Pani Irenka 6

Karolina Kuszyk

Na czarno wszystkie, elegancko

Byłam. Byłam. Byłam, pani. Pani była też? Bo nie widziałam. A, później pani przyszła. Ja byłam, z synową, Dawidkiem i tą jego Karolinką. Syn mój nie poszedł, bo mówi, że mamo, to kobiece sprawy są, ja tu robotę mam, załatwianie, wspieram was i tego, ale pójść to raczej nie będę szedł. I za to Dawidek strasznie na syna zły. Synowa tego samego, nie odzywa się teraz do niego. Tak, pani, i dobrze, i ja też mu swoje powiedziałam, że to bardzo synu nieładnie. No, wojna domowa, pani. No i tak, powidła miałam robić, takie już ostatnie, wszystko sobie naszykowałam, śliwki pomyłam, słoiki. Bo ogórki to już dawno ponawsadzałam, a pani wsadzała? Ogórki na zimę zawsze dobrze mieć, bo to same witaminy, pani. No i już się za te śliwki miałam zabierać, a tu moi przyszli, ale bez syna, już mówiłam, prawda? No, przyszli, że idziemy babciu. To się z nimi zabrałam. Ja tak na czarno to niezbyt chodzę, to mi synowa taki szal duży piękny przyniosła, wełniany, zamotała na tym moim płaszczu, jesionce takiej raczej, i już na czarno byłam, elegancko. I beret czarny też sobie założyłam, co się z niego Dawidek z Karolinką śmieją, że moherowy. I żeśmy poszli na ten rynek, a tak wypadło, pani, że z tyłu zaraz kościół ten duży mieliśmy, to ja co i raz obracałam się, bo jakoś w strachu byłam, że coś z tego kościoła nagle wyjdzie. Co, co, bo ja wiem co, pani. No, ale za dużo nas tam było, żeby wychodziło. I wszystko tam po porządku, grzecznie odbywało się. Żadnego przepychania, nic, pani. Wszyscy poważni, uprzejmi tacy do siebie, czasem nawet kto zażartował. Dziewczyna taka młoda prowadziła z mikrofonem, tej Karolinki koleżanka, i hasła takie różne nam zadawała, żebyśmy krzyczeli. Czekaj pani. O, mam: Ręce precz od polskich kobiet. Prawda, że ładne? A jedna babka to miała na transparencie napisane: Martwa dziecka nie urodzę. Co prawda, to prawda, pani. Ale jak żeśmy tam jechali, to wcale Dawidek miejsca nie mógł znaleźć, żeby auto zaparkować. Szukał a szukał, tyle ludzi zajechało. Kobiet znaczy. I dużo to z tymi wieszakami było. W jednej ręce parasol trzyma, a w drugiej wieszak niesie. No, że to względem tej aborcji nielegalnej, bo to tymi wieszakami, drutami jakimiś, czym bądź odbywa się. Tak sobie tam stałam, patrzyłam na te kobiety i myślałam. Ten niby wieszak to taka, jak to mówią, kobieca rzecz, bo kobieta to wiadomo, strojenie lubi, te ubrania, te biżuterie, to wszystko. I tak mi się względem tych wieszaków o pani prezydentowej pomyślało, bo ona zawsze taka ubrana, te kostiumy, te buciki, te torebki takie zawsze ma. Na zadbaną kobietę zawsze miło popatrzeć, pani. Ja tak wcześniej już czekałam, żeby może ona co powiedziała, do tych kobiet, o tym wszystkim, no w ogóle coś, żeby było wiadomo, żeby one tak same nie szły w tym deszczu, pani. Ale nic, pani, nie powiedziała. Jak to mówią, woda w usta. Chociaż one jakby już wiedziały, te kobiety, że ona nic nie powie, pani. I może ten wieszak to też dlatego, że on taka sama niemota jak ta pani prezydentowa. Tyle wszystkiego że ubranie powiesić.

poniedzialek2paniirenka

Ilustracje: Nadia Linek

Berlin znów leuchtet

Tomasz Fetzki

Zaświecił dwunasty raz. Dla nas – po raz drugi.

Iluminacja Bramy Brandenburskiej robi wrażenie i przytłacza rozmachem. Katedra, jak zwykle, oświetlona raczej artystycznie niż efekciarsko; szkoda, że akurat podczas naszej wizyty na brzegu Szprewy rozpadał się wściekły deszcz. Plac Żandarmerii w barwach stonowanych, refleksyjnych. Żal, że wieczór tak krótki!

berlinleuchtet01

Brama Brandenburska i…



A już od kilka dni w Wielkiej Sieci szumiało o iluminacji galerii Mall of Berlin na Leipziger Strasse. Że niby skandal, że rewizjonizm, że neofaszyzm wręcz! No bo żeby twarz Hitlera na murach wyświetlać?

Byliśmy, widzieliśmy, uspokajamy. Cały pokaz to animacja, historia ostatnich kilkudziesięciu lat Berlina. Podana w skrócie i z humorem. Austriacki Kapral nie gra tu pierwszych skrzypiec, nie poświęcono mu nawet zbyt wiele czasu. Po prostu jest – wciśnięty gdzieś między kajzera Wilhelma, Wujaszka Joe, Churchilla, Kennedy’ego, Honeckera, Gorbiego i jeszcze kilka innych person. Jest, bo czemuż by udawać, że nie odcisnął swego piętna na dziejach Miasta? Zamiast się bulwersować, lepiej wyrazić dla autorów iluminacji uznanie dla finezji, z jaką poradzili sobie z zakazem prezentowania znaku hakenkreuza. A jeszcze lepiej popatrzeć sobie na Davida Hasselhoffa, fikającego na cześć upadku Muru.

berlinleuchtetaberlinleuchtetbberlinleuchtetcberlinleuchtetdberlinleuchteteberlinleuchtetfberlinleuchtetg

Uwaga: Oświetlenie Berlina w ramach akcji Berlin leuchtet można oglądać jeszcze do 16 października; codziennie od godziny 19 do 24.

Lorenzo da Ponte (2) Tułaczka

Lech Milewski

Kara

Rok 1776 – Lorenzo utracił pracę w Treviso – przeniósł się do Padwy.
Odetchnąłem z ulgą. Na początku poprzedniego wpisu wyrażałem wątpliwości, czy Lorenzo da Ponte mógł mieć kwalifikacje do pisania o grzechu czy rozpuście. Po zapoznaniu się z faktami wykrzyknąłem – ma, aż nadto, dosyć tego, basta!
Zagłębiłem się ponownie w materiałach źródłowych, oczekując, że teraz znajdę informacje o karze – drugiej połowie kwalifikacji autora libretta do opery z podtytułem rozpusta ukarana.

Oto co znalazłem –

Padwa (to nadal Republika Wenecka)

Najmłodszy brat Lorenzo, Luigi, studiował tu medycynę. Był to bardzo trudny okres. Mimo bardzo skromnych oszczędności Lorenzo starał się utrzymywać wysoki standard życia. Większość czasu spędzał w kawiarniach literackich, gdzie brylował w środowiskach literatów i intelektualistów. Budżet reperował wygranymi w domino i warcaby.
Koło fortuny przekręciło się na dobrą stronę, gdy jego przyjaciel Mazzola załatwił mu posadę sekretarza u wysoko postawionej weneckiej rodziny Zaguri.

Wenecja

Da Ponte otrzymał również posadę nauczyciela w domu szlachetnie urodzonego Giorgio Pisani. Prócz powyższych zajęć pełnił oczywiście obowiązki kapłańskie – regularnie odprawiał msze w kościele św. Łukasza (San Luca) – KLIK.

Casanova

Od razu wpadł w wir kontaktów literackich. Z racji pracy u Giorgio Pisani zainteresował się również sprawami polityki.
W Wenecji spotkał się po raz pierwszy z Giacomo Casanovą.
Casanova znał i cenił twórczość poetycką da Ponte. On sam w tym okresie (miał 50 lat) wycofał się z aktywnego życia, publikował nieco, ale bez powodzenia, jego głównym źródłem utrzymania była regularna pensja wypłacana przez władze miasta za pisanie donosów o tym, co też usłyszał od swoich znajomych.

Przypuszczalny portret Casanovy, przypisywany Alessandro Longhi lub Pietro Longhi

Da Ponte zamieszkał w domu pani Laury Bellaudi. Mieszkał tam również jej syn Carlo z żoną Angiolettą. Lorenzo da Ponte nie wspomina o niej w swoich pamiętnikach, dotyczących tego okresu, dopiero dokumenty znalezione 150 lat później wyjaśniły tę sprawę.
W 1942 roku ukazał się artykuł La vera ragione della fuga di Lorenzo da Ponte da Venezia (Prawdziwe powody ucieczki Lorenzo da Pointe z Wenecji). Była to relacja oparta na protokołach zeznań świadków przed Esecutori contro la bestemmia – Trybunałem do spraw moralności. Trybunał działał na podstawie anonimowego donosu wrzuconego do paszczy lwa przed kościołem San Moise (św. Mojeżesz). To był wtedy przyjęty zwyczaj.

Z donosu, potwierdzonego później zeznaniami świadków, wynikało, że Lorenzo miał romans z piękną Angiolettą, mimo że była ona już w piątym miesiącu ciąży.
Carlo, mąż Angioletty, miał w tym okresie również romans i korzystał z usług da Ponte w przesyłaniu swojej kochance listów.
Pewnego razu, Lorenzo – oczywiście niechcący – zajrzał do listu i przeczytał, że Carlo obiecuje kochance, że aby się z nią na stałe połączyć, zabije własną żonę. Dobrą okazją będzie poród.
Lorenzo natychmiast powiadomił Angiolettę o niebezpieczeństwie, oboje uciekli z domu Bellaudi i przenieśli się do domu kuzyna Lorenzo. Tam nastąpił poród.

Następnego dnia kuzyn Lorenzo i położna zanieśli dziecko do domu ojca, Carla Bellaudi, ale ten odmówił jego przyjęcia i zostało oddane do zakładu dla podrzutków.
Istnieje uzasadnione podejrzenie, że ten list ze wzmianką o zamiarze morderstwa, został sfabrykowany przez Lorenzo, gdyż napisany jest poprawnym jezykiem, podczas gdy oryginalne listy Carla były pełne błędów.

Lorenzo wynajął mieszkanie, w którym zamieszkali razem. Wkrótce Angioletta ponownie zaszła z ciążę.
Mieszkania zmieniali dość często, przez pewien czas mieszkali w burdelu. Lorenzo nie wykazywał zazdrości z powodu swobodnych kontaktów Angioletty z klientami, mało tego – przygrywał gościom lokalu na skrzypcach – w sutannie, gdyż innego ubrania nie posiadał.
Sprawa była na tyle znana, że proboszcz kościoła św Łukasza zabronił Lorenzo odprawiania nabożeństw.

W czerwcu 1779 roku Lorenzo da Ponte stanął przed sądem.
Według niego przyczyną pozwu były jego poematy popierające Giorgio Pisani, który w tym czasie ostro atakował władze za korupcję. Poematy te były bardzo popularne zarówno w kołach artystycznychy jak i wśród pospólstwa. Władze, chcąc uniknąć oskarżenia o proces polityczny, postawiły mu zarzut niemoralnego życia.

W pamiętnikach Lorenzo bardzo szeroko rozpisuje się o działalności Giorgio Pisani. Wyrok wspomina wzmiankowo, jako główną przyczynę opuszczenia Wenecji podaje niechęć życia w mieście, które tak potraktowało człowieka formatu Giorgio Pisani.

Lorenzo z Angiolettą przenieśli się do Padwy gdzie urodziło im się dziecko – oddali je do zakładu dla podrzutków.

W grudniu 1779, ogłoszono wyrok – 15 lat banicji z Serenìsima Repùblica Vèneta. W przypadku przebywania na terenie Republiki 7 lat więzienia w celi bez światła.
Uzasadnienie wyroku – mala vita oraz rapto di donna honesta.

W momencie ogłaszania wyroku Lorenza już nie było na terenie Republiki, uciekł do miasta Gorizia – KLIK – obecnie we Włoszech, na granicy ze Słowenią, wtedy była to Austria.
Piękna choć lekkomyślna Angioletta nie pozostała długo w Padwie. Jej mąż Carlo zabrał ją do domu i żyli razem długo i szczęśliwie.

Angioletta pojawia się w pamietnikach Lorenzo da Ponte dopiero w relacji z wizyty we Włoszech 20 lat po opisywanych tu wydarzeniach. Wspomina o jej dramacie i odkryciu morderczego planu jej męża. Twierdzi, że pomógł jej znaleźć mieszkanie i odwiedzał ją często z bezinteresownej troski, w której pewnie był element idealistycznej miłości.

Gorizia

Gorizia

Austria pod srogimi rządami Marii Teresy była znacznie mniej tolerancyjna od Wenecji, szczególnie dla księży. Jednak pierwsza relacja Lorenzo z gospody, w której się zatrzymał była nastepująca:
Gospodyni była bardzo piękna, młoda, o dobrej cerze i żywym charakterze. Ubrana na sposób niemiecki: na głowie czepiec ze złotą lamówką, wokół alabastrowej szyi bogaty wenecki łańcuch zwijający się conajmniej trzydzieści razy i opadający zwojami na jej kusząco zakryty biust. Obcisły żakiet ze swawolną elegancją podkreślał jej zgrabną figurę a jedwabne pończochy zdążające do różowych bucików prezentowały pożądliwemu oku zgrabny kształt jej stóp.

Gorizia była bardzo dobrym miejscem. Niezbyt odległa od Wenecji, umożliwiała łatwy kontakt ze starymi przyjaciółmi. Miała bardzo dobry klimat, dzięki czemu była miejscem wypoczynku popularnym wśród Włoskich notabli. Według Lorenzo była miejscem gdzie erudycja i miłość do literatury były znacznie wyżej cenione niż pieniądze czy pozycja społeczna.
Była również od wielu lat uznanym centrum wydawniczym.

Da Ponte rzucił się w wir twórczości, publikował liczne wiersze, napisał dwie sztuki teatralne. Co istotne, zyskał sobie sympatię hrabiego Torriani, który zaoferował mu gościnę.
Od przejeżdżającego przez Gorizię przyjaciela, Caterino Mazzola, dowiedział się, że Giorgio Pisani został aresztowany.
Mazzola udawał się do Drezna, co skłoniło da Ponte do rozważań, czy by nie przenieść się do tego miasta o dużo większym potencjale niż Gorizia. Dziwnym trafem dwa miesiące później otrzymał z Drezna list zapraszający i wzmiankujący o posadzie na dworze Elektora Saksonii.
Liczni przyjaciele żegnali go bardzo serdecznie i szczodrze wspomogli listami polecającymi oraz pieniędzmi na drogę.
Po drodze zatrzymal się na kilka dni w Wiedniu, pogrążonym właśnie w żałobie po śmierci Marii Teresy (29 listopada 1780).
Bardzo użyteczny okazał się list polecający do księcia Cobelnz (sic), który przyjął go miło i dał mu w prezencie książkę z dołączonymi 100 florenami na dalszą drogę.

Drezno

Pierwsze kroki skierował do Mazzoli, który był bardzo zaskoczony tą wizytą. Na dworze elektorskim nie było żadnej wolnej posady, nie sposób było zidentyfikować autora listu otrzymanego przez Lorenzo.
Według niego była to zemsta jakiegoś wroga w Gorizia.

Mazzola zaoferował mu jednak gościnę, a da Ponte pomagał mu w licznych zadaniach pisarskich. Istotną ich część stanowiły libretta.
Mazzola wysoko oceniał prace Lorenzo i dziwił się, dlaczego dotąd nie zrobił kariery jako librecista. Według Lorenzo był to zawód podle opłacany przez dyrektorów oper, którzy wszystkie pieniądze przeznaczali na wynagrodzenie dla śpiewaków.
Współpracując z Mazzolą korzystał często z biblioteki włoskich sztuk teatralnych wykorzywanych w librettach operowych. W pamiętnikach pisze, że załamał ręce i poczuł ogromny wstyd, że włoska kultura wyprodukowała tak słabe dzieła.
Jeśli chodzi o same libretta to stwierdził, że dyrektorzy oper i kompozytorzy nie zwracają wiele uwagi na treść opery, całe zainteresowanie koncentrują na ariach. Często się zdarza, że na żądanie solisty tworzy się arię nie mającą żadnego związku z treścią sztuki. Podaje przykład śpiewaczki, która odniosła wielki sukces wykonaniem sceny szaleństwa. Gdy miała wystąpić w nowej operze, zażądała aby jej centralnym punktem była scena szaleństwa.

Dość szybko Lorenzo poczuł, że Mazzola nie jest zadowolony z jego pobytu w Dreźnie. Obawiał się, że da Ponte może łatwo stać się jego poważnym konkurentem.
Osobna sprawa to kolejna przygoda miłosna. Lorenzo poznał malarza, który miał żonę “chociaż około 40-tki to nadal bardzo piękną” oraz dwie córki Rosinę i Camilettę.
W obu śmiertelnie się zakochał – z wzajemnością. Jednocześnie flirtował z ich matką.
Tego było za dużo – matka postawiła mu ultimatum – musi wybrać jedną z córek. Ojciec był bardziej stanowczy – przyprowadził obie córki i polecił im pożegnać Lorenzo, gdyż już go więcej nie zobaczą.
Lorenzo zdołał jeszcze przekazać matce panien list pożegnalny: …pierwszy raz wymawiam to słowo – pokochałem je. Mam nadzieję, że te dwa ziemskie anioły i moje serce już nigdy nie pomyślą o miłości.
Nic dziwnego, że po takim przeżyciu Drezno go przygnębiało.

Wkrótce potem Mazzola, w formie żartu, przeczytał mu fragment listu, jaki otrzymał z Wenecji: …ten da Ponte przybył do Drezna żeby cię wysadzić ze stanowiska dworskiego poety. Przyjacielu strzeż się, ci da Pontowie są niebezpieczni o czym dobrze wiesz.

Żart czy nie, należało znaleźć nowe miejsce i wybór padł na Wiedeń.
Podobnie jak w Gorizia znowu został na drogę szczodrze wyposażony przez przyjaciół. Najważniejszy był jednak list polecający od Mazzoli do Antonio Salieri – kompozytora na cesarskim dworze:
Drogi Salieri,
…przedstawiam ci mego przyjaciela Lorenzo das Ponte, zrób dla niego wszystko co zrobiłbyś dla mnie. Jego serce i talent zasługują na to. Jest on – pars animae dimidium mea (połową mej duszy).

Ciąg dalszy nastąpi.

Kilka słów o pamiętnikach Lorenzo da Ponte. Rozpoczął pisanie ich w 1807 roku, ukończył w roku 1823 czyli 15 lat przed śmiercią. Opisuje w nich szczegółowo swoją twórczość, liczne kontakty w świecie artystycznym oraz niezliczoną ilość skierowanych przeciw niemu intryg.

Źródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard. Londyn 1929 rok
Sheila Hodges – Lorenzo da Ponte
Anthony Holden – The man who wrote Mozart

Stuart 9

Joanna Trümner

Wizyta siostry

Zgodnie z obietnicą Kate przyleciała do Wellington z wizytą do brata na początku lipca. Pierwszy wieczór w domu Stuarta minął na opowiadaniach o zdarzeniach kilkunastu miesięcy, które minęły od ich pożegnania na lotnisku w Londynie. Kate zasnęła ze zmęczenia w fotelu przed kominkiem, a brat długo jej się przyglądał, myśląc o tym, że wraz z nią na drugim końcu świata pojawiło się wspomnienie rodzinnego domu i dzieciństwa. Przenosząc siostrę do łóżka w pokoju, cieszył się, że ma w rodzinie osoby, z którymi naprawdę się rozumie. Ci sami rodzice i wspólne dzieciństwo wcale automatycznie nie muszą oznaczać, że ktoś jest nam naprawdę bliski, że lubimy go jako człowieka i chętnie spędzamy czas w jego towarzystwie. Wiedział, że ze swoją drugą siostrą – Eve nie potrafiłby spędzić nawet kilku godzin, a miesiąc pobytu Kate w Wellington na pewno minie w mgnieniu oka. Następnego dnia Kate zajęła miejsce w pierwszym rzędzie w teatrze i niecierpliwie czekała na początek spektaklu. Na widok siostry, obserwującej każdy jego krok na scenie, Stuart poczuł tremę, bał się, że popełni błąd. Kate nie zdawała sobie sprawy z niepewności brata, a wysoki poziom sprektaklu, którego nie spodziewała się po prowincjonalnym teatrze, bardzo ją zaskoczył. Wieczorem cały zespół spotkał się w restauracji przy teatrze. Kate znalazła się w centrum zainteresowania – członkowie zespołu z ciekawością słuchali jej dowcipnych opowiadań o pracy w szkole w Brighton, próbach zainteresowania młodzieży prawdziwą literaturą i filmami, podróżach po Europie i nowościach z Anglii.

Z okazji przyjazdu siostry Stuart wyprosił w teatrze tygodniowy urlop i rodzeństwo wybrało się na wycieczkę po Nowej Zelandii. Różnorodność krajobrazu – czynne wulkany, zielone łąki, na których pasły się owce, gorące źródła, delfiny i wieloryby, widziane podczas rejsu statkiem oczarowały Kate i Stuarta. „Warto było dla tej podróży zrezygnować z lata” – wypomniała bratu żartem Kate. Podczas wspólnej podróży Stuart poznał wszystkie nowości z Anglii, ślub Eve z Williamem w maju przyszłego roku. „Musisz przyjechać na ślub”, zdecydowanie stwierdziła Kate. „Wszystko już jest zaplanowane, nawet to, jak zostaną złożone serwetki podczas przyjęcia weselnego. W zasadzie ten ślub mógłby się odbyć nawet dzisiaj, ale niech William skorzysta jeszcze trochę z wolności” – śmiała się Kate, szukając w portfelu fotografii pierścionka zaręczynowego siostry.

W rodzinnym domu w Walton życie płynęło spokojniej i szczęśliwiej niż przed wyjazdem Stuarta – matka zaczęła malować piękne, pastelowe obrazy, a ojciec nauczył się lepiej organizować pracę w pubie, dzięki czemu rodzice mieli więcej czasu dla siebie. Kate odnosiła wrażenie, że dopiero teraz, po wyprowadzeniu się dzieci i załamaniu nerwowym matki, zaczęli poznawać się na nowo i przeżywać wspólnie drugą młodość. Co dwa, trzy miesiące ojciec zamykał na kilka dni pub i rodzice wyruszali w podróże do Szkocji albo Irlandii.

Stuart-senior i Brian mieli dosyć szybkiego tempa życia w Londynie, zamierzali sprzedać galerię i wyruszyć w podróż po świecie. Sama Kate nie wracała po letnich wakacji do szkoły w Brighton. Dzięki kontaktom przyjaciółki ze studiów udało jej się znaleźć pracę w British Council w Berlinie Zachodnim. Kate odwiedziła już to miasto i zachwyciła się jego atmosferą – podobnie jak Londyn Berlin ożywał nocą, na każdym rogu spotkało się kogoś, kto mówił po angielsku, a bogate życie teatralne i muzyczne tego miasta było dodatkowym powodem, dla którego zdecydowała się spędzić tam najbliższy rok. „Poza tym Niemcy sa zaskakująco przystojni”, zakończyła zagadkowo rozmowę o swoich planach.

Catherine

City girls just seem to find out early how to open doors with just a smile
A rich old man and she won’t have to worry, she’ll dress up all in lace and go in style
Late at night a big old house gets lonely, I guess ev’ry form of refuge has its price
And it breaks her heart to think her love is only given to a man with hands as cold as ice

Dziewczęta z miasta szybko uczą się otwierać drzwi swym uśmiechem,
Stary, bogaty mężczyzna i już nie będzie musiała się martwić
Zacznie nosić koronkowe sukienki i najmodniejsze ubrania.
Późną nocą wielki, stary dom pustoszeje, myślę, że ucieczka zawsze ma swoją cenę,
Na myśl o tym, że daje miłość mężczyźnie o rękach zimnych jak lód
Pęka jej serce

The Eagles „You cannot hide your lying eyes”

Catherine Chapelle z Montrealu była jedną z tancerek w Jesus Christ i jedyną francuskojęzyczną. Jej zbyt długie do wymówienia imię członkowie zespołu zmienili na Kate – Stuart znał więc teraz dwie Kate – siostrę i kochankę. Pełen błędów i ciężkiego franuskiego akcentu angielski, którym posługiwała się „Kate”, miał w sobie coś tajemniczego, a w połączeniu z jej urodą i pełnymi dystynkcji ruchami tancerki sprawiał, że mężczyźni nie mogli oderwać od niej wzroku. W zespole miała wielu adoratorów – nawet na ciemnej twarzy Louisa pojawiał się na jej widok czerwony rumieniec. Dlaczego wybrała Stuarta i została u niego na noc po jednej z party w jego domu? Jej scenariusz na życie nie przewidywał przecież miłości – zdawała sobie sprawę z tego, że uroda jest potencjałem, który trzeba jak najlepiej wykorzystać. Do dnia, w którym poznała Stuarta, z dużą konsekwencją realizowała ten plan na życie – plan, który nie był zresztą jej planem, lecz planem samotnie wychowującej ją matki, mającej za sobą długą historią nieudanych związków i rozczarowań.

Podczas kolacji po spektaklu Kate i Catherine bacznie się obserwowały. Już podczas tego pierwszego spotkania stało się jasne, że tych dwóch skrajnie różnych kobiet nigdy nie połączy przyjaźń ani sympatia. Rzucająca się w oczy uroda Catherine wywołała u Kate zazdrość. „Ładnym kobietom jest w życiu o wiele łatwiej. Wystarczy tylko, że się uśmiechną, albo ubiorą w krótką spódniczkę, a już otwierają się przed nimi drzwi”, pomyślała, podając rękę nowej przyjaciółce brata.

W liście do siostry, w którym Stuart napisał kilka linijek na temat końca swojego celibatu, napisał o Catherine „jest tancerką z Montrealu”. Nieraz później zastanawiał się nad tym, że nie potrafi o niej więcej powiedzieć – nie łączą ich ani wspólne zainteresowania ani światopogląd. Catherine szybko uczyła się angielskiego, wraz z ilością używanych przez nią słów, do Stuarta coraz bardziej docierało, że ma przed sobą osobę, która oprócz urody nie potrafi go niczym zafascynować. „Kate” była jak piękny obraz, który w miarę czasu nam się opatrzy i w którym nie potrafimy znaleźć nic nowego, albo jak słuchana dziesiątki razy piosenka, która już nie potrafi wywołać w nas nowej emocji. Tę prawdę o niej przyjął z pewną ulgą, wiedząc, że nowej kochance nigdy nie uda się tak bardzo zbliżyć do niego, żeby go zranić.

Nie zdawał sobie sprawy z tego, że odgrywa jedną z głównych ról w greckiej tragedii – tragedii o miłości dwóch mężczyzn do tej samej kobiety. Tragedii o walce starszego, bogatego mężczyzny o prawdopodobnie ostatnią miłość w swoim życiu i młodym kochanku, który z nim rywalizuje. Stuart dziwił się co prawda, że Catherine nie chciała afiszować się ich romansem przed zespołem. Na jej prośbę nie wtajemniczył w ich związek nawet Louisa. Wieczorami „Kate” wpadała do jego domu na kilka godzin, które kończyły się w sypialni Stuarta, nigdy nie planowali wspólnych wyjazdów, a wspólne śniadania zdarzały się bardzo rzadko. W któryś z wieczorów, kiedy za oknami domu szalał wiatr, a przytulony do „Kate” Stuart wpatrywał się w palący się kominek, na chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że ich związek przypomina związek z mężatką, która za kilka godzin wróci do męża i dzieci.

Jack, który sprowadził Stuarta z Sydney do Wellington, był głową całego teatru. Po śmierci żony i wyprowadzeniu się dzieci skoncentrował się jeszcze bardziej na pracy i nie szukał nowego związku. Jego zapatrzenie w Catherine zaskoczyło go samego, nie myślał, że jeszcze potrafi się zakochać. Nie był naiwny – wiedział, czego kobieta o tyle lat od niego młodsza, oczekuje od związku z nim, ale nie potrafił poradzić sobie z rosnącą fascynacją – szczęśliwy, że w ogóle coś jeszcze czuje, nawet jeżeli to uczucie często było tylko bólem zazdrości. Domyślał się, co połączyło „Kate” z Stuartem, i próbował odsunąć go od niej. Zorganizował serię występów zespołu w Nowej Zelandii, pozostawiając tancerzy w Wellington. „Są potrzebni do kolejnego projektu” – tym razem był to musical Hair, w którym Stuart nie dostanie żadnej roli. Jego pobyt w Nowej Zelandii dobiegał końca.

Cdn

Śniadanie literackie: Proust i Żukrowski

Ewa Maria Slaska

Śniadania reloaded

Temat śniadania omawiałam już kilkakrotnie, ale teraz wrócił do mnie wzmocniony o siłę zdumienia, że oto było śniadanie, o którym w ogóle nie pamiętałam, śniadanie u pana Śniadanko w Porwaniu w Tiutiurlistanie Wojciecha Żukrowskiego. Oto uboczne korzyści płynące z wieczornego czytania wnukowi przed zaśnięciem.

Następnego dnia koleżanka podarowała mi torbę jabłek z ogrodu, a ja, wracając do domu, zerwałam jeszcze z przydrożnych krzaków kilka pigw, widomy znak, że nadszedł czas jesiennych obowiązków smażenia, wekowania i zaprawiania. Bo latem to właściwie nic nie robię, poza suszeniem grzybów i produkcją ogórków małosolnych, ale jako człowiek jesienny uwielbiam jesienne gromadzenie zapasów. Zrobiłam więc galaretę z pigwy i jabłek, która ma tak piękny kolor, że już się cieszę na najbliższe jesienne śniadanie. Grzanka, lekko przyrumieniona, ociekająca masłem i galaretką…

quitten-geleeKolejnym wezwaniem do powrotu do tematu śniadań była informacja od naszego blogodawcy-darczyńcy. Word Press zakomunikował mi, że nieznana mi osobiście margot2you zreblogowała wpis Pani, służąca i kot. Zajrzałam więc, żeby zobaczyć, co tam było (nawet ciekawie było) i znalazłam też proustowskie śniadanie.

W stronę Swanna. Mały Marcel Proust spędza z rodzicami lato u Cioci Leonii w Combray. To to lato, które zaczyna całą książkę, cały siedmiotomowy cykl.  Przez długi czas kładłem się spać wcześnie:

… przesunięcie śniadania dawało zresztą sobocie w oczach nas wszystkich fizjognomię niezwykłą, wakacyjną i dość sympatyczną. W porze gdy zazwyczaj ma się jeszcze godzinę przed niespodzianką posiłku, w sobotę człowiek wiedział, że za kilka minut ujrzy, jak się zjawiają przedwczesne salsefie, protekcyjny omlet, niezasłużony befsztyk. Powrót tej asymetrycznej soboty był jednym z owych drobnych wydarzeń wewnętrznych, lokalnych, prawie społecznych, które w spokojnym życiu i w zamkniętym kółku tworzą rodzaj narodowego węzła i stają się ulubionym przedmiotem rozmów, żartów, opowiadań, przesadzonych do woli; byłby gotowym jądrem dla legendarnego cyklu, gdyby ktoś z nas miał zmysł epiczny. Od rana, zanimśmy się ubrali, bez przyczyny, dla rozkoszy odczuwania siły solidarności jedni mówili do drugich wesoło, kordialnie, patriotycznie: „Nie ma czasu do stracenia, pamiętajmy, że to sobota!” Ciocia naradzając się z Franciszką i myśląc, że dzień będzie dłuższy niż zazwyczaj, powiadała: „Możebyś im upiekła ładny kawałek cielęciny, skoro to sobota.”

Salsefia… jak rzadko jadamy salsefię czyli skorzonerę, jadłam ją ostatni raz kilka lat temu, trzeba by kupić i sprawdzić, co Francuzi z nią robią. Ale jest 5 nad ranem, znowu nie mogę spać i nie pójdę przecież o tej barbarzyńskiej porze do sklepu po salsefię. Zaraz poszukam śniadanka księżniczki Wiolinki porwanej przez paskudnego Cygana Nagniotka, ale właśnie uwolnionej przez koguta, kocura i lisicę. I już zapowiadam, że nabrałam apetytu i temat śniadań będzie powracał.

Przed nimi było wzgórze, które półkolem obiegała droga podobna do białego strumienia. Na szczycie wśród gąszczu słoneczników stała gospoda „Pod śledzikiem”. Dym bil prościutko do nieba. Ktoś w białej czapce kucharskiej wyszedł przed dom i błyskał tacą, wysypując okruszyny dla wróbli. Potem, przysłoniwszy oczy dłonią, długo patrzył w stronę granicy.
– Skądże ja te strony znam? – zmarszczył brwi kogut. – Ach – puknął się w czoło – przecież to gospoda pana Śniadanko, który tam ku nam kiwa ręką!
Królewna już zbiegała ze stoku.
– Śniadanko! – wołała, klaszcząc rączkami – Śniadanko, dawaj śniadanko!
Za nią sunęli wierni towarzysze. (…)
– Któż za to będzie płacił? – troskał się kogut.
– O co się trapisz, Sknero? – szturchnęła go Wiolinka. – Pierwszy goniec z dworu mego ojca, gdy tu zawita, ciśnie mu złota kiesę.
– Ha, jeżeli tak, to spożywajmy dary Boże…
I zaczęli wsuwać dziwnie pomieszane dania, tak jak je przynoszono według kaprysów królewny. Czekoladę z pianką, kruche ciasteczka z galaretką złotawego agrestu, parówki w srebrnym naczyniu, którego lustrzana pokrywa zamglona była od wonnej pary, pierogi z czereśniami i bitą śmietaną, karpia smażonego, nad którym mruczał z rozkoszy Mysibrat, wyciagając delikatnie ości, w końcu wodę sodową z sokiem, która kłuła jakby szpileczkami w nosie – no i owoce, wielkie gruchy, których całe ćwiartki rozpływały się po prostu w ustach, tając i ociekając strugami słodkiego soku.
Obsługa w komplecie zebrała się półkolem, wpatrując się w ocalonych z podziwem i zachwytem. Wtem za oknami zaturkotalo, zagrzmiały na podjeździe kopyta. Drzwi otwarły się z trzaskiem. Jakiś rycerz, ciskając kapelusz z piórem na rogi jelenie wiszące nad kominem, krzyknął:
– Hej, gospodarzu, wina! A mocnego…
Otarł z potu czoło i wzdychając, jął sączyć wino z potężnego pucharu.
Jedna ze służących podbiegła i szepnęła coś do ucha oberżyście. Mysibrat strzygąc uchem dosłyszał tylko: „Z Blablacji” i „królewna”…
Już pan Śniadanko sunął ku niemu, zacierając pulchne rączki.
– Szanowny panie – zaczął – już nie potrzebujesz błądzić po drogach i poszukiwać królewny – rycerz podniósł zdumiony brwi – bo właśnie mamy zaszczyt gościć ją tutaj.
Zanim zdążył jednak otrzeć wino z wąsów, już oberżysta poskoczył i podsunął mu usłużnie długi karteluszek.
– Tu pozwalam sobie przedstawić rachuneczek za jej śniadanko. Szanowny pan pewnie zapłaci za królewnę i jej towarzyszy. To oczywiście drobiazg, mamy czas, ale ja tylko tak, dla porządku…

Leyana y sola 7

Kinga Szpuler

Rafael Alberti, Fragmentos del poema Toro en el mar, del poemario Entre el clavel y la espada (1939-1940)

Toro en el mar
(Elegía sobre un mapa perdido)

1

A aquel país se le venían diciendo
desde hace tanto tiempo.
Mírate y lo verás.
Tiene forma de toro
de piel de toro abierto,
tendido sobre el mar.
( De verde toro muerto )

3

Eras jardín de naranjas.
Huerta de mares abiertos.
Tiemblo de olivas y pámpanos,
los verdes cuernos.
Con pólvora te regaron.
Y fuiste toro de fuego.

4

Le están dando a este toro
pastos amargos,
yerbas con sustancia de muertos,
negras hieles
y clara sangre ingenua de soldado.¡Ay, qué mala comida para este toro verde,
acostumbrado a las libres dehesas y a los ríos,
para este toro a quien la mar y el cielo
eran aún pequeños como establo!

(Alberti, 1990: 65)

Byk na morzu
(Elegia o straconej mapie)

1

Tak mówią temu krajowi,
mówili zawsze, od lat:
Spójrz na siebie, a zobaczysz.
Twój kontur to byka kształt
to kształt skóry z byka zdartej,
skóry na morzu leżącej
rozciągniętej tam na płask.
(Zielony to byk, byk martwy)

3

Byłeś gajem pomarańczy
i ogrodem mórz swobodnych.
Oliwkami, winoroślą
drżały twe zielone rogi.
Proch strzelniczy cię osypał.
I stałeś się bykiem z ogni.

4

Wciąż dają temu bykowi
pokarmy gorzkie:
trawy z ciał martwych wyrosłe,
żółci czarną gorycz,
krew żołnierzy, jasną i prostą.Jakże to smutna pasza dla byka z zieleni,
który przywykł do pastwisk i do rzek rozległych;
dla tego byka, któremu bezmiar mórz, nieba ogrom
nazbyt ciasną były oborą.

(Alberti 1986: 230)

El ciclo Entre el clavel y la espada es la primera obra escrita por Rafael Alberti en el exilio. El poeta fue forzado a abandonar su país a principios del año 1939. Primero se fue a París y un año más tarde a Buenos Aires en Argentina. Las circunstancias políticas, es decir, la dictadura de Franco, la Guerra Civil y la muerte trágica de Federico García Lorca, le indujeron a desamparar España. Entendemos bien sus motivos: la amargura, el temor y la falta de esperanza. Todo esto lo encontramos en el poemario mencionado. Toro en el mar es una parte del ciclo, contiene 29 fragmentos cortos de diferentes longitudes, escritos en versos libres, que crean un comentario muy crítico sobre España: su pasado, presente y futuro. En este trabajo vamos a analizar tres fragmentos del texto.

Ya el título nos sugiere el tema del poema, es una metáfora en la que se compara España con el toro. Podemos decir que en esta figura retórica se esconde la dominante semántica de la obra. Observamos y juzgamos a España como un ser vivo y consciente, con todas sus ventajas y desventajas. Este es un motivo muy conocido en la cultura española y evidentemente produce una serie de asociaciones; es un animal peligroso, imprevisible y el protagonista de la corrida, una fiesta cruel y llena de sangre.

La primera parte cuenta siete versos, incluso uno en paréntesis. El número de las sílabas varía de siete a doce. El autor constata que España parece un toro, es como un cuero taurino encontrándose en el mar. Es verde y el color simboliza la muerte. El autor cambia el objeto al que se dirige, una vez a los lectores y otra vez a su país. Quizás esté pensando en voz alta y hable con si mismo.

En la parte número tres, vemos solo dos estrofas: una de cuatro y una de dos versos. Alberti se dirige directamente al toro; habla sobre el pasado de España y las turbulencias dramáticas que ocurrieron en el país. Para lograr un efecto más intenso, usa una metáfora muy plástica: “Eras jardín de naranjas./ Huerta de mares abiertos.” Al leerlo nos imaginamos una tierra paradisíaca, tranquila y feliz. Con la imagen contrastan los dos últimos versos del fragmento que describen los cambios en la imagen del país: “Con pólvora te regaron./ Y fuiste toro de fuego.” La simbología es muy clara, o sea, en el país estalló la guerra y él cambió sus rasgos diametralmente.

En el cuarto fragmento hay dos estrofas, de cinco y de cuatro versos. La primera describe el presente de España. En el país sigue la guerra en la que hay muchas víctimas. Una vez más el poeta se sirve de una metáfora horripilante, aunque muy significativa: “Le están dando a este toro/ (…)/ yerbas con sustancia de muertos”. El país está impregnado de sangre de los soldados. En la última estrofa Alberti hace un comentario amargo hacia su patria: “¡Ay, qué mala comida para este toro verde”. Lo que ocurre en España es muy amargo y triste. Sin embargo, el poeta sabe las causas de la situación, las ve en su avidez y soberbia: “para este toro a quien la mar y el cielo/ eran aún pequeños como establo!”

Lo que se hace notar en la traducción polaca es un verso adicional en la primera parte del poema. No conocemos los motivos de esta decisión. Teniendo en cuenta el cuidado, la paciencia y el talento con los que Irena Kuran-Bogucka realizaba su trabajo, tenemos que creer que tenía sus razones. Sin embargo, esto lo podemos definir como un incumplimiento de las reglas de traducción. Por otro lado, tenemos que admitir que la versión polaca, generalmente, da una impresión muy buena.

Al leer el poema en voz alta observamos una mayor regularidad de los versos, es decir, hay más versos octosílabos (en el texto español hay ocho y en polaco catorce). El texto original está escrito en versos libres, por eso no podemos definir cuántas sílabas en la traducción son correctas. Evidentemente, la traductora tiende a la forma más normalizada. Una vez más tenemos que apreciar su capacidad para ponerse en el lugar del sujeto lírico y parafrasear lo escrito con palabras muy afortunadas. Sobre todo los epítetos hacen una buena impresión: “gaj pomarańczy; ogród mórz swobodnych; trawy z ciał martwych wyrosłe; krew żołnierzy, jasna prosta; smutna pasza”. No solo leemos el texto, nos lo imaginamos, vemos las escenas y los paisajes. En la introducción de la antología polaca leemos las palabras de la traductora:

Esta parte presenta la imagen del país atormentado, muriendo, hundiéndose. Presenta todo el terror de la guerra, de los tiempos de los que el poeta aún demasiado se había acordado. Ahora quiere describirlo, salvarlo del olvido, para que se grabe en la memoria de sus compañeros en la miseria, para que llegue a los que no lo habían conocido. (Alberti 1986: 50) [traducción propia]

Silly Billy 2: anonimowe efekty plądrowania

For Ania and Joanna. With love…

katze-muss-ja-auch-kein-brief-sein

My birthday postcard

Ewa Maria Slaska

Wyjaśnienie dzisiejszego wpisu znalazło się tu na blogu już tydzień temu. Dziś prezentuję tylko efekty plądrowania waszych zasobów fotograficznych, zdjęcia są marne, domarniłam je jeszcze, usuwając Wasze twarze lub inne istotne elementy Waszej tożsamości. Ale ten post to nie konkurs piękności, tylko apel: Przysyłajcie nam Wasze zdjęcia Billy!

Wir sammeln Billy-Fotos. Schicke uns eure Fotos zu!

We collect the fotographies of Billy in your flats or somewhere! Please send us your own pics! 

At the end of this post you will find two pieces of art with Billy. Yeahhhh!

natasza inga

joannabilly jenneke gosiac

christiane jan jacek

kajabilly kajakawiarnia

nadiezda julkasrazembilly piotrbratkowski przemyslawlipiec radek

A piece of art 1.

sylwiak

And a piece of art 2 – music: Jennifer Rostock Wahl AfD:

Za tydzień – wreszcie – to, o co chodziło – Billy nadesłane przez Was…

Verlorene Mühe

Ewa Maria Slaska

… einer Beschwerdeschreiberin

Im letzten Jahr oder so schrieb ich vier Mal Beschwerdemails an verschiedene Institutionen bzw. Einrichtungen in Berlin, darunter zweimal zu verschiedenen Anlässen an die BVG.

Alle meine vier Beschwerden schienen mir ziemlich wichtig zu sein. Sonst hätte ich sie nicht geschrieben.

Einmal hat man mir beantwortet, es hat aber gar nichts gebracht, dreimal passierte gar nichts. Also hier mein öffentlicher Appell an alle Institutionen des öffentlichen Lebens. Macht uns nicht vor, dass ihr euch um uns kümmert. Ihr tut es nicht. So einfach ist es.

Die Beschwerde Nummer 1 war die wichtigste. Ist auch die einzige, wo man mir antwortete. Am 6. Mai 2015 fuhren wir gegen 20 Uhr mit meinem Enkelsohn im ersten Wagen der U-Bahn Linie 1. Der Wagen war voll und gerade am Abfahren am Schlesischen Tor, als jemand in das Wageninnere eine Hustenbombe warf, wobei wir alle sofort zu husten begannen. Dank Initiative eines großen starken Mannes, wurde die erste Tür des Wagens gewaltsam geöffnet. Die U-Bahn wurde zwangsläufig gestoppt und wir alle könnten weglaufen. So schnell wie möglich. Ich war mit einem Kind da und nur seine Sicherheit war mir wichtig. Vielleicht ging es uns allen so.

Ich habe in meiner Mail betont, dass sich alles im ersten Wagen abgespielt hatte und wir durch die erste Tür weggelaufen sind. Und dass mit unserer Aktion der Zug gestoppt wurde, der schon im Begriff war, abzufahren. Diese drei Tatsachen MÜSSTEN die Aufmerksamkeit des Fahrers an sich ziehen. Ich habe auch genaue Uhrzeit genannt, wann es passiert ist – in der Annahme, dass man damit den Fahrer sofort identifizieren wird.

Na ja…

Und so war die Antwort:

Sehr geehrte Frau Bogucka-Slaska,

vielen Dank für Ihre E-Mail vom 06.05.2015.

Sie berichteten uns, dass in einem unserer Züge der U-Bahnlinie U1 eine chemische Substanz ausgeschüttet worden sein soll, die bei Ihnen und anderen Fahrgäste eine Atemnot und Husten ausgelöst hätten. Sie kritisieren, dass der Fahrer des Zuges nicht eingriff, sondern einfach weiter fuhr.

Es ist uns wichtig, dass unsere Fahrgäste gefahrenlos mit unseren Verkehrsmitteln fahren können. Daher werden unsere Fahrzeuge und Betriebsanlagen regelmäßig gewartet, inspiziert und gesäubert. Wenn in einem Fahrzeug wie der U-Bahn eine Verschmutzung auftritt, kann das Fahrpersonal dies nicht immer umgehend wahrnehmen. Wir sind daher hier auf die Hilfe unserer Fahrgäste angewiesen. Da Sie von einer offenbar gefährlichen chemischen Substanz sprachen, haben wir drei in Frage kommende Zugfahrerinnen und Zugfahrer ermittelt und zum Sachverhalt befragt.

Keiner der befragten Kollegen konnte sachdienliche Angaben zum Vorfall machen. Eine Überprüfung der Aufzeichnungen der Betriebsleitstelle U-Bahn ergab ebenfalls keine Hinweise. Daher war auch ein Sichern von Videodaten nicht möglich. Uns verwundert, dass weder Sie noch andere Fahrgäste sich beim Fahrer gemeldet haben. Zudem haben wir außer Ihrer Eingabe keine weiteren Beschwerden über diesen Vorfall erhalten. Wir können uns daher den Sachverhalt nicht erklären und diesen auch nicht aufklären.

Obwohl wir Ihrem Wunsch nicht entsprechen können, freuen wir uns, Sie auch weiterhin als Fahrgast in unseren Verkehrsmitteln zu begrüßen.

Mit freundlichen Grüßen

Stephanie König
Berliner Verkehrsbetriebe (BVG)
Kundenservice FVS-B2 (IPLZ 43431)
Telefon: +49 30 19 449
Telefax: +49 30 256-49256
Mail: info@bvg.de

Also, man kann niemandem identifizieren, keiner weißt was und wir sollten uns selber darum kümmern, dass sich der Fahrer um uns kümmert… Danke BVG! Dies erinnerte mich an eine dramatische Situation in meinem Leben in Berlin. Jemand ist in meine Wohnung eingebrochen und erzählte mir, mich umbringen zu wollen. Nach Stunden habe ich es geschaft, ihn aus meiner Wohnung auszuschmeißen. Die Polizeit tat wenig, bis ich selber mit meinen Nachbarn entdeckt habe, dass der Einbrecher im Gartenhaus bei uns wohnt. Wir haben ihn der Polizei ausgeliefert, die mit ihm sprach und frei ließ. Ich rief die Polizei an und fragte, was es soll: Wer wird sich jetzt in solcher Situation um mich kümmern? Die Antwort war klar: Ihre Sicherheit, Frau Slaska, ist ihre Sache.

Na klar.

Jetzt lerne ich noch etwas dazu: Ihre Beschwerde, Frau Slaska, ist ihre Sache. Ich brauchte aber noch drei Beschwerden, bis ich es kapiert habe.

Die Beschwerde Nummer 2 ging auch an die BVG. Ich klagte, dass man in der U-Bahn eine neue Chemikalie anwendet (billigere Putzmittel?), die in mir eine sofortige Allergie hervorruft. Ich steige in die U-Bahn ein und beginne sofort zu niesen.

So…

Die Beschwerde Nummer 3 betraf ebenfalls Allergie und ging an Möbel Kraft. Ich kaufte einen neuen Schreibtischsessel… Es dauerte eine Woche bis ich entdeckt hatte, dass er meine plötzlich auftretende nächtliche Allergieanfälle verursacht hatte… Ich schrieb Möbel Kraft an, die Antwort… na ja, Sie ahnen schon…

Oder…

Und endlich etwas, was mit der Kultur und nicht mit meinem allergisch empfindsamen Wesen zu tun hat. Meine Beschwerde Nummer 4, eine Mail an Kino Kunst66, abgeschickt am 30. Juli bezeugt dafür meine soziale Empfindlichkeit.

Meine Lieben Damen und Herren vom Kino Filmkunst66

Ich war heute bei Ihnen mit insgesamt 8 Freunden und möchte mich beschweren.
Wir kamen in zwei Gruppen, um den Film Mit Jacqueline unterwegs zu sehen. Zuerst ich mit 4 Personen und dann weitere 4.
In meiner Gruppe waren 2 erwachsene Frauen (beide mit Berlin Pass) und 3 Kinder. Ausser mir waren alle aus der Gruppe Flüchtlinge. Und ich – Rentnerin.
Ihr Mitarbeiter verweigerte uns jedwede Ermäßigung mit der Erklärung, es ist Wochenend und am Wochenend gelten keine ermäßigten Preise.
Ich habe jedoch damit gerechnet, dass wir weniger zahlen und mir fehlte, bei so großem Ticketeinkauf sage und schreibe 2,5 €!
Ich versuchte zu erklären, dass es Kinder sind, Flüchtlinge, Berlinpass, ich dazu noch Rentnerin… Zig Gründe um Ermäßigung zu bekommen. Es wären dann 5 € weniger und mein Geld hätte gereicht, weil ich den Tag mit meinen Schützlingen sehr sorgfältig, auch finanziell, geplant habe…
Ihr Mitarbeiter zeigte sich nicht bereit, um ein Deut von dem Preis abzutreten. Es “rettete mich” die Flüchtlingsfrau, die diese fehlende 2,5 € bezahlt hat.
Und jetzt: abgesehen von alledem, was ich hier geschrieben habe, bemerken Sie auch, dass:
1/ man kann bei Euch nicht mit der Karte bezahlen!
und
2/ die Preistabelle auf Ihrer Internetseite ist keineswegs eindeutig – schauen Sie selber an. Wir haben alle verstanden, dass wir eine oder andere Ermäßigung auch heute bekommen.
Alles in allem: ich habe Ihnen heute 8 andere Kunden mitgebracht, und ich habe sowohl in meinem Blog als auch auf dem Facebook Werbung für Euch gemacht und ich bereue es sehr (obwohl ich den Film nach wie vor sehr gut finde!).

Mit freundlichen Grüßen

Ewa Maria Slaska
Bloggerin und FlüchtlingsPatin
https://www.facebook.com/ewamariaslaska
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2016/07/30/nieulegla-krowa-czyli-porady-kulturalne-na-lato/

Und Danke für Eure Aufmerksamkeit!

fuckyou

Akcja „Złoty wagon”

Mieczysław Bonisławski

WERSJA OGŁOSZONA OFICJALNIE

Wagon gospodarczy numer Z-20.
Pod takich hasłem figurował wagon przewieziony do Zielonej Góry w ewidencji PKP S.A. Oddział Gospodarowania Nieruchomościami we Wrocławiu wiosną 2015 r. Przedtem miał numer 41 i był „domkiem campingowym”.
Według Pawła Mierosławskiego, Andrzeja Paszke i Ryszarda Wiśniewskiego, członków komisji Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Kolei, dokonujących oględzin wagonów w Ośrodku Wczasów Wagonowych PKP w Szczawnie Zdroju w dniu 12 czerwca 1992 r., wagony pełniły rolę „domków campingowych”.
Jak czytamy dalej w protokole, wagony nie miały już wtedy tabliczek firmowych i inwentarzowych, co uniemożliwiało ustalenie ich pochodzenia lub wytwórcy. „Według twierdzenia pracowników ośrodka” – czytamy dalej – „tabliczki zdjęto i zabrano jakoby na polecenie Muzeum Kolejnictwa na początku lat osiemdziesiątych”.
Jesienią 2015 roku dotarliśmy do jednego z członków komisji.
– Czytałem, że w 1992 podczas sporządzania opracowania, rozmawialiście z pracownikami, którzy wspomnieli, że pewne elementy wagonów zabrało Muzeum Kolejnictwa – zwróciłem się do Pawła Mierosławskiego.
– Nie rozmawialiśmy z żadnymi pracownikami – odpowiedział po ponad 23 latach od powstania wpisu w protokole członek komisji PSMK – O sprawie dowiedzieliśmy się w Muzeum. W gablotce wisiała kartka z informacją, że eksponowane tabliczki pochodzą m.in. ze Szczawna i Jedliny.
– Może Pan przybliżyć mi okres kiedy wisiała ta kartka w gablocie w Muzeum Kolejnictwa w Warszawie i przy okazji jakiej wystawy była ta gablota?
– Jakieś 15-20 lat temu widziałem wystawę tabliczek w Sochaczewie [filia Muzeum Kolejowego w Warszawie].
A oto jak opisano w protokole „domek nr 41”
Wagon towarowy, dwuosiowy, kryty, konstrukcji stalowej z oszalowaniem drewnianym. Konstrukcja francuska – wagon budowany na zamówienie w Kanadzie w okresie I wojny światowej.
Zestawy kołowe: szprychowy składany i oryginalny talerzowy. Maźnice typu „Nord”. Układ cięgłowo-zderzny kompletny. Stalowa konstrukcja pudła zachowana w stanie dobrym poza zastrzałami (jeden przecięty – brak płaskownika, drugi uzupełniony). Oszalowanie łatane. Wagon oryginalnie nie miał zasuw ładunkowych. W oszalowaniu ściany bocznej wycięte okno – przecięty zastrzał. Brak drzwi suwanych.
Producent: National Stell Car & Co Canada
Numer fabryczny: 207
Rok produkcji: 1915
Pochodzenie: kolej Nord
Seria i numer: nieznane
Podobny opis znajdujemy w załączniku do decyzji z dnia 22 marca 1993 roku Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Wałbrzychu, Andrzeja Kubika w sprawie wpisania dobra kultury do rejestru zabytków. Wagon Z-20 [domek nr 41] został doń wpisany decyzją nr 766/487/1-29. Obecnie, dzięki pomocy i zrozumieniu tematu przez wojewódzkiego lubuskiego konserwatora zabytków, Barbarę Belinis-Kopeć, wagon czeka na wpis do rejestru zabytków województwa lubuskiego, co pozwoli pozyskiwać na miejscu dodatkowe środki na jego renowację. Znając nieszablonowe, bardzo otwarte podejście pani Barbary, jak ją wszyscy nazywają, do ochrony zabytków (vide pierwsze w Polsce spotkanie archeologów z eksploratorami) perełka techniki zalśni blaskiem już niebawem.
W dniu 26 czerwca 2015 w wyniku przetargu ogłoszonego przez Centralę PKP S.A. w Warszawie, wagon kupiło Polskie Towarzystwo Krajoznawcze dla Muzeum Kolei Szprotawskiej w Zielonej Górze. Niewątpliwie udało się go odkupić do Muzeum, dzięki bardzo ważnej decyzji PKP o dopuszczeniu do przetargu tylko oferentów mogących wykazać się działaniami na rzecz ochrony zabytków. Zablokowało to jego zakup przez przedsiębiorców wykupujących do tej pory większość starego taboru w celu odsprzedaży z zyskiem na złom. W dniu 17 września 2015 r. wagon został przejęty przez Sławomira Fedorowicza i Mirosława Kłosińskiego i przewieziony do bazy ZGKiM przy ul. Zjednoczenia. Tu czeka na renowację i decyzję Marszałka i Konserwatora o wsparciu tej renowacji. Przewóz wagonu był połączony z przemieszczeniem innego, zabytkowego wagonu osobowego z Wałbrzycha do Jaworzyny (w ramach wzajemnej pomocy technicznej Muzeum zielonogórskiego i tego z Jaworzyny). Jego transport ulicami Wałbrzycha wywołał prawdziwą sensację i zainteresowanie mediów.
A co się działo z wagonem wcześniej? W Pikardii i Nord-Pas-de-Calais na francuskim „kleinbahnie” długo nie pojeździł. Z Francji został zabrany, zapewne jeszcze w trakcie wojny, jako łup przez Niemców, a potem, chyba w ramach reparacji wojennych (po kolejnej wojnie) – przekazano go do Polski. Paweł Mierosławski uważa, iż już w 1949 roku spoczął jako domek na wczasach wagonowych. W październiku 2015 r. w miesięczniku „Odkrywca”, na fali zainteresowania „złotym pociągiem”, znany eksplorator, autor i znawca regionu Dolnego Śląska, Tomasz Rzeczycki, opisał węzeł wałbrzyski, sporo miejsca poświęcając wczasowym wagonowym w Szczawnie. Według jego badań pierwszy turnus wczasów wagonowych ruszył tutaj jednak dopiero 1 czerwca 1956 roku a ostatni – w 1990 roku. Jak twierdzi Łukasz Romaniecki ze Stowarzyszenia Miłośników Kolei w Jaworzynie Śląskiej pod koniec lat 90 wagon przeciągnięto do stacji Wałbrzych-Szczawienko, a następnie do Jaworzyny Śląskiej. Tu, po 25 latach na kolejowym cmentarzu, doczekał swoistej reinkarnacji w 2015 roku.

Tyle wersja głoszona oficjalnie. A jak było naprawdę? Przypatrzmy się temu, co pomimo licznych i bardzo zaawansowanych operacyjnie prób ukrycia prawdy, udało się ustalić.

WERSJA PRAWDZIWA (SKRYWANA)

Była późna wiosna 2015 r.
Wyobraźmy sobie postmodernistyczny, prosty gmach zbudowany jakby z nałożonych na siebie klocków, bez okien i detali architektonicznych, stojący z boku osiedla kolorowych bloków mieszkalnych. Na dachu jeżą się pajęczyny anten telefonii, telewizji i wielu innych o nieodgadnionym przeznaczeniu. W niewielkiej, niewidocznej dla nie wprawionego oka przybudówce, przytulonej doń od strony parkingu i małego, zadrzewionego skwerku, w pomieszczeniu na I piętrze zadzwonił telefon. Jeden z kilku znajdujących się na zawalonym papierami biurku.
Mieczysław B. spojrzał na blat i oceniwszy na której linii będzie rozmowa niespiesznie, ale starannie zamknął drzwi. Przekręcił klucz w zamku i dopiero wtedy podniósł słuchawkę.
– Tak, słucham?
– Czy dodzwoniłem się do… Czy rozmawiam z panem B.?
– Tak, w czym mogę pomóc?
– Tu Mirosław K., przed laty współpracował pan z Urszulą M. w ZDZ. Ja też tam pracowałem i pamiętam pana… Nie wiem czy pan mnie kojarzy, ale to nieważne. Mieszkałem kiedyś przy Jaskółczej, za chłopaka czepiałem się wagonów, myszkowałem między torami, po garażach. To mnie fascynuje… Dobra robota… Chciałbym umówić się na spotkanie, musimy się koniecznie spotkać.
– W jakiejś konkretnej sprawie?
– Tak, opowiem jak się zobaczymy. Przekażę panu propozycję. To pana zainteresuje.
W ten sposób, pod koniec maja, doszło do spotkania, którego jeszcze miesiąc czy dwa wstecz nikt nie mógł się spodziewać. W drzwiach biura, opatrzonego napisami „Zarząd” i „Prezes”, stanął wysoki, szczupły mężczyzna o nieco ciemniejszej karnacji. Jego policzki pokrywał lekki, dwudniowy zarost, kruczoczarne włosy opadały na uszy i kark. Uroda przybyłego była taka, że gdyby nałożyć mu arafatkę lub biały turban, sprawiał by wrażenie rdzennego mieszkańca pustyni.
B. nie kojarzył go zupełnie. Nie speszyło to nieznajomego. K. odsunął sobie krzesło, usiadł, wyciągnął przed siebie brązowy, skórzany neseser ze złotymi okuciami i zamkami. Wiemy, że wzajemne poznawanie się obu panów nie trwało długo. Z uwagi na gorące, parne powietrze wokół obyło się nawet bez kawy i herbaty. B. wpisał prawdopodobnie od razu przekazany mu przez K. adres do wyszukiwarki google i z umiarkowanym zainteresowaniem oglądał zamieszczone w ogłoszeniu zdjęcia. Czy już wtedy rozmawiali o środkach niezbędnych do przeprowadzenia akcji, nie wiadomo. Czy B. dokonał wyboru jednej z czterech opcji, na które zwrócił mu uwagę K., czy nastąpiło to dopiero na kolejnym spotkaniu? O tym mieliśmy przekonać się dopiero za jakiś czas…

Czerwiec 2015. Wrocław. Siedziba dyrekcji kolejowej.
Zgodnie z przyjętym przeszło pół roku wcześniej harmonogramem, zatwierdzonym na wszystkich szczeblach, łącznie z centralą w Warszawie, ów dzień miał o wszystkim zadecydować. Potężny gmach z monumentalną kolumnadą wznoszącą się nad miastem stał się miejscem, gdzie kilkoro dopuszczonych do przeprowadzenia operacji ludzi, miało znacząco zmienić losy dziesiątków, a może nawet setek, jakże nie podobnych do nich, zupełnie inaczej myślących osób w całym kraju. Czy można było ich nazwać wybrańcami? Raczej nie, prędzej bezwolnymi wykonawcami woli powstałej daleko stąd i wymagającej od nich posłuszeństwa i ścisłego wykonywania instrukcji a nie zrozumienia lub osobistych emocji. Ich rozmowy zostały zapisane, ale stenogramy są opatrzone klauzulą poufności, a i oni sami woleliby, aby słów, jakie padły, nikt nie przypisywał do tych konkretnych ust, z których tego dnia wychodziły. Dlatego będziemy nazywać rozmówców Urzędnikami i ponumerujmy ich, począwszy od jedynki, a poszczególne zdania przytoczymy, oddając wiernie ich treść, ale na tyle zmienione, aby nikt nie zarzucił nam, iż wynosimy na zewnątrz świętą tajemnicę stenogramów.
– Przystępujemy do kolejnej sprawy – obwieściła Urzędniczka 1 i spojrzała po twarzach osób stojących wokół rozłożystego stołu. Na jego blacie leżały posegregowane na kupki zdjęcia, opisy, mapy i zaklejone koperty.
– Numer obecnej sprawy? – spytała Urzędniczka 2.
– Zet dwadzieścia – oznajmiła Jedynka po sprawdzeniu w segregatorze.
Wszyscy zaczęli przeglądać notatki. Urzędnik 3, który pierwszy się z tym uporał, spytał z samego końca stołu:
– Dodatkowe zabezpieczenia przedstawili wszyscy?
Jedynka poszperała w kopercie, którą przed chwilą otworzyła i potwierdziła, dodając:
– Żadni wszyscy. Jest tylko grupa Mieczysława B. I to dzięki K., wiecie…
Urzędnik 4, stojący obok Jedynki, przykrył zdecydowanym ruchem dłoni dokumenty i zgromił ją:
– Bez szczegółów. Jakieś pytania? – zwrócił się do pozostałych. Powiódł władczym wzrokiem po twarzach zebranych – A zatem, decydujemy…? – zawiesił znacząco głos, ale Urzędniczka 5, stojąca z nim twarz w twarz, po drugiej stronie stołu, wyłamała się z ogólnie przyjętej dyscypliny.
– Wprowadzenie dodatkowego zabezpieczenia, o którym wszyscy wiemy, zapewnia nam to, o czym tyle mówiono, ale w tym przypadku…
– Są jakieś wątpliwości do tej jednostki? – zdziwił się Czwórka i z nietajonym zarzutem zwrócił się do Jedynki – Wszystko miało być sprawdzone, zajmował się tym K., czyż nie tak? Co to ma znaczyć…?
Jedynka tylko rozłożyła ręce, ale szybko spuściła wzrok i nerwowo zaczęła przebierać w dokumentach.
– Wszystko jest w porządku… Zarejestrowali się… Są pieniądze… Zabezpieczenie… K. był zawsze wiarygodny!
Czwórka zdążył już opanować irytację. Spokojnie i rzeczowo zwrócił się z czytelnym żądaniem do pozostałych:
– Zastrzeżenia. Proszę, słucham.
– Te sprawy należały dotąd do jednostki Łukasza R, to jego obszar… – dosyć pewnie zaczęła Piątka, ale z każdym słowem jej odwaga słabła. Zakończyła prawie płaczliwie – Jest tym nadal zainteresowany…
– To odstąpi – zwięźle, rozkazującym tonem skwitował Czwórka – Ktoś jeszcze?
– Oni są niebezpieczni… – zaczęła dwójka.
– W jakim sensie? – zainteresował się Trójka.
– Niezdyscyplinowani… Mają swoje zdanie i metody… Nie osiągną celów…
Czwórka głośno uderzył w kopertę, leżącą przez Jedynką. Przykrył ją dłonią i odsunął na bok.
– To nie są nasze sprawy. Zet dwadzieścia dla Mieczysława B. A K. ma dalej się tym zajmować i przypilnować całości, tak aby nie stało się nic nieprzewidzianego. Odpowiada za to.

W połowie sierpnia po Wałbrzychu i okolicy rozniosła się wieść o odnalezieniu „złotego pociągu”. Z każdym dniem rozprzestrzeniała się ona po całej Polsce i Europie niczym fala potężnego wybuchu. Doszła i do Zielonej Góry. Zanim jednak opowiemy o pewnym, tajemniczym spotkaniu o zmroku, prześledźmy, jak doszło do zainteresowania się całego świata niewyraźnym zapisem georadaru, skierowanego w podnóża wzniesienia przy zamku Książ. Sekwencja zdarzeń, jakie nastąpiły, jest bowiem niezwykle wymowna i – jak się okaże – miała zasadniczy wpływ na dalsze losy grupy sterowanej z ukrycia przez Mirosława K.
Najpierw dwóch mężczyzn zgłosiło się do władz lokalnego szczebla. Było to dwóch znanych w środowisku poszukiwaczy skarbów, osobników o nieprzekonującej reputacji. Już samo to zestawienie daje wiele do myślenia. Nie dość, że poszukiwacze skarbów w tej części Europy są traktowani przez wszystkich – oprócz archeologów i urzędników ochrony zabytków – z przymrużeniem oka, jako nieszkodliwi dziwacy, to tutaj pojawili się dwaj ich przedstawiciele o nikłej wiarygodności nawet w ich wąskim środowisku. Do tego zgłosili się do administracji lokalnej, która w takich sprawach nigdy nie kieruje się profesjonalizmem, za to szybko sprowadza każdy temat wprost do poziomu kabaretu. Nie inaczej było i tutaj.
Błyskawicznie lokalni dziennikarze i urzędnicy skierowali opinię publiczną na manowce rozważań, sugerując, iż odkrywcy tajemnicy zwrócili się do władz wyłącznie w celu otrzymania jak najwyższej nagrody. Z drugiej strony zaczęto dość prymitywnie i nachalnie lansować Wałbrzych na współczesne Dawson City. Gdy zamieszanie dotarło wyżej, z Wrocławia i Warszawy pojawiły się pierwsze, konkretne pytania. Dotyczyły tego… ile też trzeba będzie tej nagrody wyasygnować? Aby to rozstrzygnąć, ktoś wpadł na pomysł, aby w końcu zapytać obu panów, co też takiego oni odkryli? Zadano pytanie z typu, skoro Wałbrzych to Dawson, to który strumień odgrywa rolę Klondike – Pełcznica czy Szczawnik?
I tutaj rozsypał się worek pełen niespodzianek. Odkrywcy pokazali profil z georadaru, na którym widzieli zasypany w tunelu pociąg pancerny. Zaraz zabrali głos Niemcy, twierdząc, iż jest to pociąg, który wiózł zimą 1945 roku walory ewakuowanych mieszkańców Festung Breslau i to, co się w nim znajduje, należy natychmiast oddać ich spadkobiercom. Wywołało to reakcję Rosjan, którzy znaleźli dowody na to, że w pociągu jest „Bursztynowa komnata” i inne zabytki zrabowane z radzieckich muzeów. Nie trzeba było też długo czekać na głos z okolic prawdziwej Klondike – amerykański Żydzi stwierdzili autorytatywnie, iż w pociągu są zrabowane dobra łódzkich Żydów zamordowanych w polskim obozie w Auschwitz i w związku z tym Polacy mają natychmiast odkopać pociąg i zaplombowany oddać przedstawicielom WJC. Zalesione stoki Wilka zaroiły się od amatorów skarbów, co wywołało reakcję władz. SOK i wojsko weszło do lasu i teoretycznie przejęło teren pod kontrolę. Zamieszanie sięgnęło zenitu. We wrześniu środkiem wałbrzyskiego rynku można było przejechać starymi wagonami, a spod zamku Książ wywozić tirami cokolwiek by się na nie załadowało. Nikt by już na to nie zwrócił uwagi, cóż najciemniej jest pod latarnią… Czyżby o to właśnie chodziło inspiratorom tego cyrku?
Wiele na to wskazuje. W październiku zaczęto wyciszać sprawę. Amerykanie, Rosjanie i Niemcy sami się wycofali, znikając po angielsku, jakby przeczuwali, że sprawę zakończono i nic już tu nie mają do roboty. Opinię publiczną starano się przestraszyć, a gdy to nie wyszło – zohydzić jej osoby odkrywców i temat skarbów, a pociągu zwłaszcza. Najpierw postraszono, iż odkrywcy nie tylko nie dostaną znaleźnego, ale czeka ich sąd za nielegalne użycie georadaru. Gdy społeczeństwo stanęło w ich obronie, zaczęła się nagonka na wszystkich amatorów mających georadary i wykrywacze metali. W mediach nastąpił wysyp historii o tym, jak to amatorzy, którzy wyprzedzili archeologów, niszczą bezcenne zabytki. Konserwator – nomen omen – z Zielonej Góry urządził konferencję, na której miano godzić „nielegalnych” z archeologami. Przypadkowa zbieżność miejsca? Znana z kilku wpadek przy ratowaniu zabytków techniki lubuska konserwator, tak zaaranżowała dobór referatów, że większość wystąpień dotyczyła negatywnych doświadczeń z „nielegalnymi”. Media zostały zaproszone akurat na tę cześć konferencji, zaś wtedy gdy „nielegalni” referowali swoje sukcesy, loże prasowe świeciły pustkami.
Faktem jest, że w listopadzie nagle wszystko ucichło. Jeden z ostatnich oficjalnych komunikatów w tej sprawie definitywnie stwierdzał, iż georadary potwierdziły istnienie tunelu, ale… pustego, nie było w nim żadnego pociągu! Nie to jest jednak naszym głównym tematem. Powróćmy zatem do Zielonej Góry i do pewnego wrześniowego wieczoru.

Wrzesień tego roku był w Zielonej Górze ciepły, ale w dniu, na który Mieczysław B. wyznaczył spotkanie swojej grupy, od rana siąpił deszcz. Zmrok zapadł więc dużo szybciej niż należało się tego spodziewać. Miejsce było dobrane starannie i przemyślanie. Niewielki plac między kilkoma ulicami zbiegającymi się wokół, położonego kawałek dalej, ronda był zadrzewiony, podczas gdy pusta panorama wokoło, dawała pełen wgląd na całą najbliższą okolicę. Dodatkowo w samym jego środku znajdowało się wysokie metalowe ogrodzenie. Do wewnątrz tej klatki można było dostać się tylko przez zamykaną na klucz furtkę. Do furtki zaś prowadził tylko jeden, wyłożony polbrukiem chodnik. Naokoło była grząska, pełna psich odchodów, potłuczonych butelek i zapadających się kęp trawy łąka. Wielkie tablice reklamowe, stojące z boku i z przodu skutecznie zasłaniały obserwatorowi z zewnątrz widok na wnętrze ogrodzenia. Można też było przykucnąć, chowając się w ten sposób za semafor lub tarczę ostrzegawczą. Zresztą klatka z semaforem nie była oświetlona. Latarnie stały dalej, przy ulicach i ścieżce rowerowej, tak że stojący w klatce przy semaforze pozostawał cały czas w ciemności, widząc za to doskonale, gdy ktoś zbliżał się ku niemu, idąc od strony światła.
Śmietnik, ławka, chodnik małego peronu pełen pierwszych opadłych liści i świeżych śmieci, a wreszcie wspomniany zabytkowy semafor i tarcza ostrzegawcza, przed rokiem uratowane przed złomiarzami w Kłobuczynie, doskonale tłumaczyły cel tego wieczornego spotkania. Nikt nie mógł niczego podejrzewać, zwłaszcza że B. przyniósł worki na śmieci z nadrukiem ZGKiM i kilka grabi, które ostentacyjnie oparł o oparcie ławki. Trzeba było być ślepym, albo zupełnie niedomyślnym, aby nie rozumieć co tu robi ta grupka mężczyzn…
– Masz tę wiertarkę? – nieco zirytowany Mieczysław B. przywitał Sławomira F. pytaniem zadanym w mało sympatycznym tonie. Ten ostatni wiedział, że się spóźnił, ale rozejrzał się wokół i wiedział już też i to, że nawet spóźniony, był pierwszy. To mu dodało otuchy.
– Mam, a ty masz kabel?
– Nie, mówiłeś, że popracujesz z akumulatora.
– Tak mówiłem, i tak spróbujemy.
F. rozłożył się z całym majdanem na ławce. Przesunął worki na śmieci i rękawice, w ich miejsce położył wiertarkę, jakieś kable, wiertła i klucze. Zaczął montować rozłożone elementy. Od strony piaszczystej, ślepej uliczki podszedł chodnikiem Szymon S. A z drugiej strony jeszcze Wojciech W. B. podał im rękawice i nakazał opróżnić kosz na śmieci. Bez słowa zajęli się robotą.
– Na kogoś jeszcze czekamy? – F. stanął obok kosza z gotową do działania wiertarką.
– Tak. Powinni jeszcze być Bartek i Mirek. Bez nich nie zaczynamy.
– Jasne.
S. i W. opróżnili kosz. Chwilę się mocowali, aby wyjąć go z metalowej obudowy. Nieskutecznie.
– Czekajcie, spróbuję powiercić w środku… – F. włożył wiertarkę do środka i próbował jakoś dostać się do dna. – Nic nie widzę, poza tym, nie wiem gdzie mogę robić te dziury? Nie chcę przewiercić się przez ramę.
Za jego plecami nagle pojawił się Mirosław K. Mimo ciemności, rozświetlanych tylko oddalonymi latarniami ulicznymi, widać było tę charakterystyczną różnicę karnacji, rysów, inne włosy.
– Jak chcesz wiercić, musisz to wyjąć. – ochoczo zabrał się do pomocy – Poświecę ci latarką, a ty szukaj śrub. Kosz musi być nimi przykręcony do ramy, dlatego nie wychodzi.
Chwilę trwało, zanim kosz znalazł się na zewnątrz, obok ławki. K. zostawił resztę roboty F. a sam podszedł do B.
– Co robicie?
– Przy ławce stoi kosz na śmieci, ale tak go skonstruowali, że jak pada deszcz, woda ścieka na jego dno. Dalej nie ma jak, bo brak jakichkolwiek otworów, więc zalega a śmieci gniją. Taki smród się roznosi, że nie da się wysiedzieć na ławce, czy oglądać semafora. Zrobimy dziury w jego dnie, aby deszczówka ściekała na ziemię…
K. pokiwał z aprobatą głową. Nie wiadomo, czy dla pomysłu z koszem, czy z uznaniem dla takiego kamuflażu. Przywitał się z Bartłomiejem G., który właśnie nadszedł. I z pozostałymi.
W. z G. stanęli obok F. by przytrzymać odwrócony do góry dnem kosz, w którego dnie F. zaczął wiercić otwory. S. rozłożył na płytach peronu zielony worek i przy pomocy grabi i łopaty zaczął napełniać go śmieciami, poprzednio bez ładu i składu napchanym do kosza.
B. wziął worek w ręce i trzymał tak, aby S. mógł go wygodnie napełniać. Jednocześnie zaczął rozmowę, dla której tutaj wszyscy tak naprawdę przyszli.
– Mirek, tak jak było umówione, przyszły czwartek?
– O ile nic się nie zmieni… Ja mam ten termin zarezerwowany i drugi, za dwa tygodnie.
– Nie możemy tak działać, ludzie mają pracę, rodziny. Nie mogą tego rzucić tak z godziny na godzinę. Musimy być odpowiednio wcześniej przygotowani. Co jeszcze nie jest załatwione?
– Wozy mam. Oba. Jak będzie trzeba pojadę swoim. Muszę tylko jeszcze zdobyć te szyny, na których umocujemy wagon. Założenie ich na lorę to moment, jeden, dwa dni. Nie wiem też jeszcze co z łączeniem naczepy…?
B. odwrócił się od K. w stronę F.
– Kontaktowałeś się z Łukaszem? Wszystko jest umówione i dograne co do godziny?
– Zaraz – F. obrócił kosz pod światło latarki. Niewielki blask sączył się przez pięć otworków. – Dobre, co? Chyba tak może być?
– Czy dzwoniłeś do Łukasza do Jaworzyny i czy ustaliłeś dokładnie godzinę w Wałbrzychu i godzinę w Jaworzynie?
– Tak dzwoniłem. Oni będą gotowi już środę i sami przygotują w Jaworzynie tak jak trzeba.
– Wolałbym przy tym być…
– Nie wiem czy to się uda…?
B. wrócił wzrokiem do K.
– Jak z pieniędzmi?
– Na razie wykładam ze swoich. Przydało by się tak z….
– Nie było tego w preliminarzu. Spisuj wydatki, jak będą jakieś dodatkowe pieniądze, to rozliczymy.
Z kolei zwrócił się do W. i S.
– Wy jesteście gotowi? Rozumiem, że jedziecie, ty Szymon weźmiesz swój samochód? Bartek, u ciebie nic się nie zmieniło…?
– Jeżeli to jest w tym zaplanowanym terminie, to ja jadę, ale jeżeli za dwa tygodnie to będę tylko tutaj na miejscu.
– Ja dokładnie odpowiem w poniedziałek, muszę zobaczyć jak u mnie w robocie…
– Ja, tak jak mówiłem, nie dam rady.
K. pokiwał z dezaprobatą głową. B. zdążył jednak wyprzedzić jego wybuch.
– Sam Łukasz z Mirkiem i Sławkiem nie dadzą rady. Uzgadnialiśmy coś panowie, co się dzieje?!
– Dobra, Łukasz będzie miał swoich ludzi, na Wałbrzych i Jaworzynę starczy, aby tylko chłopaki byli w Zielonej Górze. – spróbował rozładować atmosferę F. Chciał też w końcu podzielić się pomysłem, z którym przyszedł na to spotkanie – Wymyśliłem, że zrobimy sobie takie jaja. Przygotuj kartki z napisami, że to jest wagon ze „złotego pociągu” i tak przejedziemy przez cały Wałbrzych… Wyobrażacie sobie reakcję ludzi na ulicach?!
B. spojrzał z przerażeniem na K. Powstrzymał go jednak nieznacznym ruchem ręki, gdy ten chciał zaoponować.
– Jak ja ci mam te kartki przygotować, nie da się tego zrobić ładnie i dobrze… Zresztą po co nam kłopoty? A jak jakiś policjant czy SOKista da się nabrać i na poważnie nas zatrzyma? Co wtedy zrobisz?
K. jednak nie dał rady zmilczeć, musiał się wtrącić.
– Wóz będzie zgłoszony, ale nie wiem tak do końca, czy możemy jechać za dnia? Ja wprawdzie przejechałem całą trasę, sprawdziłem ją, wóz ma stałą zgodę od wojewody na gabaryty, ale chyba potrzeba jeszcze pilota i osobnej zgody na przejazd dzienny. Pilotem ostatecznie będzie ktoś z nas, ale nie możemy czekać do nocy, musimy wracać w dzień. Wóz musi jechać zaraz dalej, specjalnie biorę dodatkowego kierowcę, aby nie było przerwy. Do niczego nie jest nam potrzebne dodatkowe ryzyko.
– Nie to nie – mimo pozornej zgody F. był zdegustowany taką odpowiedzią. Aż gotował się w środku. Tradycyjnie szybko musiał zmienić temat, aby nie wybuchnąć – Dawajcie, zmienię ustawienia ramion semafora. Bo to rzeczywiście śmiesznie wygląda…
B. odetchnął z ulgą.
– Mówiłem tym, co dzwonili, że to nieregulaminowe ustawienie ramion, to tylko do czasu remontu mechanizmów. Chyba zrozumieli, ale jak możesz teraz przestawić je prawidłowo, to próbuj. Nie wiem tylko czy on zadziała?

Mam przed sobą egzemplarz Gazety Wrocławskiej z 23 września 2015 roku. Dużymi literami redakcja obwieszcza czytelnikom hiobową wieść: „Zabytkowy wagon wywieziony z Wałbrzycha”. Dalej czytamy m.in. „Wiozą złoty pociąg? – dopytywali mieszkańcy Wałbrzycha, widząc zabytkowy wagon przewożony na lawecie ulicami miasta. (…) Przewożenie wagonu trwało dwa dni. – Najpierw wagon trzeba było przeciągnąć po ziemi, a następnie obrócić o dziewięćdziesiąt stopni by ostatecznie przepchać pod wiaduktem kolejowym linii Wałbrzych Główny – Kłodzko Główne. Ustawienie było prostym zadaniem w porównaniu z przeciągnięciem wagonu pod wiaduktem kolejowym. Wiadukt ma wysokość 3.50 metra zaś wagon 3.80 metra. Trzeba więc było wykonać podkop w nawierzchni drogowej – opowiada Łukasz R. ze Stowarzyszenia Miłośników Kolei w Jaworzynie Śląskiej. Dopiero po pokonaniu wiaduktu, wagon mógł trafić na lawetę. (…) Stowarzyszenie Miłośników Kolei w Jaworzynie Śląskiej dotarło do fabrycznych rysunków wagonu. Wnętrze wagonu jest oryginalnie zachowane… Chcemy podziękować miłośnikom kolei z Zielonej Góry za pomoc…”
Piękny opis pracy poszukiwaczy „złotego pociągu”, nie przekazujący nic istotnego czytelnikom. Zresztą jedyny opis. Ktoś się chyba wychylił, chociaż starał się nie otwierać drzwi do tajemnicy szerzej niż było wolno. Może zresztą w ogóle nie było wolno? Bo nikt, nic więcej, nigdzie. Tylko ten jedyny przeciek. Kto za tym może stać? Odpowiedzi oczywiście nie należy szukać w mediach, gdyż i tak jej tam nie znajdziemy. Tej udzieli nam tajna relacja z pewnego spotkania, jakie miało miejsce już wtedy, gdy oficjalnie zakończono poszukiwania „złotego pociągu”. Rzecz jasna nic nie znajdując, bo nic nie było. Oficjalnie.

Grudzień. Zielona Góra.
Wysoki pagórek, zadrzewiony tylko w szczytowej partii, który pozwala dokładnie obserwować, czy nie zbliża się ktoś niepowołany, gdy tymczasem nikt z dołu nie jest w stanie dostrzec kogoś schowanego między drzewami na szczycie. Do tego szczyt jest ogrodzony metalową siatką. Wejść tam można tylko w tych miejscach, gdzie stara siatka uległa zniszczeniu. Powierzchnia wierzchołka zryta licznymi dołami, pomiędzy którymi walają się większe i mniejsze bloki betonu. Na samym środku parę stopni, prowadzących w dół, między betonowe ściany. Z ich poszarpanych brzegów wystają końcówki prętów zbrojeniowych. Wejście prowadzi gdzieś w głąb…
Paweł L. z uznaniem spoglądał na wdrapującą się do niego Martę P. Pulchniutka odkrywczyni parowozu T3 z Torunia wyglądała rzeczywiście apetycznie w swojej, sięgającej kolan, zimowej kurteczce, rozchełstanej tam gdzie akurat falowały solidne piersi. Dłonie L. ześlizgnęły się po rajstopach P., gdy chciał ją podsadzić, aby przeszła przez dziurę w ogrodzeniu. Potknął się, a kawał fajnej dziewczyny wpadł wprost na niego. Oboje sturlali się po schodach ku wejściu do podziemi.
Z tego co było dalej, dla sprawy istotne jest tylko to, że gdy stanęli w końcu w środku bunkra, przy niewielkim otworze strzelniczym, akurat wpadło przezeń światło zachodzącego słońca.
– Popatrz uważnie – instruował dziewczynę L. – W tym kierunku masz widok na wzgórze w którym zarył ten meteoryt, o którym mówiłem. Ta góra, nazywa się Wilkanowska.
P. spojrzała uważnie, chwilę wpatrywała się z przejęciem.
– Tam coś jakby błyskało… – stwierdziła i zaraz dodała z niedowierzaniem – To wygląda jak… ale to przecież niemożliwe…
– Zobacz – L. wyciągnął kilka arkuszy brystolu, w którym były powycinane jakieś figury geometryczne. Przyłożył pierwszy do otworu – Teraz widzisz?
– Chyba tak… Skąd wiedziałeś jak to powycinać…? – w głosie dziewczyny zabrzmiała nuta podziwu połączona z rodzącym się uwielbieniem.
– To nic wielkiego. Pamiętasz zdjęcia kół wagonu, który przywieźliśmy z Jaworzyny do Zielonej Góry? Jedna oś, to były niby koła szprychowe, ale szprych nie odlano jako prostych, pojedynczych prętów. Każda z nich otrzymała taki rozwidlony kształt, niczym litera V. A druga oś, nie wiadomo czemu, ma z kolei koła talerzowe z nieregularnymi otworami… Pierwszy raz coś takiego widzę…
– Mieczysław pisał, że to unikalny okaz… Historycznie unikalny…
– Musisz mi pomóc. Nie produkowano takich wagonów. Nigdy i nigdzie.
– Ale ten istnieje.
– To jest jak zabawka z cyrku, nie można robić renowacji takiego wagonu.
– To co chcesz zrobić, zamienić koła na normalne, standardowe? Chłopaki Cię zabiją… Mieczysław znalazł ten artykuł o wagonie z „Odkrywcy”, korespondował z jego autorem, ściągnął opis badań wagonu od PSMK aż spod Warszawy, wybiera się do Jaworzyny i Szczawna. Chcesz to wszystko popsuć?
– Widzisz, bo tu nie chodzi o wagon. Ani o jego historyczny wygląd. Mietek sondował, co wiadomo poza nami na temat tego obiektu? Nie wiem tylko jeszcze, po co…
– Obiektu?
– Tak, obiektu. To nie jest wagon. To taka skrytka, jakby arka, dzięki której przechowano informację i klucz do kontaktu.
– Do kontaktu z kim? Jaka arka?
– Tak jakby Arka Przymierza, czy jakaś taka. Oba koła z tymi dziwnymi szprychami, to jakby dysk z zapisem informacji. A koła talerzowe, jak przystawisz do promieni słońca wskazują te miejsca, można się dzięki nim komunikować… z Nimi, Obcymi.
P. przyglądała się L. z rosnącym przerażeniem. Nie widziała już teraz, czy go podziwiać, czy się go bać. Co on wymyślił?
– Obcy byli Najeźdźcami albo Założycielami. Na Górze Wilkanowskiej mieli kanał przerzutowy. W marcu 1841 roku nie spadł tu zwykły kawałek kamienia z kosmosu, ale rozbił się cały wehikuł międzyplanetarny… A w środku byli Oni. Nie wiem jak dyski i matryca przedostały się do Kanady, ale tam powstała chyba ta arka, skrzynka do przechowania. – wyjaśniał rozemocjonowany L. I perorował dalej:
– Czym wytłumaczysz ten nieprawdopodobny zbieg okoliczności, że wagon dla lokalnej linii francuskiej produkowali aż w Kanadzie?! Pomyśl, przecież to musiał być zaledwie mały, lichy wagonik. Zrobili by go w samej Francji, no, ostatecznie, gdzieś w Europie… Tak naprawdę, pierwszy lepszy, większy warsztat by go zmontował.
– A ta cała historia później? Naprawdę uważasz, że Niemcy, którzy przegrali wojnę, zabrali wagon Francuzom, którzy tychże Niemców pokonali? Jeśli już, to na wojnach bywa odwrotnie, to zwycięzcy łupią przegranych… I gdyby tylko o to chodziło, to Francuzi nie zabrali by Niemcom nic nie wartego złomu, ale coś porządnego. Może nowoczesną cysternę do gazów bojowych, albo elegancki pullman, salonkę generała?
L. rozpalał się coraz bardziej. P. pozostawała nie przekonana, ale L. nie zwracał już na nią uwagi.
– Oni tu nadal są i dopilnowali, aby arka do nich wróciła. Wpadliśmy w kosmiczną pułapkę, musimy ratować ludzkość, bo nie wiem co jej grozi od Obcych. Wypisuję się z Klubu Miłośników Kolei i zakładam koc.
– Jaki koc, zimno ci…? Ja mogę cię okryć, chodź pod kurtkę… – P. rozchyliła jeszcze bardziej poły swojego palta, zafalowało gorącem, aż w powietrzu utworzyła się lekka mgiełka. Chyba tylko martwy nie skorzystał by z tej propozycji. L. pozostał jednak niewzruszony.
– KOC, Komitet Obrony Cywilizacji. Zapisał się już mój kumpel z Międzyrzecza, Krzychu R. Potrzebujemy jeszcze kogoś z Torunia, bo tam wiodą ważne tropy… Ty przecież szukałaś w Toruniu parowozu… A Mieczysławowi i innym nie można już wierzyć, ten złoty pociąg, ten nasz wagon, przetarg na PKP, zakup, renowacja pod okiem konserwatora i władz Zielonej Góry, to całe niby muzeum kolejowe – to tylko ściema, aby ukryć całą, wielką prawdę. A tu nawet nie wiadomo, czy Oni są Założycielami Cywilizacji, narodem wybranym, by szerzyć inteligencję w kosmosie. Może faktycznie są tu cały czas, aby nam pomagać? A jeżeli jest wręcz odwrotnie – i to są Najeźdźcy, którzy przybyli, by nas zniszczyć…? Tylko ty możesz nam jeszcze pomóc, potrzebujemy Ciebie…
P. okryła w końcu głowę L. swoim paltem. Przytuliła do piersi. L. zapadł w nie jak w otchłań czarnej dziury, czyhającej gdzieś na obrzeżach kosmosu… P. pochyliła nad nim swoją twarz i wyszeptała:
– Tak, jestem ci bardzo potrzebna… Bardzo…

Autor najlepszych oper Mozarta

Z Australii tekst(y, bo będą przez trzy czwartki) dokładnie wpasowane w początek sezonu operowego w Berlinie. W Deutsche Oper w niedzielę odbyła się premiera Cosi fan tutte Mozarta z librettem Lorenza da Ponti. Najbliższe wystawienia 1, 8, 11 i 14 października

Lech Milewski

W roku 1825 włoska trupa operowa dawała w Nowym Jorku
przedstawienia, między innymi Don Juan Mozarta
ze sławną Malibran-Garcia – KLIK – w partii Donny Anny.
Zjawił się na nich stary Włoch osiadły w Nowym Jorku
i dziękował wykonawcom – jako autor opery!
Myślano, że stary jest niespełna zmysłów, bo przecie
Don Juana napisał Mozart,
nieżyjący już wówczas
od lat trzydziestu czterech.
Okazało się, że…
Karol Stromenger – Mozart – PIW 1962

Opera Don Juan a raczej Don Giovanni, jak to właściwie było z tym autorstwem?
Sięgnijmy do źródeł. Oto plakat z października 1788 roku, premiera opery w Dreźnie…

don_giovanni-german_advertkl

Rozpusta ukarana albo Don Juan. Wielka śpiewogra w dwóch aktach.

Uwaga, mamy go –

Die Poesie ist von dem Kais. Konigl. Theaterdichter Herrn Abe da Ponte eigehändl. verfertiget
Und die ganz neue vortreffliche Musik ist von dem beruhmten Kapellmeister Herrn Mozart, ebenfalls ausdrucklich dazu komponiert worden.

Poezja autorstwa cesarsko-królewskiego librecisty pana opata da Ponte własnor. przygotowana.
Całkiem nowa nadzwyczaj stosowna muzyka autorstwa sławnego dyrygenta pana Mozarta, równie dokładnie do niej skomponowana.

Dziękuję Ewie Marii za pomoc w odcyfrowaniu i przetłumaczeniu nieco archaicznego tekstu.

Na plakacie z o pół roku wczesniejszej premiery w Wiedniu kolejność autorów opery jest taka sama. A więc sprawa jest jasna – ten stary Włoch z Nowego Jorku to był opat da Ponte. Jego roszczenia były jak najbardziej uzasadnione, przecież na plakacie figuruje na pierwszym miejscu.

Rozpusta ukarana – zadumałem się – co też opat mógł wiedzieć o rozpuście? Świątobliwa osoba, do tego, jak nazwisko wskazuje, z arystokratycznego rodu. I jeszcze to imię – Lorenzo – skojarzenie z weneckim Il Magnifico jest nieuniknione.

Więc powtarzam – cóż szlachetny opat Lorenzo da Ponte mógł wiedzieć o rozpuście? Nie dopuszczam myśli, że ujawnił wysłuchane w konfesjonale wyznania.

Zajrzyjmy ponownie do źródeł…

W starożytnym miasteczku Ceneda – KLIK, w żydowskim getcie, żyła rodzina biednego garbarza Jeremiasza Conegliano. Mieli trzech synów – urodzonego w 1749 roku Emanuela i młodszych – Barucha i Ananie.

24 sierpnia 1763 roku, w dzień świętego Bartłomieja, w cenedeńskiej katedrze, tutejszy biskup – Lorenzo da Ponte, celebrował przyjęcie nowych dusz na łono Kościoła-Matki. Wśród ochrzczonych byli równiez synowie garbarza Conegliano.
Zgodnie z tradycją biskup nadał swoje nazwisko wszystkim nowoochrzczonym, Synowie Jeremiasza Conegliani otrzymali chrześcijańskie imiona – odpowiednio: Lorenzo, Girolamo i Luigi.

Biskup Lorenzo da Ponte słynął ze swojej szczodrości w finansowaniu instytucji kulturalnych i oświatowych oraz z działalności charytatywnej.
Nie poprzestał na ochrzczeniu – trzej bracia Conegliani, przepraszam – da Ponte, zostali przyjęci do szkoły seminaryjnej, w której wszyscy wykazali się doskonałymi postępami.
Po dwóch latach nauki Lorenzo da Ponte władał łaciną i greką, znał doskonale twórczość Dantego, Petrarki, Wergiliusza i Horacego. Potrafił napisać kilkusetwierszowy poemat na zadany temat.

Lorenzo był tak zafascynowany literaturą, że któregoś dnia ukradł z ojcowskiego warsztatu czekające na wygarbowanie skóry i zapłacił nimi księgarzowi za książki. Sprawa się wydała i dotarła do wiadomości biskupa. Ten nie dość, że za własne pieniądze wykupił od księgarza skóry, to jeszcze polecił lekkomyślnego Lorenzo specjalnej uwadze nauczycieli.

Dobry biskup Lorenzo zmarł w 1768 roku. Młody Lorenzo da Ponte miał wtedy 19 lat. Z jednej strony nie wyobrażał sobie, aby mógł przerwać naukę, z drugiej…
Pod naciskiem ojca zdecydował się na przyjęcie ślubów zakonnych. Miał o to pretensję do końca życia, ale czy przedstawił jakieś własne propozycje?

Teraz jego kariera potoczyła się szybko. Po dwóch latach został wykładowcą, po następnych dwóch wicerektorem uczelni. W tym samym czasie otrzymał święcenia kapłańskie, został księdzem.
I wtedy…
Trzy lata wcześniej, w 1770 roku, Lorenzo przebywał na dwutygodniowej kuracji w Wenecji. Poznał tam panią Angiolę Tiepolo, żonatą, matkę dwojga dzieci. Najwidoczniej oboje przypadli sobie do gustu, gdyż prowadzili korespondencję i właśnie teraz Angiola powiadomiła Lorenza listownie, że porzucił ją mąż, który postanowił pozostać księdzem.
Zadziwiająca sytuacja – nie jestem pewien, czy Lorenzo uznał, że jego obowiązkiem jest zastąpić księdz,a czy przeważyły względy osobiste, w każdym razie porzucił świetnie zapowiadającą się karierę i przeniósł się do Wenecji. Zamieszkał z piękną Angiolą i jej bratem, zubożałym arystokratą Girolamo.

Girolamo zaliczał się do Barnabotti – KLIK – zubożałych członków Wielkiej Rady Wenecji. Ludzie ci mieszkali z dala od centrum, w pobliżu kościoła św. Barnaby, gdzie czynsz był nieco niższy, stąd nazwa. Jako członkom Wielkiej Rady nie wolno było im podjąć żadnej pracy zarobkowej, otrzymywali stałą rentę od miasta.

Lorenzo szybko znalazł pracę jako nauczyciel dzieci zamożnej i pięknej wenecjanki. Swoje zarobki musiał dzielić ze swymi gospodarzami.

W swoich pamiętnikach Lorenzo wspomina, że Wenecja było to miasto muzyki i hazardu. Do tego ogromne rozluźnienie obyczajów. Praktycznie karnawał trwał tu cały rok. Maski były zawsze na porządku dziennym i dla wielu osób stwarzały poczucie uwolnienia od wszelkich zasad i odpowiedzialności.

Miasto hazardu – Angiola i jej brat byli od niego uzaleznieni, Lorenzo szybko do nich dołączył. Domów gry było wiele, ale prawdopodobnie ze względu na wysoką pozycją społeczną Girolamo głównym miejscem, które odwiedzali regularnie było ridotto – skrzydło pałacu, w którym rząd wenecji zorganizował kasyno – KLIK.
Da Ponte opisuje w pamiętnikach swoje przygody w kasynie. Czasem było tak źle, że musiał pożyczać pieniądze od gondolierów, czasem tak dobrze, że wspierał innych graczy.
Musiał też dzielić się wygranymi z bratem Angioli.
Dzielić? Musiał je w całości oddawać. Opisuje szczegółowo taką scenę. Moją uwagę zwróciło, że Girolamo traktuje da Ponte jak poddanego, a Lorenzo tytułuje go Wasza Ekscelencjo i posłusznie wypełnia każde polecenie.
Zapewne bliskość Angioli rekompensowała wszelkie upokorzenia, chociaż…
Któregoś dnia, w Caffe de’Letterati podszedł do niego posłaniec i powiadomił, że ktoś na niego czeka w pobliżu, w gondoli. Była to elegancka dama, twarz ukryta za maską. Okazało się, że to nieporozumienie, ale najwyraźniej Lorenzo zdołał szybko zyskać zaufanie tajemniczej damy bo wyznała mu co następuje – pochodzi z bogatej rodziny, matka chciała ją wydać na siłę za mąż. Odmówiła, matka chce ją oddać do klasztoru, więc uciekła i szuka protektora.
Nie była gołosłowna – pokazała szkatułkę pełną kosztowności i rulony banknotów w torbie. Podzieli się chętnie tym wszystkim z Lorenzo i na dodatek ofiaruje mu serce.

To wymagało rozważenia.
Angiola nie była wysoka, ale za to piękne jasne włosy, rumiana buzia, karminowe usta, rozkoszne dołeczki, wykształcenie niewielkie, ale jaki temperament.
Matylda była znacznie wyższa, nosiła sie z godnością, ciemne włosy, rysy twarzy nie tak regularne – to ostatnie to chyba nie zaleta.
Ale ta szkatułka z kosztownościami, te rulony banknotów. Lorenzo poprosił o trzy dni czasu do namysłu. Spotykali się codziennie co wywoływało ataki zazdrości Angioli.
Dopiero po tygodniu Lorenzo zdecydował – Matylda!
O drugiej w nocy pospieszył do jej hotelu. Za późno, dwie godziny wcześniej porwali ją nasłani przez jej matkę mężczyźni.

W tak urozmaiconej atmosferze minęły dwa lata. Prócz pracy, miłości i hazardu Lozenzo spędzał wiele czasu na kontaktach towarzyskich z weneckimi intelektualistami i artystami i zyskał sobie w tym środowisku dużą popularność.

Pewnego razu, po kolejnej przygodzie, która nieomal nie skończyła się małżeństwem z bogatą panną, Angiola rzuciła w niego celnie kałamarzem, a potem, gdy spał, obcięła mu włosy. Lorenzo porównuje to z biblijna historią o Samsonie. Rzeczywiście, skutek był podobny choć odwrotny. Samson po obcięciu włosów stracił swą moc, Larenzo odzyskał – posłuchał rady brata, Girolamo, który kontynuował karierę naukową w Ceneda i nęcił Lorenzo powrotem na łono tutejszej uczelni.

Lorenzo wrócił i wkrótce otrzymał pozycję wykładowcy na uczelni w Treviso. Dwa lata później otrzymał tytuł profesora retoryki.
Kariera rozwijała się dobrze, ale być może rozzuchwalony sukcesem, a być może na skutek weneckich fanaberii, Lorenzo zaczął głosić dość radykalne poglądy, które nie podobaly się jego zwierzchnikom.
Czarę cierpliwości przelał poemat napisany na okoliczność końca roku akademickiego…

La natura dentro it petto
una legge sol mi die
di non far in atto o in detto
Quel che poi non piace a me .

Dunque sono in questo seno
Questa legge a me vivra
E tu poi da un duro freno
Cerca pur felicita.

Natura w mym sercu
daje mi jedyne prawo
nie robić w czynie lub słowie
tego czego nie lubię.

Dlatego wyłącznie to prawo
będzie żyło w mym sercu
a ty możesz w twardej powściągliwosci
szukać czystego szczęścia.

W rezultacie zakazano mu zajmowania jakiegokolwiek stanowiska w instytucjach naukowych w Republice Weneckiej.

da Ponte

Na razie żył w blasku wcześniejszej popularności.
O pociągłej twarzy, orlim nosie, hipnotyzującym spojrzeniu. Do tego niezwykle elokwentny i dowcipny. Na dodatek dobry głos i wielki talent improwizacyjny. Konflikt z senatem uczelni zyskał mu popularność w sferach artystycznych i intelektualnych.
Ważnym wydarzeniem tego okresu był kontakt z poetą i librecistą Caterino Mazzola, który nauczył go jak pisać drama buffo.

Przez pewien czas produkował się wraz z bratem – Girolamo grał na skrzypcach, a Lorenzo śpiewał na poczekaniu wymyślane teksty. Zaprzestali jednak gdyż nie licowało to z profesorskim stanowiskiem Girolamo i obniżało poetyckie loty Lorenzo.

Od czasu usunięcia z pracy mieszkał u swojego przyjaciela Memmo, który również go utrzymywał. Nie trwało to długo. Memmo mieszkał z kochanką, Teresą Zerbin. Według Lorenzo Teresa nie lubiła go i uważała, że ma on zły wpływ na Memmo. Według plotkarzy miał on z nią romans. W każdym razie musiał pospiesznie opuścić dom przyjaciela.

Rozpoczęła się wędrówka, która będzie trwała do końca życia.

Ciąg dalszy nastąpi

Źródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard. Londyn 1929 rok.
Sheila Hodges – Lorenzo da Ponte.
Anthony Holden – The man who wrote Mozart.