Julie II – Głosy z umarłego miasta

Katarzyna Krenz, Głosy z umarłego miasta

Głos I: Theresienstadt
Inwokacja

Ja jestem Miasto Upokorzone
któremu zmieniono kod genetyczny

by zamiast domu stało się trumną
a zamiast schronienia, by dało
pozór życia, prawdę śmierci
a smak ciepłej strawy zastąpiło
pustym garnkiem i garścią zimnego
popiołu.

Nie wierzcie mi, gdy ofiarowuję wam
dach nad głowami.

Odkąd mężczyźni w czarnych płaszczach
nauczyli mnie zdrady zimnego serca

nie ufam nikomu.

*
Terezin (czes. Terezín, niem. Theresienstadt) – miasto i twierdza w Czechach, w kraju Ujskim, nad rzeką Ochrza, na południowy wschód od Litomierzyc. W 1939 roku miasto znalazło się na terenach okupowanego przez III Rzeszę Protektoratu Czech i Moraw. W 1941 roku w tamtejszej twierdzy założono obóz koncentracyjny Theresienstadt, nazywany „modelowym ghettem”. Przeznaczony było głównie dla ludności żydowskiej z terenów niemieckich, czeskich, austriackich i holenderskich oraz dla więźniów politycznych. W obozie przebywało ok. 140 tysięcy osób, z czego zginęło ok. 60 tysięcy; wiele tysięcy wywieziono do innych obozów.

Głos II: Julie

wolfthorn_gNiemiecka malarka, pochodzenia żydowskiego, znakomita portrecistka, graficzka. Studiowała malarstwo w Berlinie, dokąd z czasem przeprowadziła się na stałe. Współzałożycielka (w 1898 r.) „Berlińskiej Secesji” i „Verein der Künstlerinnen und Kunstfreunde Berlin“, w 1905 roku, wraz z 200 innymi artystkami podpisała petycję, żądającą prawa wstępowania do „Preußisch-Königliche Kunstakademie“, która została jednak odrzucona. Wraz z Käthe Kollwitz założyła kooperatywę wystawienniczą „Verbindung Bildender Künstlerinnen“. W 1912 roku powołana (wraz Kollwitz) na dyrektorkę „Secesji“, w 1933 roku przymusowo usunięta. Pozostała jednak w Berlinie, współpracując z „Kulturbund Deutscher Juden“, mimo nacisków ze strony nazistów, którzy ostatecznie  zdelegalizowali tę organizację w 1941 roku, przejmując jej stan posiadania i aresztując członków. W październiku 1942 roku razem z siostrą Louise została deportowana do obozu Theresienstadt, gdzie zmarła dwa lata później, 29 grudnia 1944 roku, w wieku 80 lat.

HedwigLachmann

Portret Hedwig Lachmann namalowany przez Julie Wolfthorn – Hedwig była niemiecką pisarką, poetką i tłumaczką z żydowskiej rodziny (1865 – 1918)

Za zasłoną

Pod cienką warstwą werniksu
ukrywałam nową jakość,
scalając obrazy ponad i poza mną
aby tworzyły osobne światy.

Odgrodzone od siebie –
ja od nich, kobiety z portretów
ode mnie – żegnałyśmy się,
by nigdy więcej się nie spotkać.

A może to tylko ja odeszłam,
a one pozostały w świecie
przedstawionym? Naturalnie,
jeśli nie strawiły ich żywioły –

ognia, wody i nienawiści.

Niebo ginęło za zasłoną dymu i mgły,
gdy stanęłam u wrót miasta-twierdzy.
Spojrzałam na słońce, jakże było
obojętne, płynne jak stal –

I takie już pozostało do końca.

Słońce – martwe. Nieme niebo, nieme
oczy i niemi świadkowie z moich obrazów.
Nikt nie okazał lęku, gdy odchodziłam –
przyjęto spokojnie moją śmierć

ze starości.

Głos III: Friedl

Frederika „Friedl” Dicker-Brandeis urodziła się 30 lipca 1898 roku. Austriacka malarka, projektantka, absolwentka i wykładowczyni w szkole Bauhaus w Weimarze. W grudniu 1942 deportowana wraz z mężem do Terezina, gdzie potajemnie uczyła dzieci rysunku, wierząc, że dzięki sztuce łatwiej im będzie zrozumieć własne uczucia i otaczający świat. We wrześniu 1944 roku jej męża wysłano do Oświęcimia; aby się z nim nie rozłączać, Friedl zgłosiła się na ochotnika do następnego transportu. Przed odjazdem przekazała przełożonej z Domu dla Dziewcząt L 410, Rai Engländerovej, dwie walizki zawierające 4500 rysunków swoich uczniów. Zginęła w obozie 9 października 1944 roku; jej mąż, Pavel Brandeis, przeżył wojnę.

Dotyk koloru

Na przekór czynom i słowom okrutnym
do końca widziała świat w kolorach –
by zgodzić się na rzeczywistość,
by nie godzić się na rzeczywistość

Z małego okna na poddaszu w T.
rozciągał się widok na obce choć piękne
pole z jednym drzewem pośrodku,
które samo w sobie stanowiło
rzeczywistość wbrew rzeczywistości.

Któregoś dnia meteor wojny uderzył
w zieleń trawy na polu i w białą chmurę
nieba i jabłoni. To był znak, meteory i komety
zazwyczaj odczytujemy jako znaki. Wtedy
Friedl zaczęła malować swój ostatni obraz:
ziemię rozdartą, spaloną. I drzewo całe we krwi.

Do obozu w A., oprócz walizki z podręcznymi
rzeczami i pudełka kredek zabrała tamten widok z okna
kolorowy, zapamiętany. Tylko obrazki dzieci,
ukryte na strychu – tylko one przetrwały.

Głos IV: Post Scriptum

(Szeptem)

W czasach pokoju może wystarczyłoby powiedzieć: jestem.

Starą kobietą. Malarką. Osobą. Wojnie to nie wystarczyło. Dopatrzyła się słabości waszego prawa do wolności sztuki, do ucieczki w obraz daleki i wyzwolony, dokąd tylko wybrańcy mogą wejść i zanurzyć się w tęczy. Wojnie niewiele trzeba, by złamać prawo i zabić starą kobietę, która mówi szeptem albo nie mówi już nic. I nawet już nie maluje, tylko szkicuje cienkim grafitem na skrawku nieba.

Bracia Snu

I powiedzieliśmy: bracia, nastał świt,
porzućmy tarczę naszej zemsty, oto
zakopany gniewny miecz Odyna –

tylko cmentarze będą pamiętać.

Siostry, zaśpiewajcie protest-song!
Odtąd wonne przetwory z pigwy
niech warzą się w jasnym ogniu spokoju –

bo nasze wiosło z kości słoniowej*,
a sztandar nie z krwi, lecz z jedwabiu
i w sadach owoc dojrzewa.

Bracia i siostry! I trwać będziemy
w porządku sumienia, poddani
dyktaturze nowego dnia i czystych

sformułowań rozumu.

Trwajmy.

* Parafraza z poematu Théophile Gautier, z cyklu L’Île Inconnue, do którego Hector Berlioz skomponował muzykę w 1841 roku. Dokładnie 100 lat później, w 1941 roku, powstał obóz koncentracyjny Theresienstadt.

Julie I – Wilczyca z Torunia

Julie_WolfthornNie gehört, nicht wahr?

Julie Wolfthorn

Nigdy o niej nie słyszeliście, prawda?

Rozpoczynamy dziś na blogu krótki cykl wpisów o Julie Wolfthorn – dziś, jutro i pojutrze zamieścimy posty o tej malarce, o której nikt  nigdy nie słyszał, a i nie każdy historyk sztuki się z nią zetknął. Pomysł napisania o Julie wyszedł od Lidii Głuchowskiej.

Heute, morgen und übermorgen schreiben wir über Julie.

Urodziła się 8 stycznia 1864 w Thorn czyli Toruniu jako Julie Wolff, zmarła 29 grudnia 1944 roku w Theresienstadt. Pochodziła z rodziny żydowskiej, była niemiecką malarką i graficzką. Gdy zaczęła malować odjęła od nazwiska Wolff jedno f, co zmieniło je w Wilka, a dodała nazwę miasta, z którego pochodziła – Julie Wolfthorn. Piękne – Wilczyca z Torunia. Umarła w Teresinie, pokazowym niemieckim obozie koncentracyjnym. Do końca życia malowała.

Okazją do przypomnienia Julie jest wystawa przygotowywana właśnie w Galerie Die Insel w Berlinie – galerii należącej do Berliner Fraueninitiative Xanthippe e.V. – Inicjatywy Kobiecej Ksantypa. Kuratorinnen / Kuratorki: Ilse-Maria Dorfstecher, Gabriela Ivan, Sabine Krusen.

19.04.2013, Freitag / piątek, 19:00 Uhr, Vernissage
»Wieder im Licht – geehrt ausgegrenzt wiederentdeckt«

Kate Diehn-Bitt | Oda Hardt-Rösler | Käthe Loewenthal
Käthe Münzer-Neumann | Lene Schneider-Kainer | Hedwig Woermann | Julie Wolfthorn | Augusta von Zitzewitz
(bis / do 25.05.2013)
Insel-Galerie – Torstraße 207, 10115 Berlin

Tytuł wystawy trudno tak dobrze przetłumaczyć na polski, jak brzmi po niemiecku. Wieder im Licht – Znowu w świetle. Wystawa o malarkach: geehrt ausgegrentzt wiederentdeckt – cenione – wyrzucone poza nawias społeczeństwa – ponownie odkryte. Po polsku byśmy ten tytuł pewnie inaczej sformułowali – może tak: słynne zapomniane ponownie odkryte.

Dziś o  Julie tekst po niemiecku.

Dr. Irene Knoll

„Meine Freundin Julie Wolff träumt davon, Sie malen zu dürfen“, schrieb Hedwig Lachmann am 4.4. 1896 an Ida Auerbach, die spätere Frau Richard Dehmels. Sie benutzt den Geburtsnamen Julie Wolfthorns, ein Zeichen dafür, dass die beiden Frauen einander schon lange kannten. Zu dieser Zeit dürfte Julie Wolfthorn aber ihre Arbeiten schon mit ihrem Künstlernamen gezeichnet haben, den sie sich in Anlehnung an ihre Geburtsstadt Thorn an der Weichsel, das heutige Toruń, gab.

Mit dem Bildnis von Ida Auerbach, das im Dezember desselben Jahres entstand, ein Porträt in Lebensgröße, gelang Julie Wolfthorn auf der Großen Berliner Kunstausstellung 1897 der Durchbruch in der Berliner Kunstwelt. In den folgenden Jahren profilierte sie sich als excellente Porträtistin, deren Können und Malkultur weder von den Künstlerkollegen noch von der Kunstkritik mehr bestritten wurde.

Julie Wolfthorn ist 1944 im KZ Theresienstadt umgekommen. In den nachfolgenden Jahrzehnten, bis in unsere Tage hinein, waren Werk und Lebensdaten der großen Künstlerin vergessen, ja, schienen verloren. Erst in den neunziger Jahren kam allmählich ein suchendes Interesse auf, nachdem einige Bilder von ihr auf Ausstellungen erschienen waren. Inzwischen konnte durch weitreichende Recherchen und Kontakte, durch sorgfältige Kleinarbeit, besonders vom Berliner Freundeskreis Julie Wolfthorn intensiv betrieben, Leben und Werk Julie Wolfthorns wieder erschlossen werden.

Julie Wolfthorn war das fünfte Kind des jüdischen Kaufmanns Julius Wolff und seiner Frau Mathilde, geb. Neumann. Sie kam 1883, nach dem Tode beider Eltern, nach Berlin. In den achtziger und neunziger Jahren des 19. Jahrhunderts hat sie sich das Handwerkliche der Malerei durch privat betriebene Studien in Berlin und anschließend an der privaten Kunstakademie Colarossi in Paris angeeignet. In Berlin hat sie in der Kurfürstenstr. 50, ihrer Wohnung, selbst Frauen Malunterricht erteilt.

Von der männlichen Kunstkritik ist der Eintritt der Frauen in die Malerei zunächst mit Desinteresse, dann mit beiläufiger Gönnerhaftigkeit bedacht worden, “denn die Kunst ist vom Mann für den Mann gemacht“, wie der Kritiker Karl Scheffler schrieb. Er befand sich damit ganz auf der Fährte des Vorsitzenden der Preußischen Akademie der Künste, Anton von Werner, der Petitionen von Künstlerinnen für die Zulassung von Frauen zum Studium an der Kunstakademie wiederholt und bis zu seinem Tode ablehnte. Solche Petitionen wurden auch von Julie Wolfthorn gezeichnet.

Um 1900 gehörte sie zu den wenigen namhaften Künstlerinnen Deutschlands. Sie war eine von vier Frauen, die der 1898 unter Vorsitz Max Liebermanns gegründeten „Berliner Secession“ als Gründungsmitglieder angehörten. Die biografischen Daten, die nach und nach gewonnen wurden, offenbaren ihre intensive Mitarbeit an vielfältigen Initiativen, das Kunstschaffen der Frauen anzuregen und zu fördern und ihren Werken eine Öffentlichkeit zu verschaffen. Auf den Secessionsausstellungen bildeten die Arbeiten von Frauen nur einen verschwindend geringen Anteil. 1906 rief Julie Wolfthorn gemeinsam mit anderen Secessionistinnen und einigen Künstlerinnen aus München die „Verbindung bildender Künstlerinnen“ ins Leben, die fortan eigene Ausstellungen organisierten und weitaus mehr Beachtung fanden. Auf der Secessionsausstellung 1908 war dann schon jedes siebente Bild das einer Künstlerin.

Julie Wolfthorn gehörte dem „Verein der Berliner Künstlerinnen“ an, war Mitglied des „Frauenkunstverbandes“ und des „Deutschen Lyceum Clubs“, die eigene Ausstellungen veranstalteten. Die Themen solcher Ausstellungen sind inspiriert von Ideen und Zielen der bürgerlichen Frauenbewegung: Die schaffende Frau, Das Gesicht der selbständigen Frau, Die Frau von heute, Die gestaltende Frau, Das Kind.

Mit sehr viel Anerkennung werden in den Kritiken die Porträts Julie Wolfthorns erwähnt, aber auch ihre Landschaften finden zunehmend Aufmerksamkeit. Ein Foto aus dem Jahre 1914 zeigt sie, beladen mit Sonnenschirm und Malutensilien, in einer Gruppe anderer Malerinnen auf dem Wege zu einem landschaftlichen Malmotiv. Sie hat am Berliner Wannsee, in Ferch, in der Mark Brandenburg, auf Hiddensee, in Italien im Freien gearbeitet. „ Julie Wolfthorn ist modern im allerbesten Sinne des Wortes. Sie weiß sowohl dem heimlichen Stimmungszauber einer Landschaft Ausdruck zu geben, wie sie auch dem Menschen auf den Grund seiner Seele schaut und in ihren Porträts jede Individualität so scharf heraushebt, dass dem Beschauer der ganze Mensch sofort deutlich wird.,“ schrieb die Publizistin Luise Schulze-Brück.

Julie Wolfthorn galt als die „Seelenkennerin“ unter den Malern.1929 hat sie sich in einem Aufsatz für „Westermanns Monatshefte“ dazu geäußert: „ Ich habe es immer als meine Hauptaufgabe betrachtet, neben dem künstlerischen das psychologische Moment in meinen Bildnissen besonders zu betonen. Dazu gelange ich mehr auf dem Wege der Intuition als durch bewusste Gedankenarbeit. Oft habe ich das Gefühl, als malte nicht ich, sondern ein andrer in mir, so dass ich mitunter überrascht vor meiner eignen Arbeit stehe. Das sind die glücklichsten Momente des Schaffens.“ Zu den heute noch oder wieder bekannten Porträts von Julie Wolfthorn sind neben dem Porträt Ida Dehmels vor allem ein Bildnis von Richard Dehmel, ein Porträt von Gustav Landauer, das Porträt Hedwig Lachmanns, das Doppelportrtät Gerhart Hauptmanns und seiner Frau zu nennen. Sie war eine besessene Arbeiterin von überraschender Vielseitigkeit. Für die Zeitschrift „Jugend“ hat sie mehrere Titelblätter geschaffen; Aktzeichnungen, Buchillustrationen, Blumenstücke und Stilleben entstanden, und zu den bemerkenswerten Leistungen der aufkommenden Plakatkunst gehört ein Plakat, das sie für den soziademokratischen „Vorwärts“ schuf.

Nach der Machtübernahme durch die Nationalsozialisten wurde Julie Wolfthorn aus den Vereinen ausgeschlossen, Veröffentlichungen und die Ausübung ihres Berufs wurden ihr verboten. Nur in den Räumen des Jüdischen Kulturbundes wurden noch Arbeiten von ihr ausgestellt. Sie organisierte mehrere Atelierausstellungen und sprach mit den Besuchern über ihre Arbeit. In einem Bericht über einen solchen Besuch wird Ende 1934 im Gemeindeblatt der Jüdischen Gemeinde Berlin eine Fülle von Werken unterschiedlicher Schaffenszeiten und Genres erwähnt. „Ein Zug von ungewöhnlicher Frische, verbunden mit Reife des Könnens und einer gewissen unverwüstlichen Tüchtigkeit, macht die Erscheinung dieser Künstlerin besonders sympathisch“, schrieb der Verfasser Dr. M. Rieß.

Julie Wolfthorn wurde im Oktober 1942, in hohem Alter, nach Theresienstadt, deportiert. Wo all jene Werke, die zu diesem Zeitpunkt in ihrem Atelier standen, geblieben sind, konnte bisher nicht ermittelt werden. Sie starb am 21. Dezember 1944, wenige Tage vor ihrem 81. Geburtstag. Sie hat auch im Lager noch gemalt – Porträts von Leidensgefährten. Unter diesen letzten Arbeiten, die erst vor wenigen Jahren bekannt wurden, ist das Bildnis einer alten Frau, mit Bleistift skizziert und in schwachen Farben aquarelliert, auf schlechtem Papier festgehalten – ein kleines Kunstwerk und ein Dokument. Es trägt das Datum vom 6.Sept. 1943. Sie hat es „Rekonvaleszentin“ benannt.

Am 4. Juli 1947 erschien in „Der Weg“, einer Publikation der Jüdischen Gemeinde Berlins, unter der Überschrift „Der Leidensweg einer jüdischen Künstlerin” ein Bericht von Peter Edel. Der Schriftsteller Peter Edel, dessen eigentlicher Familienname Hirschweh ist und der in der Kurfürstenstraße 50 wohnte und bei Julie Wolfthorn Malunterricht hatte, hat darin seine letzte Begegnung mit ihr beschrieben; er selbst wurde nur wenige Wochen nach Julie Wolfthorn deportiert. „Auf die weite Reise im Viehwaggon nahm sie zwei Aquarellkästen, einige Pinsel und viele Bogen Papier mit. Sie versteckte diese Utensilien behutsam zwischen ihren Kleidern und den Büchern, die ihre alte Schwester mitnehmen wollte, und sorgte sich mehr um die Bleistifte und die Temperafarben als um das eigne Leben. ‘Man kann überall malen. Überall! Wohin man auch kommt‘, sagte sie mir, als sie sich verabschiedete.“

Stolperstein_JuliaWolfthornStolperstein / stumbling block / (kamień, o który się potykamy) kamień pamięci – Julia Wolfthorn, Kurfürstenstr. 50, Berlin-Tiergarten – Wikipedia Commons, Autor OTFW Berlin 2013

Autorka o tym nie wspomina, ale istniały też namalowane przez Julie portrety Dagny Juel i Stanisława Przybszewskiego. Zaginęły, jak wiele innych dzieł Julie, ale coś o nich wiadomo i podzielimy się z Czytelnikami tym, co wiadomo.

Następne teksty o Julie Wolfthorn:

Katarzyna Krenz: Głosy z umarłego miasta
Aleksandra Sawicka: Julie i Dagny

Das glückliche Leben

Persische Gattin

Aus den Erzählungen meiner Schwiegermutter

Das glückliche Leben von Agha Said

Am meisten Glück hatte Said. Als er zum Dienst, als Soldat in die Armee ging, wurde er ein Adjutant  des Offiziers. Es war gut-  er hat eingekauft, Essen gekocht und auch gut selbst dabei gegessen. Aus dem Geld, was er zum Einkaufen von dem Offizier bekommen hat, hat er etwas für sich selber behalten. Und, als er den Dienst beendet hatte, hatte er Tee, Kleidung und sehr viel Geld aus der Armee mitgebracht. Alle, die zum Dienst gehen, bekommen Geld vom Vater oder Mutter, da gibt es kein Fleisch zum Essen – “ich will kein Soldaten-Fraß essen” – sagen sie. „Ich mag diese Soldaten- Kleidung nicht. Die Soldatenstiefel sind nicht gut genug für mich, sie stinken und sind unbequem, einfach schlecht. Ich will schöne Schuhe aus gutem Leder“. Das Geld vom Vater zu Hause kriegen sie, gehen und kaufen was Gutes. Said hat es nicht so gemacht. Said hat gesagt: “alles was da ist, ziehe ich an”. Er war ja bei den Offizieren, er hat da gute Klamotten, Schuhe und Essen gekriegt. Geld hat er auch in seine Tasche gesteckt, ging zum Einkaufen, er hat für 5 Tuman eingekauft und zu dem Offizier gesagt: Agha, ich habe für 6 Tuman eingekauft. Einen Tuman hat er an sich genommen, er war geschickt, und hatte Glück.

Als Said aus der Armee zurück gekommen ist, war er ohne Arbeit. Ich bin arbeitslos, was soll ich denn machen? – fragte er Agha Jun – meinen Mann. Agha Jun meinte – ich wusste da eine Arbeit für dich, da ist ein Platz, welchen man mieten konnte.

Und Said hat in den leeren Räumen in einem Krankenhaus einen kleinen Cafe aufgemacht mit Tee, Säften, Plätzchen, Schokolade. Geld kam und kam, sehr gutes Geld kam. Alles hat er sich gekauft, ein Haus, im Dorf, es ist ein sehr schönes Haus, groß und sehr schick, in der Stadt, in Teheran, hat er ja auch ein Haus.

Jetzt wollte Said nur eins –  eine Frau. Er hat eine Frau genommen, sie hieß Mariam. Kurz nach der Heirat hat er sich vor ihr scheiden lassen, weil es böse Gerüchte über sie gab, sehr böse Gerüchte, und dann wollte er sie nicht. Er sagte zu ihr: du bist meine Frau geworden, aber vorher bist du keine Jungfrau gewesen. Schon vorher hat dich jemand angefasst.

Dann hat Said Sudobe zu Frau genommen. Wie alt war sie damals? Ich habe ihre Mutter gefragt –  wie alt ist sie denn, Ihre Tochter? Sie war ja noch so klein. Die Mutter meinte: sie ist 15. Said war eine gute Partie, hatte Geld, war jung, sehr tüchtig, die Mutter wollte ihn unbedingt für ihre Tochter. Said hat sie schon vorher im Dorf gesehen, als sie Wasser geschöpft oder Pfirsiche gepflückt hat. Dann haben sie sich auch angeschaut, bei der Hosstegori,  Said hat einmal zu ihr geguckt, und sie hat auch zu ihm ein Mal geguckt. Sudobe meinte – das wird ein guter Ehemann werden, ich heirate ihn , ich liebe ihn. Said meinte – ich will das Mädchen auch! Dann haben sie geheiratet. Ich selbst habe die Braut zum Friseur geführt, und geschminkt habe ich sie selbst. Sehr hübsch ist alles geworden. Und auch in dieser Nacht, in der Hochzeitnacht, haben sie ein Kind gemeistert, aber niemand wusste davon. Dann haben sie in Teheran gewohnt, sie wurden unsere Nachbarn. Eines Tages ist Said  zu uns gekommen, und schrie: Hanum wo bist du – lauf, ich flehe dich an, lauf!!! Was ist? – habe ich gefragt. –  Sudobe, die Wehen haben eingesetzt! Said – habe ich gesagt – du machst Witze, und solchen Spaß verstehe ich nicht! Aber Said schrie wie verrückt: Steh auf, steh auf, schließ die Tür und komm! Ich habe gesagt – gehen wir zum Arzt, schauen wir, ob sie wirklich schwanger ist…

In einer Stunde schon war das Kind auf der Welt. Ich habe gelacht: wann habt ihr denn geschafft dieses Kind zu machen?

Das Kind war so klein, so klein, wie eine Katze, die Äugelein zu, 1 Kilo hat es gewogen. Ich sagte – Jo Hossein, und wer wird es pflegen? Said meinte – Gott hat es gegeben, Gott kümmert sich schon, selbst wird es heranwachsen.

Ah nein – schrie ich auf – da muss man sich kümmern, es ist viel Arbeit! Sudobe war ja ein Kind, und hatte keine Übung! Dann habe ich mich gekümmert, habe Medizin gegeben, und der Kleine geng, geng, geng, hat die ganze Zeit geweint.

Said sagte – wir nennen ihn Habib – und dann zu mir: er gehört dir! Ziehe ihn groß! Acht Monate habe ich alles bei ihm gemacht, Tag oder Nacht, habe ich ihn gebadet, Vitamine gegeben, Lieder gesungen. Er hat gut gegessen, ist dick und robust geworden.

Nun hat Said ein großes Haus, Grund, Obstgarten. Und mit Sudobe hat er ja nur Habib – ein Kind, welches schon 10 geworden ist. Alle haben gefragt, wieso kommt kein zweites Kind? Man muss zwei Kinder haben. Und alle haben spekuliert: bestimmt ist Sudobe krank, dass sie kein Kind mehr bekommt. Wenn Said eine weitere Frau nimmt, stellt sich schon heraus, wer krank ist – Sudobe oder er selbst.

Zwei FrauenDer Arzt hat behauptet, keine von Beiden hat ein Problem. Aber wenn Du mich fragst, der Said  wollte einfach eine Frau, ja – eine neue Frau. Und er hat das Mädchen Suhila genommen. Es verging ein Jahr, dann ein zweites – und kein Kind ist gekommen. Said hat endlich verstanden, er ist derjenige, der ein Problem hat. Und der Arzt hat es bestätigt und meinte zu Said: Sie haben einfach nur ein Ei. Ein Einziges Ei.

Also hat Agha Said zwei Frauen und einen Sohn. Und er sorgt für sie, sie haben es gut, essen gut. Sie haben ein gutes Leben.

Nächste Woche – Ein Ausflug in den Iran!

Mystische Augenblicke

Unser Leben
ist nicht das, was geschah,
sondern das,
was wir erinnern
und wie wir es erinnern

Gabriel Garcia Marquez

Laudatio… Thomas Raettig …
Forum Staniszów / Stonsdorf

… wie alles begann…

Es war im Jahr 1985, als Christine Pöttker in Berlin mit ihrem Lebensgefährten häufig vor Fotogeschäften stand, und dieser sich immer ausgiebig die Auslagen mit Kameras, Objektiven und Zubehör anschaute. Das alles interessierte sie damals überhaupt nicht, sie musste große Geduld beweisen, und bemerkte irgendwann zu ihm:  „Das nächste Mal sage ich dem Geschäftsführer, er soll einen Vorhang vor das Fenster hängen, dann können wir schneller weitergehen…

Und die Reaktion ihres Lebensgefährten? Er schenkte ihr ein paar Tage später eine Kamera, eine Minolta SRT 100X.

Das war der Anfang ihrer fotografischen Entwicklung und sie lernte von ihm, was Blende, Belichtungszeit oder auch Brennweite bedeutet. Der goldene Schnitt und der Stand der Sonne wurden fotografische Begriffe für sie. So begann die Künstlerin ihre ersten Fotografieversuche. Die Ergebnisse waren, wie man sich denken kann, zunächst eher bescheiden. Aber Übung macht bekanntlich den Meister, bzw. die Meisterin, auch wenn das noch einige Jahre dauern sollte.

007 April 08-C1 Rand

Als ich Christine 1991 bei einem Fotokurs in der Nähe von Schloss Babelsberg bei Potsdam kennen lernte, stand während dieser Woche die S-W Fotografie, die Entwicklung und Vergrößerung der eigenen Fotos im Labor im Vordergrund.

Wir wurden gute Freunde und auch in den folgenden Jahren trafen wir uns hin und wieder zu Fotoexkursionen oder einfach zum Erfahrungsaustausch.

Mit den Jahren wurde das Fotografieren immer wichtiger für Christine und begleitete sie auf all ihren Reisen. Doch es fehlte ihr nach wie vor der eigenen Stil, die Unverwechselbarkeit ihrer Bilder.

020 Juli 08 C2 Rand

Anfang des neuen Jahrtausends verschlug es die Künstlerin zusammen mit ihrem Lebensgefährten nach Schlesien. Zunächst in das Glatzer Bergland, auf der Spurensuche ihrer beider Vorfahren. Immer wieder kehrten die beiden zurück in diese faszinierende Landschaft Niederschlesiens, bis sie, angeregt durch die Fernsehdokumentation „Schlesische Märchenschlösser“ im Jahr 2004 auch das Hirschberger Tal, das „Tal der Schlösser und Gärten“, entdeckten.

Viele der heute vorzüglich restaurierten Schlösser waren damals noch Ruinen. Einige wenige, darunter auch Schloss Stonsdorf, beherbergten schon Gäste und waren auf dem Weg, zu eindrucksvollen Zeugnissen vergangener Epochen zu werden. In Stonsdorf war in diesem Jahr die Stiftung Forum Stonsdorf gegründet worden und niemand konnte ahnen, dass die Fotografin fast 10 Jahre später hier ihre Bilder ausstellen würde. Fotografien, die eine Geschichte erzählen von der bezaubernden Landschaft, so wie sie vorher noch niemand gesehen hatte. Die Einzigartigkeit des fotografischen Augenblicks kommt in den Bildern von Christine mit ihrer außergewöhnlichen Sichtweise eindrucksvoll zur Geltung.
044- Okt. 08 C2-1 Rand

Aber die Bilder erzählen auch eine ganz persönliche Geschichte der Künstlerin, die 2004, hier ganz in der Nähe auf Schloss Boberstein, ihren Lebensgefährten verlor. Auf der Suche nach dem Verlorenen kam sie seit 2005 mehrmals im Jahr an diesen Ort. Immer mit ihrer Kamera in der Hand, bekam das Fotografieren für sie eine ganz neue Bedeutung.

Es wurde zu einer Möglichkeit, ihren inneren Bildern, ihrer Trauer einen Ausdruck zu geben und eine Verbindung zu dem Verlorenen herzustellen. Und diese Zeit, die sie  hier im Hirschberger Tal verbrachte, befähigte sie, eine ganz neue, eigene Ausdrucksform in der Fotografie zu finden.

So konnte sie im Lauf der Jahre neue Hoffnung schöpfen, auf ein neues, anderes Leben, das jedoch immer mit diesem Ort verbunden bleiben wird.

2008 präsentierte die Künstlerin in Berlin erstmals eine Ausstellung mit einem Teil der hier gezeigten Fotografien. Aber der Zyklus war noch nicht abgeschlossen. Und so kam sie bis 2010 zu allen Jahreszeiten an diesen  wunderbaren Ort.

049 Jan. 09 C5-1 Rand

Im Sommer morgens um 5.00 Uhr, im Winter erst um 8.00 Uhr, hat sie das frühe Sonnenlicht genutzt, um die „mystischen Augenblicke des Hirschberger Tals“ einzufangen. Einmalige Erlebnisse, überraschende Anblicke, neue Sichtweisen entdeckte sie in der traumhaften Landschaft des Riesengebirges. Ihre Wege führten immer wieder am Ufer des  Bober entlang und er schenkte ihr im Spiegel der Sonne verzauberte Momente, die sie mit ihrer damaligen analogen Spiegelreflexkamera (Canon EOS 50 E) festgehalten hat. Und immer wieder ging der Blick hinauf zur Schneekoppe, unverkennbar, unverwechselbar. Mal umhüllt von Wolken, mal strahlend klar in der eisigen Winterlandschaft.

Eine Fotoreise „im Licht der Erinnerungen“.

Mit dieser Ausstellung sind ihre Fotografien an den Ort zurückgekehrt, wo sie ihren Ursprung haben.

Aber auch andere, neue Motive weckten im Laufe der Zeit das Interesse der Fotografin.

So zeigte sie 2012 in Berlin erstmalig ihre Ausstellung „Mohnblütenzauber“. Die Vielfalt unterschiedlicher Mohnblüten, die sie jedes Jahr auf ihrem Balkon aussät, wurden von ihr in ungewöhnlichen Gegenlichtaufnahmen fotografiert und ausgestellt.

Eine neue, faszinierende Ausdrucksform ist seit  2010 für die Künstlerin auch die Aquarellmalerei geworden.

Sowohl die Fotografie als auch die Malerei geben ihr die Möglichkeit, ihre Gedanken und Gefühle auszudrücken und sind nicht mehr aus ihrem Leben wegzudenken.

Co to za miasto? Co to za tekst?

Was für eine Stadt ist es? Was für ein Text?
What the town is it? And the text?
Co to za miasto? Co to za tekst?

Photos: Krzysztof Pukański

Odpowiedź na pytanie zadane w tytule pojawiła się już po opublikowaniu tego wpisu. Teraz, dla ułatwienia czytania i słuchania, wpisuję ją tu:

Loreena McKennit: Marrakesh Night Market

Der Händler in seiner Kapuze hält mich fest.
Mit dem Spiegel kannst Du Dich selbst sehen,
mit der Maske die anderen,
oder das Gesicht Deines Gottes.

cries the man in the shadowing hood
you can look at yourself
you can look at each other
or you can look at the face of your god

Krzyczy zamaskowany kapturem mężczyzna
Możesz spojrzeć na siebie
Możesz spojrzeć na kogoś innego
Lub możesz spojrzeć w twarz swojego Boga

DSCF6666

DSCF5906

DSCF5926

DSCF5979

DSCF6025

DSCF6115

DSCF6122

DSCF6136

DSCF6154

DSCF6158

DSCF6229

DSCF6242

DSCF6292

DSCF6573

DSCF6665

Jeszcze trochę śniegu…

Oto tekst z klasycznej kategorii salon odrzuconych. Dawno nic takiego tu nie było, a przecież to był, że się tak wyrażę, prymarny powód powołania tego blogu do życia. Jak szybko się to zmieniło…

Zbigniew Milewicz

Reportaż ten napisałem trzydzieści parę lat temu, nie udało mi się go wówczas nigdzie opublikować, ale w nodze na zmianę pogody nadal strzyka. Z wiekiem, coraz bardziej i zawsze przypomina mi się wtedy tamten dzień w Karkonoszach. Śnieg jeszcze zalega na górskich stokach, narciarzy na nich nie brakuje, może sobie apres ski poczytają, jak się w 1977 roku szusowało. Bogu dzięki, nie wszyscy uprawiali ten sport tak lekkomyślnie, jak ja.

Raport z buta (gipsowego)

Szklarska Poręba, 2 marca. Tamtego dnia wszystkie szlaki na zboczach Szrenicy były przejezdne. Z treści komunikatów Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego wynikało jednak, iż warunki zjazdowe są trudne, a miejscami nawet bardzo trudne. Informowano sumiennie m.in. o oblodzonym „Puchatku”, muldach na „Śnieżynce” i korzeniach, tudzież głazach, wystających tam spod śniegu oraz o tych wszystkich przypadłościach pospołu – gdy chodziło o zjazd trasą „Lolobrygidy”.

Za sumienność płaci się sumiennością. Tamtego dnia około godziny 16.30 załoga placówki GOPR na Hali Szrenickiej poinformowana została telefonicznie, że uległem wypadkowi na dwutysięcznym metrze „Loli” i nie potrafię o własnych siłach się stamtąd ruszyć. Wiadomość przekazała ratownikom pracownica dolnej stacji wyciągu krzesełkowego na Szrenicę, już 10 minut po kraksie. Dowiedziała się o tym od Pawła, który mi towarzyszył na trasie i widział wypadek, zjechał więc do stacji po pomoc. Przyjechała dopiero po godzinie z hakiem, po kolejnej, osobistej interwencji kierownika wyciągu, ale o tym opowiedziano mi później. Tkwiąc na trasie zjazdu nic nie wiedziałem o przebiegu akcji. Kiedy tak poleżałem godzinkę na śniegu, ogarnęła mnie otucha, mówiąc mi:

Nie bój się, nie jesteś sam. Jako narciarz amator poruszasz się wolno, zjazd z Hali Szrenickiej do tego miejsca zajął ci około 15 minut, średniej klasy wyczynowiec robi ten dystans dwa razy szybciej. Leżysz o rzut kamieniem od placówki GOPR, wcale więc nie jesteś w krytycznej sytuacji. Prawda, uziemia cię kontuzja prawej nogi, ale lewa i pozostałe części ciała są w porządku. Gdybyś miał wstrząs mózgu, albo połamany kręgosłup, to mógłbyś narzekać. Na upartego, bo niektórzy giną na miejscu wypadku i mimo to  czekają cierpliwie, aż GOPR się nimi zajmie. Różnie giną, niektórzy np. z zimna, ale tobie to nie grozi. Fakt, nie masz na sobie modnego kombinezonu, tylko przetarte levisy, ale w południe na szczycie Szrenicy było tylko minus 15 stopni. Wiadomo zaś, że w górach im niżej, tym cieplej i wieczorem bliżej ci do wiosny, niż miałeś w południe. Poza tym od czego męska wyobraźnia? Niech cię rozgrzeje, leżysz na łonie Lolobrygidy, niejeden by chciał.
lolka
Następnie odezwało się sumienie, czy aby nadaremnie nie wzywam imienia GOPR… Dzielni, górscy ratownicy, potrafiący z poświęceniem forsować groźne żleby, ściany i granie, aby przyjść z pomocą ofiarom lawin, karkołomnych wspinaczek i zjazdów, mogą poczuć się ambicjonalnie urażeni, że zaprzątam ich uwagę tak banalnym przypadkiem, jak mój. Tego oczywiście nie chciałem, więc dopaliwszy ostatniego „sporta”, zatrąbiłem wsiadanego.
Jurek, mój drugi kompan nartowy, który zgodził się trwać ze mną dopóki nie przyjadą, puknął się znacząco palcem w czoło.
– Jakim cudem chcesz zjechać? – zapytał życzliwie.
– Żurnaliści nie pękają – odparłem wymijająco.
– No dobrze – zgodził się. Załóżmy, że jakoś poradzimy sobie sami, ale co zrobisz, kiedy oni w międzyczasie przyjadą tutaj i nie zastaną cię? Ty wiesz, ile patoli kosztuje taka akcja? Zgłoszą w centrali, że wpuściłeś ich w maliny i będziesz miał kupę smrodu. Góry są niebezpieczne, skoro już strąciłeś kamień, to musisz poczekać na lawinę.

Jakby na potwierdzenie tych słów, coś w górze grzmotnęło, zaszumiało i nim zdałem sobie sprawę, że to pusty tobogan grzmotnął o muldę, że to krótkofalówki tak szumią, zjawili się przy nas, chrupiąc miętówki. Dwaj młodzi ludzie, z ratowniczymi  emblematami  na czerwonych skafandrach. Dochodziła 17.45.
– Urwanie głowy macie dziś zapewne – zagaiłem.
– Dzisiaj raczej spokojnie, w południe połamały się dwie Niemki, pan jest trzeci – odparli.
Po czym raźnie zabrali się do roboty. Jeden z przybyszów – rosły i gładkolicy – poprosił Jurka, aby pomógł mu kijkiem odbezpieczyć „Markery”. Drugi – skromniejszej postury, ale za to wąsaty – nadał  krótkofalówką do centrali, że właśnie przybyli na miejsce. Czerwony skafander wypięty z wiązań stracił równowagę i poleciał do przodu, wprost na moją prawą nogę, usztywnioną prowizorycznie przez Jurka przy pomocy bandaża i kijków narciarskich. Wydałem z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk. Wymamrotał przeprosiny, był pewien, że to lewą nogę mam złamaną. Uspokoiłem go, że jestem ubezpieczony w PZU. Za pomocą kilku wprawnych chwytów przeistoczony zostałem w brezentowy tobołek na płozach, przed drogą ratownicy obejrzeli mój sprzęt narciarski i miejsce wypadku. Sprawa była dla nich prosta: na tych deskach nie powinienem był w ogóle jeździć. Słabo trzymał spód prawej, odpadła końcówka i do płozy przymarzł śnieg. Nie wyrobiłem więc ostatniego zatrzymania skokiem, nartę na jej oblodzonym kawałku wykręciło na zewnątrz i wtedy oczywiście powinno było puścić wiązanie. Niestety zablokowało się, za to puściła noga w kostce.

Stare wiązania marki Kadry powinny były pójść już na szmelc, razem z tymi wysłużonymi Rysami…, jeździłem na nich cały tydzień. Były własnością Wypożyczalni Sprzętu Sportowego FWP w Szklarskiej Porębie, przy ul. 1 Maja, której kierownik zapewnił mnie, że otrzymałem jego najlepszą parę nart, „zarezerwowaną w zasadzie dla kogoś bardzo ważnego”. Chyba za bardzo za tym ważniakiem nie przepadał, skoro mi je pożyczył. GOPR-owcy przytroczyli sprzęt do toboganu i w towarzystwie Jurka, na krechę, zwieźli cały majdan pod stację wyciągu, gdzie od kwadransa czekała już karetka Pogotowia Ratunkowego, przybyła z odległej o 19 kilometrów Jeleniej Góry.

W stacji pogotowia stwierdzono, że mam złamane podudzie i kwalifikuję się prawdopodobnie do umieszczenia na szpitalnej urazówce. Zawieziono mnie więc do jeleniogórskiego Szpitala Miejskiego, który pełnił ostry dyżur. Miejscowy chirurg (ortopedy nie było) rzucił w przelocie okiem na przywiezione zdjęcie RTG, obmacał złamane podudzie i znalazłem się w gipsowni. W dwadzieścia minut złożył to, co uznał za złamane i ulepił ładny, gipsowy but do kolana. Po czym zrobiono mi kolejnego rentgena i zlecono leżenie na korytarzu, pod kaloryferem.
– Przyjedzie karetka, to pana odstawi do Szklarskiej – powiedział lekarz.
Poinformował mnie też, że mam tylko proste złamanie kości strzałkowo-piszczelowej, która w zasadzie nie jest taka ważna jak inne kości i za parę dni będę mógł chodzić, stąd ten obcasik w moim gipsowym bucie. Słowem nie ma potrzeby, abym pozostał w szpitalu. Zresztą nawet gdyby istniała taka konieczność, to on nie miałby mnie gdzie położyć, dysponuje tylko kilkoma wolnymi łóżkami, a jest dopiero ósma wieczorem. Przy ostrym dyżurze, do rana może mieć zatrzęsienie różnych, poważnych stanów.
– Ile jest kilometrów stąd do Tychów? – zainteresował się.
– Około trzystu – odpowiedziałem.
– Śmiało pociągiem można jechać – orzekł. Nie sądzę, żeby pogotowie dało panu karetkę na taką trasę, to jest inne województwo, a nasz szpital zrobił swoje. Pan jest w gruncie rzeczy zdrowy.

Podbudowany tą szczerą, męską rozmową późnym wieczorem wróciłem do Szklarskiej, do DW „Belweder”, w którym przebywałem na dwutygodniowych wczasach. Nudy w nich nie zaznałem do końca. Najpierw okazało się, że jestem winien trochę gotówki panu od nart, bo je podniszczyłem w czasie kraksy. Później zjawiła się pokojowa z „Belwederu”, aby wysprzątać moją kwaterę i podzieliła się wiadomością, że dopiero co chwalili w telewizji karkonoski GOPR i pokazali na żywo, jak chłopcy zgrabnie przeprowadzają akcję ratunkową. Pani pokojowa ciekawa była, czy o mój wypadek chodziło… Duże poczucie humoru wykazało również kierownictwo jeleniogórskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego, radząc mi wziąć taksówkę do Tychów. W tej sytuacji zrezygnowałem z przedterminowego zakończenia wczasów i oparłszy sprawę o bufet z pewnym zmotoryzowanym wczasowiczem z Katowic, pojechałem do domu 7 marca.

Największą niespodziankę sprawił mi jednak doktor M. z przychodni ortopedycznej przy Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Tychach, do którego zgłosiłem się po powrocie, aby pokazać mu dokumentację z jeleniogórskiego szpitala i załatwić sobie zwolnienie lekarskie, a przy okazji ustalić termin zdjęcia gipsu. Zbadał mnie, zrobił kolejnego rentgena i okazało się, że faktycznie mam „złamaną kostkę boczną, z podwichnięciem stawu skokowego i rozerwany więzozrost strzałkowo-piszczelowy”, nie wolno mi więc obciążać chorej nogi. Proste złamanie kości strzałkowej z buta z obcasikiem nagle zabrzmiało groźniej, bo w uszkodzonych kościach rozpoczęły się zmiany. Zabieg operacyjny wykonano następnego dnia, trwał ponad trzy godziny, uszkodzone tkanki trzeba było skręcić śrubą. Wzbogaciłem się, bo metal zawiera platynę. Pod koniec marca wypisano mnie do domu, do nowego gipsowego buta dostałem gratis dwie kule. Mówią, że w sierpniu, jak dobrze pójdzie wzbogacę się po raz kolejny, tym razem o cenny dar chodzenia na obydwu nogach. Wtedy też (może) wyjdę na swoje.

Porażająca farsa błędnej percepcji

Był już Jacek Slaski, była Zofia Slaska, no i Ewa Maria Slaska czyli ja. Dziś kolejny Slaski.

Adam Slaski

napisał do mnie maila. Mail mi się spodobał, już chociażby dlatego, że traktuje o książce, którą też czytałam, nawet w oryginale, i która mnie tylko zezłościła. A tymczasem…

Siedzę na kanapie, czytam książkę, fabuła rozwija się z wolna, rzecz o przygodach pisarza-staruszka, czuję się w pełni bezpieczny. Aż tu raptem przewracam stronę i widzę długi fragment zakreślony ołówkiem i opatrzony uwagą: przepisać. Prycham śmiechem, bo denerwują mnie ludzie bazgrzący po bibliotecznych książkach, przepisywacze zaś mnie śmieszą. Czytam ten fragment i czuję, jak z wolna wbija mnie w kanapę. Zanim dotarłem do końca wiedziałem, że sam także będę musiał go przepisać.

Człowiek zwalcza w sobie powierzchowność, płytkość, żeby wyjść do ludzi bez wygórowanych oczekiwań, bez balastu nadziei i buty, nie jak czołg, bez armat i karabinów maszynowych, bez trzydziestocentymetrowej stalowej osłony; człowiek wychodzi do ludzi w zamiarach pokojowych, boso, nie rwie darni pancernymi gąsienicami, odnosi się do ludzi bez uprzedzeń, jak do równych sobie, jak człowiek do człowieka, jak to u nas mawiali – a i tak zawsze się co do ludzi pomyli. Człowiek jest jak czołg wyposażony w mózg. Myli się co do ludzi jeszcze zanim ich spotka, jeszcze kiedy planuje spotkanie; potem myli się w trakcie spotkania; a na koniec wraca do domu, opowiada o spotkaniu osobie trzeciej i myli się po raz kolejny. Ponieważ inni z reguły mylą się tak samo co do nas, cały proces komunikacji jest jedną wielką fatamorganą, wypraną z realizmu, porażającą farsą błędnej percepcji. Cóż jednak mamy począć z tym paląco ważkim problemem innych ludzi, który wykrwawia się z przypisywanego mu przez nas znaczenia, nabierając w zamian znaczeń groteskowych, ponieważ tak marnie jesteśmy wyposażeni w zdolność wzajemnego postrzegania swoich wnętrz i niewidzialnych motywacji. Czy wobec tego każdy powinien zamknąć się w domu, jak
to czynią pisarze-samotnicy, zasiąść w dźwiękoszczelnej celi, aby tam wskrzeszać ludzi ze słów i udawać, że ci ludzie ze słów
są bliżsi prawdy niż prawdziwi ludzie, których na co dzień kaleczymy swoją ignorancją? Przecież celem życia człowieka nie jest prawidłowe zrozumienie innych ludzi. Życie polega na rozumieniu ludzi opacznie, nie raz, i nie dwa, i nie sto, aż w końcu, po głębokim namyśle, znów zrozumiemy ich opacznie. Po tym właśnie poznajemy, że żyjemy: że się mylimy. Może najlepiej byłoby machnąć ręką na słuszne i nie słuszne rozumienie innych ludzi i spokojnie dryfować z prądem życia. Jeżeli ktoś to potrafi – ma szczęście.

Philip Roth, Amerykańska sielanka, tł. Jolanta Kozak, Czytelnik, Warszawa 2001, s. 60.

Może po tym poznaje się wielkiego pisarza, że usypia naszą czujność spokojną narracją, by uderzyć czytelnika ze zdwojoną siłą tak ogłuszająco trafnym fragmentem. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Odnalazłem nawet ten tekst w oryginale. Co zabawne, tłumaczenie odbiega od oryginału w jednym miejscu w raczej niespodziewany sposób.

You fight your superficiality, your shallowness, so as to try to come at people without unreal expectations, without an overload of bias or hope or arrogance, as untank like as you can be, sans cannon and machine guns and steel plating half a foot thick; you come at them unmenacingly on your own ten toes instead of tearing up the turf with your caterpillar treads, take them on with an open mind, as equals, man to man, as we used to say, and yet you never fail to get them wrong. You might as well have the brain of a tank. You get them wrong before you meet them, while you’re anticipating meeting them; you get them wrong while you’re with them; and then you go home to tell somebody else about the meeting and you get them all wrong again. Since the same generally goes for them with you the whole thing is really a dazzling illusion empty of all perception, an astonishing farce of misperception. And yet what are we to do about this terribly significant business of other people, which gets bled of the significance we think it has and takes on instead a significance that is ludicrous, so ill-equipped are we all to envision one another’s interior workings and invisible aims? Is everyone to go off and lock the door and sit secluded like the lonely writers do, in a soundproof cell, summoning people out of words and then proposing that these word people are closer to the real thing than the real people that we mangle with our ignorance every day? The fact remains that getting people right is not what living is all about anyway. It’s getting them wrong that is living, getting them wrong and wrong and wrong and then, on careful reconsideration, getting them wrong again. That’s how we know we’re alive: we’re wrong. Maybe the best thing would be to forget being right or wrong about people and just go along for the ride. But if you can do that—well, lucky you.

Nie wiem, czy w ogóle czytałaś American pastoral. To piękna książka, w całości godna uwagi. Nie tylko świetnie napisana, lecz także zawiera wiele mało znanych w Polsce wiadomości o Ameryce. Przepisuję jednak tylko ten fragment, który mnie tak szalenie poruszył. Będzie moim nowym credo.

PS: różnicę pomiędzy tekstem polskim a angielskim znalazła Powsinoga – odpowiednie zdania zostały wytłuszczone.

Dziś była rocznica Smoleńska, ale była też rocznica śmierci Jacka Kaczmarskiego.
Obława

Ogłoszenia drobne

Za czasów gdy z siostrą i dwoma kuzynkami prowadziłam bloga “Jak udusić kurę” (blog był na bloxie.pl, a kilka lat temu blox zlikwidował bez problemu miliony swoich blogów, w tym również nasz), miałyśmy zwyczaj zadawania Czytelnikom zagadek. Zwyczaj się przeżył, ale tym razem nasza Autorka, Lidia Głuchowska znalazła, przeglądając w bibliotece pewne czasopismo, interesujące “ogłoszenia drobne”. Publikujemy je tu, zadając pytanie – czy ktoś wie, co to (mogło być) za czasopismo? – Odpowiedział Pharlap: Zwrotnica.  Wyślemy mu w nagrodę książki o Kubickim (kto to jest Kubicki, to już chyba nie trzeba naszych Czytelników pouczać, bo Kubicki na blogu już był i jeszcze będzie, o tak, na pewno). No i może jeszcze zapytamy, a któż to, ów paseista? Też odpowiedział Pharlap: człowiek hołdujący przeszłości.

paseista
pieknyzmarl

Listy czyli rejestry

Martyna Starosta
mieszkała w Nowym Jorku, gdzie zajmowała się dziennikarstwem, wideo i filmem dokumentalnym, gdzie mieszka i co robi teraz – nie wiem.

“Listy 1- 1000”

zostały wiele lat temu napisane po niemiecku i tyleż samo lat temu przetłumaczone przeze mnie na polski.
Poszukałam Martyny w internecie, bo bardzo lubię ten tekst…

Dookoła roi się od list. Ułożenie listy wszystkich list, od Sumeru po Rabelaise lub od Biblii po Julesa Verne byłoby zadaniem niemożliwym (…)
Jacqueline Pigeot, Die explodierte Liste: Die Tradition der heterogenen Liste in der alten japanischen Literatur

01/ Miejsca odpowiednie do popełnienia samobójstwa (przeze mnie) (podzielone na 2 kategorie: 1. rzeki, 2. budynki)
02/ Ludzie kiedyś mi bliscy, a którzy odmawiają rozmowy ze mną
03/ Muzyka, którą otrzymałam w podarunku (od kogo, kiedy, ile płyt / kaset)
04/ Nieobecni, z którymi (jestem przekonana) mogę utrzymywać kontakt
05/ Najdłuższe rozmowy telefoniczne, w tym miesiącu (uszeregowane według stopnia rozpaczy)
06/ Komplementy / nieoczekiwane
07/ Książki, które chciałabym posiadać
08/ Książki, do których wracam
09/ Książki, których nigdy nie przeczytam (podzielone na 2 kategorie: 1. niezdolność, 2. ograniczona długość życia)
10/ Zdania podkreślone w książkach, z których korzystam
11/ Ludzie, których mogę poprosić, by coś dla mnie ukradli
12/ Mężczyźni, którzy jednak to zrobią
13/ Bliskość, którą skutecznie zdołałam oddalić (posegregowana chronologicznie wstecz, od dnia dzisiejszego do dnia, kiedy skończyłam 15 lat)
14/ Fragmenty piosenek, co do których jestem przekonana, że potrafię je zaśpiewać
15/ Wiadomości na sekretarce automatycznej, które mnie rozśmieszyły
16/ Chwile, kiedy nie udało mi się doprowadzić sprawy „do końca“
17/ Chwile, kiedy myślałam, że coś dobiegło końca
18/ Ludzie, do których zawsze wracam
19/ Przeczytane
20/ Pożegnane (uszeregowane według stopnia ostateczności)
21/ Przepisane
22/ Zgubione
23/ Ukryte
24/ Usunięte
25/ Skreślone
26/ Ilość zjedzonych awokado (do dziś; zestawienie na podstawie ilości pestek)
27/ Języki, których chcę się nauczyć
28/ Łóżka, w których nocowałam
29/ Ilość wersji mojego imienia i nazwiska, zapisanych obcą ręką w notatkach, listach i pamiętnikach tych, którzy mnie kochają lub nienawidzą
30/ Spacery obarczone kompleksem szalonej wyższości (podzielone na 2 kategorie: 1. samotne, 2. w towarzystwie)
31/ Listy, które otrzymałam i których treści nie umiem sobie przypomnieć
32/ Listy, które otrzymałam wbrew woli
33/ Jak często nie byłam w stanie napisać listu, bo każde zdanie przeczyło poprzedniemu
34/ Chwile, kiedy byłam przekonana, że coś zdarza się po raz pierwszy
35/ Jak często nie napisałam listu, bo wcale mnie to nie interesowało
36/ Dedykacje w książkach, które otrzymałam w prezencie
37/ Przyczyny wyrzutów sumienia (usystematyzowane według stopnia sensowności)
38/ Imiona dla mojej córki
39/ Listy, które przechowuję wbrew woli
40/ Listy, które wieszam na ścianie (usystematyzowane według trwałości)
41/ Zaskakujące rozmowy z samą sobą (dwie kategorie: 1. zabawne, 2. patetyczne)
42/ Listy, na które nie odpowiedziałam (podzielone na 2 kategorie: 1. byłam nadawcą, 2. byłam adresatem)
43/ Co bym chętnie zrobiła za pieniądze
44/ Listy czyli rejestry, pielęgnowane przez bliskie mi osoby, jakby to były rośliny
45/ Najbardziej obiecujące tytuły książek / rozczarowujące
46/ Pytania
47/ Możliwości wymowy mojego nazwiska
48/ Wieczory, kiedy tańczyłam wyłącznie dla innych
49/ Dni, kiedy innych nie było
50/ Niemożności, których nie wypuszczam z rąk
(…)
487/ Geologiczne nazwy kamieni, które moi rodzice skądś przynieśli, aby położyć je na parapecie okna
488/ Gdzie leżą kamienie w moim mieszkaniu
489/ Listy elektroniczne, które wydrukuję i skataloguję, bo są częścią mojego życia
(…)
999/ Milczenie zapowiadające milczenie
1000/ Siostry bliźniaczki, które wspólnie robią na drutach jeden i ten sam szal, z dwóch przeciwległych końców

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska

Wie die Erdmännchen

Persische Gattin

Wie die Erdmännchen – die iranische Familie:

Meine Beobachtungen sind sicherlich sehr subjektiv, aber ich habe den Eindruck, dass in Iran die Frauen diejenigen sind, die einer Familie den Halt geben, und die letztendlich über sie entscheiden.

Früher war die Rollenverteilung so, dass der Mann Geld nach Hause gebracht hat. Die Frau hat sich um die Kinder und den Haushalt gekümmert. Heutzutage arbeiten, vor allem die jungen Frauen, in Iran. Ich kenne eine Chemie-Studentin, die bestimmt nach dem Studium ein Hohes Tier in der Öl-Industrie sein wird.

Das größte Gut sind für die Iraner die Kinder und sie sind in der Regel sehr verzogen. Man spart nicht an einer guten Schule, Englisch-Kursen, Klamotten.

irandawniej1-dubletIn Iran darf man in der Familie heiraten, und es wird oft gemacht. Bis zur Cousine ersten Grades darf man heiraten, ausgeschlossen sind nur die Tanten, die Omas und die Mütter. Manchmal jedoch endet es in einer Katastrophe, vor allem für die Kinder. Eines Tages bin ich mit einem Bus gefahren, wie immer in einem unglaublichen Gedränge. Neben mir saß eine junge Frau mit ihrer etwa 2-jährigen Tochter auf dem Schoss. Plötzlich hat mir das Kind sein Gesicht zugewandt, ich habe mich erschrocken – ich sah eine entsetzliche Hasenscharte, das Mädchen war noch zusätzlich behindert. Auch in der Familie meines Mannes gibt es zwei mittlerweile erwachsene Kinder, die blind sind und unter Epilepsie leiden. Die Eltern sind Cousin und Cousine ersten Grades. Es schreckt die Iraner nicht ab – sie sagen In Schallah – alles in Gottes Händen. Man macht zwar vor der Ehe einen Test, um zu überprüfen, ob die zukünftigen Eheleute genetisch übereinstimmen. Ein Beamter gibt eine Überweisung, man gibt das Urin und das Blut ins Labor, aber es gibt 1000 Tricks um die Ergebnisse zu fälschen, man nimmt das Urin von Bekannten etc. Außerdem, diesen Test  führt man auch durch, um eventuelle Drogen festzustellen.

Die junge Mahtab hat den gutaussehenden Ali Reza geheiratet, obwohl er einen Drogen-Problem hatte. Mahtabs Bruder hat Ali Opium rauchen gesehen und es ihr erzählt, doch sie war verliebt. Kurz nach der Hochzeit hat Ali öffentlich den Drogenkonsum (Opium und Heroin) gebeichtet und in einer Klinik eine Entzugskur gemacht. Danach hat er aber nur ein Monat ohne Drogen durchgehalten. Mahtab wurde schwanger. Ali Reza ging wieder in eine Entzugskur. Nach ein paar Monaten wurde es schlimmer, und da Ali schon seit geraumer Zeit nicht mehr gearbeitet hat, hat er Mahtab´s Schmuck geklaut und verkauft, um Geld für die Drogen zu beschaffen. Eine neue Entzugskur folgte. Die hat nicht gewirkt. Ali Reza ist nun zu Mahtabs Großmutter gegangen und hat ihr Geld und Schmuck gestohlen. Mahtab hatte endlich genug von Ali, hat die Polizei eingeschaltet, und hat sich von Ali getrennt. Ali landete im Gefängnis und ist da gestorben. Und das war Mahtabs Glück, da das Sorgerecht in Iran immer bei dem Mann liegt, aber so durfte sie den gemeinsamen Sohn behalten. Der zweite Mann von Mahtab war Fernfahrer und hatte schon drei Kinder (nach der Scheidung mit der ersten Frau sind die Kinder rechtmäßig bei ihm geblieben). Wegen verschiedenen Machenschaften landete er im Gefängnis und Mahtab ließ sich scheiden. Als ich vor einem Jahr in Iran wahr, war Mahtab wieder glücklich. Sie hatte einen Freund, kurz danach jedoch hat sich  Mahtabs Freund von ihr getrennt. Mahtab muss für sich und ihren 8-jährigen Sohn sorgen – sie arbeitet in einer Nachtschicht in der Fabrik. Die Familie hilft ihr finanziell, aber es ist schwer, ohne einen Mann, in Iran.

irandawniej2Ich habe auch Kinder gesehen, die Blumen auf den Straßen oder Stifte in der U-Bahn verkaufen. Und die Menschen kaufen die Blumen und die Stifte gerne ab, oft obwohl sie die nicht brauchen, Barmherzigkeit ist einer der Gesetzen im Islam. Die Kinderarmut ist in Iran durch eine Art bedingungslosen Grundeinkommens gemildert. Jeder Bürger, egal ob Kind oder Erwachsener, bekommt monatlich von der Regierung eine bestimmte Summe Geld. Es ist nicht viel, aber es reicht um jeden Tag für eine Person Brot, Käse und etwas Gemüse zu kaufen.

Die Männer in Iran dürfen mehrere Frauen haben.

Foteme und Anis sind Saids Frauen. Foteme hat eine wesentlich höhere Stellung, da sie die erste Frau ist und Said einen Sohn geschenkt hat. Sie ist auch diejenige, die ein Handy besitzt – wenn das Telefon klingelt, erklingt die melodische Stimme eines Muezzins. Anis schielt neidisch in die Richtung des Handys, denn sie besitzt keins. Sie ist noch mehr neidisch, da sie mit Said kein Kind hat.

Die Situation einer Frau, die keine Kinder zur Welt bringen kann, ist nicht beneidenswert. Es kann der Grund einer Scheidung werden. Der Mann muss nur zu der Frau kommen und drei Mal das Wort: Tallok, Tallok, Tallok aussprechen, um die Frau zu verstoßen. Meistens dauert jedoch eine Ehe in Iran das ganze Leben an.

Die Küche ist der wichtigste Raum in einer persischen Haushalt, und der Kühlschrank das wichtigste Möbelstück. Oft ist er riesig, noch mit der Schutzfolie an den Griffen, in welche er in der Fabrik verpackt wurde, um ihn von den Gebrauchspuren zu schützen (die Schutzfolie wird übrigens nie abgenommen, egal ob von Stühlen, Sitzen in Autos, Handys oder Haushaltsgeräten, obwohl die Geräte manchmal schon 20 Jahre alt sind und die Folie total zerfetzt ist – aus Sparsamkeit – die Perser sind die Schotten des Orients).

irandawniej3-dubletMindesten zwei Mal am Tag sammelt sich die Familie um gemeinsam zu essen. Wenn ich an eine iranische Familie denke, habe ich immer vor Augen die Erdmännchen. Sie sind immer in der Gruppe, immer zusammen, immer am kommunizieren oder kuscheln. Alleine werden sie krank, oder sterben! Genauso ist es mit den Iraner.

Die Familien sind sehr groß, oft leben viele Generationen zusammen, Altersheime sind da nicht bekannt, man findet in Iran Halt in der Familie. Wenn es einen Ehestreit gibt, werden von anderen Mitglieder der Familie Mediationen durchgeführt. Auch wenn einer arbeitslos ist, lassen sie die familiären Connections spielen. Sie lassen einen an Einsamkeit nicht sterben.

Und nächste Woche – Aus den Erzählungen meiner Schwiegermutter – Das glückliche Leben von Agha Said!