Da capo al fine

or Nieuleczalnie żywa

Nieuleczalnie żywa means not curable alive in a grammatically female form, which is a quotation from title of the book of poems of Calisian poet Urszula Zybura, edited 1986.

Nine sheets of Longina Poterek

The exhibition of 9 „sheets“ with application images of 9 stages of female life. From the young and naive „Green Heads“, through being „In Love“ up to the most important moment in a woman´s life – the „Great Explosion“. It is a story of a process of a girl getting mature, becoming a woman. Nine stages, like nine months of a pregnancy – a period of becoming naturally mature, when a woman explores herself and realises who she really is.

exhibition1-3

It was made on puropse – to show this story on real “sheets” – very intimate pieces of textile, that everybody has in his own bed. The relation between intimate, personal objects, life-stages of a woman and common feelings, shared emotions, gives a melange in which many women can find their own stories.

lp_1lp_2lp_3lp_4lp_5lp_6lp_7lp_8lp_9

 

 

How to be old?

Ewa Maria Slaska

I was invited to an event. It was in Neukölln which is since some years new hype of Berlin. Dark, wet, cold, late, Neukölln. Not a perfect combination, but OK, I was invited by one of persons making the event, and I promised to go, so I said to myself, go Ewa go. I went. I found the place looking like 25 years ago every evening location in Berlin. No colors, no pictures, everything grey or sepia, fancy trash&kitsch look. A lot of black dressed young people. The event will take place in a back room, which is quite empty. I am too early, as usual, so I find a perfect place, on a couch in the corner with a good view to speakers table. Two other women sitting at the both sides of the table, each looking at the display. Me too. A young man come to us, give some postcards first to one woman, than to the second one, explains something and goes away. I am bit surprised not understanding why he did not gave a postcard to me too? Hi you, I say, I would like… But he does not turn back to me. One of the woman explains something about him making an adv of an online journal polen-pl.eu or something like that looking for new authors… She gives me her postcard. But I do not want her postcard, I want to undestand, why I was a non existing person? No person at all.

But of course I know the explanation. I am old and therefore I do not exist. I do not know how he is able to judge it so quickly, it is dark and I have a fancy hut on, coming deep on my face, but it does not matter. I do not matter…

Five minutes after the time the room became suddenly full. My good place changes to an disaster. Many black dressed young people. Only young. I see nothing. Nobody sees me. Awkward. I feel uneasy, knowing I took a place of somebody who deserved it much more as me. They are pushing me from both sides to and fro. The event is in English, I do not mind, but I suppose it was not said on the invitation, the next sign this is only for insider.

A young woman says some nice greetings, OK it is an event for young generation but if there is somebody elder it means he or she is young. OK, nice, but no, I am not young… I would like to vanish or at least to go, but I am sitting squeezed between three or four other people in front of regular rows of chairs and all the paths out are blocked by stayers and sitters. So I sit… And listen to revelations revealing from and for a young generation…

In a break time I go… It was definitely the last time I went to such a place and to such an event. I am old and it is my time to be old. Never more I want to be confronted with such a pure exclusion.

I feel not good but it comes worse.

Then two days later I find in facebook a short text written by a young Polish woman about this event: Great evening with opposition journalists and politicians from Eastern Europe in Neukölln, Berlin. From Krytyka Polityczna/Political Critique X and Y from Hungary’s Kettös Mérce online newspaper – Z and V. And Berlin’s journalist U – always close to the pulse of the city! (sorry I took all the names away they have nothing to do with my feelings).

And that photo:

Why? Why such a photo? Underneath an explanation… There is an article in one Berlin daily about the event… The picture is chosen by the redaction, but not the comments:

babcianaprotescie

The first comment: (…) Aaa, it is a black protest.
The second: Why? You do not like when the old show solidarity to the young? They also have daughters, granddaughters (…)
The third: No, but usually the German press ilustrates the texts about East Block countries with photos of an old sad women dressed like in the communistic time…
The last one: Grandma – she only forgot to dress properly for a contest…

Yeah… It is me. Go home Grandma, go home. You do not have daughter or granddaughter, so you have nobody giving you right to speak for and nobody needs you speeking for your own.

To be continued

Wpis o Marysi

Andrzej Rejman

Gdzie teraz jesteś Marysiu?

Często zastanawiam się nad ulotnością wszystkiego, nieuniknionym przemijaniem ludzi, rzeczy, spraw…

Była kiedyś taka dziewczynka. Marysia Stankiewiczówna.

Urodziła się w 1927 roku w Berżenikach, w domu rodzinnym, w powiecie święciańskim, w województwie wileńskim, na północno-wschodnich Kresach Rzeczpospolitej.

Dziś czytamy:

Berżeniki (lit. Beržininkai) – niewielka miejscowość pomiędzy Duksztami i Rymszanami, w okręgu uciańskim, w rejonie ignalińskim. (Republika Litewska, dopisek A.R.) Przed wojną mieszkała tam Helena Stankiewicz – Pani na Berżenikach. Wcześniej w folwarku Raj profesor Adam Hrebnicki-Doktorowicz wyhodował odmiany jabłek Malinówka Berżenicka i Ananas Berżenicki. Wikipedia 22.10.2016

Marysia miała swoje marzenia, smutki i radości, drobne, dziecięce jeszcze plany, może wybiegała myślami w przyszłość? Czy myślała jaki świat będzie za lat osiemdziesiąt?

A świat za lat osiemdziesiąt, to świat kresu życia jej siostry Krysi, urodzonej cztery lata później. Krysia (dla mnie – ciocia Krysia) wspominała czas spędzony w Berżenikach jako kilka najwspanialszych lat swojego życia. Potem już nigdy nie było tak pięknie.

Mama obu dziewczynek – Helena Stankiewiczowa – pisze w swych wspomnieniach:

“Marysia była bardzo dobrym dzieckiem. Pomagała chorym. Stolarzowi Stanisławowi Zienkiewiczowi, który umierał na gruźlicę stawiała bańki. Pochowała na cmentarzu jego maleńką, kilkutygodniową zaledwie córeczkę Helenkę. Któż mógł przypuszczać, że w miesiąc później ją pochowamy. Marysia miała dobre serce i nigdy nie przysparzała nam zmartwień. Była już bardzo chora, gdy powiedziała:

– Mamusiu, zanieś mój złoty pierścionek do Ostrej Bramy i poproś Matkę Bożą, żebym mogła jeszcze trochę pożyć.

Modliłam się za nią gorąco. Wywiązało się zapalenie opon mózgowych na tle grużliczym. Chorobę przywlekli Sowieci, którzy wygnali nas z domu. Ale najboleśniejsze było to, że w dużym pokoju, w którym Marysia umierała, już nazajutrz Sowieci grali na harmoszce i kazali tańczyć, bo zwycięzcom się nie odmawia. Szydzili, że nie ma na co czekać, bo Polski już nie będzie. …Tłumaczyłam im, że nie tańczę, bo dopiero co straciłam ukochane dziecko. Ale oni dalej tańczyli i nie pozwalali wyjść z salonu… Nasza córeczka poszła własną drogą do stóp Matki Bożej, swojej patronki…. Odeszła, żeby zaznać szczęścia w niebie…

*** Jak Marysiu jest Ci tam w niebie? ***

Helena Stankiewiczowa wspomina dalej:

…Kiedy jechaliśmy do Dukszt saniami (grudzień1940, kilka miesięcy po śmierci Marysi, po uwolnieniu jej ojca z więzienia, przyp. A.R.) Kazimierz opowiedział mi sen, jaki miał w więzieniu. Nie mógł zasnąć w dusznej, zatłoczonej do granic możliwości celi i naraz wydało mu się że w oknie widzi Marysiutkę. A ona tak do niego powiedziała:

– Niech się tatuś nie martwi, ja proszę Pana Boga, żeby tatę wypuścili…

I wypuścili, potem znów uwięzili, ale ponownie wypuścili i wrócił do Ojczyzny, do Warszawy, do rodziny – przeżył swą pierworodną córkę o prawie pół wieku.

(fragmenty wspomnień – W. Wiśniewski, Rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową, Pani na Berżenikach, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1991)

Marysia Stankiewiczówna zmarła w dzień swych trzynastych urodzin. Została pochowana w Duksztach obok Adama Hrebnickiego, grób niestety nie przetrwał. Będąc tam co roku, zapalamy pod murkiem znicz.

fot_11_miejsce_spoczynku_marysi_na_cmentarzu_w_starych_d

***

Małgorzata Hrebnicka (kuzynka Stankiewiczów) napisała w dzienniku czasu wojny – w sierpniu 1940 roku:

16/VIII

Od c. Julci pocztówka. Marysieńka nie żyje! Boże!

20/VIII

Pochowana 9/VIII w 13-tą rocznicę swych urodzin na rodzinnym cmentarzu w Duksztach. Biała sukienka i welon i mnóstwo mnóstwo kwiatów. Przed paru laty, pamiętam jak matka powiedziała, że własnoręcznie będzie upinać welon do ślubu na główkach swoich córek. Biedna Hala!….

 ***

fot_1_berzeniki

Berżeniki nad jeziorem Berżenickim, fot ok 1930

fot_1_berzeniki_dom_rodzinny_marysiDom rodzinny

fot_2_pierworodna_corka_marysia_z_mamaMama z pierworodną córeczką

fot_3_z_mama_i_siostraZ mamą i siostrą

fot_4_z_lalkaZ lalką

fot_5_z_mama_i_siostra_krysiaZ mamą i siostrą – trochę starsza

fot_6_na_kolanach_u_tatyNa kolanach u taty

fot_7_powazna_na_sankachPoważna na sankach

fot_8_marysia_z_ukochanym_psem_berzenikiZ ukochanym psem

fot_9_i_komunia_swPierwsza Komunia Święta

fot_10_z_wlasnego_albumu_z_podpisamiZ własnego albumu z własnym komentarzem

Fotografie ze zbiorów rodzinnych, Andrzej Rejman (c) 2016

 

 

 

Lejana y sola 10

Kinga Szpuler

Alfonsina Storni Dolor (1938)

Dolor

Quisiera esta tarde divina de octubre
pasear por la orilla lejana del mar;
que la arena de oro, y las aguas verdes,
y los cielos puros me vieran pasar.

Ser alta, soberbia, perfecta, quisiera,
como una romana, para concordar
con las grandes olas, y las rocas muertas
y las anchas playas que ciñen el mar.

Con el paso lento, y los ojos fríos
y la boca muda, dejarme llevar;
ver cómo se rompen las olas azules
contra los granitos y no parpadear;
ver cómo las aves rapaces se comen
los peces pequeños y no despertar;
pensar que pudieran las frágiles barcas
hundirse en las aguas y no suspirar;
ver que se adelanta, la garganta al aire,
el hombre más bello, no desear amar…

Perder la mirada, distraídamente,
perderla y que nunca la vuelva a encontrar:
y, figura erguida, entre cielo y playa,
sentirme el olvido perenne del mar.

(Poesías en español s.f.)

Ból

O jakże bym chciała, gdy przyjdzie październik,
przechadzać się poprzez dalekich mórz brzeg.
Idącą, niech ujrzy mnie piasek złocisty
i niebo bezchmurne, i słonych wód bieg.

Pragnęłabym dumna być, wzniosła, wysoka,
jak rzymska bogini, by przyjąć mnie chciał
pas plaży, szeroko biegnącej wśród morza,
wzburzonych fal łoskot i martwy zrąb skał.

Znużenia na ustach i chłód mając w oczach,
powoli, miarowo posuwać się w dal.
Spoglądać bez drżenia, jak twadrość granitu
rozbija na pianę błekitny rytm fal.
Patrzeć nieczule, jak ptaki drapieżne
zżerają ryb krocie, nie myśleć ni czuć.
Rozważać bez westchnień, że wody burzliwe
pochłoną rybaków i kruchą ich łódź.
Zobaczyć, jak pięknie młodzieniec mnie mija
– wiatr pierś mu owiewa – i nie rzec mu: wróć

I z oczu go stracić, nie smucąc się wcale,
świadoma, że nigdy nie spotkam go już.
Niech między plaż piaskiem a niebem twym sztywna
wtopiona w niepamięć i w wieczny szum mórz.

(Biuletyn Kulturalny 1986: 2)

El poema Dolor de Alfonsina Storni demuestra varios rasgos de poesía modernista: es muy simbólico y decadente, se aparta de la realidad, contiene imágenes plásticas, y en cuanto a la forma, busca la perfección. La obra contiene cuatro estrofas, la primera, segunda y cuarta son de cuatro versos y la tercera de diez. En los versos pares vemos las rimas consonates, todas terminan en “-ar”, esto tiene que ver con la acumulación de los infinitivos e introduce al texto un ritmo muy suave. Los versos en mayoría son dodecasílabos o endecasílabos, con la cesura en el medio.

De la biografía de la poetisa sabemos que muchos de sus poemas son por completo personales, la autora se identifica con el sujeto lírico; este fue también el caso de Dolor. Alfonsina Storni era una mujer fuerte, independiente y feminista, sin embargo, también la madre soltera que luchaba por muchos años contra la pobreza y una enfermedad grave. Su vida se refleja en la creación literaria. El título del poema ya nos da a conocer su condición mental y física, vemos que la poetisa está sufriendo y busca una solución definitiva de sus problemas. Pese a que no sabemos qué le provoca más dolor, su padecimiento o la necesidad de dejar la vida.

Las dos primeras estrofas crean una contraposición del paisaje marítimo con los deseos íntimos del yo poético. El mar siempre ha sido en la literatura el símbolo de la eternidad y la paz. En el poema lo vemos lejano y majestuoso, además, con el cielo y las rocas hace una enorme impresión a la narradora. Ella quiere igualar al mar, espera ser “alta, soberbia, perfecta”. No obstante, nuestra inquietud despierta el objetivo de su anhelo: “para concordar con las grandes olas”. De la expresión presumimos sus intenciones. La primera palabra “Quisiera…” se refiere a todas las declaraciones de la mujer a lo largo del poema.

En la tercera estrofa la tensión aumenta, poco a poco desciframos los deseos del sujeto lírico que se encuentran escondidos entre líneas. La poetisa menciona los elementos del paisaje costero: “las olas azules, los granitos, las aves rapaces, las frágiles barcas”. Los elementos crean el fondo de las declaraciones muy dramáticas. En cada dos versos vemos una estructura muy refinada de verbos y sus negaciones: “ver… y no parpadear; ver… y no despertar; pensar… y no suspirar; ver… y no desear amar”. Si nos concentramos solo en la segunda parte de cada expresión, se nos revela la verdad triste: la mujer quiere morir. Al final de la tercera estrofa aparece una figura de un hombre atractivo que por un momento llama la atención de la mujer. Sin embargo, él pertenece al mundo de los que se quedan y ella tiene que irse, dejar de vivir.

La última estrofa corresponde con la gradación de la composición. Desgraciadamente, solo confirma nuestra convicción de que la mujer no puede cambiar sus planes, de que su decisión es definitiva. Quiere “perder la mirada” para siempre, volverse una “figura erguida, entre cielo y playa” y sentirse “el olvido perenne del mar”. Con las palabras tan poéticas declara el deseo más agobiante.

Afonsina Storni se quitó la vida de la misma forma como la había descrito en su poema. Al saberlo entendemos mejor la simbología y las indirectas del texto. La dominante semántica puede encontrarse en la conección del ritmo del poema (dodecasílabos, rimas consonantes, cesura fija) con su estructura lexical. El ritmo juega un papel importante en el texto porque imita los movimientos de las olas, y las palabras paso a paso nos dejan descubrir el mensaje principal.

La versión polaca reproduce muy fielmente los sentimientos y emociones de la autora del poema, sin embargo, este objetivo no siempre fue logrado con los métodos idénticos. La traductora tuvo que buscar otras soluciones lexicales y gramaticales, en consideración a la lengua polaca. En general, vemos la misma estructura del texto: cuatro estrofas, el mísmo número de los versos y sílabas, las rimas consonantes en versos pares. No obstante, las rimas no fueron creadas comparablemente con el original, no son solo los infinitivos que se riman en polaco, sino palabras de varias categorías gramaticales: sustantivos, verbos conjugados o infinitivos, incluso un adverbio; todo para alcanzar el mismo ritmo del texto que imita el movimiento del mar. Además, la traductora cambia varias veces el orden de las informaciones en el texto, lo observamos muy bien en el siguiente ejemplo: “Con el paso lento, y los ojos fríos/ y la boca muda, dejarme llevar; Znużenia na ustach i chłód mając w oczach,/ powoli, miarowo posuwać się w dal.”
A la traductora le ocurrió imposible guardar la estructura paralela de los verbos y negaciones en la tercera estrofa, cambia las expresiones por otras que dicen lo mismo, aunque de otra forma, p.ej.: “ver cómo se rompen las olas azules/ contra los granitos y no parpadear; Spoglądać bez drżenia, jak twadrość granitu rozbija na pianę błekitny rytm fal.”, “pensar que pudieran las frágiles barcas/ hundirse en las aguas y no suspirar; rozważać bez westchnień, że wody burzliwe/ pochłoną rybaków i kruchą ich łódź.”

Bogucka en algunos casos modifica parcialmente el sentido de las palabras usadas, para guardar otros valores, como las rimas o el número de los versos: “aguas verdes; słonych wód bieg”, “una romana; rzymska bogini”, “no desear amar; nie rzec mu, wróć”. De todas formas, sus versiones poseen un gran valor estético y suenan muy bien en polaco. La traductora guardó también lo más importante, o sea, ese ambiente melancólico del poema, su belleza interna y las intenciones de su autora. Logró ponerse en su lugar y expresar sus sentimientos.

 Monumento a Alfonsina Storni frente a la playa La Perla (en Mar del Plata)

Parasolki Umbrellas Regenschirme

Wir protestieren heute wieder!

We do protest today again!

Protestujemy! Znowu!

23.10.2016 13:00-15:00 Warschauer Brücke Berlin

Bring your (black) umbrellas! Przynieście (czarne) parasolki! Bringt eure (schwarze) Regenschirme mit!

black-clip-umbrella
Schreibt euren Spruch drauf! Write your slogan! Napiszcie swoje hasło!
Zeichne eure Skizze! Namalujcie coś! Make your own picture!

PiS-Off

cupzgmaxyaartez

parasolkix

paniirenkaparasolkakl

parasolki6 parasolki1 parasolki2 parasolki3 parasolki4

klukos

black-clip-umbrellaKto się boi czarnej baby? piosenka /ein Protestsong (auf Polnisch) / Polish Protestsong

black-clip-umbrella

parasolki5

Reblog: Pocałunek Judasza

giotto_-_scrovegni_-_-31-_-_kiss_of_judasKrzysztof Ruchniewicz

Historyczna hipokryzja czy schizofrenia?

Z zainteresowaniem wysłuchałem wywiadu z Martinem Sanderem, niemieckim dziennikarzem, specjalizującym się w sprawach polskich. Często odwiedza on nasze księgarnie, można powiedzieć, że śledzi rynek książki historycznej. Wszak historia to nasza narodowa pasja, nieprawdaż? To, co Polacy czytają (a czyta ich mniejszość…), jest ważne. Sander zauważył, że na półkach polskich księgarni prezentowana jest spora liczba (ponadprzeciętna?) publikacji autorstwa nazistów lub autorów sprzyjających nazizmowi. Ponieważ dysponuję teraz pewną ilością wolnego czasu, rozejrzałem się po ofercie księgarń i wydawnictw, które można zaliczyć do prawicowych lub skrajnie prawicowych. Nie będę wymieniać ich nazw, by nie mieć dylematu robienia reklamy. Ich oferta jest niemała. Znaleźć tam można pozycje bardzo różne: od literatury religijnej po – tak ją określę – antysemicką, ksenofobiczną, antyeuropejską, i – tak, trzeba to powiedzieć – nazistowską. Autorzy stron nie kryją się z tym specjalnie. Mają się nawet za obrońców wolnego słowa i instytucje wspierające swobodne wyrabianie sobie przez czytelników własnego zdania. Brak zdecydowanych działań ze strony państwa, które w końcu powinno przestrzegać zasad konstytucyjnych, powoduje, że istnieje milczące przyzwolenie na tego rodzaju literaturę i jej popularyzację. Stoi to w rażącej opozycji do działań tegoż państwa, które wytrwale tropi używanie tzw. wadliwych kodów pamięci w mediach zagranicznych.

Jak bumerang powraca w dyskusjach na tematy polsko-niemieckie, zwłaszcza po prawej stronie naszego spektrum politycznego, sprawa pokazywanego przed laty niemieckiego miniserialu „Nasze matki, nasi ojcowie“ czy używania (nie jest ważne czy celowo, czy z głupoty) tzw. błędnych kodów pamięci, jakim jest zwrot „polskie obozy koncentracyjne“. I powiedzmy od razu. W obu przypadkach krytyka jest uzasadniona, aczkolwiek rzadko odnosi się do proporcji i kontekstu tych przypadków. Mam nawet wrażenie, że je wyolbrzymia. Ile razy można w końcu przywoływać jeden, nie najlepszy serial? Ile razy można zarzucać Niemcom ów fatalny zwrot, którego o wiele częściej używają np. Amerykanie?

Jednocześnie nie znalazłem – choć może źle szukałem – żadnego słowa oburzenia z powodu druku po polsku wielu publikacji nazistów lub też osób z nimi sympatyzujących. Bez problemu można zakupić opracowania pseudohistoryczne poświęcone dziejom Europy, poszczególnych postaci historycznych, jednostek niemieckiego Wehrmachtu czy SS, publikacje o wydźwięku antysemickim czy ksenofobicznym. Przed kilkoma tygodniami jedna z gazet codziennych podniosła alarm z powodu umieszczenia w czołowych sieciach księgarskich w kraju publikacji jednego z belgijskich nazistów. Publikację wycofano wprawdzie z księgarnianego obiegu, ale bez problemu można ją kupić w internecie. Jej wydawca stwierdził m.in.:

(…) Chęć poznania poglądów ludzi, którzy byli blisko Hitlera. Większość z nich po wojnie Niemców mówi: to nie my, to Hitler. A tak naprawdę może myślą jak Degrell, tylko ze względów osobistych, koniunkturalnych nie mówią o tym głośno? Otóż Degrell ma odwagę mówić. Mało tego, nie uważał, że zrobił coś złego stojąc u boku Hitlera i chciał swojego procesu w Belgii, w której zaocznie skazano go na karę śmierci. Postrzegam go jako głos całego pokolenia Niemców, którzy poparli Hitlera w wyborach i w całej tej wojnie. Otóż nigdy nie zrozumiemy dlaczego nazizm uwiódł całe pokolenie nie tylko Niemców, jak się okazuje, bez wydawania tego typu książek.

Naprawdę bez wynurzeń Degrella wydanych po polsku nie zobaczymy istoty nazizmu?

Po lekturze tego listu zacząłem się zastanawiać, skąd u autora wzięło się to przeświadczenie, że Hitler wszystkich uwiódł i że Degrell może być – jak pisze ów wydawca – „głosem całego pokolenia Niemców“. Warto przypomnieć autorowi, że od końca lat 50. przewaliła się przez Republikę Federalną Niemiec dyskusja o odpowiedzialności Niemców za zbrodnie, nikt dzisiaj przy zdrowych zmysłach nie podważa istnienia tych zbrodni ani Holokaustu, nie wspominając o komorach gazowych w obozach koncentracyjnych. W publikacjach wspomnianego autora, którego tak broni wydawca, śladów tej dyskusji nie ma, do końca swego życia pozostał przy swoich poglądach. Na jakiej podstawie uważa się go za osobę reprezentatywną? Bo stereotyp i osobista niechęć podpowiadają komuś, że każdy Niemiec to tak naprawdę nazista?

I tu warto poruszyć na koniec wątek, który przywołano w obszernej recenzji ostatniej książki Degrella, jaka ukazała się po polsku. Pod koniec jej autor, Michał Gadziński, stwierdził:

Tak rozbudowana prezentacja autora wydaje mi się konieczna. Leon Degrelle nie jest bowiem postacią powszechnie w Polsce znaną, a musimy mieć świadomość, z czyją książką mamy do czynienia. Ktoś mógłby się obruszyć – czy godzi się w Polsce wydawać dzieła nazisty (w rodzinnej Belgii pisma Degrelle’a znalazły się po wojnie na cenzurowanym)? Moim zdaniem jak najbardziej tak. Trudno bowiem poznawać historię uznając z góry część źródeł za niesłuszne. Zresztą skoro w Niemczech publikuje się już opatrzone komentarzem historycznym „Mein Kampf” (i moim zdaniem słusznie), to dlaczego nie wydawać książek Degrelle’a?

Myślę, że autor nie wie o czym mówi. W przypadku „Mein Kampf“, na które się powołuje, chodzi o naukowe wydanie, dzieło szanowanej placówki naukowej, opatrzone licznymi przypisami, objaśnieniami i dodatkowymi tekstami, które pokazują, co się kryje pod podszewką wynurzeń przyszłego wodza III Rzeszy. W publikacji polskiego wydawnictwa nie ma ani wstępu zawodowego historyka, ani naukowych przypisów. Trudno więc mówić w tym przypadku o krytycznym wydaniu książki. Raczej o rzuceniu ekscytującego w opinii wydawcy materiału czytelnikom niekoniecznie przygotowanym do takiej lektury. W innym miejscu ten sam recenzent zdradza swe zafascynowanie Degrellem:

Atrakcyjności książce dodaje fakt tego, że pisana jest w sposób subiektywny z konkretnego punktu widzenia. Mam wrażenie, że większość prac o Wielkiej Wojnie pisana jest z perspektywy państw alianckich. Warto czasem poznać nieco inny punkt widzenia. – i szybciutko zastrzega się – Muszę jednak poczynić zastrzeżenie, że lekturę polecam jedynie osobom obeznanym z faktografią historyczną oraz warsztatem pracy historyka. Nie wszystkie opinie i interpretacje Degrelle’a można brać za dobrą monetę, a niewyrobiony czytelnik łatwo może ulec urokowi jego pasjonującego stylu.

Niemożliwe, naprawdę? A może by tak, idąc podobnym tokiem rozumowania, zacząć przybliżać czytelnikom teksty piewców proletariackiej rewolucji, a nie tylko refleksje miłośników płowowłosych Aryjczyków? Wszak kawał XX w. ukształtowany został przez reżym bolszewików.

Do czego potrzebni są więc historycy, ich prace, cała ta dłubanina po archiwach i bibliotekach? Wystarczy rzucić coś na maszynę drukarską, w pseudowstępie wpisać zdanie na temat możliwego fałszywego odczytania źródła, ale generalnie uznać, że to nie sprawa wydawcy, co i w jakiej formie dostarcza czytelnikowi. I co z tego później wyniknie. Ważne, że jakiś fascynat wyłoży nieco gotówki, by poznać wielkie, przemilczane (przez paskudną poprawność polityczną) źródło. Główkę ma otwartą i często wiedzą nie skażoną (oj, szkolna edukacjo historyczna!) Skoro wszystko można relatywizować (są dwa równorzędne stanowiska, wybierajcie proszę!), to nasza praca staje się bezprzedmiotowa.

A co z tą historyczną hipokryzją w podejściu do używania tzw. błędnych kodów pamięci poza granicami naszego kraju? Czy tolerując w przestrzeni publicznej takie teksty, ale też symbole, wypowiedzi i, niestety, także czyny, nie podkopujemy sami swojego statusu tych, co to „first to fight”, synów (i córek) „kraju bez Quislinga”? A co, jeśli choć kilku czytelników w pryszczatym wieku pomyśli sobie, no tak, nazista, ale w sumie miał chłop trochę racji… A może przykrycie się patriotyczną kołderką (w sprzedaży w różnych wzorach) zapewni nam spokój sumienia i sen bez koszmarów?

Tekst zilustrowałem fragmentem fresku Giotta z Kaplicy Scrovegnich w Padwie pt. pocałunek Judasza.

Reblog: Fajowo czyli wypowiadam wojnę przecinkom!

Z blogu: Tęsknoty prostaka

niedziela, 9 października 2016

Dariusz Sobala

Byliśmy z żonusią obejrzeć festiwal światła na naszej Piotrkowskiej i w jej okolicach. Było ciemno i masa ludzi. Pewnie ze dwadzieścia procent przybyłych nabyło drogą kupna mrugające na różowo kocie uszy mrugające ledami opaski na buty oraz kompletnie idiotyczne mrugające ciupaski rodem ze Star Wars.

I wszyscy szli tam gdzie mrugające lampiony zwisały z drzew a świecące białym światłem dwumetrowe meduzy zwisały dla odmiany z drzew. Pod nimi zaś rosły dwumetrowe grzyby. Było fajowo. Zdumieni grzybowym wysypem w centrum Łodzi Łodzianie stawali pod nimi i pstrykali sobie fotki. Do tańca przygrywał zespół składający się brodacza w czapeczce wykonującego frykcyjne ruchy i pomagającego sobie dłońmi tarmoszącymi stary gramofon. Był fajowy. Wielu oglądaczo-słuchaczy w wieku mocno przedszkolnym darło się wniebogłosy w swoich wózkach pod czujnym wzrokiem ociemniałych panującymi ciemnościami mam i tatków pchających swoje pociechy po rozdeptanych trawnikach. Błoto na trawnikach było fajowe.
Gdy tak kluczyłem wśród fioletowo-zielono-niebiesko-białej kakofonii setek doznań po parku Śledzia rozwiązał mi się but. Wiązanie buta jest fajowe ale nie ma znaczenia w tej opowieści. Później dotarliśmy na Plac Wolności który jest diabelnie fajowy zwłaszcza nocą i gdzie dawali fajowy spektakl z gatunku światło i dźwięk po którym wszyscy runęli w dół Piotrkowskiej w celu obejrzenia innych fajowych pomysłów innych brodaczy ze zintegrowanymi mózgami z komputerami.

Rzecz jasna i my pstryknęliśmy sobie kilka fajowych fotek…

Niestety… Zaczęło padać a nasze fajowe parasole i parasolki zostały w domu. Na szczęście przy “Magdzie” grał zespół składający się saksofonisty altowego basisty i tego co gra na cyji. I tych trzech niemłodych już panów dało czadu unplugget przy którym zmokłem do cna i wróciliśmy do naszego fajowo cieplutkiego domciu kupując po drodze fajową flaszkę jarzębiaczku aby przerobić ją na fajowe drinki do kolacji.
Byłoby to w zasadzie wszystko co chciałem napisać gdyby nie skojarzenia od których teraz nie umiem się uwolnić.
Ogólnie fajowe doznania weszły bowiem w konflikt z pewną wypowiedzią nie mającą się nijak do mojego dzisiejszego wpisu ale miażdżącą moje fajowe samopoczucie.

Pewien potomek Majów a może Azteków ośmielił się powiedzieć mniej więcej te słowa…

– Kiedy przed wiekami przybyli do nas księża niosąc słowo boże mieli tylko biblię a my mieliśmy całą ziemię. Teraz owi misjonarze mają całą ziemię a my tylko biblię…

Mam ogromną nadzieję że dzisiejsze kościelne mózgi nie dopatrzą się niczego złego w wieczornym spacerze po Piotrkowskiej celem zobaczenia światełek oświetlających kamienice albo wysłuchania doskonałego tria starszych panów grających światowy przebój z “Opery za trzy grosze” bo to by było cholernie niefajne.
I mógłbym któregoś z nich bardzo mocno kopnąć w jego świątobliwą dupę a to byłoby bardzo fajne!
Good night.

Lorenzo da Ponte przybywa do Triestu.

Lech Milewski

Przełom lat 1791-1792 – Lorenzo da Ponte przybywa do Triestu.

Spotkał tam wielu starych znajomych, atmosfera jak kiedyś w Wenecji. Da Ponte jednak zerkał w stronę Wiednia – czy zyska zaufanie Leopolda II?
Wydawało się, że tak. Leopold II odwiedził Triest, przyjął da Ponte na audiencji i rozmawiał z nim sympatycznie. Jednak na pytanie: czy mam wrócić do Wiednia? – odpowiedział: jeszcze nie przyszła na to pora.
Pora na powrót do Wiednia nie przyszła nigdy – Leopold II zmarł 1 marca 1792 roku, tron po nim przejął kolejny syn Marii Teresy – Franciszek II.
To robiło się skomplikowane, lepiej było rozejrzeć się za jakąś okazją na miejscu.

Znalazła się bardzo szybko.

Lorenzo poznał w Trieście rodzinę Grahl. Ojciec był zamożnym kupcem. Miał córkę Annę Celestynę Anastazję, którą nazywano Nancy. Podczas pierwszego spotkania Nancy miała twarz zakrytą welonem. Lorenzo zwrócił jej uwagę, że ma welon upięty w niemodny sposób.
– A jaki jest modny sposób? – spytała naiwna Nancy.
– Zaraz pani pokażę – odpowiedział Lorenzo i pod pretekstem poprawiania welonu obejrzał jej twarz – Nancy była piękna i młoda.
Oczywiście bardzo rozgniewał ją ten podstęp, ale, jak to zwykle bywa, Nancy i Lorenzo wkrótce bardzo się polubili. Ona uczyła go języka francuskiego, on ją włoskiego.
W niejasnych okolicznościach Lorenzo pełnił rolę swata Nancy ze swoim przyjacielem, mieszkającym w Wiedniu. Pośredniczył w przekazywaniu korespondencji. Coś dziwnie to podobne do przekazywania listów brata Angioletty w Wenecji. Wszystko było na dobrej drodze do czasu, gdy kandydat z Wiednia nie zapytał jaki też posag otrzyma jego wybranka. Ojciec Nancy wpadł w gniew, podarł list i zapytał Lorenzo:
– Czy chce pan moją córkę za żonę?
Lorenzo nie miał ani grosza, był o 20 lat starszy od Nancy, wiedział, że o posag nie należy pytać, poprosił tylko, żeby spytać Nancy o zdanie.
Zgodziła się. Cichy ślub odbył się 12 sierpnia 1792 roku.

Wkrótce potem udali się w podróż. Lorenzo zdecydował, że będzie to Paryż, wszak miał list polecający od zmarłego cesarza Józefa II do jego siostry Marii Antoniny, której bardzo podobała się opera La cosa rara.
Przed wyjazdem Lorenzo dostał na drogę 25 cekinów od miejscowego biskupa oraz 100 suwerenów od hrabiego Saur.
Jestem mocno zgubiony w różnorodności walut przepływających przez dłonie Lorenzo.
Cekin to była złota moneta bita w Wenecji. Nosiła również nazwę dukata.
Suweren to z kolei moneta brytyjska. Skąd się wzięła w Trieście? Wikipedia podaje, że została wprowadzona dopiero w 1815 roku. Wydaje mi się, że Lorenzo, pisząc pamiętniki w latach 1803-23, przeliczał darowizny na monety będące aktualnie w obiegu.

W Lichtenbergu – to już prawie Czechy – obawiali się grabieży i Nancy dała Lorenzo woreczek z pieniędzmi, aby je schował pod płaszczem. Zrobił to tak niezręcznie, że woreczek gdzieś wypadł. Poprosili lokalnego proboszcza, żeby ogłosił zgubę w kościele i ruszyli dalej – do Czech żeby odwiedzić Casanovę, który był winien Lorenzo kilkaset florenów. Spotkali go w Pradze. Okazało się jednak, że na zwrot pieniędzy nie ma co liczyć, Casanova miał mniej pieniędzy niż Lorenzo.
Korzystając z ich obecności Casanova poprosił, żeby nieco nadłożyli drogi i podrzucili go do Duchcova koło Teplic, gdzie pracował jako bibliotekarz u księcia Waldsteina.
Podróż nie była zbyt szczęśliwa, mieli wypadek i Lorenzo musiał ponieść dodatkowe koszty. Gdy dał Casanovie pieniądze na opłacenie wymiany karety, ten zabrał dla siebie dwa piastry.
W zamian dał Lorenzo aż trzy rady:
– nie jedź do Paryża, jedź do Londynu
– gdy będziesz w Londynie trzymaj się daleko Italian Cafe
– nikomu niczego nie podpisuj

Znowu nowa moneta – piastr. Słowo to po włosku oznacza cienką metalową płytkę. Moneta była srebrna i pochodziła z Hiszpanii. Jakże to stosowne, że pierwowzór Don Juana operuje właśnie taką monetą.
Dodam jeszcze, że w języku potocznym nazywano piastry – pieces of eight, lub hiszpańskimi dolarami. Że też trzeba było Casanowy, żebym się dowiedział co miał na myśli kapitan Flint – papuga Johna Silvera z Wyspy Skarbów. W polskim tłumaczeniu woła ona: talary, talary.

Lorenzo nie posłuchał pierwszej rady Casanowy i kontynuował podróż do stolicy Francji. Relacjonuje, że ich ostatnim przystankiem przed wjazdem do Paryża było Spires – nie znalazłem takiej miejscowości.

W gospodzie poznał młodego człowieka, ubiegającego się o względy pięknej panny. Gdy ten dowiedział się, że Lorenzo jest poetą, poprosił o napisanie wiersza, który pomoże mu w zalotach.
Proszę bardzo – Lorenzo od ręki napisał sonet – poskutkowało. Młody człowiek był tak szczęśliwy, że obdarował Lorenzo złotym zegarkiem, co było istotnym wzmocnieniem finansowym.
Następnego dnia dowiedzieli się o aresztowaniu Marii Antoniny.
Zdziwiło mnie to. Był już wrzesień 1792 roku, rewolucja francuska wybuchła trzy lata wcześniej. Maria Antonina została pierwszy raz aresztowana 21 czerwca 1791 roku. Od tego czasu stosunki francusko-austriackie były bardzo wrogie. W kwietniu 1792 roku Austria wypowiedziała Francji wojnę.
Wprawdzie królowa odzyskała pewną swobodę ruchów, ale chyba ostatnią rzeczą, na którą Lorenzo mógł liczyć, to zatrudnianie przez nią librecisty.
Drugie, ostateczne, aresztowanie Marii Antoniny nastąpiło 13 sierpnia 1792 roku czyli około miesiąca wcześniej.

W sumie, nie posłuchanie rady Casanowy wyszło jednak Lorenzo na dobre. I tak wylądowali w Londynie, a przy okazji zyskali złoty zegarek. Szczególnie zadowolona była Nancy, gdyż w Londynie mieszkała jej siostra.

W Londynie istniała opera włoska, mieściła się w King’s Theatre na Haymarket. Jej dyrektorem był William Taylor.
Stanowisko librecisty nie było obsadzone, ale Lorenzo dowiedział się, że ubiega się o nie niejaki Badini. Nie chciał zaczynać kariery w nowym miejscu od konfliktu z osiadłą tu osobą i poprosił o umowę na dostarczenie dwu librett na rok. Propozycja została odrzucona.

Równie bezowocne okazały się kontakty z tutejszą arystokracją, która nie wykazywała żadnego zainteresowania sztuką.
To również wydaje mi się dziwne. W tym okresie – 1792-95 – przebywał w Londynie Józef Haydn. Był to bardzo udany pobyt – Haydn skomponował w Londynie dwanaście symfonii, wszystkie spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem. Z Anglii wyjechał z 12,000 funtów oszczędności.
Niestety Lorenzo nie wspomina w pamiętnikach żadnej osoby ani wydarzenia, które jego osobiście nie dotyczyło.
Casanova radził, żeby został nauczycielem języka włoskiego. Odpowiedź Lorenzo: włoskiego uczą się tu tylko lokaje, szpiedzy i bandyci.

Mimo bardzo ostrożnego wejścia na londyński grunt Lorenzo wkrótce stał się celem ataków Badiniego, który produkował paszkwile, zarzucające Lorenzo rozpustę, kwestionujące jego małżeństwo, wypominające zdradę stanu kapłańskiego.

We wrześniu 1793 roku Lorenzo pojechał do Holandii, mając nadzieję, że otrzyma zlecenie na założenie włoskiej opery w którymś z bogatych miast niederlandzkich.
W trakcie tych zabiegów otrzymał dobrą wiadomość od Nancy – znalazły się pieniądze, które uważali za zagubione, uczciwy znalazca przesłał je do Anglii – całe 100 funtów.
Nancy przyjechała do Holandii, by towarzyszyć mężowi. Plany założenia opery zawiodły. Był już listopad, chłody, żyli o chlebie i wodzie. Jak zawsze praktyczny Casanova sugerował, żeby Nancy zaczęła sprzedawać swoje wdzięki. Na szczęście nadeszła radosna wiadomość od siostry Nancy z Londynu – przyjeżdżajcie natychmiast, Taylor zatrudnił Lorenzo. Do listu dołączone było 20 gwinei na podróż.

King’s Theatre finansowany był przez arystokrację, która miała tam wykupione na cały sezon loże, gdzie ucztowało się z zaproszonymi gośćmi, od czasu do czasu zerkając co też dzieje się na scenie. Oczywiście, że taka publiczność nie potrzebowała nowych oper.
Zadaniem Lorenzo było robienie składanek aktów czy scen z różnych oper. Nie satysfakcjonowało go to zupełnie, pisał listy do przebywającego w Petersburgu Martina y Soler, namawiając go do przyjazdu do Londynu. Ale Martin mial jeszcze kontrakt na rok i był bardzo zadowolony z pracy, cieszył się wielkim uznaniem Katarzyny Wielkiej, która nawet napisała libretto do jego opery Niefortunny bohater Kosmetowicz – KLIK.

Martin przyjechał na początku sezonu 1794/95, na początku zamieszkał w domu da Ponte. Wspólnie napisali operę La scala de’maritali, która odniosła duży sukces.
Sprawy artystyczne wyglądały dobrze, na dwanaście oper wystawionych w następnym sezonie połowa była autorstwa da Ponte.
Nancy i jej siostra Luise prowadziły kawiarnię w operze. Lorenzo założył drukarnię.

Być może te sukcesy uśpiły jego ostrożność, nie posłuchał ostatniej rady Casanovy – nie podpisuj niczego i podpisał weksle Taylora. Ten zreważował się polepszeniem warunków kontraktu a następnie zaproponował da Ponte wyjazd do Włoch w celu znalezienia dwóch śpiewaków dobrej klasy.

Otrzymał zaliczkę, wzięli wraz z Nancy wszystkie swe oszczędności i pojechali. Najpierw do rodzinnego Ceneda, zajechali 2 listopada 1798 na 76 urodziny ojca.
Nancy została z rodziną da Ponte, a on pojechał szukać śpiewaków w Wenecji. Było to dla Lorenzo wielkie przeżycie, wizyta po 20 latach wygnania. Spotkanie z wieloma przyjaciółmi. Pierwsze wrażenie z placu św Marka: dziobaty nos ogromnych rozmiarów – Gabriele Doria – to on wrzucił anonim do lwiej paszczy.
Nie minęło wiele czasu gdy pewnego wieczora Doria zastukał do jego drzwi, towarzyszył mu policjant – da Ponte ma do rana opuścić Wenecję.

Lorenzo udał się na poszukiwanie śpiewaków do Bolonii i Florencji, bez rezultatu. Zbliżała się zima, Nancy była w ciąży. Zdesperowany zaangażował dwójkę śpiewaków drugiej kategorii i udali się w drogę powrotną do Londynu. Wrócili w marcu 1799 roku z resztkami oszczędności.

Taylor był bardzo niezadowolony z przywiezionych śpiewaków. Tenor nie wystąpił ani razu, sopranistka tylko raz – zupełna klapa. Taylor odesłał ich oboje do domu, wkrótce potem zakończył kontrakt z da Ponte.

10 marca 1800 roku Lorenzo przygotowywał się do celebracji urodzin, gdy do drzwi zastukała policja i aresztowała go za poręczony przez niego weksel Taylora.
Dopiero po 24 godzinach wypuścili go z aresztu za kaucją, ale przez następne trzy miesiące aresztowano go jeszcze kilka razy.
Aresztowani zostali również Fedrici i Gaellini – obaj też podpisali weksle Taylora. Ten ostatni został kilka miesięcy wcześniej wybrany do parlamentu i chronił go immunitet poselski.

Przez pewien czas sprawy szły w dobrym kierunku. Da Ponte założył księgarnię, do której sprowadził cenne włoskie książki.
Taylorowi skończyła się kadencja w parlamencie, nie chronił go już immunitet poselski, w związku z czym uciekł do Francji. Da Ponte objął po nim stanowisko dyrektora King’s Theatre. W krótkim czasie wystawił trzy opery, do ktorych napisał libretta. Były to jego ostatnie libretta. W ciągu 27 lat napisał ich 50.

Księgarnia prosperowała dobrze i da Ponte postanowił przenieść ją w lepsze miejsce – znowu nie posłuchał rady Casanovy – w okolice Caffe Degl’Italiani.
Nie miało to żadnego związku z lokalizacją księgarni, ale jednak… Wróciły problemy weksli bez pokrycia. Trzeba było wszystko sprzedać. Nancy z czwórką dzieci pojechała w sierpniu 1804 z wizytą do rodziców, którzy przenieśli się na stałe do Nowego Jorku.

W kwietniu 1805 roku da Ponte miał spotkanie z wierzycielami – przedstawił swój stan majątkowy i plan spłaty długów. Tej samej nocy odwiedził go policjant i ostrzegł, że rano zostanie aresztowany. Zdołał jeszcze pobrać 100 gwinei a konto pensji i 7 kwietnia pożeglował na statku Columbia do Filadelfii.
Warunki podróży były fatalne – prycze bez materaca, fatalne jedzenie. Prócz Lorenzo na statku był tylko jeden pasażer – większość czasu spędzali grając w karty. Do Filadelfii Lorenzo dojechał z długiem 32 dolary 31 centów. Towarzysz podróży pożyczył mu pieniądze na dyliżans do Nowego Yorku.

Spotkanie z rodziną było dla obu stron miłym zaskoczeniem – z jednej strony była to całkowita niespodzianka, z drugiej – w ciągu 10 miesięcy Nancy zdołała odłożyć $7,000.

Za namową teścia Lorenzo założył sklep spożywczy w ELisabethtown, w sąsiednim stanie New Jersey.
W pamiętniku pisze: ja, który nie tak dawno pisałem ody dla koronowanych głów, tutaj piszę zamówienia na kiełbasę i suszone śliwki.
Nie wpomina, jak szedł mu handel, chyba obroty były spore, bo po kilku miesiącach, operując z właściwą mu zdolnością kredytami i pożyczkami, uzbierał $4,000 długu.
Trzeba było wszystko sprzedać i wrócić do Nowego Jorku.

Tu urodziło się piąte, ostatnie, dziecko – syn Charles, którego w domu nazywano Carlo.
W księgarni Lorenzo spotkał przypadkowo pana Clementa Clarke Moore. Ten zaprosił go na obiad u swego ojca – biskupa, który był również prezydentem Columbia College.
Nie minęły trzy dni, a Lorenzo zaczął prowadzić lekcje włoskiego w Columbia College dla dwunastu uczniów. Po tygodniu klasa się podwoiła.

Przed Nancy otworzyły się drzwi domów dobrego towarzystwa. Imponowała znajomością sześciu języków i umiejętnością gotowania.
Wkrótce Lorenzo założył Manhattan Academy for Young Gentlemen, a przy niej Nancy otworzyła Duponte Ladies Academy, gdzie uczono francuskiego, włoskiego, tańca i układania kwiatów.

W październiku 1810 roku Lorenzo da Ponte otrzymał obywatelstwo amerykańskie. Jego biografowie zauważają, że wbrew pozorom Lorenzo był nieomal modelowym Amerykaninem – energiczny, pełen energii i optymizmu. Bez wahania podejmował wyzwania w nieznanych sobie zawodach i dziedzinach.

Jednak znowu wykończyli ich wierzyciele. Musieli zlikwidować obie akademie. Lorenzo zdecydował sie, na przeprowadzkę do Sunbury, gdzie mieszkał ojciec Nancy.
Powód – być bliżej teścia, bo zbliża się czas na pisanie testamentu.
Lorenzo założył tu sklep spożywczy, firmę kurierską – L. de Ponty’s Wagons, zakład kapeluszniczy, gorzelnię. W roku 1814 był drugim największym podatnikiem w miasteczku.
Nadzieje na testament spełzły na niczym, teść go pominął.
Trudno to pojąć, ale w roku 1818 rodzina da Ponte przeniosła się do Filadelfii z niczym. W kwietniu 1819 roku wrócili do Nowego Jorku.

Lorenzo da Ponte

Lorenzo da Ponte. Opinia lekarza – świetna figura i zdrowie mimo 71 lat, tylko całkowicie bezzębny. Zapadnięte policzki i płonące oczy upodobniają go do Woltera.

Przez osiem lat Nowy Jork bardzo się zmienił. Dotkliwa zmiana to przybycie wielu Włochów. Szkoły włoskiego nie były już nowością. Co gorsza, znowu pojawiły się pamflety, wypominające przeszłość Lorenzo. Życzliwi rodacy wysyłali je do rodziców uczniów szkoły da Ponte.

Lorenzo zgromadził ponad tysiąc włoskich książek i znowu założył ksiegarnię, a przy niej stancję dla uczniów. W sąsiednim budynku była ciastkarnia i czasem, przez pomyłkę, klienci pytali w księgarni o ciastka.
Nasz klient, nasz pan. Lorenzo wywiesił tabliczkę – włoskie słodycze. Gdy ktoś o nie pytał wyciągał tom poezji Petrarki – to największa włoska słodycz.

W 1825 roku śpiewak i impresario operowy Garcia postanowił wystawić w Nowym Jorku Cyrulika Sewilskiego. Zwrócił się do Lorenzo da Ponte o pomoc…

Gdy przeczytałem powyższe nie wiedziałem czy śmiać się, czy płakać, czy zapaść pod ziemię jak Don Giovanni.

Toż cały ten cykl wpisów powstał w wyniku impulsu po przeczytaniu słów: “W roku 1825 włoska trupa operowa dawała w Nowym Jorku przedstawienia, między innymi Don Juan Mozarta ze sławną Malibran-Garcia w partii Donny Anny. Zjawił się na nich stary Włoch osiadły w Nowym Jorkui dziękował wykonawcom – jako autor opery! Myślano, że stary jest niespełna zmysłów...”

Karol Stromenger – Mozart.

Więc to wszystko pomyłka? Tylko i wyłącznie to wydarzenie spowodowało moje zainteresowanie pochodzeniem i losami Lorenzo da Ponte.
Najmocniej przepraszam, daję słowo, że dowiedziałem się o tym dopiero pisząc trzeci odcinek. Skoro zacząłem to już dokończę.

Opera włoska w Nowym Jorku – Lorenzo wreszcie poczuł się w swoim żywiole. To była zupełnie nowość w Ameryce. Znaleźć sponsorów, rozreklamować, skompletować orkiestrę. To ostatnie było najtrudniejsze. Lorenzo wspomina, że w całej Ameryce Północnej był tylko jeden oboista. Ostatecznie skład orkiestry był dosyć nietypowy, ale projekt zakończył się sukcesem.
25 listopada 1825 wystawiono Cyrulika Sewilskiego – było to pierwsze przedstawienie operowe w historii USA.
Na skutek nalegań Lorenzo opera wystawiła również Don Giovanniego. Został bardzo dobrze przyjęty i wystawiono go cztery razy.

Rok 1825 był bardzo szczęśliwy. Columbia College zaoferowało Lorenzo da Ponte pierwsze w historii USA stanowisko profesora języka włoskiego.
Wprawdzie kurs był nieobowiązkowy, a stanowisko bezpłatne, ale wydarzenie przeszło do historii.

W grudniu 1831 roku zmarła, młodsza od niego o 20 lat, żona – Nancy. Brat Nancy przyznał Lorenzo pensję w wysokości $200 rocznie.
W roku 1832 przybyła do USA kolejna włoska grupa operowa – Montresori. Lorenzo ponownie zaangażował się w jej promocję. Niestety tym razem było to niepowodzenie, po raz kolejny stracił pieniądze.

W tym samym roku, już 84-letni Lorenzo postanowił wybudować w Nowym Jorku gmach opery. Znalazł sponsorów, w krótkim czasie zgromadził $150,000.
Otwarcie Opera House nastąpiło 18 listopada 1833 roku, wystawili La gazza landra (Sroka złodziej) Rossiniego. Mimo początkowych sukcesów opera zakończyła pierwszy rok działalności deficytem $30,000 a po dwóch latach zbankrutowała.

Lorenzo napisał: Ja, który wprowadziłem włoską kulturę do Ameryki, nauczyciel 2,000 uczniów, poeta, autor 36 dramatów dla Salieriego, Weigla, Martina y Soler, Mozarta. Ja, nie mam w Ameryce chleba.

Chyba nie było aż tak źle. Z pamiętników Lorenzo nie wiemy prawie nic o jego dzieciach, ale do ostatnich lat życia otaczała go liczna rodzina.
Zmarł 17 sierpnia 1838 roku. W przeciwieństwie do Mozarta, pogrzeb Lorenzo na cmentarzu katolickim na Manhattanie był bardzo uroczysty, uczestniczyło w nim wielu profesorów Columbia University, wiele osobistości ze świata kultury.

A jednak, co za ironia losu, podobnie jak Mozart Lorenzo da Ponte nie ma grobu.
W związku z rozwojem miasta cmentarz na Manhattanie zlikwidowano. Szczątki pochowanych tam osób przeniesiono na Calvary Cemetery w dzielnicy Queens. Tylko nieliczni, którzy mieli okazałe grobowce rodzinne, zachowali indywidualne groby. Resztę pochowano bezimiennie.

W pażdzierniku 1987 roku, w 177 rocznicę uzyskania przez Lorenzo obywatelstwa USA, z ninicjatywy miejscowej gminy żydowskiej umieszczono na cmentarzu tablicę pamiątkową…

Grób L da Ponte

Źródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard. Londyn 1929 rok.
Anthony Holden – The man who wrote Mozart.

Stuart 10

Joanna Trümner

Spadek

Na lotnisku w Sydney Stuart czekał na Iana. „Czy życie jest wiecznym dejá vu, składanką z z powtarzających się scen i miejsc? Młody, zdolny piosenkarz znowu rusza w drogę do sławy?”, zastanawiał się, przypominając sobie, że już dwa razy stał na tym lotnisku. Po raz ostatni był tu przed kiloma miesiącami, na początku drogi do Wellington, która, jak się okazało, była tylko ślepym zaułkiem. Kurczowo trzymał w ręku rulonik z plakatem, zapowiadającym przedstawienie „Jesus Star Superstar” w Wellington, z nadzieją, że trzyma w ręku klucz do dalszej kariery. Z myśli wyrwała go nieznajoma, starsza kobieta, która podeszła do niego i poprosiła o autograf: „Widziałam Pana w roli Jezusa, wspaniały spektakl. Gdzie będzie Pan teraz występował?” „Mam kilka planów, ale to jeszcze nic konkretnego”, odpowiedział Stuart, z zawstydzeniem myśląc o tym, że nie ma przecież żadnego planu na przyszłość. Tę niezręczną rozmowę przerwało pojawienie się Iana, który zaraz po odejściu starszej kobiety złośliwie skomentował: „Widzę, że nie możesz się uratować od wielbicielek!” Stuart przyjrzał się przyjacielowi i stwierdził, że cieszy się, iż po kilkumiesięcznej nieobecności wrócił do domu.

Siedzieli do późna w nocy w zastawionym dziwnymi, podniszczonymi i zbyt dużymi meblami mieszkaniu Iana w północnej części miasta. Pili ulubiony dżin z tonikiem i rozmawiali. „Żebym nie zapomniał, Chang mówił, że w schronisku szukał cię ktoś z domu starców w Watsons Bay, masz się tam koniecznie pokazać zaraz po powrocie. Może jakaś kolejna wielbicielka?”, dodał z przekąsem. Ustalili, że zamieszkają razem i będą dzielili się kosztami. Stuart zaproponował zakup nowych, wygodniejszych mebli, starając się równocześnie nie krytykować przyjaciela za dotychczasowe umeblowanie mieszkania. Po dżinie przyszła kolej na trawkę, którą Ian nazywał „poznanym dzięki Changowi eliksirem szczęścia”. Kiedy w końcu zasnęli ze zmęczenia w oparach marihuany za oknami budził się kolejny dzień. Na szczęście była to niedziela i Ian miał cały dzień na zregnerowanie sił przed pracą.

W poniedziałek Stuart wybrał się do domu starców w Watsons Bay. W hallu piętrowego budynku uderzył go zapomniany przez kilka miesięcy nieobecności zapach starości. Zajrzał do pokoju zajęć dziennych, w którym przy stolikach siedziało kilku znanych mu mieszkańców domu. „Kiedy będziemy znowu śpiewać?”, zapytała siędząca na wózku inwalidzkim kobieta, której nazwiska Stuart nie potrafił sobie przypomnieć. W drodze do gabinetu dyrektora zastanawiał się, dlaczego tak pilnie miał się tutaj pokazać. Z zakoczeniem usłyszał, że otrzymał dwadzieścia tysięcy dolarów w spadku po jednym z mieszkańców domu starców, zmarłym przed miesiącem Tomie Stepley. Stuart dobrze pamiętał Toma i ich wspólne długie rozmowy, rozmowy, które w przeciwieństwie do kontaktów z innymi mieszkańcami tego domu, nigdy go nie nudziły. Tom był chirurgiem i wiele lat życia spędził na pracy dla humanitarnej organizacji OXFAM na południu Afryki. Opowiadał Stuartowi o tym, jak docierał do oddalonych wiosek w Beninie, Togo i Nigerii, jak przeprowadzał operacje na kuchennych stołach, jak trzeba było pertraktować z miejscowymi szamanami, o walce z zabobonami, korupcji i wiecznej walce z wiatrakami i o tym, że nie udało mu się poznać kobiety, gotowej dzielić z nim życie.

W drodze do kancelarii notariusza w centrum Sydney, u którego Tom zdeponował swój testament, Stuart myślał o niespodziewanym spadku. Jak smutne są życiorysy, które tak się kończą, kiedy dorobek życia oddaje się obcym ludziom. Tom do ostatniego ich spotkania zachował trzeźwy umysł, musiał być bardzo samotny w otoczeniu, w którym większość osób odpłynęła myślami w przeszłość i cofała się w czasie”. W kancelarii notariusz podał mu czek i krótki list. „Drogi Stuarcie, bardzo żałuję, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Patrząc na Ciebie zawsze myślałem, że chciałbym mieć takiego syna. Dziękuję za Twoją muzykę, dała mi wiele szczęśliwych chwil. Mam nadzieję, że moje pieniądze pomogą Ci zrealizować plany. Bardzo cieszę się, że miałem okazję Cię poznać, Twój Tom”.

Stuart znowu koncertował w Sydney, a regularnie raz w tygodniu jeździł do domu starców w Watsons Bay, gdzie prowadził zajęcia z mieszkańcami. Czuł, że spadek po Tomie go do tego zobowiązuje. Mimo że podróż do Watsons Bay pochłaniała dużo czasu, przez kolejne miesiące Stuart nie opuścił ani jednego spotkania. Oszczędności, przywiezione z Wellington i spadek pomogły mu intensywnie zająć się pisaniem nowych utworów.

Iris

I wish I knew how it would feel to be free
I wish I could break all the chains holding me
I wish I could say all the things that I should say
Say ’em loud, say ’em clear for the whole round world to hear

Tak bardzo chciałabym wiedzieć, jak czuć się wolnym
Tak bardzo chciałabym zerwać łańcuchy, które mnie skuwają
Tak bardzo chciałabym powiedzieć wszystko to, co trzeba powiedzieć
Powiedzieć to głośno, powiedzieć to jasno, tak żeby usłyszał to cały świat

Nina Simone

Nadszedł maj i Stuart pojechał do Walton na ślub starszej siostry, Eve. Tak, jak przewidywała Kate, cała uroczystość była przygotowana w najdrobniejszych szczegółach. Rodzina odgrywała jedynie rolę pionków w reżyserowanym przez Eve ślubie i weselu. Starsza siostra przywitała go stwierdzeniem, że musi koniecznie zgolić brodę, bo strasznie niechlujnie wygląda. Na brodę, którą zaczął zapuszczać w dniu, kiedy stał się Jezusem w Wellington i która go nieco postarzała, nie było miejsca w scenariuszu Eve.

Stuart korzystał z każdej chwili, żeby spędzić czas z rodzicami i nadrobić miesiące rozłąki. Cieszył się, że na starość rodzice znaleźli siebie i że wspólnie potrafili żartować z wprowadzanego przez Eve reżimu i nerwowej atmosfery wokół ślubu. Cieszył się również ze spotkania ze Stuartem-seniorem i Brianem, który przestał był w międzyczasie w Walton personą non grata. W przygotowaniach do ślubu najmniej obecny i istotny był pan młody, William, na którego twarzy pojawiał się czasami tak zagubiony wyraz, że Stuart wcale nie zdziwiłby się, gdyby przyszły szwagier w decydującym momencie w urzędzie stanu cywilnego powiedział „nie!” W dwa dni po weselu Stuart ruszył w drogę powrotną.

Lot z Hong Kongu do Sydney potwornie się dłużył. W pewnym momencie sąsiadka zasnęła i położyła głowę na jego ramieniu. W tym geście było coś tak intymnego, że Stuart przyjrzał się z jej z zainteresowaniem. Po pewnym czasie kobieta obudziła się i spojrzała zażenowana. Zaczęli rozmawiać i czas do końca podróży przestał się dłużyć. Iris była o kilka lat starsza od Stuarta. Wracała do Sydney z kilkudniowego sympozjum anastezjologów w Londynie. „Niczego nowego się nie dowiedziałam, ale miło było przez kilka dni pooddychać londyńskim powietrzem”, skomentowała tygodniowy pobyt w Anglii. Przyjechała z Londynu do Sydney przed pięcioma laty, podążając za wielką miłością. Miłość przetrwała jednak zaledwie dwa lata i skończyła się rozwodem. Iris zadecydowała, że pozostanie w Australii – powrót do domu oznaczałby dużą porażkę. Nie wyobrażała sobie powrotu i obowiązkowych wizyt u trzech sióstr, które miały udane małżeństwa i dzieci. Nie chciała słuchać ciągłych pytań i rad i za wszelką cenę próbowała udowodnić sobie, że da sobie sama radę w nowym państwie. Nostryfikowała dyplom i znalazła pracę jako anastezjolożka w dużym szpitalu w Sydney.

Im dłużej trwała ta rozmowa, tym bardziej Stuart czuł, że ogarnia go dziwne ciepło i pragnienie, żeby ta podróż nigdy się nie skończyła. Miał wrażenie, że są sami w samolocie, w hermetycznej kapsułce prowadzą na wysokości dziesięciu tysięcy metrów jedną z najpiękniejszych rozmów, jakie przeprowadził w życiu. Zanim rozstali się na lotnisku w Sydney, umówili się w sobotę na Martins Place.

Kiedy dotarł do mieszkania na dużym ściennym kalendarzu w kuchni zapisał przy dacie 26 maja 1973: Martins Place, 18.00, Iris. W sobotę w nocy spał bardzo niespokojnie, śniło mu się, że spaceruje po czarnych chmurach, a w chwili, kiedy we śnie potknął się i zaczął spadać w ciemność, zbudził się, zlany potem. Za oknami nieprzerwanie padał deszcz, w miarę mijających godzin Stuart czuł narastający niepokój, strach przed spotkaniem, które może go rozczarować i lęk przed tym, że ktoś znowu może go zranić. O szóstej wyciągnął z szuflady pod telewizorem czwartego skręta z marihuaną z żelaznych zapasów Iana. Palił i myślał o Iris, która w tej chwili stała na Martins Place, chroniła się przed deszczem i niecierpliwie spoglądała na zegarek. Kiedy zdecyduje się na powrót do domu, zawiedziona randką, do której nie doszło i Stuartem? W chwili, kiedy Ian otworzył drzwi od mieszkania, jego przyjaciel był na takim haju, że już nie myśleł o upokorzeniu, które sprawił poznanej w samolocie kobiecie.

cdn.

Śniadania literackie: Joyce

Pierwsza wersja tego wpisu ukazała się kilka lat temu na blogu Jak udusić kurę…, tu jednak tak dalece rozszerzyłam ten tekst, że nie traktuję go już jako reblogu. Ale oczywiście każdy może tam zajrzeć: Bloomsday

Ewa Maria Slaska

16 czerwca w Dublinie

Zawsze chciałam pojechać do Dublina na Bloomsday czyli całodzienną wędrówkę po mieście śladami Leopolda Blooma i Stefana Dedalusa, bohaterów Ulissesa Jamesa Joyce’a. Nigdy mi się nie udało, ale pojechał mój kolega. I to akurat w roku 2004 czyli dokładnie w sto lat od wydarzeń opisanych w Ulissesie. Pisywaliśmy do siebie maile i im bliżej było 16 czerwca, tym bardziej go molestowałam. Bo Bloomsday można wprawdzie obchodzić wszędzie, na przykład w Berlinie, i jest to wtedy zwykłe święto literackie ku czci Jamesa Joyce’a, ale jednak w Dublinie jest to faktycznie dzień Blooma i trzeba go zacząć od zjedzenia… nerki wieprzowej.

Wikipedia Commons!!!
“Ciocia Wiki” pisze, że pierwsze obchody Bloomsday miały miejsce w roku 1954, a w roku 2004 urządzono wielki festiwal trwający pięć miesięcy. Nie był to jednak wystarczający argument dla Dietricha, który przez cały czas pobytu w Dublinie nie wychodził z domu, twierdząc, że bez przerwy pada. Nawet informacja, że częścią obchodów jest obfite śniadanie z piwem (ale, o dziwo, wcale nie to opisane przez Joyce´a) oraz nocne wędrówki po barach, nie zdołały go przekonać.
A ja, naiwna, myślałam, że Dietrich nie tylko przejdzie całą trasę wędrówki Blooma, to jeszcze się przebierze w strój sprzed stu lat. Ja bym się przebrała za Norę Barnacle. Pomyśleć, że pisarz umieścił całą akcję swej powieści tego właśnie dnia, bo była to data jego pierwszej randki z Norą.

Pan Leopold Bloom jadał z upodobaniem wewnętrzne organy bydła i drobiu. Lubił zawiesistą zupę z podróbek, orzechokształtne żołądki ptasie, nadziewane pieczone serca, płaty wątróbki podsmażane w tartej bułce, smażoną ikrę sztokfisza. Najbardziej lubił przypiekane nerki baranie, które napełniały jego podniebienie wyszukanym smakiem delikatnie pachnącego moczu.

Nerki tkwiły w jego myślach, gdy poruszał się po kuchni bezszelestnie, poprawiając na pogiętej tacy przybory śniadaniowe dla Molly. Światło i powietrze w kuchni były lodowate, ale wszędzie na zewnątrz łagodny, letni poranek. To czyniło go nieco wygłodniałym.

Węgle czerwieniały.

(…)

Jeszcze jeden kawałek chleba z masłem, trzy, cztery, dobrze. Nie lubiła przeładowanego talerza. Dobrze. Od­wrócił się od tacy, uniósł imbryk z występu płyty kuchen­nej i postawił go na krawędzi ognia. Rozsiadł się on tam, tępy i przysadzisty, ze sterczącą szyjką. Filiżanka herbaty zaraz. Dobrze. Sucho w gardle. Kotka sztywno obeszła nogę stołu, unosząc wysoko ogon. Mkrniau!

O, tu jesteś, powiedział pan Bloom, odwracając się od ognia.

Przysłuchiwał się chlupchlap chłeptaniu. Jajka na szynce, nie. Nic dobrego jajka przy takiej suszy. Trzeba czystej, świeżej wody. Czwartek: też nie najlepszy dzień na nerki baranie u Buckleya. Przysmażone na maśle z odrobiną pieprzu. Lepiej nerkę wieprzową u Długacza. Zanim imbryk się zagotuje. Chłeptała wolniej, potem wylizała spo­dek do czysta. Dlaczego mają takie szorstkie języki? Żeby lepiej chłeptać, same porowate dziurki. Nic, co by mogła zjeść? Rozejrzał się. Nie.

Może Molly będzie miała ochotę na jakiś przysmak. Rano lubi cienkie kromki chleba z masłem. Ale może, raz, kiedyś.
Powiedział półgłosem w pustym przedpokoju:
– Idę na róg. Wrócę za minutę.
A kiedy usłyszał swój głos, wypowiadający to, dodał:
– Nie chcesz czegoś na śniadanie?
Senne, miękkie mruczenie odpowiedziało:
– Nnn.
Nie. Nie chciała niczego. Potem usłyszał ciepłe, ciężkie westchnienie, miększe, gdy przekręciła się i zabrzęczały luźne, mosiężne pierścienie ramy łóżka. Koniecznie trzeba je umocować.

(…)

Przeszedł na słoneczną stronę ulicy. Chwilami powieki jego opadały miękko, gdy szedł tak w błogim cieple. Wóz piekarski Bolanda roz­wożący w płytkich koszach nasz powszedni, ale ona woli wczorajsze kromki, przewracane nad ogniem, kruche i go­rące od góry. To odmładza.

(…)

Zatrzymał się przed oknem wystawowym Długacza, wpatrzony w zwoje kiełbas i serdelków, ciemnych i jasnych. Piętnaście pomnożone przez. W jego umyśle cyfry zbladły bez rozwiązania: niezadowolony, dał im się rozpłynąć. Lśniące, nadziane mielonym mięsem ogniwa karmiły jego spojrzenie i wdychał spokojnie ciepły opar przegotowanej, ostro przyprawionej świńskiej krwi.
Nerka sączyła krwawe krople na półmisek o chińskim wzorku: ostatnia. Stanął przy ladzie obok dziewczyny sąsiadów. Czy ona ją też kupi, odczytawszy ze spisu na kartce, którą trzyma w dłoni. Spękane: soda do prania. I półtora funta serdelków. Jego oczy spoczęły na jej krzepkich biodrach. On się nazywa Woods. Ciekawe, czym się zajmuje. Żona jest starszawa. Świeża krew. Zalotnicy wzbronieni. Para silnych rąk. Łupiących w dywan na trzepaku. Ależ łupie w ten dywan, święty Jacku. I sposób, w jaki jej przekrzywiona spódnica kołysze się przy każdym łupnięciu.
Łasicooki rzeźnik złożył serdelki, które oderwał poplamionymi, serdeloróżowymi palcami.
Zdrowe mięso jak u jałówki karmionej w oborze. Uniósł stronicę ze stosu pociętych gazet. Wzorowa farma w Kinnereth nad brzegiem Jeziora Tyberiadzkiego. Może stać się idealnym zimowym sanatorium. Mojżesz Montefiore. Zdawało mi się, że on. Wiejski dom, otoczony murem, bydło pasące się za mgiełką. Odsunął od siebie gazetę: interesujące: przybliżył ją znów, czytając, bydło pasące się za mgiełką, szeleszcząca strona. Młoda biała jałówka. Owe poranki na targu bydlęcym, trzody ryczące w zagrodach, znakowane owce, chlap i klap łajna, hodowcy w podkutych butach, ciężko stąpający po podściółce, uderzają dłońmi w nabite mięsem zady, ta jest pierwszorzędna, nie ostrugane kije w ich dłoniach. Cierpliwie trzymał stronę ukosem, poskramiając zmysły i pragnienie, a jego uległe, łagodne spojrzenie było pełne spokoju. Przekrzywiona spódnica kołysząca się, łup i łup i łup.
Rzeźnik pochwycił dwie stronice ze stosu, zawinął w nie jej pierwszorzędne serdelki i zrobił czerwony grymas.
– Proszę, moja panienko, powiedział.
Uśmiechając się zuchwale, podała monetę w wysuniętej grubej garści.
– Dziękuję panience. Szyling i trzy pensy reszty. Co dla pana, proszę?
Pan Bloom wskazał prędko. Dogonić i iść za nią, jeżeli będzie szła powoli, za jej poruszającymi się szynkami.
Przyjemnie to widzieć z samego rana. Pospiesz się, do diabła. Kuj żelazo, póki gorące.
Stanęła przed sklepem w blasku słońca, a potem ruszyła leniwie w prawo. Westchnął pod nosem: one nigdy nie rozumieją. Ręce spękane od sody. I zrogowaciałe paznokcie u nóg. Brunatne postrzępione szkaplerze, chroniące ją od przodu i tyłu. Ukłucie zlekceważenia rozżarzyło się w jego piersi, aż do cichego zadowolenia. Dla innego: policjant po służbie obmacywał ją w Eccies Lane. Oni lubią je rozłożyste. Pierwszorzędny serdelek. Och, proszę, Panie Policjancie, zagubiłam się w lesie.
– Trzy pensy, poproszę.
Dłoń jego przyjęła wilgotny, pulchny gruczoł i wsunęła go do bocznej kieszeni. Potem wyciągnęła trzy pensy z kieszeni spodni i położyła je na gumowej podstawce. Leżały, zostały szybko odczytane i szybko wsunięte, krążek po krążku, do szufladki kasy.
– Dziękuję panu. Do następnego razu.
Punkciki skwapliwego ognia w lisich oczach podziękowały mu. Po chwili odwrócił spojrzenie. Nie: lepiej nie: do następnego razu.
– Do widzenia, powiedział odchodząc.
– Do widzenia panu.
Ani śladu. Zniknęła. Co za różnica?

Molly leży jeszcze w łóżku, Leopold kończy przygotowywać śniadanie

– Pospiesz się z tą herbatą, powiedziała. Usycham.
– Imbryk się gotuje, powiedział.
Gdy schodził kuchennymi schodami, zawołała:
– Poldy!
– Co?
– Wyparz imbryczek.
Gotowała się z pewnością: pióropusz pary z dzióbka. Wyparzył i opłukał imbryczek, wsypał cztery pełne łyżeczki herbaty i pochylił imbryk, aby wlać wodę. Odstawiwszy herbatę, żeby naciągnęła, zdjął imbryk z ognia, postawił patelnię na rozżarzonych węglach i patrzył na kawałek masła, który ślizgał się i rozpuszczał. Gdy odwijał nerkę, kotka zamiauczała wygłodniałe tuż przy nim. Dać jej za wiele mięsa, nie będzie łowić myszy. Mówią, że one nie jedzą wieprzowiny. Koszerne. Masz. Upuścił ku niej pokrwawiony papier i rzucił nerkę na syczące płynne masło. Pieprz. Rozsypał go palcami, koliście, z wyszczerbionego kieliszka na jajka.
Herbata naciągnęła. Uśmiechając się napełnił swą szeroką filiżankę, fałszywe Crown Derby.
(…)
Wbił widelec w nerkę i odwrócił ją z klaśnięciem: potem ustawił czajniczek na tacy. Kiedy ją uniósł, wypukłość stuknęła. Czy wszystko jest? Chleb z masłem, cztery, cukier, łyżeczka, jej śmietanka. Tak. Zaniósł tacę na górę, trzymając zagięty kciuk w uchu imbryczka.
Otworzywszy drzwi lekkim trąceniem kolana, wniósł tacę i postawił na krześle przy głowach łóżka.
– Ileż czasu ci to zajęło, powiedziała.

Molly jadła na śniadanie chleb z masłem, ale Leopold Bloom – nerkę wieprzową.  Ciężkostrawne, tłuste mięso to typowa cecha śniadań z Wysp. Choć smakosze powiedzą na pewno, że ani podsmażany bekon ani dobrze przyrządzona nerka nie są tłuste. Takie śniadanie angielskie składa się z następujących elementów:

  • smażone kiełbaski wieprzowe (sausages);
  • smażone plastry bekonu (rashers);
  • nerka wieprzowa;
  • dwa jajka sadzone lub jajecznica (scrambled eggs);
  • white pudding (rodzaj białej kaszanki) lub black pudding (rodzaj czarnej kaszanki);
  • pieczony pomidor (oven-baked tomato);
  • hash brown – podobny do polskiego placka ziemniaczanego, ale smażony na głębokim tłuszczu;
  • tosty;
  • frytki lub pieczone ziemniaki;
  • fasolka w sosie pomidorowym;
  • smażone pieczarki;
  • kawa lub herbata, z reguły podawane z mlekiem i cukrem.

Wikipedia Commons!!!

Zresztą Stefan Dedalus, drugi z bohaterów “Ulissesa”, też je takie wyspiarskie śniadanie, tylko oczywiście w skromniejszej wersji, odpowiedniej dla studenckiej kieszeni…

W mrocznej, sklepionej, mieszkalnej komnacie wieży owinięta szlafrokiem sylwetka Bucka Mulligana poruszała się żywo wokół paleniska, przesłaniając i  odsłaniając jego żółty żar. Wpadające z dwóch wysokich strzelnic włócznie łagodnego światła dziennego krzyżowały się na kamiennej posadzce: w  miejscu spotkania promieni unosiła się wirująca chmura dymu węglowego i  opary smażonego boczku. (…)  Stefan ustawił pionowo swoją walizkę, przyciągnął ją do stołu i usiadł, czekając.
Buck Mulligan cisnął to, co usmażył, na stojący pod ręką półmisek. Potem przeniósł półmisek i wielki imbryk na stół, postawił je ciężko i odetchnął z ulgą.
– Topnieję, powiedział, jak zauważyła świeca, gdy… Ale cicho, sza! Ani słowa więcej o tym przedmiocie. Kinch, zbudź się. Chleb, masło, miód. Haines, wejdź. Żarcie gotowe. Pobłogosław nas, Boże, i te dary twoje. Gdzie cukier? O, kurwa, nie ma mleka.
Stefan przyniósł ze skrzyni bochenek, garnek z miodem i maselniczkę. (…)
– Możemy pić herbatę bez mleka, powiedział Stefan, w skrzyni jest cytryna.
– O, bądź przeklęty razem z twoimi paryskimi pozami. Chcę mleka z Sandycove. Haines zawrócił od progu i powiedział spokojnie:
– Nadchodzi kobieta z mlekiem.
– Błogosławieństwo boże nad tobą, zawołał Buck Mulligan zrywając się z krzesła. Siadaj. Nalej herbaty. Cukier jest w woreczku. Nie mogę się już dłużej grzebać w tych przeklętych jajach.
Pokrajał wędzonkę na półmisku i cisnął ją na trzy talerze, mówiąc:
– In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti.

Znam doskonale śniadanie angielskie, bo w czasach studenckich pracowałam jako kelnerka w eleganckim klubie dla kobiet w Londynie na Cavendish Square. Przewodniczącą klubu była księżniczka Anna, a klub założono jako kobiecy odpowiednik słynnych londyńskich klubów męskich. Kelnerki – same Irlandki, jedna Włoszka i ja – mieszkały na poddaszu, miały jednoosobowe pokoiki, własny salon i wspólną pokojówkę, która przynosiła nam morning tea, sprzątała i raz na tydzień zmieniała nam pościel. Obsługa jadała to samo, co dostawali goście. Mieliśmy osobną salę i kelnerkę, która nam podawała posiłki. Kucharz był Francuzem, przygotowywał mistrzowsko flądrę w maśle, kaczkę po pekińsku, mus czekoladowy i Irish stew.

Miałyśmy dyżury poranne, w porze lunchu, podczas five o’clock i wieczorem. Ja najbardziej lubiłam dyżury poranne, zaczynające się o 6. Na pół śpiąc napełniałam małe szklaneczki sokiem grapefruitowym i pomarańczowym, a potem zaczynał się dwugodzinny maraton smażenia kiełbasek, pomidorów, boczku i jajecznicy. Według nieznanych mi zasad zostało szczegółowo ustalone, jaką część tej smażeniny wykonują kelnerki, a jaką kucharze, na pewno to my smażyłyśmy bekon i robiłyśmy grzanki. Szczytem moich osiągnięć jako (niewykwalifikowanej bądź co bądź) kelnerki było potknięcie się koło stolika dwóch eleganckich, ubranych na biało ladies. Utrzymałam jednak wszystko, złapałam nawet – zręcznie podsuwając tacę – jajecznicę wyślizgującą się ze srebrnej miseczki na kolana jednej z pań. Obie przyjrzały mi się badawczo i gdy pochwyciłam jajecznicę, kiwnęły głową. Do dziś mam nadzieję, że z uznaniem. Ciekawe, czy wyleciałabym z pracy, gdybym jednak usadziła jajka na owej plisowanej spódnicy?