Barataria 35 Leśmian 15 Sindbad 7

Ewa Maria Slaska

Tam, w krajach nieznanych…

…wszystko jest zaklęte i zaczarowane. Na każdej wyspie rozkwita inna baśń. W każdej baśni przebywa inna królewna.

To ostatnia już podróż Sindbada. On tego oczywiście nie wie, ale my, czytelnicy, wiemy, że to koniec, zbliżamy się przecież do końca książki. Książka i film posiadają bowiem tę specjalną moc, która na zawsze przepełniła nas przekonaniem, że każda przygoda, chćby najgorsza, ale niestety i najświetniejsza, zawsze się skończy. Choćby miała to być tylko po prostu tylna okładka książki bądź napis the end. Nawet nie happy.

Tym razem w podróż do krajów nieznanych wyruszają z Sindbadem jego wuj Tarabuk, poeta, pokryty własnymi wierszami wytatuowanymi na całym ciele i jego osobisty tautuażysta, określany przez naszego bohatera mianem “Chińczyk”. Wsiadają na statek, jak zawsze w ostatniej chwili (pochyla się nad nimi nieznana wówczas jeszcze z imienia, ale przecież wszechobecna w ludzkim życiu, muza Prokrastynacji). Jak zawsze Diabeł Morski przemyślnie sprawił, iż jeden z nich, a był to tym razem wuj Tarabuk, trzymał w dłoni jego zwiastujący nieszczęścia list.

Jeśli nie dostaje nam wyobraźni, to powiem, że wuj (będący zapewne autoironicznym portretem samego Leśmiana) już w początkach opowieści był niezbyt powabny – niski, brodaty, poczochrany, teraz jednak, pokryty drobniutkimi jak ziarnka maku literkami swych cudownych poematów, stał się wręcz odrażający i, jak to stwierdzili marynarze, przypominał jako żywo dziecię diablicy i orangutana. Wiemy co się stanie: wuj a z nim Chiżczyk i Sindbad zostaną zmuszeni do opuszczenia statku. Tym razem jednak, zanim do tego dojdzie, pojawi się okręt niosących zagładę Purpurowych Feministek. O tak! Pewnie je wyśnił król Mirakles z poprzedniej opowieści. Wybudzony przez Sindbada z błękitnego snu, natychmiast zasnął znowu, by śnić sen purpurowy…

Kapitan spojrzał przez lunetę:

Widzę okręt, zwany Purpurowcem. Załoga jego składa się z okrutnych kobiet-olbrzymek, które zajmują się rozbojem na morzu. Warkocze ich są purpurowe, a twarze piękne i straszne zarazem. Kobiety owe napadają na zbłąkane okręty, biorą w niewolę załogę i sprzedają swych niewolników czarodziejom, którzy zamieszkują wyspy zaklęte. Trudno im stawić opór, gdyż są nadzwyczaj silne. Nic nam jednakże nie pozostaje, jak tylko walczyć do ostatniej kropli krwi! Bądźmy mężni i odważni! Nie ulęknijmy się przemocy tych olbrzymek! Wstyd bowiem okazać się tchórzem wobec kobiet!

O siostry z różowymi parasolkami, zbierające podpisy pod akcją Ratujmy kobiety!

Na pokładzie Purpurowca widniały groźne postacie olbrzymek, które właśnie zaplatały swe purpurowe warkocze, aby im nie przeszkadzały w boju. Zaplatały je szybkimi ruchami białych, cudownych dłoni. Oczy olbrzymek płonęły niby gwiazdy. Wkrótce Purpurowiec zbliżył się do nas o tyle, żeśmy mogli dosłyszeć śpiew strasznych olbrzymek.
– Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! – śpiewały olbrzymki. – Bystry Purpurowiec unosi nas na wzburzonych falach. W świetle czerwonych latarni płoną nasze warkocze szkarłatne. Zaplatajmy je co prędzej, aby nam nie przeszkadzały w bitwie. Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! Dziwaczny Purpurowiec kołysze się na grzbietach fal. Noc nadchodzi. Światło czerwonych latami zabarwia ciemność dokolną. Zaplatajmy co prędzej nasze warkocze szkarłatne. Zbliża się godzina bitwy. Zwycięski Purpurowiec piętrzy się w ciemnościach nocnych. Biada naszym wrogom!

Każdy autor baśni, czy będzie to Szeherezada czy autorzy scenariusza Gry o tron, sięga po utrwalone wzorce opowieści. Purpurowe kobiety o rudych warkoczach siejące postrach wśród mężczyzn to oczywiście Amazonki, ale nie tylko… Najwspanialsza rudowłosa wojowniczka żyła naprawdę. Niestety skończyła tragicznie, ale jej życie było znacznie bardziej fascynujące niż archetypiczne mity: Boadicea czyli Budika.

Urodziła się w 22 roku naszej ery, zmarła w roku 61. Jej imię, pisze Wikipedia, oznacza Zwycięstwo. królowa Icenów zamieszkujących wschodnią Brytanię. Wykorzystując nieobecność rzymskiego namiestnika Brytanii, Swetoniusza Paulinusa, około 60 roku n.e. wznieciła powstanie przeciw Rzymianom, odpowiadając w ten sposób na falę terroru i poniżeń, jaka stała się udziałem Icenów po śmierci jej męża Prasutagusa. Ona sama została wychłostana, obie jej córki publicznie zgwałcone. Boadicea dramatycznie przegrała powstanie: w ostatecznej bitwie zginęło 80 000 Brytów (w tym również kobiety i dzieci) i zaledwie 400 Rzymian. Boadicea popełniła samobójstwo.

Była bardzo wysoka i wyglądała groźnie. Patrzyła srogo, a mówiła ochryple. Wspaniałe włosy bujnie spływały aż po biodra. Do ubioru − niezmiennie nosiła wspaniałą złotą kolię wokół szyi i wielobarwną tunikę. Na tym gruby płaszcz spięty broszą. Gdy przemawiała, chwytała włócznię, aby jeszcze bardziej przestraszyć patrzących.

— Kasjusz Dion Kokcejanus “Historia rzymska” 62, 2

Jeśli zadawałam sobie pytanie, czy pisząc o Purpurowych Wojowniczkach Leśmian mógł znać historię wspaniałej rudowłosej Brytyjki, Wikipedia mi odpowie, że tak – mógł:

Pomnik Boudiki, przedstawiający ją na rydwanie wraz z dwiema córkami, został stworzony w XIX wieku i stoi dziś przy moście westminsterskim. Jest jednym z najbardziej znanych symboli Londynu.

William Cowper (1782) poświęcił jej balladę zatytułowaną Boadicea, również Enya oddaje jej cześć w utworze również zatytułowanym Boadicea (album The Celts), Alfred Tennyson poemat, a Fletcher i Beaumont napisali tragedię Bonduca, opartą na Kronikach Holinsheda, której premiera odbyła się przed 1619 rokiem. W 2003 roku wydana została bestsellerowa tetralogia pt. Boudica, epicka opowieść o losach Boudiki, bazująca na faktach historycznych. Jej autorką jest Manda Scott. Powstał również film pod tytułem Boudica (w USA The Warrior Queen) z 2003 roku. W Civilization V: Bogowie i królowie Boudika jest liderką cywilizacji Celtów.


Statek, na którym płyną Sindbad, wuj i Chińczyk, przegrywa, zresztą z winy nieszczęsnego wuja-poety, walkę z olbrzymkami. Kobiety zabierają ich na Wyspę Szmaragdową – Irlandia? Szmaragdowa Wyspa Elfów? Niestety, to nie elfy zamieszkują tę wyspę, lecz przybywają tu czarnoksiężnicy, którym na targu olbrzymki sprzedają jeńców. Naszą trójkę kupił potworny czarnoksiężnik Barbel o pysku mopsa i przeniósł ich magicznym zaklęciem do swego zamku.

Znaleźliśmy się nagle w komnacie pałacowej o ścianach pozłocistych (…). W głębi komnaty stały trzy otomany: jedna zielona, druga błękitna, trzecia złota. Na zielonej leżała królewna w szatach zielonych, na błękitnej – królewna w szatach błękitnych, a na złotej – królewna w szatach złocistych. Wszystkie trzy królewny zdawały się być nieruchome, drętwe i jakby nieżywe.
W kącie komnaty stał trójnóg, na którym płonął ogień różowy. Ogień ów, zamiast syczeć, wydawał dźwięki melodyjne i taneczne. Czar tych dźwięków był tak nieodparty, żem poczuł w całym ciele niezwalczoną chęć tańca. Barbel pozbawił nas więzów i rzekł:
– Spójrzcie na te trzy królewny, które leżą na trzech otomanach. Są one piękne, ale nieruchome. Sen, podobny do snu wiekuistego, obezwładnił ich ciała. Powołać je do życia można tylko z pomocą tańca. Czy słyszycie muzykę cudowną, która się dobywa z głębi płonącego na trójnogu ognia? Ogień różowy gra im do tańca, lecz trzem królewnom brak trzech tancerzy i dlatego też spoczywają na otomanach – nieruchome, drętwe i nieżywe. Nabyłem was w tym celu, abyście spełniali przy królewnach czynność wiernych tancerzy. Zbliżcie się do nich i zaproście je do tańca, a natychmiast ożyją i powstaną, i wesprą się na waszych ramionach, aby wespół z wami wirować w tańcu zaklętym.

To kolejne senne królewny w leśmianowskiej opowieści. Najpierw była Urgela, potem Chryzeida, teraz były już trzy – błękitna, zielona i złota.

Królewny powstały ze swych otoman i pochyliły się ku naszym ramionom. Ujęliśmy je wpół i rozpoczęliśmy taniec zaklęty. Upojony melodyjnymi dźwiękami płonącego ognia zwiewnie wirowałem po komnacie wraz z moją królewną błękitną. Chińczyk tańczył ze zwinnością wiewiórki i tak szybko, że złota królewna zdawała się migotać w jego objęciach. Wuj Tarabuk potykał się co chwila o zieloną szatę swej damy, ale tańczył mimo to z wielką starannością i sumiennością.

Było im pisane pląsać tak aż do upadłego, a tańca nie dało się przerwać. Mieli tańczyć, póki wyczerpani nie skonają ze zmęczenia. Ich tancerki wcale zresztą nie były prawdziwymi królewnami – zielona była płaczącą wierzbą, niebieska – strumieniem, a złota – złotą rybką igrajacą w falach potoku. Jako młode kobiety były piękne, ale przeogromnie nieszczęśliwe i zmęczone nieustannym tańcem, którym zabijały swoich partnerów. Jedno tylko mogło zniweczyć zły czar – trzeba było zdmuchnąć różowy zaklęty ogień… Jednak jak dotąd żadnemu z tancerzy się to nie udało, również Chińczyk i Sindbad ponieśli porażkę, gdy tymczasem pokraczny i dziwaczny wuj Tarabauk… O tak, to poeta zdmuchnął płomień i uwolnił ich wszystkich z mocy Zła! Znaleźli się w nieznanej dolinie, pełnej kwiatów i krzewów, gdzie ocieniony gałęziami wierzby z wolna płynął strumyk, a w nim pląsała radośnie złota rybka. Uciekli czym prędzej, dotarli na brzeg wyspy, gdzie akurat (pamiętamy ta słowo? akurat) przepływał statek.


To już koniec przygód Sindbada żeglarza. Powrócili z wujem do domu (czyli do swoich stu pałacy w stu ogrodach). Trzeba jeszcze tylko napisać, jakie były ich dalsze losy. Otóż załoga okrętu, którym wracali do Persji, składała się z rozmaitych osób. Uwagę naszych poszukiwaczy przygód zwróciła pewna piękna dziewczyna oraz pewna wiekowa już, ale bardzo miła jejmość. Dziewczyna okazała się córką jednego ze sławnych podróżników, zaś jejmość – wdową po kupcu perskim. Dziewczynie było na imię Arkela, zaś jejmości – Barabakasentoryna. Arkela oczarowała Sindbada, który oświadczył się jej niezwłocznie i został przyjęty. Wuj Tarabuk zachwycił się otyłą nieco postacią Barabakasentoryny. Idąc w  ślady siostrzeńca nie zwlekał ani chwili, jeno od razu wyjawił jej chęć ożenku. Narzeczona zażądała jednak usunięcia z ciała poety paskudnego tatuażu. Nie pomogły tłumaczenia, że to wiekopomne dzieło poetyckie. Nie znoszę książek i nigdy ich nie czytam – oznajmiła Barabakasentoryna, podając poecie wonne zioła, zmywające każdą plamę.

Odtąd żyliśmy spokojnie w pałacu rodzinnym. Diabeł Morski już nie nawiedzał mię we śnie i nie kusił do podróży, ponieważ stałem się człowiekiem żonatym i poważnym.
Wuj Tarabuk od czasu do czasu próbuje pisać wiersze, ale Barabakasentoryna drze je na drobne kawałki, bo nie znosi poezji. Wuj pozwala jej na wszystko i nigdy się jej nie sprzeciwi.
Sam jej przynosi każdy świeżo napisany wiersz i mawia zazwyczaj:
– Moja droga Barabakasentoryńciu! Przynoszę ci tu wierszyk, abyś go mogła zawczasu zniszczyć.
I Barabakasentoryna niszczy bezlitośnie utwory wuja.


Imaginacja to czy upoetyzowana opowieść o życiu poety…? Chyba póki co – tylko zabawa literacka. Z biografii Zofii z Chylińskiech Leśmianowej, wykształconej w Akademii Juliana w Paryżu malarki, wynika, że Sindbad żeglarz powstał jeszcze w czasie, gdy Zofia i Bolesław byli zgodnym i kochającym się małżeństwem. Już wkrótce potem bywało różnie, o czym więcej TU. Ale nawet wtedy, gdy działo się źle, Zofia bardzo szanowała twórczość swojego męża. Ba, sam Leśmian napisał w liście do Miriama: Pod względem twórczości jest mi teraz tak dobrze, jak nigdy. Pracuję co dzień. Zawdzięczam to mojej żonie, która mnie z upadków moich własnoręcznie podniosła (…). Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy.

Z reguły starałam się odkryć cztery reguły, które wynikają z przytoczonej opowieści o kolejnej awanturze Sindbada, teraz, na zakończenie, pokuszę się o cztery Wielkie Kategorie Logiczne bajek pana Leśmiana, a może w ogóle każdej bajki:

Zacznę od ostatniej, ale za to najważniejszej:

  1. Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy. Czyli, jak głosiła Maria Trapp w Dźwięku muzyki: My nie jesteśmy biedni, my tylko nie mamy pieniędzy
  2. Każda bajka się kończy, każda bajkowa księżniczka znika, przedtem jednak zdąży nam pożreć ostatnie bajkowe brylanty. Czyli nie zapominajmy, że najczęściej życie nam da wybór – albo wolność i klepanie biedy, albo niewola i bogactwo. A poza tym, że zacytuję popularny przed laty żarcik: ile się tych żab trzeba nacałować, żeby trafić na księcia lub księżniczkę.
  3. Potwory nas przestaną nawiedzać i kusić przygodą, jeśli się ustatkujemy, co być może oznacza również, że jeśli nie spoważniejemy, wciąż będziemy przeżywać przygody. Ale może jest na odwrót, jak z kolei głosiła moja babcia, zresztą chyba rówieśnica Marii Trapp: trzeba się najpierw porządnie sparzyć na kontaktach z księżniczkami i książętami, aby docenić zwykłego męża i zwykłą żonę.
  4. I wreszcie moja własna mądrość: nie łudźmy się, nawet jeśli nam się trafi książę lub księżniczka, zamieni się przy nas w żabę, a różnica między czarodziejką i czarownicą (a i czarodziejskim księciem i czarownikiem Gargamelem) to jakieś dwadzieścia lat. Przyzwyczajenia…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.