Porażająca farsa błędnej percepcji

Był już Jacek Slaski, była Zofia Slaska, no i Ewa Maria Slaska czyli ja. Dziś kolejny Slaski.

Adam Slaski

napisał do mnie maila. Mail mi się spodobał, już chociażby dlatego, że traktuje o książce, którą też czytałam, nawet w oryginale, i która mnie tylko zezłościła. A tymczasem…

Siedzę na kanapie, czytam książkę, fabuła rozwija się z wolna, rzecz o przygodach pisarza-staruszka, czuję się w pełni bezpieczny. Aż tu raptem przewracam stronę i widzę długi fragment zakreślony ołówkiem i opatrzony uwagą: przepisać. Prycham śmiechem, bo denerwują mnie ludzie bazgrzący po bibliotecznych książkach, przepisywacze zaś mnie śmieszą. Czytam ten fragment i czuję, jak z wolna wbija mnie w kanapę. Zanim dotarłem do końca wiedziałem, że sam także będę musiał go przepisać.

Człowiek zwalcza w sobie powierzchowność, płytkość, żeby wyjść do ludzi bez wygórowanych oczekiwań, bez balastu nadziei i buty, nie jak czołg, bez armat i karabinów maszynowych, bez trzydziestocentymetrowej stalowej osłony; człowiek wychodzi do ludzi w zamiarach pokojowych, boso, nie rwie darni pancernymi gąsienicami, odnosi się do ludzi bez uprzedzeń, jak do równych sobie, jak człowiek do człowieka, jak to u nas mawiali – a i tak zawsze się co do ludzi pomyli. Człowiek jest jak czołg wyposażony w mózg. Myli się co do ludzi jeszcze zanim ich spotka, jeszcze kiedy planuje spotkanie; potem myli się w trakcie spotkania; a na koniec wraca do domu, opowiada o spotkaniu osobie trzeciej i myli się po raz kolejny. Ponieważ inni z reguły mylą się tak samo co do nas, cały proces komunikacji jest jedną wielką fatamorganą, wypraną z realizmu, porażającą farsą błędnej percepcji. Cóż jednak mamy począć z tym paląco ważkim problemem innych ludzi, który wykrwawia się z przypisywanego mu przez nas znaczenia, nabierając w zamian znaczeń groteskowych, ponieważ tak marnie jesteśmy wyposażeni w zdolność wzajemnego postrzegania swoich wnętrz i niewidzialnych motywacji. Czy wobec tego każdy powinien zamknąć się w domu, jak
to czynią pisarze-samotnicy, zasiąść w dźwiękoszczelnej celi, aby tam wskrzeszać ludzi ze słów i udawać, że ci ludzie ze słów
są bliżsi prawdy niż prawdziwi ludzie, których na co dzień kaleczymy swoją ignorancją? Przecież celem życia człowieka nie jest prawidłowe zrozumienie innych ludzi. Życie polega na rozumieniu ludzi opacznie, nie raz, i nie dwa, i nie sto, aż w końcu, po głębokim namyśle, znów zrozumiemy ich opacznie. Po tym właśnie poznajemy, że żyjemy: że się mylimy. Może najlepiej byłoby machnąć ręką na słuszne i nie słuszne rozumienie innych ludzi i spokojnie dryfować z prądem życia. Jeżeli ktoś to potrafi – ma szczęście.

Philip Roth, Amerykańska sielanka, tł. Jolanta Kozak, Czytelnik, Warszawa 2001, s. 60.

Może po tym poznaje się wielkiego pisarza, że usypia naszą czujność spokojną narracją, by uderzyć czytelnika ze zdwojoną siłą tak ogłuszająco trafnym fragmentem. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Odnalazłem nawet ten tekst w oryginale. Co zabawne, tłumaczenie odbiega od oryginału w jednym miejscu w raczej niespodziewany sposób.

You fight your superficiality, your shallowness, so as to try to come at people without unreal expectations, without an overload of bias or hope or arrogance, as untank like as you can be, sans cannon and machine guns and steel plating half a foot thick; you come at them unmenacingly on your own ten toes instead of tearing up the turf with your caterpillar treads, take them on with an open mind, as equals, man to man, as we used to say, and yet you never fail to get them wrong. You might as well have the brain of a tank. You get them wrong before you meet them, while you’re anticipating meeting them; you get them wrong while you’re with them; and then you go home to tell somebody else about the meeting and you get them all wrong again. Since the same generally goes for them with you the whole thing is really a dazzling illusion empty of all perception, an astonishing farce of misperception. And yet what are we to do about this terribly significant business of other people, which gets bled of the significance we think it has and takes on instead a significance that is ludicrous, so ill-equipped are we all to envision one another’s interior workings and invisible aims? Is everyone to go off and lock the door and sit secluded like the lonely writers do, in a soundproof cell, summoning people out of words and then proposing that these word people are closer to the real thing than the real people that we mangle with our ignorance every day? The fact remains that getting people right is not what living is all about anyway. It’s getting them wrong that is living, getting them wrong and wrong and wrong and then, on careful reconsideration, getting them wrong again. That’s how we know we’re alive: we’re wrong. Maybe the best thing would be to forget being right or wrong about people and just go along for the ride. But if you can do that—well, lucky you.

Nie wiem, czy w ogóle czytałaś American pastoral. To piękna książka, w całości godna uwagi. Nie tylko świetnie napisana, lecz także zawiera wiele mało znanych w Polsce wiadomości o Ameryce. Przepisuję jednak tylko ten fragment, który mnie tak szalenie poruszył. Będzie moim nowym credo.

PS: różnicę pomiędzy tekstem polskim a angielskim znalazła Powsinoga – odpowiednie zdania zostały wytłuszczone.

Dziś była rocznica Smoleńska, ale była też rocznica śmierci Jacka Kaczmarskiego.
Obława

12 thoughts on “Porażająca farsa błędnej percepcji”

  1. W nawiązaniu do stwierdzenia „ Przecież celem życia człowieka nie jest prawidłowe zrozumienie innych ludzi. ” Zgadzam się z tym, i nie. Pozwolę sobie podesłać link filmu, traktujący o tym problemie, ale jakby z drugiej strony, jest to „odwrócenie kota ogonem”, z pozycji człowieka, który nie prosi o zrozumienie, a który przez oddziaływanie świata zewnętrznego może mentalnie tak się od niego uzależnić, że przeszkadza mu to w prawidłowej ocenie samego siebie, może być nie lada problemem. Oczywiście, nawet w relacjach rodzinnych, może dochodzić do wzajemnego niezrozumienia się, np. oschła, wymagająca matka, a nadwrażliwe zamknięte w sobie, potrzebujące bliskości i czułości dziecko. Kto, kogo powinien tu zrozumieć? Dobrze by było, aby matka potrafiła zrozumieć swoje dziecko, ale czy potrafi? A czy w takim razie powinien być ktoś, kto zrozumie matkę i jej podpowie, jak ma rozumieć swoje dziecko, czy ona to zrozumie? Może, ale niekoniecznie. Zrozumienie człowieka w najbliższych interakcjach jest wg mnie bardzo ważne i możliwe, natomiast rozumienie choćby mentalne, znajomej osoby, szczególnie, kiedy mnie o to nie prosi, jest bezsensowne. Czy moje rozumienie osoby znanej, ale mi obcej, będzie prawidłowe? Otóż – nie, nie będzie. Czy rozumienie osoby, z którą rozmawiam mailowo, na zasadzie dziś na obiad ugotuję… jest prawidłowe? Nie jest, więc czy jest sens dokonywania całego procesu rozumienia drugiej osoby? Nie lepiej brać ją taką, jaka jest?
    Mój sąsiad zabił dziecko, czy można go zrozumieć? Próbowałam, nawet mu współczułam jego „pieskiego” życia, ale samego aktu zabójstwa, nie rozumiem, nie jestem pewna, czy on sam to zrozumiał. Odsiaduje wyrok dożywocia.
    Myślę, że proces zrozumienia człowieka powinien zacząć się w nas samych i wcale nie jest to takie proste. Może chodzić o ego, a może chodzić o coś takiego jak nasza wrażliwość, która ego spycha gdzieś do „podziemia „ a my sami jesteśmy sam na sam z oddziaływaniem świata zewnętrznego na nas samych. Właśnie w naszym wnętrzu widzę praprzyczynę zrozumienia drugiego człowieka, pod warunkiem, że sami potrafimy zrozumieć siebie. Osobiście unikam ludzi, którzy zbyt mocno ingerują w moje wnętrze, bo skoro ja sama staram się siebie zrozumieć i jakoś się ze sobą ułożyć, wyciszyć, poukładać myśli, to jak ktoś z zewnątrz, nawet najbliższe mi osoby potrafią zrozumieć mnie lepiej, moje potrzeby, niż ja sama? Czy ocena jesteś taka, a taka, mi pomoże, skoro nie jestem taka, jak mi powiedziano? Czy w takim razie, proces zrozumienia człowieka, kiedy nawet psycholodzy, psychiatrzy mają z tym problem, powinien być czymś „obowiązkowym”? Czy każdy z nas ma odpowiednie kwalifikacje zrozumienia ludzi? Wątpię. Gdyby tak było, mówię o zrozumieniu ludzi, w skali „makro”, nie byłoby na świecie wojen, głodu, bandytyzmu, wyzysku, itd.
    Zrozumienie człowieka w skali „mikro”, (pomijam tych, których kochamy i którzy nas kochają, oni w zasadzie nas rozumieją 🙂 ), może przynieść więcej złego, niż dobrego, ponieważ zawsze odbywa się w oparciu o ocenę najczęściej subiektywną i wyciąganie wniosków, a te mogą być mylne.
    Piszę o czymś nie mając zielonego pojęcia, ani przygotowania z zakresu omawianego zagadnienia, po prostu, tak właśnie czuję, dlatego mam nadzieję, że zostanie, mi to wybaczone i nie będzie podlegało zbyt surowej ocenie. Przepraszam za tak długi wpis.

    Pozdrawiam

  2. Ależ to wspaniale, jak komuś się w ogóle chce napisać komentarz. Najczęściej Czytelnikom się nie chce. A długich to już wcale! Zapraszam do pisania częściej takich długich komentarzy, to takiemu blogowi jak ten “dobrze robi”. Pozdrawiam

  3. „Zapraszam do pisania częściej takich długich komentarzy, to takiemu blogowi jak ten “dobrze robi”.
    Hmm, może zrozumiałam, a może nie, ale jako nadwrażliwiec… przepraszam, więcej nie będę takiego bloga bezcześcić. Pozdrawiam i przepraszam. I to jest właśnie to, o czym pisałam, ale … zrozumienie nawet nędzy, niżej siebie… to nie takie proste jest… Przepraszam, że uraziłam. Miałam w podpisie napisać bardzo prosta baba, ale w myśl nauk pana Rodina, które od niedawna odkryłam, doszłam do wniosku, że nie powinnam się niczym płaz wić i nóg osób rozumiejących wszystko, i bezbłędnie. Przykro mi, przedobrzyłam zapewne, ale powiem tak:
    To nie mój problem… wiem, że są głupi, głupsi, mądrzy, mądrzejsi, ale tak jak napisałam… wolę być sama na pustyni, niż uniżenie rączki całować, kogoś, kto z góry ma mnie za płaza.
    Pozdrawiam
    PS Nigdy w jednym czasie nie grałam dwóch ról na raz Anonim, Redaktorka bloga. Przerabiałam na własnej skórze podobną sytuację, dziękuję i pozdrawiam najserdeczniej jak potrafię. A teraz, jakże mądre słowa: Koziołku Matołku… itd. 
    Drugie PS: Po przeczytaniu radzę skasować, może być tak, że ktoś, może przyznać mi rację !~

  4. Rany boskie! Porażające! przecież ja pochwaliłam, podziękowałam i zachęciłam do pisania następnych długich komentarzy! Dlaczego zostało to zrozumiane opacznie? A co do Anonima – wpisywałam odpowiedź z obcego komputera i mimo iż napisałam, że to ja, wordpress tego nie zaakceptował. A ja z kolei nie chciałam, żeby Anonim odpowiadał zamiast mnie, podjęłam więc jeszcze jedną próbę i ta już była udana.

    1. Rany boskie! Tak właśnie zrozumienie drugiego człowieka wygląda, proste????
      Nie jest proste, i o tym tez pisałam, ogródkami. W przypadku niektórych,, ja do tych właśnie dziwaków należę, odbieranie świata jest, za siebie i za wszystkich wokoło…ciężko jest i zawsze boli, zawsze dostaję po 4 literach. Dlatego uważam, że zrozumienie drugiego człowieka, często po drugiej stronie, nie jest takie proste. Należę do tych, którzy biorą wszystko do siebie, można mi wiele wmówić, po jakimś czasie zaczynam rozumieć, ale…zanim zrozumiem, blizny powstają, często nieodwracalne.
      Właśnie dlatego, ten temat mnie tak mocno zainteresował. Uważam, że zrozumienie drugiego człowieka jest bardzo trudnym procesem, i ten kto potrafi zrozumieć np. matkę, niby nie kochającą swojego dziecka, chociaż ona kocha, jest tym, z czym wielu z nas ma do czynienia, ale nie pojmuje do końca. Czyjaś oschłość zewnętrzna, nie musi być nią naprawdę, może być, że za fasadą oschłości bije czułe kochające serce. Nie można uogólniać, to zbyt skomplikowany temat, wymaga rozpatrywania indywidualnego, Uogólniając możemy kogoś bardzo skrzywdzić. Tylko tyle chciałam dodać. Przepraszam za zamieszanie. Pozdrawiam serdecznie.

  5. Ufff! Dziękuję i…. zapraszam ponownie do pisania dalszych komentarzy. Przy okazji nadmieniam, iż udało się nam udowodnić, że autor nie do końca ma rację. Dobranoc!

  6. “autor nie do końca ma rację”
    autor sobie snuje teoretyczne dywagacje na temat blizej nieokreslonego (nie)zrozumienia. niewykluczone, ze maja one drugie dno i sa wynikiem glebokich przemyslen, bybym nawet sklonny tak zakladac, niestety mnie sie ono (dno) nie ujawnia. no bo coz w tym nowego – osobiscie nie rozumiem 90% ludzi, ktorych spotykam. oni mnie prawdopodobnie tez. nie musze ich rozumiec, wystarczy, ze dajemy sobie wzajemnie to, czego nam potrzeba i nie wlazimy sobie w droge bez przyczyny. problem zaczyna sie, gdy dotyczy to osob, ktore cos dla nas znacza, na ktorych nam zalezy. a i tu nigdy do konca nie jestesmy szczerzy, wiec moznaby zalozyc, ze pelne zrozumienie nigdy nie jest mozliwe i odlozyc problem na polke. co jednak, kiedy chcemy byc zrozumiani, kiedy to ma o czyms decydowac? co z potrzeba bycia zrozumianym? co z ludzmi, u ktorych ta potrzeba jest bardzo silna, a bardzo rzadko zostaje zaspokojona? a moze wlasnie dlatego jest taka silna? co z ludzmi, ktorzy niby chca nas zrozumiec, ale nie dopuszczaja nas do glosu i cale “zrozumienie” odbywa sie wewnatrz ich szarych zwojow mozgowych? co z ludzmi, u ktorych na niezrozumienie i zwiazane z tym wyobcowanie i samotnosc naklada sie ponadprzecietna inteligencja i duze dokonania zyciowe? a takze cierpienie i takie ukrzywdzenie przez los od kolyski samej, ze na kilka porzadnych biografii mozna by rozdzielic? co z ludzmi, ktorzy sami wiele z tej krzywdy i niezrozumienia sami produkuja, lecz (mimo inteligencji, doswiadczen itp.) nie sa w stanie tego dostrzec, ani nic z tym zrobic? mam z taka osoba do czynienia na codzien. jestem “zona poety”, tzn. towarzyszem nieprzecietnej osoby o silnej dysfunkcji spolecznej, psychicznej, emocjonalnej i co tam sobie kto chce. osoby poza tym bardzo kochanej, szlachetnej i inteligentnej. i stwierdzam, ze nie potrafie zrozumiec. zachowan, slow, decyzji, kaprysow, zlosci, euforii, niecheci, zazdrosci. calkiem innymi drogami, jakos to chodzi i drog tych nie jestem w stanie ogarnac. nawet juz nie probuje. na wlasnej skorze doswiadczam (uwaga, pojade banalem), ze “kto nie przezyl, nie zrozumie”. ale czy musze rozumiec? czy nie wystarczy akceptacja, uczucie i gotowosc “bycia opoka”, ktora te najtrudniejsze zyciowe wichry pomoze przetrwac? okazuje sie ze nie. okazuje sie, ze to cholerne zrozumienie jest w tej ukladance do czegos niezbedne. i ogarnia mnie beznadzieja, bo nie rozumiem nawet, czego nie rozumiem.
    I dlatego wybaczcie Panie, ale juz tak wybitnie i doglebnie nie rozumiem problemow, jakie pan R. ma ze “zrozumieniem”. Nie chce przez to powiedziec, “ze co tam Roth, ja to mam przechlapane”, ale za duzy jest poziom abstrakcji tych przemyslen, by mogly mnie jakos dotykac. Wcale nie przeszkadza mi w zyciu, ze “sie mylimy”, bo z reguly mamy mozliwosc korekty tejze pomylki. spotykamy czlowieka po raz kolejny i mile nas zaskakuje, bo nasza ocene tej osoby, powzieta na podstawie poprzedniego spotkania, okazuje sie, o tzw. kant rozstrzasc mozna. ja w ten sposob myle sie bardzo chetnie. i gdyby pan R. czytal sokratesa (sorry, no jasne ze platona), to (tutaj znow banal) to znalby jego najslynniejsze powiedzenie i przestal miec problem z tym, ze nie wie, i prawdopodobnie nigdy sie nie dowie, kim tak naprawde i ostatecznie jest siedzaca naprzeciw niego osoba, np. malzonka, partner, przyjaciel najwierniejszy. jest to jeden z urokow zycia, lecz czasem, przyznaje, jedno z wiekszych przeklenstw. owa ostatecznosc poznawcza to tez, ze tak powiem, problem pozorny, bo kazdy z nas ma w zyciu jedna, dwie, kilka osob, ktore, o ile relacje te sa w miare szczere, w miare uplywu czasu poznaje coraz lepiej. Wiec gdzies “w nieskonczonosci” suma tegoz wzajemnego niezrozumienia i pomylek w odniesieniu do tej osoby “dazy do zera”. Pewnie dlatego tez Bog “wie wszystko”. Qed.
    Usciskowywuje najserdeczeniej
    K.
    PS.: dziekuje abc za komentarz. byl dla mnie duzo bardziej poruszajacy niz przytoczony fragment prozy.
    PS. 2: bardzo dziekuje Autorce bloga, za samego bloga, za to ze jest i w ogole za caloksztalt “pracy tworczej na niwie”.
    PS. 3: uprzejmie wnosze o przyznanie osobie mojej nagrody za najdluzszy komentarz ever. ewentualnie tez o przykladne ukaranie i niewspominanie o mozliwosci skomentowania czegokolwiek, bo tak to sie konczy.

  7. O! Wspaniale! Chociaż oczywiście też strasznie. Ale wspaniale. Uwielbiam długie komentarze! Zapraszam kriz.is-a podobnie jak zaprosiłam już abc do dalszej pracy nad komentarzami! Piszcie długie komentarze, a ja nie obiecuję, że będę Was rozumieć, ale na pewno będę się bardzo starać, no i będę bardzo, bardzo wdzięczna.

  8. Uderzyła mnie różnica w oryginale i tłumaczeniu jednego zdania:

    You might as well have the brain of a tank.
    Człowiek jest jak czołg wyposażony w mózg.

    W oryginale człowiek ma mózg czołgu, w polskim przekładzie czołg ma mózg… chyba człowieka, bo o innych stworzeniach mowy nie było.

  9. Tak jest, Powsinogo, dokładnie o tę różnicę chodziło! Poproszę o adres (nie mam, jakie to śmieszne) – a więc trzeba wysłać adres pocztowy na znany Szanownej Zgadywaczce adres mailowy. W przyszłym tygodniu pojawi się znowu w Berlinie Lidia Głuchowska, to wpisze dedykacje w książkach o Kubickim i się wyśle!

  10. W piątkowe Wyborczej interesujący esej Vargi o Rocie: Poglądy Kepesha na literaturę i jej nauczanie są bez wątpienia poglądami Rotha. Kepesh studentom zabrania używania sformułowań “dychotomia utworu”, “struktura dzieła”, “forma”, “symbolika”, a nawet słowa “egzystencjalny”. Zamiast tego chce, żeby znaleźli w literaturze to, co jego pociąga, a więc aby mówiąc o literaturze, mówili o “samotności, ułomności, tęsknocie, upadku, cierpieniu, rozczarowaniu, nadziei, namiętności, strachu, zepsuciu i śmierci.”

    Zwycięzcy konkursu gratuluję zwycięstwa!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.