Reblog: Państwo Islamskie

Czego naprawdę żąda ISIS? Czym jest Państwo Islamskie? Jak się narodziło i jakie są jego intencje?

Graeme Wood
Marzec 2015
Tłumaczenie: Monika Skladowski

Państwo Islamskie nie jest grupą przypadkowych psychopatów – to odłam muzułmanów, dla których najważniejszym elementem jest nadchodząca apokalipsa. Poniżej przedstawiam, jak określa to strategię Państwa Islamskiego i jak – ewentualnie – można je zatrzymać.

Czym jest Państwo Islamskie? Jak się narodziło i jakie są jego intencje?

To tylko pozornie łatwe pytanie. Niewielu zachodnich liderów zna odpowiedź. W grudniu “The New York Times” opublikował tajne notatki generała Michaela K. Nagaty, dowódcy do Spraw Specjalnych Operacji Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Nagata przyznaje, że dopiero zaczął rozumieć fenomen popularności Państwa Islamskiego. Nie pokonaliśmy idei – powiedział. Nawet nie rozumiemy idei. W zeszłym roku prezydent Obama stosował różne określenia wobec Państwa Islamskiego, np.: nie-muzułmańskie i juniorski zespół al-Qaedy [al-Kaidy]. Odzwierciedla to niezrozumienie grupy, a może przyczynić się do znaczących strategicznych błędów.

Grupa zajęła Mosul w Iraku w czerwcu 2014 r. i rządzi już terenem większym niż Wielka Brytania. Abu Bakr al-Baghdadi stoi na jej czele od maja 2010, lecz do lata zeszłego roku niewyraźne zdjęcie z niewoli amerykańskiej w Camp Bucca w czasie okupacji Iraku było jego jedyną dobrze znaną fotografią.

5 lipca 2014 r. w wielkim meczecie al-Nuri w Mosulu w czasie ramadanu wygłosił on kazanie jako pierwszy kalif od kilku pokoleń. Jego zamazany obraz przekształcił się w wyraźny wizerunek, a jego pozycja – w rolę prześladowanego partyzanta, lidera wszystkich muzułmanów. Napływ dżihadystów z całego świata był bez precedensu. Zarówno jego tempo, jak i ich liczba. Trwa on nieprzerwanie.

Nasza ignorancja w stosunku do Państwa Islamskiego jest w pewien sposób zrozumiała: to królestwo “pustelnicze”. Niewielu tam pojechało i stamtąd wróciło. Baghdadi mówił przed kamerami tylko raz. Jednakże jego przemowa, a także niezliczone propagandowe filmy wideo i “encykliki” wyprodukowane przez Państwo Islamskie, są dostępne w internecie. Zwolennicy kalifatu zrobili wszystko, żeby wiedza o ich projekcie dobrze się rozchodziła. Możemy przyjąć, że ich państwo pryncypialnie odrzuca wszelki pokój, że jest żądne ludobójstwa; że religijne poglądy uniemożliwiają zmiany pewnego typu, nawet jeżeli takie zmiany mogłyby zapewnić przetrwanie państwa. Ci islamiści sądzą bowiem, że zmiany mogą oznaczać bliski koniec świata.

Państwo Islamskie, znane także jako Państwo Islamskie Iraku i al-Szamu (ISIS), kieruje się wskazaniami odłamu islamu, którego wiara w drogę do Dnia Sądu ma znaczenie dla strategii działania i może pomóc Zachodowi zrozumieć wroga, a także przewidzieć jego zachowania. Dojście do władzy IS nie przypomina triumfu Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie (IS uznaje Bractwo za apostatów). Jest to realizacja apokaliptycznej wizji, za którą podążyli David Koresz czy Jim Jones, mając absolutną władzę tylko nad kilkusetosobową grupą, a nie nad 8 milionami ludzi.

Interpretujemy ideę Państwa Islamskiego błędnie przynajmniej na dwóch poziomach. Po pierwsze, postrzegamy dżihad jako monolit i nadal stosujemy wobec niego taką samą logikę jak wobec al-Kaidy, organizacji, która już upada. Rozmawiałem ze zwolennikami IS, nadal określającymi Osamę Bin Ladena jako “Szejka Osamę” – tytułem honorowym. Jednakże dżihadyzm zmienił się od czasów największej aktywności al-Kaidy w latach 1998-2003. Wielu dżihadystów odcięło się od priorytetów grupy oraz jej obecnego przywództwa.

Bin Laden postrzegał terroryzm jako początek drogi do budowy kalifatu. Nie sądził jednak, ze zobaczy kalifat za swojego życia. Jego organizacja działała na zasadzie sieci niezależnych komórek. IS wprost przeciwnie- chce objąć legalne terytorium ze ścisłą strukturą rządową – biurokracją podzieloną na władze militarne i świeckie, a terytorium – na prowincje.

Po raz drugi jesteśmy zmyleni przez sprawną, lecz nieuczciwą kampanię, mającą na celu zaprzeczanie opinii o średniowiecznej religijności IS. Peter Bergen, który przeprowadził wywiad z Bin Ladenem w 1997 r., zatytułował swoją pierwszą książkę Holy War, Inc, gdyż po części pragnął przedstawić Bin Ladena jako produkt współczesnego świeckiego świata. Bin Laden stworzył sieć terrorystyczną, żądał politycznych ustępstw, np. wycofania sił USA z Arabii Saudyjskiej. Jego bojownicy przemierzali sekretnie cały świat. W ostatnim dniu życia Mohammad Atta robił zakupy w Walmarcie i zjadł obiad w Pizza Hut.

Prawie wszystkie decyzje IS podążają “profetyczna drogą”, którą można odczytać na bilbordach, monetach, rejestracjach samochodowych.

Istnieje pokusa diametralnie innej obserwacji. Dżihadyści to grupa nowoczesnych i świeckich ludzi, ich poglądy polityczne są “dzisiejsze”, a religijna średniowieczna ekspresja to tylko maska na użytek IS. Faktycznie jednak działania grupy to dokładnie przemyślany powrót do prawnych regulacji z VII wieku i z określeniem kresu świata z nadejściem apokalipsy.

Działacze i zwolennicy IS potrafią dokładniej nazwać obecną sytuację. Są określani jako “nowocześni” tylko ironicznie. W rozmowie podkreślają, że nie zamierzają  odstąpić od obowiązujących w islamie przykazań Proroka Mahometa i jego zwolenników. Często używają kodów czy też aluzji, które są niezrozumiałe lub staroświeckie dla nie-muzułmanina – odnoszą się do pewnych specyficznych tradycji czy też tekstów wczesnego islamu.

Oto przykład. We wrześniu 2014 r. szejk Sheikh Abu Muhammad al-Adnani, główny rzecznik IS, wezwał muzułmanów w krajach Zachodu, takich jak Francja czy  Kanada, aby odnaleźli niewiernego i rozbili jego głowę kamieniem, otruli go, przejechali samochodem, czy zniszczyli jego zbiory. Dla ludzi Zachodu kary typu ukamienowanie czy zniszczenie zbiorów, które mają podtekst biblijny, są dziwaczne i przerażające, podobnie jest z wezwaniem do zabójstwa przez wysadzenie w powietrze samochodu.

Adnani nie mówi bzdur. Jego przemówienie było teologiczną i prawną dysputą, a nawoływanie do zniszczenia zbiorów – odbiciem nakazów Mahometa, aby pozostawić wodę i zbiory nienaruszone, chyba że armie islamu bronią się. Wtedy muzułmanie na terytorium kuffar (niewiernych) powinni być bezlitośni i zatruć wszystko.

W rzeczywistości IS jest islamskie, bardzo islamskie. Tak, przyciąga psychopatów oraz poszukiwaczy przygód, głównie z rozczarowanych grup społecznych Bliskiego Wschodu i Europy. Lecz jego najbardziej gorliwi religijni zwolennicy wywodzą się z  grup pryncypialnych i uczonych interpretatorów islamu.

Każda poważna decyzja i prawo głoszone przez IS – w prasie, na bilbordach, numerach rejestracyjnych, monetach – podążają “profetyczną drogą”, co oznacza  dokładne wyznawanie proroctwa Mahometa. Muzułmanie mogą odrzucić IS, prawie wszyscy to robią. Lecz udawanie, że IS nie jest religijną , millenarystyczną grupą, której teologię koniecznie należy poznać, żeby z nią walczyć, już doprowadziło Stany Zjednoczone do niedocenienia siły Państwa Islamskiego i niemądrej taktyki w walce z nim. Musimy zapoznać się z intelektualną genezą Państwa Islamskiego, jeżeli mamy zareagować tak, żeby nie doprowadzić do jego wzmocnienia, a do samozniszczenia z powodu jego fundamentalistycznych praktyk.

Dla zwolenników IS najważniejsza jest kontrola terytorium. Mapa, opracowana przez Institute for the Study of War, pokazuje obszar pod kontrolą kalifatu 15 stycznia 2015 r. Tam, gdzie IS przejęło władzę, zbiera podatki, reguluje ceny, wprowadza system sądowniczy, a także usługi – od służby zdrowia przez edukację do telekomunikacji.

I. Posłuszeństwo

W listopadzie 2014 r. Państwo Islamskie pokazało informacyjny film wideo o swoich początkach, zakorzenieniu w ideologii Bin Ladena. Wideo pokazuje Abu Musa’b al Zarqawiego, brutalnego przywódcę al-Kaidy w Iraku – od 2003 r. aż do jego śmierci w 2006 – jako jednego z bezpośrednich protoplastów IS. Inni to dwaj liderzy partyzanccy przed Baghdadim. A też następcę Bin Ladena, Aymana al Zawahiriego,  egipskiego okulistę i chirurga, który obecnie stoi na czele al-Kaidy. Zawahiri nie przyrzekł wierności Baghdadiemu i jest coraz bardziej znienawidzony przez dżihadystów, izolowany i nie ma charyzmy. Na filmach wideo przymyka oczy i jest zdenerwowany. Proces podziału między al-Kaidą i IS rozpoczął się już dawno i częściowo wyjaśnia to żądzę krwi ze strony Państwa Islamskiego.

Abu Muhammad al Maqdisi jest tak samo izolowany jak Zawahiri. To jordański kleryk (55 lat), który ma duży wkład w intelektualną budowę al-Kaidy. Znany może dżihadystom, ale nie przeciętnemu amerykańskiemu czytelnikowi gazet. Maqdisi i IS zgadzają się w większości spraw doktrynalnych. Obydwie strony identyfikują się z odłamem sunnizmu, zwanym salafizmem, z arabskiego al salal al salih – “pobożni przodkowie”. Przodkowie to sam Prorok i jego pierwsi zwolennicy, których salafici czczą i uznają za wzory we wszystkich aspektach życia z wojskowością, modą, rodziną włącznie, a nawet stomatologią!

Państwo islamskie oczekuje armii “Rzymu”, której klęska pod Dabiq w Syri, rozpocznie odliczanie czasu do apokalipsy.

Maqdisi uczył Zarqawiego, który brał udział w wojnie w Iraku. Z czasem Zarqawi przewyższył swojego mentora w fanatyzmie, aż w końcu dostał od niego naganę. Problemem było upodobanie Zarqawiego do krwawych widowisk i niektóre sprawy doktrynalne, jego nienawiść do innych muzułmanów, sięganie po klątwy i morderstwa. W islamie istnieje praktyka takfiru – ekskomuniki – teologicznie niebezpieczna. Jeżeli mężczyzna mówi do swojego brata: jesteś niewierny, Prorok powiada – tylko jeden z nich mówi prawdę. Jeżeli oskarżający myli się, sam dokonuje apostazji przez rzucanie fałszywych oskarżeń. Apostazja jest karana śmiercią. Mimo to Zarqawi coraz częściej tak się zachowywał.

Maqdisi napisał do swojego byłego ucznia, by zachował ostrożność w “stosowaniu takfiru” lub “nazywaniu ludzi apostatami z powodu ich grzechów”. Różnica między apostazją a grzechem wydaje się niewielka, ale jest to główny punkt niezgody pomiędzy al-Kaidą a Państwem Islamskim.

Apostazja to zaprzeczenie świętości Koranu czy też proroctwu Mahometa. Zarqawi i jego państwo uznali, że apostatą można ogłosić muzułmanina za wiele innych czynów. Może to być w pewnych przypadkach sprzedaż alkoholu czy narkotyków, zachodni ubiór, zgolenie brody, głosowanie w wyborach, nawet jeżeli kandydat jest muzułmaninem. Państwo Islamskie uważa szyityzm za herezję, odstępstwo od wiary, zaprzeczanie doskonałości Koranu. IS twierdzi, że praktyki szyickie, takie jak modlitwy na grobach imamów czy publiczne samobiczowanie, nie mają podstaw w ani w Koranie, ani w słowach Proroka. Oznacza to, że około 200 milionów szyitów potencjalnie jest skazanych na śmierć. Podobnie jak każdy przywódca muzułmańskiego państwa, który świeckie prawo postawił wyżej od szariatu, lub który egzekwował świeckie prawo.

Podążając za doktryną takfiri, Państwo Islamskie zobowiązało się do oczyszczenia świata przez zamordowanie znacznej liczby ludzi. Brak obiektywnych raportów z jego obszarów utrudnia przedstawienie danych na temat morderstw, lecz media społecznościowe z tamtych regionów sugerują, że indywidualne egzekucje odbywają się cały czas, a masowe co kilka tygodni. Ofiarami są zazwyczaj muzułmańscy “apostaci”. Chrześcijanie są wyłączani z natychmiastowych egzekucji, gdyż nie przeciwstawiają się nowemu rządowi. Baghdadi obiecuje darować im życie pod warunkiem, że będą płacić specjalny podatek, tzw. jizyai, jako znak poddaństwa.

Minęły wieki od wojen religijnych w Europie i od czasów, kiedy tysiące ludzi ginęły z powodu teologicznych dysput. Być może jest to jeden z powodów, dla których Zachód przyjął z niedowierzaniem wiadomości o praktykach Państwa Islamskiego. Wielu nie uwierzyło, że stosunkowo niewielka społeczność może do tego stopnia poświęcić się swojej religii lub być aż tak wsteczna w poglądach, a też może oczekiwać apokalipsy – jak pokazują jej akcje i oświadczenia.

Taki sceptycyzm jest zrozumiały. W przeszłości ludzie Zachodu, którzy oskarżali muzułmanów o ślepą wiarę w starożytne pisma, byli krytykowani przez akademików, zwłaszcza przez już nieżyjącego Edwarda Saida. Wskazywał on, że określanie muzułmanów jako “wsteczników” oczernia ich i krzywdzi. Naukowcy raczej interpretowali warunki, w których narodziły się te ideologie – fatalne rządy, zmiany społeczne i obyczajowe na świecie, upokorzenie z powodu życia na ziemi, która ma tylko jedną wartość – złóż ropy naftowej.

Należy brać pod uwagę te czynniki, by zrozumieć powstanie Państwa Islamskiego. Lecz skupienie się tylko na nich i wyłączanie z rozważań ideologii i teologii islamskiej odzwierciedla stronniczość Zachodu. O ile ideologia religijna nie ma tak dużego znaczenia w Waszyngtonie czy Berlinie, to jest bardzo ważna w Raqqa lub w Mosulu. Kiedy zamaskowany kat krzyczy “Allahu’akbar!” i ścina głowę apostacie, robi to przecież z powodów religijnych.

Wiele organizacji muzułmańskich należących do głównego nurtu powiada nawet, że Państwo Islamskie jest antyislamskie. Oczywiście to pocieszające, że większość muzułmanów nie chce zamienić hollywoodzkich filmów na publiczne egzekucje w ramach wieczornej rozrywki. Bernard Haykel (Uniwersytet Princeton), czołowy analityk teologii tej grupy fundamentalistów, powiedział mi, że muzułmanie, którzy określają Państwo Islamskie jako antyislamskie, są zawstydzeni i politycznie poprawni, mają cukierkowaty pogląd na własną religię. Zaniedbują jednak historyczne i prawne wymagania ich konfesji. Wielu muzułmanów zaprzecza, że IS ma jakąkolwiek religijną naturę, a ich religijność wywodzi się z nonsensownej chrześcijańskiej międzyreligijnej tradycji.

Każdy akademik, którego pytałem o Państwo Islamskie, odsyłał mnie do Haykela. Wychował się on w Libanie i USA, a kiedy mówi, słychać lekki akcent, który trudno umiejscowić.

Według Haykela szeregi Państwa Islamskiego idą naprzód z wielkim zapałem religijnym. Wszędzie można znaleźć cytaty z Koranu. Bojownicy cały czas wyrzucają z siebie jego słowa. Uśmiechają się do kamery i nieustannie powtarzają podstawowe zdania z Koranu. Haykel uważa, że komentarze, według których Państwo Islamskie niewłaściwie interpretuje teksty islamu, są niedorzeczne; tłumaczy to ignorancją. Ludzie, którzy pragną wybielić islam, powtarzają jak mantrę, że islam jest religią pokoju. Jeżeli istnieje takie zjawisko jak islam – to właśnie jest to, co czynią muzułmanie i jak interpretują własne teksty! Te teksty wygłaszają wszyscy sunnici, nie tylko z Państwa Islamskiego…

Wszyscy muzułmanie przyznają, że wczesne podboje Mahometa nie były bezkrwawe, a prawa wojenne w Koranie były stanowione na potrzeby czasów, w których panowały przemoc i chaos. Według ocen Haykela, bojownicy IS wracają wiernie do norm wczesnego islamu. Współcześni muzułmanie wolą nie przyznawać się do tego faktu. Niewolnictwo, ukrzyżowanie, ścinanie głowy są wzięte bezpośrednio z tradycji średniowiecznej – mówi Haykel. Żołnierze IS żyją zgodnie z tradycjami średniowiecznymi i “hurtowo” dostosowują je do współczesności.

Nasze niezrozumienie zasadniczych różnic pomiędzy ISIS i al-Kaidą może doprowadzić do niebezpiecznych decyzji.

Koran uznaje ukrzyżowanie za jedyną karę dla wrogów islamu. Odniesienie do podatku nałożonego na chrześcijan można znaleźć w Surah Al-Tawba, dziewiątym rozdziale Koranu, który nakazuje muzułmanom walczyć z chrześcijanami i Żydami aż będą płacić jizya z gorliwą uległością i poczują się gorszymi. Prorok, którego wszyscy muzułmanie uznają za wzór, ustanowił te reguły i miał niewolników. Liderzy Państwa Islamskiego współzawodniczą we wprowadzeniu w życie reguł wskazanych przez Mahometa i odnawiają tradycje zapomniane setki lat temu. Zdumiewający jest nie tylko literalizm, ale też powaga, z którą odczytywane są te teksty – mówi Haykel. Jest w tym rodzaj pracowitości, obsesyjnej powagi, której muzułmanie normalnie nie mają.

Zanim powstało Państwo Islamskie, żadna inna grupa nie próbowała stworzenia bardziej radykalnego modelu wierności Prorokowi niż wahabici w XVIII w. w Arabii. Podbili większość terenu obecnej Arabii Saudyjskiej, a ich ortodoksyjne praktyki przetrwały w prawie szariatu. Haykel widzi ważną różnicę pomiędzy tymi grupami: Wahabici byli ostrożni w użyciu przemocy. Byli otoczeni przez muzułmanów, podbijali ziemię, która już była islamska. To wiązało im ręce. Jednak ISIS odwrotnie,  naprawdę nawiązuje do wczesnego islamizmu. Wcześni muzułmanie byli otoczeni przez nie-muzułmanów, a Państwo Islamskie uważa, że jest w tej samej sytuacji.

Jeżeli al-Kaida chciała przywrócić niewolnictwo, nigdy o tym nie mówiła. Dlaczego miałaby to robić? Milczenie na temat niewolnictwa prawdopodobnie odzwierciedlało myślenie strategiczne. Brano pod uwagę opinię publiczną. Kiedy IS rozpoczęło praktyki niewolnicze, nawet niektórzy sympatycy nie okazali entuzjazmu. Mimo tego kalifat kontynuował niewolnictwo i ukrzyżowania. Podbijemy wasz Rzym, złamiemy wasze krzyże i weźmiemy w niewolę wasze kobiety. Adnani, rzecznik IS, przyrzekł w jednej z wiadomości przekazanych Zachodowi: Jeżeli nie osiągniemy tego celu za naszego życia, to osiągną go nasze dzieci i wnuki, one sprzedadzą waszych synów na rynku niewolników.

W październiku “Dabiq”, pismo IS, opublikowało artykuł Przywrócenie niewolnictwa. Zajął się on m.in. problemem jazydów (starożytnej sekty kurdyjskiej, atakowanej przez IS w północnym Iraku). Według Państwa Islamskiego jazydzi to upadli muzułmanie, dlatego powinni być skazani na śmierć, a jeśli są “tylko” poganami, w najlepszym razie mogą zostać niewolnikami. Grupa uczonych w Państwie Islamskim zebrała się, by “rozwiązać” ten problem i wydać odpowiedni dekret rządowy. Anonimowy autor artykułu pisze: [jeżeli jazydzi są poganami], kobiety i dzieci Jazydów mają być podzielone – według szariatu – pomiędzy bojownikami Państwa Islamskiego, którzy brali udział w Sinjar [operacja militarna w Północnym Iraku]… Wzięcie w niewolę rodzin kuffar (niewiernych) i zabranie ich kobiet to część prawa szariatu, gdyż ten, który wyśmiewa lub zaprzecza wersetom Koranu i słowom Proroka, jest zaprzańcem.

II. Terytorium

Uważa się, że tysiące muzułmanów z zagranicy wyemigrowało do Państwa Islamskiego. Rekruci pochodzą z Francji, Wielkiej Brytanii, Belgii, Niemiec, Holandii, Australii, Indonezji, USA i wielu innych miejsc. Wielu zamierza walczyć i jest gotowa zginąć.

Peter R. Neumann, profesor King College w Londynie, powiedział mi, że internet jest najważniejszy w rozprzestrzenianiu propagandy wśród rekrutów. Rekrutacja internetowa także zmieniła demografię społeczności dżihadystów – konserwatywne kobiety muzułmańskie, izolowane do tej pory we własnych domach, mogą dołączyć do rekrutów w Syrii. W ten sposób IS ma nadzieję zbudować pełne społeczeństwo.

W listopadzie pojechałem do Australii, aby spotkać się z Musą Cerantonio, trzydziestoletnim mężczyzną, którego Neumann i inni naukowcy identyfikują jako jednego z dwóch najważniejszych duchowych przywódców cudzoziemców zamierzających dołączyć do Państwa Islamskiego. Cerantonio przez 3 lata był teleewangelistą w Iqraa TV w Kairze, zrezygnował, gdy zaczęto krytykować jego wezwania do stworzenia kalifatu. Teraz naucza na Facebooku i Twitterze.

Cerantonio, duży, przyjazny mężczyzna o wyglądzie intelektualisty powiedział mi, że bladł, gdy widział ścięcie głowy na filmie wideo. Nienawidzi przemocy, choć wymaga się od zwolenników Państwa Islamskiego, aby przemoc popierali. Wypowiada się też przeciwko atakom samobójczym, argumentując, że Bóg zabrania samobójstwa. Ma obsesję motywu apokalipsy w islamie. Wydaje się, że przeżywa dramat, który wygląda jak średniowieczna baśń, tyle że krew jest jak najbardziej prawdziwa.

W lipcu 2014 r. Cerantonio i jego żona próbowali wyemigrować – nie mówili dokąd (Wyjazd do Syrii jest nielegalny -mówi ostrożnie) – lecz zostali złapani w drodze na Filipiny, deportowani z powrotem do Australii z powodu nielegalnego przedłużenia wizy. W Australii próba dołączenia do IS jest przestępstwem, paszport Cerantonio został skonfiskowany. Nie może się ruszyć z Melbourne, gdzie policja go dobrze zna. Gdyby został złapany na ułatwianiu podróży do IS komukolwiek, zostałby aresztowany. Obecnie jest wolny – formalnie jest niezrzeszonym ideologiem, który rozmawia z innymi dżihadystami, ale jego głos liczy się w sprawach doktrynalnych IS. Spotkaliśmy się na lunchu w Footscray, gęsto zaludnionej wielokulturowej dzielnicy Melbourne, w której mieści sie siedziba Lonely Planet, wydawcy przewodników podróżniczych. Cerantonio wychował się tam w irlandzko-kalabryjskiej rodzinie. Na ulicy Footscray można znaleźć afrykańskie knajpy, wietnamskie sklepy, spotkać młodych Arabów z wielkimi brodami, w salafickich szatach, długich koszulach i spodniach do połowy łydki.

Cerantonio wyjaśnił radość, jaką poczuł, gdy Baghdadi ogłosił kalifat 29 czerwca. Nagle poczuł magnetyczną siłę Mezopotamii: Byłem w hotelu na Filipinach i widziałem deklarację w telewizji – opowiadał. – I byłem zdumiony, dlaczego ja jeszcze siedzę w tym cholernym pokoju.

Ostatnim kalifatem było imperium ottomańskie, którego rozkwit przypada na wiek XVI, później nastąpił powolny schyłek, aż do roku 1924, kiedy to założyciel Republiki Tureckiej Mustafa Kemal Ataturk dokonał ostatecznej jego likwidacji. Cerantonio, jak wielu zwolenników IS, nie uznaje tamtego kalifatu za prawomocny, ponieważ nie w pełni egzekwował on prawo islamskie, które przewiduje kamienowanie, niewolnictwo i obcinanie kończyn za karę. A jego kalifowie nie wywodzili się z plemienia Proroka – Qurayshi – tak jak powinni wg ortodoksji.

Podczas lipcowego kazania w Mosulu Baghdadi mówił m.in. na temat znaczenia kalifatu. Że jego przywrócenie jest obowiązkiem islamskiej społeczności: To obowiązek nas muzułmanów, obowiązek, który zaniedbaliśmy… Muzułmanie tym zaniedbaniem zgrzeszyli, bo muzułmanie zawsze muszą próbować ustanowić kalifat. Podobnie jak bin Laden, Baghdadi mówi kwieciście, często odnosi się do świętych tekstów. Ale w przeciwieństwie do bin Ladena i fałszywych kalifów Imperium Osmańskiego, on jest z plemienia Qurayshi!

Cerantonio: Kalifat nie jest tylko jednością polityczną, ale drogą do zbawienia. Propaganda IS regularnie publikuje raporty na temat przysiąg wierności baya, napływających od grup dżihadystów z całego muzułmańskiego świata. Cerantonio cytuje Proroka, mówiąc, że śmierć bez przysięgi na wierność kalifowi oznacza śmierć jahil – ignoranta. Rozważmy, jak muzułmanie (a także chrześcijanie) wyobrażają sobie, co robi Bóg z duszami ludzi, którzy nigdy nie dowiadują się o prawdziwej religii. Nie będą oczywiście zbawieni. Podobnie, mówi Cerantonio, muzułmanin, który wprawdzie uznaje jednego Boga i modli się, lecz umiera bez złożenia przysięgi na wierność jedynemu kalifatowi i bez żadnych obowiązków wynikających z tej przysięgi – nie żyje bowiem w pełni islamskim życiem. Czy oznacza to, że większość muzułmanów w historii i wszyscy, którzy zmarli między rokiem 1924 a 2014, zmarli śmiercią ignorantów? Cerantonio przytakuje: Powiedziałbym nawet, że islam został ustanowiony na nowo przez kalifat.

Zapytałem go o jego własną baya, szybko poprawił mnie: – Nie powiedziałem, że złożyłem przysięgę. Przypomniał mi, że australijskie prawo zabrania bayi: – Ale zgadzam się, że Baghdadi spełnia wszystkie warunki bycia kalifem – kontynuował. – Teraz zamierzam mrugnąć do ciebie, zinterpretujesz to jak będziesz uważał – śmiał się.

Aby zostać kalifem, trzeba spełniać warunki określone w prawie sunnickim. Musi to być dorosły muzułmanin wywodzący się z plemienia Qurayshi, o nieskazitelnej moralności, silny fizycznie i moralnie; mający także amru czyli władzę. – Ostatnie kryterium – mówił Cerantonio – jest najtrudniejsze do spełnienia, gdyż kalif musi posiadać terytorium, na którym może egzekwować prawo islamskie. Islamskie Państwo Baghdadiego spełniło te warunki na długo przed 29 czerwca.

Cerantonio mówił, że powstała frakcja przygotowana na wojnę z grupą Baghdadiego, jeżeli doszłoby do dalszej zwłoki w ogłaszaniu kalifatu. Przygotowała ona list do wpływowych członków ISIS, wyrażający niezadowolenie z powodu niewyznaczenia kalifa. Została jednak powstrzymana przez Adnaniego, rzecznika, który dopuścił ją do tajemnicy – kalifat już został ogłoszony, ale nie publicznie.

Po kazaniu Baghdadiego zaczął się napływ do Syrii dżihadystów z nową motywacją. Jürgen Todenhöfer, niemiecki pisarz i były polityk, który odwiedził Państwo Islamskie w grudniu 2014 r., opublikował raport o przybyciu 100 bojowników do jednego z punktów rekrutacyjnych na granicy tureckiej w czasie tylko dwóch dni! Mamy do czynienia z ciągłym napływem cudzoziemców, przygotowanych, aby porzucić wszystko i dostać się do raju – w najgorszym miejscu na Ziemi!

W Londynie, na tydzień przed lunchem z Cerantonio, spotkałem się z trzema byłymi członkami zdelegalizowanej islamskiej grupy Al Muhajiroun (The Emigrants): Anjem Choudarym, Abu Baraa i Abdulem Muhidem. Wszyscy chcą emigrować do Państwa Islamskiego idąc w ślady swoich kolegów, lecz władze skonfiskowały im paszporty. Podobnie jak Cerantonio uważają kalifat za jedyną legalną władzę na Ziemi, chociaż żaden z nich nie przyznał się do złożenia przysięgi. Chcieli mi wyjaśnić, czym jest Islamskie Państwo, i w jaki sposób jego polityka odzwierciedla prawo Boga.

Choudary (48) był liderem grupy. Często pojawia się w wiadomościach tv kablowych  – jest jednym z niewielu fundamentalistów wciąż zapraszanych do studia. Głośno broni Państwa Islamskiego; zwykle aż wyłączą mu mikrofon. W Wielkiej Brytanii ma reputację pompatycznego i odrażającego gaduły. On i jego uczniowie w sprawie doktryny mówią jednym głosem. Choudary i inni często odzywają się na Twitterze, a Abu Baraa ma kanał na YouTube, na którym odpowiada na pytania dotyczące szariatu.

Od września 2014 r. władze prowadzą wobec moich trzech rozmówców śledztwo w sprawie podejrzeń o popieranie terroryzmu. Z tego powodu spotkali się ze mną osobno – inaczej naruszyliby warunki zwolnienia z aresztu za kaucją. Lecz rozmawia się z nimi jak z jedną osobą noszącą trzy różne maski. Choudary spotkał sie ze mną w cukierni w dzielnicy Ilford (East London). Był ubrany w elegancką niebieska tunikę prawie do kostek i popijał red bulla. – Przed kalifatem być może nawet 85 procent praw szariatu było nieobecnych w naszym życiu – mówi Choudary. – Te prawa nie były stosowane, dopóki nie mieliśmy kalifa, a teraz go mamy. Na przykład bez kalifatu sędziowie nie mają obowiązku orzekać kar amputowania rąk złodziei złapanych na gorącym uczynku. Kalifat tego wymaga.

W teorii wszyscy muzułmanie mają obowiązek emigracji do terytorium, gdzie kalif stosuje prawo szariatu. A od kalifa wymaga się jego wdrożenia. Ci, którzy złożyli przysięgę, mają informować kalifa osobiście, gdy dowiedzą się o jakimkolwiek odchyleniu od tego prawa. Według zachodnich kryteriów po prostu mają donosić na rzekomych czy faktycznych odstępców od zasad. Kalif nakazuje im posłuszeństwo i poprawę. Tłumaczy, czym jest ich grzech. Ci, którzy trwają przy błędzie lub nadal popierają nie-muzułmanów, są uważani za apostatów i powinni być wyeliminowani.

Choudary mówi, że prawo szariatu bywa źle interpretowane. Np. reżim w Arabii Saudyjskiej choć ścina głowy mordercom czy ucina ręce złodziejom, nie w pełni wdraża szariat. – Problem jest w czymś innym – wyjaśnia. – Arabia Saudyjska stosuje prawo karne, ale nie ma w niej społecznej i ekonomicznej sprawiedliwości, które szariat gwarantuje. Wywołuje to niechęć do władzy i prawa. A szariat to darmowe jedzenie, domy, odzież. Oczywiście każdy może bogacić się – ale pracując…

Abdul Muhid (32) był ubrany według mody mudżahedinów: niechlujna broda, afgańska czapeczka i portfel przypięty na zewnątrz. Chętnie rozmawiał o sprawach socjalnych. Państwo Islamskie może stosować średniowieczne kary za przestępstwa moralne (chłosta za pijaństwo lub seks przedmałżeński, kamienowanie za cudzołóstwo), lecz jego program socjalny w niektórych aspektach jest tak postępowy, że zadowoliłby komentatorów MSNBC. Opieka zdrowotna jest darmowa. – Nie jest darmowa w Wielkiej Brytanii, nieprawdaż? Za niektóre usługi, np. okulistę, trzeba płacić. Polityka socjalna IS to obowiązek wobec prawa bożego.

III. Apokalipsa

Wszyscy muzułmanie uznają, że Bóg jest jeden i tylko on zna przyszłość. Ale Koran i pisma proroków zawierają część proroctw dotyczących przyszłości i objawionych przez Boga. Państwo Islamskie różni się niemal od wszystkich innych ruchów dżihadu – wierzy, że pochodzi bezpośrednio od Boga i jest wpisane w jego plan.

Al-Kaida działa jako podziemny ruch polityczny, ma na celu usunięcie wszystkich nie-muzułmanów z Półwyspu Arabskiego, całkowite zniszczenie Izraela, likwidację niektórych reżimów na ziemiach muzułmańskich. Państwo Islamskie troszczy się o sprawy przyziemne w miejscach, które kontroluje: zbieranie śmieci czy stały dopływ bieżącej wody, lecz lejtmotywem jego propagandy jest nadejście Dni Ostatecznych. Bin Laden rzadko wspominał apokalipsę, kiedy już to robił, mówił, że nadejdzie ona dopiero po jego śmierci. Bin Laden i Zawahiri pochodzą z elit sunnickich, które patrzą z pogardą na tego rodzaju spekulacje i sądzą, że jest to zajęcie dla mas – mówi Will McCants z Brookings Institution, który pisze książkę o myśli apokaliptycznej w Państwie Islamskim.

W ostatnich latach amerykańskiej okupacji Iraku założyciele Państwa Islamskiego widzieli wszędzie znaki nadejścia końca. Przewidywali, że w ciągu roku przyjdzie Mahdi – Mesjasz, i poprowadzi muzułmanów do zwycięstwa przed końcem świata. McCants uważa, że prominentni islamiści w Iraku ostrzegali bin Ladena w 2008 r., że istnieje millenarystyczna grupa, która mówi cały czas o Mahdim i ma strategiczny program oparty na wierze w jego nadejście. Al-Kaida apelowała do jej przywódców o odcięcie się od tego. Bezskutecznie.

Dla niektórych głęboko wierzących w ten rodzaj długotrwałej bitwy Dobra ze Złem wizja apokaliptycznej masakry to spełnienie ich głębokich psychologicznych potrzeb.  Musa Cerantonio bardzo interesuje się tematem apokalipsy i problemem ostatnich dni Państwa Islamskiego i świata. To jego własne przemyślenia, niemające statusu doktryny. Niektóre są oparte na głównych źródłach sunnickich i pojawiają się wszędzie w propagandzie Państwa Islamskiego. Zakładają one istnienie świata tylko za rządów 12 akceptowanych formalnie kalifów, a Baghdadi jest ósmym! Armie Rzymu zderzą się z armią islamu w północnej Syrii; a ostateczna konfrontacja odbędzie się w Jerozolimie.

Państwo Islamskie przywiązuje wielką wagę do syryjskiego miasta Dabiq niedaleko Aleppo. Magazyn propagandowy IS został nazwany “Dabiq”, kiedy podbito – wielkim kosztem – to strategicznie nieważne miasto. Bo Prorok powiedział, że to właśnie tutaj armie Rzymu rozbiją swój obóz, a armie islamu zwyciężą w bitwie. Dabiq będzie dla Rzymu jak Waterloo.

Pismo cytuje Zarqawiego: iskra zabłysła tutaj w Iraku, a ogień będzie rozprzestrzeniać się, aż w Dabiq spali uczestników krucjaty. Propagandowe wideoklipy IS korzystają z hollywoodzkich filmów o średniowieczu – przecież wg proroctw armie przybędą konno i będą używać dawnej broni.

Skoro zajęto już Dabiq, Państwo Islamskie oczekuje nadejścia wrogiej armii, której porażka rozpocznie apokalipsę. Zachodnie media często nie reagują na odniesienia do Dabiq w filmach przekazywanych przez Państwo Islamskie, skupiają się na makabrycznych scenach ścięcia głowy. – Oto tutaj jesteśmy, grzebiemy pierwszego krzyżowca amerykańskiego w Dabiq, czekamy na przybycie waszej armii – mówi zamaskowany kat na filmie udostępnionym w listopadzie 2014 r., pokazując ściętą głowę Petera Kassiga, pracownika humanitarnego, który przetrzymywany był w niewoli ponad rok.

Podczas grudniowych walk w Iraku, po tym jak mudżahedini ogłosili, że widziano amerykańskich żołnierzy w akcji, konto na Twitterze Państwa Islamskiego eksplodowało radością.

Proroctwo, które przewiduje bitwę pod Dabiq, określa armię jako “Rzym”. Czym jest “Rzym” teraz, kiedy papież nie ma armii, to sprawa do dyskusji. Cerantonio mówi, że Rzym oznaczał całe Wschodnio-Rzymskie Imperium, ze stolicą w dzisiejszym Istambule. Powinniśmy więc myśleć o Rzymie jako o Turcji – tej samej republice, która zakończyła ostatni kalifat 90 lat temu. Inne źródła należące do Państwa Islamskiego sugerują, że Rzym może oznaczać jakąkolwiek armię niewiernych,  oczywiście także amerykańską.

Według Cerantonio po bitwie w Dabiq kalifat rozszerzy się i zajmie Istambuł. Niektórzy wierzą, ze zajmie całą Ziemię, ale Cerantonio sugeruje, że IS może nigdy nie przekroczyć Bosforu. Anty-Mesjasz, według muzułmańskiej literatury apokaliptycznej zwany Dajjal, przyjdzie z Khorasan, regioniu wschodniego Iranu i zabije wielu bojowników kalifatu, aż zostanie ich tylko 5000, blisko Jerozolimy. Gdy Dajjal będzie gotów ich też zabić, Jezus, który jest drugim najbardziej poważanym prorokiem w Islamie, wróci na Ziemię, przebije włócznią Dajjala i poprowadzi muzułmanów do zwycięstwa.

Tylko Bóg wie, czy armie Państwa Islamskiego zrealizują przepowiednie, mówi Cerantonio, ale taką ma nadzieję. Prorok powiada, że jednym ze znaków bliskiego nadejścia Końca jest to, że ludzie przestaną o nim mówić. Dziś nawet w meczetach nikt o tym nie mówi – sugeruje Cerantonio. Według tej teorii, żadna porażka Państwa Islamskiego nic nie znaczy, ponieważ Bóg z góry przesądził, że jego ludzie zostaną niemal wszyscy zabici. IS ma przed sobą najlepsze i najgorsze dni.

IV. Walka

Ideologiczna czystość Państwa Islamskiego ma jedną zaletę: pozwala przewidzieć niektóre działania tej społeczności. Osama bin Laden rzadko był przewidywalny. Zakończył swój pierwszy telewizyjny wywiad zagadkowo. Peter Arnett (CNN) zapytał go, jakie są twoje plany na przyszłość? Bin Laden odpowiedział: – To się okaże. Gdy będziesz uważnie słuchał, usłyszysz o nich w mediach, jeżeli Bóg pozwoli. Państwo Islamskie przechwala się otwarcie swoimi planami. Nie wszystkimi, ale wystarczy, żeby można było przewidzieć, jak chce rozszerzać swoją działalność i rządzić.

W Londynie Choudary i jego studenci szczegółowo opisują politykę zagraniczną Państwa Islamskiego, obecnie kalifatu. Podjęło ono już “agresywny dżihad”, ekspansję na kraje rządzone przez nie-muzułmanów. – My tylko się bronimy – mówi Choudary. – Głównym obowiązkiem kalifatu jest jego rozszerzanie.

Choudary przedstawia prawa wojenne Państwa Islamskiego, politykę łaski, a nie brutalności. Mówi, że państwo ma obowiązek terroryzować swoich wrogów. Święte prawo, aby ich zastraszyć przez ścinanie głów, ukrzyżowania i branie w niewolę kobiet i dzieci. Przyspiesza to zwycięstwo, a jednocześnie pozwala uniknąć długotrwałego konfliktu.

Kolega Choudary’go, Abu Baraa, wyjaśnia, że prawo islamskie zezwala tylko na krótkoterminowe pokojowe układy, trwające nie dłużej niż dekadę. Zgoda na ustanowienie jakichkolwiek granic terytorialnych podlega anatemie, jak mówi Prorok, co przejawia się w filmach Państwa Islamskiego. Jeżeli kalif zgadza się na dłuższy traktat pokojowy czy stałą granicę – błądzi. Krótkoterminowe traktaty pokojowe odnawia się, lecz nie z wszystkimi wrogami na raz. Kalif musi angażować się w dżihad chociaż raz w roku. Nie może odpocząć, inaczej będzie grzeszył zaniechaniem i lenistwem.

Czerwonych Khmerów, którzy wymordowali prawie jedną trzecią ludności Kambodży, można porównać do Państwa Islamskiego. Lecz Czerwoni Khmerzy zajmowali miejsce w ONZ jako Kambodża! – To jest niedozwolone – mówi Abu Baraa. – Wysłanie ambasadora do ONZ oznacza uznanie innej władzy poza władzą Boga. Ta forma dyplomacji to shirk lub politeizm, natychmiast uznany byłby za herezję i Baghdadi zostałby usunięty. Nawet przyspieszenie powstania kalifatu demokratycznymi metodami, np. przez głosowanie na politycznych kandydatów, którzy popierają kalifat, jest shirk.

Trudno sobie wyobrazić, jak sparaliżowane może być Państwo Islamskie ze względu na swój radykalizm. Współczesny system międzynarodowy, stworzony po pokoju westfalskim w 1648 r., polega na gotowości każdego państwa do uznania granic innych krajów. Dla IS takie uznanie byłoby ideologicznym samobójstwem. Inne islamskie grupy – Bractwo Muzułmańskie czy Hamas – uległy niedoskonałościom demokracji i potencjalnym zaproszeniom do międzynarodowych społeczności, łącznie z miejscem w ONZ. Negocjowano także z talibami – za ich rządów Afganistan wymienił ambasadorów z Arabią Saudyjską, Pakistanem i Emiratami Arabskimi – to akt, który unieważnił władzę talibów w oczach IS. Dla Państwa Islamskiego to nie jest wybór, ale apostazja.

Stany Zjednoczone i sojusznicy zareagowali na IS z opóźnieniem i w swojego rodzaju oszołomieniu. Ambicje grupy i jej strategia były oczywiste w deklaracjach i mediach społecznościowych już w 2011 r., kiedy była to jedna z wielu terrorystycznych grup działających w Syrii i Iraku, która nie popełniła jeszcze masowych zbrodni. Adnani mówił zwolennikom, że ambicją grupy jest przywrócenie islamskiego kalifatu i przywoływał apokalipsę: – Tylko kilka dni pozostało. Baghdadi już w 2011 r. wystylizował się na przywódcę wiernych, jak zwyczajowo nazywany jest kalif. W kwietniu 2013 r. Adnani ogłosił, że ruch jest gotowy zmienić świat zgodnie z zaleceniami Proroka i kalifatu”. W sierpniu 2013 r. powiedział: – Naszym celem jest ustanowienie Państwa Islamskiego, które nie uznaje granic, ale jest oparte na słowach Proroka. Wtedy grupa zajęła już Raqqa, stolicę syryjskiej prowincji zamieszkanej przez ok. 500 tys. ludzi, a także przyciągnęła znaczną liczbę bojowników.

Gdybyśmy rozpoznali intencje Państwa Islamskiego wcześniej, zorientowalibyśmy się, że sytuacja polityczno-militarna w Syrii i Iraku stworzyła dużą przestrzeń do swobodnego działania IS. Moglibyśmy skłonić przynajmniej Irak do uszczelnienia granicy z Syrią i porozumienia ze swoimi sunnitami. Pozwoliłoby to uniknąć porażającego efektu propagandowego, jaki miało ogłoszenie kalifatu po podbiciu trzeciego pod względem wielkości miasta Iraku. Ponad rok temu Obama powiedział pismu “The New Yorker”, że uważa ISIS za słabszego partnera al-Kaidy. – Jeżeli zespół juniorów ubiera się w koszulki Lakersów, to nie oznacza, że będzie grał jak Kobe Bryant – powiedział prezydent.

Nasze niedocenienie rozłamu między Państwem Islamskim a al-Kaidą oraz głównych różnic pomiędzy nimi doprowadziło do niebezpiecznych decyzji. Jesienią 2014 r. rząd USA wyraził zgodę na desperacki plan uratowania życia Petera Kassiga. Plan wymagał kontaktów między prominentnymi osobami w Państwie Islamskim i al-Kaidzie, i nie mógł być gorzej zaimprowizowany i przeprowadzony.

Biorąc pod uwagę wszystko, co wiemy o Państwie Islamskim, powolne upuszczanie mu krwi jest najlepszą ze złych militarnych opcji.

Plan ten wymagał kontaktu z Abu Muhammadem al Maqdisim, mentorem  Zarqawiego i znaczącą postacią w al-Kaidzie, i zbliżenia się do Turki al-Binali, głównego ideologa i byłego studenta Maqdisiego, chociaż ci dwaj mężczyźni byli od dawna skonfliktowani z powodu krytyki Państwa Islamskiego przez Maqdisiego. Maqdisi wzywał IS do ułaskawienia Alana Henninga, brytyjskiego taksówkarza, który pojechał do Syrii z pomocą humanitarną dla dzieci. W grudniu “Guardian” poinformował, że rząd amerykański przez negocjatora poprosił Maqdisiego o rozmowy interwencyjne w Państwie Islamskim w sprawie Kassiga.

Maqdisi żył na wolności w Jordanii, lecz zabroniono mu wszelkiej komunikacji z terrorystami zagranicą i był ściśle monitorowany. Kiedy Jordania wyraziła zgodę, by USA ponownie skontaktowały się z Maqdisim, kupił on telefon satelitarny za amerykańskie pieniądze i mógł swobodnie komunikować się ze swoimi byłymi studentami. Potem rząd jordański zahamował to, a rozmów użył jako pretekstu do uwięzienia Maqdisiego. Kilka dni później w sieci pojawił się film pokazujący ścięcie Kassiga w Dabiqu.

Zwolennicy Państwa Islamskiego drwili na Twitterze z Maqdisiego i al-Kaidy, ponieważ nie uznali oni kalifatu. Cole Bunzel, uczony, który zajmuje się ideologią IS, przeczytał opinie Maqdisiego na temat Kassiga i stwierdził, że mogło to przyspieszyć jego śmierć i innych zakładników. – Gdybym był zakładnikiem Państwa Islamskiego, a Maqdisi oświadczyłby, że nie powinienem być zabity, mógłbym pożegnać się z życiem.

Śmierć Kassiga była tragedią, lecz sukces planu jego uratowania byłby jeszcze większą. Porozumienie między Maqdisim a Binalim oznaczałoby zasypanie przepaści  pomiędzy dwiema największymi organizacjami dżihadu. Możliwe, że rząd chciał tylko użyć Binaliego do celów szpiegowskich czy też zamachu. Jednak decyzja, żeby swatać dwie największe organizacje terrorystyczne, była zdumiewająco zła i niebezpieczna.

Z powodu naszej obojętności Państwo Islamskie operuje dziś na terytoriach kurdyjskich i na irackim polu walki musimy atakować je z powietrza. Ta strategia nie pozbawiła IS żadnych większych terenów, chociaż uniemożliwiła bezpośredni atak na Bagdad i Erbil i mordowanie ludności Shia i Kurdów. Niektórzy obserwatorzy wzywają do eskalacji działań, zwłaszcza ci po prawej stronie sceny politycznej (Max Boot, Frederick Kagan), wzywają do wysłania tysięcy amerykańskich żołnierzy do Iraku. Te wezwania nie powinny być ignorowane zbyt szybko: organizacja otwarcie dopuszcza się ludobójstwa i popełnia codziennie zbrodnie na terenach przez siebie kontrolowanych.

Jednym sposobem, który “odczarowałby” zwolenników Państwa Islamskiego, byłoby militarne obezwładnienie go i zajęcie części Syrii i Iraku – obecnie pod rządami kalifatu. Al-Kaida jest nie do wykorzenienia, ponieważ może przetrwać jak karaluch, pod ziemią. Państwo Islamskie nie może. Jeżeli straci terytorium w Syrii i Iraku, przestanie być kalifatem. Kalifaty nie mogą istnieć jako ruchy podziemne, ponieważ wymagana jest od nich władza terytorialna: gdy jej nie ma, wszystkie przysięgi na wierność przestają być wiążące. Ci, co złożyli już przysięgę, mogliby nadal atakować Zachód, ścinać głowy wrogom jako tzw. wolni strzelcy. Lecz wartość propagandowa kalifatu przestałaby istnieć razem z religijnym obowiązkiem imigracji i działania na jego rzecz.

Ryzyko eskalacji konfliktu jest ogromne. Największym zwolennikiem amerykańskiej inwazji jest samo IS. Prowokacyjne filmy, na których kaci w czarnych kapturach zwracają się bezpośrednio do prezydenta Obamy, są robione tylko po to, by wciągnąć Amerykę do wojny. Inwazja byłaby wielkim propagandowym zwycięstwem dżihadu: bez względu na to, czy złożyli przysięgę kalifowi, wszyscy wierzą, że Stany Zjednoczone chcą współczesnej krucjaty, aby wymordować muzułmanów. Kolejna inwazja i okupacja potwierdziłyby te przekonania i wzmocniły rekrutację nowych bojowników i zwolenników.

ISIS powstał tylko dlatego, że nasza poprzednia okupacja zostawiła przestrzeń dla Zarqawiego i jego zwolenników. Kto może przewidzieć konsekwencje kolejnej nieudanej akcji?

Humanitarny koszt istnienia Państwa Islamskiego jest wysoki. Ale stanowi ono mniejsze zagrożenie dla USA niż częste konfrontacje z al-Kaidą. Skupia się ona na “dalekim wrogu” (Zachód), co jest rzadkością wśród grup dżihadu, które koncentrują się na sprawach bliższych ich siedzib. Dotyczy to zwłaszcza Państwa Islamskiego. Widzi ono wrogów dookoła, życzy wszystkiego co najgorsze rządowi amerykańskiemu, jednak wdrożenie ścisłego szariatu w kalifacie i ekspansja terytorialna są dla niego najważniejsze – nie zamachy w Ameryce. Baghdadi powiedział to wprost w listopadzie 2014 r. jego saudyjskim agentom: – Najważniejsze to pokonać Rafida (Shia), następnie al-Sulul (sunniccy zwolennicy saudyjskiego monarchy)…

Cudzoziemscy bojownicy (i ich żony oraz dzieci) podróżują do kalifatu z biletem w jedną stronę: chcą żyć tam, gdzie jest prawdziwe prawo szariatu. A wielu pragnie męczeństwa. Doktryna wymaga od wiernych, aby zamieszkali w kalifacie, jeżeli tylko mogą to zrobić. Jeden z mniej krwawych filmów Państwa Islamskiego pokazuje grupę dżihadystów palących swoje francuskie, brytyjskie i australijskie paszporty. Byłby to bezsensowny akt dla kogoś zamierzającego wrócić, aby wysadzić się w powietrze w kolejce do Luwru, czy wziąć zakładników w kawiarni w Sydney.

Kilku “samotnych wilków”, zwolenników Państwa Islamskiego atakowało zachodnie cele, można się spodziewać kolejnych takich zamachów. Lecz większość atakujących to sfrustrowani amatorzy, niemogący wyemigrować do kalifatu z powodu konfiskaty paszportu czy innych problemów. Nawet jeżeli IS przyklaskuje tym atakom – robi to w swojej propagandzie – nie zaplanowało, ani też nie sfinansowało żadnego. Atak na “Charlie Hebdo” w Paryżu był operacją al-Kaidy. Jürgen Todenhöfer przeprowadził w grudniu w Mosulu wywiad z niemieckim dżihadystą i zapytał go, czy jakiś z jego towarzyszy powrócił do Europy, aby przeprowadzić atak. Dżihadysta uważa, że ci co wracają, to nie są żołnierze, ale uciekinierzy. – Powinny odkupić swój powrót. Mam nadzieję, że raz jeszcze spojrzą uważnie na swoją religię.

Państwo Islamskie prawdopodobnie będzie działać samotnie. Żaden kraj nie jest jego sojusznikiem, gdyż ideologia tak nakazuje. Tereny, które kontroluje, choć bardzo duże, są w większości niezamieszkane i biedne. Jeżeli IS wpadnie w stagnację lub powoli skurczy się, główne hasła o  woli Boga i apokalipsie osłabną, coraz mniej wiernych będzie tu imigrować. Inne radykalne ruchy muzułmańskie też zostaną zdyskredytowane, zwłaszcza raportami o biedzie na obszarach ich działania.

Jednak upadek IS nie nastąpi szybko i nadal wiele spraw może potoczyć się bardzo źle: jeżeli IS otrzyma wsparcie al-Kaidy, może się zamienić w najgorszego wroga, jakiego do tej pory widzieliśmy. Ale rozdźwięk między Państwem Islamskim a al-Kaidą powiększył się w ostatnich miesiącach; w grudniowym wydaniu “Dabiq” zamieszczono długą historię uciekiniera z al-Kaidy, który opisuje korupcję i nieudolność swojej poprzedniej grupy, a Zawahiriego jako nieudolnego lidera.

V. Opozycja

Określenie problemu Państwa Islamskiego jako “problemu z islamem” byłoby za łatwe. Religia zezwala na wiele interpretacji. Jednakże określenie IS jako nie-islamskiego może przynieść niedobre skutki. Jak zareagują ci, którzy czytają święte teksty i widzą w nich poparcie dla praktyk kalifatu?

Muzułmanie mogą mówić, że niewolnictwo jest teraz nielegalne, a ukrzyżowania były stosowane w pewnym historycznym czasie. Lecz nie mogą potępić niewolnictwa czy ukrzyżowania bez zaprzeczenia słowom Koranu i przykładowi Proroka. – Jedynym zasadniczym argumentem, na który mogą powołać się oponenci Państwa Islamskiego, jest to, że niektóre teksty i tradycyjne nauczanie islamu są już nieważne – mówi Bernard Haykel. Byłby to jednak akt apostazji.

Ideologia IS niezwykle wpływa na niektórych wiernych. Hipokryzja i niepewność znikają. Musa Cerantonio i salafici, których spotkałem w Londynie, są nie do zatrzymania, nie zająknęli się przy żadnym pytaniu. Jeżeli akceptuje się ich punkt widzenia, są nadzwyczaj przekonujący. Gdyby byli tylko niegroźnymi gadającymi maniakami, mógłbym sądzić, że ich ruch wypali się, ponieważ psychopaci wysadzają się w powietrze lub zostają zabici w akcjach. Lecz ci mężczyźni mówili z akademicką precyzją i zapałem. Nawet dobrze czułem się w ich towarzystwie – i to mnie najbardziej przestraszyło.

Nie-muzułmanie nie mogą powiedzieć muzułmanom, jak mają praktykować swoją religię. Lecz muzułmanie zaczęli tę debatę we własnym gronie już dawno. – Musisz utrzymywać standardy – mówi mi Anjem Choudary. – Ktoś, kto tylko mówi, że jest muzułmaninem, ale toleruje homoseksualizm czy pije alkohol, nie jest muzułmaninem. Nie ma takiego kogoś, jak niepraktykujący wegetarianin.

Istnieje inny odłam islamu, który oferuje fundamentalistyczną alternatywę wobec Państwa Islamskiego – tak samo bezkompromisową, lecz skrajnie odmienną we wnioskach i realizacji. Ten odłam jest atrakcyjny dla wielu muzułmanów, tęskniących za zrozumieniem każdej litery świętych tekstów z najwcześniejszych lat islamu. Zwolennicy Państwa Islamskiego wiedzą, jak zareagować, kiedy muzułmanie ignorują część Koranu: takfirem. Ale zdają sobie sprawę, że niektórzy muzułmanie także studiują Koran wytrwale i stanowią ideologiczne zagrożenie.

Baghdadi jest salafitą. Określenie salafi zostało oczernione, gdyż wielu bandytów bierze udział w walkach właśnie pod flagą salaficką. Tymczasem salafici nie są dżihadystami i większość należy do sekt, które odrzucają Państwo Islamskie. Są, jak zauważa Haykel, zobligowani do rozszerzania Dar al-Islam, terenu islamu, być może nawet z najgorszymi praktykami jak niewolnictwo czy amputacja – lecz dopiero w pewnym punkcie w odległej przyszłości. Ich priorytetem jest przestrzeganie zasad religii, wierzą, że cokolwiek, co przeszkadza tym praktykom, np. wojna, czy zamieszki, które zakłóciłyby życie i modlitwy – jest zabronione.

Żyją wśród nas. Jesienią odwiedziłem meczet w Filadelfii, gdzie imamem jest Breton Pocius, lat 28, salafita używający imienia Abdullah. Jego świątynia znajduje się na granicy dzielnicy o wysokiej przestępczości – Northern Liberties, i dzielnicy, która powoli staje się modna wśród tutejszych hipstersów; można ją nazwać Dar al-Hipster.

Teologiczna alternatywa dla państwa islamskiego istnieje, tak samo bezkompromisowa, ale dochodząca do przeciwnych wniosków.

Pocius dokonał konwersji 15 lat temu. Ma polskie i katolickie korzenie, jest z Chicago. Podobnie jak Cerantonio świetnie zna starożytne teksty i jest przekonany, że to jedyna droga, by uniknąć ognia piekielnego. Kiedy spotykam go w miejscowej kawiarni, ma przy sobie pracę na temat Koranu po arabsku i książkę do nauki japońskiego. Przygotowywał kazanie na temat obowiązków wynikających z ojcostwa dla 150 wiernych na piątkowe modły.

Pocius mówi, że jego głównym celem jest zachęcenie wiernych do życia według halal. Powstanie Państwa Islamskiego zmusiło go do odpowiedzi na polityczne pytania, które zwykle nie są ważne dla salafitów. – W większości mówią, jak się modlić, ubierać, to samo ja głoszę w meczecie. Lecz jeśli chodzi o zagadnienia społeczne, mają poglądy jak Che Guevara.

Kiedy pojawił się Baghdadi, Pocius zaadaptował slogan To nie jest mój kalif. – Czasy Proroka były okresem wielkiego rozlewu krwi – mówi Pocius – i wiedział on, że chaos pogorszy warunki bytowania w umma (muzułmańskiej społeczności). Według Pociusa najlepszym rozwiązaniem dla salafitów jest niestwarzanie nieporozumień przez ogłaszanie innych muzułmanów apostatami.

Jak większość salafitów Pocius uważa, że muzułmanie powinni się odciąć od polityki. Ci mistyczni salafici zgadzają się z tezą Państwa Islamskiego, że istnieje tylko prawo boskie i unikają praktyk jak głosowanie czy tworzenie partii politycznych. Lecz interpretują inaczej słowa Koranu potępiające chaos i niezgodę. Jeżeli to konieczne dla zatrzymania nienawiści, należy poprzeć przywódcę, nawet jeżeli jest grzesznikiem. – Prorok mówi: jeżeli przywódca nie jest kuffr (niewiernym), dajcie mu posłuszeństwo.

Mistycznym salafitom nie wolno robić podziałów pośród muzułmanów, np. przez masowe ekskomuniki. Życie bez bayi robi z ciebie ignoranta. Lecz baya nie oznacza przysięgi wobec kalifatu, a z pewnością nie wobec Abu Bakr al-Baghdadiego, twierdzi Pocius. Może oznaczać, w szerokim sensie, przysięgę na rzecz religijno-społecznych umów i zobowiązanie wobec społeczeństwa muzułmańskiego, obojętnie, czy jest rządzone przez kalifat, czy też nie.

Salafici wierzą, że muzułmanie powinni skierować swoją energię na doskonalenie osobistego życia, modlitwę, rytuały i higienę. W ten sam sposób jak ultraortodoksyjni Żydzi debatują, czy odrywanie papieru toaletowego w szabat jest dozwolone? (czy jest to rozdzieranie szat?), spędzają bardzo dużo czasu, żeby upewnić się, czy ich spodnie nie są za długie, a ich brody są przycięte tak samo. Dzięki temu dokładnemu przestrzeganiu religii Bóg da im siłę oraz liczebność, a może kiedyś też powstanie kalifatu. Wtedy muzułmanie osiągną zwycięstwo w Dabiq. Pocius cytuje kilku współczesnych salafickich teologów, którzy uważają, że kalifat nie może powstać bez woli i interwencji Boga.

Państwo Islamskie oczywiście zgodziłoby się z taką interpretacją, dodając, że Bóg właśnie wyznaczył Baghdadiego do utworzenia kalifatu. Pocius ripostuje i wzywa do pokory. Cytuje Abdullaha Ibn Abbasa, jednego z towarzyszy Proroka, który usiadł z odszczepieńcami, pytając, jak to jest możliwe, że są tak bezczelni, aby mówić większości, że nie mają racji? Sam rozłam, który prowadzi do rozlewu krwi lub do podziału w umma, jest zabroniony. Nawet sposób, w jaki Baghdadi ustanowił kalifat jest niewłaściwy. – Kalifat zostanie ustanowiony przez Allaha – mówi Pocius – będzie też konsensem uczonych od Mekki do Medyny. A to się nie wydarzyło. ISIS pojawił się znikąd.

Państwo Islamskie nienawidzi tego sposobu myślenia, jego zwolennicy tweetują szyderczo na temat mistycznych salafitów. Nazywają ich “salafitami menstruacji” z powodu ich niejasnego tłumaczenia, kiedy kobiety są czyste, a kiedy nie, i innych mniej ważnych aspektów życia. – Teraz właśnie nam potrzeba fatwy, dlaczego jest haram (zabronione) jeżdżenie na rowerze na Jupiterze – tweetował ktoś złośliwie. Anjem Choudary z kolei mówi, że żaden grzech nie zasługuje na większe potępienie, niż uzurpacja wobec prawa Boga. Ekstremizm w obronie monoteizmu nie jest złem.

Pocius nie liczy na żadne oficjalne poparcie ze strony USA jako przeciwwagi dla dżihadyzmu. W istocie toby go zdyskredytowałoby, a i tak jest rozżalony na Amerykę za traktowanie go jak obywatela drugiej klasy. (Oskarża rząd o infiltrowanie jego meczetu, nękanie matki w pracy pytaniami o potencjalne powiązania syna z terroryzmem).

Jednakże jego mistyczny salafityzm oferuje antitodum na dżihadyzm w stylu Baghdadiego. Ludzie, którzy przybywają, aby walczyć za wiarę, nie mogą być zatrzymani, lecz ci, których główną motywacją jest znalezienie ultrakonserwatywnej, bezkompromisowej wersji islamu – znajdą alternatywę tutaj. Nie jest to liberalny islam. Większość muzułmanów uzna go za ekstremalny. Jednak jest to forma, którą głęboko wierzący uznają za właściwą, autentyczną, niebluźnierczą, szczerą. Hipokryzja nie jest grzechem tolerowanym przez młodych ideologów.

Zachodni politycy prawdopodobnie powinni się wstrzymać od wszelkich teologicznych debat. Barack Obama już wpadł w wody takfiri, kiedy uznał, że Państwo Islamskie jest “nieislamskie”. Jest w tej sytuacji pewna ironia – Obama jako niemuzułmański syn muzułmanina sam jest klasyfikowany jako apostata. I właśnie on praktykuje takfiri przeciwko muzułmanom. Niemuzułmanie praktykujący takfir  wywołują chichot wśród dżihadystów (są jak świnia pokryta kałem, radząca innym, jak trzymać higienę – mówił jeden z tweetów).

Przypuszczam, że większość muzułmanów docenia Obamę: jako prezydent stanął razem z nimi przeciwko Baghdadiemu i niemuzułmańskim szowinistom. Bo większość muzułmanów nie jest podatna na hasła dżihadu.

W granicach swojej wąskiej i prymitywnej teologii Państwo Islamskie jest pełne energii, nawet kreatywności. Poza nimi pozostaje ciche i jałowe: wizja życia w skrajnym posłuszeństwie, w zgodzie z przeznaczeniem i porządkiem. Musa Cerantonio i Anjem Choudary mogą przeskakiwać od kontemplacji masowej śmierci, wiecznych tortur do dyskusji nad rozkoszą picia wietnamskiej kawy.

Jednak dla mnie zgodzić się z ich poglądami, to zobaczyć, jak wszystkie zapachy świata przemieniają się w jeden mdły.

Mógłbym dobrze czuć się w ich towarzystwie, ale tylko do pewnego momentu. W recenzji z “Mein Kampf” z marca 1940 r. George Orwell napisał, że nigdy nie byłby w stanie lubić Hitlera, pokazał jego słabe strony, odrażające i tchórzliwe cele. Gdyby miał zabić mysz, wiedziałby, jak sprawić, żeby wydawała się smokiem. Partyzanci IS mają podobną właściwość. Wierzą, że ich walka będzie trwała po ich śmierci, stoją po stronie sprawiedliwych, a walka jest przywilejem, przyjemnością, zwłaszcza jeśli jest ciężarem.

Faszyzm, kontynuował Orwell, jest bardziej koncepcją psychologiczną niż hedonistyczną. Socjalizm, a nawet kapitalizm bardziej lub mniej chętnie mówią ludziom: oferujemy dobrą zabawę. Hitler im mówił – oferuję walkę, niebezpieczeństwo i śmierć – i w rezultacie pociągnął za sobą cały naród. Nie powinniśmy nie doceniać emocjonalnych uwarunkowań polityki i konfliktów!

W przypadku IS to religijna lub intelektualna atrakcyjność. IS ma wypełnić misję Proroka, to sprawa dogmatu, mówi nam o tym zapał naszego przeciwnika.  Przeciwnik, który nawet w obliczu przegranej pozostaje pewny siebie, wierzy, że otrzyma boską pomoc, gdy będzie wierny Prorokowi. Można przekonać niektórych potencjalnych konwertytów, że IS przekazuje fałszywą wiadomość i antywartości. Lecz takie akcje będą miały niewielkie znaczenie i wojna może być bardzo długa, nawet jeżeli nie potrwa do samego Końca.

Alexandras Wohnung / Alexandra’s flat

Von der Redaktion über Aleksandra Hołownia

Heute gibt es Alexandras Veranstaltung in der Regenbogenfabrik. Man braucht sie hier, auf diesem Blog nicht vorzustellen- sie ist bei uns so wie in Berlin und in der ganz großen Welt sehr bekannt. Sehet nur HIER, und HIER, und HIER, und HIER, und HIER. Unsere Autorin, Johanna Rubinroth, machte für Kowalski und Schmidt einen Film über sie – Provokation in pink.

Kommt alle, es wird kleine Filme geben, Gespräche, künstlerische Interaktionen, eine Mini-Ausstellung, Kostümanprobe, Verkauf…

Wo: Kino in der Regenbogenfabrik / Lausitzer Str. 22 (im Hof) / Berlin 10999

Und als Kostprobe – ein paar Fotos von der Alexandras Wohnung in Prenzlauer Berg. Verrückt!

w kuchni X aleksandra-pokoj-doppelX Alex Stube 3 X Alex Zimmer 2-doppeltX Alex Zimmer 7X

 

W górę rzeki (16)

Zbigniew Milewicz

Morze, nasze morze…

Okazji do wystąpienia na scenie w sali gimnastycznej czy na czwartym piętrze w auli Słowaka nie brakowało. Były liczne akademie ku czci…, rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego, wśród zapraszanych gości pojawiali się prominenci. Czasem zaszczycał nas obecnością brat naszego polonisty, słynny tenor operowy, Bohdan Paprocki, a wtedy dokuczała mi trema. Jakże tu bowiem zaśpiewać popisowe Mississippi*, żeby taki zawodowiec później przy rodzinnej herbatce nie zapytał: a skąd żeście wytrzasnęli tego amatora?

W czasie występu miałem więc podzielną uwagę. Z jednej strony starałem się jak najlepiej oddać klimat amerykańskiego musicalu i wcielić w mojego idola- był nim zaś sam Paul Robeson – a z drugiej baczyłem na minę dostojnego gościa. Nie znając oryginału, śpiewałem ten utwór po polsku, ale kto wtedy poza anglistą znał na sali angielski… Chętnie też deklamowałem wiersze przy różnych okazjach, występowałem w konkursach recytatorskich, aż do pamiętnego zjazdu absolwentów chorzowskiej szkoły handlowej, któremu towarzyszył program artystyczny, w Domu Kultury Huty „Kościuszko“. Dziś jest to Teatr Rozrywki.

Na prośbę dyrekcji Słowaka miałem w nim wystąpić z wierszem, który chyba nosił tytuł Szkoła, ale już nie pamiętam, czyjego był autorstwa. Traktował on o uczniu, który miał nauczyć się na pamięć wiersza i odpytywany przez nauczyciela, pogubił się w treści. Czasu na przygotowanie deklamacji było sporo, około tygodnia, tylko za bardzo nie czułem tego tekstu. Jak na mój gust był zbyt liryczny. Wolałem ekspresyjne wiersze, w rodzaju Spotkania Jerzego Jurandota, śmieszne Słówka Boya, lubiłem klimat mickiewiczowskich utworów. Wkułem jednak wiersz na pamięć, a przynamniej tak mi się wydawało, stanąłem za kulisami i czekałem, aż przyjdzie na mnie czas. Najpierw miałem być na scenie czwarty z kolei, później reżyser zdecydował, że pierwszy po przerwie, a w rzeczywistości wyszedłem jako przedostatni. Sala miała około 500 miejsc i zajęta była do ostatniego fotela. Kiedy zmrużyłem oczy pod światłem jupiterów i powiedziałem pierwszą zwrotkę, w głowie zapanowała idealna pustka a suflera pod sceną nie było. Do miejsca, w którym uczeń z wiersza zapomniał słów brakowało dwóch zwrotek, więc jak bym nie kombinował, była klapa. Skonfundowany skłoniłem się przed publicznością, powiedziałem przepraszam i przy brawach wyszedłem za kulisy. Rozpoczynały się letnie wakacje, ze wstydu przez kilka dni nie opuszczałem domu. Mama, która uczestniczyła w tym zjeździe, pocieszała mnie jak mogła, że wyszło naturalnie, wszyscy myśleli, że zagrałem zapominalskiego. Sporo czasu musiało jednak minąć, zanim przełknąłem tę pierwszą, dużą porażkę w swoim życiu.

W harcerstwie nie było złych dni. Nasza drużyna, którą kierował znakomity Maciek Gadomski, stała się wodniacka dopiero w połowie mojej licealnej edukacji. Z początku chodziliśmy, jak to lądowe szczury, z kompasem na azymut, zdobywaliśmy beskidzkie szczyty, a najpierw uczyli się harcerskich praw, żeby móc złożyć przysięgę. Później zdobywało się odznakę ZHP. Moim zastępowym był kolega z klasy, Romek Hardyk, po jakimś czasie sam dochrapałem się tej funkcji, w stopniu ćwika. Kiedy zastępy zamieniły się w załogi, zostałem załogowym. Żeby mieć na czym pływać, pod okiem instruktora wzięliśmy się za budowę kanadyjek, harcówka zamieniła się w pracownię szkutniczą i było to pasjonujące zajęcie. Nie używany magazyn na dziedzińcu szkolnym własnoręcznie wyremontowaliśmy i przerobiliśmy na hangar. W czasie 1-Majowego pochodu nasza drużyna, dwójka , maszerowała ulicą Wolności i z dumą niosła te łodzie na barkach, oczywiście z pieśnią na ustach. Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec… Przyszedł czas na ich zwodowanie, żadna nie wymagała poprawki. Tylko już nie pamiętam, gdzie my na nich pływaliśmy: na Pogorii, w Paprocanach, czy w Goczałkowicach?

wodniacyZ druhem Zdebikiem, chyba w Goczałkowicach.

W Harcerskim Ośrodku Wodnym nad Jeziorem Goczałkowickim zdobywałem patent żeglarski, w warunkach, jak przystało, surowych. Przez trzy czwarte kursu lało jak z cebra, my pod namiotami, albo na dezetach, najpierw na wiosłach, jezioro wzdłuż i wszerz, dzień za dniem. Później stanęły żagle i zaczęliśmy się uczyć od podstaw żeglarskiego rzemiosła oraz egzotycznie brzmiących achterpików, rafów, fałów i halsów. Za przewinienia i psoty na pokładzie czołgaliśmy się za karę w kapokach pod ławkami lub wspinaliśmy na top grota. Stare łodzie musiały lśnić czystością, codziennie pod okiem bosmana szorowaliśmy dek ryżowymi szczotkami, jak na burcie farba się łuszczyła, trzeba było ją zdrapać i położyć nową warstwę. W zamian bosman uczył nas węzłów i opowiadał ciekawe historie. Między innymi o tym, jak powstało to sztuczne jezioro, jak zalano wieś razem z jej cmentarzem i po nocach straszyło, jak pływały trumny z umrzykami, słychać było różne jęki i wycia. Kiedy więc zgodnie z programem zorganizowano nam nocny alarm i kazano wypłynąć na środek jeziora, na jakąś mieliznę i wyskoczyć za burtę, żeby znowu zepchnąć łódź na wodę, było trochę strasznie. Po powrocie do ośrodka, w namiotach zrzuciliśmy mokre mundury, zawinęli w suche koce, każdy dostał kubek gorącej herbaty, chyba z kroplą czegoś mocniejszego i więcej niczego do szczęścia nam już nie brakowało. Oczywiście najpiękniejszą chwilą, jaką zapamiętałem z Goczałkowic, było ogłoszenie wyników egzaminów na stopień żeglarza. Zdali wszyscy, kiedy usłyszałem, że przyznano mi patent, poczułem się jakby mnie pasowano na mężczyznę.

Także letni spływ kajakowy, który nasza drużyna rozpoczęła w okolicach Krzepic na Liswarcie a zakończyła w Bydgoszczy, był dużym wyzwaniem. Płynęliśmy Wartą, Notecią i kanałami do Gopła, a później Kanałem Bydgoskim, zajęło nam to dwa tygodnie, dłonie od wioseł miałem zgrabiałe i kiedy spływ się skończył, odetchnąłem z ulgą. Z drugiej strony miałem satysfakcję, że podołałem trudom tej wyprawy. Ukoronowaniem moich młodzieńczych, wodniackich przygód było bałtyckie, przybrzeżne pływanie, w ramach praktyki po zakończeniu kursu żeglarskiego. Odbywaliśmy ją na starych szalupach z Batorego, przebudowanych na trójżaglowe jachty, z kojami dla dziewięciu osób. Po tygodniu pracy na pokładzie, trudnych, nocnych wacht i wrześniowych sztormów, zawinęliśmy znowu do Gdyni i musiało minąć trochę czasu, zanim ląd przestał nam chybotać pod stopami.

klasazbychaCzęść naszej klasy i grono profesorskie przed egzaminem dojrzałości, autor to ten grubas z tyłu.

Między wakacyjną przygodą i popisami na scenie w liceum trzeba się było uczyć. Szło mi to różnie, ale starałem się traktować naukę poważnie i nie chodziłem na wagary. Nauczycieli mieliśmy na ogół wymagających, jednych darzyło się sympatią, innych nie za bardzo. Z polonistą, prof. Januszem Paprockim nie miałem najlepszego kontaktu, choć sam przedmiot lubiłem. Naszym wychowawcą był nieco kostyczny profesor Jan Brzoza, który nauczał historii; w XI klasie przejęła tę funkcję dla odmiany ciepła w relacjach międzyludzkich profesor Wala Michalska, także historyczka. Profesor Franciszek Gurgacz, pedagog już starszy wiekiem, prowadził szkolną bibliotekę i to on uczył mnie warsztatu recytatorskiego, doradzał wybór lektur, był człowiekiem wielkiej kultury i mądrości, a prywatnie ojcem serdecznej przyjaciółki cioci Irki. Prof. Jazowy, mój surowy nauczyciel łaciny w liceum, mieszkał wraz z rodziną na parterze naszego domu przy ul. Wesołej. Jako dzieciak zawdzięczałem mu ratunek z pewnej opresji; łażąc po wysokim płocie, oddzielającym nasz ogród od podwórka, w pewnym momencie straciłem równowagę i zawisnąłem głową w dół, z nogą między sztachetami. Na szczęście był w domu, kiedy zacząłem się drzeć i wołać o ratunek. Nie mogłem więc obijać się z łaciny, dług wdzięczności trzeba było spłacić.

przebierancy-zbychFizyki nauczał wielki oryginał, profesor Emil Pieczka, zawsze gładko zaczesany do tyłu. Solidnej budowy ciała, latem przychodził do szkoły w pumpach i trampkach, zimą w swych słynnych spodniach i butach narciarskich oraz flanelowej koszuli w kratkę. Siadał bez słowa i cienia wyrazu na twarzy za katedrą, wyjmował czarny, zatłuszczony notes, otwierał go na jakiejś stronie, marszczył czoło i dopiero wtedy zaszczycał nas spojrzeniem. Zgromadzeni w amfiteatralnej sali śledziliśmy lot tej strzały, panowała pełna napięcia cisza, ale czasami nas zwodził. Zatrzymywał np. wzrok na Adamie Kandziorze, a padało nazwisko Milewicz i trzeba było iść do tablicy. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek dostał u Emila piątkę, dobry stopień trafiał się bardzo rzadko, natomiast czysta trója stanowiła dla ucznia powód do dumy. Był jednak sprawiedliwym nauczycielem.

Z Krystianem Cichowskim i Krzyśkiem Kozubskim na licealnym balu przebierańców.

O matematyku, profesorze Swadźbie, którego nie można było nie lubić, pisałem w poprzednim odcinku. Z tego, co mówił mi Krystian Cichowski, wynika, że Jasiu nie daje się czasowi. Stuknęła mu już osiemdziesiątka, ale dalej czynnie uprawia turystykę górską w Tatrach i organizuje wystawy filatelistyczne. Z Krystianem przyjaźnimy się od Słowaka, od ponad ćwierćwiecza mieszka w Berlinie. Podobnie jak ja zawsze lubił chodzić po górach, a na nizinie po kawiarniach i sporo tych wędrówek odbyliśmy razem. Z Wieśkiem Polczykiem razem żeglowaliśmy, prześcigali się w zbieraniu znaczków pocztowych i z zapałem grali w ping-ponga. Dobry kontakt miałem z Krzyśkiem Kozubskim, Jurkiem Żakiem, Maćkiem Gibasem, Januszem Durajem, Andrzejem Gregorczykiem, Sewerynem Sowiakiem i Mietkiem Kozłowskim. Z dziewczyn, z Basią Marklowską, Krysią Pudełko i Haliną Delakowicz. Z Krysią sympatyzowaliśmy już w podstawówce, z Haliną uczyliśmy się razem do matury rosyjskiego, który wybraliśmy na przedmiot dodatkowy.

Adresatką moich pierwszych, młodzieńczych amorów była jednak Inga, córka sąsiadki przy ulicy Wolności. Jej mama sprzątała nam czasami mieszkanie, myła okna a zdarzało się, że robiły to razem. Dziewczyna była starsza ode mnie o kilka lat, pewnie miała już za sobą jakieś seksualne doświadczenia i gotowa była się nimi ze mną podzielić, ale ja nie potrafiłem przemóc chorobliwej nieśmiałości w stosunku do dziewczyn, choć niesamowicie mi się podobała. Miała południowy typ urody, bujne kształty, wesoły i bezpośredni sposób bycia, tylko wypadało rwać taką wisienkę.

Z Gienią, którą później poznałem w Słowaku, było podobnie. Dla odmiany blondynka, ale też bardzo aerodynamicznie zbudowana, poruszała się tak zmysłowo, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. Miała w sobie coś z Nany, głównej bohaterki powieści Emila Zoli, którą „pożyczyłem“ sobie z księgozbioru cioci Irki i czytywałem w tajemnicy przed dorosłymi. Z rasowej, paryskiej kurtyzany… Takie typy kobiet najbardziej przemawiały do mojej seksualnej wyobraźni. Na pierwsze, niewinne pieszczoty z Gienią pozwoliłem sobie jednak dopiero, kiedy skończyłem 18 lat… Uwierzycie, że nawet wtedy nie posunąłem się dalej…? Taka była ze mnie romantyczna gapa.

* „Showboat”, muz. Jerome Kern a utwór, który śpiewałem nosił w oryginale tytuł Ol`Man River. Po niedawnym odsłuchaniu na youtube znakomitego nagrania z 1936 r., mam nadzieję, że nikt nie nagrywał w liceum moich popisów.

Remorsed feelings

remorsedfeeling

Director: Markus Helmersson
Writer: Markus Helmersson
Composer: Marcos Ciscar

Casting:

Joanna Kozlowska
Wilhelm Forsnäsgård
Remzi Halimi

Aby obejrzeć film, proszę kliknąć na obrazek – link odeśle widza do strony konkursowej “Short of the month” / Um den Film zu sehen, bitte aufs Bild klicken – der Link leitet uns weiter zur Homepage of Wettbewerb “Short of the month” / If you want to see the film, please “klick” on the picture – link leading to the Homepage of the Competition “Short of the month”

Na pustyniach Australii (2)

Lech Milewski

Daisy Bates – Lato

Uboga lecz elegancka panna z ambicjami i po przejściach poszukuje…

Niestety droga była tylko jedna – zatrudnić się znowu jako guwernantka, korzystając z referencji biskupa Stantona.
Tym razem Daisy spróbowała szczęścia w Nowej Południowej Walii, nieopodal miejscowości Nowra, 150 km na południe od Sydney. Właścicielką posiadłości była pani Catherine Bates, wdowa z szóstką dzieci. Finansowo wspierał ją syn Jack zatrudniony jako drover czyli hmmm… poganiacz bydła. W Australii wiele terminów nabiera innych rozmiarów. Drover był osobą odpowiedzialną za przeprowadzenie wielotysięcznych stad bydła przez tysiące kilometrów pustynnych bezdroży.

Pani Bates nie potrzebowała guwernantki będącej ozdobą towarzystwa, potrzebna jej była intensywna pomoc we wszystkich dziedzinach gospodarstwa.
Na co liczyla Daisy? Nie musiała długo czekać żeby na jej drodze pojawiła się nowa szansa.

Na Boże Narodzenia 1884 roku do domu zjechał Jack Bates, przy okazji przyprowadził duże stado dzikich koni brumby na lokalny pokaz hippiczny.
Jack był przystojny, o kruczoczarnych włosach, pod wąsem, z niebieskimi oczami i zdrową opalona cerą. Spodobał się Daisy, ale rozczarowały ją bardzo jego maniery przy stole i milkliwy charakter.

Jack nie lubił książek, ze szkoły uciekł w wieku lat 14 i przez kilka lat zajmował się łapaniem dzikich koni. Zyskał sobie uznanie jako doskonały jeździec i stockman – nadzorca dużego stada zwierząt. Wkrótce został head stockman w wielkiej stacji hodowlanej – prestiżowa i dobrze płatna praca. Niestety poniósł go nieopanowany temperatent i w napadzie złości ciężko pobił podległego mu Aborygena. Właściciel stacji wyrzucił go z pracy i dołożył starań żeby nikt Jacka nie zatrudnił.

Pozostała mu tylko ścieżka samodzielnej kariery – drover – bardzo odpowiedzialna, ryzykowna i w przypadku sukcesu dobrze płatna praca.
Jack Bates, podobnie jak jego koledzy po fachu przepijał i przegrywał w karty lwią część zarobionych pieniędzy.

Wydaje się, że Daisy liczyła, że pod jej wpływem Jack się unormuje, szybko zgromadzi pieniądze potrzebne na zakup własnej ziemi, wybudowanie domu. A gdy już będzie dom, to ona potrafi stworzyć w nim właściwą atmosferę.

Daisy nie miała problemu z podbiciem serca Jacka. W drugi dzień świąt oznajmił publicznie, że zamierza wziąć z nią ślub przed wyjazdem na kolejne zlecenie. Ze swej strony Jack zaimponowal Daisy umiejętnością ujeżdżania koni i charakterem. Na pokazie, na którym byli jako widzowie, żaden z zawodników nie mógł ujarzmić narowistego konia. Wtedy Jack zgłosił się do konkursu, ujarzmił konia, a zdobytą nagrodę polecił podzielić po równo między wszystkich uczestników konkursu.

Ślub odbył się w lutym 1885 roku. Państwo Bates byli katolikami, więc Daisy nie musiała udawać protestantki. Oczywiście nie wspomniała o małżeństwie z Eddie Morantem i ponownie zadeklarowała swój wiek jako 21 lat.
Trzy dni po ślubie Jack wyjechał, a Daisy została wraz z teściową na gospodarstwie, tym razem musiała pracować tu bez żadnego wynagrodzenia. Dziwnym trafem kilka dni później otrzymała list z Sydney. Pod pretekstem konieczności zakupu niezbędnych sprzętów domowych wyjechała do Sydney, gdzie czekał na nią nie kto inny lecz Ernest Baglehole!

Pamiętacie Państwo? To był syn jej pierwszych pracodawców, jeszcze w Anglii, tam rodzice mieli już dla niego kandydatkę na żonę.
Ernest ożenił się zgodnie z wolą rodziców, ale po kilku miesiącach miał dosyć żony i ustabilizowanego życia. Porzucił wszystko i zaciągnął się jako prosty marynarz na statek Zealandia udający się do Australii. Adres Daisy otrzymał zapewne od jej siostry Kathleen.
Nie ma żadnych informacji o szczegółach spotkania Daisy i Ernesta poza jednym – wpisem w rejestrze małżeństw!
Tak jest – Daisy O’Dwyer, panna, lat 21, protestantka, poślubiła Ernesta Baglehole, kawalera, w dniu 10 czerwca 1885 roku, w kościele św. Stefana w Sydney.
Niedługo później Ernest popłynął w kolejny rejs i wszelki ślad po nim zaginął. Jego żona w Anglii – Jesse – została w 1891 roku uznana oficjalnie za wdowę.

Daisy wróciła na farmę swojej teściowej. W sierpniu 1885 roku wpadł tam na krótko jej mąż, który wkrótce musiał znowu wyjechać do pracy.
Następna pewna informacja, to że w maju 1886 roku Daisy poczuła się słabo, lekarz stwierdził, że jest w ciąży. Jack miał właśnie przerwę między kolejnymi zleceniami więc odwiedziła go w Bathurst w Blue Mountains. Tam 26 sierpnia 1886 urodziła syna – Arnolda Hamiltona.

Arnold Hamilton – skąd takie imiona? Susanne de Vries – źródła 1 – nie ma watpliwości, że Arnold to wspomnienie uczucia do Alfreda Colquhoun z Charters Towers, zaś Hamilton to wspomnienie właścicieli farmy, na której Daisy poznała swego pierwszego męża.
Bob Reece – źródła 2 – powtarza za Daisy, że nadała synowi imiona wybitnego brytyjskiego admirała. Niewątpliwie wersja ta była przeznaczona dla jej męża i ojca dziecka.
Ojca?
Z wyliczeń wynika, że Arnold Hamilton został poczęty w listopadzie 1885 roku. Czy Jack Bates miał wtedy przerwę w pracy? Czy Ernest Baglehole przebywał jeszcze w Sydney? Nie wiemy.
Fakt, że Jack Bates nie nadał chłopcu imienia żadnego z członków swojej rodziny jest dość dziwny.

Poród był bardzo długi i ciężki. Daisy nie odkryła w sobie żadnych uczuć macierzyńskich. Wspominała ciążę jako nieporozumienie, poród jako koszmar i przysięgła sobie nie mieć nigdy więcej żadnych stosunków fizycznych z mężczyznami.
Co na to jej mąż? Nie wiemy, ale skoro pozostali małżeństwem, to widocznie było mu to obojętne. I tak spędzał większość czasu poza domem, a zarobione pieniądze przepijał z kolegami.

Po urodzeniu Arnolda Daisy nie wróciła do teściowej. Straciła zapewne złudzenia co do tego, że jej mąż odłoży kiedykolwiek pieniądza na zakup własnego gospodarstwa. Pozostała wraz z synem w okolicach Sydney, pracując jako guwernantka w dobrych domach.

W 1893 roku, gdy Arnold miał 6 lat, odwiedziła Tasmanię, ten pobyt znajduje wiarogodne potwierdzenie. Korzystając z referencji wspomnianych w poprzednim odcinku biskupów była gościem w domach miejscowej arystokracji i wszędzie oczarowała towarzystwo swym wdziękiem, dowcipem i elokwencją.
Na początku 1894 roku Daisy umieściła syna w katolickiej szkole z internatem, uzgodniła z teściową, że Arnold bedzie spędzał wakacje z babcią, a sama wsiadła na statek i popłynęła do Anglii.
Jej sytuacja finansowa była bardzo kiepska. W Australii była właśnie poważna recesja, Daisy i jej mąż stracili wszystkie niewielkie oszczędności zdeponowane w banku.
Koszty przejazdu odpracowała jako stewardessa.

Po krótkim pobycie w Londynie Daisy popłynęła do Irlandii, do swego rodzinnego miasta. Niewątpliwie chciała zbadać sytuację majątkową rodziny i zorientować się, czy nie nabyła jakichś praw spadkowych. Niestety nie, po kilku tygodniach wróciła do Londynu dysponując kwotą 14 szylingów.
Tu poszukała kontaktów w środowisku, w którym czuła się najlepiej – wśród ludzi pióra. Udało jej się nawiązać kontakt z bardzo poważanym wydawcą Wiliamem Stead i bezceremonialnie poprosiła go o pracę…
– Jaką pracę?
– Jakąkolwiek. Ma pan przecież dużą bibliotekę i biuro. Odkurzę półki, zrobię porządek w biurze, szybko nauczę się czegoś, żeby być przydatna. Proszę, niech pan da mi szansę. Posiadane pieniądze starczą mi tylko do czwartku.

Została zatrudniona za 1 funta tygodniowo. Zostawała po pracy, ucząc się pisania na maszynie. Zyskała sobie szybko sympatię pracodacy, poznała jego rodzinę. William Stead uczył ją dziennikarskiego fachu, techniki prowadzenia wywiadów, edycji.
Mieszkała w St Gabriel Hostel for Young Ladies, za który płaciła 7 szylingów i 6 pensów tygodniowo. Hostel św Gabriela, mimo, że tani, był popularnym miejscem zamieszkania kobiet o niezależnych poglądach i intelektualnych ambicjach. Daisy spotkała tam wiele ciekawych osób i ugruntowała swoje poglądy – była zdecydowaną przeciwniczką feminizmu. Sufrażystki jeżdżące w pantalonach na rowerach uważała za karykaturę kobiet.
Podobnie sprawa się miała z jej stosunkiem do Wiliama Steada. Należał on do Towarzystwa Fabiańskiego i popierał idee socjalistyczne. Prócz tego, zgodnie z ówczesną modą, był mocno zainteresowany spirytualizmem i był pod dużym wpływem madame Blavatsky – twórczyni teozofii.
Daisy była zdecydowaną przeciwniczką obu idei, a madame Blavatsky uważała za skomercjalizowaną czarownicę.
Z drugiej strony bardzo ceniła Steada jako wydawcę, dziennikarza i człowieka. Podczas pracy w jego redakcji miała możliwośc spotkania takich osób jak Cecil Rhodes – ojciec brytyjskiego kolonializmu, H.G. Wells i G.B. Shaw. Miała bliski kontakt z rodziną Stead i wydaje się, że darzyła uczuciem Willie Steada, syna Wiliama. Faktem jest, że porzuciła redakcję w momencie, gdy Willie ożenił się w sierpniu 1897 roku.
Daisy jako przyczynę odejścia podawała utratę zdrowia spowodowaną kontaktami z fanatykami spirytualizmu.

Pozostała w Anglii jeszcze dwa lata, ale brak jest jakichkolwiek śladów jej działalności w tym okresie. Ona sama twierdziła, że pracowała w firmie Jarrold Publishing, należała do klubu myśliwskiego, była gościem wielu domów arystokratycznych i otrzymała dwie propozycje małżeństwa od wysoko postawionych osób.
Żadna z tych informacji nie znajduje potwierdzenia.

Po 5 latach pobytu w Anglii Daisy otrzymała ważny list od męża. Jack nawiązał współpracę z najbogatszym hodowcą bydła na zachodzie Australii, a ten zaproponowal mu kupno bardzo dobrej parceli hodowlanej – Ethel Creek.
Czyżby Jack się unormował? Czyżby marzenia o własnej posiadłości stawały się faktem? Daisy kupiła bilet na podróż powrotną do Australii.
Pod koniec 1899 roku parowiec Stuttgart przybil do portu Fremantle w Zachodniej Australii. Miejscowa gazeta poświęciła Daisy sporo miejsca tytułując ją the lady journalist i podając informację, że jest korespondentką londyńskiego The Times i otrzymała od tej gazety zadanie zbadania losu Aborygenów w Zachodniej Australii.

Po takiej i wielu innych rekomendacjach została honorowym członkiem ekskluzywnego Karrakatta Club i poproszono ją tam o wygłoszenie wykładu.

A pieniądze? Czy Jack zdołał odłożyć pieniądze na kupno ziemi, bydła i budowę domu? Może trochę odłożył, ale to nie był w tej chwili palący problem. Daisy wróciła z Anglii z całkiem pokaźnym majątkiem.

Co, skąd, jak, dlaczego?

Ciąg dalszy za tydzień.

PS. Kilka słów o losie pierwszego męża Daisy, Eddie Moranta. Przez 5 lat pracował jako kowboj w wielu mejscach, bawił się, pił, zadziwiał swoimi umiejętościami jeździeckimi. W 1899 roku rozpoczęła się Wojna Burska i Eddie zaciągnął się do armii. W Afryce szybko awansował. Podczas urlopu spędzonego w Angli zaręczył się. Najwyraźniej podobnie jak Daisy zapomniał o niefortunnym ślubie. Niestety, po powrocie na front poniosły go emocje. Chcąc pomścić śmierć przyjaciela, który zginął na polu bitwy, zarządził masową egzekucję jeńców wojennych.
Sąd polowy skazał go na śmierć. Został rozstrzelany 27 lutego 1902 roku. Szczegóły tutaj – KLIK.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.

Wpis okolicznościowy

Zbigniew Milewicz

Wiosna

Osobiście uważam świętowanie Dnia Kobiet w XXI wieku, w Europie za anachronizm. Miłe Panie posiadają więcej praw od nas, mężczyzn, nie ma już niemal zawodu, w którym nie pokazałyby, że są lepsze, jesteśmy na każde ich skinienie, kto tu właściwie powinien obchodzić dzień dyskryminowanej mniejszości? Tak panowie, macie rację, to my, na Czterdziestu Męczenników można by było ustanowić takie święto. Póki co jest jednak 8 marca i mam od głównej animatorki naszego bloga zamówienie na okolicznościowy wpis z tej okazji. Ewa chciała, żeby był pikantny, ale skąd emeryt ma wziąć pieprz, albo chili? Wszystko zwietrzało. Poza tym najwybitniejsze słowa na temat kobiet już zostały w literaturze napisane i niczego nowego, choćby miało moc viagry nad viagrami, już nie wymyślę.

Dlatego oddam głos mojemu ulubionemu poecie, Julianowi Tuwimowi, który dokładnie sto lat temu napisał pikantny wiersz, p.t. Wiosna, zamieszczony w tomie Sokrates tańczący. Ponieważ właśnie nam się zaczyna ta pora roku, będzie na temat, do tego witalnie. W podtytule autor nazwał swój utwór dytyrambem, czyli pieśnią pochwalną, która ma swoje źródło w greckich obrzędach ku czci boga wina i sztuki, Dionizosa. Towarzyszyły im radosne libacje i orgie seksualne, które znajdziemy także w wierszu, tylko zamiast radości jest zwykła zwierzęcość ludzkich żądz. Rozpasany tłum daje im upust w wielkomiejskiej scenerii, może Łodzi, z której poeta pochodził. Tuwim nie oszczędza czytelnika, epatuje dosadnymi słowami, wulgaryzmami, więc współczesna mu krytyka literacka nazwała go pornografem. Czy słusznie? Faktycznie, człowiek we Wiośnie nie brzmi dumnie, kobieta nie ma subtelnych rysów, ale kto zabroni poecie takiej wizji świata.

Gromadę dziś się pochwali,
Pochwali się zbiegowisko
I miasto.
Na rynkach się stosy zapali
I buchnie wielkie ognisko,
I tłum na ulicę wylegnie
Z kątów wypełznie, z nor wybiegnie
Świętować wiosnę w mieście,
Świętować jurne święto.
I Ciebie się pochwali,
Brzuchu w biodrach szerokich,
Niewiasto!

Zachybotało! Buchnęło – i płynie –
Szurają nóżki, kołyszą się biodra,
Gwar, gwar, gwar, chichoty,
Gwar, gwar, gwar, piski,
Wyglancowane dowcipkują pyski,
Wyległo miliard pstrokatej hołoty,
Szurają nóżki, kołyszą się biodra,
Szur, szur, szur, gwar, gwar, gwar,
Suną tysiące rozwydrzonych par,
– A dalej! A dalej! A dalej!
W ciemne zieleńce, do alej,
Na ławce, psiekrwie, na trawce,
Naróbcie Polsce bachorów,
Wijcie się, psiekrwie, wijcie,
W szynkach narożnych pijcie,
Rozrzućcie więcej “kawalerskich chorób”!
A!! będą później ze wstydu się wiły
Dziewki fabryczne, brzuchate kobyły,
Krzywych pędraków sromne nosicielki!
Gwałćcie! Poleci każda na kolację!
Na kolorowe wasze kamizelki,
Na papierowe wasze kołnierzyki!
Tłumie, bądź dziki!
Tłumie! Ty masz RACJĘ!!!

O, ty zbrodniarzu cudowny i prosty,
Elementarny, pierwotnie wspaniały!
Ty gnoju miasta tytanicznej krosty,
Tłumie, o Tłumie, Tłumie rozszalały!
Faluj, straszliwa maso, po ulicach,
Wracaj od rogu, śmiej się, wariuj, szalej!
Ciasno ci w zwartych, twardych kamienicach,
Przyj! Może pękną – i pójdziecie dalej!

Powietrza! Z swych zatęchłych i nudnych facjatek
Wyległ potwór porubczy! Hej, czternastolatki,
Będzie dziś z was korowód zasromanych matek,
Kwiatki moje niewinne! Jasne moje dziatki!

Będzie dziś święto wasze i zabrzęczą szklanki,
Ze wstydem powrócicie, rodzice was skarcą!
Wyjdziecie dziś na rogi ulic, o kochanki,
Sprzedawać się obleśnym, trzęsącym się starcom!

Hej w dryndy! Do hotelów! Na wiedeński sznycel!
Na piwko, na koniaczek, na kanapkę miękką!
Uśmiechnie się, dziewczątka, kelner wasz, jak szpicel,
Niejedną taką widział, niejedną serdeńko…

A kiedy cię obejmą śliskie, drżące łapy
I młodej piersi chciwie, szybko szukać zaczną,
Gdy rozedmą się w żądzy nozdrza, tłuste chrapy,
Gdy ci kto pocznie szeptać pokusę łajdaczną –

– Pozwól!!! Przeraź go sobą, ty grzechu, kobieto!
Rodzicielko wspaniała! Samico nabrzękła!
Olśnij go wyuzdaniem jak złotą rakietą!
“Nie w stylu” będziesz – trwożna, wstydliwa, wylękła…

Wiosna!!! Patrz, co się dzieje! Toć jeszcze za chwilę
I rzuci się tłum cały w rui na ulicę!
Zośki ze szwalni i pralni, “Ignacze”, Kamile!
I poczną sobą samców częstować samice!

Wiosna!!! Hajda – pęczniejcie! Trujcie się ze sromu!
Do szpitali gromadnie, tłuszczo rozwydrzona!
Do kloak swe bastrzęta ciskaj po kryjomu,
I znowu na ulicę, w jej chwytne ramiona!!!

Jeszcze! Jeszcze! I jeszcze! Zachłannie! Bezkreśnie!
Rodźcie, a jak najwięcej! Trzeba miasto silić!
Wyrywajcie bachorom języki boleśnie,
By, gdy je w dół wrzucicie nie mogły już kwilić!

Wszystko – wasze! Biodrami śmigajcie, udami!
Niech idzie tan lubieżnych podnieceń! Nie szkodzi!
– Och, sławię ja cię, tłumie, wzniosłymi słowami
I ciebie, Wiosno, za to, że się zbrodniarz płodzi!

Die kleine große Welt (3)

Es war lange vor der Globalisierung und vor den Handys, vor Skype, als das Telefonieren ins Ausland Stunden dauerte und man immer wieder nur Besetztzeichen hörte und es trotzdem weiter versuchte, bis zur Erschöpfung. Damals gab es auch Geschichten von der kleinen großen Welt.

Monika Wrzosek-Müller

Uppsala

Sie war bei ihrer Schwester in Uppsala zu Besuch. Es war das erste Mal in Schweden, das Land schien ihr unheimlich sauber, aufgeräumt, langweilig, aber zugleich sehr vertrauenerweckend, irgendwie sicher. Sogar die Natur gedieh dort besser, die Luft war sauber, frisch, vieles wirkte wie Miniatur: Städte wie Häuser; nur Kirchen und Schlösser waren imposant, überdurchschnittlich groß. Die Leute waren ganz hell angezogen und bei jedem Sonnenstrahl zogen sie ihre Mäntel aus und gingen in weißen T-Shirts spazieren, auch wenn die Temperaturen eher nicht dazu einluden.

Das rosafarbene Schloss (slott) in Uppsala ist riesig, massig, sieht eher aus wie ein großer Felsen. Aber es ist ein gutes Ziel für Spaziergänge, ringsherum gibt es Parks, ganz in der Nähe fließt der Fluss Frison. Das Gebäude selbst steht etwas erhöht auf einem Plateau, das rund um das Schloss sorgfältig angelegt ist. Von hier aus, kann man viel von Uppsala sehen, auch den Linné-Garten (Linnéträdgarden), den ältesten botanischen Garten Schwedens.

Dort, im Linné-Garten, starteten wir an einem sonnigen Nachmittag unseren Spaziergang, meine Schwester und ich. Wir wollten reden, allein sein ohne unsere Männer und Kinder (oder waren die Kinder damals noch gar nicht da?), erzählen, was in letzten Jahren alles passiert war. Wir hatten uns lange nicht mehr gesehen. Im Botanischen Garten umkreisten wir die Rabatten und die gepflegten Beete, ohne sie besonders zu beachten. Unser Gespräch kreiste um Polen, um die Umstände meiner Ausreise und mein jetziges Leben, in dem ich noch nicht angekommen war. Sie erzählte von ihrem Studium an der pädagogischen Musikhochschule in Stockholm. Wir besprachen, vielleicht tratschten wir ein bisschen, über alle unsere Bekannten und was mit ihnen in den letzten Jahren passiert war; wer in Polen geblieben war, wer emigriert… Ab und zu hatte ich das Gefühl, jemand würde uns folgen und als ich mich umdrehte, sah ich tatsächlich einen Mann, der uns zuzuhören schien. Da ich in Warschau vom Sicherheitsdienst überwacht worden war, machte mich der Mann nervös, und so entschieden wir zum Schloss zu laufen. Dort standen wir lange auf dem Plateau und schauten auf die Stadt und meine Schwester erklärte mir alle Sehenswürdigkeiten, die man erblicken konnte. Später kamen wir dann auf die Umstände meiner Entlassung als Mitarbeiterin des polnischen Fernsehens in Warschau zurück. Im polnischen Fernsehen hatten die sogenannten Verifizierungsgespräche am frühesten begonnen, gleich nach der Verhängung des Kriegsrechts, ich wurde 45 Minuten lang verhört und fast gezwungen zu sagen, dass meine Zugehörigkeit zur „Solidarność“ ein Irrtum gewesen sei und ich das jetzt alles ablehne. Da dem aber nicht so war, löcherten sie mich, ich solle andere Namen angeben – wer bei „Solidarność“ sonst noch mitgemacht hätte. Und dann erklärten sie mir: Wir haben sie so lange hier sitzen lassen, weil wir gehofft habe, dass sie Vernunft annehmen, bei Ihrem Namen (dem Namen meines Ex) hätte man das wohl erwarten können, aber leider sehe es nicht danach aus. Jetzt kamen sie mit Anschuldigungen: Sie haben bei der Intervision für Kubanerinnen Sachen eingekauft, die bei ihnen im Land verboten waren, Sie haben sich mit einer Tschechin angefreundet, die zu einer Dissidentengruppe gehört hat, Sie haben sich geweigert, die Tonbandaufnahmen der mitgeschnittenen Gespräche von westdeutschen Journalisten abzuhören und zu übersetzen… so ging es lange weiter. Irgendwann hatte ich keine Lust mehr, mich zu erklären, sowieso hörten sie mir gar nicht richtig zu.

Jemand räusperte sich hinter meinem Rücken, ich erschrak. Es war derselbe Mann vom Linné-Garten. Groß war er nicht, eher untersetzt und rundlich, kräftig gebaut, er hatte blasse blaue Augen, die tief in den Augenhöhlen lagen, um die sich kleine Fältchen bildeten. Es war schwierig, sein Alter zu schätzen; er hätte genauso gut 35 oder fast 50 sein können, mit den wenigen blonden Haaren und dem runden bulligen Kopf.

Er stand jetzt neben uns und betrachtete mich eindringlich. Er sprach Englisch mit einem slawischen Akzent, aber eher keinem polnischen. Er redete jetzt wie ein Wasserfall, leider verstanden wir nur die Hälfte; es ging offenbar darum, dass seine Frau, Verlobte, Ex-Frau oder Freundin mich angeblich kennen würde. Was es damit auf sich hatte, verstand ich letztlich nicht. Er redete auch von Astrologie, Aszendenzen und irgendwelchen günstigen Planetenkonstellationen. Was das alles zu bedeuten hatte, vermochten wir nicht zu begreifen. Er fing an, mir meine Geschichte zu erzählen, warum ich aus Polen weggegangen war, wo ich jetzt lebte. Es war eine Mischung aus Wahrsagerei und Fetzen von Mitgehörtem. Meine Schwester versuchte mich wegzuziehen und nicht auf ihn zu hören. Er interessierte sich auch kaum für sie, war wie verhext auf mich fixiert. Mir schien, als wäre sehr viel Zeit vergangen, und dann stellte ich ihm Fragen: Was hatte er vorhin mit der Frau gemeint, wo war der Zusammenhang zu mir?

Wir schlugen vor, in ein Café zu gehen. Die Sonne sank langsam, und es wurde deutlich kühler. Das Licht war immer noch so scharf, frisch, alles war in einen rosafarbenen Schein gehüllt.

Wir setzten uns also in ein Café, und er fing sofort an zu erzählen. Seine Ex-Frau hatte in Polen an den Intervisionskonferenzen teilgenommen; da habe sie eine junge Polin kennengelernt, die in Warschau lebte und beim Fernsehen arbeitete, und die hieße Monika. Er war sich sicher, dass ich die Frau sei. Denn er beschäftige sich mit Astrologie, und ich passe genau in das Muster. In welches Muster? Ich erinnerte mich an eine Tschechin, war aber nicht mit ihr befreundet, wir hatten uns nur ein paar Mal unterhalten, ich fand sie interessant, aber von einer Freundschaft konnte keine Rede sein.

Er war sichtlich erregt und bewegt, ich konnte wenig helfen, um das Bild von seiner Frau zu vervollständigen. Es war schwierig, die ganze Situation aufzulösen. Wir tranken unseren Kaffee aus, und dann wollten meine Schwester und ich gehen. Er bestand aber darauf, mir seine Telefonnummer zu geben; zum Glück verlangte er meine nicht. Bis heute weiß ich nicht, was da geschehen war und worum es wirklich ging.

Wszystkie dzieci są nasze

Ewa Maria Slaska

O dzieciach

Wszystkie dzieci są nasze. Pamiętacie to hasło? A czy ktoś pamięta, co ono właściwie miało znaczyć? Dziś myślę, że był to, musiał być, imperatyw moralny, żebyśmy nie przechodzili obojętnie obok krzywdy dzieci. Ale możliwe, że chodziło o podniesienie produkcji śpioszków i kaftaników.

W moim, nader współczesnym, przypadku oznacza to po prostu, że najbardziej lubię dzieci mniej więcej w tym wieku, w jakim jest w tej chwili mój wnuk. Czyli koniec przedszkola początek szkoły. I wszystkie te dzieci są “moje”. I takie właśnie dziecko, chłopczyk, Szymek, stanęło mi na drodze tydzień temu. Właściwie to stanęło mi nie tyle na drodze, co w progu kuchni. Popatrzyłam na Szymka i pomyślałam Malarz.  Czy on jest jakoś specjalnie uzdolniony?, zapytałam, a starsze siostry z dumą odpowiedziały, tak, bardzo dobrze rysuje. Czy miałam rację i czy moja intuicja się sprawdzi, okaże się pewnie za 10 lub 20 lat. W końcu Szymek ma w tej chwili tych lat siedem, ale rzeczywiście bardzo ciekawie rysuje.

rys-szymkaWieje wiatr, powiedziały dziewczyny, zwiał w jednym kierunku wszystkie szaliki i włosy. Patrzę na te włosy, na flagi na masztach, na chłopaków na szczotkach. Chłopaków, choć to przecież czarownice latają na miotłach. Ale tu są na pewno chłopaki. Zanim jednak zadam pytanie, które odarło by mnie ze wszelkiego szacunku, Szymek i jego siostry, wyjaśniają, że to oczywiście mecz quidditcha. Oczywiście!

Mija dobra chwila, nim dotrze do mnie nie ta udawana na użytek maluczkich, lecz prawdziwa oczywistość tego, co widzę. Mecz quidditcha. Harry Potter. W pierwszym tomie Harry Potter złapał znicz. Bogu niech będą dzięki, ten pierwszy tom czytałam. Chłopaki na miotłach grają tak długo, aż któryś z graczy złapie znicz. Wikipedia podaje, że najdłuższy mecz quidditcha trwał trzy miesiące! Znicz jest złoty i nadzwyczajnie szybki.

W międzyczasie Szymek dyktuje Ani tekst wyjaśniający, o co chodzi na rysunku.

tekst-szymkaDawno dawno temu żył sobie Harry Potter i był mecz quidditcha i była straszna burza. Harry jeszcze miał trudniejszą sprawę, bo był turniej trójmagiczny, a wtedy Bazyliszek zaatakował Harrego i o mało co Harry nie zginął, gdyby nie użył patronusa na dementorów, bo dementory wspierali bazyliszka. Bez dementorów bazyliszek nie mógł żyć i bez Lorda Voldemorta i Harry Potter zabił bazyliszka i wszyscy jego zwolennicy poumierali i mecz znowu się zaczął i zaczął padać wielki deszcz i 10 m później mecz się zakończył bo HP złapał znicza.

No!

***
O sztuce dzieci pisałam już TU i TU. A Lech jeszcze komentował sztukę dzieci TU.  Chętnie opublikowałabym kolejne wpisy.

 

 

W harcerstwie podczas wojny (1)

karolina2Kolejny wpis o Karusi, ale tym razem oddaję głos jej samej. Już przed wojną Karusia zaangażowała się w działalność harcerską i uzyskała stopień harcmistrzyni. Podczas wojny początkowo zajmowała się chorą mamą (czyli prababcią Eugenią), potem pracowała przez kilka miesięcy w różnych miejscach, używając jednak  nazwiska Mianowska lub pseudonimu Bukowa jagoda. W tym pierwszym okresie wojny pomocy udzielała jej między innymi Irena Dąbkowska (1901-1942? – data i miejsce śmierci nieznane) – dr filozofii (botanika i geologia), nauczycielka, żołnierz Podziemia. To ona wystarała się o fałszywe dokumenty dla Karusi i załatwiła jej pierwszą wojenną pracę, w Muzeum Fizjograficznym PAU w Krakowie. Irena należała do Związku Walki Zbrojnej. Zginęła w nieznanych okolicznościach w walkach partyzanckich na Polesiu.
Karusia natomiast powróciła do Warszawy, znowu pracowała dorywczo u różnych osób, po czym już na stałe przeszła do pracy w domach opieki nad dziećmi w Konstancinie, jako ogrodniczka w ogrodzie i w szklarniach, zaopatrzeniowiec, a wreszcie opiekunka dzieci.

Na prośbę redaktorek książki Harcerki 1939-1945 (tom: Relacje, pamiętniki) opisała kilka zdarzeń z tej pracy. Niektóre zostały opublikowane, inne znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Karusia spisała swe wspomnienia ręcznie, przepisała je na maszynie już po jej śmierci jedna z koleżanek-harcerek. Pożółkłe przechowywane w archiwum kartki nie dają się odczytać za pomocą programów odczytujących teksty, a z kolei ja nie miałam czasu, żeby je przepisać. W pierwszej wersji niniejszy wpis zawierał po prostu zdjęcia kolejnych kartek, dość trudne jednak do czytania. W marcu 2015 roku moja kuzynka, córka Mirki, Maria, przepisała tekst na komputer. Zdjęcia kartek zostawiam jednak jako ilustracje.

I jeszcze jedna informacja: to właśnie przez działalność Karusi w harcerstwie Mama (Irena Kuran-Bogucka) w roku 1947 przyjechała na wakacje do Gdańska i poznała Tatę (Dariusza Boguckiego). Tata to opisał i kiedyś opublikuję tu odnośny fragment jego wspomnień.

Karolina Lubliner-Mianowska

Harcerskie domy dziecięce w Konstancinie

Karusia01-maleDo Konstancina przyjechałam jesienią 1941 roku. To było tak: spotkałam na ulicy Józefinę Łapińską. Pyta mnie: co robisz? Na razie mówię, kończę układać na zimę jabłka w piwnicy, u Hani Piotrowskiej w Komorowie. To jak skończysz z tym, mówi Józefina, to przyjedź do nas. Gena Woroniecka ma tam mnóstwo tulipanów do posadzenia, pewnie się na tym znasz, to jej pomożesz. No i w tydzień potem już sadziłyśmy te tulipany z Geną. Po tulipanach trzeba było jeszcze robić porządki w ogrodzie i w szklarni przed zimą. Pod koniec listopada wybuchła w internacie epidemia grypy. Kierowniczka, Marysia Steckiewicz, przy śniadaniu pyta mnie nieśmiało: czy ty umiesz pielęgnować chore dzieci? Pewnie, że umiem. Jakby nie było – instruktorka Z.H.P. od tylu lat. Epidemia trwała kilka tygodni, przeszło 70% dzieci chorowało, było co robić. Pojechałam do Warszawy po nowy transport atrium benzoikum (na kaszel) i na stacji kolejki spotkałam Natkę Hiszpańską. Chodź do nas, zaproponowała, – my widzisz, idziemy na całego. Słusznie – przyjdę do ciebie, tylko – jak się skończy ta grypa u Marysi, na razie jestem tam potrzebna. Nie wiem dokładnie ile czasu po tej rozmowie Natka wpadła i jak wiadomo zamęczyli ją w Oświęcimiu. Pożyteczna okazała się dla mnie ta grypa.

W Konstancinie były w tym czasie trzy domy dziecięce prowadzone przez harcerki (formalnie były one pod opieką R.G.O. – Rada Główna Opiekuńcza, przyp. EMS). Jeden w willi „Corso” – kierowniczką była Maria Wocalewska, gospodynią Aniela Libionka, która dawniej pracowała na Buczu. Drugi w willi „Piaski” pozostawał pod kierownictwem Marii Stockiewicz, instruktorki z Wilna. Gospodynią była osoba „cywilna”, Janina Wąsowska, siostra Józefiny Łapińskiej. Oba te domy miały dzieci starsze, powyżej pięciu lat, w każdym było ich około 40. Trzeci wreszcie dom, w willi „Anusia”, chronił około 30 małych dzieci, od dwóch lat do pięciu. Kierowniczką była Wiktoria Dewitzowa, która sama miała córeczkę w tym właśnie wieku i męża w oflagu.

Karusia02-malePersonel tych domów był przeważnie złożony z harcerek, jedynie pracownice fizyczne były to kobiety wysiedlone z wiosek w zachodnich dzielnicach kraju. Skład osobowy tego personelu był dość zmienny, często zdarzały się zmiany i przesunięcia. Organizacja często przysyłała nam do domów w Konstancinie te jednostki, które trzeba było ukryć i ochronić przed aresztowaniem. Zdarzali się i chłopcy w takich sytuacjach, zatrudniało się ich wtedy w charakterze praktykantów w ogrodzie w „Piaskach”. Były także i harcerki żydowskiego pochodzenia, które znalazły schronienie konstancińskich domach dziecka. Oprócz piszącej te słowa, pamiętam siostry Teresę i Jadwigę Kajfarowicz z Lublina i Annę Wirską z Wilna.

Pracę z dziećmi prowadzono metodami harcerskimi. W pierwszych latach okupacji cała nauka dzieci też była w rękach kierownictwa domu, dopiero później, w 1943 i 44 roku, dzieci chodziły do szkoły podstawowej w Skolimowie. Dużo czasu i wysiłku poświęcano różnym imprezom, które miały na celu urozmaicenie życia. Różne przedstawienia, jasełka, śpiewy, zajęcia w domu i w ogrodzie urozmaicały monotonne dnie. Gorzej było z wycieczkami i spacerami; dzieci przeważnie nie miały odpowiedniego do chodzenia obuwia. Pamiętam, jak raz dzieci poszły popatrzeć na mecz piłkarski, rozgrywany przez miejscową młodzież. Wtem zjawiła się na boisku ciężarówka z żandarmami, którzy zamierzali wyłapać grających w piłkę chłopców. Ci oczywiście umykali w różne strony, a żandarmi odpowiadali strzałami. Nasze dzieci bez tchu przybiegły do domu, dwie wychowawczynie dla pośpiechu przerzucały je do ogrodu przez parkan. Skończyło się szczęśliwie na strachu, ale dzieci długo potem bały się wychodzić poza obręb naszego ogrodu.

Bardzo dużo pracy miały w domach dziecięcych higienistki. Normalnie była tylko jedna na cały dom, tylko w wypadkach nasilenia chorób przydzielano drugą siłę do pomocy. Poważniejszych epidemii udało się uniknąć, dzięki temu zapewne, że każde nowe dziecko przebywało kilka tygodni w szpitaliku, izolowanym od reszty dzieci. Najwięcej kłopotu przysparzało to, że dzieci, bardzo nieodpowiednio odżywiane, łatwo dostawały różnych czyraków, krost i ropni. Każde skaleczenie ropiało i goiło się tygodniami, toteż wieczorem po myciu, długa kolejka czekała zawsze na opatrunki.

Karusia03-maleOdżywianie naszych dzieci było stałym powodem do niezadowolenia ze strony wychowawczyń i kierownictwa, przynajmniej na „Piaskach”. Gospodyni szła tutaj po linii najmniejszego oporu i nie wykazywała tyle pomysłowości i innowacji, ile wykazywały jej harcerki, gdy szło o urozmaicenie dzieciom zajęć. Rano, sześć razy w tygodniu dawano tzw. „mel” czyli mączną zupę. Były to dwa litry grubej razowej mąki, rozrobione zimną wodą i wlane następnie na osolony wrzątek. Całość była okraszona paru litrami zbieranego mleka. Potrawa ta żywo przypominała pierwsze pożywienie prosiąt w racjonalnej chlewni. W niedzielę na śniadanie biała kawa i kartkowy chleb z marmoladą. Na obiad bywała zupa, dwa razy w tygodniu mięso, poza tym kartofle z jarzyną: brukiew, kapusta, buraki, marchew. Była to prawdziwa pasza objętościowa, po której dzieci musiały leżeć najmniej 2 godziny, żeby poradzić sobie z tą masą błonnika, toteż wszystkie miały wzdęte wydatnie brzuszki. Na kolację znów była zupa, najczęściej żur. Personel, który po położeniu dzieci do łóżek miał jeszcze przed sobą dobrych kilka godzin pracy: szycia, prasowania sprzątania etc., dostawał jeszcze o 9 wieczorem po szklance namiastki herbacianej i po kawałku chleba ze smalcem. Był to przywilej, którego dzieci ogromnie nam zazdrościły.

Należałoby tu wymienić nazwiska tych naprawdę ofiarnie pracujących dziewczyn. Większość z nich czynem wyrażała to, co słowem wyraziła Anielka Kowalska, już podczas powstania: „Ja się wcale nie martwię, że pilnuję dzieci, zamiast zabijać Niemców”. Niestety pamięć zawodzi i tylko niektóre już teraz mogę wymienić. Główna wychowawczyni „Piasków” Tamara Zacharow, niewyczerpana kopalnia pomysłów dotyczących zabaw i przedstawień. Zofia Słowikówna – tej specjalnością było przygotowanie dzieci do pierwszej komunii. Przeprowadzała tę akcję po prostu z talentem; nie była to ani formalność, ani obowiązek, tylko niesłychanie cudowne przeżycie. Wianek i biała sukienka nie stawały się, jak to często bywa, głównym celem, tylko nędznym rekwizytem, nic nie znaczącym wobec powagi wewnętrznego doznania. Janina Skalanka, najlepsza z naszych pielęgniarek, opuściła nas jednak przed samym powstaniem.

Karusia04-malePod koniec okupacji losy trzech domów dziecięcych w Konstancinie były różne. „Corso” przeniesiono do Warszawy z początkiem lata 1944 r. Nie pamiętam już dobrze, co było tego powodem, zdaje się że fakt, iż „Piaski” wysiedlili Niemcy w lipcu tegoż roku. Budynek zajęty został na radiostację, która jednak już w początku sierpnia opuściła „Piaski” i przeniosła się dalej na zachód. Dom z „Piasków” umieszczono po drugiej stronie Wisły w osiedlu szkolnym w Rycicach pod Józefowem. Z całego personelu ja tylko zostałam w Konstancinie, gdyż próbowałam jeszcze pilnować mego ogrodu. Dom małych dzieci z „Anusi” W. Dewitzowa w początku sierpnia 1944 r. przeniosła do Zalesia, a stamtąd aż do Zakopanego. Był to wynik niesłychanie trudnych starań i zabiegów, zakończonych jednak pomyślnie. Dewitzowa wystarała się o kilka towarowych wagonów, do których załadowano cały zakład. W jednym urządzona była nawet kuchenka, gdyż podróż trwać musiała kilka dni. Dewitzowa wyjeżdżała ciężko chora na zapalenie płuc i pod koniec dyrygowała cała ewakuacją w pozycji leżącej. W willi „Anusia” pozostała na razie czteroosobowa załoga, ja również do niej należałam. Nie pamiętam już dobrze jej składu – wiem tylko, że była tam miedzy innymi p. Helena Sowińska, matka ośmiorga dzieci i żona oficera W.P., osoba bardzo delikatna i dziwnie bezbronna wobec ciężkich kolei losu. Niedługo potem załoga „Anusi” powiększyła się jeszcze o kilka harcerek, które stanowiły personel jakiejś kolonii letniej, ulokowanej na południe od Warszawy.

Już w pierwszej połowie sierpnia okazało się, że wśród ludzi uciekających z południowych dzielnic Warszawy znajdują się pogubione dzieci. Ponieważ w „Anusi” miałyśmy łóżka, pościel, a także trochę żywności, postanowiłyśmy się zająć tymi dziećmi. Na razie było ich kilkoro, ale szybko widocznie wiadomość o naszym domu rozeszła się po okolicy i coraz częściej przyprowadzano nam zmęczone, brudne i wygłodzone maleństwa. Oficjalnie kierowniczką domu została, przysłana nam przez Dewitzową Janina Klimecka. Pracowała z nami około 2 miesięcy, potem jednak zaczęła chorować i wyjechała do matki, a miejsce jej zajęła pozostająca dotąd bez funkcji Wanda Szlamińska. Personel nasz powiększył się jeszcze o bardzo pożyteczną parę uchodźców z Mokotowa, małżeństwo Brodzińskich, z których ona pełniła funkcję kucharki, a on woźnego, reprezentującego jedyną wśród nas męską siłę. Wkrótce okazała się nowa potrzeba: wiele dzieci przychodziło chorych, nieraz z chorobami zakaźnymi, potrzebny był dziecięcy oddział szpitala. Szpital dla dorosłych (św. Ducha z Warszawy) już był się w tym czasie zainstalował w opuszczonej już przez Niemców willi „Piaski”. Po porozumieniu więc z lekarzami tego Szpitala, zajęłyśmy pustą, maleńką willę „Perełka” i tam umieszczałyśmy chore dzieci, pod opieką jednej z matek. (córeczka jej miała szkarlatynę, a po niej ciężkie zapalenie ucha, była więc na długie tygodnie unieruchomiona w szpitaliku). Drugą pacjentką została dorosła osoba, ale również chora na szkarlatynę, harcerka Marysia Moszyńska z Warszawy. Z tą, mimo opieki lekarskie i naszych starań, nie powiodło się nam. Po szkarlatynie wywiązało się zapalenie wsierdzia, którego nie przeżyła. Było to dla nas szczególnie ciężkie jeszcze dlatego, że śmierć Marysi nastąpiła w dniu kapitulacji powstania i nazajutrz przyszła do nas jej siostra-bliźniaczka, która szczęśliwie ocalała mimo udziału w akcji powstania. Szpitalik w „Perełce” był czynny przez kilka miesięcy i bardzo byłyśmy rade, że w wypadkach chorób nie trzeba było trzymać małych pacjentów w „Anusi”, między zdrowymi dziećmi.

Karusia05-male-kawalekDom w „Anusi”, jako azyl dla pogubionych warszawskich dzieci, przetrwał do lata 1945 r. Potem resztę dzieci, których nie pozabierały rodziny, przekazano do stałych sierocińców, a do „Anusi” wróciły dzieci z dawnego domu „Piaski”, razem z częścią personelu.

Na zdjęciu willa “Piaski” w Konstancinie, w tekście – maszynopis Karusi

Piaski1-domsierotKarusiaKolejne teksty Karusi będą się tu pojawiały w odstępach (mniej więcej) tygodniowych

W górę rzeki(15)

Zbigniew Milewicz

Bat za kredensem

Jako dziecko często zastanawiałem się nad tym, dlaczego babcia siada w kościele zawsze z przodu i najgłośniej ze wszystkich się modli do Bozi, a dziadek stoi z tyłu i umiarkowanie porusza ustami. Tak samo mama z ciocią Irką wolały na niedzielnej mszy siadać na mniej eksponowanych, tylnych ławkach. Pewnie w znacznej mierze wynikało to z charakteru każdego z nich, ale kiedy jako dorosły przeglądałem rodzinne papiery, znalazłem wśród nich kopię dwustronicowego maszynopisu, który zdawał się podpowiadać dodatkowe wyjaśnienie tego zachowania.

Pismo nosiło datę z pamiętnego dla mnie marca 1968 roku i skierowane było przez moją mamę do organizacji partyjnej, tzw. POP-u, przedsiębiorstwa, w którym pracowała (o ile się nie mylę – wtedy Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Spożywczego w Katowicach) na stanowisku kierownika działu organizacyjno-prawnego. Stanowiło ono odpowiedź na udzieloną jej naganę, w związku z moimi antypaństwowymi wystąpieniami (patrz wpis Papierowych rycerzy ciąg dalszy), za które mogła zapłacić utratą stanowiska i pracy. Broniła się długoletnim stażem w PZPR i tym, że do partii należała zarówno jej siostra jak i ojciec. Wychowano mnie więc w duchu zdrowych pryncypiów ustrojowych, po linii i na bazie, a że zbłądziłem na ideologiczne manowce, można było spisać jedynie na karb młodzieńczej lekkomyślności. O cioci Irce wiedziałem, pracowała w zakładach mleczarskich w Bytomiu i gdyby nie należała do partii, nie zarządzałaby laboratorium. Podobnie moja mama, nie kierowałaby wcześniej kadrami w katowickim handlu, ale partyjny dziadek mnie zaskoczył. Po wojnie pracował, jako urzędnik w Chorzowskim Zjednoczeniu Przemysłu Węglowego i udzielał się w Stowarzyszeniu Właścicieli Nieruchomości, może jako bezpartyjny miałby tam ograniczone możliwości awansu.

Wywodziłem się więc ze środowiska, do którego pasowała stalinowska teza, że Polacy są, jak rzodkiewka, z wierzchu choćby nie wiadomo jak czerwona, a w środku biała. Z pewnością nie brakowało rodzin, które żyły wtedy uczciwiej, zgodnie z własnymi przekonaniami, choć biedniej, ale jakże smakowały mi te lody, które ciocia Irka czasami przywoziła w termosie z mleczarni i kremówka, tak gęsta, że nie można jej było wylać z butelki. Dzięki mamie w niedzielę na obiad były rolady albo schabowy i chociażby za to, w podziękowaniu, paliło się Panu Bogu świecę.

wigiliazciociaIrkaŚwiętujemy Boże Narodzenie na ul. Wolności, z ciocią Irką.

Pamiętam, jak na Wesołej co wieczór klękaliśmy wszyscy do wspólnej modlitwy, jak babcia każdemu przed wyjściem rano z domu kreśliła na czole znak krzyża. Przed progiem wisiała na ścianie kropielniczka z wodą święconą z Jaworzynki, zanurzała w niej swoje chropowate palce spracowanej dłoni, szeptała słowa błogosławieństwa i już nikomu nie mogło przytrafić się żadne nieszczęście. W południe na Wesołej odmawiało się Anioł Pański, w czwartki babcia chodziła do kościoła na adorację Najświętszego Sakramentu, piątki były bezmięsne, a w niedzielę poza mszą świętą maszerowałem na nieszpory. W maju – na nabożeństwa majowe, w październiku na różaniec, a w Wielki Post na Drogę Krzyżową i Gorzkie Żale, które babcia chętnie celebrowała także w domu. Do I Komunii Świętej poszedłem już jako sześciolatek. Babcia miała wobec mnie swój plan, chciała, żebym poszedł do seminarium duchownego i został księdzem, o czym dowiedziałem się od niej dopiero przed maturą. Zachwycony tym pomysłem nie byłem, mama stanęła po mojej stronie, miała sceptyczny stosunek do stanu duchownego i babcia, choć urażona, ustąpiła.

jaselkaPo uroczystości I Komunii Św., z naszą katechetką, stoję w ostatnim rzędzie drugi od prawej

Drugi to już raz ją zawiodłem, bo pierwszy się zdarzył, gdy, chyba w pierwszej klasie licealnej, przestałem chodzić do szkoły muzycznej. Dojadła mi mozolność codziennych ćwiczeń na domowym pianinie, wymagających dyscypliny i pokory. Bat, którym babcia je egzekwowała, był już za kredensem, a ja wiedziałem, jak rozmawiać z mamą, żeby uwolnić się od uciążliwego zajęcia. W dzienniku szkolnym miałem dobre stopnie i dziś żałuję swojego młodzieńczego braku wytrwałości. W domu naprzeciw, na Wesołej, mieszkała pani Kotyczkowa, której syn grał na skrzypcach, ilekroć patrzyłem w ich okna zawsze ćwiczył. Zazdrościłem mu tego zacięcia w pracy z instrumentem, dzięki któremu zdobył później sławę wirtuoza. Pianino zamieniłem na gitarę, którą dziadkowie trzymali w jadalnianej kozetce, w schowku na pościel. Wydawała mi się łatwiejsza od pianina i kiedy przy pomocy Jurka Żaka opanowałem wreszcie ze trzy akordy, którymi można było na siłę okrasić każdy aktualny przebój piosenkarski, uznałem się za spełnionego muzyka. Boże wybacz.

Mieszkanie na ulicy Wolności, z mamą i ojczymem Stefanem, dawało mi więcej swobody, niż Wesoła, co nie znaczy, że zawsze mądrze z niej korzystałem. Mama wracała z pracy w Katowicach późnym popołudniem, albo wieczorem, ojczym różnie, nie zapomnę awantury, jaką zakończyła się pewna moja wyprawa rowerowa z Chorzowa nad Jezioro Paprocańskie. Gdybym wtedy wiedział, że po latach zamieszkam w jego sąsiedztwie, to może uniknąłbym reprymendy, mama na wiele mi pozwalała, ale musiała znać moje plany. Kiedy więc po jakiejś dłuższej grypie nagle zniknąłem z domu, żeby z koleżką pojechać na wycieczkę i wróciłem dopiero o zmroku, zdzieliła mnie szmatą w twarz, bo właśnie myła korytarz. To by jedyny raz, kiedy od niej dostałem. Druga afera wydarzyła się na moje szesnaste urodziny, czy też raczej w ich przededniu. Mama z ojczymem zapowiedzieli, że idą do kina, więc chata była wolna i przyszli dwaj koledzy z prezentami. Dokładnie z winem pisanym patykiem, ledwo postawili butelki na stole, a tu dorośli wracają, bo niby czegoś zapomnieli. Jakże mi było głupio, do dziś pamiętam ten bulgot z butelek opróżnianych przez mamę do zlewu.

Stefan był inżynierem, więc ten jeden pokój w starej kamienicy, w którym mieszkaliśmy, zmyślnie poprzegradzał jakimiś płytami i mieliśmy sypialnio-jadalnię, kuchnię i przedpokój. Do spania dysponowałem rozkładanym fotelem, ubikacja była na korytarzu, a myliśmy się w balii. Poszczególne części mieszkania oddzielały płócienne kotary, zawieszone w przejściach, co nadawało mu pewnej teatralności. Stefan pomagał mi w matematyce i rysunku technicznym, miał poczucie humoru i lekki sposób bycia. Razem, we troje, jeździliśmy na wakacje, wreszcie zobaczyłem morze, ale ciągnęło go do gorzały i jak zaczynał pić, to nie potrafił przestać. Towarzyszyły temu domowe awantury, co z czasem stało się na tyle przykre, że wróciłem do dziadków. Próbował zerwać z nałogiem, kupił motocykl, emzetkę, w czasie przejściowego ocieplenia stosunków rodzinnych babcia dała się nawet namówić na wycieczkę z nim do Zakopanego. Później opowiadano w domu bez końca o tym, jak Stefan nie mógł już szybciej prowadzić motoru, a pasażerka z tyłu pytała, dlaczego tak wolno jedzie. Zasadniczo dziadkowie nie akceptowali jednak wyboru córki, po pierwsze dlatego że kościół nie uznawał cywilnych związków. Drugim powodem był alkohol, trzecim – pochodzenie Stefana. Miał zagłębiowskie korzenie, co dla szanujących się Ślązaków było wtedy wielką ujmą.

nadmorzemPierwszy raz zobaczyłem morze…

Kiedyś przypadkowo znalazłem jego dane osobowe na liście osób poszukiwanych w czasie wojny przez Gestapo. Miał za sobą udział w Powstaniu Warszawskim, ale jaki, tego nie wiedziałem. Kiedy go o to pytałem, zawsze tylko powtarzał, że pędził bimber. Kiedy trunek był gotowy, zwyczajowo musiał wypić garnuszek, później pocałować denko, a na koniec gwizdnąć, co nie zawsze mu się udawało. Kto wie, może taka opowieść była najbezpieczniejsza dla żołnierzy wyklętych. Mama w końcu rozwiodła się ze Stefanem, kochała go, podobnie jak wcześniej mojego ojca, ale przegrała z nałogiem. Osobliwe, że Stefan po latach zmarł w Warszawie, w kolejną rocznicę Powstania.

Liceum Ogólnokształcące im. J. Słowackiego w Chorzowie, do którego uczęszczałem, cieszyło się opinią szkoły o wysokim poziomie i taką ma do dzisiaj. W dziewiątej klasie okazał się on nawet za wysoki dla mnie i zagroziła mi poprawka z chemii. Dzięki Matce Boskiej Częstochowskiej (poskutkowała piesza pielgrzymka do jej sanktuarium) i kuciu z łaciny, skończyło się jednak na strachu. Nasz chemik, prof. Szarszaniewicz, i łacinnik, prof. Jazowy, byli niekonwencjonalnymi pedagogami, pogadali ze sobą, doszli do wniosku, że kariera następcy Mendelejewa raczej mi nie grozi, ale mógłbym podciągnąć się w języku Owidiusza. Dostałem więc poprawkę z łaciny. Z matematyki kulałem nadal, aż w dziesiątej bodaj klasie przyszedł do nas energiczny i wymagający, świeżo po studiach, prof. Jan Swadźba. Życzę każdemu takiego pedagoga. Tak potrafił wszystkich zarazić swoim entuzjazmem do królowej nauk, że na ustnym egzaminie maturalnym dostałem lepszy stopień z matematyki niż z polskiego. Kiedy po latach pojechałem do Chorzowa na zjazd absolwentów Słowaka, z okazji 190 rocznicy urodzin wielkiego poety, Jasiowi Swadźbie zgotowaliśmy najdłuższe owacje. Nie wiedziałem, że tak wielu z was kocha matematykę – podziękował z właściwym sobie humorem, nadal młodzieńczy duchem.

Liceum pozwoliło mi rozwinąć zainteresowania artystyczne, przyjęty zostałem do chóru, który prowadził prof. Norbert Szklorz, do amatorskiego kółka teatralnego i do kabaretu, stworzonego przez naszego rusycystę, prof. Stefana Chaszczyńskiego. W Słowaku wstąpiłem do harcerstwa, do słynnej chorzowskiej dwójki, drużyny wodniackiej i jeździłem na niezapomniane obozy. Był to wreszcie okres, kiedy zwarłem nowe przyjaźnie, kiedy w głowie zawróciły mi najpierw Inga, później Gienia i przez to do szkoły chodziłem czasem niewyspany z marzeń. Ale o tym za tydzień.