Lusatia alias Vita 11

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Wprawek w obróbce Tworzywa dla kandydata na literata ciąg dalszy, albowiem dalece nie wszystko co możebne, wycisnąć nam się udało z przedrostka trans-.

Zaczęliśmy w zeszły wtorek opowieść o zgorzeleckich poszukiwaczach transcendencji, dziś nadszedł czas, by ją zakończyć. Nie jest bowiem kompletna. To, że przed oblicze Absolutu przystępowali mieszkańcy Zhorjelca zarówno na sposób rzymski, jak i wittemberski, nie jest niczym nadzwyczajnym w tych stronach. Tak się działo na całych Łużycach, czego ślady już wiele razy na szlaku naszej wędrówki mieliśmy okazję podziwiać. A gorliwi byli ci mocarze ducha, można by rzec, na zabój! Do krwi ostatniej.

Pamięć zbiorowa poszczególnych regionów i małych ojczyzn naszego kraju przechowuje tradycje już to Powstania Styczniowego, już to Listopadowego czy Kościuszkowskiego. Łużyce, jak zresztą i inne krainy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, naznaczone są chyba najsilniej wspomnieniem Wojny Trzydziestoletniej, której efekty w pewnym sensie odczuwa się tutaj do dziś. Była to, mimo wyraźnej domieszki motywów politycznych czy gospodarczych, a więc silnie doczesnych, prawdziwa wojna duchowa. Gdy żołnierze Gustawa Adolfa szli do boju śpiewając psalmy, trawił ich płomień szczerej wiary i dawał im prawdziwą moc. A że potem co nieco złupili i poturbowali okolicznych włościan, o zabawie z ich żonami i córkami nie zapominając? Cóż, prawa wojny! Pewnie i Albrecht von Wallenstein, po każdej krwawej i okrutnej rozprawie z kacerzami, najszczerzej dziękował, klęcząc przed tabernakulum, za bożą pomoc i zwycięstwo. Aleć przecież i nasz Kmicic, Jędruś, już po swej duchowej przemianie, spokojnie odmawiał różaniec przy blasku płonących osad niemieckich, a gdy krzyki mordowanych zmyliły mu rachunek, tedy zaczynał od początku, aby duszy grzechem niedbalstwa w służbie bożej nie obciążyć. Tak było, tak jest i tak, niestety, będzie. Nic się nie zmieni, nie łudźcie się, dobrzy ludkowie. Lusatia alias Vita…

A tu jeszcze, poza prawowiernymi z dwóch obozów, podążali za transcendencją samotni harcownicy – jak choćby szewc Jakub – których obie strony, tak katolicy, jak i protestanci, jako heretyków piętnowali. Ale i to nie wszystko! Z domów i świątyń Zgorzelca płyną do Przedwiecznego modlitwy jeszcze na inny sposób i w innych językach składane, z innej wrażliwości zrodzone i inaczej próbujące dotknąć Transcendentnego.

Jeśli na Śląsku, Pomorzu, Mazurach czy na Ziemi Lubuskiej zobaczycie kopuły cerkwi, obojętnie – prawosławnej czy grekokatolickiej – możecie bez ryzyka błędu przyjąć, iż to efekt Akcji Wisła, a w świątyni modlą się Ukraińcy lub Łemkowie. (Oczywiście, Viator jest świadom faktu, że to rozróżnienie wzbudza kontrowersje. Wie, iż część Łemków uważa się za Ukraińców, inni za naród całkiem odrębny; nie chcąc wszakże urazić tych drugich, nazwy obu grup przywołuje.) Tak jest wszędzie na Ziemiach Odzyskanych. Ale nie w Zgorzelcu. Tutaj Ortodoksi ród swój zazwyczaj z Hellady wiodą.

SONY DSCCerkiew pod wezwaniem Świętych Równych Apostołom Konstantyna i Heleny. Ten prawosławno-barokowy sposób wyrażania się ma swój specyficzny urok, prawda?

Na zdjęciu widać wyraźnie, że świątynia i jej otoczenie są jakby z innej bajki. Bo też mamy do czynienia z prawdziwą transplantacją. Gdzie Łużyce, a gdzie Attyka! Gdzie Grek, a gdzie Polak czy Niemiec! O Hellenach, którzy w liczbie niemal 9 tysięcy nad Nysę przybyli, uciekając z ojczyzny po przegranej w 1949 roku wojnie domowej, słyszał chyba każdy. Większość już dawno wróciła do Grecji. Dzieci i wnuki tych, którzy zostali, modlą się w małej drewnianej cerkiewce. Tak przynajmniej myślał Viator, dopóki nie dane mu było kilka lat temu o sprawach tych porozmawiać z gospodarzem świątyni, proboszczem parafii prawosławnej w Zgorzelcu, księdzem Mikołajem Bonifatiukiem. To od niego usłyszał, że owszem, modlą się tu przede wszystkim potomkowie Greków, ale wielu z nich przybywa na nabożeństwa z niemieckiego brzegu Nysy. I w ogóle, że emigracja lat czterdziestych to drugi grecki przeszczep na Łużycach. O wcześniejszym, którego istnienia dotąd wcale nie był świadomy, usłyszał Viator pierwszy raz właśnie od ojca Mikołaja.

Trzy dekady przed grecką wojną domową w całej Europie toczyła się Wielka Wojna. Grecy, jak tylko umieli, starali się zachować równy dystans pomiędzy Ententą i Państwami Centralnymi. I w wyniku tego skomplikowanego kontredansu, w okolicznościach dość niezwykłych (o których w Wielkiej Sieci więcej przeczytać możecie), 6 tysięcy greckich żołnierzy, Korpus Delta, pozwoliło się wziąć do niewoli, a następnie jako goście rządu niemieckiego i samego Cesarza, przez kilka lat wygodnie oraz spokojnie w Görlitz sobie mieszkali. Zaś po wojnie nie wszyscy wrócili na Bałkany. Zostały greckie groby na görlitzkim cmentarzu. I zostali wnukowie oraz prawnukowi, którzy modlą się w cerkwi Konstantyna i Heleny. Kto spragniony więcej się na temat tej niezwykłej parafii dowiedzieć, niech co prędzej TUTAJ zagląda!

My zaś dalej w Tworzywie dłubiemy. Transakcja i transport. Bogactwo oraz pomyślność miast w całej Europie przez wiele wieków zależały od pracy i kunsztu rzemieślników, ale jeszcze bardziej od inicjatywy i przemyślności kupców. Tak to już jest, że zawsze najlepiej zarabia pośrednik. A jeśli przypomnimy raz jeszcze, że Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast dbał o to, żeby transakcje zawierano uczciwie, a transport towarów przebiegał bezpiecznie, łatwo zrozumieć, dlaczego Zhorjelc, gród tranzytu i pielgrzymów, zręcznych rzemieślników i bywałych w świecie kupców, właściwie skazany był na ekonomiczny sukces. Przy zgorzeleckiej Starówce nawet budziszyńska, choć imponująca, jawi się jako uboższa i mniej zaradna siostra. Co prawda przez kilka powojennych dziesięcioleci haniebnie ją zaniedbano, ale w ostatnich latach przeszła prawdziwą transformację: pieczołowicie odnowiona znów rozkwitła. I gdy tak się po niej włóczy Viator, czuje, jakby w jakimś transie trwał permanentnym! Popatrz zresztą sam, Czytelniku.

SONY DSC4 -5 GoerlitzBogato żyło się w Zhorjelcu, bogato się w nim spoczywało, gdy dusza translokacji w inne światy już doświadczyła. Ale w mieście Wielkiej Pielgrzymki nie sposób zapomnieć o sławetnej zgorzeleckiej gorliwości duchowej i wrażliwości na transcendencję! Nigdy nie brakło tutaj takich, którzy mieszczanom, biednym i bogatym (bogatym może nawet bardziej, bo przecież łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne…), prawdy wiary gotowi byli stawiać przed oczy wciąż i wszędzie, także na ulicach.

6 Dom BiblijnyDom Biblijny na zgorzeleckiej Starówce. Cała fasada gęsto pokryta scenami ze Starego i Nowego Testamentu. Tu akurat Grzech Pierworodny.

Czy zauważyłeś Czytelniku, że podczas naszej wizyty w Zhorjelcu kilkakrotnie przekraczaliśmy granicę państwową? Raczej nie, bo tego faktycznie się tutaj od paru lat nie czuje. Miasto jest transgraniczne, ale stanowi całość. Inną niż kiedyś, ale przez to może nawet ciekawszą. Kto wie?

Oj, poraniła historia Zgorzelec i całe Łużyce. Ale teraz przyszedł czas na to, żeby rany się zabliźniły. Najlepiej już na zawsze. No bo ile razy można tak kroić, szarpać, drzeć i przeorywać? Potrzebny nam kolejny cmentarz, taki jak ten zgorzelecki? Prawie trzy i pół tysiąca chłopców, którzy polegli w bitwie, której wspomnienie Viator niedawno przywołał, spoczywa właśnie tutaj. I może już wystarczy tego dobrego.

7 OrzelZazwyczaj patos budzi w Viatorze rozbawienie. Ale orzeł ze zgorzeleckiego cmentarza wojennego jakoś w ogóle nie nastraja do śmiechu. Przeciwnie.

Dużo czasu i uwagi poświęciliśmy miastu nad Nysą. Tak trzeba było, bo Zhorjelc to Łużyce w pigułce. Żeby jeszcze kilka kropelek wycisnąć z Tworzywa, dodajmy: tutaj specyfika i charakter tej krainy objawia się najbardziej transparentnie.

Zresztą, powoli zbliżamy się do kresu naszej podróży. Dwa-trzy tygodnie i ponownie zawitamy do Żar.
Ale przed nami jeszcze niejedno do zobaczenia.
Nie będziesz się nudził, Czytelniku!

W górę rzeki (4)

Zbigniew Milewicz

Paluchowie z ulicy Kościelnej

Według cioci Irki rodzina dziadka była bardziej zniemczona, niż babci. Jego przodkowie używali tytułu von Bleschtz (ale jak się pisało nie była pewna, wymawiało się Bleszcz) i nosili warkocze, co było symbolem szlacheckim. Była to jednak bardzo zbiedniała szlachta, która na domiar złego nie przywiązywała zbyt wielkiej wagi do pieniędzy, o nich się więc w tej rodzinie po prostu nie mówiło. Wielką namiętnością były tam natomiast karty, w które dziadek z braćmi potrafili grać całymi nocami. Ojciec dziadka, Franz, a może jego ojciec – tutaj również brak pewności – przywędrował na Górny Śląsk, jak już wcześniej pisałem, z Karkonoszy. Podobnie jak ojciec mojej babci był sierotą. Obydwoje rodzice zginęli tragicznie i pozostawili po sobie liczne potomstwo, którym zaopiekowali się później różni krewni.

Franz miał już wtedy kilkanaście lat, dostał się pod kuratelę krewniaka, który nosił nazwisko Paluch i który prawdopodobnie był bezdzietny. Usynowił chłopaka, później pewnie posłał do szkoły, albo znalazł mu jakąś pracę, z czasem młody człowiek założył rodzinę, przyszło na świat potomstwo. Jego wybranką była Franziska Brygida z d. Schnurawa. Mój dziadek urodził się jako drugi z kolei, po Georgu, 24 sierpnia 1895 r. Dano mu wyszukane imię Severin, ale od urodzenia i tak wszyscy na niego mówili Erwin. Później przyszli na świat jeszcze Max, Wilhelm, Franz, Joseph, Felix… Imion wszystkich dzieci ciocia nie pamiętała, ale mieli ich razem jedenaścioro albo dwanaścioro, najmłodsza była Marysia, jedyna dziewczynka w tej chmarze chłopaków. Paluchowie mieszkali przy Kirchstrasse, w Königshütte, czyli w późniejszym Chorzowie na późniejszej ulicy Kościelnej. W niedzielę do kościoła nie chodzili jednak razem, nie starczało dla wszystkich niedzielnych butów. Na jedną mszę szli więc starsi chłopcy, na drugą młodsi, podobnie było z zabawą na dworze w chłodniejsze pory roku, ktoś musiał zostać w domu, żeby inny mógł dokazywać, bo latem i tak wszyscy biegali boso. Ubrania młodsi nosili po starszych – zacerowane, połatane, ale zawsze czyste, o to babcia Franciszka mocno dbała.

Nie wiem, jak było z edukacją u potomstwa Paluchów, ale przypuszczam, że u większości dzieci skończyła się ona na obowiązkowych kilku klasach szkoły elementarnej, żeby jak najszybciej mogły nauczyć się jakiegoś praktycznego zawodu i pomogły ojcu w utrzymaniu rodziny. Georg poszedł do pracy na kolei, mój dziadek – podobnie, jak jego ojciec na dół, na kopalnię. Było biedniej, niż u Hamplów, ale tak żył wtedy przemysłowy proletariat w całej Europie. Skutkiem ekonomicznego kryzysu i niedożywienia w proletariackich rodzinach była m.in. wysoka śmiertelność, dziesiątkowały je choroby. Wiele dzieci umierało wkrótce po urodzeniu lub we wczesnym okresie życia, los ten nie oszczędził także Paluchów, chociaż dziadek mówił, że nie pamięta, aby w domu głodowali. Byt w rodzinie poprawił się, kiedy dwaj najstarsi chłopcy już zaczęli przynosić do domu wypłaty, ale mięso na obiad nadal było tylko w niedzielę. Dziadek wspominał, że z talerza wyjadało się najpierw ziemniaki i kapustę, a ten mały kąsek z wieprzka albo kury, który każdy dostawał, był na koniec, żeby go można było najdłużej zapamiętać i się nim nacieszyć.

Kiedy wybuchła Wielka Wojna czyli I wojna światowa, Erwin poszedł z poboru do pruskiej armii. W 1915 r. dostał przydział do artylerii przeciwpancernej, służył przy moździerzach. Walczył na Bałkanach, w bitwach pod Belgradem i Salonikami, w Karpatach oraz we Francji pod Verdun. W 1917 r. wrócił szczęśliwie z frontu do domu, via szpital polowy, z powodu dyfterytu i postrzału w nogi. W miarę tanio udało mu się więc wykupić z wojennej machiny zniszczenia.

dziadek, pierwsza wojna 015Dziadek walczył w Armii Pruskiej, ale od roku 1925 miał polską książeczkę wojskową.

dziadek, pierwsza wojna 013

Nie wiem, czy wrócił wtedy do pracy w kopalni, czy też przyjął się już do Zakładów Azotowych, z czegoś musiał żyć. Nie należał zaś do typów, którym trzeba było stawiać piwo za to, że walczyli na wojnie. Kiedy się skończyła i Polska po wieloletnim okresie zaborów stała się znowu niepodległa, stanął po stronie orędowników polskiego Śląska i jego powrotu do macierzy. Nie miał w związku z tym lekkiego życia w rodzinie.

dziadek, pierwsza wojna 006Ojciec czuł się śląskim Niemcem, starszy Jorg tak samo, inni bracia z nimi trzymali, tylko Józek popierał Erwina. Brat Francek nie mieszał się do ich sporów, denerwowały go te wieczne polsko-niemieckie kłótnie na Śląsku i pewnego dnia wyemigrował do Francji, do górniczego okręgu Pas de Calais, jak tysiące innych Ślązaków. Tam znalazł pracę, założył rodzinę i pozostał na zawsze, ale tęsknił za rodzicami, rodzeństwem, miejscem, które opuścił. Długie lata wymieniali listy, ale później jakoś się urwało.

Jak pisze historyk Danuta Sieradzka, specjalizująca się w dziejach Górnego Śląska w XIX i XX w.*, życie polskie w Królewskiej Hucie, do czasu plebiscytu i zakończenia III Powstania Śląskiego, skupiało się w różnych organizacjach. „Do aktywnych stowarzyszeń w mieście należały: Spółka Spożywców Poczciwych Wiarusów, założona w 1871 r. (twórcą był Juliusz Szaflik), Towarzystwo Robotników, zwane też Związkiem Górników i Hutników (1881 r.), Związek Wzajemnej Pomocy (1887 r.) czy Kasyno Polsko-Katolickie, utworzone w 1889 r. przez Pawła Dubiela. Szczególny charakter miały zespoły śpiewacze (chóry); w mieście panował dobry klimat dla tego typu działalności, choć były one często prześladowane przez władze pruskie. Najwcześniej powstał chór męski „Silesia“ (1895 r.), następnie „Lutnia“ (1907 r.), „Echo“ (1919 r.) czy „Cecylia“. Wspólnym śpiewaniem przypominano, że w Królewskiej Hucie i innych miastach mieszka ludność polska, która nie zapomniała języka i pieśni przodków. Inną pamiętną dla Polaków organizacją było Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół“, założone 25 listopada 1901 r. Jego członkowie śpiewali polskie pieśni, prowadzono dyskusje w języku polskim, wygłaszano prelekcje na temat historii i literatury polskiej, urządzano wycieczki poza granice państwa niemieckiego. Zebrania odbywały się w różnych miejscach, albowiem stowarzyszenie znajdowało się pod czujnym okiem policji.

Towarzystwo Śpiewacze “Lutnia” z Królewskiej Huty pod dyrekcją Józefa Budzyńskiego. Pamiątka z udziału w Zlocie Sokołów w Oświęcimiu (1908)

Babcia Jadzia śpiewała w „Lutni“, dziadek Erwin był w „Sokole“, a że czasami grupy występowały razem, więc któregoś dnia wpadli sobie w ucho i oko. Inna opowieść rodzinna mówi, że to nie przy śpiewaniu się poznali, tylko na deskach amatorskiego teatru, gdzie grali razem w jakiejś sztuce, tak czy owak odbyło się to kulturalnie. Niemcy mieli swoje stowarzyszenia, a że czasami próby, albo występy jednych i drugich odbywały się w sąsiedztwie, dochodziło później do wzajemnych przepychanek, a nawet burd ulicznych, z użyciem pałek i kamieni. Za tymi awanturami stali policyjni prowokatorzy. Babcia moja z lubością wspominała pewien występ śpiewaczo-teatralny na jednej z chorzowskich scen, Impreza odbywała się legalnie, za zezwoleniem władz miejskich. Na zmianę prezentowano utwory w języku niemieckim i polskim, wszystkie politycznie grzeczne, nie było żadnej propagandy, tak, jak sobie życzyła góra. Publiczność na sali stanowili Polacy i Niemcy, w pierwszym rzędzie siedział burmistrz, obok oberpolicmajster i bardzo im się spektakl podobał. Aż do momentu, kiedy na zakończenie cały zespół uroczyście odśpiewał „Rotę“: Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród… Oczywiście wybuchł skandal, cenzor po występie bezradnie rozłożył ręce, nie było tego w programie.

Mimo narodowościowych pyskówek i kuksańców, których sobie bracia wzajemnie nie szczędzili, Paluchowie z ulicy Kościelnej byli kochającą się rodziną. Zilustruję to pewnym zdarzeniem familijnym. Jest czerwiec 1921 roku, moi dziadkowie są od kilku miesięcy szczęśliwym małżeństwem, na dniach urodzi się moja mama Nina, a młody Erwin szykuje się, by iść na powstanie, na trzecie. W sieni domu – ale nie wiem którego, przy Katowickiej, gdzie wtedy mieszkał z żona, czy u swojego ojca, przy Kościelnej – spotyka swojego starszego brata Jorga. Tamten już nie pracował na kolei, był w mundurze Grenzschutz i właśnie wracał ze służby. Kaj to idziesz Erwin? – zapytał. Na powstanie, z wami sie bić – odparł dziadek. A czym to bydziesz strzeloł? Powstaniec pokazał mu jakiś małokalibrowy pistolet, brat roześmiał się, stwierdził, że tym to psińco zrobi. Po czym rozpiął kaburę i dał mu swojego slużbowego gnata i jeszcze jeden dodatkowy magazynek.
– To jest lepsze – dodał.
Po czym obydwaj uścisnęli się serdecznie, ucałowali po bratersku. Grüss Gott, Erwin! Z Panem Bogiem, Jorg! Znałem tę historię jeszcze z dzieciństwa, ale kiedy spisywałem ją przed osiemnastu laty, ciocia Irka skomentowała zdarzenie mniej więcej tak: zawsze Bóg im w życiu towarzyszył, zostali w domu konsekwentnie wychowani w katolickim duchu i myślę, że właśnie dlatego jeden wobec drugiego zachował się tak pięknie, po ludzku.

* Królewska Huta, Chorzów w latach 1868 – 1945, Szkice do portretu miasta.

Przyjdzie na pewno

Wiersze o śmierci i umarłych

W ciągu prawie dwóch lat istnienia tego blogu pojawiło się tu sporo wierszy o śmierci. Oczywiście – groby i śmierć to tematy, które bardzo mnie interesują, ale przede wszystkim to sami poeci nigdy daleko nie odchodzą od tego tematu. Przejrzałam blog pod tym kątem i wybrałam kilka najbardziej przejmujących wierszy o śmierci.

Krzysztof Paczuski
Nad ranem. Kołysanka

Nie bój się miła, śmierć przyjdzie na pewno,
by opiekuńczym otoczyć ramieniem
wszystkie złe myśli: śmiech, płacz i znużenie
i świt złowrogi, i żelazną ciemność.

Nie bój się. Mówisz, że dni wolno biegną,
że czas bezczasem upił się i drzemie.
Z drzew już wyczesał wiatru mokry grzebień
Ostatnie liście. Śmierć przyjdzie na pewno.

Śpij, miła, we śnie upadną reżimy,
a wolność rosą zabłyśnie na łąkach.
Z banicji wrócą zapomniane rymy,
by zdradę z kłamstwem postawić do kąta.

Tymczasem uśnij. Śmierć przyjdzie tej zimy.
Spójrz, oto ona z ganku biała stąpa.

Po Krzysztofa śmierć już przyszła. Umarł 10 lat temu. Oczywiście Stary Poeta Katarzyny Krenz też już stoi na krawędzi śmierci, ale jeszcze nie umarł, jeszcze patrzy na życie i ocenia, kto oszuka, a komu pomóc. Odszedł natomiast Ezekiel w ósmym wierszu z cyklu Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci.

Katarzyna Krenz
Ezequiel, brat Snu

W głębi korytarza nareszcie po dniach
cierpienia zapadła cisza – to nasz brat
odszedł tej nocy do Pana. Requiescat in pace.

Przyczyna zgonu: serce. Nie pękło
z porywu żalu czy rozpaczy – zgasło
od podmuchu wieczornego wiatru.
Ramus Interventricularis Paraconalis
odmówił dalszej służby. R.I.P. Właściwości
izometryczne życia i snu wiecznego
ograniczyły pierwsze, by drugie
stało się faktem dokonanym, Amen.

Łagodny uśmiech na twarzy Ezequiela
wyraża zrozumienie: tak, czekał na
życie po życiu, każdy z nas czeka,
nawet jeśli o tym nie pamięta. Słyszał też,
że łąki w raju nie są tak kolorowe
jak te nasze w Alentejo. Nie szkodzi,
on przyjmuje to z pokorą i wybacza.
Raj nie musi być piękny, żeby być rajem.

Szelest płótna zgniata ciszę jak papier i
zapach lizolu dociera aż tutaj z końca
korytarza, gdzie przez pół wieku mieszkał
nasz brat. Opuszczoną celę trzeba będzie
wywietrzyć i pobielić. W sieni czeka już
młody nowicjusz, Dómine, exáudi
oratiónem meam. Mimo wszystko śmierć
ma swoje dobre strony: wyzwala od bólu,

który każe krzyczeć długo i przeciągle.
Clamor meus ad te véniat, Dómine.

Magdalena Parys

jeszcze parę słów o zosi

poetki cierpią inaczej
i inaczej się je kocha
katastrofy sypią się im na głowy,
a one piją alkohole
i palą cienkie cygarteki-śmieszki,
umierają młodo
albo rodzą dużo dzieci
i wtedy nikt się nie dowie
że ta zocha spod czwórki,
co ma męża pijaka
pisała kiedyś wiersze
zresztą kogo to obchodzi
bo to nie ma wcale być o zosi.
te co nie umarły i nie rodzą
mają kocie głosy i maniery
chce im się ciągle pić
i rwą włosy jak papier.

***
10 listopada 2013 roku obchodziliśmy 75 rocznicę pogromu ludności żydowskiej zwanego Nocą Kryształową. Dlatego opublikowałam na blogu słynną piosenkę Dona Dona, o cielaczku, który nie mógł być jaskółką. Podobnie jak Dance me to the end of love i Fuga śmierci Paula Celana również i ta piosenka była lamentem na śmierć milionów ofiar Shoah. Cielaczek, który nie ma skrzydeł i nie może cieszyć się wolnością jak jaskółka, to symbol żydowskiego losu. Piosenka powstała w czasie wojny, śpiewano ją w musicalu Esterka, jej autorem był Aaron Zeitlin, muzykę skomponował Shalom Secunda. Dona Dona to inwokacja do Boga. We wpisie opublikowałam tekst tej piosenki po żydowsku, hebrajsku, niemiecku i angielsku. Dziś polski tekst. Piosenkę śpiewała (między innymi) Edyta Geppert:

Jedzie Mojszele furką Mojszele
Dzisiaj w mieście jest wielki targ
Wietrzyk w górze gra
Dróżka w dole gna
Do cielaczka on mówi tak
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być cielakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Mądry Mojszele
Sprytny Mojszele
Myśli cielak schylając łeb
Gdyby stał się cud gdyby mówić mógł
Tak Żydkowi by odparł wnet
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być biedakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Zagłada to temat, który wciąż na tym blogu powraca.

Katarzyna Krenz

Theresienstadt
Inwokacja

Ja jestem Miasto Upokorzone
któremu zmieniono kod genetyczny

by zamiast domu stało się trumną
a zamiast schronienia, by dało
pozór życia, prawdę śmierci
a smak ciepłej strawy zastąpiło
pustym garnkiem i garścią zimnego
popiołu.

Nie wierzcie mi, gdy ofiarowuję wam
dach nad głowami.

Odkąd mężczyźni w czarnych płaszczach
nauczyli mnie zdrady zimnego serca

nie ufam nikomu.

Mascha Kaléko, Kadisz

Krwawy krzyk wznoszą maki nad Polski zielony step
W czerni leśnych ostępów Polski czai się śmierć.
Pożółkłe stogi gniją,
Ci, co je siali, nie żyją,
Bledną matki tułacze,
Dzieci wołają z płaczem
O chleb

Ze swych gniazd wygnane ptaki umilkły, żaden nie śpiewa.
Wznosząc w górę gałęzie lamentują drzewa,
A gdy ku Wiśle się chylą z szeptem i szelestem
Na wschód wicher unosi ich rozpaczliwą pieśń,
Z brodatych Żydów modlitewnym gestem.
Drżą rozległe, krwią nasiąkłe ziemie,
Płaczą kamienie.

Kto w tym roku dąć będzie w szofar, jak każe prawo,
Zamilkłym błagalnikom, pod zwiędłą murawą,
Setkom tysięcy, co imion nie mają na grobie,
A tylko Bóg jedyny wie, jak kto się zowie.
Siadłszy na sądzie, trwa z niezłomną mocą,
Aby każdego z Księgi Życia skreślić.
Panie, niech drzew wołanie do ciebie doleci.
Ostatnie światło zapalmy dziś nocą.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

***
Gdy w roku 2013 organizowałam w Berlinie i w Szczecinie wystawę o cmentarzach i grobach, zatytułowałam ją
Ich bin nicht tot / Nie umarłem. Była to pierwsza linijka z wiersza Michała Anioła.

Michelangelo Buonarroti  (1475-1564)

wiersz XVI z cyklu „Na śmierć Cecchina Bracci”

Qui vuol mie sorte c’anzi tempo i’ dorma:
Nè son già morto: e ben c’ albergo cangi,
resto in te vivo, c’ or mi vedi e piangi;
se l’un nell’ altro amante si trasforma.

Qui son morto creduto; e per conforto
del mondo vissi, e con mille alme in seno
di veri amanti: adunche, a venir meno,
per tormen’ una sola non son morto.

Federico García Lorca
Lament na śmierć Ignacia Sanchez Meijas

Utwór uważany za najwybitniejsze dzieło poety, a może nawet za jeden z najważniejszych wierszy współczesnych w ogóle. Ignacio Sanchez Meijas – słynny torero rodem z Sewilli zginął na arenie w Manzanares w sierpniu 1934.

1. Cios i śmierć

O piątej po południu.
Była dokładnie piąta po południu.
Niósł mały chłopiec białe prześcieradło
o piątej po południu.
A reszta była śmiercią, tylko śmiercią
o piątej po południu.

Wicher unosił kłęby białej waty
o piątej po południu.
Tlen zgasił połysk niklu i kryształu
o piątej po południu.
Synogarlica już walczy z lampartem
o piątej po południu.
Żałobnym tonem zadźwięczały dzwony
o piątej po południu.
Dzwonił arszenik i dymy dzwoniły
o piątej po południu.
Stali w milczeniu ludzie na ulicach
o piątej po południu.
W sercu byk tylko miał triumf i radość!
o piątej po południu.
Kiedy pot w zimny chłód śniegu zastygał,
o piątej po południu.
Kiedy arena jodem się okryła,
o piątej po południu.
Śmierć zniosła jajka wprost w otwartą ranę
o piątej po południu.
O piątej po południu.
Równo
o piątej po południu.

W trumnę na kołach przemienia się łoże
o piątej po południu.
W uszach mu dźwięczą flety i piszczele
o piątej po południu.
Byk już zaryczał wewnątrz jego czoła
o piątej po południu.
Pokój się mienił tęczami agonii
o piątej po południu.
Z niezmiernej dali już idzie gangrena
o piątej po południu.
W zieleni pachwin ostre trąby lilii
o piątej po południu.
Rany płonęły jak ogromne słońca
o piątej po południu.
Szyby pękały pod naporem tłumów
o piątej po południu.
Ach, jak straszliwa piąta po południu!
Wybiła piąta na wszystkich zegarach.
Wybiła czarna godzina piąta.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

I na zakończenie ostatni wiersz napisany przez niezwykłą poetkę argentyńską. Alfonsina Storni wysłała go do redakcji czasopisma, z którym współpracowała. Tego dnia, gdy wiersz się ukazał, Alfonsina popełniła samobójstwo wchodząc lub skacząc do morza w Mar de la Plata.

Voy a dormir

Dientes de flores, cofia de rocío,
manos de hierbas, tú, nodriza fina,
tenme prestas las sábanas terrosas
y el edredón de musgos escardados.

Voy a dormir, nodriza mía, acuéstame.
Ponme una lámpara a la cabecera,
una constelación, la que te guste,
todas son buenas, bájala un poquito.

Déjame sola: oyes romper los brotes.
Te acuna un pie celeste desde arriba
y un pájaro te traza unos compases

para que olvides. Gracias… Ah, un encargo:
si él llama nuevamente por teléfono
le dices que no insista, que he salido.

Jeśli zadzwoni, powiedzcie mu, że wyszłam…

Profesor Brückner jak co roku

Ewa Maria Slaska

Profesor czyli walka o grób

Zaproponowałam dziś berlińczykom, żeby poszli ze mną na grób profesora Brücknera.
Myślę więc, że parę faktów trzeba tu przypomnieć. O profesorze, i o jego grobie.

Profesor Brückner pochodził z niemieckiej rodziny spod Tarnopola, która w ciągu trzech pokoleń zachowała wprawdzie niemiecką pisownię nazwiska, ale poza tym całkowicie się spolszczyła. Aleksander studiował we Lwowie i Wrocławiu, został jako młody obiecujący indogermanista powołany na Uniwersytet w Berlinie, założył tu, pierwszą w Niemczech, katedrę slawistyki i kierował nią do emerytury czyli przez 44 lata. Był niespożytym badaczem i wspaniałym pisarzem, bo choć pisał o sprawach naukowych, nie pisał jak naukowiec lecz jak pisarz. Jego zasługi dla lingwistyki polskiej są równie ogromne jak dla niemieckiej. Jest i był jednym ze świetnych przykładów, że mamy, Niemcy i Polacy, osoby, z których wspólnie możemy być dumni.

Grób profesora znajduje się na cmentarzu Parkfriedhof Tempelhof.

Od wielu lat chodzimy z moją przyjaciółką Anią na ten grób. To takie nasze miejsce, gdzie możemy też zapalić świeczki dla naszych bliskich, którzy leżą pochowani na innych cmentarzach. Jednak cmentarz, gdzie leży profesor, pustoszeje z roku na rok, a nawet z dnia na dzień. Znajduje się w stanie likwidacji i za 10 lat go nie będzie. Od czasu, gdy się tego kilka lat temu dowiedziałyśmy, próbowałyśmy z Anią przekonać ludzi i instytucje, w Polsce i w Berlinie, by zechcieli i zechciały zająć się tym, co się wtedy stanie z  grobem profesora. Nie będę ich tu wymieniać, ale wierzcie mi, były to wielkie instytucje i wspaniałe osoby. Nasze prośby pozostawały bez odpowiedzi, aż w zeszłym roku, całkowicie rozgoryczona, napisałam kilka gorzkich słów na Facebooku. Reakcja facebookowców przeszła wszelkie oczekiwania i do dziś wspominam ją z wielkim wzruszeniem. Odezwała się masa ludzi, z których koniecznie muszę tu wymienić trzy osoby, Monikę Stefanek, dziennikarkę z Berlina, Dawida Junga, poetę z Gniezna i Łukasza Narolskiego, historyka spod Bydgoszczy. Powstała strona facebookowa poświęcona Profesorowi, która w ciągu kilku dni zebrała ponad tysiąc lajków. Zrodziła się wielka akcja, którą nagle wszystkie instytucje skutecznie nas przedtem ignorujące, musiały zauważyć. Nie zawsze reagowały miło, obrywały się nam nagany, pogróżki, pomówienia. Ale sprawa ruszyła do przodu.

W marcu tego roku delegacja parlamentarzystów polskich pod przewodnictwem marszałka Sejmu RP, Bogdana Borusewicza, podczas wizyty w Berlinie u parlamentarzystów niemieckich, odwiedziła grób Profesora.

Byłyśmy z Anią przy tym. Ja jestem na zdjęciu, Ania je zrobiła (zrobiła zresztą wszystkie te zdjęcia). Teraz już wiadomo, że Państwo Polskie zajmie się tą sprawą i zajmie się nią Konsulat i Ambasada.

Możemy być dumne.

Dziś przyszło około tuzina osób, Polaków i Niemców.

dzisbruecknermale
Na zakończenie piękny wiersz Przecława Słoty, napisany około roku 1400, znaleziony i opublikowany przez Profesora. Wiersz nosi tytuł “o chlebowym stole” i bardzo to piękny tytuł. To podobno najstarszy dokument świecki w historii literatury polskiej.

Gospodnie, da mi to wiedzieć,
Bych mogł o tem czso powiedzieć,
O chlebowem stole!
Zgarnie na się wszytko pole,
Czso w stodole i w tobole,
Czso le się na niwie zwięże,
To wszytko na stole lęże.
Przetoć stoł wieliki świeboda,
Staje na nim piwo i woda,
I k temu mięso i chleb,
I wiele jinych potrzeb —
Podług dostatka tego,
Kto le może dostać czego.
Z jutra wiesioł nikt nie będzie,
Aliż gdy za stołem siędzie,
Toż wszego myślenia zbędzie.
A ma z pokojem sieść,
A przy tem się ma najeść.

A mnogi jidzie za stoł,
Siędzie za nim jako woł,
Jakoby w ziemię wetknął koł.
Nie ma talerza karmieniu swemu,
Eżby ji ukrojił drugiemu,
A grabi się w misę przod,
Iż mu miedźwno jako miod
Bogdaj mu zaległ usta wrzod!

A je z mnogą twarzą cudną,
A będzie mieć rękę brudną,
Ana też ma k niemu rzecz obłudną.
A pełną misę nadrobi
Jako on, czso motyką robi.
Sięga w misę prze drugiego,
Szukaję kęsa lubego,
Niedostojen niczs dobrego.

Ano wżdy widzą, gdzie czsny siedzi,
Każdy ji sługa nawiedzi,
Wszytko jego dobre sprawia,
Lepsze misy przedeń stawia.
Mnodzy na tem niczs nie dadzą,
Siędzie, gdzie go nie posadzą;
Chce się sam posadzić wyszej,
Potem siędzie wielmi niżej.
Mnogi jeszcze przed dźwirzmi będzie,
Czso na jego miasto sędzie,
An mu ma przez dzięki wstać
Lepiej by tego niechać.
Jest mnogi ubogi pan,
Czso będzie książętom znan
I za dobrego wezwan.
Ten ma z prawem wyszej sieść,
Ma nań każdy włożyć cześć,
Nie może być panic taki,
Musi ji w tem poczcić wszelki;
Bo czego wie doma chowany,
To mu powie jeżdżały.
U wody się poczyna cześć:
Drzewiej niż gdy siędą jeść,
Tedy ją na ręce dają,
Tu się więc starszy poznają,
Przy tem się k stołu sadzają.

Panny, na to się trzymajcie,
Małe kęsy przed się krajcie.
Ukrawaj często, a mało,
A jedz, byleć się jedno chciało.
Tako panna, jako pani
Ma to wiedzieć, czso się gani;
Lecz rycerz albo panosza
Czci żeńską twarz – toć przysłusza.

Czso masz na stole lepszego przed sobą,
Czci ją, iżby chce sobie zachować,
Będą ji wszytki miłować
I kromie oczu dziękować.

Boć jest korona czsna pani,
Przepaść by mu, kto ją gani!
Ot Matki Boże tę moc mają,
Iż przeciw jim książęta wstają
I wielką jim chwałę dają.
Ja was chwalę, panny, panie.
Iż przed wami niczs lepszego nie.
Za to się ma każdy wziąć,
Otłożywszy jedno swąć.
Mnodzy za to niczs nie dbają
Iż jim o czci powiedają,
Przy tem mnogiego ruszają:
Kogo podle siebie ma,
Tego z rzeczą nagaba,
Nie chce dobrej mowy dbać,
Ni je da drugiemu słuchać.

Ktokoli czci żeńską twarz,
Matko Boża, ji tym odarz:
Przymi ji za sługę swego,
Schowaj grzecha śmiertnego
I też skończenia nagłego.
Boć paniami stoji wiesiele,
Jego jest na świecie wiele,
I ot nich wszytkie dobroć mamy,
Jedno na to sami dbajmy.
I toć są źli, czso jim szkodzą,
Bo nas ku wszej czci przywodzą.
Kto nie wie, przecz by to było,
Ja mu powiem, ać mu miło:
Ktokoli czsną matkę ma,
Z niej wszytkę cześć otrzyma,
Prze nię mu nikt nie nagani,
Tęć ma moc każda czsna pani.
Przetoż je nam chwalić słusza,
W kiem jeść koli dobra dusza.

Przymicie to powiedanie
Przed waszę cześć, panny, panie!
Też, miły Gospodnie moj,
Słota, grzeszny sługa Twoj,
Prosi za to Twej Miłości,
Udziel nam wszem swej radości!

Amen.

Serendipity i kairos…

Ewa Maria Slaska

Dziś Dziady
jutro Wszystkich Świętych
pojutrze Zaduszki

27 października umarła nasza koleżanka Anette Schill

Für Anette anette

Serendipity. Wydaje mi się, że nigdy przedtem nie słyszałam tego wyrazu! A to już coś, co potwierdzą ci, którzy mnie znają i którzy wiedzą, że lubię słowa i lubię znać ich pochodzenie. Marta użyła tego słowa pisząc do mnie maila o antykwariatach w Londynie.
Serendipity – angielski termin stosowany na oznaczenie sytuacji, w której przypadkowo dokonuje się szczęśliwego odkrycia, zwłaszcza wtedy, gdy szuka się czegoś zupełnie innego; szczęśliwy dar dokonywania przypadkowych odkryć.
Słowo pochodzi od dawnej arabskiej nazwy Sri Lanki – Serendip. Zostało użyte po raz pierwszy 28 stycznia 1754 roku przez hrabiego Horacego Walpole’a w liście do przyjaciela Horacego Manna. Po przeczytaniu starej perskiej bajki (The Three Princes of Serendip) hrabia Walpole postanowił, by jej wątek przewodni – przypadki prowadzące do szczęścia nieposzukiwanego – nazwać właśnie serendipity.(Zaczerpnięte z Wikipedii)

To już drugie słowo, które dostałam od Marty, a oba są podobne i dotyczą szczęścia oraz przypadku. Pierwsze brzmiało kairos. Samo słowo Kairos znałam, tak nazywał się pies przyjaciół, a myślałam, że jego imię pochodzi od miasta. Tymczasem od Marty dowiedziałam się, że jest to imię najmłodszego syna Zeusa, boga szczęśliwego zbiegu okoliczności, bożka szczęśliwego trafu. Szerzej: kairos to właściwy, dogodny moment.

Kairos z Sykionu, marmurowa rzeźba Lizypa.
Muzeum antyku w Turynie. Open source.
Zauważmy zwiniętą w lok grzywkę. Tylko za ten lok można uchwycić szczęście.

Wszyscy to wiemy – rzeczywiście tak czasem bywa, że wszystko pięknie ze sobą synchronizuje. Dzwoni teściowa i opowiada o moim przyjacielu, Krzysiu, który sto lat temu wyemigrował do Kanady. Tego samego dnia, kilka godzin później, spotykam jego siostrę na ulicy. Mieszkamy w innych miastach, nigdy się nie widujemy, lubię ją jednak bardzo, myślę więc, że to kairos. Wracam do domu, gdzie czeka paczuszka od kolegi wydawcy z Gdańska: Cezary Wodziński Kairos. Wydawałoby się, że jest to ukoronowanie szczęśliwych zbieżności, jakie się przydarzyły tego dnia. Ale nie. Jest wręcz przeciwnie… Marta nie wiedziała, albo nie chciała wiedzieć, że Kairos jest w równym stopniu bożkiem szczęśliwego trafu, co straconej szansy i przemijającej sposobności. Kairosowi zawsze się spieszy, może trzeba wręcz powiedzieć – Kairos zawsze ucieka. Dlatego ma skrzydełka u stóp jak jego przyrodni brat – Hermes. Biegnie po kuli i nigdy się nie zatrzyma, bo jakby się zatrzymał, to by spadł.

Kairos Wodzińskiego to nie jest rozprawa o greckim chłopcu z bardzo dobrej rodziny (bo jak się jest synem boga, to jest się chyba chłopcem z dobrej rodziny?), lecz rozważania o języku niemieckim i o niemieckiej ojczyźnie. Na okładce jest imię bożka, ale jego samego nie ma, jest tylko kamienna kula, po której biegnie. Kula z kamienia, która może też być kulą armatnią. Może zabić.

Pretekstem opowieści jest słynne spotkanie Paula Celana z Martinem Heideggerem. 25 lipca 1967 roku poeta przybył odwiedzić filozofa w jego samotni na górze wśród bagien w Szwarcwaldzie.  W książce poeta i myśliciel nie rozmawiają ze sobą. Bo o czym ma rozmawiać poeta, ofiara nazizmu z funkcjonariuszem reżimu? Ale jednak tu przybył, czegoś się po tym spotkaniu spodziewał. Czego? Zapewne przyznania się do współwiny w Wielkiej Winie Niemiec. Ale Filozof milczy. Poeta też milczy. Milczą więc. Obaj usiłowali dochować wierności przesłaniu Hölderlina, pisze Wodziński, który zapowiadał, że o ile jesteśmy rozmową, o tyle jesteśmy także – w tym samym okamgnieniu – milczeniem.

Kairos przynosi szczęście tylko temu, kto na to zasłużył. Dlatego ma w ręku wagę, podobnie jak Temida. I jest surowy, stąd brzytwa w dłoni. Poeta i filozof nie zasłużyli na szczęście jakim jest rozmowa z drugim człowiekiem, nie uchwycili właściwego momentu, musieli milczeć, bo nie mogli rozmawiać. Jak mówi Eklezjasta, jest czas milczenia i czas mówienia. Jeden z recenzentów napisał, że nie mogli rozmawiać, bo prześladowca nie porozumie się z prześladowanym. Poezja milczy, twierdzi krytyk, bo nie można już pisać wierszy po Auschwitz.

Ale to nieprawda. Nasłynniejszy wiersz Celana i jeden z najważniejszych wierszy
europejskich XX wieku to Fuga śmierci. Wiersz o Auschwitz, napisany po Auschwitz.

W Todtnaubergu, co angielski tłumacz wykłada jako Górę Śmierci, Paul Celan zostawił wpis i wiersz w książce gości. Pisze o dziwnych ziołach, o drodze po bagnach wykładanej okrąglakami i o pompie przy chałupie Heideggera, ozdobionej symbolem gwiazdy z poobcinanymi szpicami, co jemu kojarzy się, musi się kojarzyć, z symboliczną swastyką.

celanwierszTłumaczenie na angielski Robert R. Sullivan

Dziś Dziady, wypominki, czas przywoływania duchów, żeby nam nie zrobiły krzywdy, albo, może, żebyśmy my, żywi, im pomogli. Niech to będzie dla nas wszystkich dzień szczęśliwego spotkania z Naszymi Bliskimi, którzy odeszli wcześniej niż my. Jeśli mieliśmy do nich urazy, wybaczmy im, a może Kairos przebiegający obok skrzydlatą stopą muśnie nasz Los i podaruje nam szczęśliwy moment, którego nie szukaliśmy. Serendipity.

Droga do Santiago de Compostela. Reliegos

Dawno nie było kolejnego wpisu z Drogi, ale ja tam przecież wciąż i uporczywie idę, a jak się Czytelnicy zapewne domyślają, również kiedyś wreszcie dojdę.

Ewa Maria Slaska, sobota 22 września 2007 roku

Wstajemy z muzyką, zjadamy śniadanie i w drogę. Przed nami meseta. Z góry wiadomo, że będzie strasznie i jest strasznie. Po siedmiu kilometrach pierwsza i jedyna wioska na trasie. El Burgo Ranero. Piję kawę. Zaraz za wioską skręt w prawo i 13 kilometrów do następnego postoju. Reliegos. Chciałam dojść o 7 kilometrów dalej, do Mansilla de las Mulas, ale nie daję rady. Noga potężnie spuchnięta stanowczo odmawia jakiejkolwiek dalszej współpracy. Hospitalera daje mi lód na okłady i włącza komputer. Proszę bardzo, dostęp do internetu! Jednak życie jest piękne! Po kawie i sesji z siecią wychodzę na dwór zwabiona dziwnymi odgłosami. Przez miasteczko przeciąga demonstracja zorganizowana przez lokalny ośrodek opieki nad chorymi na Alzheimera. Następnego dnia przeczytam w gazecie, że w demonstracji wzięło udział około 200 osób.

2000sobIdę do sklepu, kupuję herbatę, bułki, ser i pomidory. Za mną młody niemiecki mnich nabywa 4 butelki wina. Zjadam sałatę w barze i idę do łóżka. To jedyne miejsce, gdzie można pisać. Wszędzie indziej ktoś się dosiądzie i zacznie rozmowę. Wczoraj była to ponownie spotkana czwórka starszych niemieckich panów, dziś też ponowne spotkanie z dwojgiem młodych Austriaków, którzy są już w drodze od czerwca, a idą z Melku.

f6b6b-2-teil2218W schronisku znalazłam porzucone sandały, poobcinałam im pourywane paski i mam co nosić po południu, gdy już człowiek zdejmie buciory. Od czasu gdy na górze w Castrojeriz robiłam porządek w plecaku, wypakowałam wszystko i zostawiłam japonki, muszę po południu biegać na bosaka, co na przykład w Berciano nie było łatwe, bo chodziło się po drobnym żwirku, który niestety nie masował stóp, tylko je kaleczył. Nie skarżyłam się specjalnie, w końcu pielgrzymka to wyprawa dla umartwienia, ale z radością powitałam porzucone przez kogoś sandały. Znalazłam też Maxi, pismo dla kobiet po niemiecku. To bardzo dziwne zajrzeć na chwilę do świata, gdzie czyta się (z zainteresowaniem!) 50 stron o modzie, która tu na Drodze nikogo nie obchodzi.

Wreszcie mam czas, żeby zapisać kilka uwag ogólnych, które już od jakiegoś czasu chodzą mi po głowie, ale w łóżku jest tak ciemno, że nie da się pisać. Daję Maxi Elisabeth i wychodzę ze schroniska. Siadam na progu zrujnowanej chałupki z żółtą strzałką Camino. Obok mnie przechodzą ślepy i jego świta. Ten człowiek ma nadzwyczaj szlachetną twarz, wysokie czoło, trochę jak Wołłejko w roli umierającego Chopina, ale już od wczoraj wiem, że jego zachowanie nie licuje z tym szlachetnym wyglądem i szlachetną bądź co bądź rolą ślepca na pielgrzymce. Teraz wypomina żonie źle przyrządzone pomidory! Wczoraj bardzo mi się nie podobał, ale dzisiaj już go przez ostatnie kilometry w lejącym się z nieba upale bez cienia cienia gruntownie przemyślałam, prześwietlając przy tym moje własne pragnienia. Jak spojrzałam na niego przez pryzmat moich pobożnych życzeń, to zmieniłam opcje. Teraz wiem, że to normalny człowiek, a nie jakiś cudowny duch zrodzony w naszej przesłodzonej, wyidealizowanej krainie, wyprodukowanej przez słodką Polyannę i nieszczęsne Słoneczko.

Jest jak jest.

Myślę, o krajobrazach, które nam od kilku dni towarzyszą. Skończyły się góry, jest tylko pusta ogromna meseta. Miasta na wzniesieniach (dla obrony), wioski w dolinach (woda). Domy z kamienia, tak charakterystyczne w górach, też się skończyły. Teraz wszystko jest z adoby, wysuszonej na słońcu gliny z dodatkiem sieczki lub kamieni.

Są też piwnice, składy i stare domostwa wkopane w gliniane wzgórza, tworzące krajobraz Shire’u, gdzie mieszkają hobbity. Półokrągłe drzwi i okrągłe okna w zboczu pagórka, a powyżej sterczące jak palce kominy. Tolkien, o ile dobrze pamiętam, mało podróżował, ale był chyba kiedyś w Hiszpanii. Ciekawe, czy tu?

Wracam do schroniska i próbuję dowiedzieć się czegoś w internecie, ale schronisko jest już pełne i zanim sprawdzę pocztę, stoi mi nad głową tłumek niecierpliwie czekający na to, że wreszcie sobie pójdę. Sprawdzam więc tylko szybko Atapuerkę, którą minęłam po drodze, nie czekając, aż otworzą wykopaliska dla zwiedzających. Minęło już kilka dni, a ja wciąż nie umiem się opędzić od myśli, że jako archeolog i to jeszcze specjalistka w  zakresie epoki kamienia (ba, podobno nawet miłośniczka tej epoki) wykazałam się kompletną ignorancją. I że przegapiłam jakąś życiową szansę. No i zaiste. W latach 1996 do 1997 w pobliżu miasta Atapuerca odkryto bogate stanowisko archeologiczne, zawierające najstarsze szczątki przodków człowieka znalezione w Europie, pochodzące z okresu sprzed 780 000 do 1 miliona lat. W 2000 roku stanowisko w Atapuerca zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Och, jak niedobrze być niedoukiem! Na tym istotnym stwierdzeniu życiowym kończy mi się drugi długopis, a nie wiem, gdzie mam trzeci. I nie chce mi się już wstawać i szukać. Na szczęście Elisabeth, która śpi na sąsiedniej pryczy, w lot pojmuje, co się stało i podaje mi swój długopis. Mogę więc jeszcze zapisać, że na mesecie już piękna jesień. Kwitną całe łany ziemowitów, a krzaki róż okryte są gęstwą czerwonych błyszczących owoców. Ale dominującą rośliną trawiastej wyżyny jest przede wszystkim oset. Wszędzie oset, w każdej fazie rozwoju, od młodziutkich krzaczków, przez kwitnące dorodne rośliny przypominające małe drzewa, po zeschłe badyle, które wiatr toczyłby po stepie jak perekatiepole, oczywiście pod warunkiem, że byłby jakikolwiek wiatr.

 Zasypiam z nogą obłożoną workami z lodem. Jak ja dojdę do Santiago? To przecież jeszcze 350 kilometrów. Wciąż więcej przede mną niż za mną.

Wszystkie zdjęcia znalezione w sieci…

Reblog: Hiszpańskie dzieci II

 

Dzisiaj po raz drugi hiszpańskie dzieci – tym razem dzieci króla Filipa III, namalowane przez Juana Pantoja de la Cruz (1553–1608) i Bartolomé Gonzáleza y Serrano (1564–1627), dzieci, o których autorka w blogu It’s About Time, mówi, że zostały złapane w pułapkę świetnego urodzenia i równie świetnego stroju. Jest to już drugi wpis o malowaniu hiszpańskich dzieci królewskich. Poprzedni był TU.

1602 Juan Pantoja de la Cruz namalował i ten obraz i cztery znajdujące się poniżej.
Tu infantka Anna (1601-1666), Ana Maria Mauricia Infanta, córka Filipa III i Małgorzaty Austriaczki, najstarsza z ośmiorga królewskich dzieci. Detal.

Infantka Anna Mauricia

Infantka Anna

Infantka Anna Maria

Infanci Filip i Anna
A tu oboje w kilka lat później, już sportretowani przez innego artystę.

1610 Bartolomé González y Serrano (1564–1627), Anna Austriaczka w wieku 9 lat, przyszła królowa Francji i jej brat Filip, w wieku 5 lat, przyszły Filip IV, król Hiszpanii.

Anna była żoną Ludwika XIII i matką Ludwika XIV, a siostra Ludwika XIII, Elżbieta Bourbon została żoną brata Anny – Filipa. To podwójne małżeństwo miało wzmocnić sojusz francusko-hiszpański. Oba śluby per procura odbyły się tego samego dnia – 25 listopada 1615 roku: Anny i Ludwika w Burgos (to tam gdzie byłam podczas pielgrzymki), Elżbiety i Filipa w Bordeaux. Anna miała lat 14, Filip 10. Anna znana jest nam wszystkim z filmów i książek. To o jej honor walczą u Aleksandra Dumasa Trzej muszkieterowie, to jej naszyjnik trzeba odzyskać w jego powieści Naszyjnik królowej. To ona w pewnym momencie przekazuje władzę w ręce zachłannego kochanka, a może nawet i potajemnie poślubionego małżonka – kardynała Mazariniego.

Ten obraz został w roku 1612 również namalowany przez przez Bartolomé González y Serrano (1564–1627) – infant Alfons.

Infant Carlos (1607-1632) z siostrą, infantką Marią Anną (1606-1646)
Poniżej infanci: Ferdynand, Alfons i Małgorzata

i tylko dwoje spośród nich: Alfons i Małgorzata

Lusatia alias Vita 10

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Góra po to górą jest, by górowała. Samotna góra, o której opowiadał Viator tydzień temu, wyrastająca pośrodku łużyckich równin, góruje nad miastem. A wyrasta góra pośrodku równin, bo to wulkan – najprawdziwszy, choć milczący już od przeszło 30 milionów lat. Zaś miasto rozłożyło się wygodnie na obu brzegach Nysy Łużyckiej. Dumna góra Sedło strzeże Zhorjelca. Lub, jeżeli tak wam pasuje, Landeskrone wznosi się nad Görlitz. Albo, jeśli taka wasza wola, Korona Ziemi dominuje w panoramie Zgorzelca. 420 metrów nad poziomem morskich fal.

1 Panorama ZgorzelcaZhorjelc z lotu ptaka – a więc zdjęcie, rzecz jasna, pożyczone (Viator dziękuje autorom blogu bielawa-dolna.flog.pl). Na horyzoncie Landeskrone. Po prawej katedra i most na Nysie. I tam się udamy.

2 Most StaromiejskiMost Staromiejski oraz Peterskirche, czyli fara. Zatrzymajmy się tutaj na chwilę.

O czymże dumać na zhorjelckim Brücke? Zaprawdę, jest o czym! A miejsce do dumania wybrane wprost idealnie. Aż się prosi, by przekuć to wszystko w literaturę. Niestety, żeby przekuć, trzeba być literatem – kowalem Słowa. Viator z szacunkiem chyli głowę przed takimi mocarzami – on sam może w tym Słowie co najwyżej podłubać. Ale, jak się nie ma, co się lubi…
Cóż pozostaje? Ćwiczyć panowie, ćwiczyć!

Mesdames et Messieurs, oto wprawki w obróbce Tworzywa dla kandydata na literata.

Część pierwsza: co się da wycisnąć z prefiksu trans-?

Tranzyt. Łużyce, choć leżą w środku Europy, zawsze były narażone na przeciągi i przemarsze. Takoż Zgorzelec: etapem podróży raczej bywał, niż jej celem. Nie tutaj się zdążało, tylko tędy. Na wiele sposobów. A most, na którym stoimy, to wręcz koncentrat tej przechodniości. Lub raczej – most, który wznosił się tutaj przez kilkaset lat, aż do chwili, gdy dzień przed kapitulacją III Rzeszy wysadzili go w powietrze niemieccy żołnierze. Od dziesięciu lat stoi znowu, choć w zmienionej formie. Już od czasów Średniowiecza każdy na dobrą sprawę pątnik, który ze Śląska, Małopolski czy Wielkopolski, a potem z całej Rzeczypospolitej, ruszał do Santiago de Compostela, przechodził przez ten most. Pielgrzym był pospolitym i codziennym elementem zgorzeleckiego pejzażu. Jednym mieszkańcom miasta dawał zarobek, innych niepokoił oraz inspirował. Sami chwytali za kostur i ruszali na pielgrzymi szlak. Ten do Santiago, ów do Rzymu, jeszcze inny do Jeruzalem. Na przykład Georg Emerich, syn kupca i burmistrza (w przyszłości sam zostanie burmistrzem), a przy tym bałamutnik, który za skandale wywołane nieobyczajnymi związkami z białogłowskim plemieniem został wysłany przez szanownego tatusia do Ziemi Świętej dla odpokutowania hańby. Tenże Georg ufundował po powrocie do Zgorzelca trzy budowle, symbolizujące jerozolimskie przybytki. Najsłynniejsza to kaplica z roku 1504, o której pozwolił sobie Viator tydzień temu napomknąć. Heiliges Grab – Kaplica Świętego Grobu. Kopia tego prawdziwego, w Jerozolimie: jest tu przedsionek, jest i komora grobowa.

Owoc pielgrzymki szybko sam stał się miejscem pielgrzymek. I obiektem zazdrości; nie minęło sto lat, gdy Jakub II, opat potężnego żagańskiego klasztoru augustianów, zapragnął mieć taki skarb u siebie.

3 Kaplica Zgorzelec-ZaganMożnaby posłużyć się sakramentalną formułą: znajdź 10 szczegółów… Cudownie po latach odnaleziona Bożenka twierdzi, że kaplice różnią się jedynie ogrodzeniem. I coś w tym jest, Bożenko!

Wszakże nie tylko pielgrzymi Zhorjelc i Most Staromiejski tranzytem przemierzali. Popatrzmy na prawy brzeg. Tuż obok mostu, w centrum rozległego placu, wznosi się obelisk, bogato po barokowemu zdobiony. Jest jak najbardziej tranzytowy.

5 Slup dystansowySłup dystansowy (z oznaczonymi odległościami do poszczególnych miejscowości etapowych) Poczty Polsko-Saskiej. August Mocny musiał zapewnić efektywną komunikację między dwiema swymi stolicami: Warszawą i Dreznem. A przez Zgorzelec wiodła najkrótsza droga. Po prawdzie ten słup to rekonstrukcja, właściwie replika, lecz udana.

Ale jeśli, mimo tak zacnych powiązań, słowo tranzyt brzmi w uszach Czytelnika zbyt technicznie, a za mało literacko, skorzystajmy ze starszej formy, też oznaczającej przejście. Tyle, że między światem a zaświatami. Oto co roku trzeciego października, w wigilię śmierci Ojca Założyciela, wszyscy franciszkanie sprawują w zaciemnionych kościołach, przy świecach jeno, nabożeństwo Transitus. Viator, jak bohater Pieśni Dziadkowej Boya, też mądra jest psiajucha, z niejednej flaszki pijał, dlatego, tak jak i Dziadek, niejedno słyszał i widział swego czasu w Krakowie, w kapoceńskim kościele. A że kapucyni to wierni synowie Franciszka, przeto widział tam i Transitus. Lecz dlaczego mu się on przypomniał tak nagle na Moście Staromiejskim? Ano, był kiedyś w Zgorzelcu klasztor franciszkanów. Nabożeństwo Przejścia święcono i tutaj. Przyszedł jednak czas, gdy się chrześcijanie i tutaj pokłócili o transsubstancjację (mądra jest psiajucha – przecież mówił, he he…) Franciszkanów już nie ma, fara też służy ewangelikom.

Tak, Reformacja zwycieżyła w Zgorzelcu. Ale to nie był koniec walk duchowych. Tutaj spór o istotę transcendencji trwał dłużej i był gorętszy. Także na prawym brzegu Nysy i też doskonale widoczny z Mostu Staromiejskiego, choć nieco dalej niż słup pocztowy, w szeregu innych kamienic przy Kruczym Zaułku, niemal nad samą rzeką, stoi niepozorny budynek. To właśnie tu tajemniczy szewc z poprzedniego odcinka naszej opowieści wadził się z Najwyższym. Ale nie musi już wędrowiec o Jakubie Böhme dodawać ni słowa więcej. Przyszła mu bowiem w sukurs odsiecz skuteczna z dalekiej Australii: zajrzyjcie do komentarza umieszczonego tydzień temu pod tekstem Viatora. Znajdziecie tam niemal wszystko to, co o Fanatycznym Szewcu wiedzieć warto. No, chyba, że zależy wam na translacji jego tekstów – wtedy odwiedźcie TO miejsce.

6 Dom JakubaDom Jakuba Böhme (ten czerwony).

Uwierz, drogi Czytelniku, próbował Viator zmieścić się ze swoimi literackimi wprawkami w jednym odcinku. Ale się nie udało! Dlatego jeszcze raz prosi Cię o cierpliwość, która (nie zapomnij o tym) uszlachetnia. Za tydzień dłubania w Słowie, odkrywania Zgorzelca i Twego uszlachetniania ciąg dalszy. Do usłyszenia!

W górę rzeki (3)

Zbigniew Milewicz

Schronisko braci Hampel

Dziś jest prościej, ale do początku lat 90 Chorzowów administracyjnie było kilka i znaczyły je rzymskie cyfry od I do IV. Ponieważ jednak mało kto wiedział, gdzie kończy się granica jednego, a zaczyna już inny, potocznie mówiło się: ida do miasta, jada do Batorego, albo do Starego i ludzie na ogół kojarzyli, o co chodzi, ale też nie zawsze. Jest taki stary wic, rozprawiają dwie sąsiadki w Świętochłowicach:

– kaj jest Hilda ?
– pojechała do Chorzowa…
– do starego?
– nie, do Emy, pranie prać.  

Dom moich dziadków znajdował się jeszcze w Chorzowie I, choć za południową miedzą był już IV – Chorzów Batory, czyli Hajduki. Rody obydwojga wywodziły się natomiast z Chorzowa II, gdzie dzisiaj stoi Pomnik Powstańca Śląskiego, czyli z samej kolebki Królewskiej Huty. Zarówno babciny ród Hamplów, jak i dziadka, Paluchów, przywędrowały tutaj z Karkonoszy, kiedy cały Śląsk należał do Marii Teresy Austriaczki. Tak twierdziła ciocia Irka, siostra mojej mamy, której konikiem była historia, ale moim zdaniem przeprowadzka nastąpiła ze sto lat później. Fryderyk II pruski zabrał Habsburgom Śląsk w 1742 r. Osiem lat później bracia Hamplowie odkupili od dzieci niejakiego Samuela Breitera ich schedę po ojcu, dwa drewniane szałasy pod szczytem Góry Śnieżki na wysokości 3866 stóp i urządzili tam schronisko, pod szyldem Hampelbaude. Karkonosze nazywały się wówczas Riesengebirge a Góra Śnieżka Schneekoppe. Jeżeli wierzyć rodzinnej legendzie, protoplasta babci przywędrował jednak pod Śnieżkę z Italii, był wesołym, niebieskookim młodzieńcem w krótkich spodenkach i sprzedawał lody. Tyle legenda i zarazem koniec moich możliwości, żeby dalej płynąć pod prąd w tym nurcie rzeki. Hampel nie brzmi mi włosko, więc mógł na przykład pochodzić z Tyrolu, pierwotnie nazywać się inaczej, albo być jedynie wytworem familijnej fantazji. Hampelbaude jest jednak udokumentowana na papierze.

Wszystkie informacje na temat schroniska, które udało mi się znaleźć, sporządzone są w języku niemieckim; Niemcy kochają Sudety, zwłaszcza ten swój raj utracony, który po wojnie znalazł się w granicach Czech i Polski. Haus des deutschen Ostens w Monachium dysponuje biblioteką, z której mogę skorzystać i skopiować to, co mnie interesuje. Najlepsze informacje znajduję jednak w internecie, dostarcza mi ich Erhard Krause, który w oparciu o stare kroniki górskich służb ratowniczych pisał*, że bracia Hamplowie, podobnie, jak ich poprzednik opiekowali się jednocześnie pobliską kaplicą. Samo schronisko natomiast miało początkowo bardzo skromny standard. Składało się z korytarza, kuchni, obszernej izby, komory i obory dla krów. Klepisko wyłożone było słomą i na niej pospołu się spało. Gospodarze karmili swoich gości chlebem, serem, masłem, mlekiem, domową okowitą, czasami jajkami i piwem, warzonym na miejscu. Caspar Lindner, jeleniogórski lekarz, zauważył z przekąsem, że najsmaczniejsza w schronisku jest woda, uchodziłoby jeszcze i piwo, ale tego gospodarze podobno nigdy nie mieli w zapasie. Bracia dokładali jednak starań, aby goście żegnali ich zadowoleni i ponownie zechcieli ich odwiedzić, ich żony i dzieci na zmianę zajmowały się gospodarstwem i usługiwały przybyszom, ale wzorców na prowadzenie takiego interesu jeszcze nie było.

hampelbaude
Moda na chodzenie po górach, na podziwianie piękna przyrody dopiero się w świecie zaczynała. Turystyki górskiej byle kto wówczas nie uprawiał, był to przywilej wyższych stanów, ludzi, którzy mieli środki na to, żeby karetą, z ogromną ilością bagaży i służbą, udać się w niezbadane, dzikie ostępy górskie. Kiedy końmi dalej nie dało się już jechać, szli pieszo, lub niesiono ich w lektykach do pierwszego schroniska, później do następnego, a Hampelbaude była ostatnim schroniskiem przed szczytem Śnieżki. Pruski, wyższy radca konsystorza Johann Fridrich Zöllner, zarazem autor pewnej interesującej książki o Śląsku, który latem 1791 r. zatrzymał się tutaj, stwierdził, że gospodarze mówią i zachowują się w bardzo wytworny sposób. Byli prostymi ludźmi – wywodził – więc mogli się tego nauczyć tylko od swoich gości. Wśród wspomnianych progi schroniska przekroczyły zaś między innymi takie osobistości, jak Leopold Graf von Schaffgotsch, Franz Anton Graf von Spork, Król Fryderyk Wilhelm III i Królowa Luiza (w 1800 r.), a latem 1797 r. poeta Heinrich von Kleist, który wpisał się do księgi pamiątkowej swoim „Hymne an der Sonne“. Także wielki J.W. Goethe miał nocować na sianie w schronisku, zanim rankiem 23 września 1790 r. wspiął się na szczyt, żeby podziwiać wschód słońca.

Dowcipnie skomentował tutaj swój pobyt artysta-malarz Ludwig Richter, autor powyższego sztychu, przedstawiającego Hampelbaude, który 14 sierpnia 1838 r. odnotował w dzienniku, co następuje: „Unzählige Reisende. Damen getragen. Schöne Mädchen. Eine ungeheure Milchsuppe überschwemmt die Stube, da der Boden des Topfes bricht.“ Przytoczyłem w oryginale, bo żaden przekład nie odda lepiej ekspresji na gorąco, w malarskim wizjerze, złapanego życia. Praski poeta Karl Herloßsohn napisał zaś: „Hier spielte eine blinde Harfnerin und tischten uns die jungen, hübschen Tochter der Wirtin ein Frühstück, bestehend aus Brot und Branntwein, ganz á la Riesengebirge, auf.“ Wtedy jednak miejsce to miało już innego właściciela.

Rudolf Hampel 002
W posiadaniu rodziny Hamplów znajdowało się do roku 1836. Po śmierci kolejnego dziedzica, jego trzy córki sprzedały schronisko za 940 talarów rodzinie Adolph, jednak w przewodnikach turystycznych nazwa się utrzymała, nawet jeżeli tylko archiwalnie, do dziś. W 1906 r. budynki spłonęły doszczętnie, odbudowano je w sąsiedztwie, gdzie był lepszy dostęp do wody, dziś stoi tam schronisko „Strzecha Akademicka“.

A rodzina Hamplów…? Częściowo wywędrowała w świat, za nowym szczęściem, za chlebem, inni zostali w Karkonoszach. Jeden adres znalazłem poprzez internet, w czeskim Mostku, może kiedyś tam pojadę. Ojciec mojej babci, czyli mój pradziadek – Tomasz – trafił jako małe dziecko w okolice Lublińca, był sierotą, jego rodzice zginęli tragicznie w jakimś pożarze. Opiekę i wychowanie chłopca przyjął wówczas krewny, który z zawodu był leśnikiem. Praca w lesie jednak Tomaszowi nie odpowiadała, pojechał do Königshütte, późniejszej Królewskiej Huty, gdzie zaczynał powstawać przemysł górniczy i hutniczy. Dostał pracę na kopalni, później założył rodzinę, jego żoną była Anna Anastazja z d. Kubitza. Mieli dwanaścioro albo i czternaścioro dzieci, córek i synów; wśród nich najstarsza była moja babcia Jadwiga, ale na sto procent pewien tego nie jestem. Urodziła się 11 października 1895 r. Rodzina żyła bardzo skromnie, jak większość śląskiego proletariatu, aż mój pradziadek uległ pod ziemią wypadkowi przy pracy. Stracił rękę, dostał za nią dobre odszkodowanie i wtedy kupił konie oraz furę do przewozu węgla. Słowem szczęście w nieszczęściu, które spowodowało, że zwykły śleper zaczął furmanić i handlować węglem.

Interes okazał się trafiony, rodzina mogła popuścić pasa. Z czasem pradziadek Tomasz dokupił karetę ślubną i karawan pogrzebowy, a później otworzył mały sklepik przy ulicy Bytomskiej, w domu, gdzie mieszkali, w którym stanęły za ladą jego starsze córki. Miejsce było świetne, ulica przelotowa, do Bytomia, a w sklepiku sprzedawano wszystko, czego ludzie potrzebowali w domu – szmalc, mydło i powidło. Oczywiście także na kredyt, bo klienci nie byli bogaci, ale przeważnie uczciwi. Z tego okresu pochodzi pewne dydaktyczne wspomnienie mojej babci Jadzi, do którego chętnie wracała przy różnych okazjach:

Szatkowali kapustę z rodzeństwem (czyli musiało to być jesienią), później włożyli ją do beczek i zaczęli, jak nakazywał zwyczaj, deptać bosymi stopami, żeby się zakisiła do sprzedaży, kiedy zjawił się jakiś kuzyn, albo wuj. Przyniósł ze sobą wino i poczęstował młodzież. Jadzia, a po śląsku Hejdla, nigdy jeszcze nie piła żadnego alkoholu, więc ze smakiem ciągnęła słodki napój, nieświadoma konsekwencji. Ile wtedy wypiła, tego nie pamiętała, ale było jej bardzo wesoło; zanim straciła świadomość, dobrała się jeszcze do porcelanowej fajki ojca i razem z rodzeństwem próbowali, jak smakuje palenie tytoniu. Błaznowali ile wlezie, co się skończyło, kiedy w domu niespodziewanie zjawił się gospodarz.
– A kaj Hejdla? – zapytał.
Nikt nie wiedział. Znalazł ją śpiącą w beczce z kapustą, wziął na ręce i zaniósł do łóżka, a kiedy się rano obudziła, nie powiedział jednego złego słowa. Babci było jednak bardzo wstyd i od tamtej pory, aż do ślubu z dziadkiem mogli ją szatkować, ale nie dała się namówić na żaden trunek. Miała go – jak podkreślała – vollständig dość. To był najbardziej kategoryczny zwrot w ustach mojej babci Jadzi, po którym nikt nie mógł jej już do niczego przekonać. Kiedy go słyszałem, jako rozkapryszone dziecko, wiedziałem, że za chwilę weźmie swój pięciorzemienny bat i jednak będę musiał pójść spać, umyć schody, przygotować latarkę na roraty, wyrzucić śmieci, albo dalej ćwiczyć te nudne gamy na pianinie. Dzisiaj ozłociłbym ją, gdyby mi jeszcze raz to powiedziała.

* „Schles. Bergwacht“, SB1978/Jgg.28/S415

Reblog: Jadą Żydzi, jadą

hartmanPolin – Muzeum Historii Żydów w Warszawie
Wielkie otwarcie – 28 października o godzinie 19

Wielkie otwarcie Muzeum Historii Żydów Polskich. Będzie gości co niemiara! Jak to zwykle w Polsce bywa, nie obeszło się bez rozmaitych zgrzytów i zacięć, a w końcu i znacznych opóźnień. Ale to wszystko za nami.

Jest muzeum, jest dyrektor, jest program i są pieniądze. Dzięki pracy setek ludzi, wśród których bez wątpienia wyróżnić trzeba ojca i patrona całego przedsięwzięcia red. Mariana Turskiego, Polska ma jeden z najważniejszych obiektów na mapie żydowskiej diaspory. Ma go już, a świat przekona się, że jest właśnie taki ważny, a nie jakiś tam, jeden z wielu, już za rok albo dwa.

To niezwykle istotne dla światowego wizerunku Polski, często tak niesprawiedliwie i przesadnie eksponującego polski antysemityzm. Antysemityzm jest, lecz jest też godność państwa i jego elit, które potrafią stanąć twarzą w twarz ze wspólną polsko-żydowską historią, antysemitom zaś pokazać drzwi.

Za tydzień zasypią nas recenzje z wystawy stałej. Sam nie mogę się już doczekać jej obejrzenia. Wyobrażam sobie, jak trudno było ominąć wszystkie rafy uprzedzeń i stereotypów, które tak łatwo, acz całkiem niechcący się utrwala. Jak pokazać powszechną nienawiść Polaków do Żydów w czasie wojny, obok sprawiedliwych, którzy Żydów z narażeniem życia ratowali, i obok tych, którzy robili to samo, tylko że dla pieniędzy? Jak pokazać „żydokomunę” obok jej również żydowskich ofiar? Jak pokazać antysemityzm polskich bohaterów i zasługi, jakie ponieśli dla Żydów liczni „półantysemici”, osoby „judeo-niejednoznaczne”, w tym wielu Żydów? Jak wytłumaczyć zawiłości tożsamościowe: Żyd, polski Żyd, Polak wyznania mojżeszowego, Polak-Żyd, Żyd-Polak, osoba pochodzenia żydowskiego, pół-Żyd, etniczny Żyd… Sami Żydzi połapać się w tym nie mogą, a co dopiero zwiedzający.

Będą mówili o wystawie, że się tam oprawców wybiela? A Izraelczycy będą narzekać, że umniejsza się pogromy i rozgrabianie mienia żydowskiego? Religijni, że nazbyt podkreśla się żydowskie pochodzenie osób, które z żydostwem nie mają nic wspólnego? Ateiści, że za dużo w tym muzeum religii i zrównywania żydowskości z judaizmem? Katolicy, że zniesławia się Kościół, pokazując, jak przez stulecia jątrzył i prześladował Żydów? Wierzący Żydzi, że nazbyt podkreśla się niechęć żydowskich środowisk religijnych do żywiołu chrześcijańskiego? Antysemici, że za mało jest o zbrodniach żydowskich partyzantów na polskich patriotach? Aj, waj, wszyscy będą biadolić i narzekać. Jeszcze się taki nie urodził, kto by wszystkim dogodził.

Na wszelki wypadek Muzeum nazwało się Polin, czyli Polska. Żeby nie było wątpliwości, że jest polskie i patriotyczne. Czy to zapowiedź podporządkowania się doktrynie idyllizmu w stosunkach polsko-żydowskich, zagłaskującej bolesną pamięć i wygadzającej wszystkie fałdki, tak aby na uroczystościach zawsze było cacy, ach, jak cacy? Mam nadzieję, że nie.

W przeddzień otwarcia, na które wybieram się z mamą (dzieckiem Holokaustu), życzę Muzeum przede wszystkim wielkiej odwagi. Nie dajcie się zastraszyć ani przekupić! Nie dajcie sobie narzucić filisterskich pseudoprawd! Nie bójcie się PiS-u, Rydzyka, kiboli, faszystów ani opętanych prawicowych oszołomów z Jerozolimy i Nowego Jorku! Nie bójcie się w ogóle nikogo! Bądźcie jak pionierzy i kibucnicy. Bo to muzeum jest właśnie jak kibuc na środku pustyni. Pustyni pozostałej po żydowskiej Polsce. Żadna z instytucji żydowskich nie może się z Wami równać. Zostaliście skazani na przywództwo w żydowskim życiu kulturalnym naszego kraju – wszystkie fundacje, wydawnictwa i stowarzyszenia znajdą się w Waszym cieniu, oby przyjaznym i opiekuńczym. Bądźcie w tej swojej patriarchalnej misji jak mądry rabin, który godzi zwaśnionych sąsiadów i stara się mieć dobre słowo dla każdego. Otwierajcie swoją przestrzeń na wszystkich zwariowanych Żydów i zwariowanych gojów, którzy nie wiedzieć czemu ciągle do Żydów lgną. Nie róbcie nikomu łaski. Bądźcie Domem Żydowskim, a jednocześnie Domem Polskim, aby nikt nie miał wątpliwości, że tu, w tym zapierającym dech w piersi gmachu, dwa dzielne narody współżyją ze sobą i goszczą się wzajem we wspólnym domu, a wraz z tym goszczą cały świat.

Wiele lat minie, zanim Polacy zrozumieją, że Muzeum Historii Żydów Polskich nie jest statkiem kosmicznym, obcym, żydowskim obiektem wybudowanym dla Żydów za polskie pieniądze, lecz pomnikiem wspólnej historii i polską placówką kulturalną, której zadaniem jest pielęgnowanie dziedzictwa dwóch narodów, które żyły razem na jednej, wspólnej ziemi. Ale przyjdzie czas, gdy ludzie to zaakceptują i uwierzą, że żydowskie może być polskie, a polskie może być żydowskie. To nie będzie jutro ani za dziesięć lat. Ale kiedyś będzie.

Drogie Muzeum, bardzo na Was czekamy i bardzo na Was liczymy!