Z Monachium

Zbigniew Milewicz

O`zapft is!

W sobotę 17 września po raz 183 wystartował w Monachium Oktoberfest, największe, ludyczne święto świata. Tradycyjnie zainaugurował je główny burmistrz miasta, Dieter Reiter, wbijając szpunta do pierwszej beczki z chmielowym przysmakiem w hali Schottenhamel. Udało mu się to zrobić zgrabnie, za drugim uderzeniem i piwa przy tym za dużo nie wylał, co nie zawsze jest regułą. Do dziś wspomina się na przykład nieszczęsnego Ericha Kiesla, rządzącego Monachium na przełomie lat 70 i 80, któremu uciekło prawie pół beczki, i kiedy rok później już sobie z otwarciem dobrze poradził, to przecież był zdenerwowany, bo wiedział, że w telewizji patrzą mu na ręce miliony ludzi na całym świecie. Zamiast więc wykrzyknąć po bawarsku sakramentalne: O`zapft is! zawołał: I zapf os!, co jego przeciwnicy polityczni poczytali, jako antywschodnią nagonkę.

Bawarczycy znani są z pielęgnowania swoich tradycji i dbałości o szeroko rozumianą etykietę zachowań a zarazem drobiazgowości, którą dobrze oddaje określenie Erbsenzähler (liczygroch), co ma swoje dobre i złe strony. W kontekście nadal aktualnego, możliwego zagrożenia terrorystycznego na Theresienwiese, gdzie się odbywa Oktoberfest, skierowano tego roku do pilnowania porządku około sześciuset policjantów i ludzi ze służb pozamundurowych, nie licząc ochraniarzy z hal piwnych, strażaków i służb sanitarnych. Każdy kawałek terenu obserwują kamery, więc wszystko jest pod kontrolą. Poniedziałkowe wydanie monachijskiego Abendzeitung, w wersji online podaje sporo szczegółów z przebiegu pierwszych dwóch, świątecznych dni. Pogoda z czasem się zepsuła, publiki było więc mniej, niż się spodziewano, ale i tak wszyscy dobrze się bawili, choć niektórzy aż do przesady. Wysokoprocentowe piwo powaliło wielu, hamulce moralne puściły, doszło do kilku przestępstw (tyle na razie udokumentowano) na tle seksualnym, rabunkowym i przemocy.

Ilustrowały to wszystko liczne, mniej lub bardziej szokujące zdjęcia, uwiecznione przez policyjnych i prywatnych fotografów. Mnie najbardziej zapadły w pamięci dwa: gościa, który po pijanemu wspiął się na koronę drzewa i tam zapadł w błogi sen. Deliberowano, jak udało mu się tego dokonać i dlaczego nie spadł w czasie snu na ziemię… Drugie przedstawiało młodą parę w regionalnych, bawarskich strojach, w biały dzień czule rozmawiającą ze sobą na łące, w języku znad Sekwany. Kiedy po raz drugi chciałem sobie to zdjęcie zobaczyć, już go nie znalazłem. Twarze na wszystkich fotkach były wyretuszowane, ale pomyślałem sobie, że ochrona danych osobowych i tak została tutaj naruszona, bo kto zechce, po szczegółach ubioru i sylwetki, może dojść do prawdy.

Ponieważ na Oktoberfest już się w swoim monachijskim życiu nachodziłem, poszedłem w dzień otwarcia do innego Szkota (schottenhamel, to po bawarsku szkocki baran, choć prawidłowa, niemiecka pisownia barana jest hammel), do Griega Mc Arthura. Nie znaliśmy się osobiście, ale od jakiegoś czasu było o nim słychać w Monachium; ekscentryczny artysta malarz, urządził wernisaż w swojej nowej piwnicy na końcu Schwanthalerstrasse, całkiem niedaleko od Theresienwiese. W głównej sali ulokował przeważnie swe prace marynistyczne i abstrakcyjne, jest tutaj też stolik z przekąskami i Schuhputzservice Mario, który na razie pasuje mi tutaj, jak pięść do oka. W bocznej, zasłoniętej kotarą wnęce, klimaty sado-maso, czyli BDSM, równie bliskie Griegowi jak ocean. Można na pniu kupić jego soczyste rysunki, ceny zróżnicowane, od 50 do 300 euro. Po kolejnym kieliszku Prosecco żeńska publika nabiera ochoty na to, żeby jej Mario, nobliwie wyglądający, starszy pan, ładnie wyczyścił buty, co czyni uniżenie i z ochotą. To jest już spektakl performance. W grudniu artysta chce zorganizować w Monachium większy happening, poświęconego m.in. erotyce w sztuce, ale o szczegółach jeszcze nie chce mówić. Jestem na tę imprezę zaproszony, we właściwym czasie złożę więc tutaj relację.

grieg

Do swobody obyczajowej Berlina czy Köln, dalej z Monachium niż na Księżyc, ale ponieważ tutaj mieszkam, cieszy mnie, że są takie miejsca, gdzie anioł z diabłem spacerują pod rękę.

Z pamiętników Heleny Stankiewicz

Andrzej Rejman

Bohema

Moja ciocia, Krystyna Stankiewicz, z pewnym pobłażliwym, ale życzliwym dystansem odnosiła się do różnej maści artystów-samouków, w tym i do mnie. Uważała bowiem, że artysta powinien być wszechstronnie zawodowo wyształcony, a jeśli ma rzeczywiście talent, to po mozolnej edukacji powinna nadejść w końcu akceptacja  publiczności i krytyki. Z pewnością miała dużo racji – zwłaszcza biorąc pod uwagę, w jakim środowisku wzrastała jej rodzina. Matce – Helenie z Zanów oświadczył się sam Karol Szymanowski.

Gdy Helena Zan (póżniej Stankiewicz) miała szesnaście lat, spędzała ferie zimowe w Zakopanem, gdzie jej babcia Antosia (Antonina Dowgiałło) miała willę “Boruta”. Któregoś  Sylwestra przybyła tam cała bohema zakopiańska – jak pisze we wspomnieniach Helena Stankiewicz

…wybór trunków był nadzwyczajny: wina, szampany, koniaki, likiery i nalewki. Jako harcerka buntowałam się przeciw takiemu pijaństwu. Poszłam spać przed północą, chociaż z dołu dochodziła muzyka i okrzyki rozbawionych gości. O drugiej w nocy ojciec zastukał do moich drzwi i chociaż nie miałam ochoty, musiałam zejść na dół. Urządzono zawody – kto szybciej namaluje portret. Miałam być modelką, a malarzem Witkacy i Kamiński. Zaspana, nieuczesana i wściekła, nie byłam w stanie się uśmiechnąć… Rozejrzałam się po salonie. Pani Stryjeńska smacznie spała na zrolowanym dywanie. Na jednej nodze miała cztery bransoletki, na drugiej zegarek.

Co chwila ktoś się o nią potykał, ale jej to wcale nie przeszkadzało. Jej mąż spał w wygodniejszym i spokojniejszym miejscu – pod fortepianem, na którym stale ktoś grał. Nogi trzymał w biblioteczce.

Nie pamiętam, kto zwyciężył w tych zawodach. W każdym razie pastelowy portret namalowany przez Witkacego był tak przerażający, że gdybym była delikatną panienką, powinnam natychmiast zemdleć. Podobieństwo jednak uchwycił znakomicie. Kamiński natomiast wykonał portret słodziutki jak cukierek. Tej samej nocy Witkacy namalował portret matki, Musia (brat Heleny Tomasz, przyp. AR)  i ojca, Ojciec jako Belzebub bardzo mi się podobał…

(Helena z Zanów Stankiewiczowa/Wojciech Wiśniewski “Pani na Berżenikach” wyd Polska Fundacja Kulturalna Londyn 1991)

***

Wspomniana na samym wstępie ciocia Krystyna ofiarowała mi zdjęcie, które jak sądzę jest dosyć rzadkie i mało znane, bo archium prywatne Emila Młynarskiego spłonęło w Warszawie podczas Powstania.

emil_mlynarski_z_zona_ze_zbiorow_k_stankiewiczowej

emil_mlynarski_z_zona_ze_zbiorow_k_stankiewiczowej2

Zdjęcie jest na odwrocie podpisane ręką Heleny Stankiewiczowej:
“Anna z Hryncewiczów i Emil Młynarscy”

W książce “Pani na Berżenikach” Młynarscy pojawiają się wielokrotnie.

Helena Stankiewiczowa wspomina:

Do Iłgowa Młynarskich na imieniny cioci Ani jeździło się czwórką, uprząż zdobiły gruzły i kolce, a konie były dobierane maścią. Zawsze to robiło wrażenie….

– Najbliższymi sąsiadami byli Anna i Emil Młynarscy z Ilgowa?

Tak, to byli dalecy krewni, których najczęściej odwiedzaliśmy…

…Miałam zaledwie pięć lat, gdy zawieziono mnie na pierwszy “kinderbal” do Iłgowa Młynarskich. Wuj Emil i jego żona Anna mieli trzy córki: Wandę, Alinę i Nellę, i synów – Felka i Bronka. Matkę wuja Emila, która była Niemką, nazywaliśmy Fredką i bardzo ją lubiliśmy… Rywalizowała z babcią Aliną Hryncewiczową, matką żony Emila. Modrzewiowy dwór w Iłgowie, 10 kilometrów od Poniemunia stał na wysokim brzegu Niemna.

…Młynarscy wybudowali specjalnie dla gości dziesięciopokojowy pawilon, który nazwali “Nowinka”. Właściwie był to hotel, w którym nieraz całymi miesiącami mieszkali muzyczni przyjaciele stryja.

– A wuj Młynarski uczył panią gry an fortepianie?

… wuj, który bardzo mnie lubił, sadzał na kolanach i wspólnie wystukiwaliśmy melodie. Jeśli byłam grzeczna, to w nagrodę grał mi zazwyczaj preludium Chopina.

… Miałam wówczas siedem, a może osiem lat i nie mogłam objąć dłonią oktawy.

Prawie wszystkie dzieci Młynarskich grały nieźle na fortepianie i czytały nuty.

Może najmniej Nella, która potem wyszła za mąż za Artura Rubinsteina. Byłą piękna, bardzo zgrabna, miała śliczne długie nogi, tańczyła jak baletnica i wróżono jej karierę.

Pamiętam, że imieniny cioci Ani obchodzono w Iłgowie zawsze bardzo uroczyście.

Gości witały transparenty “Niech żyje Anna” zawieszone  między drzewami w ogrodzie, lampiony, girlandy z zieleni i kwiatów.

…Ciocia Ania słynęła w całej Kowieńszczyźnie ze swoich kulinarnych umiejętności. Wspaniale organizowała takie przyjęcia…. pisał o tym obszernie  Artur Rubinstein w swoich wspomnieniach, a Nella wydała nawet książkę kucharską, gdzie większość przepisów należy do jej matki….

Prócz kulinarnych zdolności ciocia Ania miała talent do wydawania pieniędzy.

Wystawne przyjęcia sporo kosztowały, szczególnie, że nieraz goście zostawali jeszcze przez kilka dni.

Największą jednak atrakcją był specjalny koncert imieniowy z udziałem Pawła Kochańskiego, Karola Szymanowskiego, Grzegorza Fitelberga, Artura Rubinsteina, którzy dopiero znajdowali się u progu kariery.

Dzieci Młynarskich też występowały, a pod koniec Nella improwizowała niczym Isadora Duncan…

…Właśnie w Iłgowie mama przedstawiła mnie Karolowi Szymanowskiemu. Była pod jego urokiem, często o nim mówiła, grała na fortepianie jego utwory.

Podczas tych imienin grał z Rubinsteinem na cztery ręce “Fantazje ” Schumanna. Ja natomiast, spełniając prośbę cioci Ani, opiekowałam się strasznie rozpieszczoną Nellą.

Z trudem nakłoniłam ją, aby coś zjadła, bo lubiła tylko lody, a kulinarną atrakcją imienin były płonące lody. Wnoszono je przy zgaszonych światłach, a wuj Emil grał marsza tryumfalnego…

Zaraz po lodach zaczynały się tańce. Wedle obyczaju, zaczynano od poloneza. Anna i Emil dostojnie i z wdziękiem prowadzili go długim wężem przez salon, szeroki hall i jadalnię. Dziś już nikt tak nie potrafi tańczyć poloneza…

Helena z Zanów Stankiewiczoa – “Pani na Berżenikach” – Wojciech Wiśniewski, LTW 2003 / zdjęcie Anny i Emila Młynarskich – archiwa rodzinne 2016 Andrzej Rejman

Lejana y sola (6)

Kinga Szpuler

Rafael Alberti

3.2.2. Los ángeles muertos, del poemario Sobre los ángeles (1929)

Los ángeles muertos

Buscad, buscadlos:
en el insomnio de las cañerías olvidadas,
en los cauces interrumpidos por el silencio de las basuras.
No lejos de los charcos incapaces de guardar una nube,

unos ojos perdidos,
una sortija rota
o una estrella pisoteada.

Porque yo los he visto:
en esos escombros momentáneos que aparecen en las neblinas.
Porque yo los he tocado:
en el destierro de un ladrillo difunto,
venido a la nada desde una torre o un carro.
Nunca más allá de las chimeneas que se derrumban,
ni de esas hojas tenaces que se estampan en los zapatos.

En todo esto.
Más en esas astillas vagabundas que se consumen sin fuego,
en esas ausencias hundidas que sufren los muebles desvencijados,
no a mucha distancia de los nombres y signos que se enfrían en las paredes.

Buscad, buscadlos:
debajo de la gota de cera que sepulta la palabra de un libro
o la firma de uno de esos rincones de cartas
que trae rodando el polvo.
Cerca del casco perdido de una botella,
de una suela extraviada en la nieve,
de una navaja de afeitar abandonada al borde de un precipicio.

(Poemas del alma s.f.)

Anioły martwe

Szukajcie ich, szukajcie:
wśród bezsenności ścieków dawno zapomnianych
w korytach rzek zdławionych śmietnika milczeniem.
Nie opodal kałuż, które nie potrafią zatrzymać odbicia chmury,

ani oczu zgubionych,
ni złamanej obrączki,
ni gwiazdy wdeptanej w ziemię.

Bowiem ja je widziałem:
w rumowiskach, które na jeden moment mgła wynuży.
Bo ja ich dotykałem:
tam, gdzie leżą wygnane zwłoki cegły martwej,
co ongiś w nicość spadła z wozu albo z wieży.
Nie dalej niż kominy walące się w gruzy,
niż owe liście, co w buty wczepiają się uparcie.

W tym wszystkim.
A też w tych wiórach wędrownych, które spalają się bez jednej iskry,
w tych dręczących koślawe meble nieobecnościach grząskich,
niezbyt daleko od imion i znaków, które zastygły na murze.

Szukajcie ich, szukajcie:
pod kroplą wosku, która pogrzebała słowo książki
lub podpis w rogu jednej z owych listu kartek,
jakie lecą niesione wirującym kurzem.
Obok czerepu potłuczonej butli,
obok podeszwy zgubionej w śniegu śliskim,
tuż obok ostrze brzytwy poniechanej na skraju czeluści.

(Alberti 1986: 197)

Para poder interpretar el poema tan conmovedor como Los ángeles muertos, sobre todo, tenemos que conocer los motivos y el contexto biográfico de su autor. El poemario Sobre los ángeles de Rafael Alberti fue un choque para sus lectores, acostumbrados a los poemas clásicos, armoniosos y previsibles. A la hora de escribirlo, el poeta y a la vez pintor era bastante conocido y apreciado. A pesar de su edad de solo 27 años, el poeta estaba desesperado y tuvo una grave crisis nerviosa. En su vida personal había vivido muchos momentos difíciles. Por un lado, los problemas personales: la pobreza, la muerte de su padre, una enfermedad pulmonar; por otro, la situación sociopolítica muy complicada: los ecos de la primera guerra mundial, pandemia de gripe española, la dictadura de Primo de Rivera, el ambiente en el país cambiándose. En aquel tiempo Alberti buscaba nuevas formas de su expresión artística. Lo describe detalladamente en las memorias La arboleda perdida:

¿Qué hacer, cómo hablar, cómo gritar, cómo dar forma a esa migraña en que me debatía, cómo erguirme de nuevo de aquella sima de catástrofes en que estaba sumido? Sumergiéndome, enterrándome cada vez más en mis propias ruinas, tapándome con mis escombros, con las entrañas rotas, astillados los huesos. Y se me revelaron entonces los ángeles, no como los cristianos, corpóreos, de los bellos cuadros o estampas, sino como irresistibles fuerzas del espíritu, moldeables a los estados más turbios y secretos de mi naturaleza. Y los solté en bandadas por el mundo, ciegas reencarnaciones de todo lo cruento, lo desolado, lo agónico, lo terrible y a veces bueno que había en mí y me cercaba. (librodot.com s.f.: 133)

Como fuente de inspiración, el poeta menciona dos elementos principales: la poesía de Góngora y el surrealismo europeo. La obra de Góngora le fascinaba; junto con otros autores de Generación 27 le rindió un homenaje con ocasión del 300 aniversario de su muerte. Alberti asimiló del arte barroca el aspecto cruel y del surrealismo la nueva actitud hacia la forma del texto.

Los elementos mencionados los podemos observar muy claramente en el poema Los ángeles muertos en el que vemos los rastros de la presencia de los ángeles en el mundo. No solo ellos están muertos, todo parece abandonado, destruido y horripilante; es una visión apocalíptica de nuestra civilización. En cuanto a la forma, existe solo una regla, o sea, todo está permitido. Las cinco estrofas que crean el poema poseen varios números de versos, desde tres hasta siete, asimismo cambia el número de sílabas, es un poema de versos libres. En la primera y última estrofa leemos un llamamiento al lector: “Buscad, buscadlos”, pero no sabemos exactamente, cómo son los ángeles y dónde se encuentran. El autor nos sugiere una serie de lugares más repugnantes, desamparados y tristes, describiendolos con varias metáforas muy abstractas y complicadas, p.ej.: “en el insomnio de las cañerías olvidadas; en esos escombros momentáneos que aparecen en las neblinas; más en esas astillas vagabundas que se consumen sin fuego; debajo de la gota de cera que sepulta la palabra de un libro”. Sus asociaciones son tan extrañas que necesitamos mucha imaginación para ponernos en el lugar del sujeto lírico, sin embargo, sus visiones nos asustan, sentimos una ansiedad intensa.

En la traducción de Irena Kuran-Bogucka vemos la misma estructura del poema, es decir, el verso libre. Evidentemente, hay cinco estrofas y el mismo número de versos en ellas, como en la versión original. En general, las frases en polaco son un poco más cortas. Esto demuestra la competencia con la que la traductora expresa el contenido y el sentido del texto. En este preciso poema la tarea fue un verdadero desafío: formular las visiones y observaciones tan inesperadas y complicadas. La traductora tuvo que romperse la cabeza con varios poemas del ciclo, lo analizó desde muchos puntos de vista. En la introducción a la edición polaca de poemas de Rafael Alberti leemos las palabras de Bogucka:

El ciclo se compone de 70 poemas herméticos, complicados, inquietadores. Cuesta entenderlos, y a la vez, es difícil resistirse a su poder increíble. Los “ángeles”, pérfidos y ambiguos, nos hechizan con la belleza oscura y peligrosa; se diferencian a lo extremo de los canones generalmente conocidos. Con seguridad, no demuestran rasgos que habitualmente consideramos como angelicales: no son relumbrantes ni luminosos, no vienen del cielo… Conturbados, belicosos, violentos o carbonizados parecen más los demonios. ¿A lo mejor, lo “angélico” consista en la falta total de los rasgos humanos? No hay respuesta. En armaduras, cubiertos con indirectas, escondidos en la complejidad de metáfora, no nos descubren su secreto. (Alberti 1986: 39-40) [traducción propia]

Algunos fragmentos del texto polaco parecen extraordinariamente interesantes:
„w korytach rzek zdławionych śmietnika milczeniem; tam, gdzie leżą wygnane zwłoki cegły martwej; w tych dręczących koślawe meble nieobecnościach grząskich; obok czerepu potłuczonej butli; tuż obok ostrze brzytwy poniechanej na skraju czeluści.” La traductora usa palabras muy raras, inventa varios atajos retóricos, para que el lector se imagine mejor el mundo apocalíptico de Alberti.

czarneaniolyXilografía del ciclo “Czarne anioły”, 1977

 

Silly Billy

billyEwa Maria Slaska

Nie wiem jak to się stało, ale któregoś dnia postanowiłyśmy we trzy, Johanna, Ania i ja, że sprawdzimy, czy uda się nam zainicjować akcję na cały świat, łączącą ludzi z Facebooka, którzy mają słynne meble Billy z IKEI. IKEA wprowadziła kiedyś akcję, żeby się fotografować pod hasłem IKEA in your life. Myśmy chciały Billy in your life.

Jak to z takimi pomysłami, które powstają pomiędzy massamanem tofu a tiramisu, ten też gdzieś się rozlazł i w końcu nie zainicjowałyśmy tej akcji… Ale Billy utkwił mi w głowie jak drzazga. Sama mam Billy od 30 lat i nic nie wskazuje na to, bym się miała z nimi kiedykolwiek rozstać. Pierwsze berlińskie regały Billy dostałam od koleżanki pisarki, która wyjeżdżała na stałe do Izraela. Postawiłyśmy je na ulicy i zanim przyjechał samochód, wiatr nimi miotał jak żaglami, bo Billy stoi porządnie tylko porządnie obciążony.

Mieszkałam w Berlinie w trzynastu mieszkaniach, to jest czternaste, ale moje życie jest teraz stabilniejsze niż 30 lat temu, więc Billy wędrują ze mną tylko od pięciu mieszkań (nie wiem, czy gramatycznie wolno tak określać czas, ale sama pouczam koleżanki pisarki, że “pisarce wszystko wolno” – w pisaniu oczywiście – więc uznajemy niniejszym, że wolno mi napisać, że moje Billy chodzą ze mną po Berlinie od pięciu mieszkań).

Ostatnie mieszkanie było wielkie, to jest o połowę mniejsze, więc w roku 2009 przed przeprowadzką oddałam nie tylko połowę książek, ale i połowę regałów Billy. Książki leżały jako wielka góra na środku pokoju, najpierw przebierali je znajomi – był taki (pamiętasz Leonardzie?), który przybył z odległego miasta z synem i córką, cała trójka zaopatrzona w walizki na kółkach i plecaki – potem przyjechała półciężarówką ekipa z firmy Büchertisch i zabrała resztę góry książek i połowę regałów. Niewykluczone, że są tu na zdjęciu…

Z tego co zostało, połowa i tak nie zmieściła się w mieszkaniu i piętnaście pudeł trzeba było wstawić do piwnicy. Nie mam pojęcia, co tam jest (tak, wiem, powiecie, że trzeba było zrobić listę – wy na pewno byście zrobili, jasne, a ja – nie, trudno), raz, jakieś dwa lata temu syn i siostrzeniec wnieśli mi na górę jeden taki karton i były tam śliczne rzeczy…

No, ale wróćmy do moich baranów, czyli do Billy. Nie zrobiłyśmy akcji, a za to ja w wolnych chwilach tego lata wędrowałam sobie u Was po waszych facebookowych zdjęciach. Szukałam Billy, oczywiście coś tam znalazłam, ale przede wszystkim ta wędrówka powiedziała mi wiele o nas samych w roku 2016.

Mam na FB około 550 znajomych, czyli podobno dwa razy więcej niż średnia. Przeciętnie mamy ponoć znać na FB 270 osób, z tego mniej więcej jednej trzeciej nigdy na oczy nie widzieliśmy i nie mamy pojęcia, kim są…

A więc dla prostego rachunku 500. Każdy z Was miał co najmniej sto zdjęć, które można przejrzeć, a niektórzy mieli ich tysiące. Znowu dla prostego rachunku – 500 osób po 100 zdjęć. Latem tego roku przejrzałam więc co najmniej 50 tysięcy zdjęć…

Nie właziłam do Was wg listy alfabetycznej, zaglądałam tylko wtedy, gdy pokazywała się informacja, że właśnie “czatujecie”, co potraktowałam jako zaproszenie. Odwiedzałam Was z ogromną przyjemnością. Dużo się o Was, o sobie, a i o świecie dowiedziałam z tych wędrówek. Oceniałam nas wg zasobów naszych zdjęć a nie tego, co piszemy na Facebooku. To ważne, bo…

Bo punktem wyjścia było przecież szukanie regałów Billy czyli książek.

Na zdjęciach książek było mało, prawdę mówiąc, prawie wcale ich nie było. Ale nie było też polityki, seksu, jedzenia i pieniędzy, czyli najważniejszych elementów naszego życia. Widocznie politykę i inne takie wstawiamy na ścianę czyli wall za pomocą copy-paste i nie zostawia ona śladu w wewnętrznym życiu naszego Facebooka.

Czyli co było i jest, więc pisze się w rejestr?

Przede wszystkim JA, ja, ja… ich, ja, ego, I, je, yo, ja ja ja ja… Dopiero potem MY – my para, my rodzina, my grupa kolegów i koleżanek, my się bawimy, my jemy w restauracji, spotykamy się, rozmawiamy, uprawiamy sport, tańczymy, gotujemy, pracujemy. Już z samych końcówek gramatycznych widać, co jest ważne: my my my my… Ja na selfie i my na selfie. Trzask z patyka lub z ręki i fiuuu na Facebooka.

Potem podróże, bliskie i dalekie, również po własnym mieście, mnóstwo podróży, statystycznie po ja i my na pewno najważniejszy punkt naszego życia. Następne są nasze psy i nasze koty (nikt nie ma ptaszków, chomików, patyczaków, świnek morskich – tylko psy i koty). Dużo jest też kwiatów – zwłaszcza wiosennych (widocznie bardzo ich potrzebujemy po zimie) – i wreszcie elementy obyczaju ludowego w życiu mieszczucha – choinki, pisanki, wianki, świeczki na grobach. Gdzieś tu, w dolnych rejestrach statystycznych, pojawią się książki na regałach…

Niektóre zdjęcia się powtarzają – jako idea lub konkretnie, niekiedy nawet kilka razy widziałam to samo zdjęcie. Nic w tym dziwnego, znamy się przecież między sobą i dzielimy naszymi picsami.

Pomysły zdjęć muszą wisieć w powietrzu, a my robiąc takie zdjęcia realizujemy aktualnie obowiązujący lifestyle, choćbyśmy szli w zaparte i twierdzili, że nic nas z mainstreamem nie łączy. Pierwszy nieustannie powracający motyw to zdjęcie naszych własnych stóp, najchętniej w trampkach. Masowo! Kieliszek wina na drewnianym stole też jest częsty. Mogą być oczywiście dwa. Chętnie na tle zachodzącego słońca.

W Berlinie dość nieprzyjemnym przejawem mainstreamu jest robienie sobie zabawnych zdjęć wśród betonowych stel Pomnika Ofiar Holokaustu. Zresztą w ogóle nie mamy stosunku do przekazu, jaki niesie miejsce lub okazja, bo dominuje zasada kultu jednostki, własnej oczywiście. Fotografujemy się ciągle, wszędzie i bez końca, i najlepiej jest, jeśli się przy tym uśmiechamy. Więc śmiejemy się szerokim uśmiechem na tle bramy do kacetu…

***

Billy zatem. Książek, mieszkań, regałów jest na zdjęciach mało, a Billych jeszcze mniej… Trudno, badacz nie wybiera, badacz bada… Zaczynam od splądrowania własnych zasobów blogowych i facebookowych. Reszta w następne niedziele. I wielka prośba: PRZYSYŁAJCIE MI WASZE BILLY!!! Może jeszcze uda się nam oblecieć z taką akcją kulę ziemską dwa razy dookoła, jak to się przydarzyło pewnemu rysunkowi jamnika :-). Miłej niedzieli!

ewa-emanuelajabutelkiolsztyn

Neues Bildniemieckieksiazki polskieksiazki

 

gramyslowkaja

choinki-billy

schyzia-billy

Berlin miasto (polskich) kobiet…

Umówiłam się z Elą, Dorotą, Marysią i Anią, że pójdziemy do Buchbundu (dla tych, co nie wiedzą – polska księgarnia w Berlinie), Dorota i Ania nie mogły przyjść, ale spotkałyśmy tam Karolinę, Anię, Madzię, Monikę i Reginę… Byli też mężczyźni, z których rozpoznałam właściwie trzech – Marcin (współwłaściciel Buchbundu), Marcin (krytyk literacki, który kręcił film) i Wojtek… Ale wśród publiczności przeważały kobiety.

Bo Berlin to nie tylko największe polskie miasto po Warszawie, Berlin to też największe polskie miasto kobiet. Widać to było również w Buchbundzie. W czwartek bowiem odbyło się w Sejmie RP pierwsze czytanie projektu ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Z tego powodu organizacje demokratyczne zainicjowały akcję Czarny protest i wezwały Polaków do ubrania się na czarno. Przypomina się Warszawa po Powstaniu Styczniowym. Polacy ubierali się na czarno, a Rosjanie kazali malować miasto na pstrokato. Ciekawe, czy teraz też tak będzie?

Zapomniałam tego dnia o proteście (mea culpa) i włożyłam tajemniczą sukienkę, o której przed kilkoma dniami pisałam na Facebooku, ale większość kobiet ubrała się jak należy, w tym obie referentki, które na początku spotkania poinformowały publiczność o swoim udziale w proteście.

Justyna i Magda w rozmowie

magda-justyna

Tekst Ewa Maria Slaska, zdjęcia Maria Kossak

21 września 2016 roku odbyło się w Berlinie, w polskiej księgarni Buchbund na Sanderstrasse 8 spotkanie dwóch polskich pisarek średniego pokolenia – Magdaleny Parys i Justyny Sobolewskiej.

Magdalena Parys, w roku ubiegłym laureatka nagrody Unii Europejskiej, zdobyła uznanie czytelników dwoma powieściami osadzonymi w Berlinie – Tunel (2011) i Magik (2014), poświęconymi, jak pisze Wikipedia, tematyce niemieckiej oraz polsko-niemieckiej. We wrześniu br. Magdalena Parys wydała powieść autobiograficzną Biała Rika, która też dzieje się i w Polsce, i w Niemczech.

Justyna Sobolewska, recenzentka literacka Polityki, w roku 2012 wydała Książkę o czytaniu, którą teraz, w drugim wydaniu, znacznie poszerzyła, dodając na przykład rozdziały o tym, czego nie przeczytali znani pisarze (co za wyznania! Reymont, Dostojewski), o czytaniu w więzieniu lub… w ubikacji.

Spotkanie było świetnie pomyślane, nie było żadnej osoby prowadzącej (tylko Marcin Piekoszewski, współszef Buchbundu, przywitał na początku obie swoje… gościnie!), Magda i Justyna przedstawiały siebie nawzajem, nawzajem siebie czytały i nawzajem zadawały sobie pytania. Magda zebrała nawet pytania od krewnych-i-znajomych, które  obiecała zadać Justynie na żywo. Wyniknęła z tego niekonwencjonalna, autentyczna i niewymuszona konwersacja. Trudno mi będzie przekazać Państwu wszystko, co obie pisarki powiedziały i sobie, i nam, na szczęście Marcin Wilk opublikował w sieci streaming z tego spotkania, do obejrzenia TU (Ja się okazałam marnym odbiorcą i nic tu nie widzę, ale słychać wszystko znakomicie!)

A ja po prostu spiszę z notatek, to, co zwróciło moją uwagę i wywołało skojarzenia…

Są dwa rodzaje czytelników, tacy którzy niszczą książki, piszą po nich, zaginają rogi, zostawiają na nich ślad i uważają, że to jest właśnie dowód na to, że książka jest coś warta, a im więcej takich śladów, tym bardziej… Obie pisarki należą do tej kategorii (i pisząca te słowa takoż). Jest jednak kategoria całkowicie odmienna – książka to dobro kultury i trzeba je szanować jak każde inne Dzieło. Muszę tu przytoczyć dwa przypadki takich Obrońców Dóbr Kultury z mojego własnego otoczenia – mój siostrzeniec twierdzi, że najchętniej czytałby książki, zaledwie uchylając stroniczki czyli właściwie z głową na stole i zerkając do środka. A moja przyjaciółka kupuje dwa egzemplarze ważnych książek – dobre, piękne wydanie w twardej okładce do postawienia na półce i podziwiania oraz paperbacka do noszenia w torebce, czytania i (ewentualnego) podniszczania.

Co czyta się w więzieniach? Pewna dziennikarka radiowa z Trójki wyznała kiedyś mojej Mamie, że w okresie stanu wojennego zawsze miała ze sobą siatkę ze szczoteczką i pastą do zębów, parą majtek na zmianę i poezjami Lorki w maminym tłumaczeniu. A to mi się z kolei nieuchronnie kojarzy z tematem, którego Justyna (jeszcze) nie poruszyła, z pytaniem, co zabierzesz ze sobą na emigrację? Bo coś zabierzesz, choćby po to, żeby mieć co czytać po drodze. Nie pamiętam, co ja sama zabrałam, natomiast doskonale pamiętam niezwykłe spotkanie Tłumaczki i Idealnego Czytelnika czyli Mamy i mojego emigracyjnego przyjaciela – Piotra. Napisałam kiedyś o tym (w “słynnej” nieopublikowanej książce o Mamie i reszcie rodziny):

Mama przyjechała kiedyś do mnie Berlina, tymczasem ja jak na złość nie mogłam wziąć urlopu. A pracowałam długo i daleko, wychodziłam o 7 rano i wracałam najwcześniej o 17. Nie chciałam, by Mama godzinami była sama, poprosiłam więc znajomego, by pochodził z nią do muzeów. Niby wszystko było ustalone, ale przyznaję, że pierwszego dnia wracałam do domu z duszą na ramieniu. Mama była osobą wymagającą i… zaskakującą. Nigdy nie było wiadomo, kto jej się spodoba lub dlaczego nie przypadnie jej do gustu. Weszłam do pustego mieszkania, Mamy i Piotra nie było. Wreszcie zjawili się, w najlepszej komitywie, rozgadani jak stado trznadli, wyraźnie mnie ignorując. Zastanawiająca była ta obopólna sympatia. Dopiero jak znajomy poszedł, Mama opowiedziała mi, że wyjeżdżając na zawsze z kraju, Piotr miał tak ciężki bagaż, że nie był w stanie zabrać żadnej książki. Wyrwał więc tylko jedną kartkę z książki, która była dla niego najważniejsza. Nosił ją ze sobą w portfelu. Był to wiersz Frederika Garcii Lorki w Mamy tłumaczeniu.

Mnie tego nie opowiedział.

Czyż muszę dodawać, że Piotr nie wiedział, kim jest moja Mama, że nie wiedział, iż ją spotka, no i oczywiście – wyjeżdżając z Polski nie mógł przewidzieć, że spotka mnie, córkę Ireny Kuran-Boguckiej, kobiety, która przetłumaczyła najważniejszy dla niego wiersz: Verde, que te quiera verde…

Jak ustawiamy książki czyli Rejmer koło Reymonta? To zdaje się najpopularniejszy sposób porządkowania książek. I jedna wielka bzdura. Jedyny prawdziwy porządek to ustawianie według kolorów, mówię Wam!

Pierwsze zdanie książki. W tym najsłynniejsze czyli Markiza wyszła o piątej. Nigdy temu nie dorównamy. Piszę to i zamyślam się nad klawiaturą. A ja? Nie mam pojęcia jakie napisałam pierwsze zdania moich książek. Sięgam do szarych książek i wyjmuję swoją powieść. 1 stycznia 1982. Pierwsi wyszli Andrzejowie. Cóż za nieciekawe pierwsze zdanie, oprócz informacji (jak kto raczy pamiętać), że to stan wojenny. Sięgam do książek niebieskich i ze złością stwierdzam, że znowu ktoś sobie “pożyczył mnie” na wieczne nieoddanie. Nie mam pojęcia, ile już razy odkupywałam własne książki w antykwariatach i w Merlinie. Dzwonię do koleżanki, która dzięki mojej instrukcji kolorystycznej szybko znajduje Piękne dni w Visby… Umieszczono nas w wieży… No, trochę lepiej. Jeśli ktoś z czytelników ma Portret z ametystem, to niech sprawdzi, czy to nie mój egzemplarz (pobazgrolony przez jakieś nieznane mi dziecko) i niech mi napisze, jakie to ja wymyśliłam tam pierwsze zdanie?

Jak dzielić książki czyli rozwód? (Ja bym jeszcze dodała – scheda, Justyno podsuwam ci kolejny temat do trzeciego wydania). Podobno Julia Hartwig i Artur Międzyrzecki stwierdzili, że nigdysię nie rozwiodą, bo nie wiedzieliby, jak podzielić książki.

Oskar Wilde: nie sztuka napisać recenzję książki, którą się czytało, sztuką jest napisać recenzję książki, której się nie czytało. Bo też krytyk literacki to twórca a nie wyrobnik kultury.

Zdanie Wilde’a przenosi nas w rejony książek, których nie czytaliśmy, a mimo to umiemy o nich rozprawiać, a na pewno mamy o nich własne zdanie. To mój ulubiony temat i wielokrotnie o nim pisałam – np. TU. Sobolewska twierdzi, że gdyby zrobić ranking “najbardziej nieprzeczytanych książek” na świecie, to palmę pierwszeństwa otrzymałby Joyce za Ulissesa, chyba że wyprzedziła by go Biblia. Obie pozycje akurat czytałam, ale za to Dostojewski – groza! – niczego poza Idiotą nie strawiłam…

I wreszcie piękne zdanie Justyny o książce, na której “się nie poznała”, a którą okrzyczano arcydziełem: Hanya Yanagihara, A little life (też nie czytałam, ale kupiłam w Buchbundzie, leży na stoliku nocnym i czeka w kolejce). Justyna pyta nader słusznie: czy to, co się podoba wszystkim, musi się podobać wszystkim?

Dużo o tej Justynie. Z wypowiedzi Magdy zanotowałam znacznie mniej, ale za to już pierwsze zanotowane zdanie powala. Biała Rika to powieść autobiograficzna, czyli wprawdzie autobiografia ale jednak powieść, pełna zmyśleń, przeinaczeń, uzupełnień. Obejrzyjcie film Marcina, może uda się Wam obejrzeć ten fragment (druga połowa), w którym Magda plastycznie opisuje reakcje rodziny na tę książkę. Jak to się chętnie pisze na Facebooku: bezcenne! Ja? Ja tego nigdy nie powiedziałem! Ja? Ja tego nigdy nie zrobiłam! No przeczytałem, i muszę powiedzieć, że jeśli naprawdę ciotka Ziutka była dla ciebie najlepsza pod słońcem, no to ja już na to nic nie poradzę… Habent sua fata libelli, książka zmienia się wraz czytelnikiem…

Bez-cen-ne!!! Bezcenne! Albo zdanie Magdy: rodzina to bałagan! O! jakie to prawdziwe, rodzina to potworny bałagan!

No i niezwykłe wyznanie w ustach autorki Tunelu i Magika, które są książkami wymyślonymi, wykreowanymi, wyrysowanymi cyrklem przez autorkę-demiurżkę na desce kreślarskiej komputera. “Pisałam Rikę z serca a nie głową”. Ale też: “Jestem odważna, nie boję się pisać”. Wspaniałe zdanie!

Jak napiszesz powieść autobiograficzną, mówi Magda, to musisz to wciąż podkreślać: to jest jednak powieść, JEDNAK powieść, w której nic nie zostało zapisane jeden do jeden.

No dobrze, udało się jej, skoro jak twierdzi, wprawdzie się kłócą, ale – mimo demaskatorskiej Białej Riki – bardzo się kochają. Są rodziną, która się kocha. Daj Boże każdemu, ja twierdzę, że jeśli mi wreszcie wydawnictwo, jak obiecało, opublikuje tę moją książkę, która też jest o rodzinie, to ktoś mnie zabije i będzie święty spokój.

Nota bene tu się z autorką zgadzam bez reszty: takich rodzin, w których każdy ma swoją wersję historii i każdy coś skrzętnie ukrywa jest wiele. Kiedyś myślałam, że to cecha rodzin żydowskich, ale przecież nie – przecież i AK trzeba było po wojnie ukrywać, i tych nieszczęsnych żołnierzy wyklętych, i pochodzenie kresowe, niby nie do ukrycia, ale jednak skrzętnie przemilczane. Jak to śpiewał Kelus o człowieku wspominającym Lwów, ktoś podsłuchał, doniósł, uratował człowieka żaglowiec…

I na zakończenie przesłania od obu pisarek.

Justyna: moja książka to list do czytelnika, żeby pomyślał o swoim życiu.
Magda: każdy pamięta inaczej, każdy ma swoją wersję i jest ona jedynie prawdziwa.

Złoto Lassetera (3)

Lech Milewski

Przypomnę w jakim stanie pozostawiłem poszukiwaczy złota…

Trzon wyprawy przebywa na lądowisku w Illbilla. Szykuja się do wędrówki 150 mil na południe, to jest najnowsza sugestia Lassetera.
Samolot został rozbity w wypadku. Pilot Errol Coote jest w szpitalu w Alice Springs, kierowca Colson pojechał do Alice Springs zawieźć wrak samolotu.
Do Illbilla przybyli niespodziewani goście – Paul Johns, łowca psów, w towarzystwie dwóch Aborygenów i pięciu wielbłądów.

29 sierpnia przyjeżdża Colson z bardzo niepewną miną.
Był w Alice Springs, dostarczył rozbity samolot, odebrał pocztę, a tam znalazł list do siebie od dyrekcji kompanii – wypowiedzenie.
Nie wiedział, co zrobić, zwrócił się po radę do Coote’a, ale ten był zajęty dostawą nowego samolotu. Kierując się troską o towarzyszy, zdecydował wrócić do Illbilla.
Blakeley wpadł w szał, zatrudnił Colsona na własną odpowiedzialność, napisał odpowiedni raport do kompanii i ponownie wysłał Colsona z pocztą do Alice Springs (któryż to już raz?)
Jednocześnie proponuje Johnsowi pozostanie z wyprawą w Illbilla – w zamian może korzystać z zapasów żywności.

Po kilku dniach przylatują do Illbilla Coote i pilot Pat Hall. Stwierdzają, że samolot jest bardzo wolny i zużywa zbyt wiele paliwa. Decydują się polecieć do Adelajdy, żeby wymienić zbiornik paliwa na większy.

Korzystając z dostępu do samolotu Blakeley wysyła Halla z Lasseterem na lot rozpoznawczy. Wracają po dwóch godzinach, Lasseter jest wyraźnie podniecony.
Coote bierze Lassetera na stronę – czy widział rafę?
– Absolutnie tak, lecieliśmy nad nią.
– Dlaczego o tym nie powiedział?
– Bo nikomu nie ufa.
Coote nie ustępuje – umowa jest umową – jak nie powie, to zawiozą go do Alice Springs na policję i oskarżą o oszustwo.
To poskutkowało. Lasseter wyrysował mapę, zaznaczył na niej Lake Christofer. Dziwne, bo w Sydney zapewniał, że rafa nie była w pobliżu Lake Christopher.

Lot Lassetera

Coote przepytał Halla, ten potwierdził, że Lasseter był bardzo podniecony i potem polecił wracać. To nadal się nie zgadza – lecieli tylko godzinę czyli jakieś 60 mil, a nie 150.

Następnego dnia Hall i Coote lecą do Alice Springs, a następnie do Adelajdy po większy zbiornik paliwa.
Rusza również wyprawa, droga okropna, dwadzieścia mil od celu teren jest absolutnie nieprzejezdny. Lasseter ma bardzo niepewną minę, wygląda, że jest bliski wyznania, iż nigdy tu nie był.

7 września – po krótkiej dyskusji z zespołem Blakeley podejmuje decyzję – wracają. Przy okazji stwierdza, że jako powód niepowodzenia poda oszustwo Lassetera.
Na boku rozmawia z Lasseterem, otwarcie sugerując mu, żeby nie wracał z wyprawą, bo nie czeka go nic dobrego. Może będzie kontynuował poszukiwania z Johnsem? Lasseter akceptuje takie rozwiązanie, Johns również.
Blakeley zatrudnia Johnsa na dwa miesiąca za wynagrodzeniem pięciu funtów tygodniowo.

13 września wyruszają. Lasseter musi zredukować bagaż, przy tej okazji Blakeley odzyskuje zabytkowy podręcznik nawigacji.
Dwaj Aborygeni, którzy towarzyszyli Johnsowi, rezygnują z udziału w wyprawie i postanawiają wrócić do misji luterańskiej w Hermannsburgu.
Blakeley jest mocno zmartwiony. Po pierwsze Johns i Lasseter nie będą mieli przewodnika. Po drugie – w jaki sposób Aborygeni dotrą na piechotę do misji, to 150 mil, jak się wyżywią?
Obaj uśmiechają się z politowaniem – że też ci biali są tacy zagubieni.

Powrót do Alice Springs trwa długo, gdyż dwa dni spędzają na czyszczeniu gaźnika i przewodów paliwowych samochodu.
W Alice Springs już czeka instrukcja – Coote zostaje kierownikiem wyprawy. Jego zadaniem jest odnaleźć Lassetera i Johnsa i kontynuować wraz z nimi poszukiwania. Blakeley ma zorganizować transport Thornycrofta i wracać do Sydney.

Gdzie szukać Lassetera?
Prawdopodobnie gdzieś w okolicach Ayers Rock. Coote zarządza, że on poleci samolotem do Ayers Rock, natomiast Taylor dotrze tam z karawaną wielbłądów, ekwipunkiem i zaopatrzeniem. Piętnaście wielbłądów plus zawodowy przewodnik. Powinni z łatwością dotrzeć do Ayers Rock w ciągu dwunastu dni,
Coote odczekał dwa tygodnie i poleciał do Ayers Rock…

Uluru

Bardzo się cieszę, że znalazłem w internecie powyższe zdjęcie. Raz udało mi się spojrzeć na Ayers Rock (obecnie używa się tradycyjnej, aborygeńskiej, nazwy – Uluru) z góry. Czy Państwo widzicie to, co ja widzę? Zacisniętą lewą pięść?

Karawany ani śladu. Coote obszedł wielką skałę dookoła, znalazł grotę z dobrą wodą i czekał bezczynnie długie dni. Wreszcie dotarł Taylor z karawaną, w sumie zajęło im to 17 dni gdyż zmylili drogę.
Coote wraca samolotem do Alice Springs, gdyż samolot wymaga drobnych napraw. Tam dowiaduje się, że dyrekcja kompanii, nie otrzymawszy żadnych wiadomości o losie ekspedycji, zorganizowała akcję poszukiwawczą z udziałem lotnictwa wojskowego.
Coote dostaje kolejne polecenie – dosyć tego, zabrać samolotem Taylora spod Ayers Rock, karawana ma wrócić do Hermannsburga i czekać na dalsze instrukcja. Lassetera i Johnsa zostawić ich własnemu losowi.

13 listopada pojawia sie w Alice Springs mocno wyczerpany Johns z trzema wielbłądami.
Gdzie Lasseter? Co się stało? Czy znaleźli złotą rafe?
Odpowiedzi są w liście Lassetera do przedstawiciela rządu (Government Resident).
Przed przeczytaniem listu przedstawiciel pyta Johnsa, czy zna jego treść?
– Oczywiście, gdyby była dla mnie niekorzystna, to bym go nie dostarczył.
Wędrowali razem ponad pięć tygodni. W pobliży Lake Amadeus Lasseter udał się na samotne poszukiwania, które trwały dwa dni. Wrócił z radosną miną. Znalazł rafę, w worku ma pobrane tam próbki. Jednak nie chce ich pokazać Johnsowi. Dochodzi do ostrej bójki, podczas której Johns wyciąga rewolwer. Lasseter jest jednak nadspodziewanie sprawny i silny, wyrywa Johnsowi rewolwer, a ten niechcący naciska spust – młoteczek przycina  Lasseterowi dłoń między kciukiem a palcami. Pogodzili się i wspólnie wrócili do Illbilla. Wielbłądy były bardzo wyczerpane, zdecydowali więc, że Johns wróci do Alice Springs po nowe zwierzęta. Lasseter z dwoma wielbłądami powędruje do złotej rafy, żeby ją zakołkować. Dlaczego tego nie zrobił, gdy ją znalazł?

Nowa instrukcja z Sydney – Coote zdjęty ze stanowiska szefa wyprawy, kierownikiem zostaje Taylor. Zadanie – szukać Lassetera. Taylor rusza z wielbłądami do Illbilla, ma tam dolecieć nowy samolot z Sydney. Nie doleciał. Znowu wzywają na pomoc lotnictwo. Wojsko znajduje zagubiony samolot i zrzuca zaopatrzenie na spadochronie. Okazuje się, że samolot zabłądził, zła pogoda zmusiła pilotów do lądowania, skończyło się paliwo.
To już prawie połowa stycznia 1931 roku, dobry pastor w Hermannsburgu nie wytrzymuje i sam organizuje poszukiwanie Lassetera. Zatrudnia do tego osobę najlepiej znającą te okolice – Boba Bucksa.

Mijają ponad trzy miesiące…

Lasseter

Bob Bucks znalazł zepsute ciało w płytkim grobie przy Irving Ck. Przyniósł, co znalazł przy grobie – fotografie, pamiętnik, listy do rodziny, rewolwer, sztuczną szczękę.

Koroner za radą policji uznał to za dowód śmierci, przyczyna – zagłodzenie.

Głównym źródłem informacji o losach Lassetera są jego listy do rodziny i jego dziennik…

Pamiętnik

To bardzo przejmujący dokument – link do pełnego tekstu podany w Źródłach.
Wynika z niego, że po kilku dniach wedrówki uciekły mu wielbłady z całym ładunkiem. Od tej chwili zdany był na siebie, a właściwie na pomoc Aborygenów. Pokazali mu czym i jak się żywić, kilkakrotnie przygotowali mu posiłki, ale jego organizm źle je przyjmował. Słabł w oczach, wreszcie zmarł.
W listach znajdują się przejmujące słowa do rodziny, również zapewnienie, że znalazł rafę i jest pewien, że jego rodzina skorzysta z tego bogactwa.

Rodzina Lassetera to żona Irene i dwójka dzieci. Starsze z dzieci, syn Robert, miał sześć lat, gdy Lasseter zaginął. Robert kilkakortnie podjął wysiłek odszukania złotej rafy. Istotnym motywem było oczyszczenie ojca z zarzutów oszustwa.

Jedną z ostatnich prób była wyprawa zrelacjonowana w filmie “Lasseter Bones”. W końcowej sekwencji filmu podróżnicy kontaktują się z Aborygenami. Ci potwierdzają pamięć o wizycie Lassetera ponad 80 lat wcześniej, potwierdzają również istnienie zasobów złota.
I tu zaczynają się schody. Młody twórca filmu jest nadzwyczaj poprawnym politycznie Australijczykiem i według mnie wprost naprasza się, żeby go traktowano na dystans, jako obcą osobę. Inna sprawa to nieznajomość języków aborygeńskich i brak w ekipie kogokolwiek, kto rozumie tutejsze tradycje. Film kończy się sceną, w której aborygeński “elder” gniewnie odsuwa papiery i dokumenty, zaciera mapę, którą naszkicował na piasku i pogrąża się w kontemplacji.

Przypomina mi się opowieść mojej żony…
To było ponad dwadzieścia lat temu, w zupełnie innej okolicy – parku narodowym Kakadu (KLIK). Grupa wycieczkowa zatrzymała się na odpoczynek, w pobliżu przebywała grupka Aborygenów. Przewodnik wycieczki od razu miał się na baczności – nie róbcie zdjęć, nie podchodźcie zbyt blisko.
Moja żona oczywiście podeszła i zaczęła pytać o technikę aborygeńskiego malarstwa. Już po chwili zyskała sobie życzliwość całej grupy. Jedna z kobiet zaproponowała – zostań z nami, pokażę ci miejsce, gdzie jest złoto. Dużo złota.
Żona wykręciła się obowiązkami rodzinnymi.

Inna sprawa to – jaki pożytek ze złota znajdującego się w świętym miejscu? Co roku turyści, wbrew wyraźnym pouczeniom, zabierają na pamiątkę kamyk z Uluru. Administracja centrum turystycznego ma z tego powodu kłopot, gdyż codziennie przychodzą paczki z całego świata ze zwróconymi kamieniami. Skradzione kamienie przynoszą same nieszczęścia – KLIK.

Ostatni, ponad 240 kilometrowy, odcinek szosy z Alice Springs do Uluru nosi nazwę Lasseter Highway…

Lasseter Hwy

W tym miejscu należy odbić od szosy, powędrować nieco na południowy zachód… czy jest ktoś chętny?

Źródła: Lasseteria – encyklopedia wiedzy o Lasseterze i jego złocie – KLIK.
Warren Brown – “Lasseter’s Gold”.
Fred Blakeley – “Dream Millions”.
Errol Coote – “Hells’s Airport”.
Harold Lasseter – Diary. Pełen tekst tutaj – KLIK.
Luke Walker – film – “Lasseter’s Bones”. Zwiastun tutaj – KLIK.

Nord-West Passage

Diese Geschichte begleitete mich Jahrelang… Nordwestpassage: Ausgerüstet mit Proviant für drei Jahre fuhren Franklin und seine Leute 1845 los und überwinterten zweimal erfolgreich. Auf den zweiten Winter aber folgte ein Sommer, der so kalt war, dass die eingefrorenen Schiffe nicht mehr freikamen. Franklin starb, und am Ende des dritten Winters wagten die verzweifelten Überlebenden den Marsch über das Packeis.

Mein Vater Dariusz Bogucki (1927-2002) war ein Polarsegler, der im Laufe seines Seglerlebens Grünland, Labrador, Spitzbergen und die Insel Jan Mayen auf einem Yacht erobert hat. Insgesamt war er 12 Mal mit einem Yacht auf den Polarwasser, davon sieben Mal als Kapitän. 1975 fuhr er auf dem Segelschiff “Gedania” mit neun Crew-Mitglieder los, um die Nordwestpassage, einen nordlichen Wasserweg zwischen Atlantik und Pazifik, zu erzwingen. Es sollte der erste Versuch nach Franklins-Expedition gewesen sein.

Nordwestpassage

Mein Vater ist gescheitert, nicht aber wegen des Winters und des Eis, sondern wegen der kanadischen… Bürokratie, die in den 70ern keine Menschen aus dem Ostblock auf ihren geheimen Gewässer wünschte. Vater und seine Besatzung bekamen kein Erlaubnis, Nordwestpassage zu überqueren und versuchten trotzdem ohne Erlaubnis in diese berüchtigte Enge einzudringen. Eine Woche lang gingen sie hinein und die kanadische Militär hat sie gesucht. Sie wurden aufgefangen, abgeführt und zurück zu Atlantikküste gebracht. Sie segelten weiter; während dieser Segelfahrt erreichten sie ein anderes bis dahin nie erreichtes Ziel: Sie waren die erste Crew, die Arktis und Antarktis (samt Umfahrung des Capes Horn) bei einer und dasselber Fahrt anfuhren. Darüber hat mein Vater ein Buch geschrieben.

Mit dem hier reblogten Text, den mir Ania zugeschickt hat (danke Ania!), bekommen sie vielleicht den Eindruck, wie wir uns fühlten als Vater und seine Leute aus Gdańsk losfuhren. Wir wussten nicht, ob sie in drei Jahren zurück sind, oder in vier, oder gar… nein, über andere Möglichkeiten wollten wir gar nicht denken.
Vater und seine Leute kamen zurück.
Dariusz Bogucki starb am 22. September 2002. Es sind heute 14 Jahre. Du fehlst uns, Papa!


Forscher finden legendäres Arktis-Wrack 

Nach 168 Jahren haben Forscher das zweite verschollene Wrack der berühmten Franklin-Expedition gefunden. Aber was passierte 1848 genau mit den Schiffen in der Arktis? Es gibt neue Rätsel.

Es war eine eisige Katastrophe, die viele Menschenleben gefordert hat: Als der britische Polarforscher John Franklin 1845 mit der HMS “Terror” und der HMS “Erebus” aufbrach, um die damals legendäre Nordwestpassage zu finden, ahnte noch niemand, dass es Franklins letzte Reise werden sollte.

Keiner der 129 Männer, die zu der Expedition aufgebrochen waren, kehrte zurück. Welches Schicksal sie genau erlitten, ist bis heute ein Rätsel geblieben – ebenso der Standort der Schiffe. Dabei haben sich schon kurz nach dem mysteriösen Verschwinden etliche Arktisforscher in zahlreichen Expeditionen auf die Suche nach Franklin und seinen Leuten gemacht. Zudem fahndeten Generationen von Historikern und Archäologen nach Hinweisen.

Was damals genau passierte, könnte nun vielleicht geklärt werden. Denn Forscher aus Kanada haben das zweite noch verschollene Wrack der beiden Expeditionsschiffe gefunden – das erste konnte 2014 geortet werden. Laut den Mitgliedern der Arctic Research Foundation handelt es sich bei dem neuesten Fund um die HMS “Terror”. Das Wrack liegt in außergewöhnlich gutem Zustand in etwa 24 Meter Tiefe auf dem Grund einer Bucht der King-William-Insel – gut 250 Kilometer nördlich des Polarkreises und fast hundert Kilometer südlich von der bisher vermuteten Unglücksstelle.

Die Forscher konnten bereits einen ferngesteuerten Tauchroboter in das Schiff schicken, der mit einer Kamera Bilder aufgezeichnet hat. “Wir haben die Schiffsmesse identifizieren können, einige Kabinen und den Vorratsraum. Dort sahen wir noch Teller – eine Konservendose stand sogar noch im Regal”, teilte Expeditionsleiter Adrian Schimnowski dem “Guardian” per E-Mail mit. Auch zwei Weinflaschen und eine noch offen stehende Schublade mit einem Gegenstand darin sei entdeckt worden.

Die drei Masten des Schiffs seien gebrochen, die Stümpfe würden aber noch aufrecht stehen. Zudem fanden die Forscher das Schiff mit geschlossenen Luken vor. Sogar die Glasscheiben von drei der vier Fenster der Kabine von Kapitän Francis Crozier seien noch intakt. “Das Boot ist in einem so guten Zustand, dass es vermutlich schwimmen könnte, wenn man es heben und das Wasser abpumpen würde”, so Schimnowski.

Seit 2008 hatte Kanada die Suche nach den beiden Schiffen verstärkt und war jährlich in die Arktis gefahren. In den vergangenen Jahren hatte der Klimawandel die Suche erleichtert: Der meist gefrorene Seeweg der Nordwestpassage war öfter eisfrei.

Laut den Forschern ist das Schiff nun aufgrund des Hinweises eines Inuit-stämmigen Mitglieds der Crew entdeckt worden. Auf einem Jagdausflug soll der Mann vor Jahren ein Stück Holz gesehen haben, das aus dem Wasser der vereisten Bucht ragte und wie ein Schiffsmast ausgesehen habe. Dem Bericht wollten die Forscher nachgehen, bevor sie in das offizielle Suchgebiet weiter nördlich fahren wollten.

Doch die Suche in der Bucht am Morgen des 3. September hatte zunächst kein Ergebnis gebracht. Erst als das Expeditionsschiff “Martin Bergmann” dann direkt über das Wrack gefahren sei, wären auf dem Display des Sonargeräts Umrisse erkennbar gewesen. Anschließend untersuchten die Forscher das Wrack mit dem Tauchroboter. Die Aufnahmen verglichen sie mit Bildern und den Bauplänen der “Terror”, um sicherzugehen, dass es sich um das gesuchte Schiff handelt.

Ein typisches Merkmal der “Terror” sei ein auffälliges Abgasrohr der Dampfmaschine gewesen, die dem Segler zusätzlichen Antrieb im Eis geben sollte. Ein solches Rohr rage bei dem Wrack an genau derselben Stelle aus dem Deck. Laut Schimnowski müsse das etwa 31 Meter lange Schiff sehr sachte und langsam gesunken sein, das verrate die Lage auf dem Meeresboden. Nun sollen Unterwasserarchäologen das Schiff untersuchen und die Aufnahmen auswerten, um endgültige Klarheit über die Identität des Schiffs zu erlangen.

Die Arctic Research Foundation wurde von dem kanadischen Millionär Jim Balsillie gründet, der auch Initiator der Expedition war. Zum Ablauf der Katastrophe vor 168 Jahren hat er eine neue Theorie: Die Lage und der gute Zustand des Wracks ließen den Schluss zu, dass das Schiff von einigen Crewmitgliedern bewusst verlassen worden sei. Es seien dann aber Seeleute an Bord der HMS “Erebus” gegangen, um so weiter nach Süden zu gelangen.

Bisher gingen Historiker davon aus, dass beide Schiffe von allen Expeditionsteilnehmern am 22. April 1848 verlassen worden waren, um auf dem Landweg vor den Eismassen zu flüchten – ein Plan, der bekanntlich tragisch scheiterte. Aber eine später in einem Steinmahl gefundene Notiz, die von Francis Crozier, dem Kapitän der “Terror”, unterzeichnet worden war, berichtete von dem Vorhaben. Doch nach den neuesten Erkenntnissen könnte ein Teil der Crew eine Rückkehr mit der “Erebus” versucht haben. Auch das Abdriften der Wracks im Treibeis wird vermutet – das hat die Suche besonders schwierig gemacht.

Die Überreste der “Erebus” wurden vor zwei Jahren weiter südlich gefunden. Das Wrack lag in elf Meter Tiefe, war aber in einem deutlich schlechteren Zustand. Archäologen konnten bisher neben einigen Gegenständen auch die Schiffsglocke von Franklins Flaggschiff bergen.

***

Am 19. Mai 1845 war der verdiente britische Admiral und erfahrene Polarforscher Sir John Franklin mit zwei Schiffen und 129 Mann Besatzung ausgelaufen, um die Nordwestpassage zu finden. Ausgerüstet mit Proviant für drei Jahre überwinterten sie zweimal erfolgreich. Auf den zweiten Winter aber folgte ein Sommer, der so kalt war, dass die eingefrorenen Schiffe nicht mehr freikamen. Franklin starb, und am Ende des dritten Winters wagten die verzweifelten Überlebenden den Marsch über das Packeis.

Die britische Marine unternahm für die aufwendig ausgerüstete Expedition diverse Rettungsversuche: Auf zunächst drei erfolglose Expeditionen folgte die größte Suchaktion des 19. Jahrhunderts: 1850 schwärmten 14 Schiffe aus, um Franklin und seine Crew zu finden. Es war der Beginn einer ganzen Folge von Suchexpeditionen, die sich bis 1855 hinzogen. Nicht wenige der Expeditionsteilnehmer gerieten selbst in Gefahr und mussten gerettet werden. Am Ende fanden bei den Suchaktionen mehr Menschen den Tod als durch die Franklin-Expedition.

Die Retter fanden zunächst einige wenige Zeugnisse und Nachrichten, die von Krankheiten und Todesfällen berichteten. 1854 schließlich stieß der Polarforscher John Rae auf Inuit, die Gegenstände besaßen, die offensichtlich Franklins Männern gehört hatten. Sie berichteten von verzweifelten Hungergestalten, die sterbend über das Eis zogen – und davon, dass sich die Männer am Ende gegenseitig gegessen hätten.

Die Bestätigung dieser Geschichte, die in England und Kanada auf Empörung stieß, lieferte 1859 der von Franklins Witwe direkt beauftragte Francis Leopold McClintock. Er fand Knochen und verstümmelte Leichen, die Spuren von Kannibalismus aufwiesen.

Die Suche nach Franklins Schiffen aber sollte für den Rest des 19. Jahrhunderts nie ganz aufgegeben werden. Noch 1913 finanzierte der kanadische Staat Expeditionen – sieben Jahre nachdem Roald Amundsen die Durchfahrt der Nordwestpassage erstmals gelang. 1992 erklärte Kanada den Ort, wo Franklins Schiffe sanken, zu einem Ort von nationaler Bedeutung.

Stuart 8

Doesn’t anybody stay in one place anymore
It will be so fine to see your face at my door
And it doesn’t help to know you’re so far away

Czy nikt nie zostaje w tym samym miejscu?
Tak dobrze byłoby zobaczyć cię w drzwiach
To, że wiem, że jesteś daleko, wcale mi nie pomaga

Rod Stewart „So far away”

Joanna Trümner

Pożegnanie

Ian odprowadził przyjaciela na lotnisko. Na pożegnanie pokazał mu znak zwycięstwa. Nie mógł opanować smutku na myśl o tym, że nie zobaczą się co najmniej przez kilka następnych miesięcy. Oczami wyobraźni widział Stuarta w samolocie do Wellington – z głową pełną muzyki i radości z niespodziewanej szansy w życiu. Ian nie zdawał sobie do teraz sprawy z tego, jak mocno zazdrości przyjacielowi talentu i nowego wyzwania. „Jaki ze mnie przyjaciel? Zżera mnie złość i zazdrość, a powinienem się cieszyć razem z nim. A jaki ja mam talent? Dlaczego nie mam w sobie żadnej pasji, niczego, co by mnie naprawdę interesowało? Ja się nawet nie potrafię zakochać, tylko zbieram jakieś głupie wpisy w notesie, imiona kobiet, których twarzy już nawet nie pamiętam”. W głowie kotłowało mu się od pytań i wątpliwości. Przypomniały mu się słowa Matta, który po kilku tygodniach wspólnego mieszkania w Sydney wystawił jego walizki za drzwi i napisał mu na kartce adres najbliższego schroniska młodzieżowego oraz zdanie: „Weź w końcu odpowiedzialność za swoje życie”.

Ian, który nigdy jeszcze nie zadał sobie pytania „co dalej?”, nie był przygotowany na ten moment prawdy o sobie samym, o pustce życia, które do tej pory prowadził i braku jakiegokolwiek dalszego planu. Kiedy dotarł do domu, był tak zmęczony walką ze złymi myślami i tak bardzo potrzebował towarzystwa innej osoby, że ucieszył się na widok Changa, krzątającego się po sklepiku w schronisku.

Rodzina Changów przyjechała do Sydney z Hong Kongu przed dwudziestoma laty. Changowie prowadzili sklepik, w którym przez całą dobę można było kupić niezbędne w podróży przedmioty – grzebienie, szczoteczki do zębów, filmy do aparatów fotograficznych, pocztówki, baterie oraz papierosy, jedzenie i alkohol. Przy plastikowym stoliku z dwoma krzesłami Chang częstował swoich klientów tanimi, domowym jedzeniem. Ian ze Stuartem nieraz żartowali sobie, że znaleźli w nim brata Rasheeda z Londynu i bywali w sklepiku tak często, że zdążyli poznać wszystkich członków rodziny – nie znających prawie angielskiego, wiecznie uśmiechających się do klientów rodziców Changa, małżeństwo Changów i ich dzieci – ośmioletniego Liu i starszą o kilka lat Pi. Ian i Stuart pomagali nieraz dzieciom przy odrabianiu lekcji z matematyki, w zamian za co Chang częstował ich smacznymi domowymi daniami.

W chwili, kiedy Ian wszedł do sklepiku, Chang przerwał na chwilę układanie towarów na półkach i wnikliwie spojrzał na swojego stałego klienta. Nie pytał o powody wypisanego na jego twarzy smutku. „Chodź ze mną na zaplecze, mam coś, co ci na pewno pomoże”. W ciasnym, zastawionym towarem pokoiku na zapleczu Chang poczęstował go grubo i nierówno skręconym papierosem z marihuaną. Pierwszy joint w życiu był dla Iana olśnieniem i natychmiast rozjaśnił mu nastrój. Wszystkie smutki i wątpliwości, które w drodze z lotniska do domu rozgościły mu się w głowie, nagle zaczęły się oddalać, odpływać w nieznanym kierunku. Im dłużej palił Changowego skręta, tym bardziej się uspakajał, a plan działania na najbliższe miesiące stawał się bardziej wyrazisty. „Jutro zacznę szukać mieszkania i pracy. Skoncentruję się na robieniu pieniądzy”.

Na myśl o tym, że w tym pięćdziesięciokilkuletnim imigrancie, w starym, znoszonym i źle skrojonym czarnym garniturze znalazł swojego dostawcę szczęścia, nie mógł pohamować głośnego śmiechu. Wrócił do pokoju na pierwszym piętrze schroniska i położył się najpierw na dolnym łóżku, na którym jeszcze do wczoraj spał Stuart, następnie wdrapał się na swoją pryczę, która nagle stała się tak szeroka i wygodna, że zasnął od razu z uśmiechem na twarzy.

Następnego dnia Ian ruszył w poszukiwanie pracy, w dwa tygodnie później udało mu się znaleźć posadę w Banku Australijskim. Pokój w schronisku zastąpiło dwupokojowe mieszkanie w północnej części Sydney.

Premiera

Grupa wystawiająca musical „Jesus Christ Superstar” składała się z trzydziestu osób z różnych zakątków świata. Już podczas pierwszego spotkania w teatrze, kiedy członkowie zespołu opowiadali o sobie i swej dotychczasowej karierze muzycznej, Stuart zorientował się, że znalazł się w grupie zróżnicowanych, a ciekawych ludzi, wśród których na pewno uda mu się znaleźć nowych przyjaciół.

Najlepszym piosenkarzem w zespole był Louis z Nowego Orleanu z głosem o pięknym brzmieniu i potężnej sile. Ten trzydziestoletni mężczyzna miał tak perfekcyjną prezencję sceniczną, że Stuart długo nie potrafił zrozumieć, dlaczego jego dotychczasowa kariera muzyczna oganiczała się do kilku tras koncertowych po Stanach. Podczas długich rozmów z nowym przyjacielem, kiedy opowiadał o zadymionych, małych knajpach w prowincjonalnych miasteczkach na południu Stanów i długach, w które wpadł w pogoni za uznaniem, Stuart znalazł odpowiedź na pytanie, dlaczego. Jego zdaniem to właśnie Louis powinien zagrać główną rolę w musicalu – rolę Jezusa, a nie niewdzięczną rolę Judasza. „Czarnego Jezusa nikt nie chciałby słuchać” – skomentował Louis podczas jednej z ich rozmów.

Kartka pocztowa z nowym adresem Iana i zamaszystym podpisem – „reprezentant Banku Australijskiego” – dotarła do Wellington w kilka tygodni po rozpoczęciu prób do musicalu. Stuart ucieszyła ta wiadomość, bo przy rozstaniu z przyjacielem na lotnisku bał się, że Ian niczego w swoim życiu nie zmieni i że nigdy nie skończy się jego niezbyt wygodne, ale nie zobowiązujące, przypominające wieczne wakacje życie w schronisku. Stuart wyobrażał sobie Iana w nowym, ciemnym garniturze, w koszuli z granatowym krawatem, który ze swoim rozbrajającym uśmiechem namawia klientów do inwestycji, przekonując ich o tym, że właśnie robią interes swojego życia.

Kolejne miesiące w Wellington minęły na przygotowywaniu spektaklu. Kiedy na ulicach miasta pojawiły się plakaty zapowiadające premierę „Jesus Christ Superstar”, zespół miał za sobą dziesiątki prób i godziny nauki wokalu. Dyrekcja teatru zrobiła wszystko, żeby to prowincjonalne miasto po raz pierwszy w swojej historii przeżyło wydarzenie kulturalne na światowym poziomie. W programie przygotowania spektaklu nie zabrakło rozmów członków zespołu z psychologami – rozmów, które pomagały w opanowaniu strachu przed wejściem na scenę i pokonaniu tremy. Stuart był coraz bardziej wdzięczny losowi za szansę, jaką był pobyt w Wellington i za profesjonalną pomoc, dzięki której nauczył się bezbłędnie posługiwać się głosem. Na plakatach zapowiadających premierę musicalu 21 maja 1972 roku, obok ról i nazwisk odtwórców pojawiły się miasta, z których przybyli, wśród trzydziestu nazwisk pierwszą pozycją było nazwisko Stuarta z dodatkiem Walton/London – Wielka Brytania.

Premiera musicalu była wielkim sukcesem, a Stuart szybko stał się jednym z najbardziej znanych mieszkańców miasta.

Uczucie monotonii, które odczuwał podczas występów w Sydney, zniknęło. Jezus w jego wykonaniu był na scenie za każdym razem kimś innym – czasami był to Jezus, nie potrafiący pogodzić się z wolą Ojca, innym razem Jezus wątpiący w sens swojego przeznaczenia, albo też Jezus, który po prostu chciałby prowadzić życie normalnego człowieka. Stuart występował w musicalu cztery razy w tygodniu, pozostały czas poświęcał próbom, nauce śpiewu albo komponowaniu nowych utworów. Utworów, które zgodnie z umową mógł prezentować publiczności w dni wolne od spektakli. Coraz częściej myślał o nauczeniu się dodatkowo gry na jeszcze jakimś instrumencie.

Nowe przyjaźnie pomogły mu zapomnieć o rozgoryczeniu, które czuł w dniu premiery – rozgoryczeniu, że nikt z jego najbliższych nie znalazł się wśród publiczności w dniu jego wielkiego sukcesu. Kontakty z rodziną i Ianem miały miejsce poprzez listy i sporadyczne rozmowy telefoniczne. Najczęściej docierały do niego listy od Kate, która podjęła w międzyczasie pracę nauczycielki angielskiego w Brighton. Kate wybierała się z wizytą do Wellington w lipcu, podczas wakacji szkolnych. Jej długie listy, na które czekał na początku każdego miesiąca, kończyły się zawsze zdaniem: „życzę ci końca celibatu”. To życzenie spełniło się – w kilka tygodni po przyjeździe do Wellington Stuart zaczął spotykać się z jedną z tancerek musicalu.

Cdn.

Frauenblick: L´Amica geniale

Monika Wrzosek-Müller

Elena Ferrante, „Meine geniale Freundin“

Wieder fuhr ich nach Italien und atmete meine Luft der unbegrenzten Toleranz und Neugier für alle und alles. Ich las viel Zeitung, schaute Nachrichten im Fernsehen und spürte, wie anders die Welt mit den Augen der Italiener aussah; obwohl es nicht weniger Probleme gab. Sie wurden nur anders angegangen und obwohl die Zahlen und die politische Ereignisse für Pessimismus sorgten, konnte ich auf der menschlichen Ebene alles andere als Kälte, Abweisung und Unverständnis erleben und ich wünschte mir, Europa würde Italien helfen. Dem Land, das inzwischen zum Hotspot der Flüchtlinge geworden ist, das von Erdbeben immer wieder erschüttert wird und doch wirklich menschlich und hilfsbereit bleibt.

Auf diesem Hintergrund stoße ich auf eine Schriftstellerin, von der ich in Berlin schon gehört habe. Im Flugzeug, im „Spiegel“, las ich ein Interview mit einer italienischen Schriftstellerin, die sich hinter einem Pseudonym versteckt und mit ihren letzten Büchern über das Leben in Neapel für Begeisterung sorgte. Hier angekommen besorgte ich mir das erste Buch aus der Reihe L´Amica geniale, das in diesen Tagen auch in deutscher Übersetzung erscheinen soll. Es sind vier Bände mit über 1500 Seiten, in Italien schon alle vier Bestseller, in Deutschland hoffentlich bald auch. „Meine geniale Freundin“ erscheint im Herbst in Suhrkamp Verlag mit 422 Seiten, weitere Bände sollen bald folgen.

Schon im Interview spürte ich, dass mir die Schreibart und das Thema gefallen würden. Dazu kam die Tatsache, dass die Schriftstellerin ihre Identität hinter dem oben angegebenen Namen versteckt, also existiert sie nach außen nur in ihren Büchern und den schriftlichen Interviews, die sie sporadisch und dann aber sehr ausführlich gibt. In Italien erscheinen ständig Bücher von ihr; das letzte gerade eine neue Ausgabe von Frantumaglia: eine Sammlung von Aufsätzen, Interviews, Essays. Das Paradoxe bei Ferrante ist, man weiß fast alles, was sie denkt, doch wer sie als reale Person ist, bleibt immer noch geheim. Aus kleinen Fetzten in Interviews baute man inzwischen einige Fakten der Biografie zusammen; dass sie in Neapel und Turin gewohnt hat, dass sie eine Frau ist (war lange umstritten), dass sie einen anderen Beruf auch noch ausübt, dass sie Familie mit Kindern hat… Das sorgt natürlich für mehr Aufmerksamkeit und Interesse, doch die Schriftstellerin beharrt auf ihrem Inkognito auch als Programm, ihr Schreiben sei wichtig, da teilt sie alles mit, sie selbst wolle im Schatten bleiben. In der Zeit, in der alles allen mitgeteilt, fotografiert und zugänglich gemacht wird, eine scheinbar seltsame Verhaltensweise.

Ich stürzte mich auf das Buch, meine Kenntnisse des Italienischen reichen gerade so, dass ich den Text und Kontext verstehe, doch nicht alle Nuancen und Redewendungen, besonders die aus dem Neapolitanischen Dialekt. Das Buch liest sich wie ein Fluss, die Sätze und die darin enthaltenen Gedanken folgen einer Strömung, die man nicht anhalten kann und die einen in den Zustand des Entzückens und fast der Hypnose versetzen; man will unbedingt weiter. Die beiden Protagonistinnen Lena, von allen Lenù genannt, und Lila (Greco und Cerullo mit Familiennamen) treffen und lernen sich kennen in einem verfallenen barocken Bürgerhaus (Pallazo) in einem heruntergekommenen Stadtteil von Neapel und suchen nach ihren Puppen Tina und Nu, die sie im Streit, während einer Mutprobe, in den Keller geworfen haben. So beginnt ihre Freundschaft und Rivalität und ihr Leben, das die Schriftstellerin uns vorführt. Wir verfolgen die Jahre mit den Augen von Lenù, der ruhigeren und ausgewogeneren, die sich immer wieder mit ihrer Freundin messen und sie überholen will und doch eine zarte Zuneigung und Hochachtung für die andere hegt. Die Erzählerin ist auch diejenige, die dann schreiben wird. Wieviel Klugheit und Wissen über das Leben in den engen Straßen wir dabei erfahren, verdanken wir der Beobachtungsgabe und Empfindsamkeit der Schriftstellerin. Manchmal kommen mir die beiden Mädchen mit ihren zwölf oder dreizehn Jahren unheimlich erwachsen und klug vor, weit erwachsener als die heutigen 25-jährigen, die keine wirklichen Mutproben zu bestehen haben. Wir erfahren das Leben mit allen seinen Facetten: es ist grausam und brutal, bis aufs Blut wird geschlagen, mit Hass und Liebe, die zärtliche und unschuldige aber auch die zerstörende und schmutzige Liebe; und vor allem sehen wir, wie unheimlich kompliziert die Entscheidungen waren, wer was im Leben geworden war; trotz der markanten Charaktere, trotz des starken Willens. Wir bemerken erstaunt, wie wichtig die Lehrer damals waren, wie weit sie das Leben der Schüler bestimmen konnten, weit mehr als ihre eigenen Eltern. Die Eltern kommen immer wieder auch vor und da treffen wir auf Leute, die fast nie aus ihrem Stadtteil herausgekommen sind, geschweige denn sich ans Meer (in Neapel!) nach Ischia, Capri oder die Costa Amalfi hinaus gewagt haben. Vor allem aber sind wir gespannt, wie ich schon seit langem nicht mehr, auf die weiteren Ereignisse. Dieses Panorama des Lebens entführt uns und zeigt, dass alles möglich, alles erlebbar ist. Und dabei ist es kein bisschen kitschig, die beiden Mädchen sorgen dafür.

Es ist auch ein Buch über Freundschaft, die da in Neapel unheimlich viel bedeutet hat und vielleicht auch noch bedeutet, denn hier geht es gar nicht um die ferne Vergangenheit; es sind die sechziger Jahre. Die Freunde, amici, helfen einem, können aber auch vernichten. Der wirtschaftliche Aufbruch im rione (dem Stadtteil) wird an den vielen Unternehmen, die dort entstehen, sichtbar; das Geld, wie man reich wird, ist auch ein Thema. Die eine will es mit Bildung versuchen, die andere träumt von einer Manufaktur für exzellente Schuhe, braucht aber Startkapital, das sie durch eine Heirat zu bekommen hofft. Doch was das Leben weiter gehen lässt, sind die Emotionen: Freundschaft, nicht nur zwischen den Mädchen, sondern auch ihre männlichen Freunde, die sie beschützen und umgarnen, Liebe, Hass und Unmut, die Gegensätze. Das Buch ist bunt von Stimmungen, von den Erwartungen und Kämpfen der jungen Mädchen, die zum Schluss des Romans als erwachsene Frauen angesehen werden und sich selbst so empfinden und eine von ihnen heiratet mit ihren gerade vollendeten 18 Jahren. Vor allem erfahren wir glaubhaft nah und nachvollziehbar, wie das Leben in Neapel in der Zeit ausgesehen hat, wie die Menschen arbeiteten, wie sie untereinander Konflikte ausgetragen haben, wie sie ihre Freizeit verbrachten (immer in der Bar und mit ausgedehntem Promenieren an der Hauptstraße).

Für mich, die Neapel und Ischia sehr gut kennt und die Straßen und Viertel, die im Buch beschrieben werden, auch selbst abgelaufen hat, fühlt es sich an, wie ein langer, ein sehr dichter, emotionaler Spaziergang zurück in die so schöne und aber leider sehr vernachlässigte, an vielen Ecken fast zerstörte italienische Stadt.

Von ganzem Herzen empfehle ich das Buch zu lesen.

Lejana y sola (5)

Kinga Szpuler

3.2. Poemas de Rafael Alberti

 3.2.1. Prólogo, del poemario El alba del alhelí (1925-1926)

El alba del alhelí
X
Prólogo
X
Todo lo que por ti vi
– la estrella sobre el aprisco,
el carro estival del heno
y el alba del alhelí-,
si me miras, para ti.
X
Lo que gustaste por mí
– la azúcar del malvavisco,
la menta del mar sereno
y el humo azul del benjuí-,
si me miras, para ti.
X
(Hypérbole, s.f.)
Świt lewkonii
X
Prolog
X
Com z tobą ujrzał choć raz:
– opalowy świt lewkonii,
wóz siana o letnim zmierzchu,
nad owczarnią iskry gwiazd –
to wszystko ci daję, patrz.
X
Czego smak przeze mnie znasz:
– chłodna mięta mórz spokojnych,
benzoesu dym w powietrzu,
łagodnego cukru ślaz –
to wszystko ci daję, patrz.
X
(Alberti 1986: 121)

Este poema breve es el prólogo del tercer poemario publicado por Rafael Alberti con el título El alba del alhelí. El ciclo se compone de tres partes: El blanco alhelí, El negro alhelí y El verde alhelí, entre las que cada posee sus rasgos particulares.

El Prólogo es un texto muy corto, son solo dos estrofas, cada una de cinco versos. No obstante, el poema posee una estructura muy refinada y simétrica. El primer, cuarto y quinto verso son los heptasílabos, además las últimas palabras de las tres líneas crean las rimas oxítonas[1]: “vi – alhelí – ti”. El segundo y tercer verso tienen ocho sílabas métricas. Lo interesante lo podemos observar cuando comparamos las dos estrofas, porque encontramos las rimas inesperadas, es decir, se riman las palabras: “aprisco – malvavisco” y “heno – sereno” y son las rimas consonantes[2]. Es, como si las rimas saltaran de una estrofa a otra. Tenemos también un estribillo, porque el quinto verso de cada estrofa se repite.

El contenido del texto describe un momento romántico, una declaración de un chico hacia su amante. Todo dura solo un instante, sin embargo, contiene una riqueza de metáforas y epítetos muy rebuscados: “la estrella sobre el aprisco; el alba del alhelí; el azúcar del malvavisco; la menta del mar sereno; el humo azul del benjuí”. Todas las imágenes el amante se las quiere regalar a su novia.

La estructura de la versión polaca del poema es casi la misma como en el texto original: coinciden exactamente los números de versos y sílabas de las dos estrofas. La traductora imita también las rimas oxítonas: “raz – gwiazd – patrz” y “znasz – ślaz – patrz”. Igualmente, corresponden las rimas que en español son consonantes: “lewkonii – spokojnych “, aunque, en este caso no logró una rima perfecta, y “zmierzchu – powietrzu”.

Al comparar el contenido léxico, observamos pequeñas modificaciones en cuanto al orden de las informaciones, pero la traductora no omite a ninguna. Bogucka está haciendo malabares con las palabras, para conseguir la forma perfecta.

[1] En rimas oxítonas se riman las últimas sílabas del verso.
[2] Son rimas perfectas en las que se riman las dos últimas sílabas del verso.


Irena Kuran-Bogucka, szkic do cyklu “Anioły” Rafaela Albertiego