Omlety po raz drugi

Ewa Maria Slaska

… i pewien romans na trzy kontynenty

Kilka lat temu, gdy dopiero zaczynałam karierę blogerki, na zupełnie innym blogu, a mianowicie “Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po 30 powinna wiedzieć, a (dziwnym trafem) tego nie wie” (nota bene tytuł był za długi i z przyczyn technicznych trzeba było wyrzucić ten “dziwny traf”, ale on tam w domyśle zawsze był), opublikowałam wpis o tym, jak usmażyć omlet.

Omlety

Przepis na omlet tak po prawdzie niczego nie wyjaśnia: ubić 2 jajka, dodać dwie łyżki mąki, wylać na patelnię, usmażyć z obu stron.

Ja robię omlet z podsmażonymi grzybami lub ugotowanym kalafiorem, a w ogóle to bardzo sobie komplikuję jego przygotowanie, bo osobno ubijam pianę, dopiero potem dodaję żółtka i mąkę. Podobno od czasu, kiedy wymyślono mikser, nikt już tak nie robi omletów, ale ja sobie dalej ubijam omlety staroświecko, bo tak robiła je Mama. Albo nie, chyba nie robiła. Ja robiłam. Ale tak mnie nauczyła.

Na to odezwała się moja siostra i wpisała w komentarzu:

Więc z tą pianą i Mamą było tak: ona najpierw ukręcała żółtka z małą ilością cukru (żeby się cukier nie palił potem na patelni), następnie dodawała mąkę, a na końcu w tę masę delikatnie “wmieszywała” pianę, uprzednio ubitą na sztywno. Natomiast wersja mojej siostry była pewnego lata, dawno, dawno temu, hitem w naszym domu rodzinnym, a przepis pochodził od pisarza-marynisty, zwanego Delfinem, on z kolei przywiózł go ponoć z Indii, gdzie, jak twierdził, nosi imię po jakiejś słynnej pani: Sunalinidasgupta. Nie mam pojęcia, jak się to imię (nazwisko?) pisze i na ile części dzieli, ponieważ zapamiętałam je praktycznie, bijąc namiętnie pianę (widelcem albo trzepaczką, co za pomysł, żeby to zajęcie oddawać jakimś nieczułym maszynom?)

Obruszyłam się nadzwyczajnie i odpowiedziałam, też w komentarzu:

To są jakieś zupełnie nieznane sprawy mi sprawy i – „w 7-be klasie w zimowym czasie nikt mu nie da się” – ja o niczym takim nie wiem i nie chcę wiedzieć. Czyli może „z pianą i Mamą było tak” we wspomnieniach mojej siostry. W moich było tak, jak ja piszę.

No tak, to ja tu jestem autorką i, jak się to już, dzięki Magdalenie Parys, rozniosło po świecie, a w każdym razie po Berlinie, jestem zdania, że “pisarce wszystko wolno”. Przygotowuję książkę o Mamie i jest to moja książka, więc będzie tak, jak ja pamiętam.

Ale przy okazji, na potrzeby mojej siostry i innych wyjaśniam, Sonali Dasgupta, młoda piękna Hinduska, była kochanką Rosselliniego. Rossellini, na zaproszenie Nehru, nakręcał w Indiach filmy, Dasgupta, znany reżyser filmów dokumentalnych, współpracował ze słynnym Włochem, a ten mu w zamian uwiódł żonę. Sonali była młodsza od Włocha o 24 lata. Zrobił się skandal, i w Indiach, i w Ameryce, i we Włoszech, Nehru był zmuszony poprosić RR, by zechciał opuścić Indie, Ingrid Bergmann z kolei, naonczas żona Rosselliniego, poprosiła o rozwód.


W odpowiedzi reżyser ożenił się w roku 1957 z Sonali, która w rok później urodziła mu córkę Raffaelę, zaadoptował też jej maleńkiego syna, Arjuna (1956-2008), który nazywał się odtąd Gil Rossellini i został, jak ojciec, znanym reżyserem filmów dokumentarnych. Raffaela przez jakiś czas była aktorką, jak jej sławna siostra przyrodnia, Isabella, po czym przeszła na surowy islam i wyemigrowała na Bliski Wschód. Na temat omletów nigdzie nie ma mowy, zapewne chodziło o popularną potrawę hinduską tzw. parsi pora, która jest rzeczywiście rodzajem omletu. To tym omletem, jak sądzę, raczy starszą panią Mallory, cudownie graną przez Helenę Mirren, młody Hindus w filmie Podróż na sto stóp Lasse Hallströma.

parsipora
Podam tu jeszcze przepis, bo wprawdzie we wpisie pierwotnym twierdzę, że omlet to takie letnie jedzenie, ale dziś dodam, że omlet na ciemne zimne wieczory listopadowe to jak słońce na talerzu. Przepis na cztery porcje:

Składniki

  • 6 dobrze ubitych jajek
  • 1 średnia cebula drobno posiekana
  • 1 mały pomidor pokrojony na kawałki
  • 1 łyżeczka drobno posiekanych listków kolendry
  • 1 drobniutko posiekana zielona papryczka chilli
  • oliwa lub masło do smażenia
  • sól

Przygotowanie

  • ubij jajka w misce
  • rozgrzej łyżkę masła lub oliwy na patelni
  • usmaż cebulę, chilli, pomidora i kolendrę, aż cebula zróżowieje
  • dodaj podsmażone jarzyny i zioła do miski z jajkami i delikatnie wymieszaj
  • posól i jeszcze raz wymieszaj
  • rozgrzej 2 łyżki masła lub oliwy na patelni i usmaż jedną czwartą mieszaniny
  • usmaż najpierw jedną a potem drugą stronę omletu na złoto
  • podawaj na chlebie z masłem ozdobione małą porcją sosu pomidorowego
  • oczywiście w taki sam sposób należy usmażyć pozostałą część masy omletowej, tak by w sumie uzyskać cztery porcje

Rodzina Berlinerblau. Jan Prot

Publikowałam już tu artykuł Michała S. Balasiewicza o Janie Procie, był już też osobny wpis Konrada Sałagana o Pionkach, wracam jednak raz jeszcze i do tego niezwykłego człowieka, i do tej miejscowości. Tym razem w opowieści syna o ojcu.

Tomasz Prot

Dziadek: Nikodem Berlinerblau

W opowiadaniach rodzinnych rzadko wspominano mojego dziadka Nikodema, brata Józefa. Pamiętam, że przejął po ojcu Izydorze podwarszawską fabrykę wyrobów metalowych, jednak brakowało mu talentów organizacyjnych brata i po I Wojnie Światowej zbankrutował. Ostateczne, wraz z żoną Jadwigą, zamieszkał u swojego syna, a mojego ojca, Jana Prota w Pionkach. Jadwiga z domu Chwat, była wnuczką Eliasza Chwata, oficera Legionów Dąbrowskiego i Księstwa Warszawskiego. Podobno nazwisko zostało nadane mojemu żydowskiemu przodkowi za dzielność na polu bitew w oddziale Berka Joselewicza. Krewnymi babki byli dwaj lekarze o nazwisku Chwat, ordynujący i prowadzący działalność społeczną w Ciechocinku, a także znany warszawski lekarz Ludwik Chwat. Jej dalekim krewnym był Aleksander Eliasz Chwat, znany jako pisarz – Aleksander Wat. Babka Jadwiga była osobą zasadniczą i surową, kierowała sprawnie domem mojego Ojca, ale nie była lubiana ani przez wnuki, ani przez służbę. Nikodem i Jadwiga mieli troje dzieci: Halinę, Kazimierza i Jana, mojego ojca.

antykwariatCiotka: Halina Róża Berlinerblau

Najstarsza córka Nikodema i Jadwigi, moja ciotka Halina, we wczesnej młodości była związana z ruchem socjalistycznym, brała udział w spotkaniach z robotnikami, zachęcała do czytania, uczyła ich czytać i pisać. Wyszła za mąż za znanego antykwariusza warszawskiego Hieronima Wildera. Wilder, pochodzący z zasymilowanej rodziny żydowskiej, był polskim historykiem sztuki, bibliofilem i propagatorem sztuki graficznej. Studiował historię sztuki w Dreźnie pod kierunkiem m.in. Hansa Wolfganga Singera. Tam też poznawał twórczość graficzną, zgłębiał tajniki organizacji gabinetów rycin i konserwacji papieru oraz odbywał praktyki u tamtejszych marszandów. Antykwariat wuja Hieronima w Warszawie specjalizował się w starych drukach i grafice. Była to placówka chętnie odwiedzana przez warszawską inteligencję: literatów, artystów, dziennikarzy, ludzi nauki i miłośników sztuki.

Wilder był także kolekcjonerem i bibliofilem. Zbierał “białe kruki”, inkunabuły, stare druki, ryciny i obrazy. Spora część zbiorów przepadła w czasie bombardowania Warszawy 25 września 1939, a reszta w podczas pożaru Biblioteki Ordynacji Krasińskich, gdzie w czasie okupacji zdeponowano ocalałą część zbioru rękopisów i starodruków. We wrześniu zginęła, podczas bombardowania Warszawy córka Wilderów – malarka Elżunia, przyjaciółka Moniki Żeromskiej i paromiesięczny wnuk. Hieronim Wilder zmarł w Warszawie 6 czerwca 1941. Grób rodzinny Wilderów znajduje się na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

Ojciec: Jan Berlinerblau – Prot.

Mój ojciec Jan, najmłodszy syn Nikodema Berlinerblau’a urodził się 29 września 1891 roku w Warszawie. Podobnie jak jego siostra miał w młodości poglądy lewicowe, a jednocześnie czuł się silnie związany z Polską i polskimi tradycjami niepodległościowymi. Razem z bratem Kazimierzem brał udział w 1905 roku w strajku szkolnym w obronie języka polskiego, zabronionego w szkołach średnich Królestwa po upadku powstania styczniowego za co zostali wyrzuceni z gimnazjum. Przez pewien czas uczył się w domu, następnie pobierał nauki w Szkole Zrzeszenia Nauczycieli, a kiedy i ta szkoła została zamknięta przez rząd rosyjski, kontynuował naukę w ośmioklasowym gimnazjum filologicznym Kreczmara. Następnie pracował w zakładach „Ursus” jako praktykant, a po upływie roku wstąpił jako jednoroczny ochotnik do 32 Kremenczugskiego pułku piechoty, gdzie służył do września 1911 roku, kończąc szkołę podoficerską i szkołę karabinów maszynowych. W październiku 1911 r. Jan Berlinerblau wyjechał do Lwowa, gdzie podjął studia wyższe na Uniwersytecie, a po roku przeniósł się na Uniwersytet Jagielloński. W Krakowie poznał swoją przyszłą żonę Zofię Deiches, oraz wstąpił do „Związków Strzeleckich”. Tam przeszedł kolejno szkołę rekrucką, podoficerską oraz oficerską i w marcu 1914 roku zdał egzamin na oficera „Związków Strzeleckich” Na letni semestr zapisał się na Politechnikę w Monachium i tam zastała go wojna. Z wielkimi trudnościami, jako poddany rosyjski, dotarł w pierwszych dniach sierpnia do Krakowa i z pierwszymi oddziałami strzelców ruszył do walki o niepodległą Polskę. Odtąd przez cały okres I Wojny Światowej i wojny polsko – bolszewickiej,   służy w wojsku polskim, najpierw w Legionach, a następnie po internowaniu w Benjaminowie, w odrodzonym Wojsku Polskim. W 1917 roku ojciec i matka przeszli na katolicyzm i wzięli ślub, być może, że ta decyzja moich rodziców o zmianie wiary była związana z chęcią pełnej asymilacji w Polsce. Rodzice na początku nie mieszkali razem, ojciec był w wojsku a potem studiował we Lwowie, a mama mieszkała u rodziców w Krakowie i studiowała na UJ. W 1921 roku ojciec ukończył Wyższą Szkołę Wojenną i został odkomenderowany w celu ukończenia studiów chemicznych. Jednocześnie za zgodą Marszałka Józefa Piłsudskiego zmienia nazwisko rodowe Berlinerblau na używany w legionach pseudonim Prot. Po dyplomie ojciec brał udział w uruchomieniu Zakładów Azotowych w Chorzowie pod kierunkiem Ignacego Mościckiego. Zadanie to zakończyło się dużym sukcesem.

Od lutego 1924 roku Jan Prot pracował jako inżynier a wkrótce też jako zastępca dyrektora w fabryce materiałów wybuchowych „Lignoza” w Krywałdzie. Jednocześnie uzyskał stopień doktora na Uniwersytecie Lwowskim u prof. Tołłoczki.

Od lutego 1925 ojciec przeszedł w stan rezerwy, opuścił wojsko w stopniu majora dyplomowanego, kawalera orderu Virtuti Militari, odznaczonego dwukrotnie Krzyżem Walecznych i Krzyżem Niepodległości oraz Krzyżem POW.

W Krywałdzie urodził się syn Jana Andrzej, który jako niespełna trzyletnie dziecko zmarł na dyfteryt, oraz w 1926 roku córka Janina.

dyrektorjanprotW kwietniu 1927 roku dr. inż. Jan Prot został mianowany dyrektorem naczelnym Państwowej Wytwórni Prochu i Materiałów Kruszących w Zagożdżonie pod Radomiem, powstałej w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego. Od tej chwili, nieprzerwanie do września 1939 roku ojciec uruchomił i rozbudował zakłady. Pod jego kierownictwem wytwórnia została wyposażona w nowoczesne maszyny, dostarczające dla wojska i górnictwa wszelkiego rodzaju środki wybuchowe. Zakąady produkowały też amunicję, nie tylko dla wojska lecz także do broni myśliwskiej i sportowej. Zakłady w sierpniu 1932 roku zostały przemianowane na PWP Pionki. Były jedną z największych w Europie fabryk prochu i amunicji. W celu uzyskania taniej celulozy ojciec zbudował i uruchomił w 1937 r. fabrykę celulozy w Niedomicach. Z jego inicjatywy powstała także wytwórnia stężonego kwasu siarkowego w Kielcach i filia PWP w Krajowicach koło Jasła. Jednocześnie ojciec dbał o rozwój osady fabrycznej. Budowano domy dla kadry inżynierskiej i robotników, powstało Kasyno Urzędnicze, budynek Kasy Chorych, kościół parafialny. Miało to być osiedle tonące w drzewach i ogrodach, można zatem uważać ojca za prekursora architektury krajobrazu.

delegacjarzadowawpionkachDyrektor PWP Pionki, Jan Prot, przyjmuje delegację rządową w 1933 r. – stoją od lewej: Min. Przemysłu i Handlu E.F. Kwiatkowski, Prezydent R.P. Ignacy Mościcki, Dyrektor Prot, w tle oficerowie z żałobnymi opaskami z powodu śmierci Marszałka J. Piłsudskiego.

Po wybuchu wojny w 1939 r. zakłady pionkowskie zostały ewakuowane, ale wkroczenie Armii Czerwonej uniemożliwiło uruchomienie produkcji na wschodzie. Ojciec wrócił do Warszawy, był poszukiwany przez gestapo i w styczniu 1940 r. został przerzucony na Węgry, a stamtąd do Francji, gdzie podjął pracę w laboratorium Joliot-Curie. Po upadku Francji dostał się do Anglii. Tam w czasie wojny pracował w fabryce amunicji, a następnie, po zakończeniu wojny podjął pracę naukową w Edynburgu i w 1948 uzyskał stopień naukowy doktora. Po przeniesieniu się do Londynu i po uzyskaniu stopnia docenta wykładał fizykę, matematykę i chemię. Zmarł w 1957 roku i został pochowany na cmentarzu Brompton w Londynie.

tablicapionkiPoza pracą organizacyjną ojciec zajmował się badaniami naukowymi, otrzymał szereg patentów, miał dwa doktoraty z chemii fizycznej – polski i angielski, przetłumaczył na język polski podręcznik chemii nieorganicznej W. Ostwalda – laureata nagrody Nobla z 1909r., który uzupełnił napisanym przez siebie 100 stronicowym opracowaniem zawierającym najnowsze osiągnięcia z dziedziny budowy atomu.

Za swoją działalność otrzymał w latach 30 dwukrotnie Złoty Krzyż Zasługi, a w 2004 r. w Urzędzie miasta Pionki odsłonięto poświęconą ojcu tablicę pamiątkową.

Re-wizje Schulzowskiego „autentyku” i archeologia fotografii

Dr Lidia Głuchowska

„Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu”

Choć Bruno Schulz w literackich rozmowach z Witkacym i Gombrowiczem konsekwentnie powstrzymywał ekspansywne translacje, z czasem schulzologia stała się jednym z najbardziej wyrazistych fenomenów re-interpretacyjnych, i to zarówno w sferze filologii, jak krytyki czy interpretacji sztuki oraz praktyki artystycznej.

W kontekście najnowszych reinterpretacji dorobku Schulza i jego popularyzacji w skali międzynarodowej istotną rolę odgrywa zainicjowany przed dziesięciu laty transmedialny projekt Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu. Na trwającej jeszcze wystawie w ramach VI Europejskiego Miesiąca Fotografii w Berlinie obok stanowiącego jej główną atrakcję Gabinetu Technik Historycznych podziwiać można także monumentalny zestaw fotografii, intensyfikujący strategię wejścia w obraz i kooperatywnej aktualizacji sensu dzieła, egzemplifikowaną choćby w filmie Kobieta i koń Jurija Gashaka.

Intermedialny charakter projektu Kubielasa wynika z faktu, że prócz fotografii składa się na niego również „pierwotny”, inspirujący tekst Schulza i komplementarny wobec niego czy ewokowanych przez niego obrazów, równie subiektywny, „komentujący” je tekst reżysera działań parateatralnych, będących punktem wyjścia do jego magicznych obrazów.

Odniesieniem dla projektu Kubielasa jest jednak nie tylko praktyka literacka Schulza, lecz również nurt „fotografii inscenizowanej“ od początków jej istnienia aż do dziś. W perspektywie diachronicznej jest to zjawisko bardzo złożone. Inscenizowana była na przykład, obejmująca niemal 400 prac, seria portretów wykonanych Davida Octaviusa Hilla i Roberta Adamsona (1843-47), emanujących malarską aurą jak z dzieł Rembradta i Reynoldsa. Inscenizowane były też wizerunki składające się na gigantyczną, moralizatorską alegorię Dwie drogi życia Oskara G. Rejlandera (1857), stanowiącą eklektyczny, wiktoriański pendant do Szkoły ateńskiej Rafaela. Do tej kategorii należą też prerafaelickie w duchu prace Julii Margaret Cameron (ok. 1866-67) i subtelne, antykizujące kompozycje Clementine Hawarden (ok. 1860). Można by mnożyć przykłady takich prac, w których czy to antyk czy chrystologiczny cykl pasyjny były tylko kostiumem sublimującym homoerotyczną nagość. Do inscenizacji zaliczyć można również uszlachetniającą plemiona indiańskie fotografię etnograficzną Roberta Curtiusa czy wiele późniejszych dokumentów epoki postmodernistycznej tematyzujących „odgrywanie ról i współczesne baśnie”.

Poetyzm i estetyzacja niektórych prac z tego nurtu korespondują z wyobraźnią Schulza. Bliskie są one też dokonaniom Kubielasa, utrwalonym w dokumentacji z jego wystawy autorstwa Cezarego Chrzanowskiego.

1 SALA1 tak cut1 aa M2 GABINET B cut2 aa M3 fragment ekspozycji, korytarz, widok na Gabinet4 fragment ekspozycji sala 15 fragment ekspozycji sala 1a6 fragment ekspozycji sala 2a
Powyższy tekst niebawem ukaże się w całości jako:

Lidia Głuchowska, Transnarodowe i transmedialne translacje i re-wizje Schulzowskiego „autentyku” i archeologia fotografii: „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu”, W: Quart (Wrocław) 2014/ 4.

Ilustracje

  1. Cezary Chrzanowski, Dokumentacja wystawy „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – in Transitu”, kurator: Lidia Głuchowska, w ramach VI Europejskiego Miesiąca Fotografii, Fotogalerie Friedrichshain, Berlin, 4.10-14.11.2014, (fragment ekspozycji zestawu wydruków wielkoformatowych), fotografia cyfrowa.
    Widoczne prace (od lewej do prawej): Mariusz Kubielas, wydruki wielkoformatowe, ok. 100 x 150 cm: Nachrapane, naspane powietrze pierwsze, 2009/ 2014; Nachrapane, naspane powietrze wtóre, 2011/ 2014; Zapał tworzenia, 2006/2014; Przymiarka, 2006/ 2014; Cezary Chrzanowski, Portret       Mariusza Kubielasa, guma 9-warstwowa, 2014, 100 x 80 cm; (ukośnie) Mariusz Kubielas, Kobieta karcąca fortepian w obecności trzech świadków, 2006/ 2014; Podróż po chleb, 2006/ 2014.
  1. Cezary Chrzanowski, Dokumentacja wystawy „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – in Transitu”, kurator: Lidia Głuchowska, w ramach VI Europejskiego Miesiąca Fotografii, Fotogalerie Friedrichshain, Berlin, 4.10-14.11.2014, („Gabinet Technik Historycznych“ , fragment ekspozycji), fotografia cyfrowa.

Widoczne prace (wewnątrz sali, od lewej do prawej, wszystkie 59,5 x 42 cm): Mariusz Kubielas, I Wielka szyba, czyli matki wówczas jeszcze nie było, jednak…, 2010/ 14, guma 7-warstwowa; II olej fotograficzny; III albumat; IV albumina kryta gumą jednowarstwową; V marant; VI papier solny z matowaną albuminą, VII papier solny z albuminą; VIII   cyjanotypia.

***
O projekcie Mariusza Kubielasa publikowałam już tu tyle wpisów, że nie będę ich linkować – poproszę czytelników, by zechcieli poszukać na listwie obok po prostu imienia i nazwiska artysty lub wpisać Bruno Schulz w linijkę “szukaj” 

Za tydzień jeszcze jeden tekst Lidii Głuchowskiej o Cezarym Chrzanowskim

Lusatia alias Vita 12

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Pobyt w Zhorjelcu po raz kolejny uzmysłowił nam banalną w sumie, choć dojmująco prawdziwą okoliczność, iż nasz świat i nasze życie to Wielka Pielgrzymka. Skóra świata wciąż się zmienia, podlega (by podsumować nasze stylistyczne wprawki) ciągłej transformacji. Wszystko płynie, jak Nysa Łużycka. Lusatia alias Vita…

Ale jeśli Czytelnik chciałby zakosztować odrobiny stałości, to nie ma sprawy! Trzeba w tym celu przemierzyć jakieś piętnaście kilometrów wzdłuż Nysy. W górę rzeki. Miasteczko Ostritz, czyli górnołużycki Wostrowc, a w nim piękny, barokowy klasztor cysterek, St. Marienthal. Nawiasem mówiąc, barok to chyba najbardziej przejmujący artystycznie wyraz ludzkiego lęku przed przemijaniem. O jaką więc stałość tu chodzi? Ano, St. Marienthal nie jest takim sobie zwykłym klasztorem.

1 KlasztorSt. Marienthal w szacie barokowej. To już kolejna forma, jaką przybierał klasztor przez lata. Style się zmieniały, lecz konwent trwa.XXX

Kolejne pokolenia cysterek mieszkają tutaj nieprzerwanie od 770 lat! Przetrwały rajdy husytów, niespokojne czasy Lutra, Wojnę Trzydziestoletnią, szał sekularyzacji Fryderyka Wilhelma III, przejście Armii Czerwonej, a nawet czasy NRD – i to w strefie przygranicznej! Drogie Siostry, chapeau bas!

Gdybyśmy dalej podążali wzdłuż nurtu Nysy, dotarlibyśmy do trójstyku granic. Ale cóż to za atrakcja? Czytelnicy z pewnością niejeden taki trójstyk już w życiu widzieli. Takoż Viator: wspiął się kiedyś na szczyt bieszczadzkiego Kremenarosa, a jadąc samochodem w okolicach Longwy pogubił się do tego stopnia, że w przeciągu zaledwie kwadransa chyba z siedem razy przekraczał granice, lądując co i raz w Luksemburgu, Francji lub Belgii. Tak że to doprawdy nic nadzwyczajnego. Lecz okolica jest bardzo ciekawa. A nazywają ją Krainą Domów Przysłupowych. I leży ona właśnie na Łużycach, podzielonych granicami między trzy państwa. Tak się bowiem potoczyły losy tego zakątka Lusatii.

Nie czuje się Viator na siłach, by odgrywać rolę specjalisty w dziedzinie architektury czy historii sztuki. On jest od podziwiania domów przysłupowych. Od przekazywania solidnej wiedzy na ten temat są inni. Można, a nawet należy, skorzystać z ich pracy, na przykład TUTAJ.

Tym, co dla domów przysłupowych najbardziej charakterystyczne, jest rzecz jasna pruski mur. Tak zwany pruski. Nam w Polsce rzeczywiście przywołuje on na myśl Niemcy, ale to konstrukcja znana w całej Europie i nigdzie się jej z pruskością jako żywo nie kojarzy.

3 Rouen

Ot, choćby Rouen, stolica Dolnej Normandii. To zdjęcie wykonał Viator wiele lat temu, nie cyfrowe ci ono, lecz analogowe, stąd i problem z jakością. Ale zawartość charakterystyczna: zaułek w roueńskiej Vieille Ville. Cała Starówka jest zabudowana takimi domami. A Prusy? Daleko stąd!

Ktoś rzuciłby: no to zamiast pruski mur powiedzmy mur szachulcowy. Ale i to nie byłoby do końca prawdziwe. W szachulcu przestrzeń między belkami wypełniana jest gliną, zaś w pruskim murze – cegłami. I w ogóle domy przysłupowe to raczej konstrukcje szachulcowe… Przecież się Viator zarzekał, że nie jest fachowcem!

Ale docenić piękno tych konstrukcji potrafi. Wśród wszystkich miejscowości położonych w Krainie Domów Przysłupowych największe wrażenie zrobiła na nim Bogatynia. A miał to szczęście, że odwiedził miasto pod koniec lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Mógł obejrzeć największy w Polsce i jeden z największych w okolicy zespół domów przysłupowych.

dwie BogatynieZdjęcia mają wartość archiwalną. Nie tylko z tego powodu, że są analogowe. Także dlatego, że powstały przed wielką powodzią. Bogatynia wygląda teraz nieco inaczej. Stoi tu już mniej domów przysłupowych. Strata z tych, jak to mówią, niepowetowanych.

7 sierpnia 2010 roku, wzburzony po długotrwałych ulewach potok Miedzianka (zazwyczaj cichy i łagodny), zniszczył albo uszkodził poważnie kilkadziesiąt zabytkowych domów. Większość odbudowano, ale jednak nie wszystkie. Zmienia się skóra świata, nie wiadomo, jakie jeszcze kataklizmy przetoczą się przez Łużyce. Jedź, Czytelniku, zobaczyć domy przysłupowe, póki stoją.

Lecz właściwie… czemu stoją? I to w takiej liczbie! Znak dziejów tej krainy. Przez wiele lat było to prawdziwe zagłębie tkackie: rzemieślnik miał swój warsztat na parterze przysłupowej chałupy, a mieszkał na piętrze – wszystko tu było starannie zaplanowane.

Ale skóra świata się zmieniła. Teraz też jest tutaj zagłębie, ale już nie w przenośni. Przecież jesteśmy na Łużycach! Dziś nie tkactwo, ale Kopalnia Węgla Brunatnego Turów i Elektrownia Turów zapewniają byt mieszkańcom. I to byt całkiem dostatni. Mało kto z miejscowych żałuje chyba zniszczeń, jakich przemysł dokonał w przyrodzie.

6 OdkrywkaKopalnia Turów – wielka dziura w ziemi. Ale zarobki takie, że doprawdy pozazdrościć. Lusatia alias Vita…

Z mieszanymi (jak zwykle na Łużycach) uczuciami opuszczamy Bogatynię. Kierunek północ! Zbliżamy się do kresu naszej wielkiej łużyckiej peregrynacji.

W górę rzeki (5)

Zbigniew Milewicz

Kawałek pieczeni

Miedzianowłosa Jadzia Hamplówna czuła się na scenie, jak ryba w wodzie. Była urodziwa i pewna siebie, miała wdzięk, ładny sopran i widocznie to „coś“ w sobie, co spowodowało, że po jednym z występów „Lutni“ dostała propozycję angażu w zawodowym teatrze w Berlinie. Jak na skrzydłach pofrunęła z tą wiadomością do domu. Ojciec Tomasz z uwagą wysłuchał córki, w milczeniu nabił tytoniem porcelanową fajkę, zapalił i z troską w głosie powiedział mniej więcej tak:

– Co tam w świecie bydziesz robić? A jak cie zepsujom… na to nie moga pozwolić.

Koniec i kropka, na odpowiedź nawet nie czekał. Był wzorem dobroci i łagodności, ale jednocześnie – jak to wówczas w tradycyjnych, śląskich rodzinach – miał wielki autorytet w domu i panna z wielkim żalem musiała sfrunąć na ziemię. Znajdowała się w wieku odpowiednim do zamążpójścia i na brak odpowiednich kandydatów do ręki nie narzekała. O jej względy starał się między innymi pewien bogaty kupiec z Częstochowy o nazwisku Szczęsny, dzięki któremu mogła automatycznie awansować w społecznej hierarchii, ale wybrała Erwina. Był w niej zakochany po uszy, ona chyba mniej w nim, ale myślę, że dobrze rokował, jako przyszły mąż. Babcia miała dominującą naturę, dziadek zaś zgodną, gotów dla niej góry przenosić. Wiedziała, że jest mądry, pracowity, poza tym nie przesiadywał w szynku. W łaski przyszłego teścia wkupił się zaś jednym dobrym uczynkiem. Któregoś dnia przyszedł na zolyty na Bytomską o dosyć nietypowej godzinie, bo wcześnie rano. Ubrany był w paradny żakiet, z muszką, pod wąsikiem, który dodawał mu powagi. Był to strój zdecydowanie wieczorowy. Skąd się wziął u Hamplów o tej porze, tak ubrany, o tym historia rodzinna milczy.

– Erwin, pojedź za mnie na kopalnia po wągiel – poprosił na dzień dobry pradziadek Tomasz.

Młody człowiek, wiele się nie zastanawiając, wskoczył na furę, wziął lejce i pojechał pod wskazany adres. Prawdopodobnie po raz pierwszy w swoim życiu prowadził podobny pojazd, ponadto nie znał furmańskich zwyczajów, więc wyminął długą kolejkę wozaków, czekających na wydanie węgla i podjechał pod samą bramę, która była jeszcze zamknięta. Konie prowadzone niewprawną ręką staranowały rygle, za Erwinem posypał się grad soczystych przekleństw, a sztygar na wadze o mało co nie wygrzmocił go swoją laską. Zbity z tropu dobrymi manierami i wyglądem karlusa, który spokojnie stał przed nim i przepraszał za bramę, jednak go obsłużył. Poza kolejnością.

dziadekbabciaŚlub odbył się 13 października 1920 roku. Młodszą siostrę babci, Marysię, wziął sobie za żonę Jorg (Jurek), brat dziadka, jednak młodszy od niego o trzy lata. Przepraszam, że dodałem mu wieku w poprzednim odcinku, ale niedawno znalazłem w szpargałach dokument, który skorygował moją wiedzę na ten temat. Erwin był więc najstarszy z rodzeństwa Paluchów, podobnie, jak moja babcia wśród dzieci Hamplów, to też udało mi się już ustalić na bank. Myślę, że z praktycznych względów te dwie pary miały jedno weselisko, ale póki co nie znajduję na to żadnego potwierdzenia w dokumentach, ani w rodzinnych relacjach.

Pierwszą inwestycją małżeńską babci było znalezienie dla dziadka lepszej pracy. Uważała, że w Azotach zdrowotnie marnieje i marnuje się jako pracownik laboratorium, ponadto słabo go wynagradzają. Zdecydowanie bardziej podobał jej się Skarboferm, polsko-francuska, akcyjna spółka węglowa, powstała w lutym 1922 r., w ramach „rewanżu“ dla Francji za kredyty udzielone Polsce w wojnie z bolszewikami oraz za polityczne wsparcie przyłączenia Górnego Śląska do macierzy.

Na podstawie zawartej umowy francuscy udziałowcy mieli prawo do dzierżawy złóż węglowych w kopalniach Bielszowice, Król, Knurów i Wyzwolenie, 50 procent udziałów w kapitale zakładowym miał polski Skarb Państwa. Była to dochodowa i największa w międzywojennej Polsce spółka węglowa; w jej Radzie Nadzorczej zasiadali m.in. Henri Le Rond, przewodniczący Międzysojuszniczej Komisji Plebiscytowej i Wojciech Korfanty, dyktator III Powstania Śląskiego. Kawałek tej pieczeni dostał się również powstańczemu kombatantowi o psudonimie „Erwin“ i intuicja mi mówi, że stała za tym babcia. On umiał się poświęcać dla innych, ale był zbyt skromny i jednocześnie za dumny, żeby ubiegać się o swoje. Urzędniczą karierę w chorzowskiej ekspozyturze spółki przy ul. Katowickiej zrobił jednak samodzielnie. Rozpoczął ją jako szeregowy pracownik, później dzięki rzetelności, pasji samouka i bystrości umysłu stopniowo awansował na stanowisko kierownika jednego z działów. W parze z tym szły apanaże, pod koniec lat trzydziestych sięgały miesięcznie 500-700 złotych, kiedy n.p. para dobrych butów kosztowała 5 zł., a jajko 2 grosze.

lagiewnikiTak to było na Śląsku: Tramwaj międzynarodowy, polsko-niemieckie przejście graniczne – Łagiewniki /ulica Chorzowska

Niedoszła artystka berlińskiej sceny, lub o mały figiel pani kupcowa Sczczęsna, inną drogą awansowała zatem do upragnionej klasy średniej. Jej mąż legitymował się tylko świadectwem ukończenia szkoły ludowej, ale w wolnym czasie dużo czytał, poza tematami zawodowymi interesował się m.in. etyką, psychologią, filozofią, sztuką. Mam jego książki w domowej bibliotece. Przede wszystkim jednak wspólnie z kochaną Jadką dbali o materialny, mieszczański dostatek, na który w coraz większym stopniu mogli sobie pozwolić; z pierwszego, skromnego mieszkania przy ul. Katowickiej 15 przeprowadzili się „na kilka pokoi” do kamienicy przy Dąbrowskiego 18. Tam mieli jadalnię z gdańskimi meblami, pianinem i stojącym zegarem, który wybijał godziny na melodię dzwonu z katedry w Westminster, sypialnię i gabinet. Gabinet to był pokój dziadka, wyposażony w bibliotekę, kanapę i stylowe biurko, podkreślające jego urzędniczą pozycję. Mieli kucharkę i dziewczynę do sprzątania, chodzili regularnie do teatru i operetki, bywali na przyjęciach towarzyskich z udziałem ważnych osób i sami je wydawali. Należało to do dobrego tonu w tej sferze.

Czy czuli się w niej dobrze? – rozważałem osiemnaście lat temu, kiedy zaczynałem spisywać historię rodziny. Dziadek, nie przypuszczam. Szybciej babcia, grała panią, czuła się jak na scenie, prawdopodobnie.

Rodzinę utrzymywał dziadek, babcia zajmowała się domem i wychowywaniem córek, tak, jak to wówczas jeszcze było w zwyczaju. Fizycznej pracy już nie musiała wykonywać, od tego miała służbę, ale kto wiedział lepiej od pani Paluchowej, jak powinny błyszczeć sztućce, podłogi, albo okna przed świętami… Albo, jak powinno się kulać ciasto na makaron do niedzielnego rosołu… To mieszkanie na Dąbrowskiego w pewnym momencie stało się jednak za małe, a może dziadkowie zwyczajnie zapragnęli mieć coś oddzielnego dla siebie, bardziej rozwojowego. Córki rosły, jak kiedyś założyłyby swoje rodziny, mogliby zamieszkać wszyscy razem. Tak zaczął się budować dom przy ulicy Wesołej 5, na nowo powstającym osiedlu Ruch. Pierwsze wille już na nim postawiono, Paluchowie mieli oszczędności, więc trwało to szybko, około roku. W 1938 lub na początku 1939 roku wprowadzili się na Wesołą. Dom z cegły nie był otynkowany, na to zabrakło już środków, ale do zamieszkania już się nadawał. Zajęli pierwsze piętro, parter wynajęli państwu Szumskim, którzy pochodzili spoza Śląska, a do sutereny wprowadził się wujek Jurek, ten z Grenzschutz z ciocią Marysią i dziećmi. Na drugim piętrze, znajdował się strych i małe, jednopokojowe mieszkanie, na razie puste.

Zapędziłem się trochę, a jeszcze chciałbym opowiedzieć o jednym wydarzeniu, które wcześniej miało miejsce w rodzinie i wyglądało na złośliwy wybryk losu, a było jedynie wynikiem pazerności III Rzeszy. Kiedy Hitler doszedł do władzy w 1933 roku, mój pradziadek Franz nie posiadał się ze szczęścia. Powiesił zdjęcie kanclerza na poczesnym miejscu w swoim mieszkaniu na Kościelnej i poszedł do Skarbofermu, żeby podzielić się radosną nowiną ze swoim pierworodnym. Już z ulicy wołał do niego: nareszcie bydzie nom teroz wszystkim dobrze, nosz kochany Adolf zrobi porzondek. Do tyj pory tyś mi Erwinku zawsze stawioł gorzoła, dziś z tego świynta jo ci postawia.

Dla człowieka, który długo obracał złotówkę w dłoni, zanim ją wydał, była to deklaracja wielkiej wagi. Kilka tygodni, albo miesięcy później Erwina odwiedził w mieszkaniu jeden z jego braci. Pora była wczesna, Erwin jeszcze spał.

– Wiesz, żeś jest milionerem?
– Nie, po jakiemu? – zdziwił się, jeszcze zaspany.
– No więc żeś jest i żeś nie jest…

Okazało się, że w Australii zmarł w podeszłym wieku krewny pradziadka Franza, który wiele lat temu wyjechał na Antypody i dorobił się tam sporego majątku. Był kawalerem, nie pozostawił po sobie żadnego potomstwa, ale za to – stocznię, względnie kilka stoczni. Sąd zdecydował więc o licytacji majątku i przekazaniu pieniędzy członkom rodziny zmarłego w Polsce, do podziału. Kiedy te dotarły na granicę niemiecko-polską, na Kościelną przyszło urzędowe zawiadomienie. Do odbioru czeku albo gotówki nigdy jednak nie doszło, ponieważ przesyłka została na mocy jakiegoś uczonego paragrafu zarekwirowana przez niemieckie władze celne. Ten incydent bardzo zasmucił pradziadka Franza. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak porządny człowiek, jak Adolf Hitler zawłaszczył sobie to, co należało się jego rodzinie, jak psu buda. Może, jako bardzo poczciwy z natury człowiek i porządny Niemiec pocieszył się myślą, że jeżeli jego tysiącletnia rzesza naprawdę potrzebowała tych pieniędzy, to w gruncie rzeczy wszystko jest w porządku. Dlatego nasz dom na Wesołej został otynkowany dopiero w Polsce Ludowej.

Droga do Santiago. Leon

Ewa Maria Slaska, niedziela 23 września 2007 roku

Historia rodzinna przechowała taką opowieść: Dziadek, gdy ich 25 stycznia 1945 roku wygoniono na mróz z obozu w Stutthofie i pognano do Gdańska, i dalej, przyobiecał Przenajświętszej Panience pielgrzymkę do Częstochowy, jeśli ujdzie z życiem. Uszedł. Po powrocie do Warszawy, gdy sprawy się już nieco uładziły, Dziadek i Babcia wsiedli do pociągu i przechadzali się przez całą drogę po korytarzu.

Córka Dziadków, a moja Ciocia, wyjaśniła mi, że po wojnie, gdy okazało się, że tłumy ludzi przyobiecały Matce Boskiej Częstochowskiej pielgrzymkę i ani nikt na trasie, ani w samym mieście nie był w stanie poradzić sobie z masowym i niekontrolowanym napływem pielgrzymów, Episkopat wydał dyspensę dla wszystkich ślubujących, umożliwiającą odbycie pielgrzymki w pociągu.

Przypomniała mi się dziś ta historia, bo przez pierwsze cztery godziny poranka dowlokłam się z Reliegos do odległej o 6 kilometrów Mansilla de las Mulas, gdzie usiadłam na skraju drogi, płacząc z bólu. Tak mnie znalazła arabska rodzina, która zatrzymała się koło mnie, załadowała do samochodu (na tylne siedzenie koło dziecięcia), wcisnęła do garści mandarynkę wielkości mango i zawiozła do cudownie pięknego miasta Leon, oddalonego o 7 kilometrów. Zastanawiam się, jak mam ocenić fakt, że przejechałam kawałek drogi autem? Myślę, że przecież, gdyby to było średniowiecze i napatoczyłby się wóz z sianem albo osiołek, toż bym podjechała, nie czyniąc sobie zbytnich wyrzutów sumienia. Ale jakoś robal wątpliwości mnie gryzie. Mam nadzieję, że jakieś mądre instytucje wydały na taką okoliczność jakieś stosowne dyspensy.

Gdy wysiadałam z auta, Państwo Arabowie powiedzieli, tu jest schronisko, a tu pogotowie ratunkowe. Potulnie pokiwałam głową, zostawiłam bagaż w schronisku i powlokłam się do szpitala.

urgenciaCzekałam 5 minut, nie zapłaciłam ani grosza, przyszła wspaniała młoda lekarka, obejrzała nogę, prześwietliła i oznajmiła, że… za szybko chodzę! Odparłam, że wcale nie chodzę szybko, tylko człapię, ale mądra pani uśmiechnęła się i orzekła, że no tak, teraz, ale przedtem chodziło się stanowczo za szybko. Noga nad cholewką buta nie wytrzymuje takiego tempa. Pokiwała głową, pogłaskała mnie po ręce i wystawiła kwitek, uprawniający do noclegu w jednym i tym samym schronisku przez następnych 48 godzin. Bo bez kwitka nie wolno w schroniskach pozostawać dłużej niż jedną noc. Przyszła pielęgniarka, nałożyła mi kompres i obwinęła go bandażem. Teraz już na poważnie wyglądam jak inwalidka. Muszę też na poważnie zacząć myśleć jak inwalidka. Do Santiago zostało ponad 300 kilometrów. Coś muszę zrobić. Sama silna wolna nie wystarczy.

Leon jest pięknym miastem, moi Państwo Arabowie wysadzili mnie jednak w jego najnowocześniejszej i chyba najbrzydszej części. Chwała niech im będzie, że o nic nie pytali, wiedzieli dokąd mnie zawieźć i dostarczyli wprawdzie do najbrzydzszego schroniska na trasie (szara betonowa konstrukcja, długie korytarze, szare drzwi – skrzyżowanie urzędu i poprawczaka, funkcjonalna sterylność bez fidrygałków), ale też takiego, które o kilka kroków oddalone było od szpitala. Na pewno wiedzieli, co robią i na pewno było to słuszne, a że estetyka na tym nieco ucierpiała… Zresztą – w sterylnym schronisku są sterylne łazienki i pokoje ośmiosobowe.

Oczywiście ani przez chwilę nie zamierzam zastosować się do surowego nakazu, że teraz na 48 godzin mam się położyć do łóżka. Będę się po prostu oszczędzała. Zaczynam oszczędności od powolnej wędrówki-kuśtykania do centrum miasta.

Katedra Najśwętszej Matki Panny w Leon jest tak piękna, że dech zatyka.

Przede wszystkim cudowne są okna, trzy rozety pełne kwietnych witraży. Plaza Mayor jest, jak wszędzie w Hiszpanii, zadbany jak wysprzątana sala balowa w arystokratycznym pałacu. Błyszczące wypolerowane marmury posadzki, naokoło domy z podcieniami i balkonami. Nigdzie ani papierka, ani świeczki, ani ogarka.  Jest niedziela. Po placu przechadzają się elegancko ubrane hiszpańskie rodziny. Stare miasto wokół Plaza Mayor jest mieszaniną slumsów i ślicznej egzotyki. Podniszczone domy z balkonami, wąskie ulice, brudno, modne lokale, kawiarnie, bary, dyskoteki…

Leon to rzymskie miasto założone  za czasów cezara Galby przez VII Legion Gemini (i tak się też wtedy nazywało Legio – Legion). Zachowały się fragmenty rzymskich murów.

Wielkie wrażenie robi na mnie romański kościół św. Izydora z relikwiam świętego i grobami 24 królów, królowych i książąt. Wysłuchuję mszy w dziwnej kolejności. Od podniesienia w kościele św. Anny, a potem do podniesienia – u św. Izydora. Ale nie mam siły wtrwać do końca. Dostałam od miłej pani doktor środek przeciwbólowy, który mnie po prostu zwalił z nóg. Muszę wracać do schroniska i natychmiast położyć się do łóżka. Spać!

Oglądam jeszcze dom Gaudiego, wcale nie taki szalony, prawie zwykły, neośredniowieczny. Przed domem rzeźba przedstawiająca artystę na ławeczce, w domu zaś wystawa malarstwa flamandzkiego.

Lucy, która od dłuższego czasu idzie w towarzystwie dwóch Szkotów z kolorowymi irokezami i gitarą, przenosi się do mnie. Twierdzi, że nie chce być sama jedna chica w towarzystwie siedmiu chicos.

Schronisko ma przedziwną kuchnię. Na samym końcu korytarza pomieszczenie bez wody i zlewu! Nie ma też żadnych naczyń. Są tylko lodówki i mikrofalówka. I nie wiadomo skąd pół tabliczki czekolady. Ale jakoś w tych niezwykłych warunkach udaje mi się najpierw sprokurować jakiś obiad, a potem herbatę. Do wieczora żywię się już tylko tą zdobyczną czekoladą.

Schronisko ma też swój zieleniec, z którego jednak w ogóle nie korzystają pielgrzymi. Jestem jedyną pielgrzymką, która tu siedzi i coś robi, czyta, pisze. Ogród służy natomiast młodym mieszkańcom okolicznych domów do odprawiania rytuału godowego. Przy drewnianym stole siedzą młode Hiszpanki, za płotem na ulicy zbierają się miejscowe chłopaki. Toczy się skomplikowany flirt, a między oboma grupkami biegają dzieci. Wszyscy rzucają śmieci – stół, ulica, trawnik toną w odpadkach. Gdy jedna grupa dziewcząt odchodzi, przychodzi następna, a w międzyczasie dzieci sypią naokoło podarte papierki, jakby to była polska procesja Bożego Ciała, gdzie papierek zastępuje kwiatek. Albo miejscowy rytuał witania jesieni.

Ballonaktion zum Mauerfall

oder eine LICHTGRENZE

Vom 7. bis zum 9. November 2014 ist das innerstädtische Berlin von der Bornholmer Straße über den Mauerpark und die Gedenkstätte Bernauer Straße, zum Reichstag, vorbei am Brandenburger Tor und Checkpoint Charlie bis zur East Side Gallery vorübergehend geteilt: 8.000 weiße, leuchtende Ballons markieren dann den ehemaligen Mauerverlauf. Die emotionale und visuelle Kraft dieser Lichtinstallation ruft auch die Brutalität der Mauer in Erinnerung. Die Installation basiert auf einer Idee von Christopher Bauder und Marc Bauder.

Die LICHTGRENZE ist ab Freitag (7.11.) mit Einbruch der Dunkelheit bis zum Sonntagabend (9.11.) rund um die Uhr erlebbar. Wir empfehlen Ihnen Spaziergänge entlang der LICHTGRENZE.

Die Open-Air-Ausstellung „100 Mauergeschichten“ gibt auf der gesamten Strecke faszinierende Einblicke in den Alltag der geteilten Stadt.

Der Museumsdienst Berlin offeriert spezielle einstündige Führungen auf Deutsch und Englisch, an denen man spontan
ohne Anmeldung teilnehmen kann. Tickets: 5 € (bis 14 Jahre freier Eintritt)
Termine: 7. Nov, stündlich von 18 bis 20 Uhr/ 8. Nov, stündlich von 12 bis 20 Uhr/ 9. Nov, stündlich von 12 bis 16 Uhr
Startpunkte und Ticketverkauf: Mauerpark, Checkpoint Charlie und East Side Gallery
Gruppen könnten im Voraus buchen. Kosten: 80 € (max. 25 Teilnehmer)

Zum Höhepunkt des Jubiläums lassen die Ballonpaten am 9. November ab 19:00 Uhr in einer spektakulären Gemeinschaftsaktion alle Ballons in den Himmel steigen.  Am Brandenburger Tor spielt die Staatskapelle Berlin unter der Leitung von Daniel Barenboim den Schluss-Satz der 9. Sinfonie von Beethoven mit der “Ode an die Freude”! ARD und rbb übertragen die Ballonaktion live im Fernsehen.

PS: Nur der Skeptiker fragt sich: was tun die Vögel bei dieser Aktion?                          

Polski Listopad

Wczoraj pod hasłem Wolna i Niepodległa odbył się w Berlinie koncert zorganizowany przez Konwent Organizacji Polonijnych w Niemczech. Głównym gościem koncertu był znakomity polski zespół rockowy Budka Suflera, który po 40 latach śpiewania i grania żegna się w tym roku z publicznością w kraju i za granicą. Z Budką przyjechała wypromowana ongiś przez zespół, dziś całkowicie samodzielna gwiazda – Izabela Trojanowska oraz “zapomniany głos” BS – Felicjan Andrzejczak.

W pierwszej części koncertu, rocznicowej i patriotycznej, wystąpiły berlińskie zespoły Bloody Kischka Wojciecha Zawadzkiego i Crazy Vibes Iwony Cudak. Jak już wiele razy w ostatnim czasie z Polski przyjechał do Berlina Piotr Kajetan Matczuk z zespołem Piramidy,  a z nimi gościnnie wystąpiła też Eliza Banasik, również już dobrze znana w Berlinie. Muzykom towarzyszył chór młodzieży z europejskiej szkoły w Berlinie: Robert-Jung-Oberschule prowadzony przez Mariusza Łagodzińskiego.

Imprezę rozpoczął nasz berliński poeta patriotycznym wierszem o tym, jak zaczęła się Polska.

Roman Brodowski

Rozmowy z wnukiem – Monolog
(Wolność przybyła pospiesznym z Berlina)

…Pytasz mnie jak zaczęła się Nasza Polska ?

Było to dziesiątego Listopada 1918 roku
W pochmurny i chłodny niedzielny poranek
Staliśmy na dworcu obok siebie, w milczeniu,
Ramię przy ramieniu, jak dwoje bliskich przyjaciół
Czekających na zbliżający się koniec beznadziei.

Wujek Antek w rosyjskim podartym, szynelu
Ja w pruskim, pachnącym ziemią mundurze.
Nieopodal nas stały młode sanitariuszki.
Widać, że przyjechały z dalekiego frontu
Ubrane w galicyjskie uniformy, dzieliły się chlebem

Być może kiedyś siedzieliśmy w okopach
Naprzeciwko siebie, we wrogich sobie armiach
Modląc się w tym samym, polskim języku,
O szczęśliwy powrót do rodzinnych domów.
Tak, mój wnuku, w tym samym polskim jezyku.

Mój Boże, jak wiele nas wówczas dzieliło

Na peron wjechał pociąg pospieszny z Berlina.
Niemiecki, a na lokomotywie Biało-Czerwona.
Pamiętam godzinę. Była siódma trzydzieści pięć.
Na peronie przebywało niewiele jeszcze ludzi.
Pierwsi podróżni, żołnierze wracający do domu.

Do jednego z wagonów podeszło kilka osób.
Czekali cierpliwie na odgłos otwierająch się drzwi.
Twarze niektórych z nich były mi znane.
W środku stał Książe Zdzisław Lubomirski
Obok por. Adam Koc komendant P.O.W.-u.

Nagle drzwi zajęczały, odsłaniając tajemnię wagonu.
Na schodkach ukazał się pułkownik Sosnkowski
Po nim, zmęczony, w rozpiętym, szarym płaszczu
W maciejówce z orłem strzeleckim, na głowie
Wyszedł gwarant naszej wolności – Brygadier J. Piłsudski.

Na peronie zapanował cisza, mój wnuku. A potem?

Potem na naszych twarzach ukazały się słone krople rosy.
Ktoś zaintonował „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”,
Inni wspomogli go wydając dźwięki podobne do śpiewu.
Słowa odbijajały się o mury dworca, donośnym echem
Wypełniając przestrzeń najwyższym be-mol patriotyzmu

Twórca Legionów rozejrzawszy się dookoła, wyszeptał
– nie rzuciliśmy rodacy, nie rzuciliśmy! –
Po czym odwróciwszy, powoli, w towarzystwie przybyłych, oddalił się
A my staliśmy wpatrzeni w znikający symbol odrodzenia

Tak, nasza wolność przybyła pociągiem pospiesznym z Berlina…

Berlin, 4 listopada 2012

Rozbrajanie Niemców w Warszawie – 10 listopada 1918 r. Fot. CAW  

Portal ściąga.pl podaje, inaczej niż w wierszu, ale też inaczej niż widzą to historycy, że Piłsudskiego na dworcu witały rozentuzjazmowane tłumy. Tak nie było. Marszałek przyjechał i udał się na narady. W dzień później, 11 listopada 1918, Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu władzę nad podległym jej wojskiem. Tak powstała Polska. Był to jednocześnie dzień bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Tak zakończyła się I wojna światowej. Jednak tzw. wojny Pigmejów, jak to powiedział Churchill, trwały na całym świecie jeszcze do roku 1922. Wojna polsko-bolszewicka, zakończona wielkim zwycięstwem Piłsudskiego, też jest uważana za część Wielkiej Wojny.

***
Poeta o bladym świcie napisał jeszcze jeden wiersz patriotyczny, wysłał go do mnie i poszedł spać:

Polski Listopad

Kolejny miesiąc gdzieś odchodzi
Nowy przypływa w nieboskłonie
Niosąc ze sobą czas nostalgi
I kilka wspomnień…, właśnie o Niej.

O tej, co kiedyś Jej nie było
Przez sto dwadzieścia trzy wiosenki.
O tej co nigdy nie zdradziła
Mimo poniżeń, zbrodni , męki.

Trzeba nam o tym przypominać,
By nigdy nie zapomnieć tego
Co w naszym kraju się zdarzyło,
Ileż w Ojczyźnie było złego.

To w Listopadzie Król Stanisław
Który narodem polskim rządził
Królestwo oddał wschodniej pani
Ileż tym aktem szkód wyrządzł.

To w listopadzie w noc pochmurną
By świat usłyszał słowo Polska.
Powstanie wszczęli chorążowie
Polscy Patrioci, szlachta, wojska.

To w Listopadzie o poranku
Promyk zaświecił niby gwiazda
Przynosząc wolność, niepodległość
Polskiego, piastowskiego gniazda.

Polski listopad, polski miesiąc
Jest w nim i radość i dramaty
Więc pamiętajmy o tym zawsze

Tam jest historia…, gdzie są daty

Berlin 06 listopada 2014, godz. 4³°

Maria Rodziewiczówna

Dariusz Morsztyn (Biegnący Wilk)

jest jednym z inicjatorów zorganizowania uroczystości poświęconej 150 rocznicy urodzin i 70 rocznicy śmierci Marii Rodziewiczówny.

page2O Dariuszu i jego niezwykłych inicjatywach już tu pisałam.

ogloszenieRodziewiczownaUroczystości odbędę się w miejscowości Żelazna koło Skierniewic, gdzie 6 listopada 1944 roku, po wyjściu z Powstania Warszawskiego, w nieistniejącej już leśniczówce Leonów, zmarła pisarka Maria Rodziewiczówna. Będą to jedyne polskie obchody poświęcone pisarce w tym roku. W Republice Ściborskiej stale jest czynna duża wystawa poświęcona Marii Rodziewiczównie, budujemy tu też jej muzeum, które będzie repliką chaty leśnych ludzi.

Maria Rodziewiczówna to wyjątkowa postać w polskiej historii i polskiej literaturze, niestety dzisiaj zapomniana… Bohaterska uczestniczka Powstania Warszawskiego, Strażniczka Kresowych Stanic – symbol przedwojennych kresów, autorka 44 powieści, a wśród nich Lata Leśnych Ludzi, najbardziej harcerskiej i ekologicznej polskiej książki (choć słowa takie w niej nawet nie padają…). To od tej powieści powstał w polskim harcerstwie ruch puszczański i zaczęło się rodzić myślenie ekologiczne.
Maria Rodziewiczówna to niezwykły symbol pracowitości, patriotyzmu, chrześcijaństwa, jedyna pisarka, która swoje słowa wprawiła w czyn.

W ramach uroczystości zapraszam też na prezentację podsumowującą moje dotychczasowe badania poświęcone pisarce oraz powstaniu książki Lato Leśnych Ludzi.  W Żelaznej pokażę część zbiorów  muzealnych związanych z Marią Rodziewiczówną.

Jeszcze Zaduszki

Karolina Kuszyk

Wszystkich nieświętych

Zamykam oczy i znów widzę tamten sen. Mama i tata, młodzi, w kraciastych koszulach, na odkrytej platformie pociągu towarowego, plecami do mnie, zajęci sobą. Śmieją się. Ja leżę za nimi, nieruchawy bobas w śpioszkach, na wznak.

A potem nagle dostaję nóżek. Tak się czasem u nas mówiło, gdy coś zniknęło i nie leżało tam, gdzie powinno. Co, nóżek dostało? I dzięki tym nowym, ruchliwym nóżkom zsuwam się z platformy i ruszam na rekonesans. Dworzec jest niebotycznie wysoki, jak katedra, a na samej górze siedzą szare gołębie i zlewają się z szarościami sklepienia. Podobno urodziłam się w szpitalu na Jaworzyńskiej, ale ja w to nie wierzę. Urodziłam się na dworcu, który jest jednocześnie katedrą, nie mogło być inaczej, zważywszy moje upodobanie do częstych podróży i nabożeństw. A potem raz-dwa dostałam nóżek. W rodzinnych opowieściach zaczęłam chodzić bardzo późno, za to podobno dużo i ładnie mówiłam. Znowu nieprawda, było dokładnie odwrotnie. Odkąd sięgam pamięcią, wolałam chodzić i milczeć zamiast siedzieć i mówić. To inni zmusili mnie do mówienia, i to zazwyczaj nie tego, co naprawdę chciałam powiedzieć. Naprawdę. Podobno każdy ma swoją prawdę. Babcia Zofia powiedziała kiedyś w okolicznościach, o których z całej siły nie chcę pamiętać, że jej prawdy nikt nie dostrzega. Ja wolę myśleć, że każdy ma swoją naprawdę, tak jest bezpieczniej.

W tamtym śnie biegam po dworcu i przyglądam się pociągom i lokomotywom, jakbym już wtedy wiedziała, że za paręnaście lat wyjadę, i że to w nich, pociągach, spędzać będę połowę życia. Ale gdy w końcu, syta wrażeń, chcę wrócić do rodziców, widzę z przerażeniem, że znikła platforma towarowa, na której siedzieli. Czyżby odjechali beze mnie? Podbiegam do stojącej w pobliżu wielkiej, starej parowej lokomotywy, jakie widywało się jeszcze w końcu latach siedemdziesiątych, wchodzę na stopień i otwieram ciężkie żeliwne drzwi. Chcę zobaczyć, czy w środku nie ma mamy i taty. Może się schowali dla żartu. Ciągnę, ciężko. Otwieram. W środku jest całkiem czarno.

W dzieciństwie budziłam się z tego snu wielokrotnie i zawsze w tej samej chwili. Otwieram drzwi, a w środku jest całkiem czarno. Nigdy potem, ani w snach, ani na jawie nie widziałam większej, bardziej czarnej, bardziej nasyconej i nieprzeniknionej czerni. To musi być ta sama czerń, w którą dwa lata temu weszła babcia Zofia. Od tamtego czasu wiem, że muszę coś zrobić z pamięcią, zanim niesyta czerń pochłonie pozostałych, a wreszcie i mnie. Nie wiem, czy ta lokomotywa jeszcze tam czasem przyjeżdża. Nawet jeśli tak jest, widzą ją pewnie tylko dzieci, specjalny gatunek staruszek i może jeszcze gołębie pod dworcowym sklepieniem, potomkowie tych niemieckich. I jeśli raz po raz wracam na ten dworzec i przekradam się na ostatni peron, oglądając się za siebie, jakby ktoś mnie śledził, to po to, żeby sprawdzić, czy nie stoi tam tamta lokomotywa. Bo jeśli rzeczywiście czasem tu przystaje, to chyba tylko tam, na ostatnim, gorszym peronie, na którym na pewno nie zatrzyma się żaden intercity.

Za dwa dni znów znajdę się na tym dworcu. 1 listopada, święto zmarłych. Na przykościelnej religii, bo religii uczono kiedyś przy kościele, przestrzegając starego dobrego podziału na sacrum i profanum, ksiądz często nas poprawiał, powtarzając do znudzenia, że nie powinno się mówić „święto zmarłych”, tylko „wszystkich świętych”. Jakby w słowach „święto zmarłych” już wtedy przeczuwał czające się za oceanem bezbożne, szatańskie halloweeen, święto duchów, czarownic i wampirów, które przypłynie do nas z Ameryki pod postacią fałszywie uśmiechniętej dyni. Halloween, któremu dwadzieścia lat później ten sam ksiądz wypowie z ambony świętą wojnę.

Nikomu z żyjących nie mówiłam, że przyjadę, bo to sprawa między moimi zmarłymi a mną. Całe miasto już z samego rana popędzi na cmentarz, zajmie się rytualnymi przechadzkami od grobu do grobu, zapalaniem zniczy, stawianiem na wyszorowanych pomnikach doniczek z chryzantemami, skrytym czekaniem na znaki od tych, których ciała leżą tam, pod spodem – a ja pójdę na ostatni peron i będę czekać, popijając z termosu mocną, specjalnie posłodzoną na tę okazję herbatę. Bo ci, którzy odeszli, należeli do gatunku, który słodził, czasem nawet po dwie łyżeczki.

A potem na peron wtoczy się samotna lokomotywa, zatrzyma się, posapując, i wysiądą z niej wszyscy moi zmarli. Wysiądzie babcia Zofia, najnieszczęśliwsza osoba na świecie, która jak nikt inny potrafiła wygrywać na poczuciu winy, wreszcie spokojna, bo będzie ze swoim mężem Władkiem. Za nią – garnitur, koszula, spodnie na kant, chmura wody kolońskiej – sam dziadek Władek, znany mi tylko z listów, dziadek, którego w czterdziestym piątym zabrali Sowieci. Przez chwilę zadźwięczy mi w uszach straszne słowo Workuta i przypomnę sobie to wyobrażenie z dzieciństwa: pewnego dnia załomotali w drzwi, weszli i po prostu włożyli dziadka Władka do wora-Workuty. Jak straszni panowie w ciemnych klatkach schodowych, przed którymi ostrzegała mnie w dzieciństwie babcia Zofia. Wysiądzie stara szurnięta Ada, która mieszkała na pięterku i pasjami lubiła szczać na najbardziej wystawionej na spojrzenia sąsiadów części ogrodu, budząc sensację na osiedlu domków jednorodzinnych i mój szczery podziw, bo kto nie lubi robić siku pod gołym niebem, w dodatku na własnym kawałku ziemi, a jak niewielu na to stać. Wysiądzie małomówny dziadek Antek, który potrafił wszystko naprawić, ale niczego załatwić w urzędzie, i którego kochały psy, dziadek Antek, z którym najlepiej na świecie oglądało się filmy o zwierzętach. I wyjdą, popiskując, popuszczając z przejęcia, pomiaukując i machając ogonami, wszystkie psy i koty, te własne i te spotkane gdzieś po drodze, te, które przyszły i zniknęły, albo przyszły i zostały do końca, jedyne stworzenia, od których nauczyłam się niekłamanej radości. Wysiądą ciała pochowane niedaleko naszego domu, i wreszcie się dowiem, kim były; jak to dobrze, że znam niemiecki. Wysiądą wszyscy Żydzi zamordowani pod Chełmnem, o których opowiada czasem babcia Róża, i wiem, że gdy i ona zniknie kiedyś w tej lokomotywie, skończy się dla mnie wiek złoty, a zacznie żelazny. Wysiądzie wujek Marian, co służył u generała Maczka i nie cierpiał Ukraińców, nie pomijając własnego szwagra, a za nim przysadzista prababka Paraskewia spod Sambora, ze srogim wzrokiem i gotowa na wszystko. Wysiądzie Aneta, koleżanka ze studiów, która powiesiła się na pasku od spodni z nieszczęśliwej miłości, a przecież wszystko na pewno by się ułożyło. Wysiądzie wujo Rysio z nieodłączną szklaną lufką, w której tkwić będzie własnoręcznie skręcony papieros, a za nim wyskoczy ławeczka, na której siadywał, żeby zakurzyć, bo nie potrafię wyobrazić sobie wuja Rysia bez ławeczki. Wysiądą, pogawędzą, rozprostują kości. Wyjaśnią sobie to i owo. Może pośmieją się z żywych. Moi wszyscy zmarli, moi wszyscy nieświęci, no, może za wyjątkiem dziadka Antka i tych czworonożnych.

A gdy znowu zaczną zbierać się w dalszą podróż, powiem im, żeby już się nie martwili. I że wiem, że nie mogli inaczej. I że zrobili wszystko najlepiej jak się dało. A oni pokiwają głowami i jeszcze chwilę ze mną posiedzą, na czym tam kto będzie miał. A gdy przyjdzie czas, wsiądą z powrotem do swojego pociągu. A ja dołączę do rodziny spacerującej po cmentarzu, ani słowem nie wspominając o naszym spotkaniu, a następnego dnia wsiądę w powrotny do Berlina. I na jakiś czas będę miała od nich wszystkich święty spokój.

Berlin, tuż przed świętem zmarłych 2014