Biblioteki

Uwaga od administratorki z roku 2020: to, co poniżej, to wpis, którego już nie ma. Wszystkie linki, poza jednym, okazały się po 7 latach nieczynne i z niczym się nie linkowały, a jeden był jakimś podłym spamem. Zostało tylko zdjęcie wnuka, który, oczywiście, wygląda teraz zupełnie inaczej.

Ewa Maria Slaska

W tej grupie, z którą jestem zaprzyjaźniona na Facebooku (cokolwiek to miałoby znaczyć) biblioteki pojawiają się niemal tak często jak książki i pisarze. Jest taka piękna strona (natychmiast się z nią zaprzyjaźniłam!), zatytułowana “Tak wyglądam w bibliotece”.

W samych początkach jej istnienia wysłałam tam zdjęcie mojego wnuka, Antosia – okazało się, że był pierwszym mężczyzną, który pojawił się na tej stronie.

antos w bibliotece2
Jedna z moich przyjaciółek, nie tylko facebookowych, co i rusz podrzuca do pospólnego podziwiania biblioteki ze strony “Bookshelf Porn”:

http://bookshelfporn.com/tagged/favorites

Biblioteki pojawiają się też oczywiście w filmach. Najsłynniejsza jest główną bohaterką Imienia róży wg Umberta Eco, ale moja ulubiona, to oczywiście Keira Knightley w zielonej sukni w niedwuznacznej sytuacji w filmie Atonement wg. powieści Iana McEwana.

Ach te biblioteki.

Sarah Kirsch

Sarah_KirschUmarła już 5 maja, ale do wiadomości podano to  dopiero kilka dni później. Niemiecka Wikipedia natychmiast to odnotowała.
Sarah Kirsch
Polska nie, ale polska w ogóle o niej nie pisze, dlaczego by więc miała coś wiedzieć o tym, że umarła.  Ale poetka nie jest w Polsce nieznana. Na stronie http://www.torun.pl/pl/2007-ewa-lipska-i-sarah-kirsch pojawią się Ewa Lipska i Sarah Kirsch. Obie w roku 2007 otrzymały nagrodę im. Samuela Lindego przyznawaną przez miasta Toruń i Getyngę.

Urodziła się w 1935 roku  w Limlingerode (w latach 1949-1989 była to miejscowość w NRD, gdzie poetka mieszkała do roku 1977). Studiowała biologię na uniwersytecie w Halle, a potem pisanie w Instytucie Literatury w Lipsku. W latach 1958-68 była żoną poety Reinera Kirscha.

Po pozbawieniu obywatelstwa NRD znanego pieśniarza Wolfa Biermanna w 1976 roku znalazła się wśród autorów kontestujących politykę władz, a w 1977 roku opuściła NRD i przeniosła się do RFN.

Debiutowała w 1961 roku i od tej pory ukazało się 19 tomów jej wierszy. Jedna z najciekawszych i najwybitniejszych poetek współczesnej literatury niemieckiej.  Księgarnie internetowe oferują tylko wydania niemieckie, a po polsku ukazało się dotąd tylko kilka jej wierszy w antologii niemieckojęzycznej liryki miłosnej: Ty się pojawiasz jak miłość… (PIW, Warszawa 1987) oraz w prasie literackiej.

Tuż koło białych bratków

stoję w parku tak jak mi kazał
pod wierzbą
rozczochraną staruchą bezlistną
widzisz mówi nie przychodzi

Ach mówię złamał nogę
zadławił się ością nieoczekiwanie
ulicę zamknięto albo
nie może wymknąć się swojej żonie
wiele rzeczy staje nam ludziom na przeszkodzie

Wierzba kołysze się i skrzypi
możliwe że już nie żyje
blady był taki kiedy cię całował pod płaszczem
możliwe wierzbo możliwe
w takim razie miejmy nadzieję że już mnie nie kocha

przełożył Jacek St. Buras

A ja popróbuję sił w tłumaczeniu wiersza, który jest bardzo popularny na youtubie, a po polsku go nie ma:

Die Luft riecht schon nach Schnee,
mein Geliebter
Trägt langes Haar,
ach der Winter,
der Winter der uns
Eng zusammenwirft
steht vor der Tür, kommt
Mit dem Windhundgespann.
Eisblumen
Streut er ans Fenster,
die Kohlen glühen im Herd,
und Du Schönster Schneeweißer
legst mir
deinen Kopf in den Schoß

Ich sage das ist
Der Schlitten der nicht mehr hält,
Schnee fällt uns
Mitten ins Herz, er glüht
Auf den Aschekübeln im Hof
Darling flüstert die Amsel

Powietrze pachnie śniegiem,
mój miły
ma długie włosy,
ach zima,
zima nadciąga,
w zaprzęgu ogarów.
Zima nas połączyła i zbliżyła,
rozsypuje lodowe kwiaty
na oknach
żarzy się węgiel w piecu,
a ty najpiękniejszy mój
Królewiczu Śniegu
kładziesz mi głowę
na kolanach.

Mówię, że to sanie, których
nie sposób już zatrzymać,
śnieg pada w samo serce,
żarzy się jeszcze
w wiadrze popiołu na podwórzu
Och, Darling szepce kos

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska

Dwie opowieści – opowieść druga

Wczoraj zaprezentowałam moją wersję opowieści o pobycie holenderskiego dziennikarza Dicka Verkijka na Stoczni Gdańskiej im. Lenina podczas strajków w sierpniu 1980 roku. Dziś opowieść Dicka Verkijka o tych samych zdarzeniach.

Dick Verkijk „Od bazuki do Bośni”. Rozdział 23.

dick-mlodyPo tym jak wyrzucono mnie z Czechosłowacji, nie miałem również prawa wjazdu do Polski. Mimo to od czasu do czasu i z różnych przyczyn udawało mi się dostać wizę. Jednym z taki przypadków był rok 1980. Właściwie już jesienią 1979 roku dostałem promesę, ale dopiero po wielu miesiącach utarczek biurokratycznych przybrała ona postać rzeczywistej wizy wjazdowej. Był marzec 1980 roku. Powiadomiłem ambasadę PRL w Hadze, że zamierzam skorzystać z wizy dopiero latem.  (…) W Polsce wrzało,  a mimo to redakcja zaproponowała mi, żebym jadąc do Polski na odmianę zajął się jakimiś „normalnymi tematami”, a nie polityką. Na przykład – jak cudzoziemcy spędzają wakacje w Polsce, oczywiście na przykładzie Holendrów.(…) Nie byłem zadowolony, ale postanowiłem nie kłócić się, tylko skorzystać z możliwości spędzenia wakacji opłaconych przez pracodawcę. Zaproponowałem synowi, żeby pojechał razem ze mną. Ruszyliśmy pod koniec lipca. Naszym celem był Gdańsk, a jechaliśmy przez NRD. W Polsce wciąż wrzało, a my udawaliśmy ślepych i głuchych. Wjechaliśmy na camping w Sopocie. Camping był pusty.

– Są jacyś Holendrzy? – zapytałem w recepcji.
– Ani jednego.
– A Polacy?
– Strajkują.

Wiedziałem oczywiście, tak jak wiedziałem, że tu i ówdzie zakładają „niezależne związki zawodowe”.

Niezbyt zadowoleni pojechaliśmy do Gdańska, do przyjaciół, których znałem jeszcze z czasów mojego ostatniego pobytu w tym mieście czyli z roku 1958. Ich córka Ewa, wówczas jeszcze dziecko, była zamężna i miała syna. Angażowała się we współpracę z ludźmi ze związków. Opowiedziała mi co się dzieje i jak z dnia na dzień narasta fala protestów. Słuchałem jej, wiedząc, że nie będę już miał czasu na odwiedzanie jakichś kolejnych campingów i nie będę sobie zawracał głowy tym, jak moi rodacy zamierzają wypoczywać, skoro tu mam temat znacznie ważniejszy: jak Polacy zamierzają zmienić porządek swojego świata?

– Musisz się spotkać z Andrzejem Gwiazdą – powiedziała Ewa – to nasz dobry przyjaciel i członek KOR-u. Założył w Gdańsku niezależne związki zawodowe.

Spotkałem się z Gwiazdą 8 sierpnia 1980 roku u niego w domu. Rozmawialiśmy o niezależnych związkach zawodowych i o tym, jaka może być z czasem ich rola. Ewa zapytała też, czy chciałbym się spotkać z innym przedstawicielem związków, robotnikiem Lechem Wałęsą, ojcem pół tuzina dzieci. Byłem pewien, że powie mi on to samo co Gwiazda, odmówiłem więc. Chciałem koniecznie pojechać do Warszawy, spotkać się z głównymi organizatorami  strajków, Kuroniem, Lityńskim, Onyszkiewiczem. Strajki wybuchały w coraz większej ilości miast i partia nie wiedziała już, co robić. Zagraniczni dziennikarze nie mieli prawa wjazdu do Polski. Tak doszło do paradoksalnej sytuacji, że ja, dziennikarz obłożony zakazem wjazdu do Polski, byłem tu jedynym dziennikarzem holenderskim, podczas gdy moi koledzy, nie wpisani na czarną listę, nie otrzymali prawa wjazdu, mimo że bardzo im na tym zależało.

(…) Z Warszawy pojechałem do Krakowa (…), gdzie zastała mnie wiadomość, że wybuchł strajk nad strajkami. Miejsce – Stocznia Gdańska im. Lenina, przywódca – Lech Wałęsa, ten sam, z którym nie chciałem się spotkać. Drugą najważniejszą osobą strajku był Andrzej Gwiazda. Polska zamieniła się w pandemonium, moje obowiązki zawodowe również. Każdy czegoś ode mnie chciał, musiałem się więc uwijać od świtu do nocy. I oczywiście wciąż musiałem walczyć o możliwość kontaktu telefonicznego z Holandią, co pożerało całe długie godziny. Telefonista po holenderskiej stronie nie mógł mi pomóc, a kiedyś, jak już się wreszcie dodzwoniłem, powiedział beztrosko, „nie mam teraz czasu, proszę zadzwonić za 15 minut”. Wydaje mi się, że musiałem go nieźle zrugać. W międzyczasie skończyła mi się wiza turystyczna wystawiona na trzy tygodnie. Wystąpiłem w Krakowie do odnośnych władz o przedłużenie i dostałem bez jakichkolwiek starań dwa dodatkowe tygodnie pobytu. Wróciłem do Warszawy. W międzyczasie nie można się już było porozumieć telefonicznie z Gdańskiem – 15 sierpnia władze odcięły wszystkie drogi porozumienia. Właściwie trzeba było jechać, a kilku opozycjonistów chciało się ze mną zabrać. Jasne, tam działa się Historia i każdy zamierzał w tym uczestniczyć. Ja oczywiście też, ale  nie miałem tam po co jechać, póki nie miałem szans na porozumienie z Holandią. W Warszawie wciąż jeszcze telefony działały, a KOR miał swoje własne sposoby komunikacji z Gdańskiem. Jacek Kuroń poznał mnie z „blond aniołem KOR-u” czyli Ewą Kulik, która przekazywała mi informacje ze stoczni dokładnie w tym samym czasie, kiedy otrzymywał je KOR.

Początkowo rząd nie chciał rozmawiać ze strajkującymi, ale rozprzestrzenienie się fali strajków solidarnościowych w całym kraju, zmusiło władze do zmiany stanowiska. Pierwszym żądaniem MKS – Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego –  było przywrócenie łączności telefonicznej, na co władze przystały w poniedziałek 25 sierpnia wieczorem. Następnego dnia o 6 rano jechałem już do Gdańska. W południe dotarłem pod bramę stoczni  im. Lenina, gdzie otrzymałem przepustkę podpisaną osobiście przez Lecha Wałęsę.  Na stoczni obowiązywał strajk okupacyjny, co oznaczało, że strajkujący nie wychodzą poza mur okalający stocznię. Był też surowe ograniczenia wstępu osób obcych na teren stoczni, choć zasadniczo dziennikarzy wpuszczano bez przeszkód. Strajkujący wprowadzili zakaz konsumpcji alkoholu – a to w Polsce był wówczas naprawdę wyczyn – ciekawe, że solidarnie przez okres strajku nikt nie pił również w całym mieście. (…) Strajk był perfekcyjnie zorganizowany, a zdołano to osiągnąć w nadzwyczaj krótkim czasie. I bez jakiejkolwiek przygotowanej zawczasu strategii. Gdy 8 sierpnia rozmawiałem z Andrzejem Gwiazdą, o niczym jeszcze nie wiedział – w 6 dni później był przywódcą wielkiego strajku. Wraz z Wałęsą, oczywiście, ale Wałęsa to był charyzmatyczny wódz – możliwe, że bez tej charyzmy nie udałoby się przedłużenie strajku – ale prawdziwym architektem strajku i autorem słynnej listy 21 postulatów był niewątpliwie Andrzej Gwiazda.

21_postulatow_solidarnosci_tablica1Do Gdańska przybyła delegacja rządowa, której przewodniczył wicepremier Wojciech Jagielski. Podziwiałem jego odwagę. Za każdym razem, gdy wchodził na teren stoczni, musiał przejść pomiędzy dwoma szeregami strajkujących. Na stoczni panowała jednak iście niepolska dyscyplina, nigdy nie słychać było zaczepek czy inwektyw. W kompletnej ciszy przechodził te sto metrów od bramy stoczni do sali obrad. Była to nieduża salka oddzielona szklaną szybą od reszty pomieszczenia. Wyglądała trochę jak akwarium. Obie negocjujące grupy siedziały naprzeciwko siebie, a my, zgromadzeni w dużej sali, tak zwanej sali BHP, mogliśmy ich nie tylko widzieć, lecz również słyszeć przez głośniki. Ja też mogłem się przysłuchiwać, bo na stoczni przebywało kilkunastu wolontariuszy – studentów, tłumaczących obrady zagranicznym dziennikarzom. Na ścianie wisiał transparent ze słowem Solidarność zapisanym tymi zuchwałymi literami z małą polską flagą przymocowaną do masztu jakim była pierwsza pionowa kreska litery „n”. Był to prezent od grafika Jerzego Janiszewskiego. Słowo było dobrze dobrane, bo solidarność  była widoczna wszędzie. Poparcie dla strajku wyrażali nie tylko robotnicy z innych zakładów pracy, ale też naukowcy, profesorowie, artyści. Z Gdańska, ale przybyło też kilka osób z Warszawy. Przychodzili do stoczni artyści, którzy występowali dla strajkujących. Napływało mnóstwo jedzenia, a przecież było to czas, że w Polsce go brakowało. Wolontariusze bez przerwy szykowali kanapki lub nawet czasem gotowali zupę. (…)

21_postulatow_solidarnosci_tablica2

Sytuacja zapędziła Jagielskiego w kozi róg. Dał strajkującym słowo i poprosił, by mu uwierzyli. Andrzej Gwiazda odpowiedział wtedy – oszukiwaliście nas przez ponad 30 lat, nie wierzymy ani jednemu waszemu słowu. Dziś po upadku systemu komunistycznego wypowiedź ta nie brzmi tak zuchwale jak wtedy, ale był rok 1980 – Związek Sowiecki i Blok Wschodni trzymały się mocno – wtedy słowa te zapierały dech w piersiach. Nikt nigdy przedtem nie słyszał, by ktoś mógł powiedzieć coś takiego przedstawicielowi władzy komunistycznej.

(…) Z 21 postulatów dwa były najbardziej istotne – zalegalizowanie niezależnych związków zawodowych i prawo do strajku. I tu też rząd w osobie Jagielskiego najbardziej się bronił. Delegacja rządowa próbowała skoncentrować się na pozostałych punktach, ale strajkujący byli bezwzględni i nie chcieli zgodzić się na żadne porozumienie, które by pomijało te dwa punkty. Jagielski ugiął się rano w sobotę 30 sierpnia, ale jego decyzja musiała jeszcze zostać zatwierdzona przez władze (czyli partię).  Partyjne „tak” nadeszło wreszcie, ale dopiero w sobotę po południu. Na sali zawrzało. Wszyscy ściskali się ze wszystkimi – dziennikarze, strajkujący, tłumacze. Stocznia wygrała strajk.

Gdy wieczorem nagrywałem audycję dla radia w Hilversum, poprosiłem redakcję, by wycięli z relacji, co chcą (zawsze skracali), ale żeby koniecznie zostawili zdanie: „Od dziś Polska będzie innym krajem”.

solidarnosc(…) Związki zawodowe wciąż jeszcze były nazywane MKS – Międzyzakładowy Komitet Strajkowy – i nie miały jeszcze nazwy. Ale już miały siedzibę – na ulicy Grunwaldzkiej 60 we Wrzeszczu, zaledwie kilometr od miejsca, w którym mieszkałem.  Poszedłem tam w poniedziałek. W jednym z pomieszczeń Wałęsa i  Gwiazda dyskutowali z grupą jakichś ludzi, o tym jak nazwać związki? Wszyscy mieli się prawo wypowiedzieć, byli strajkujący, przywódcy, dziennikarze, przypadkowi goście. Ja osobiście, podobnie jak kilka innych osób, byłem zdania, że powinno się zachować nazwę MKS, bo stała się już tradycją. Ale wtedy ktoś zapytał, „a czemu by nie wziąć słowa Solidarność, jak na transparencie, jaki stworzył dla strajku  Janiszewski?” Wszystkim spodobał się ten pomysł. I tak nie tylko narodziły się Niezależne Związki Zawodowe, ale również ich nazwa i symbol – owe zuchwałe litery.

Tłumaczyła z angielskiego Ewa Maria Slaska

Uwaga:  W tekście Dicka Verkijka znalazło się kilka nieścisłości w pisowni imion, nazwisk i nazw. Pozwoliłam sobie zapisać je prawidłowo. (przyp. EMS)

Dwie opowieści – opowieść pierwsza

To są dwie różne opowieści o tym samym. O tym, że są różne, przekonałam się jednak dopiero po latach.  Zapewne zawsze tak jest.

Dziś Prezydent Polski Bronisław Komorowski przyznał bohaterowi tych dwóch opowieści, Dickowi Verkijk KRZYŻ OFICERSKI ORDERU ZASŁUGI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ. Order został przyznany za “za wybitne zasługi we wspieraniu przemian demokratycznych w Polsce, za dawanie świadectwa prawdzie o sytuacji w Polsce w czasie stanu wojennego i za osiągnięcia w działalności dziennikarskiej”. Gdy publikowałam ten wpis, wcale tego nie wiedziałam.

Opowieść Ewy Marii Slaskiej

W roku 2009 Centrum Solidarności w Gdańsku wezwało różne osoby zaangażowane w strajki do wybrania ludzi z zagranicy, którym należałby się Medal Wdzięczności. Centrum chciało przyznać te Medale w 30 rocznicę strajków sierpniowych tym, którzy pomagali Polsce i Polakom, a przede wszystkim strajkującym w okresie od strajku w sierpniu 1980 do końca stanu wojennego.

Moja decyzja była natychmiastowa: Dick Verkijk. Jasne.

dickNie było to jednak wcale takie jasne – sam proces zgłaszania kandydatur był żmudny i uciążliwy, czekanie na decyzję Kapituły Medalu – długie i niezrozumiałe, a potem… A potem było już tylko gorzej. Ale o potem potem. Na razie jest jeszcze rok 2009 i składam wniosek.

Najpierw muszę napisać o sobie. Dużo i wyczerpująco. Potem o moim kandydacie. Jeszcze więcej. Zanim dojdę do końca, będę potwornie wyczerpana. Ale brnę, bo jestem uparta.

Imię i nazwisko osoby zgłaszanej do wyróżnienia: Dick Verkijk

Miasto i kraj zamieszkania: obecnie Salt Lake City USA, w okresie Solidarności i stanu wojennego Haarlem w Holandii


Wiek (ewentualnie data urodzenia): urodzony w roku 1929


Osoba organizująca poparcie dla Solidarności i podziemia w Polsce w postaci:

– pomocy sprzętowej dla podziemia TAK
– wsparcia politycznego TAK
– pomocy charytatywnej TAK
– pomocy w postaci organizowania wsparcia społeczności lokalnych (np. publikacje prasowe) TAK
– inne /jakie TAK / wywiady, przekazywanie informacji na Zachód, PR

Uzasadnienie dla przyznania Medalu Wdzięczności:
Dick Verkijk był przez całe życie dziennikarzem radiowym radia holenderskiego. W latach 1958-1995 był odpowiedzialny za tematykę Europy Wschodniej, w ostatnich 10 latach tego okresu był korespondentem w Belgradzie; pracował najpierw na zlecenie, a od r. 1963 jako pracownik etatowy Radia i Telewizji Holenderskiej. Wielokrotnie był w Polsce i poznał osobiście wielu członków opozycji, przeprowadzał z nimi wywiady, wspomagał w działalności (również finansowo). Niektórzy z nich pozostali jego przyjaciółmi na całe życie. Informacji na jego temat mogą udzielić Adam Michnik, Helena Łuczywo, Janek Lityński, Janusz Onyszkiewicz, Konrad Bieliński i jego żona Ewa Kulik, która w latach 80 współpracowała z Jackiem Kuroniem. Niestety sam Jacek Kuroń zmarł przed kilku laty.

Dick Verkijk był pierwszym dziennikarzem zachodnim, który wszedł na Stocznię Gdańską po rozpoczęciu strajku w roku 1980. Został wprowadzony przez mojego męża, delegata ZBWR Spółdzielni Mieszkaniowej Morena w Gdańsku. Od pierwszych dni strajku Dick Verkijk nadawał z naszego mieszkania audycje radiowe na temat strajku do radia holenderskiego, które były podstawowym materiałem informacyjnym o strajku dla mediów na całym świecie.

bookofyear
Jest autorem książki w języku angielskim „From Bazooka to Bosnia”(Od bazuki do Bośni), w której opisuje swoje życie od czasów wojny do okresu, gdy był korespondentem na półwyspie bałkańskim. Dołączam do wniosku własne tłumaczenie fragmentów tej publikacji dotyczących jego pobytów w Polsce.
Gdyby Komisja uznała, że proponowana przez mnie kandydatura jest odpowiednia i zdecydowała się na przyznanie Dickowi Verkijk Medalu Wdzięczności, myślę, że mowę laudacyjną powinien wygłosić Janusz Onyszkiewicz.
Więcej na temat Dicka Verkijka można znaleźć na stronie internetowej: http://www.woodenshoespublishing.com lub po prostu wpisując jego imię i nazwisko do wyszukiwarki internetowej google.

Taki był wniosek. Kiedyś komisja zwana Kapitułą przyznała wreszcie medale. Również Dickowi. Mnie nikt o tym nie poinformował, ale na szczęście sam zainteresowany dostał maila. Zaczęliśmy następny etap działań – przygotowania do wspólnego wyjazdu do Gdańska na uroczystości obchodów rocznicy podpisania porozumień gdańskich.

Generalna uwaga jest taka – nikt nie odpowiadał na maile! Nieważne, czego dotyczyły. Ale czasem sami z siebie pisali. No i musieli odpowiadać, jak telefonowaliśmy. Najpierw napisali, że nie zaproszą osób odznaczonych, bo nie będzie pieniędzy. Dick napisał, że przyjedziemy do Polski na własny koszt, i będziemy mieszkać też na swoim. Odpowiedź brzmiała, że nie będzie imprezy, bo pieniądze mają zostać przekazane ofiarom powodzi! Nawet po takiej – fałszywej jak się potem okazało informacji – nie pojęliśmy, matoły o łbach zakutych, że nikt nie chce, żebyśmy przyjeżdżali.
88229__kr
W międzyczasie było wiadomo, że impreza jak najbardziej się odbędzie i że inscenizację obchodów powierzono słynnemu (ongiś) artyście Robertowi Wilsonowi. Wilson wyreżyserował spektakl zatytułowany “Solidarność. Twój anioł Wolność ma na imię” (to cytat z wiersza Artura Oppmanna), pokazany we wtorek 31 sierpnia 2010 roku w Stoczni Gdańskiej. Wystąpili Marianne Faithfull, Macy Gray, Angelique Kidjo, Philip Glass, Kayah, prowadzili – Radziwiłłowicz i Janda…

czworodomedalu
Z 300 osób wyróżnionych wówczas Medalem Wdzięczności organizatorzy zaprosili cztery – Jacky Challot, Thomasa Johanssona, Karin Wollf i Donnę Baranski-Walker. Wręczono im medale nie wyjaśniając publiczności, o co chodzi i po co. Stali jak głupki na ciemnej scenie, a Komorowski, Wałęsa i Borusewicz  mruczeli pod nosem jakieś laudacje. Reszta została poinformowana – po nagabywaniach – że medale wręczą im ambasady RP w ich miejscach zamieszkania.

W Gdańsku tymczasem rozpoczęła się pyskówka o koszty imprezy (stanowczo za duże! – 9 milionów złotych, z tego 3 miliony na honoraria) i jej jakość („totalna klęska”), zakończona wyrzuceniem ze stanowiska ówczesnego dyrektora Centrum, ojca Macieja Zięby.

W Stanach Ambasada długi czas nie zdobyła się na przesłanie Dickowi Medalu, a wreszcie, znowu po długich nagabywaniach, nadała go zwykłą pocztą wraz z dyplomem, głoszącym, że medal przyznano Richardowi Verkijk. Dick to zdrobnienie od Richarda, urzędnik Ambasady miał więc prawo przypuszczać, że wie lepiej niż sam zainteresowany, komu RP przyznaje odznaczenia.

medal1Medal Wdzięczności rewers, projekt gdańskiej rzeźbiarki Dobrochny Surajewskiej, opatrzony łacińską sentencją: “Hic nobis adiumento in periculis, solacio in laboribus fuit” / “Spieszył nam z pomocą, gdy było niebezpiecznie, z otuchą – gdy było ciężko”. Na awersie w 43 językach wybito słowo “dziękuję”.


Jutro opowieść druga

… pierwiastki złota

Przyszła nie wiadomo skąd. Bardzo się cieszę, że przyszła. Tak właśnie chciałam, by funkcjonował ten blog, byście przychodziły i przychodzili bez zaproszenia, sami i same, nie wiadomo skąd.

Joanna Szubstarska

Czerń

Zawieszona przy krawędzi brzasku
Spoczęła na zwyczajnym legowisku
Nad kopułą dnia.
Blaski odpychają jej ciężar
I unoszą w górę.
Zasłona zaczerniona powłoką
Tajemnic światła
W zmrok zapada
Okrywa bezwiednie ciała niebieskie,
Czerpiąc z nich pierwiastki złota.
Uważny wędrowiec
Obserwuje ten moment,
Odtąd woli żyć obok,
Poza bezpiecznym kręgiem
Dnia i nocy,
Na granicy topnienia promieni,
Świadomy ceny
Klejnotów zakrytych w czerni.


Koński oddech
Wypycha ciężar mgły,
Której opary już dawno
Omotały mózg jeźdźca.
Zsiada powoli,
Zarysowując granicę obojętności
– zmieszanej z przymusem ruchu –
Z przygodą wpisaną w rżenie.
Dźwięk i zapach
Przenoszą w krajobraz świtu
Końską energię
Przedłużoną w ogonie dnia.


Kielich życia

Kielich nie zmienia formy,
Kształtowany według wzorca,
Kopia podobnych modeli.
Zawiera w strukturze
Lekkość ruchów ręki
Zatopioną w tkance nieożywionej.
Mieści brzemię uczty życia.


Cisza korytarzy

Brak dźwięku słów,
Milczenie mijanych oczu,
Pocałunek w ciszy.
Miarowy oddech
Zamieszkuje długie korytarze.
Schodzę krętymi schodami,
Z wyprostowanymi myślami,
Pragnieniem nakierowanym
Na spokój zastygłych korytarzy.


Upiorność miejsca
Skrzyżowanych kraterów ścian,
Z punktem świetlistym okna,
Wypukłość mebli
I martwa natura w kadrze,
Zamiast otępienia
Przywołują dreszcz,
Fontannę bodźców,
Spinających szarość atelier
W sensowne momenty.


Ona wyznacza granice dnia,
Wybrzusza wypychane powietrze płuc,
Przeskakuje bariery normalności
I przekupuje rozum;
Aby potem
– pijana z zachwytu
nad własnym sprytem –
wcisnąć cierń
w serce płonące miłością.
Ona, nostalgia…


Żyć na powierzchni
Przestrzenią
Lotem,
Nawet z połamanym skrzydłem.
Wkupić się w przestworza
Ocalać
Innych,
Otwierać klatki bez pardonu.

Kenia III – Mombasa

Persische Gattin

Mombasa

Am nächsten Tag “wagen” wir, mein Mann und ich, die Hotelanlage zu verlassen und nach Mombasa zu fahren, um die Stadt auf eigene Faust zu erkunden. Für uns ist es ganz normal, dass wir die Umgebung zu Zweit besichtigen wollen, nicht aber für die anderen Gäste des Hotels. Ein deutsches Ehepaar schüttelt fast synchron den Kopf: “alleine in die Stadt fahren, mit den stinkenden Bussen, das wäre nichts für uns”. Sie entscheiden sich paar Tage später doch Mombasa mit einer organisierten Gruppe und einem von dem Hotel eingestellten Reiseführer zu besichtigen, bricht aber den Ausflug schnell ab. “Die Gassen so schmal und schmutzig, und alles so stinkend – das muss man im Urlaub nun wirklich nicht haben“, erklären sie uns beim Abendessen.

Mombasa4 Nun fahren wir mit einem der einheimischen Buse Richtung Mombasa. Immer wieder steigt jemand zu, der Bus ist  fast voll. Wenn man aussteigen möchte, klopft man an die Blechwand des Busses und der Fahrer hält abrupt am Straßenrand an.  Gerade ist ein Ehepaar eingestiegen: eine Frau mit zwei Kinder, die aus den um den Körper der jungen Mutter gewickelten Tüchern hängen, und ihr Mann. Der Kassierer – ein flotter und frecher, junger Kenianer, der an jedem Zwischenstopp neue Passagiere anwirbt, hat nun keinen Sitzplatz und muss in gebückter Haltung in dem fahrendem Bus stehen. Später erfahren wir, dass die “Bus-Kassierer” genau wissen, wo Polizeikontrollen stattfinden und sich vor so einem Kontrollpunkt  zusätzlicher Passagiere, für welche es keinen Sitzplatz gibt “entledigen” . Die rausgeschmissene Kenianer nehmen das aber mit einer stoischen Ruhe und warten einfach auf den nächsten Bus.

Mombasa6Der “Bus-Kassierer” gibt uns das Restgeld aus. Er hält die Scheine zusammengefaltet zwischen allen fünf Finger der rechten Hand, so hat er beim Wechseln einen besseren Überblick. Ich gebe der Mutter der Kinder Süßigkeiten für die Kleinen, obwohl ich weiß, dass UNICEF, UNO und andere “Heiligen” es nicht empfehlen, es sei schlecht für die Zähne der Afrikaner. Aber nachdem ich gestern gesehen habe, dass die kenianischen Kinder mit dem erbettelten Geld sofort in den Supermarkt laufen, um sich etwas Süßes zu kaufen, sind mir diese Empfehlungen egal, denn die Herren in den hohen Institutionen kennen Kenia anscheinend nur aus den Statistiken.
Mombasa0
Seit gestern streiten wir uns mit meinem Mann, da ich so sehr mit den Menschen in Kenia Mitleid habe, dass ich am liebsten jedem Geld in die Hand drücken würde. Mein Mann sagt aber, die Leute, die mit Touristen arbeiten, haben hier genug zum Leben. Wenn schon helfen, dann  denen, die wirklich arm sind. Aber mir scheinen fast alle hier sehr arm zu sein.

Mombasa2In dem Bazar von Mombasa vergesse ich die Meinungsverschiedenheiten. Es gibt so viele Farben, so viele Gerüche, so viele Speisen und unzähligen Gewürze – Mombasa war schon vor paar Jahrhunderten ein Potentat in Gewürzhandel. Ich zucke mein Fotoapparat und möchte ein Bild machen… Plötzlich ein Lärm, ein Getümmel – mehrere Frauen schreien, ich merke, dass der Ärger mir gilt.

Mein persischer Mann kapiert als erster, dass die Frauen Moslem sind und nicht wünschen, fotografiert zu werden. Ich stecke das Fotoapparat weg und sage in Suaheli: Pole –  was so viel wie “Entschuldigung” bedeutet, und Saua – was “ok”  bedeutet und deute daraufhin, dass ich  keine Absichten mehr habe, Fotos zu knipsen: Akuna Matata – Kein Problem! Die Gesichter der Frauen erhellen sich: diese Weiße – diese Mzungu – spricht Suaheli!  (was natürlich nicht stimmt). Aber diese paar aufgeschnappten Worte reichen, um die Furien zu besänftigen.  Jede möchte mich in ihr Laden einladen, ihre Stoffe, Töpfe, oder was sie da zu verkaufen hat, präsentieren.

Nach dieser Erfahrung merke ich, dass das Lernen der Sprache ein Mittel ist, um an die Kenianer ranzukommen, und nicht mehr als weißes Fleisch behandelt zu werden.

Mombasa5Wir spazieren durch die Straßen in Mombasa, viel an Sehenswürdigkeiten gibt es hier nicht, obwohl die Stadt mindestens seit 2000 Jahren existiert. An dem Ort, wo sich früher der Sklavenmarkt befand, gibt es nicht Mal eine Infotafel. Außer Fort Jesus – einer Festung, die die Portugiesen gebaut haben, und den Tusk – vier riesigen Elefantenstoßzähnen die die Straße überspannen, ist in der Stadt nicht viel zu sehen. Aber trotzdem macht es Spaß, durch die lebendigen Straßen zu schlendern, die Kenianer bei den Nachmittagsschlaf im Park zu beobachten, die kleinen Läden mit den laut arbeitenden Stromerzeuger zu besuchen, die Jungs in den Schuluniformen, die an den Lianen baumeln, anzufeuern.

Mombasa7Wir gehen in ein Cafe und bestellen zwei Flaschen Cola. In der Ecke brummt ein Fernseher, die Ventilatoren summen an der Decke. Die Ware steht an dem improvisierten Tresen. Die Kellnerin mit einer Netzhaube auf ihrem glatten, schwarzen Haar nähert sich uns langsam mit faulen Katzenschritten. Die Cola ist warm, die drei riesigen Kühlschränke, die an der Wand stehen, funktionieren nicht. Nach ein paar Minuten verlassen die letzten Gäste das Cafe, eine der Kellnerinnen sammelt Zuckerdosen von den Tischen, die zweite gesellt sich zu ihr. Sie schütteln den Zucker auf die Handflächen und lecken es kichernd ab, sie tuscheln und wieder wird der Zucker geschüttelt und abgeleckt. Wir fragen wie viel sie in dem Cafe verdienen – 300 Schilling (etwa 3 Euro) am Tag. Obwohl die Mädels ständig mit Touristen in Berührung kommen, gibt mein Mann ihnen, trotz seiner Vorsätze,  ein gutes Trinkgeld.

Mombasa3Wir gehen in die Altstadt, an den kleinen Gassen gibt es Läden mit alten Möbel, Antiquitäten, Handwerk: Sandalen, Holzschnitzerei und Fischläden – in welche Katzen rein und raus spazieren, Fischköpfe und Innereien essen, oder einfach auf dem Betonboden schlafen, und niemand vertreibt sie. Die Verkäufer sind  nicht darauf bedacht “den weißen Mann” zum Kaufen zu zwingen, wie die Beach Boys, die Preise sind für uns genauso hoch (oder besser niedrig) wie für die Einheimischen. Wir gehen in einen Schuhladen, um Sandaletten zu kaufen. Der Verkäufer lächelt uns an, und als er merkt, dass wir handeln wollen, reibt er die Hände und feilscht mit meinem Mann mit großen Vergnügen. Ich beobachte, wie mein persischer Mann und der Sandalenhändler aufgeregt und sichtlich vergnügt sich miteinander unterhalten, und denke, dass man dieses Kenia aus der Perspektive der Hotelanlage nicht zu sehen bekommt.

Es ist später Nachmittag und wir müssen aber in die Hotelanlage zurück.

Affe

Angekommen  mache ich die Balkontür auf und sehe das erste Mal die Affen.  Die Hotelangestellten  haben uns vor ihnen gewarnt, dass sie in die Zimmer kommen und auf der Suche nach Essbarem, alles verwüsten, und dass man sie nicht futtern soll. In diesem Moment ist es mir aber egal und ich futtere die Äffchen. Die stärkeren und größeren Exemplare nehmen den Kleinen oder den Mütter mit Kleinkinder die Bananen weg, schlagen sie und jagen weg. Das holt mich wieder an den Boden der Tatsachen – wir sind in Kenia – Kenia ist kein Zuckerschlecken. Hier kämpft man ums pure Überleben.

Fortsetzung folgt in einer Woche…

Oburzeni

zaproszenie_elewator3_aPrzyszła umowa o dzieło, a w niej paragraf taki oto: § 2 “Autor oświadcza, że przysługują mu niczym nieograniczone prawa autorskie do Utworu i udziela Zamawiającemu licencji niewyłącznej w zakresie korzystania z Utworu na wszelkich polach eksploatacji (…) Autor ma prawo do wykorzystania Utworu w okresie obowiązywania niniejszej licencji w innych publikacjach.”

A jak tak, to wykorzystuję, dziękując czasopismu “eleWator” za wielkoduszność, bo im większe mamy ostatnio możliwości dzielenia się tym, co zrobiliśmy, tym bardziej to wszystko obwarowujemy zakazami karami.

Osobiście przyznam, że bardzo mnie to oburza.

Ewa Maria Slaska
Pies szczeka, Niemcy rządzą Europą

„Respect Existence or Expect Resistance” – parafraza jednego z haseł ruchu Occupy, jaka pojawiła się na drzwiach metra w Berlinie w grudniu 2012 roku, nie bawi się w filozoficzne traktowanie życia. Jasno i otwarcie głosi, że trzeba się stawiać. Niestety celność napisu nie znajduje odbicia w grudniowej rzeczywistości 2012 roku w Berlinie.

Kryzys, jak wiadomo, jest sprawką białych bankierów o niebieskich oczach. Zrobili wszystko, by wyciągnąć pieniądze od polityków i pokazać światu, kto tu rządzi. Bo nie rządzą już królowie, posiadacze bogactw i broni, a nawet potentaci przemysłowi. Teraz rządzą systemy bankowe, a właściwie ich ukoronowanie – niewidzialne, bezkarne i wszechmocne firmy ratingowe, które mogą obalić rząd w Grecji, boleśnie szturchnąć Francję lub warczeć na Obamę. Wystarczy jedno warknięcie i mamy milionowe bezrobocie w Europie, zachwianą pozycję ekonomiczną Stanów Zjednoczonych i Chiny w roli lokomotywy gospodarczej świata. Kryzys został wymyślony, ale konsekwencje są jak najbardziej rzeczywiste – jest źle, ale żeby nie było jeszcze gorzej, trzeba płacić.

Dla przypomnienia – w światowym kryzysie bankowym nie chodzi o pieniądze banków, których nikt nie tknął. Nie chodzi nawet o procenty od tych pieniędzy. Tu chodzi o procenty od procentów. Wszyscy musieliśmy się uczyć ekonomii w liceum i na studiach, a przecież nigdy nie dowiedzieliśmy się, że istnieje coś takiego jak procent od procentu. Nikt nam nigdy nie powiedział, na czym naprawdę polega kapitalizm. Wydawało nam się, że chodzi o wyzysk, gdy naprawdę chodziło o to, że pieniądz robi pieniądz. Z tego nikt z nas NIC nie rozumie. Ja na pewno nie. Nie jestem ekonomistką, nie wiem, czy to prawda. Podobno najgorsze, co nas może spotkać, to rozpad strefy Euro. Europa zapomniała o szczytnych celach wspólnej konstytucji, o szczęściu szczęśliwych narodów we wspólnym europejskim domu. Jedynym zadaniem Europy jest zapchanie gardła bankom. No to zapychamy.

Ogólnoświatowe protesty społeczne to wyraz niezadowolenia z faktu, że zwykły obywatel musi własnymi pieniędzmi ratować światowy system finansowy. W Niemczech jest to broń. To ciekawe, że nie pieniądz jest bronią, lecz możliwość zabrania go. Wiadomo było, że pieniądze zabiorą nam Merkel z Sarkozym, jeśli ich plany się nie powiodą. Oboje rządzili kryzysową Europą bardzo zgodnie. Merkel i Hollande nie stworzyli (jeszcze) tak znakomitego tandemu. Ale idą do przodu. Śledziliśmy każdy krok na drodze, na końcu której Angela w kostiumiku i z fryzurką na pazia, postawiła nogę na gardle Europy. Wiedzieliśmy, że jeśli bleff kanclerki się nie powiedzie, będziemy płacić za jej politykę zaciskając pasa do końca życia. Wydawało się, że właśnie wtedy w Niemczech ruch oburzonych – Empört Euch! Oburzcie się! – wybuchnie jak wulkan i rozprzestrzeni się jak pożar stepu. Nic bardziej mylnego. Jest on tu wybitnie niemrawy i budzi niewielkie zainteresowanie. Dlaczego?

Odrobina historii

Niemcy mają już za sobą czasy świetności buntu społecznego. Zaczęło się w latach 60 od masowych marszy wielkanocnych organizowanych przeciwko zbrojeniom atomowym. Do eskalacji doszło w roku 1968. Był to światowy rok buntu, mówi się wręcz, że to wszystko spowodowały plamy na słońcu. Świat zawrzał. Bunty zaczęły się w Stanach Zjednoczonych protestem przeciw wojnie w Wietnamie, przeszły do Francji
i Niemiec, potem kontestowały campusy meksykańskie. Zbuntowali się Polacy i Czesi, doszło nawet do rozruchów w NRD. Wspólne było hasło: “Bądź realistą – żądaj niemożliwego”.

Zbuntowani studenci niemieccy urodzili się już po wojnie, dlatego mogli zażądać
od rodziców (prawdziwych i symbolicznych) rozliczenia nazizmu i zmiany paradygmatów etycznych, społecznych i politycznych. Nazwano ich potem, gdy już przejęli w Niemczech rząd dusz, „Pokoleniem 68”. Ich działanie przyniosło efekty, zbudowali więc na następne 40 lat etos protestu. Daniel Cohn-Bendit, przywódca rewolty studentów francuskich, na pytanie postawione przez Michnika, co zostało z tamtego czasu, odpowiedział: „Nic, ale zmieniliśmy świat”.

Protesty nigdy nie miały już takiej siły, jak w roku 1968, ale wciąż z jakiegoś powodu wrzało. W latach 1979-1983 przetoczyła się kolejna fala marszów wielkanocnych, tym razem przeciwko bombie neutronowej. W roku 1989 ruch obywatelski w NRD stosując dwie metody – ucieczki i demonstracji ulicznych – doprowadził do upadku Muru Berlińskiego i Zjednoczenia Niemiec. Na Zachodzie tymczasem nieprzerwanie od roku 1968 rozwijały się alternatywne ruchy społeczne, funkcjonujące jako opozycja pozaparlamentarna, głoszące hasła odnowy moralnej w duchu lewicowym. Były one krytyczne w stosunku do systemu politycznego i stanowiły propozycję alternatywnych form życia i gospodarki. Znanym na całym świecie symbolem alternatywnego fermentu społecznego była berlińska dzielnica Kreuzberg. Ruchom obywatelskim przyświecały hasła zaangażowania lokalnego z jednoczesnym uwzględnieniem zasad sprawiedliwego rozwoju na świecie: „Myśl globalnie, działaj lokalnie!“ To hasło pod koniec minionego tysiąclecia przyświecało procesowi globalizacji protestów. Silny ruch ekologiczny od końca lat 70 miał charakter międzynarodowy (Greenpeace), podobnie jak aktywny ruch antyatomowy, którego natężenie wzrastało z każdą wielką katastrofą atomową (Three Mile Island USA 1979,  Czernobyl 1986 i Fukushima 2011). Przełom tysiącleci to również ważne akcje pacyfistyczne: protesty przeciw interwencjom wojskowym w Zatoce Perskiej w roku 1991, Jugosławii i Kosowie w roku 1999, Afganistanie w roku 2001 i Iraku w roku 2003. Równie ważnym elementem buntów społecznych na przełomie tysiącleci był ruch antyglobalistyczny szczególnie aktywny podczas zebrań tzw. Ósemki (G-8) czyli liderów najważniejszych państw na świecie.

O ile międzynarodowe akcje wciąż odbywały się z silnym udziałem demonstrantów niemieckich, o tyle na płaszczyźnie lokalnej bunty znacznie osłabły. Dość wspomnieć protesty przeciwko likwidacji „państwa opieki społecznej” w roku 2003. Gdy koalicja SPD/Zielonych wprowadziła reformy drastycznie ograniczające pomoc dla najsłabszych grup społecznych, protestowały zaledwie garstki. Reforma zaś dotyczyła ogromnej części społeczeństwa: bezrobotnych, chorych, upośledzonych, a przede wszystkim osób, które zwalniano z pracy, po to, by je potem zatrudnić za grosze w tzw. „projektach”.

Charakterystyczne, że od lat 60 w Niemczech wciąż powstawały partie protestu. Jedne znikały po kilku latach, inne przez dziesięciolecia brały czynny udział w polityce lub biorą do dziś – były to m.in. partie Zielonych – Bündnis 90/Grünen, PDS – Partei des Demokratischen Sozialismus, Lewica Polityczna – Politische Linke, Partia zastępcza – Stattpartei, Piraci – Piratenpartei. Wiosną 2013 roku pojawiła się AFD – Alłternative für Deutschland. To niby pozytywne zjawisko odbiło się jednak negatywnie na sile protestu społecznego, gdy bowiem niezadowolenie przechodzi z ruchu obywatelskiego do partii, obywatel przestaje się angażować.

Wutbürger czyli Rozzłoszczeni i Stuttgart 21 (porażka nr 1)

Słowo „Oburzeni” czy też (jak we francuskim oryginale i po niemiecku) wezwanie Empört Euch! / Indignez-vous! użyte zostało w eseju Stephane Hessela w październiku 2010 roku. Ukazał się on w Niemczech w wydawnictwie Ullstein w lutym 2011 i podobnie jak we Francji bardzo szybko znalazł się na liście bestsellerów. W roku 2012 film „Oburzeni” Tony’ego Gatlifa, pokazany na festiwalu filmowym Berlinale, był jednym z najbardziej dyskutowanych obrazów, mimo że wcale nie był najlepszy. Jego teza zamyka się w zdaniu jednego z dyskutantów. Na internetowym forum napisał on, że „oburzeni są po prostu bardzo… oburzeni”.

W październiku 2010 roku, w związku z najsłynniejszym niemieckim protestem ostatnich lat, czyli w tzw. sprawie Stuttgart 21, pojawiło się w Niemczech słowo Wutbürger – wściekły obywatel – wymyślone przez publicystę Dirka Kurbjuweita i użyte właściwie jako opozycja do „Oburzonych”. Oznaczało człowieka zamożnego, starszego wiekiem, konserwatywnego, któremu rzeczywistość tak dokuczyła, że zdecydował się wreszcie na protest.  „Wściekły” to wyborca chrześcijańsko-demokratycznej partii CDU, często emeryt, człowiek, który dotychczas nigdy się niczemu nie sprzeciwiał, reprezentujący konserwatywne centrum społeczeństwa, będące zawsze i wszędzie ostoją istniejącego porządku, na którą liczyć może każde państwo, nawet najstraszniejsze.

Powodem wściekłości był projekt przebudowy dworca w Stuttgarcie, który miał
się stać nowoczesną wizytówką miasta. Projekt drogi, a jego realizacja paskudna – wielka dziura w środku miasta przez najbliższe 10 lat. Zdaniem Kurbjuweita dlatego właśnie spokojny dotychczas obywatel się rozzłościł. Nie o koszty mu chodziło, tylko o dekadę brudu, hałasu, niewygody i paskudztwa. Autor dowodzi, że projekt dworca został zatwierdzony demokratycznie, a Wutbürger jest stary, konserwatywny i głupi.

Ciekawe, że słowo wymyślone jako obelga, szybko zmieniło znaczenie, stając się symbolem niezadowolenia i obywatelskiego nieposłuszeństwa. Sprawa „wściekłych staruchów” i dworca w Stuttgarcie szybko wykroczyła poza ramy zwykłego lokalnego protestu, który pojawia się w Europie praktycznie rzecz biorąc wszędzie, gdy buduje się coś nowego – ulicę, lotnisko, dworzec, tamę, autostradę, linię kolejową. Walka przeciwko dworcowi nabrała niemal cech mitotwórczych. Poszło, jak w starożytności, o oko. Gdy Filip Macedoński obiecał bogom to, co ma najcenniejszego za zwycięstwo pod Metone, zwyciężył. Gdy zapytał, co ma bogom teraz ofiarować, usłyszał, że bogowie sami sobie wezmą, co będą chcieli. I wzięli oko. Przebiła je strzała wystrzelona z katapulty przez łucznika Astera.

Stary dworzec w Stuttgarcie wzniesiony w roku 1922 to znakomity przykład niemieckiej architektury modernistycznej. Teraz ten dworzec czołowy zostanie zastąpiony przez nowoczesny, podziemny dworzec przelotowy, zapewniający łączność z ogólnoeuropejską siecią szybkiej kolei. Koszty oszacowano wstępnie na 4 miliardy euro, choć dziś już wiadomo, że wyniosą co najmniej 11 miliardów. W roku 2010, gdy budowa dworca została zaakceptowana we wszystkich instancjach, niespodziewanie ujawniły się masowe protesty. Krytycy twierdzili, że koszty są sztucznie zaniżone, a dworzec nie przyniesie poprawy sytuacji komunikacyjnej w mieście, co więcej budowa zagraża wymogom ochrony środowiska. Usunięcie starego dworca oznacza zniszczenie zabytku kultury modernistycznej, a uwolniona w ten sposób przestrzeń 100 ha pod zabudowę w samym środku miasta przyniesie korzyści tylko spekulantom.

Od listopada 2009 roku Wutbürger organizowali w Stuttgarcie marsze protestacyjne
ze świecami. Były blokady ulic, przykuwanie się do drzew i ogromne manifestacje, w których uczestniczyło do 150 tysięcy ludzi. Początkowo przebiegały spokojnie, ale 30 września 2010 roku doszło do ostrych walk policji z demonstrantami. Użyto pałek, gazu pieprzowego i armatek wodnych. Niewątpliwie policja przesadziła. Za zgodą władzy zareagowała zbyt mocno i… władza przegrała. Dietrich WagnerInżynier Dietrich Wagner ranny podczas demonstracji 30 września 2010 roku stracił widzenie w jednym oku. Zdjęcie zakrwawionego mężczyzny obiegło cały świat i przechyliło szalę zwycięstwa na stronę demonstrantów. Inwestorzy wstrzymali budowę. Dalekosiężną konsekwencją protestów była radykalna zmiana polityczna w Badenii-Wirtenbergii. Wiosną następnego roku wybory wygrała wprawdzie CDU, która po 58 latach nieprzerwanych rządów, ustąpić musiała jednak koalicji Zielonych i SPD. Przywódca Zielonych, Winfried Kretschmann, był pierwszym politykiem tej partii, który został szefem rządu w niemieckim kraju związkowym.

O tym, czy i jak ma się zrealizować projekt przebudowy dworca, zadecydowało referendum 27 listopada 2011 roku. Od czasu pamiętnej demonstracji wszyscy sądzili,
że referendum raz na zawsze zastopuje sporny projekt. Stało się inaczej. Prawie 60% głosujących opowiedziało się za kontynuowaniem budowy. Demokracja zwyciężyła i zjadła własne dzieci. I tak się zakończył wielki bój.

Porażka numer 2 – woda w Berlinie

W polskim filmie „Poszukiwany poszukiwana” pada pytanie, czy oni (ONI!) tę wodę sprzedają na lewo? W Berlinie w roku 2010 okazało się, że dokładnie tak było. Już w roku 1999 tajnie sprywatyzowano prawie 50% berlińskiej wody. W ciągu 2 lat od podpisania umów woda zdrożała o 35%. Po dziesięciu latach, w czerwcu 2010 roku, tajne umowy przestały być tajne i rozpoczęła się wielka akcja społeczna o ich unieważnienie, czyli o zaniżenie cen wody. Walka zakończyła się w lutym 2011 roku. Berlińczycy poszli na referendum, żeby zmusić władze do ujawnienia machlojek z wodą – zwyciężyli, a woda i tak jest droga… Tak jak Stuttgarcie, w proteście obywatelskim, my, rozzłoszczeni obywatele (teraz to słowo miało już sens pozytywny), formalnie uzyskaliśmy wszystko, co chcieliśmy uzyskać, a i tak nie uzyskaliśmy nic. Berlińskie doświadczenie z wodą to apogeum zaangażowania obywatelskiego, apogeum, wygranej i apogeum przegranej, bo polityka ręka w rękę ze światem wielkich finansów pokazały nam, gdzie naprawdę jest nasze miejsce – w mrowisku, w którym buszują wielkie żuki!

Intermezzo czyli jak Artur Żmijewski zamienił Berlin Biennale 2012 w forum ruchu Occupy i dlaczego nic z tego nie wyniknęło oprócz politowania

Mieliśmy już za sobą doświadczenia Stuttgartu i Berlina, gdy kuratorzy 7. Berlin Biennale Artur Żmijewski, Joanna Warsza i grupa artystyczna Wojna zaprosili do udziału aktywistów ruchów protestu z całego świata Occupy/Echte Demokratie Jetzt! /Indignados/Movimiento 15-M, arabskiej wiosny oraz zaangażowanych artystów, w tym przedstawicieli środowiska polskiej „Krytyki Politycznej”. Biennale w dniach od  27 kwietnia do 1 lipca 2012 roku odbywało się pod hasłem „Forget Fear“ – „Zapomnij o strachu”. W KunstWerken politycznym protestantom oddano do dyspozycji 400 metrów kwadratowych po to, by mogli uprawiać politykę artystyczną. W akcji wzięło około 100 artystów i protestantów z Niemiec, Hiszpanii, Holandii i Stanów Zjednoczonych, Polski, Palestyny, Japonii i Izraela. W manifeście napisali, że chcą skorzystać z szansy, jaką im daje Biennale, aby nawiązać kontakty międzynarodowe, uczyć się od siebie nawzajem i móc w przyszłości jeszcze ściślej ze sobą współpracować. Chcą dyskutować o gospodarce zrównoważonej i alternatywnych formach życia. Podstawową formą pracy artystyczno-politycznej była Asamblea, czyli publiczne spotkanie. Uczestnicy przyjechali na Biennale z namiotami, co jest charakterystycznym wyróżnikiem całego ruchu Occupy. Założyli Camp, który pełnił funkcję „Arbeitszentrale”. Tu miały wziąć swój początek takie akcje jak Autonomous University, Livestream i Computer HackLab.

Żmijewski jeszcze przed Biennale opublikował manifest polityczny. Teraz go przetłumaczył: „Does contemporary art have any visible social impact? Can the effects of an artist’s work be seen and verified? Does art have any political significance – besides serving as a whipping boy for various populists? Is it possible to engage in a discussion with art – and is it worth doing so? Most of all, why are questions of this kind viewed as a blow against the very essence of art?” Autor zadaje pytania i sam na nie odpowiada: Polityka i kultura nie mogą być odseparowane, ponieważ tworzą wtedy ślepy świat niewidzących się wzajemnie dyskursów, debat i działań. Kultura nie jest dodatkiem, ornamentem, kremem poślizgowym, ale jednym z centrów polityki. Bo ludzie w kulturze mówią, a polityka powinna ich słuchać. A więc wszystko cudnie. Manifesty i protesty. Tyle, że do śmiechu. A może do płaczu.
Oto kilka dowolnie zestawionych opinii: „Spóźniona rewolucja kulturalna zrobiona przez Polaka dla Polaków: Kurator Biennale Żmijewski chciałby przy pomocy sztuki stworzyć pragmatyczną politykę. Powtarza w sztuce doświadczenia Pokolenia 68, tworząc groteskę pełną deja vu”. „Kurator Żmijewski używa faszystoidalnej symboliki, łącząc lewicowe poglądy z populistycznym antykapitalizmem”. „Krytyka cynicznego rozumu. Grass i Auschwitz to go i Occupy Camp dla gapiów: Berlin Biennale cynicznie pogrywa ze swym najważniejszym przesłaniem, zmieniając je w polityczny kicz”. Tygodnik “Der Spiegel” zatytułował artykuł o kuratorze Biennale „Kunstfeind” – wróg sztuki. “Artur Żmijewski odrzucił formułę wystawy, zamienił ją w platformę wymiany poglądów i badania tego, co sztuka może. Ale czy sztuka cokolwiek może?” Gdyby Żmijewski poprzestał na próbie ikonografii protestu, stał się archiwistą współczesnych ruchów społecznych, to wystawa byłaby ciekawa. Tymczasem polski artysta zapowiedział, że sztuka „dużo może” i że pod jego przewodnictwem to zrobi. A to już przesada. Przestrzeń sztuki, nawet ulicznej, nie jest tym samym, co przestrzeń buntu. Nie jest i być nie może. Sztuka nie zastąpi rewolucji, może jej co najwyżej towarzyszyć. To modernistyczna utopia, że Artysta jako Nowy Człowiek poprowadzi zbuntowany lud najpierw na barykady,
a po zwycięstwie na kwietne łąki Nowego Ładu i Nowego Społeczeństwa. Bo najpierw,
na przykład, trzeba by wiedzieć, jakie mają być te kwietne łąki. A jak na razie nikt tego nie wie. Demokracja zbratana z kapitalizmem zawiodła na całej linii, ale co miałoby być zamiast niej? Nikt nie wie, nie wiedział również Żmijewski.

(…)

Hasła bez pokrycia

zaczerpnięte są z nadzwyczaj słusznego filmu „Oburzeni” Tony’ego Gatlifa. Film wyprodukowano na zlecenie francusko-niemieckiego programu telewizyjnego „arte”. Czyli te same państwa, które mają dość pieniędzy, by bronić banków, spekulantów finansowych i strefy euro, mają zarazem dość pieniędzy, by sfinansować film
o proteście przeciw takim poczynaniom. System wchłania swoich wrogów zmieniając
ich akcje w kolejny dowód tolerancji. Znamy to dobrze, bo tak po okresie głupiej przemocy postępowała komuna, wchłaniając Gombrowicza czy Hłaskę. Podobnie jest zresztą i w drugą stronę. Kilka miesięcy temu oburzaliśmy się, gdy wyszło na jaw, że organizacja sprzeciwiająca się okupacji Tybetu, sprzedawała chińskie koszulki, tyle że ze stosownym hasłem. Również symbol ruchu Occupy – namiot – to tani, leciutki i łatwy w rozstawianiu „gadżet”, produkowany w Chinach i „okolicy”. Hasła, których używa ruch oburzonych są nad wyraz słuszne, a zaczerpnięte zostały z wystylizowanego na polityczną agitkę traktatu Hessela. Wszyscy mamy obowiązek ochrony dobra, jakim są ideały demokracji. Żądamy gospodarki szanującej wartości społeczne. Dobro ogółu jest ważniejsze od zysku. To nie kryzys, to błąd systemu. To nie kryzys, to oszustwo. To nie my jesteśmy przeciw systemowi, to system jest przeciw nam. Obojętność zabija. Idziemy powoli, bo chcemy zajść daleko. Nie będziemy płacić na wasz kryzys. Nie ratujcie banków, ratujcie demokrację. Politycy nie reprezentują naszych interesów. Solidarność nie jest przestępstwem. To ostatnie hasło 30 lat temu wzruszyłoby nas wszystkich do łez. Niestety, czasy się zmieniły. I wreszcie wezwanie każdego idealisty skierowane do wszystkich organizatorów życia politycznego i ekonomicznego: Schämt euch! Wstydźcie się!

Prognozy i wnioski

Każde pokolenie ma powód do buntu, każde na starość będzie konserwatywne. Mówi się, że ten, kto się za młodu nie buntował, jako starzec będzie potworem. Do niedawna każde pokolenie nie tylko miało powód do kontestacji, ale każde też z całym przekonaniem wierzyło, że zwycięstwo przyniesie zmianę na lepsze. To się zmieniło mniej więcej na początku nowego tysiąclecia. Straciły sens uniwersalne powody buntu, okazało się też, że bunt nie przynosi nawet przejściowej zmiany na lepsze. Globalizacja sprawiła, paradoksalnie, że sens zaczęły mieć tylko małe, pozornie nieważne, działania lokalne. Wierzyliśmy jednak, że sumują się one w powszechny ruch zmian pozytywnych. Niestety Stuttgart 21 i woda w Berlinie uświadomiły nam, że wcale tak nie jest, że lokalnie też nic nie możemy, mimo iż pozornie każdy wciąż nas pyta o zdanie. Kiedyś zatem powód i cel buntu miały sens, a potem, nagle, przestały. Będziemy się buntować, bo takie są prawidłowości rozwoju osobniczego i społecznego. Ale… Powód jest abstrakcyjny, cele nie do pojęcia, metody zawodzą, ofiary są bez znaczenia, wróg nie ma twarzy, a zwycięstwa nie będzie i to już z góry wiadomo. Walczymy o nic. O to tylko, by na starość nie być potworem, lecz jednak człowiekiem.

Moje muzea

Ewa Maria Slaska

Widziałam w moim życiu dziesiątki a może setki muzeów. I myślę, że przez długie lata uważałam muzeum za miejsce bliskiego obcowania z dziełem. Z reguły nie zwracałam uwagi na to, jak muzeum wygląda, ważne było, co można w nim zobaczyć. Dopiero na studiach (archeolodzy mają takie zajęcia, nazywają się “muzealnictwo”) dowiedziałam się, że muzeum nie musi być jak Watykan, Luwr albo Wilanów kawałkiem pałacu lub  średniowiecznego klasztoru, że mogą powstać i powstają specjalne budynki muzealne, np. Muzeum Narodowe w Warszawie albo British Museum.

muzeum-gdanskmuzeum-gdansk-obrazMuzeum Gdańskie było oczywiście pierwszym muzeum, jakie poznałam. Dziś nazywa się Muzeum Narodowe w Gdańsku. Na górnym zdjęciu  – wnętrze, na dolnym – najsłynniejszy eksponat, Sąd Ostateczny Hansa Memlinga, namalowany ok. roku 1470 na zamówienie fundatora z Florencji i zdobyty przez polskich piratów czyli tzw. kaprów. To nieco niewygodna karta z dziejów polskiego muzealnictwa i na stronie muzeum nie ma o tym mowy.

Ale to jednak największy skarb muzeum w Gdańsku.

Dwa następne muzea pokazała mi moja matka chrzestna czyli Ciotuchna – Wilanów i Łazienki, a moja ukochana cioteczna Babka, Karusia, zabrała mnie do Wieliczki, której tak jak myśmy ją zwiedzały, chyba już nie można zwiedzać. Płynęłyśmy łodzią po podziemnej rzece, obejrzałyśmy kaplicę i Groty Kryształowe, dziś ścisły rezerwat, do którego nie wpuszcza się zwiedzających.

Groty_KrysztaloweIndie zwiedzaliśmy z Jackiem w roku 1999. Muzeum Indyjskie w Kalkucie zostało założone w roku 1814 – to jedno z najstarszych muzeów na świecie i najstarsze w Azji. Gromadzi obiekty z różnych dziedzin. I jest najwspanialsze pod słońcem, staroświeckie i nierealne.

Indian Museum CalcuttaByło też mnóstwo muzeów w USA, właściwie codziennie jedno. I wspaniałe dzieła.

574px-Leonardo_da_Vinci,_Ginevra_de'_Benci,_1474-78Leonardo da Vinci, Ginevra de Benci, 1474 – 1478, Washington, National Gallery of Art.

A potem nagle pojawiły się zupełnie inne muzea. Projektowali je słynni architekci, miały niezwykłą bryłę, nadzwyczajne światło, ogromne przestrzenie i odjechane materiały. Eksponaty usunęły się na bok, często ich zresztą wcale nie było lub nie ma, a zastąpiły je wirtualne modele wszystkiego. Zwiedza się przede wszystkim budynek.

santiago sizaWnętrze Galicyjskiego Centrum Sztuki Nowoczesnej w Santiago de Compostela, projektant Alvaro Siza Vieira (1988-1993).

libeskind_jewish_museum_berlin_MF4_6933Jüdisches Museum Berlin, projektant Daniel Liebeskind, 2001 i wreszcie Muzeum Historii Żydów Polskich, otwarte 23 kwietnia 2013 roku, projektant Rainer Mahlamäki, Fin.

muyeumwarsyawaTo wszystko piękne wnętrza, piękne budynki, zapewne najwspanialsze dzieła współczesnej architektury. Lubię nowoczesną architekturę, jestem więc nimi zachwycona, nawet jeśli wydają mi się trochę do siebie podobne. W końcu Luwr, Wilanów i Pałac Charlottenburg też są do siebie podobne.

A jednak, gdy zasypiając nie myśląc myślę o muzeum, co zawsze działa na mnie uspokajająco, moja podświadomość sięga po portrety Ginevry de Benci, Mony Lizy czyli Lisy Gherardini, Damy z łasiczką czyli Cecylii Gallerani, widzi obrazy Vermeera i Rogiera van der Weydena, rozmyśla o pantofelkach koło łóżka Małżeństwa Arnolfini.

Dawno nikt z Czytelników niczego dla nas nie pisał. Zaczął się sezon więc chyba tylko z Australii mógłby napłynąć opis jakiegoś miasta poza sezonem. A skoro zaczął się sezon, to będziemy zwiedzać muzea. Napiszcie o tych, które lubicie najbardziej.

Lokomotive

Manfred Mack fragte mich auf dem Facebook: Liebe Ewa, darf man etwas verrücktes aus Hessen auf Schwäbisch nach Berlin schicken zusammen mit einem lieben Gruss? Ich versuchs mal.

Serdecznie

Manfred

Und ich: Klar!
Na dann, mal sehen:


xxxx
Also Lokomotive auf schwäbisch von Julian Tuwim (1938) auf Deutsch, Schwäbisch und in einer Paraphrase von unserem heutigen Autor.

Möchte man mehr von ihm wissen – siehe Manfred Mack.
***
Und hier noch in gelesener Form die Lokomotive auf Deutsch und Polnisch:

Polska Zielona Sieć

kupujodpowiedzialnie

Związek Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć jest ogólnopolską organizacją pożytku publicznego zrzeszającą organizacje ekologiczne działające w największych miastach Polski. Naszym celem jest rozwój w zgodzie z naturą. Działamy poprzez budowanie obywatelskiego poparcia dla zrównoważonego rozwoju, tworzenie mechanizmów społecznej kontroli wydatkowania publicznych funduszy, zwiększenie wpływu konsumentów na jakość produktów oraz politykę globalnych korporacji, a także wspieranie ekorozwoju krajów Globalnego Południa oraz społeczeństwa obywatelskiego w Europie Wschodniej.

Wiele z naszych działań opiera się na aktywności organizacji regionalnych, które wspierają inicjatywy obywatelskie na rzecz ochrony środowiska. Współpracujemy również z organizacjami krajowymi i międzynarodowymi.

Aktywnie działamy dla natury, człowieka i rozwoju.

Główne programy PZS to:
Kampania Kupuj odpowiedzialnie!
Akcja dla Globalnego Południa
Program Dla klimatu
Fundusze dla zrównoważonego rozwoju

fabryka

Przypomnijmy
23 kwietnia 2013 zawaliła się fabryka odzieży w Dakce
zginęło 1100 osób.
Produkowano w niej ubrania dla
Primark, Bon Marché, Joe Fresh, El Corte Ingles, Mango, Benettona.
Mam sukienkę z Primarka. A inne, skąd są?
Skóra mnie boli.
HOME  BOOKS  ETHIC  CONTACT