.

To ostatnia już podróż Sindbada. On tego oczywiście nie wie, ale my, czytelnicy, wiemy, że to koniec, zbliżamy się przecież do końca książki. Książka i film posiadają bowiem tę specjalną moc, która na zawsze przepełniła nas przekonaniem, że każda przygoda, chćby najgorsza, ale niestety i najświetniejsza, zawsze się skończy. Choćby miała to być tylko po prostu tylna okładka książki bądź napis the end. Nawet nie happy.

Tym razem w podróż do krajów nieznanych wyruszają z Sindbadem jego wuj Tarabuk, poeta, pokryty własnymi wierszami wytatuowanymi na całym ciele i jego osobisty tautuażysta, określany przez naszego bohatera mianem “Chińczyk”. Wsiadają na statek, jak zawsze w ostatniej chwili (pochyla się nad nimi nieznana wówczas jeszcze z imienia, ale przecież wszechobecna w ludzkim życiu, muza Prokrastynacji). Jak zawsze Diabeł Morski przemyślnie sprawił, iż jeden z nich, a był to tym razem wuj Tarabuk, trzymał w dłoni jego zwiastujący nieszczęścia list.

Jeśli nie dostaje nam wyobraźni, to powiem, że wuj (będący zapewne autoironicznym portretem samego Leśmiana) już w początkach opowieści był niezbyt powabny – niski, brodaty, poczochrany, teraz jednak, pokryty drobniutkimi jak ziarnka maku literkami swych cudownych poematów, stał się wręcz odrażający i, jak to stwierdzili marynarze, przypominał jako żywo dziecię diablicy i orangutana. Wiemy co się stanie: wuj a z nim Chiżczyk i Sindbad zostaną zmuszeni do opuszczenia statku. Tym razem jednak, zanim do tego dojdzie, pojawi się okręt niosących zagładę Purpurowych Feministek. O tak! Pewnie je wyśnił król Mirakles z poprzedniej opowieści. Wybudzony przez Sindbada z błękitnego snu, natychmiast zasnął znowu, by śnić sen purpurowy…

Kapitan spojrzał przez lunetę:

Widzę okręt, zwany Purpurowcem. Załoga jego składa się z okrutnych kobiet-olbrzymek, które zajmują się rozbojem na morzu. Warkocze ich są purpurowe, a twarze piękne i straszne zarazem. Kobiety owe napadają na zbłąkane okręty, biorą w niewolę załogę i sprzedają swych niewolników czarodziejom, którzy zamieszkują wyspy zaklęte. Trudno im stawić opór, gdyż są nadzwyczaj silne. Nic nam jednakże nie pozostaje, jak tylko walczyć do ostatniej kropli krwi! Bądźmy mężni i odważni! Nie ulęknijmy się przemocy tych olbrzymek! Wstyd bowiem okazać się tchórzem wobec kobiet!

O siostry z różowymi parasolkami, zbierające podpisy pod akcją Ratujmy kobiety!

Na pokładzie Purpurowca widniały groźne postacie olbrzymek, które właśnie zaplatały swe purpurowe warkocze, aby im nie przeszkadzały w boju. Zaplatały je szybkimi ruchami białych, cudownych dłoni. Oczy olbrzymek płonęły niby gwiazdy. Wkrótce Purpurowiec zbliżył się do nas o tyle, żeśmy mogli dosłyszeć śpiew strasznych olbrzymek.
– Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! – śpiewały olbrzymki. – Bystry Purpurowiec unosi nas na wzburzonych falach. W świetle czerwonych latarni płoną nasze warkocze szkarłatne. Zaplatajmy je co prędzej, aby nam nie przeszkadzały w bitwie. Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! Dziwaczny Purpurowiec kołysze się na grzbietach fal. Noc nadchodzi. Światło czerwonych latami zabarwia ciemność dokolną. Zaplatajmy co prędzej nasze warkocze szkarłatne. Zbliża się godzina bitwy. Zwycięski Purpurowiec piętrzy się w ciemnościach nocnych. Biada naszym wrogom!

Każdy autor baśni, czy będzie to Szeherezada czy autorzy scenariusza Gry o tron, sięga po utrwalone wzorce opowieści. Purpurowe kobiety o rudych warkoczach siejące postrach wśród mężczyzn to oczywiście Amazonki, ale nie tylko… Najwspanialsza rudowłosa wojowniczka żyła naprawdę. Niestety skończyła tragicznie, ale jej życie było znacznie bardziej fascynujące niż archetypiczne mity: Boadicea czyli Budika.

Urodziła się w 22 roku naszej ery, zmarła w roku 61. Jej imię, pisze Wikipedia, oznacza Zwycięstwo. królowa Icenów zamieszkujących wschodnią Brytanię. Wykorzystując nieobecność rzymskiego namiestnika Brytanii, Swetoniusza Paulinusa, około 60 roku n.e. wznieciła powstanie przeciw Rzymianom, odpowiadając w ten sposób na falę terroru i poniżeń, jaka stała się udziałem Icenów po śmierci jej męża Prasutagusa. Ona sama została wychłostana, obie jej córki publicznie zgwałcone. Boadicea dramatycznie przegrała powstanie: w ostatecznej bitwie zginęło 80 000 Brytów (w tym również kobiety i dzieci) i zaledwie 400 Rzymian. Boadicea popełniła samobójstwo.

Była bardzo wysoka i wyglądała groźnie. Patrzyła srogo, a mówiła ochryple. Wspaniałe włosy bujnie spływały aż po biodra. Do ubioru − niezmiennie nosiła wspaniałą złotą kolię wokół szyi i wielobarwną tunikę. Na tym gruby płaszcz spięty broszą. Gdy przemawiała, chwytała włócznię, aby jeszcze bardziej przestraszyć patrzących.

— Kasjusz Dion Kokcejanus “Historia rzymska” 62, 2

Jeśli zadawałam sobie pytanie, czy pisząc o Purpurowych Wojowniczkach Leśmian mógł znać historię wspaniałej rudowłosej Brytyjki, Wikipedia mi odpowie, że tak – mógł:

Pomnik Boudiki, przedstawiający ją na rydwanie wraz z dwiema córkami, został stworzony w XIX wieku i stoi dziś przy moście westminsterskim. Jest jednym z najbardziej znanych symboli Londynu.

William Cowper (1782) poświęcił jej balladę zatytułowaną Boadicea, również Enya oddaje jej cześć w utworze również zatytułowanym Boadicea (album The Celts), Alfred Tennyson poemat, a Fletcher i Beaumont napisali tragedię Bonduca, opartą na Kronikach Holinsheda, której premiera odbyła się przed 1619 rokiem. W 2003 roku wydana została bestsellerowa tetralogia pt. Boudica, epicka opowieść o losach Boudiki, bazująca na faktach historycznych. Jej autorką jest Manda Scott. Powstał również film pod tytułem Boudica (w USA The Warrior Queen) z 2003 roku. W Civilization V: Bogowie i królowie Boudika jest liderką cywilizacji Celtów.


Statek, na którym płyną Sindbad, wuj i Chińczyk, przegrywa, zresztą z winy nieszczęsnego wuja-poety, walkę z olbrzymkami. Kobiety zabierają ich na Wyspę Szmaragdową – Irlandia? Szmaragdowa Wyspa Elfów? Niestety, to nie elfy zamieszkują tę wyspę, lecz przybywają tu czarnoksiężnicy, którym na targu olbrzymki sprzedają jeńców. Naszą trójkę kupił potworny czarnoksiężnik Barbel o pysku mopsa i przeniósł ich magicznym zaklęciem do swego zamku.

Znaleźliśmy się nagle w komnacie pałacowej o ścianach pozłocistych (…). W głębi komnaty stały trzy otomany: jedna zielona, druga błękitna, trzecia złota. Na zielonej leżała królewna w szatach zielonych, na błękitnej – królewna w szatach błękitnych, a na złotej – królewna w szatach złocistych. Wszystkie trzy królewny zdawały się być nieruchome, drętwe i jakby nieżywe.
W kącie komnaty stał trójnóg, na którym płonął ogień różowy. Ogień ów, zamiast syczeć, wydawał dźwięki melodyjne i taneczne. Czar tych dźwięków był tak nieodparty, żem poczuł w całym ciele niezwalczoną chęć tańca. Barbel pozbawił nas więzów i rzekł:
– Spójrzcie na te trzy królewny, które leżą na trzech otomanach. Są one piękne, ale nieruchome. Sen, podobny do snu wiekuistego, obezwładnił ich ciała. Powołać je do życia można tylko z pomocą tańca. Czy słyszycie muzykę cudowną, która się dobywa z głębi płonącego na trójnogu ognia? Ogień różowy gra im do tańca, lecz trzem królewnom brak trzech tancerzy i dlatego też spoczywają na otomanach – nieruchome, drętwe i nieżywe. Nabyłem was w tym celu, abyście spełniali przy królewnach czynność wiernych tancerzy. Zbliżcie się do nich i zaproście je do tańca, a natychmiast ożyją i powstaną, i wesprą się na waszych ramionach, aby wespół z wami wirować w tańcu zaklętym.

To kolejne senne królewny w leśmianowskiej opowieści. Najpierw była Urgela, potem Chryzeida, teraz były już trzy – błękitna, zielona i złota.

Królewny powstały ze swych otoman i pochyliły się ku naszym ramionom. Ujęliśmy je wpół i rozpoczęliśmy taniec zaklęty. Upojony melodyjnymi dźwiękami płonącego ognia zwiewnie wirowałem po komnacie wraz z moją królewną błękitną. Chińczyk tańczył ze zwinnością wiewiórki i tak szybko, że złota królewna zdawała się migotać w jego objęciach. Wuj Tarabuk potykał się co chwila o zieloną szatę swej damy, ale tańczył mimo to z wielką starannością i sumiennością.

Było im pisane pląsać tak aż do upadłego, a tańca nie dało się przerwać. Mieli tańczyć, póki wyczerpani nie skonają ze zmęczenia. Ich tancerki wcale zresztą nie były prawdziwymi królewnami – zielona była płaczącą wierzbą, niebieska – strumieniem, a złota – złotą rybką igrajacą w falach potoku. Jako młode kobiety były piękne, ale przeogromnie nieszczęśliwe i zmęczone nieustannym tańcem, którym zabijały swoich partnerów. Jedno tylko mogło zniweczyć zły czar – trzeba było zdmuchnąć różowy zaklęty ogień… Jednak jak dotąd żadnemu z tancerzy się to nie udało, również Chińczyk i Sindbad ponieśli porażkę, gdy tymczasem pokraczny i dziwaczny wuj Tarabauk… O tak, to poeta zdmuchnął płomień i uwolnił ich wszystkich z mocy Zła! Znaleźli się w nieznanej dolinie, pełnej kwiatów i krzewów, gdzie ocieniony gałęziami wierzby z wolna płynął strumyk, a w nim pląsała radośnie złota rybka. Uciekli czym prędzej, dotarli na brzeg wyspy, gdzie akurat (pamiętamy ta słowo? akurat) przepływał statek.


To już koniec przygód Sindbada żeglarza. Powrócili z wujem do domu (czyli do swoich stu pałacy w stu ogrodach). Trzeba jeszcze tylko napisać, jakie były ich dalsze losy. Otóż załoga okrętu, którym wracali do Persji, składała się z rozmaitych osób. Uwagę naszych poszukiwaczy przygód zwróciła pewna piękna dziewczyna oraz pewna wiekowa już, ale bardzo miła jejmość. Dziewczyna okazała się córką jednego ze sławnych podróżników, zaś jejmość – wdową po kupcu perskim. Dziewczynie było na imię Arkela, zaś jejmości – Barabakasentoryna. Arkela oczarowała Sindbada, który oświadczył się jej niezwłocznie i został przyjęty. Wuj Tarabuk zachwycił się otyłą nieco postacią Barabakasentoryny. Idąc w  ślady siostrzeńca nie zwlekał ani chwili, jeno od razu wyjawił jej chęć ożenku. Narzeczona zażądała jednak usunięcia z ciała poety paskudnego tatuażu. Nie pomogły tłumaczenia, że to wiekopomne dzieło poetyckie. Nie znoszę książek i nigdy ich nie czytam – oznajmiła Barabakasentoryna, podając poecie wonne zioła, zmywające każdą plamę.

Odtąd żyliśmy spokojnie w pałacu rodzinnym. Diabeł Morski już nie nawiedzał mię we śnie i nie kusił do podróży, ponieważ stałem się człowiekiem żonatym i poważnym.
Wuj Tarabuk od czasu do czasu próbuje pisać wiersze, ale Barabakasentoryna drze je na drobne kawałki, bo nie znosi poezji. Wuj pozwala jej na wszystko i nigdy się jej nie sprzeciwi.
Sam jej przynosi każdy świeżo napisany wiersz i mawia zazwyczaj:
– Moja droga Barabakasentoryńciu! Przynoszę ci tu wierszyk, abyś go mogła zawczasu zniszczyć.
I Barabakasentoryna niszczy bezlitośnie utwory wuja.


Imaginacja to czy upoetyzowana opowieść o życiu poety…? Chyba póki co – tylko zabawa literacka. Z biografii Zofii z Chylińskiech Leśmianowej, wykształconej w Akademii Juliana w Paryżu malarki, wynika, że Sindbad żeglarz powstał jeszcze w czasie, gdy Zofia i Bolesław byli zgodnym i kochającym się małżeństwem. Już wkrótce potem bywało różnie, o czym więcej TU. Ale nawet wtedy, gdy działo się źle, Zofia bardzo szanowała twórczość swojego męża. Ba, sam Leśmian napisał w liście do Miriama: Pod względem twórczości jest mi teraz tak dobrze, jak nigdy. Pracuję co dzień. Zawdzięczam to mojej żonie, która mnie z upadków moich własnoręcznie podniosła (…). Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy.

Z reguły starałam się odkryć cztery reguły, które wynikają z przytoczonej opowieści o kolejnej awanturze Sindbada, teraz, na zakończenie, pokuszę się o cztery Wielkie Kategorie Logiczne bajek pana Leśmiana, a może w ogóle każdej bajki:

Zacznę od ostatniej, ale za to najważniejszej:

  1. Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy. Czyli, jak głosiła Maria Trapp w Dźwięku muzyki: My nie jesteśmy biedni, my tylko nie mamy pieniędzy
  2. Każda bajka się kończy, każda bajkowa księżniczka znika, przedtem jednak zdąży nam pożreć ostatnie bajkowe brylanty. Czyli nie zapominajmy, że najczęściej życie nam da wybór – albo wolność i klepanie biedy, albo niewola i bogactwo. A poza tym, że zacytuję popularny przed laty żarcik: ile się tych żab trzeba nacałować, żeby trafić na księcia lub księżniczkę.
  3. Potwory nas przestaną nawiedzać i kusić przygodą, jeśli się ustatkujemy, co być może oznacza również, że jeśli nie spoważniejemy, wciąż będziemy przeżywać przygody. Ale może jest na odwrót, jak z kolei głosiła moja babcia, zresztą chyba rówieśnica Marii Trapp: trzeba się najpierw porządnie sparzyć na kontaktach z księżniczkami i książętami, aby docenić zwykłego męża i zwykłą żonę.
  4. I wreszcie moja własna mądrość: nie łudźmy się, nawet jeśli nam się trafi książę lub księżniczka, zamieni się przy nas w żabę, a różnica między czarodziejką i czarownicą (a i czarodziejskim księciem i czarownikiem Gargamelem) to jakieś dwadzieścia lat. Przyzwyczajenia…

Barataria 34 Leśmian 14 Sindbad 6

Ewa Maria Slaska

Zaklęte krainy

Cel mej podróży jest, powiada Sindbad, jak zawsze, niewiadomy. Jadę tam, dokąd mię wicher poniesie i dokąd skieruje mię wola niepokonanych czarów.

Popłynął tam samiutki, zmuszony do opuszczenia okrętu, w łódce wiosłowej. I, rzecz jasna, wspomina, że płynął tak trzy dni i trzy noce, aż dnia czwartego ukazały mu się brzegi nieznanej wyspy porośniętej bujną roślinnością. Tysiące barwnych ptaków napełniało powietrze swym śpiewem. Pobiegłem wesoło w gęstwę leśną w tej myśli, iż znajdę tam pod dostatkiem owoców, którymi zaspokoję głód i pragnienie. I rzeczywiście, znalazłem mnóstwo kokosów, bananów, drzew chlebowych oraz winogron. Nasyciwszy głód owocami postanowiłem zwiedzić wyspę, aby się przekonać, gdzie jestem.

Aczkolwiek wyspa zrazu jawiła się Sindbadowi jako bezludna, rychło jednak spotkał on nieszczęsnego staruszka. Dziadunio umierał z pragnienia i Sindbad ochoczo przystał na propozycję, by zanieść go do źródła, gdzieby mógł swe pragnienie ugasić. Ruszył dziarsko przed siebie, by jednak po niewczasie dowiedzieć się od swego jeźdźca, że jest li tylko jego wierzchowcem i to raczej krnąbrnym i zbyt powolnym, wierzchowcem, którego staruch zamierza zajeździć na śmierć. Przez dwa dni i dwie noce biegł po wyspie bez wypoczynku i wytchnienia. Nasz przemyślny wędrowiec zdołał jednak upić wstrętnego dziadygę sokiem z winogron zrywanych w biegu. Tak to już jest na tych wyspach magicznych, że nawet w nieszczęściu zaoferują nam pomoc, nawet jeśli miałaby byc tak dziwaczna, jak wino rosnące na krzakach. Sindbad pozbył się natrętnego jeźdźca i uciekł odeń jak najszybciej.

Przebiegając koło gęstwiny nieznanych mi krzewów spostrzegłem ukosem kwiat tak dziwny i niezwykły, żem przystanął zwabiony jego widokiem. Był to kwiat drobny, lecz utkany ze złotego płomienia, który jarzył się tak mocno i rzęsiście, że dłonią przesłoniłem oczy, oślepione cudownym blaskiem.
Zerwałem kwiat ostrożnie, bojąc się, że mię sparzy swym płomiennym kielichem. Przekonałem się jednak, że płomień tego kwiecia wcale nie parzy, lecz nieci swym dotykiem siły żywotne i budzi ze wszelkiej ospałości. Natychmiast opuściło mię znużenie i uczułem się niby ockniony z ciężkiego snu.
Schowałem kwiat w zanadrze, aby go mieć bliżej serca, które pod wpływem jego ciepła zabiło mocniej i radośniej. Zdawało mi się, że wciąż i nieustannie ocykam się z rozmaitych przykrych snów. Pełen tych ocknień pobiegłem dalej.

Czarodziejski kwiat pozwolił Sindbadowi zaprzyjaźnić się z czarodziejskim młodzieńcem.

Sen… we mnie, sen… poza mną, sen… po nade mną! – odpowiedział młodzieniec. – Jestem tym, który nie zaznał na ziemi nic prócz snu. Nadaremnie co rok odwiedzam tę wyspę! Nadaremnie szukam płomiennego kwiecia, którego dotyk obdarza ocknieniem! Sen… w pobliżu, sen… z dala, sen… wokół, sen… wszędy! Oczy moje nigdy dotąd nie widziały jawy – jeno dźwięki i szumy, i szelesty, i głosy dolatują mię z tego świata, który jest rzeczywistością. Na północnym brzegu tej wyspy znajduje się gród zaklęty. Król tego grodu nazywa się Mirakles. Tysiące milionów lat temu Mirakles przybył na tę wyspę bezludną i znużony podróżą położył się na jej brzegu zielonym, aby się snem pokrzepić. Położył się i zasnął. I przyśnił mu się ogród olbrzymi i tysiące poddanych, i piękna królewna Chryzeida, i pałace, i ogrody, i góry, i rzeki, i strumienie, i ptaki, i kwiaty, i drzewa. A cokolwiek śnił w sobie, to poza nim działo się na wyspie i dzieje się dotąd. Nie istnieje naprawdę, jeno dzieje się i dzieje bez końca! Od tysiąca milionów lat król się nie zbudził i wciąż leży na północnym brzegu wyspy i śni swój sen odwieczny. Możesz własnymi oczyma oglądać jego gród olbrzymi i jego poddanych, i piękną królewnę Chryzeidę, i pałace, i ogrody… Wszystko to – wyśnione i znużone snem, i spragnione od wieków gromadnego ocknienia! Wszystko to zniknie bez śladu w chwili, gdy król się obudzi. Wszakże król się obudzić nie może i poddani jego nadaremnie zakłócają jego sen wielmożny głośną skargą i lamentem! Oczy ich są błękitne i ślepe jak moje. Nie widzą nic prócz wyśnionych przez króla przedmiotów. Nie widzą nic, tylko słyszą… I znużeni są wieczną ślepotą, i zmęczeni są wiecznym nasłuchiwaniem szumów, szelestów i odgłosów. Trzy tysiące lat temu królewna Chryzeida posłyszała szelest płomiennego kwiecia, które rośnie na tej wyspie, a którego dotyk budzi z najcięższych snów. Od owego czasu ja, poddany króla Miraklesa i ulubiony paź królewny Chryzeidy, co rok udaję się w głąb wyspy, aby błądzić po omacku i szukać zbawiennego kwiecia. Lecz poszukiwania moje pełzną na niczym. O, kiedyż nareszcie obudzi się Mirakles! O, kiedyż nareszcie my – jego poddani – odpoczniemy od jego odwiecznych snów i rozwiejemy się w nic, jak czynią sny innych ludzi!

Sindbad i młodzieniec podążyli czym prędzej do błękitnych ogrodów króla Miraklesa, błękitnych, bo sen króla był wyłącznie błękitny.

Oczywiście nie mogę tu nie przerwać tej bajecznej opowieści i nie powiedzieć, że błękitny ogród to niewątpliwie “mój” zaczarowany ogród, bo błękit to moim zdaniem najbardziej czarodziejski kolor na świecie. Zaczarowany kwiat romantyków, Novalisa, Eichendorfera – chaber, jest też błękitny.

Królewna Chryzeida okazała się (oczywiscie) zjawiskową pięknością. Sindbad, jak zwykle, gotowy zakochać się w pięknej buzi, zaczął się nawet wahać, czy w ogóle chce budzić króla z jego odwiecznego snu, ale królewna, aczkolwiek tylko mara senna, okazała niezłomną wolę.

Królewna zwiewnym krokiem pobiegła naprzód, wlokąc mię za rękę, której nie wypuszczała ze swej dłoni. Tłum falując błękitnymi szatami sunął w ślad za nią i za mną.
Dotarliśmy do północnego brzegu wyspy. Na brzegu owym leżał pogrążony we śnie król Mirakles. Był tak olbrzymi, że robił wrażenie żywego wzgórza, które przez sen poruszało się z lekka od westchnień. Tłumy przezeń wyśnione wzdychały, gdy wzdychał – przecierały oczy, gdy on je dłonią przecierał – płakały, gdy on przez sen płakał.
– Wyjmij kwiat z zanadrza! – rzekła królewna. Wyjąłem kwiat, który płomieni! się na swej łodydze.
– Zbliż się do króla! – rzekła znowu królewna.
– Zbudź go!… Zbudź go!… Zbudź go!… – zawołały tłumy. (…)

Pośpiesznie oddaliłem się od ocknionego olbrzyma, gdyż właśnie spostrzegłem okręt, który płynął tuż koło brzegu. Dałem znak dłonią i okręt zatrzymał się natychmiast.

Wbiegłem szybko na pokład i poradziłem kapitanowi, aby niezwłocznie odbił od brzegu, bałem się bowiem olbrzymiego króla. Odpłynęliśmy już dość daleko, gdym posłyszał nagle głos króla Miraklesa, który znowu mówił sam do siebie:

– Położę się na brzegu swej wyspy i zasnę innym snem. Po śnie błękitnym chcę mieć sen purpurowy!

Król Mirakles ziewnął i znowu położył się na brzegu wyspy. Zapewne zasnął natychmiast, gdyż z pokładu okrętu i ja, i kapitan, i marynarze ujrzeliśmy nagle, że na wyspie powstaje kolejno i stopniowo cudowny gród, pełen purpurowych pałaców, purpurowych drzew i kwiatów, i ptaków. Po chwili gród ten zapełnił się ludnością w purpurowych szatach i zdawało mi się, żem wyróżnił wśród tłumów nowopowstałą królewnę równie piękną jak znikniona Chryzeida.

Nie sądzę, by Wes Anderson kręcąc kultowy The Darjeeling Limited przeczytał uprzednio szósty rozdział Sindbada, a przecież gdy zaczyna się przygoda trzech szalonych braci, wsiadają oni do pociągu, w którym wszystko jest błękitne, również strój księżniczki/stewardessy, gdy przygoda się kończy – pojawia się pociąg, w którym wszystko jest purpurowe.