Stuart słucha muzyki 7

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

słuchają piosenek, które otwierają kolejne rozdziały Stuarta.

Rozdział 20

Przyjacielowi Stuarta umarło dziecko. Tragedia, a on nie wie, jak ma się zachować. Jego drogi z przyjacielem właściwie się rozeszły, ale Stuart wie, że w obliczu tego, co się wydarzyło, powinien coś zrobić. Co?

Pink, The great escape

I can understand how the edges are rough
And they cut you like the tiny slivers of glass
And you feel too much
And you don’t know how long you’re gonna last (…)

But, I won’t let you make the great escape
I’m never gonna watch you checkin out of this place
I’m not gonna lose you
Cause the passion and pain
Are gonna keep you alive someday

Potrafię zrozumieć, jak to boli
Ten ból kaleczy cię jak małe kawałki szkła
I czujesz zbyt wiele
I nie wiesz, jak długo będziesz potrafił to znieść (…)

Ale ja nie pozwolę Ci na wielką ucieczkę
Nie będę biernie patrzył jak opuszczasz to miejsce
Nie stracę Cię
Bo te uczucia i ból pozwolą Ci wrócić znowu kiedyś do życia

I wtedy okaże się, że jego niemoc w obliczu tragedii, jaka dotknęła przyjaciela, to nic w porównaniu w tym, co się w tym właśnie odcinku wydarzy w jego własnym życiu. Meg ulega wypadkowi. Jest w szpitalu i przez cały rozdział 21 nie dowiemy się, czy wyjdzie z tego czy nie.

Mr. Probz Waves

My face above the water, My feet can’t touch the ground,
Touch the ground, and it feels like
I can see the sands on the horizon
Everytime you are not around
I’m slowly drifting away, drifting away
Wave after wave, Wave after wave
I’m slowly drifting, drifting away
And it feels like I’m drowning
Pulling against the stream

Moja twarz jest nad taflą wody, stopy nie mogą dotknąć dna
I wydaje mi się, jakbym widział na horyzoncie ziemię
Za każdym razem, kiedy ciebie nie ma w pobliżu
Powoli odpływam, odpływam
Fala za falą
Powoli odpływam, odpływam
Czuję się, jakbym tonął
Ciągnięty pod prąd

Dopiero w rozdziale 22 przychodzi wiadomość. Meg

To ostatni (na razie) odcinek miniserii wpisów o tym, czego słucha Stuart. Odcinki z z tą muzyką cieszyły się dużą poczytnością, co mnie cieszy, bo wymyśliłam je właściwie jako sposób wypełnienia nie dającej się uniknąć przerwy wakacyjnej w serii głównej. Obie serie właśnie się spotkały. Ustępuję miejsca samej autorce. Do słuchania tego, czego słucha Stuart powrócimy, gdy on sam (i jego autorka) znowu wyjadą…

Słowo na maj

Andrzej Rejman

Wciąż chłodno i prawdziwa wiosna jeszcze śpi.

Ale dzieje się dużo!

***

Nieśli krzyż i mieli opaski “Śmierć wrogom Ojczyzny”

Przeszli ulicami Warszawy 29 kwietnia 2017 roku. Nie było ich wielu, zaledwie kilkuset, zrobili jednak wrażenie.

Wrażenie całkowitego upadku idei pozytywnych, upadku idei pokoju i solidarności.

Nadchodzą czasy, gdy górę bierze wojenne opisanie świata i stosunków społecznych jako relacji opartych na konflikcie. Przynajmniej przez jakąś część młodzieży, a nawet przez niektórych, mających już pierwszą młodość za sobą taki opis rzeczywistości jest uznawany za wyzwanie, ba! za – wezwanie do boju. Dzięki bierności, a często cichej akceptacji obecnej władzy – mają oni wolną rękę do krzewienia swoich idei, do manifestowania agresji i nienawiści do inaczej myślących.

To niewiarygodne, jak szybko zmienił się nasz świat. Jakby dotknęła go jakaś niewidzialna ręka stawiająca go na głowie.

W takiej sytuacji w końcu musiał wypowiedzieć się Kościół katolicki w Polsce.

W dokumencie przygotowanym przez Radę do spraw społecznych Konferencji Episkopatu Polski, wydanym w tym samym mniej więcej czasie czytamy między innymi:

“…Kościół w swoim nauczaniu zdecydowanie rozróżnia szlachetny i godny propagowania patriotyzm oraz będący formą egoizmu nacjonalizm. (…)

Pragniemy (…) podkreślić, że potrzebny jest w naszej ojczyźnie dobrze nam znany z historii patriotyzm otwarty na solidarną współpracę z innymi narodami i oparty na szacunku dla innych kultur i języków. Patriotyzm bez przemocy i pogardy. Patriotyzm wrażliwy także na cierpienie i krzywdę, która dotyka innych ludzi i inne narody.

(…) Zastanawiajmy się nad «polską prawdą». Rozważajmy, czy jest szanowana w naszych domach, w środkach społecznego przekazu, urzędach publicznych, parafiach. Czy nie wymyka się niekiedy ukradkiem pod naporem okoliczności? Czy nie jest wykrzywiana, upraszczana? Czy zawsze jest w służbie miłości?

Jak ujmował to Jan Paweł II: Naprzód, w okresie zrastania się plemion Polan, Wiślan i innych, to polskość piastowska była elementem jednoczącym: rzec by można, była to polskość „czysta”. Potem przez pięć wieków była to polskość epoki jagiellońskiej: pozwoliła ona na utworzenie Rzeczypospolitej wielu narodów, wielu kultur, wielu religii. Wszyscy Polacy nosili w sobie tę religijną i narodową różnorodność. (…) Niezmiernie ważnym czynnikiem etnicznym w Polsce była także obecność Żydów. Pamiętam, iż co najmniej jedna trzecia moich kolegów z klasy w szkole powszechnej w Wadowicach to byli Żydzi. W gimnazjum było ich trochę mniej. Z niektórymi się przyjaźniłem. A to, co u niektórych z nich mnie uderzało, to był ich polski patriotyzm. A więc polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie. Wydaje się jednak, że ten „jagielloński” wymiar polskości, o którym wspomniałem, przestał być, niestety, w naszych czasach czymś oczywistym…

Dalej czytamy w dokumencie Episkopatu:

“Dlatego ponownie zwracamy się do rodziców, nauczycieli, przedstawicieli władz publicznych i polityków, urzędników i funkcjonariuszy służb państwowych, samorządowców, twórców kultury i ludzi mediów, duszpasterzy, katechetów, instruktorów harcerskich, działaczy społecznych, historycznych rekonstruktorów i sportowców, aby nie ustawali w kształtowaniu szlachetnego, opartego o chrześcijańską miłość bliźniego, polskiego patriotyzmu…”

Na końcu przypomniano też słowa Jana Pawła II wygłoszone na forum ONZ w 1995 roku – Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę prawdziwego patriotyzmu i dlatego dziś nie możemy dopuścić, aby skrajny nacjonalizm rodził nowe formy totalitarnych aberracji. To zadanie pozostaje oczywiście w mocy także wwówczas, gdy fundamentem nacjonalizmu jest zasada religijna, jak się to niestety dzieje w przypadku pewnych form tak zwanego «fundamentalizmu»”. Dlatego, dodają już od siebie, „potrzebny jest w naszej ojczyźnie dobrze nam znany z historii patriotyzm otwarty na solidarną współpracę z innymi narodami i oparty na szacunku dla innych kultur i języków. Patriotyzm bez przemocy i pogardy. Patriotyzm wrażliwy także na cierpienie i krzywdę, która dotyka innych ludzi i inne narody”.

Nic dodać, nic ująć.

***

Maj to także miesiąc urodzin Sophie Scholl (9.05.1921- 22.02.1943), która w moim odczuciu była uosobieniem tych właśnie wartości patriotycznych, o których potem mówił Jan Paweł II.

„Ich will mich an das Seil klammern, das mir Gott in Jesus Christus zugeworfen hat, auch wenn ich es nicht mehr in meinen erstarrten Händen fühle“.

“Będę trzymała się liny, którą Bóg podał mi w Jezusie Chrystusie, nawet wtedy, gdy moje zdrętwiałe dłonie już nie poczują tego”.

― Sophie Scholl

Barataria 16 W Baratarii wszyscy kłamią

Ewa Maria Slaska

Walter Zitzenbacher, W Baratarii wszyscy kłamią

Niewątpliwie, Barataria, kraj ułudy, to kraina kłamczuchów, opisana przez austriackiego pisarza Zitzenbachera w komedii pod tym właśnie tytułem. Kraina kłamczuchów to stary motyw literacki, podobnie jak kraina łakomczuchów, leni czy śpiochów. Na przykład taki Gelsomino w kraju łgarzy… Pospieszny research w sieci informuje mnie jednak, że owa powiastka włoskiego pisarza Gianni Rodari nazywa się po polsku Gelsomino w kraju kłamczuchów. Oryginał ukazał się w roku 1958, w Polsce, być może dlatego, że autor był zaangażowanym komunistą, już w roku 1962. Przełożyła Hanna Ożogowska, ilustrował Jan Marcin Szancer. Recenzentka, Adriana Dobrzyńska-Suchy, pisze:

Obdarzony przeraźliwie silnym głosem Gelsomino wyrusza w świat. Dociera do Kraju Kłamczuchów, w którym, jak sama nazwa sugeruje, wszyscy kłamali. Wieczorem mówiono sobie dzień dobry, a rano dobranoc, płacono wyłącznie fałszywymi pieniędzmi, a żeby zostać sławnym w jakiejś dziedzinie, trzeba było robić coś wyjątkowo źle. By kupić chleb, proszono o atrament, a po artykuły piśmiennicze szło się do piekarni. Nawet zwierzęta w tym kraju zachowywały się na opak, psy zamiast szczekać miauczały, a koty, zamiast miauczeć, szczekały. Mówienie prawdy było surowo wzbronione, a za złamanie tego zakazu groziło więzienie, czyli, mówiąc językiem mieszkańców, szpital dla obłąkanych. (…) Oprócz ciekawej przygody i wspaniałych przyjaciół Gelsomino zyskał tam coś więcej. Zrozumiał wreszcie, że jego głos nie jest tylko brzemieniem, ale darem, który można wykorzystać w słusznej sprawie.

Rodari jest zresztą autorem innej mojej ulubionej książki z dzieciństwa, a mianowicie Opowieści o Cebulku, wydanej po polsku już w roku 1954. Nie wiem, kiedy ją czytałam, ale pamiętam ją do dziś, zwłaszcza biednego chudego i bladego kabaczka i jego domek, w którym mieścił się tylko on i to wyłącznie na stojąco (tłumaczyła Zofia Ernstowa). To oczywiście powiastka z gruntu komunistyczna, Cebulek uosabia uciemiężony proletariat, a jego przeciwnik, tłusty Baron Pomarańcza, to paskudny kapitalista. Nie przypominam sobie jednak, żeby komunistyczne poglądy autora przeszkadzały mi w lekturze… A może… może… nie śmiem o tym nawet napomknąć, ale Cebulek walczy w końcu o sprawiedliwość społeczną,  może więc było to jedno z tych dzieł, które mnie wręcz ukształtowały? Rozumiem, że w dzisiejszej Polsce to wstyd i hańba wierzyć o sprawiedliwość społeczną, a już na pewno nie wolno się przyznawać, że to się człowiekowi wydaje ważne, ale co ja na to poradzę, tak mi widać zostało z dzieciństwa.

***

Barataria w komedii Zitzenbachera to miasteczko w Hiszpanii. Akcja dzieje się około roku 1600. Obywatele Baratarii dowiadują się właśnie, że ich miasto stało się wyspą.
– Ale jak to wyspa, obrusza się jeden z mieszkańców. Przecież leżymy w środku stałego lądu a latem wszystkie studnie wysychają.
Najwyraźniej mieszkańcy miasta nic o tym nie wiedzą, że uczeni specjaliści w sprawach Don Kichota, ulokowali ich miasto w podmokłym zakolu rzeki Ebro nieopodal Saragossy. U Zitzenbachera latem Baratario wysycha. Suszę powinno dać się zauważyć, bo według Cervantesa Sancho Pansa przybywa do Baratarii pod koniec lipca i pozostaje do początków sierpnia. Ale taki jest rozkaz Księcia i nie ma o czym dyskutować. Baratario jest wyspą, ma dużo wody, a Książę mianował właśnie Gubernatora wyspy i jest nim Sancho Pansa.
– To przecież błazen, oponuje ktoś.
– No i cóż, że błazen, pada odpowiedź. Mało to błaznów rządzi na świecie?

Hmmm, no cóż, nie da się ukryć…

Z daleka słychać gwar głosów, okrzyki, śmiechy, bicie w bębny i muzykę. Nadciąga Gubernator, może i błazen, ale bystry, bo prawie od razu zaczyna się dość dociekliwie dopytywać, czemuż to właściwie Baratario jest wyspą, skoro wygląda jak miasteczko i wcale nie jest otoczone wodą. W końcu jednak sam sobie wyjaśnia tę sprawę: To dlatego że na wyspie jest miasteczko, miasteczko na wyspie czyli i miasteczko, i wyspa! Rozumie jednak i to, że w takim razie, skoro jego gubernatorstwo jest żartem, to żart jest gubernatorstwem, zatem nawet wiedząc już, że Książę sobie z niego zadrwił, Sancho Pansa nie zamierza złożyć swojego urzędu, dopóki sam nie pojmie, że przerasta to jego możliwości…

Na zakończenie dodam, że czytanie manuskryptu (komputeroskryptu?) Waltera Zitzenbachera dostarczyło mi rozrywek rodem wręcz z Baratarii czyli Krainy Złudy. Sztuka nigdy nie została wydana, znajduje się jednak w czymś w rodzaju magazynu tekstów na potrzeby teatrów, które można sobie zamówić, jeśli się człowiek nosi z poważnym zamiarem wystawienia, omówienia lub opublikowania rzeczonego tekstu. Najwyraźniej salon Ewy Marii czyli ten blog jest argumentem wystarczająco poważnym, żeby mnie najpierw “zarejestrowano w rejestrze” a potem “dano dostęp do dostępu” i wreszcie przysłano mi plik w formacie pdf. I tak go sobie ostatnio czytałam i czytałam, i ciągle mi się wydawało, że coś mi w tym tekście zgrzyta i skrzeczy jak rzeczywistość. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że dostałam tylko połowę tekstu, ale nie pierwszą albo drugą, lecz – ku chwale wszechobecnej Baratarii – co drugą stronę! Tylko nieparzyste. Napisałam do “magazynu” z prośbą o strony parzyste. Odpowiedź przyszła (po dwukrotnym zaledwie przypominaniu) nawet całkiem rychło: nie ma stron parzystych i nie wiadomo, kiedy mogłoby się było by było udać je wyprodukować. Ale jeśli i jak się uda, to je niezwłocznie dostanę…

Może więc w sztuce chodzi o coś innego a nie o to, o co myślę, że chodzi… Niech żyje Kraina Wiecznych Przypuszczeń! Coraz bardziej mi się podoba w Baratarii.

Legenda o Warszawie 1 – dwa wstępy

Legendę o Warszawie napisał przed ponad półwieczem mój wujeczny dziadek, Wiktor Ostrowski, o którym już tu na blogu wielokrotnie pisałyśmy, ja i my, jego córka Janina Kowalska i dwie jej córki, moje kuzynki Maria i Małgorzata.

Maria i ja przygotowałyśmy teraz maszynopis do debiutu. Poprzedzamy go dwoma tekstami wyjaśniającymi.

Janina Kowalska

Przeglądając karton ze zdjęciami, notatkami i starymi oryginałami twórczości mojego Ojca na samym dnie znalazłam wyblakłą teczkę z napisem – “WIKTOR OSTROWSKI, Legenda o Warszawie, scenariusz serialu” – i przypomniałam sobie że w drugiej połowie roku 1955 Wiktor rozpoczął pisanie czegoś co przed nami wszystkimi trzymał w tajemnicy. Wypatrzyliśmy jednak, co pisze i od tej pory dawał nam kawałkami do czytania. Nie był pewny, co to będzie, czy to ma być książka czy scenariusz. W końcu zdecydował się na sześcioodcinkowy scenariusz. Przerabiał go wiele razy, aż na początku lat 60, uznał, że skończył pisanie, dał nam do przeczytania, ale mnie wtedy trudno było ocenić, ile to jest warte.

Prowadził już wtedy redakcję Kinotechnika, która była finansowana przez Film Polski, i tam zaniósł swój scenariusz. Maszynopis przepadł jak kamień w wodę, bo wiadomo, że jest taki przepis, że redakcja nie zwraca nie zamówionych maszynopisów. Ojciec miał taką cechę, że jeżeli uznał sprawę za beznadziejną, to odchodził od niej psychicznie i przestawał się nią interesować. Tak też było w tym przypadku, może przeżywał to jako fiasko, ale nie pokazywał po sobie. Co dalej działo się z Legendą, nie pamiętam, wiem że nigdzie nie była publikowana i tu na blogu ujrzy pierwszy raz światło dzienne.

Egzemplarz, który tu publikuję, nosi poprawki z datą 1971.

Wiktor Ostrowski

UWAGI do “Legendy o Warszawie”

Okres stworzenia Warszawy jest trudny do określenia. Założenie, iż  Warszawa została stworzona przed siedmioma wiekami, podważone zostało wykopaliskami na terenie stolicy, pochodzącymi z wcześniejszych okresów. Nie wdając się w spory na ten temat, stwierdzić możemy, iż 1000  lat temu powstała osada nad Wisłą, z której zrodziła się Warszawa.

Na temat stworzenia Warszawy istnieją dwa podania. Pierwsze –  to tzw. legenda o Warszawie, opisana w noweli Ewy Szelburg Zarębiny,  podanie o Warsie i Sawie. Mimo całej poetyczności tego opowiadania,  nie wytrzymuje ono próby prawdopodobieństwa. Legenda, czy podanie, czy  bajka może być albo całkowicie fantastyczną /jak np. bajka o Kraku/,  albo mieć cechy prawdy historycznej. Rozpatrując pod tym kątem widzenia  opowieść o Warsie i Sawie należy bezstronnie stwierdzić – książę mazowiecki, polując w nieprzebytej puszczy, zabłądził i natknął  się na chatkę rybaka na brzegu Wisły. Tam rybaczka karmiła dwoje niemowląt-bliźniąt – Warsa i Sawę. Książę wzruszył się i postanowił w tym  miejscu wznieść gród, nazywając go od imion dzieci: Warszawą. A więc: książę polował i jego punkt startu znajdował się według wszelkiego prawdopodobieństwa w okolicach PŁOCKA. Stamtąd do Warszawy trzeba  było przebijać się przez puszczę na dystansie około 150 km. W takich  warunkach to wyprawa wielodniowa, a dla pojedynczego jeźdźca – nie  do pokonania. Jeżeliby to nawet było możliwe, to książę musiał przebyć  po drodze Bugo-Narew i wylądowałby w rezultacie nie w Warszawie lewobrzeżnej, a na Pradze.

Ale nawet. Zobaczył dwoje bliźniąt i wzruszył się. Tak uczuciowi książęta nie byli. Gród założyłby w okolicach Modlina, na zbiegu dróg wodnych a nie w Warszawie. Nie nazwałby go imieniem dziewczyny, w żadnym  przypadku! Nadto język ówczesny nie znał łączenia dwóch wyrazów w jedną nazwę. A potem imię “Wars”. Zupełnie nie znana na zachodniej słowiańszczyźnie końcówka. Raczej “Warsz” – jak Grodzisz, Karniesz, Nieudasz etc. “Sawa” nie istnieje takie imię na naszych ziemiach. Na Rusi  “Sawa” – to imię męskie /manufaktura Sawa Morozow/. A połączenie tych  imion ma być “Warszawa”. Nb imieniem dziewczyny nikt nie nazwie grodu.  Zbyt małą wartość miała w owych czasach dziewka.

W mojej wersji oparłem się na innym opowiadaniu, jest ono nieco  starsze od poprzedniej “legendy” datującej się z końca XVII wieku. Po prostu – nad brzegiem rzeki żył i trudził się łowca-rybak –  WARSZ. Był to na pewno zbieg. Uciekł od ucisku, odpowiedzialności…  Był nie sam, z towarzyszamí. Takie osiedla zbiegów były i są opisywane. W latach na przełomie XII i XIII wieku w zachodniej Polsce panowało już chrześcijaństwo, jednak w głuchej puszczy kwitło jeszcze  pogaństwo, tolerowane a czasem nawet popierane przez władców Mazowsza.

Pierwszym osadnikiem był WARSZ. Warszowa polana, Warszowa chata,  Warszowa osada. To przymiotnik dzierżawny, który przerodził się  w nazwę osiedla “Warszowa”. Nie Warszawa, bo w łacińskich najstarszych  tekstach “Varsovia”, francuskie “Varsovíe”. Język nasz był wówczas podobny do czeskiego i wymawiano nazwę raczej w akcentem na pierwszej  zgłosce Wárszowa. “O” bez akcentu wymawia się jak “A” i stąd ostateczna  nazwa “Warszawa”. Zatem miasto stworzone pracą zbuntowanej młodzieży – po prostu, bez nakazów książęcych, zwykłą pracą.

Wiktor Ostrowski, zdjęcie zrobione w Warszawie na ulicy Marszałkowskiej, która wciąż nosi ślady wojny

PS:

Sześć odcinków Legendy o Warszawie będziemy tu publikowały przez sześć następnych niedziel. Nam się ta opowieść bardzo podoba i mamy nadzieję, że spotka się z przychylnym przyjęciem Czytelników. A może znajdzie się wydawca lub filmowiec, który chciałby skorzystać z tego scenariusza?

Janina, Ewa, Małgorzata i Maria

Muzeum Narodowe w Szczecinie 1

Dariusz Kacprzak, wicedyrektor Muzeum Narodowego i wykładowca Akademii Sztuki w Szczecinie, będzie dla nas przez wiele następnych tygodni, zawsze w soboty, pisał o interesujących dziełach sztuki, zgromadzonych w “jego muzeum”. O tym muzeum już kiedyś (z zachwytem) pisałam…

Zaproszenie na spotkanie z autorem na końcu tekstu / Kurzinfo auf Deutsch – siehe unten

Dariusz Kacprzak

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia

Antyczne korzenie Europy, kolekcja kopii i rekonstrukcji rzeźb antycznych Heinricha Dohrna w holu gmachu Muzeum Narodowego w Szczecinie przy Wałach Chrobrego, fot. G. Solecki, A. Piętak

„Nie mamy dość czasu na patrzenie, a patrzenie wymaga czasu, podobnie jak zdobywanie przyjaźni” – napisała Georgia O’Keeffe. Słowa amerykańskiej artystki, jakiś czas temu przywołane przez profesor Marię Poprzęcką, warto uczynić mottem prezentacji kilkunastu dzieł, z którymi można się zaprzyjaźnić, odwiedzając Muzeum Narodowe w Szczecinie. Ten ledwie promil subiektywnie wybranych zabytków spośród stu pięćdziesięciu tysięcy znajdujących się w murach szczecińskiej świątyni sztuki i kultury – to zaproszenie do patrzenia na dzieła sztuki, zachęta do odkrycia przyjemności niespiesznego, uważnego oglądania. Bez wątpienia sposobów patrzenia na dzieło sztuki jest wiele, dokładnie tyle, ile patrzących oczu.

Złoty wiek Pomorza. Sztuka na dworze książąt pomorskich w XVI i XVII wieku, kolekcja klejnotów i strojów książęcych dworu Grafitów, Muzeum Narodowe w Szczecinie – Muzeum Tradycji Regionalnych, fot. G. Solecki, A. Piętak

Georg Römer, rekonstrukcja Adolfa Fürtwänglera wg Polikleta z Argos, Doryforos (450 r. p.n.e. – 440 r. p.n.e.), 1910–1912, odlew, brąz, 187x73x72 cm

Poliklet, wirtuoz techniki brązowniczej – obok Fidiasza i Myrona uznawany za największego rzeźbiarza klasycznej Grecji – działał głównie w Atenach, Olimpii oraz rodzinnym Argos. W swojej twórczości skupił się na poszukiwaniu sposobu przedstawiania postaci, opracował matematyczny kanon proporcji ciała ludzkiego – w teorii zawarł go w niezachowanym traktacie Kanon, w praktyce wcielił, wykonując rzeźby Doryforosa, Kyniskosa znanego z kopii funkcjonującej jako Efeb z Westmacott, Diadumenosa czy Ranną Amazonkę. Jednym z bardziej interesujących dzieł prezentowanych na stałej wystawie Antyczne korzenie Europy. Szczecińska kolekcja Dohrnów w Muzeum Narodowym w Szczecinie, jest powstała w latach 1910–1912 rekonstrukcja Doryforosa (Niosącego oszczep) z połowy V w. p.n.e. Szczeciński brąz jest szczególnie cenny (co po raz kolejny potwierdził udział zabytku w mediolańskiej wystawie inaugurującej otwarcie nowej przestrzeni fundacji Prady), zarówno ze względu na znaczenie nieistniejącego oryginału dla rozwoju greckiej sztuki klasycznej, jak również z powodu naukowej wnikliwości, z jaką dokonano na podstawie rzymskich kopii, rekonstrukcji – wreszcie także nader wysokiej jakości wykonania odlewu. Wiedza o rzeźbie zachowała się do naszych czasów w postaci opisów oraz rzymskich, różniących się między sobą szczegółami, marmurowych kopii – zidentyfikowanych dopiero w 1862 roku przez niemieckiego archeologa Karla Friederichsa. Na przełomie XIX i XX stulecia Adolf Furtwängler (ojciec słynnego dyrygenta i kompozytora Wilhelma), wybitny archeolog klasyczny związany z uniwersytetami i muzeami w Berlinie i Monachium, zrekonstruował pierwotny wygląd rzeźby Polikleta. Heinrich Dohrn jun., przedstawiciel trzecie generacji tej zasłużonej dla naszego miasta rodziny, entomolog, przedsiębiorca, humanista i kolekcjoner, tworząc swą antyczną kolekcję antycznej, która wkrótce stała się podstawą nowo powstałego wówczas Muzeum Miejskiego w Szczecinie, zamówił odlew Doryforosa Polikleta wedle rekonstrukcji Adolfa Furtwänglera. Zadanie to zostało zrealizowane w latach 1910–1912 w Berlinie, pod kierunkiem ucznia przedwcześnie zmarłego Furtwänglera, Paula Woltersa, przez pochodzącego z Wrocławia rzeźbiarza i medaliera Georga Römera. Wykonując zamówienie rzeźbiarz posłużył się tradycyjną techniką odlewu na wosk tracony, którą stosowali greccy artyści. Starano się także odtworzyć pierwotną kolorystykę – stutuę pokryto ciemną patyną, wargi podkreślono karminem, oczy wykonano ze szkła i emalii, włosy zaś pokryto cienką warstwą złota, do dziś widoczną w promieniach słońca wpadającego do wnętrza holu gmachu Muzeum Narodowego w Szczecinie. Dlatego też wiosenna przedpołudniowa wizyta może być źródłem szczególnie interesujących wrażeń estetycznych.

W kontekście szczecińskiej rekonstrukcji Doryforosa Polikleta warto wspomnieć o wykonanym nieco później jeszcze jednym odlewie Georga Römera wedle rekonstrukcji Adolfa Furtwänglera, która została zamówiona jako symboliczny pomnik dla upamiętnienia ofiar pierwszej wojny światowej i dziś znajduje się w reprezentacyjnej przestrzeni Uniwersytetu Ludwika Maksymiliana w Monachium.

***

W najbliższy wtorek Dariusz Kacprzak będzie w Regenbogenfabrik mówił o obecności berlińskiego rzeźbiarza Johanna Gottfrieda Schadow (1764 – 1850) w Szczecinie (wykład po niemiecku)

Johann Gottfried Schadow (1764 – 1850)  – ein Berliner Bildhauer in Stettin präsentiert von unserem Autor, Dariusz Kacprzak, im Regenbogenkino am Dienstag, 9. Mai.

Ratecki March (reblog)

Tomorrow I fly to Thessaloniki to join the March for Aleppo for some talking (and not walking) days. I do not know what we shall talk about but I will suppose it will be that…

Janusz Ratecki

Since 26th december I have been marching for peace with #CivilMarchForAleppo. We started in Berlin, and daily, with only small stops in big cities, we crossed many borders, met thousends of people. The march is 4+ months old and certainly it has reached its maturity. After 4 months of non disrupted travel I decided to return to Poland, to work, to take a deep breath, to see the situation from the oustide. I will return on 26/27 May to Greece to continue my journey.

At home, the questions about the identity of the march appeared with a double intensity. Why do I march? What is our purpose? Do I (we) march for Aleppo or to Aleppo? Or both? What can we change with our marching and which of our plans can we realise?

 Civil March For Aleppo 03.03.2017 Photo Janusz Ratecki

People used to ask me the same questions all the time. Why do you want to enter the war zone? Is it possible? And what if someone is hurt or injured? Do you think you can change someting? There are hundreds of those questions, and even though we discucssed it on the march, on daily basis, we havent reached yet a common decision. Nor we achieved peace in our small group.

If you feel that I am complaining, well I am not. I am hoping. I hope this march will change again, as it changed many times before. I wish this march will get a proper leader who will take the responsibility of taking the crucial decisions. I hope this march will, once more, gain the spirit, the energy and the global audience it deserves.

Foto Marek Kowalczyk

I hope we will share the peace message instead of run. Running, to be as fast as possible, to a yet unknown destination is kind of desperate. I hope no one will suffer in the march group because other people force their ideas. I hope we will reach peace to share it among others. I hope we will not leave anyone behind.
Last but not least, I wish we will find a good ending to our project.

Hope dies last.

Author is a freelance photographer interested in human rights. At the moment taking part in #civilmarchforaleppo

Marokko 1

Monika Wrzosek-Müller

Schon der Flughafen in Marrakesch erfüllte sie mit Bewunderung; gelungene moderne Architektur, die alte Traditionen der marokkanisch-andalusischen Architektur beinhaltete und sie neu interpretierte – mit Ornamenten, Intarsien, Keramik, Stein und Edelhölzern; luftig, geräumig und menschenfreundlich. Natürlich nervten die unendlichen Kontrollen und Schlangen, aber man fühlte sich sicher. Nach dem hässlichsten Flughafen der Welt in Berlin-Schönefeld eine reine Wonne.

Sie fühlte sich sehr als Tourist verschoben, durchorganisiert, aber es war eine Rundreise; die Vorteile lagen auf der Hand: alleine hätte sie diese Menge an Städten, unterschiedlichen Landesteilen und Informationen nicht bewältigt. Die Leute rundherum waren nett, nicht alle, aber das konnte sie auch nicht erwarten. Sie war auch nicht immer nett und wollte auch gar nicht sein.

Sie ließ sich auf diese für sie neue Welt aus den Märchen aus 1001 Nacht ein; ließ sich verführen und bezaubern. Es war bunt, ordentlich, sauber und organisiert. Das wunderte sie am meisten, diese Durchorganisiertheit, die ständige Präsenz der Polizei, bei Ein- und Ausfahrten aus den Städten, mal auch so unterwegs, Scharen von Putzleuten, die die Straßen sauber fegten, ganze Kolonnen von Gärtnern, die in den Grünanlagen arbeiteten; wirklich Armeen von Straßenfegern und Menschen, die sich um Grünanlagen kümmerten, Pflänzchen setzten und gossen, Bäume und Hecken zurechtschnitten, Palmen von ausgetrockneten Blättern befreiten, Rasen mähten, Blätter sammelten. Es war natürlich Frühling und die Arbeiten standen an. Sie sah neue Areale für frisch anwachsende Stadtviertel vorbereitet und eingerichtet, schon mit Straßen und Laternen und Elektro-Anschlusskästen in den Ecken; dort sollten die zukünftigen neuen Häuser entstehen. Es lag an der Jahreszeit, dass alles unheimlich grün und in buntesten Farben glänzte; die Bougainvilleas blühten in allen möglichen Nuancen von Pink, Rot und Gelb, es gab sogar weiße; die Hecken waren manchmal mit blauen, mal mit gelben Blüten gesprenkelt, dazwischen gab es Scharen von Vögeln, die unermüdlich zwitscherten. Die Sonne brannte noch nicht alles aus; vieles sah vielleicht deswegen friedlicher und freundlicher aus.

Natürlich wusste sie von der Existenz der Bidonvilles, Slumgürtel um Casablanca, von der Armut in den verlassenen Quartieren der alten jüdischen Viertel Mellah, von den Dörfern der Berber in den Bergen, wo der Analphabetismus nicht unter 70 % sinken wollte, auch wenn man sich bemühte und alle 20 km Schulen einrichten ließ und den Kindern, die in die Schule gingen, ein Fahrrad schenkte; doch das Allgemeinbild bot einen Aufschwung und Mut zu Projekten, zu neuen Möglichkeiten. Es wurde auch überall gebaut und ausgebessert, gemauert und geputzt.

Fast in jeder Stadt, die sie besichtigte gab es eine, oder auch mehrere Prachtstraßen, Prachtavenues, gesäumt von Palmen und ausgedachten Laternen in verschiedensten Formen, mal auch sehr kitschig, mal modern und viel Licht spendend. Die Avenues waren immer sehr breit, führten ein- und aus der Stadt, mit einem Streifen Grün in der Mitte, flankiert von Trottoirs, und wieder Streifen von Grünanlagen. Sie war erstaunt, erbaut und neugierig auf diese exotische und doch irgendwie bekannte Welt; hier traf Europa, das französische Europa hauptsächlich, auf den Orient und Schwarzafrika, die Mittelmeerkultur und die Beduinen, die Berber und die Nachkommen der schwarzen Sklaven, die Haratin, die arabischen Juden und schließlich die sunnitischen Araber. Hohe Berge wechselten mit langen Ebenen; Hügel waren auch dazwischen und dann kam die Vegetation – mal minimalistisch, fast steppenartig karg und dann, je nach Wassermenge, verwandelte sich die Erde in ein Paradies mit Apfel-, Mandel- Aprikosen-, Pfirsich-, Orangen und Zitronenbäumen, und natürlich gab es auch Olivenhaine kilometerweit. Ganze Landstriche wurden mit Olivenbäumen bepflanzt, man sah abwechselnd junge Bäumchen und alte tragende Olivenbäume, sie wurden auch nicht, wie in Italien beschnitten. Man sagte, dass das marokkanische Olivenöl in die europäischen Kooperativen floss, in die spanischen, aber auch die italienischen. Dazu kam auch der Anbau von Gemüse, und dazwischen leuchteten Erdbeeren auf, die schon jetzt reif zu sein schienen. Daneben gab es Getreide- und Maisfelder, es wurde auch Zuckerrohr angebaut. Die Vielfalt war enorm; fast zu vielfältig, dachte sie bei sich, sie konnte nicht alles richtig aufnehmen und verarbeiten.

Das größte Problem des Landes war Wasser; natürlich floss aus dem hohen Atlas viel durch die Schneeschmelze, aber es gab immer weniger Schnee; die Flüsse, Bäche, die zu dieser Jahreszeit reißend sein müssten, waren ausgetrocknet, man legte Stauseen an, die sog. Barrages, baute unterirdische Wasserwege zum Transport, zum Schutz gegen Verdunstung, aber es war nicht genug, besonders wenn man sich die vielen Golfanlagen und Hotels um Marrakesch anschaute, konnte es nicht genug sein. Deswegen plante man auch die Entsalzung des Meerwassers nach dem Vorbild Israels. So hätte man vielleicht die riesigen Plantagen von Olivenbäumen wirklich bewässern können.

Sie erinnerte sich an einen Strandverkäufer in Italien, an ihrem Hausstrand im Naturschutzgebiet von Feniglia, der ihnen erzählt hatte, er sei aus Marokko und würde sechs Monate in Italien Ware verkaufen und im Winter in die Heimat zurückgehen. Es sei ein wunderbares Land für Touristen, billig und schön: „müssen unbedingt hinfahren Signora“. Jetzt verstand sie seine Kalkulation: das Durchschnittseinkommen in Marokko liegt bei 120 € im Monat, mancher Lehrer verdient nicht mehr als 350 €, deswegen gehen viele weg, verdienen in einem halben Jahr im Ausland genug, um das ganze Jahr in Marokko zu leben, kehren eben aber gerne zurück. Wie auch die Juden, denen im Moment der König besondere Bedingungen anbietet und viele kommen zurück, gründen Hotelketten, Restaurants, besonders in Marrakesch ist das der Fall. Die einst mächtige jüdische Gemeinde in Marokko hatte sich nach der Entstehung von Israel sehr ausgedünnt. Jetzt wird sie vielleicht wieder stärker werden.

Und wenn man über Deutschland nach Roger Willemsen sagt: „Am schönsten ist das Land als Versprechen, weit weg.“ So kann man über Marokko sagen, es ist schöner als sein Ruf. (Ff)

Stuart 22

Joanna Trümner

I can see clearly now the rain is gone
I can see all obstacles in my way
Gone are the dark clouds that had me down
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day

Teraz, kiedy przestał padać deszcz widzę wszystko wyraźnie,
Widzę jak zniknęły wszystkie przeszkody na mojej drodze
I rozeszły się jak ciemne chmury, które mnie przedtem otaczały
To będzie jasny, słoneczny dzień
To będzie jasny, słoneczny dzień

Johnny Nash, I can see clearly now

Szpital

Zbudziły go głosy i śmiech ludzi opuszczających salę operacyjną. Młody lekarz, którego Stuart widział po raz ostatni przed kilkoma godzinami przed drzwiami sali, podszedł do niego z uśmiechem: „Mieliśmy szczęście, operacja się udała. Teraz potrzebny jest tylko czas i cierpliwość. Niech Pan się nastawi psychicznie na kilka ciężkich miesięcy. Jutro będzie mógł odwiedzić narzeczoną”. Po lekarzu widać było, że ma za sobą długą, dramatyczną noc i że walczy ze zmęczeniem. Stuart też się do niego uśmiechnął i podziękował pielęgniarzom i lekarzom. Nagle poczuł jak znika napięcie i niepewność ostatnich godzin, a z serca spada jakiś niewidzialny ciężar. „Najważniejsze, że Meg będzie żyła, wszystko inne powoli się poukłada” – pomyślał i patrzył na wychodzące z sali operacyjnej osoby, zastanawiając się, jak ludzie, którzy codziennie widzą tyle nieszczęść i nieraz przekazują komuś wiadomość o śmierci najbliższej osoby, potrafią o tym zapomnieć, wracać do swoich domów i prowadzić normalne życie – tak jakby wszystkie te nieszczęścia, których stali się świadkami podczas pracy w szpitalu, zostały gdzieś daleko, hermetycznie zamknięte za drzwiami tego budynku.

Nagle przypomniało mu się, że on sam za godzinę ma się zjawić w szkole i prowadzić lekcje. Zdecydował się zadzwonić do dyrektora i poprosić o kilka wolnych dni. W poszukiwaniu telefonu zszedł o piętro niżej i zapytał pielęgniarkę w dyżurce, skąd mógłby zadzwonić. Rozpoznał pielęgniarkę, z którą rozmawiał w środku nocy, ale nie zapytała go, jak przebiegła operacja. Prawdopodobnie promieniowała z niego taka radość i ulga, że i bez zbędnych pytań można było zrozumieć, że operacja się udała. Może kobieta myślała tylko o tym, że za pół godziny skończy się jej dyżur i będzie mogła w końcu po tej nieprzespanej nocy, przerywanej przyjmowaniem pacjentów w krytycznym stanie, wrócić do siebie do domu. „O ile więcej taktu miał lekarz w sali operacyjnej. A ma przecież większą odpowiedzialność i trudniejszą pracę od tych pań na dyżurce”, pomyślał Stuart w drodze do budki telefonicznej.

Wybrał numer szkoły i opowiedział dyrektorowi o przebiegu ostatniej nocy i o tym, że nie może przez najbliższych kilka dni przyjść do szkoły. Po krótkim milczeniu usłyszał po drugiej stronie słuchawki zwiastujące niezadowolenie sapanie: „W drodze wyjątku może Pan przyjść w poniedziałek, daję Panu trzy dni wolnego i weekend, ja rozumiem, że sytuacja jest wyjątkowa ale szkoła też ma swoje prawa i musi funkcjonować. Myślę, że i tak idziemy Panu bardzo na rękę, przecież to nie Pan jest chory, a narzeczona ma w szpitalu przez cały dzień opiekę i za rękę nie trzeba jej cały czas trzymać”.

Stuart z trudem ukrywał rozczarowanie słowami szefa. „Może jestem przewrażliwiony?”, pomyślał i doszedł równocześnie do wniosku, że te dziwne, obojętne zachowania obcych ludzi nie są w tej chwili ważne, najważniejsze jest to, że Meg przeżyła tę koszmarną noc.

Kiedy opuszczał szpital, poczuł tak potworne zmęczenie, że zdecydował się wrócić do domu taksówką. Miasto budziło się ze snu, zapowiadał się kolejny słoneczny dzień i Stuartowi przeszła przez głowę myśl, że w jego życiu panuje pewna reguła – najgorsze przeżycia zdarzają się w pięknie, słoneczne dni, tak jakby cały świat dookoła śmiał się z panującego w jego wnętrzu nastroju.

Wrócił do domu i poczuł głód. Znalazł w lodówce resztki obiadu sprzed dwóch dni i kiedy podgrzewał je na patelni w głowie pojawiła się melodia piosenki I can see clearly now, pełnego ciepła i optymizmu utworu, który zawsze znajdował się w repertuarze jego koncertów. Po jedzeniu wziął do ręki gitarę i czuł, że każdy akord uspakaja go i pozwala odejść myślami od przeżyć tej potwornej nocy w szpitalu.

Kolejne miesiące wyznaczał rytm codziennych odwiedzin w szpitalu. Najgorsze były pierwsze tygodnie pobytu Meg w sali intensywnej terapii, czas, w którym znajdowała się w sztucznej śpiączce. Stuart spędzał godziny przy łóżku swojej dziewczyny, głaskał ją po głowie i opowiadał o tym, co wydarzyło się tego dnia. Opowiadał jej o swoich coraz większych wątpliwościach dotyczących pracy w szkole, o wizytach przyjaciół i rozmowach telefonicznych z jej matką. Kiedy zabrakło mu pomysłów na monolog milczał i wsłuchiwał się w odgłosy medycznych urządzeń w pomieszczeniu. Po trzech tygodniach Meg wybudziła się ze śpiączki i zaczęła robić małe postępy. Kroki, którymi powoli zaczęła panować nad funkcjami swojego organizmu były niewielkie i deprymujące, w dniu, w którym jego dziewczyna uśmiechnęła się do niego i powiedziała po raz pierwszy od tygodni kilka słów, Stuart zrozumiał, że osoba, która leży w szpitalnym łóżku nigdy nie stanie się osobą sprzed wypadku.

Bardzo deprymowało go to, że policja nie potrafiła znaleźć sprawcy wypadku. „Więc gdzieś po mieście chodzi bezkarnie osoba, która o mały włos nie zabiła Meg. Może nawet jest to ktoś, kogo znam”, myślał z bezsilną złością. Ten wypadek zmienił w ciągu jednej chwili całe ich życie. Jedynie muzyka pozwalała Stuartowi zachować równowagę, nie pozwalała poddawać się wątpliwościom i pesymizmowi. Z każdym dniem coraz mocniej docierało do niego, że zajęcia w szkole są kompromisem i oszukiwaniem samego siebie. Jedynym argumentem, który powstrzymywał go od natychmiastowego wypowiedzenia pracy była konieczność zarabiania pieniędzy w sytuacji, kiedy jego pensja była po wypadku Meg ich jedynym dochodem.

Na razie nie miał wyjścia, postanowił więc bardziej się do tej pracy przyłożyć. Zaczął robić konspekty lekcji, układać szczegółowe plany i poświęcać więcej uwagi uczniom, których do tej pory uważał za trudnych lub pozbawionych motywacji do nauki. Efekty nowej koncepcji nauczania widać było już po kilku tygodniach, jego uczniowie wygrali olimpiadę matematyczną w Sydney, dyrektor szkoły zaprosił go na rozmowę do gabinetu i wyraził swoje zadowolenie z jego pracy. „W przyszłym roku szkolnym porozmawiamy o podwyżce, chciałbym Panu podziękować za dobrą pracę. Mam nadzieję, że nie zamierza nas Pan opuszczać”, powiedział na zakończenie rozmowy. „Przez następny rok szkolny na pewno nie”, odpowiedział Stuart z zakłopotaniem.

Przyjaciele nie zawiedli go, co kilka dni odwiedzał go Ian, Tom albo znajome Meg. Ian wrócił do pracy w banku i ograniczył swoje eskapady z narkotykami do sporadycznego palenia trawy w soboty. Wyprowadził się od żony do jednopokojowego mieszkanka niedaleko Stuarta i zaczął chodzić na terapię u psychologa.

Po jednej z wizyt Iana Stuart pomyślał, że jego przyjaciel, który do niedawna był strzępkiem człowieka, zagubionego we własnym nieszczęściu, potrafi teraz spędzać godziny na pocieszaniu innej osoby i szukaniu pozytywnych myśli. „To tak jakby moje nieszczęście stało się dla niego terapią i ucieczką, jakby świadomość tego, jak bardzo jest mi teraz potrzebny, zmobilizowała w nim resztki chęci życia, z którą się teraz ze mną dzieli. Jakby przestał żyć tylko przeszłością i wychodzić z tego biegu wstecznego, którym szedł przez ostatnie miesiące. Coś się w nim zmieniło, ten wypadek miał jakiś sens”.

Pewnego wieczoru zaskoczył go wizytą ksiądz z kościoła, do którego regularnie chodziła Meg. „Niech on mnie zostawi z tym swoim Bogiem w spokoju”, pomyślał Stuart na widok niespodziewanego gościa w drzwiach. Rozmowa z Lucasem trwała kilka godzin, po jego wyjściu Stuart z zawstydzeniem pomyślał o swej uprzedniej niechęci. Pełna pozytywnych myśli rozmowa z Lucasem, podczas której ani razu nie padło słowo „Bóg”, przekonała go, że znalazł właśnie nowego przyjaciela, kogoś, komu jego życie nie jest obojętne i na kogo będzie mógł liczyć w przyszłości. Lucas był też pierwszą osobą, nie licząc leżącej w śpiączce Meg, której Stuart opowiedział o tym, że zdecydował się wrócić do muzyki i zrezygnować w niedalekiej przyszłości z pracy w szkole. Po wyjściu gościa zastanawiał się nad tym, dlaczego nie odważył się powiedzieć tego ani Ianowi ani Tomowi. Może dlatego, że bał się ich reakcji, bał się usłyszeć, jak absurdalne jest rzucanie pewnej, dobrze płatnej pracy w imię jakiejś mrzonki. „Może czasami łatwiej jest zwierzyć się osobom, które mało znamy?”, pomyślał.

W ciepły listopadowy dzień po raz pierwszy wyprowadził Meg w wózku inwalidzkim na spacer do małego parku przy szpitalu. Po raz pierwszy od miesięcy miał pewność, że skończyła się zła passa.

Cdn

Wernisaż Vernissage: Hermann Stöhr – Stanisław Kubicki

Stanisław Kubicki

Budowa wieży

PROJEKT SCENICZNY (FRAGMENTY)

W grudniu roku 1916 roku

I.

Scena przedstawia krajobraz odrażający nagością, aż po widnokrąg żółto-szary, pagórków kilka w oddali, wszędzie kamieniołomy i doły o glinie wybranej, ziemia dokoła porozrywana, niepłodna, poszarpana, bez roślinności. Jedyne drzewo po prawej o brzydkiej potarganej sylwetce potęguje jedynie bezna­dziejność miejsca. –

W dali – już za widnokręgiem – potworna wieża, olbrzym przerażający kształtem, jak zmora ciąży na kraju całym, niedokończeniem wstrętna i rusztowań siecią, dla oddalenia wielkiego gdzieniegdzie jedynie dostrzegalną. Nad wieżą wisi chmura kształtem kaptur grzyba przypominająca – wisi wiecznem przekleństwem. Całość budzi wstręt w patrzącym i strach chwilami paniczny. Czujesz, że wieża ta nie­zmierną jest zbrodnią i dziełem zła.

Od przodu sceny wgłąb aż do wieży biegnie droga bardzo szeroka, której okropność potęguje bezwzględna prostość i bezczelność dążenia do wieży. Ludzie idący drogą tą kroczą pod przymusem z nakazu czyjegoś. Chwilami strach ich porywa przed pustką, że przystają nagle przerażeni; lecz niema moc gna ich, że biegną ku wieży. Truchlejesz, gdy widzisz, że zimne słowo rozkazu ujęło ludzi tych w kleszcze obojętne na ludzkość ich i pochodzenie z ducha.

Zasłona unosi się. W szarym świetle powstającego dnia roboczego tysiące ludzi narzędziem budowlanem obarczonych wloką się ku wieży. Ubiór szary krojem przypominający starorzymskie bluzy niewolnicze. Śpiewają głupią zupełnie piosnkę uliczną. Twarze ich tępe, znudzone, po większej części głupie. Tutaj znaki najjaskrawsze dynastji wychowującej sobie poddanych. Pomimo zgrozy budzącej się tu i tam każdy posłusznie przykłada rękę do dzieła złego niepomny bladych słów napomnienia kiedyś zasły­sza­nych. Kapłani uczą po świątyniach posłuszeństwa i do wypełnienia namawiają “obowiązku”, sami potęgą przejęci zła najlitościwiej nam panującego. Chytrze i skrzętnie starty z powierzchni ziemi wizerunek boży.

II.

Wieża huczy i tętni pracą: zgrzytem żelaza, uderzeniami młotów, krzykiem i nawoływaniem, syrenami i świstem pary. Widzisz jak ssa soki wszystkie kraju i wysiłek ramion ludzkich gnanych bez pardonu w jarzmo.

Na potwór wieży pada złote światło słońca. Ślepniesz. Ogrom pracy zorganizowanej podziw wywołuje dla potęgi ludzkiej łamiącej przeszkody. Większość podziwem przewiązane ma oczy. Większości niedopisuje pamięć, że są ludźmi. Większość obałamucona widowiskiem i porwana zimnem słowem-nakazem z entuzjazmem nieomal rwie się do pracy. Nie czuje kłamstwa haseł i wierzeń dnia. A jednakowoż musi już istnieć gdzieś widz­ą­cy, który zbiera siły swe do krzyku rozpaczy, muszą się otwierać gdzieś oczy na brzydotę usiłowań ludzkich wzrokiem patrzące przerażonym, musi bić gdzieś serce bolesną ku bratu miłością, muszą cisnąć się słowa kurczowym tłumione szlochaniem. I myśl czyjaś wierci gdzieś opokę, by źródłem rozlać się na świat.

Wieża stoi tymczasem w świetle. Zuchwalstwem wyda ci się myśl, że mogłaby runąć. Boisz się wiary w jutro lepsze: wiary prześladowanej prawem i domem karnym, której miano jadynie za wyzwisko użytem być może. Wiesz, że rozpacz zawsze wiary takie rodziła, które później zwyciężały – lecz tutaj, w tym właśnie kraju nie chcesz wiedzieć ni wierzyć!

Droga prowadząca ku wieży zdaje się być bez wyjścia – tłumiąca nadzieję wszelką – a wszystko tak nastawione na funkcję szatańską budowy, że miejsca nie znajdujesz na myśl inną. Zresztą jako widz nie wiesz co się dzieje za kulisami.

A uśmiechniesz się gdy wyprowadzą teraz na scenę pustą zupełnie człowieka W ubraniu biednem, wytartem, o suchej, głodem wycieńczonej twarzy, zapadłych oczach, językiem swoim nie mówiącego poprawnie. Człowiek ten zaciśnie pięści i krzyczeć będzie słowa w twarz (nieobecnym) panującym i ministrom i wszystkim, którzy mają władzę. Wyjęczy krzywdę na nim i braciach jego dokonaną. – I o sprawiedli­wość wołać pocznie.

I znajdą się, którzy uśmiechem i wzdryganiem ramion pozbędą się błazna. I tacy, którzy oburzeni śmiałością jego wyzwiskiem odpowiedzą na skargi i żądanie sprawiedliwości. I tacy, którzy wołać będą o policję i dom karny.

III.

Na scenę pada światło przeraźliwie białe, ostre. Brzydota okolicy ujawniona w najdrobniejszym szczególe, że nawet krótkowidzący ujrzeć musi złość poczynań ludzkich i znaki jej w drobiazgu chociażby najlichszym. Na tle czarnego nieba stoi wieża jaszczurowo zielona w jadowitem świetle. Cisza. Nagle słychać ciężki daleki huk jakoby podziemny i trzask przytłumiony oddaleniem. Z przerażeniem widz widzi, że wieża się zatrzęsła, kurczowo, w posadach swych. Stoi jeszcze. Każdy wie teraz, że wewnętrzna zapadła się struktura potworu, – stoją jeszcze ściany zewnętrzne.

Znów cisza.

A oto chwila, że każdy wie co się stało:

Rozmowy potajemne i narady; prześladowania tysiączne i ucieczki nocne wśród tłumów; gorączkowa praca podziemna; tłumione krzyki rozpaczy; stokroć rozpędzane tłumy nieprzeliczone; krok pospieszny przywódców na estradzie; sale ogromne ludzkiem nabite ciałem drżącem, ledwie oddychającem w oczeki­waniu; ruch gorączkowy osób kilku wysuniętych na czele tłumu: ciche narady na dalekiej estradzie; po­chody szaremi ulicami olbrzymiego miasta…

Otóż wszystko to szerokim lawy plastrem buchnęło na światło słoneczne.

*

Od strony wieży w popłochu biegną gromady ludzi. Twarze przerażone. Krzykiem rozdarte. Rozbiegają się na wszystkie strony.

Chwila chaosu i zamięszania. Ludzie, którzy nagle (za nagle) przejrzeli i dowiedzieli się o grzechu własnej czynności. Krzycząc katów swoich szukają i winowajców – tych wszystkich, których głową po­wstawała budowa gniotąca sromotą świat cały.

I chwila jeszcze a wyłoni się z masy skłębionej pochód poważny z wysoko na szyldzie drewnianym wyniesionym hasłem sprawiedliwości. Słowa nie­zręczną ręką robotnika malowane, litery koszlawe i nie­równe, a w nich zawarta cała ludzkości wola.

Napotkasz ich, widzu, kroczących przez wszystkie place miast wielkich, idących wszystkimi ulicami w słońce wschodzące jutra.

Pierwodruk w: Zdrój VI , 1919, Nr. 2, s. 49–50.

Pierwodruk wersji niemieckiej w: Lidia Głuchowska, Roger Loewig – Stanislaw Kubicki. Wyspy człowieczeństwa/ Inseln der Menschlichkeit, tłum. Lidia Głuchowska, Roeger Loewig Gesellschaft / WIR e.V., Berlin 2003, S. 77–79.

Linolschnitt „Der Turmbau zu Babel“ von Stanislaw Kubicki aus dem Jahr 1917. Fotos: Stadtmuseum Dresden (1), Holger Jakobi (1)

Stanisław Kubicki

Der Turmbau. Bühnenentwurf (Fragmente)

         Im Dezember des Jahres 1916

Die Szene stellt eine durch ihre Nacktheit abstoßende Landschaft dar, bis auf den gelb-grauen Horizont, einige Hügel in der Ferne, überall Steinbrüche und Gruben ausgegrabenen Lehms, die Erde herum – zerrissen, unfruchtbar, zerstört, ohne Pflanzen. Der einzige Baum rechts, mit zerrissener Silhouette steigert nur die Hoffnungslosigkeit des Ortes. –

In der Ferne – schon hinter dem Horizont – ein ungeheuerer Turm, ein Gigant, entsetzlich in seiner Form, wie ein Albtraum, lastet über dem ganzen Land durch seine abscheuliche Unfertigkeit und das Netz des Gerüstes, das wegen der Entfernung nur stellenweise bemerkbar ist. Über dem Turm hängt eine Wolke, die mit ihrer Form an die Kapuze eines großen Pilzes erinnert – sie hängt da wie ein ewiger Fluch. Das Ganze erregt in dem Beobachter Widerwillen und Ängste – zuweilen Panik. Man fühlt, daß der Turm ein unermeßliches Verbrechen und ein Werk des Bösen ist.

Von der vorderen Szene bis zum Turm verläuft ein sehr breiter Weg, dessen ungeheure Schlichtheit durch das rücksichtslose und unverschämte Streben des Turmes gesteigert wird. Menschen, die diesen Weg begehen, schreiten unter jemandes Befehl. Zuweilen ergreift sie Angst von der Leere, so daß sie plötzlich entsetzt innehalten; doch eine stumme Macht treibt sie dem Turm entgegen. Man erschrickt, wenn man sieht, wie das kalte Wort des Befehls diese Wesen in ihrer Menschlichkeit und ihrer Herkunft aus dem Geiste gleichgültig mit unempfindlichen Zangen gefaßt hat.

Der Vorhang hebt sich. Im grauen Licht des aufgehenden Tages schleppen sich Tausende von Menschen, mit Werkzeug beladen, dem Turm entgegen. Ihre graue Kleidung erinnert an altrömische Sklavenblusen. Sie singen ein dummes Straßenlied. Ihre stumpfe Gesichter, gelangweit, zum großen Teil dumm. Es sind die grellsten Zeichen der Dynastie, die sich die Untertanen erzieht. Trotz des Grauens, das hie und da erwacht, trägt jeder zum bösen Werk bei, ungeachtet irgendeines Wortes der Ermahnung. Die Priester lehren in den Tempeln den Gehorsam und überreden zur „Pflicht“, selbst von der Macht ergriffen, die uns gnädig beherrscht. Das Gottesbild ist schlau und geschäftig von der Oberfläche der Erde weggewischt.

II

Der Turm dröhnt und pulsiert von der Arbeit: vom Eisenknirschen, vom Schreien und dem Rufen, von den Sirenen und Dampfpfiff. Man sieht, wie alle Säfte des Landes ausgesaugt werden und die Anstrengung menschlicher Arme gnadenlos ins Joch getrieben werden.

Auf das Monstrum Turm fällt goldenes Sonnenlicht. Man erblindet. Das Immense der organisierten Arbeit erregt Bewunderung für die Hindernisse brechende menschliche Macht. Die meisten verbinden sich vor Bewunderung die Augen. Den meisten versagt das Gedächtnis dafür, daß sie Menschen sind. Die meisten, verwirrt von der Schau und getragen vom kalten Befehl stürzen sich mit Enthusiasmus auf die Arbeit. Sie spüren nicht die Lüge der Parolen und des Tages. Doch irgendwo muß schon der Sehende sein, der seine Kräfte zum Verzweiflungsschrei sammelt, irgendwo müssen sich die Augen öffnen, die mit erschrockenem Blick die Scheußlichkeit menschlicher Bemühungen ansehen, irgendwo muß ein Herz schmerzlicher Liebe zum Bruder schlagen, müssen sich die von verkrampftem Schluchzen unterdrückten Worte hervordrängen. Und irgendwo bohrt jemandes Gedanke einen Fels, um eine Quelle über die Welt auszugießen.

Der Turm steht einstweilen im Licht. Der Gedanke, daß er einbrechen könnte, scheint dir vermessen. Du hast Angst vor dem Glauben an ein besseres Morgen: des mit dem Recht und Gefängnis verfolgten Glaubens, dessen Name einzig als Schimpfwort benutzt werden kann. Du weißt, daß die Verzweiflung immer solchen Glauben gebar, der später gewann – doch hier, gerade in diesem Land willst du es weder wissen noch glauben!

Der zum Turm führende Weg scheint ausweglos zu sein – jede Hoffnung verdrängend – und alles ist so auf die teuflische Funktion des Baus eingestellt, daß du keinen Platz für andere Gedanken findest. Im übrigen, als Zuschauer, weißt du nicht, was hinter der Kulisse abläuft.

Und du wirst lächeln, wenn sie auf die leere Szene einen Menschen in ärmlicher, schäbiger Kleidung führen werden, mit hagerem, vom Hunger erschöpften Gesicht, eingestürzten Augen, der die eigene Sprache nicht korrekt beherrscht. Dieser Mensch wird die Fäuste geballt haben und den abwesenden Herrschern und Ministern und allen, die Macht haben, ins Gesicht schreien. Er wird das Unrecht an sich und seinen Brüdern bejammern. – Und er beginnt, die Gerechtigkeit anzurufen.

Und es finden sich solche, die den Narren mit Lächeln und Armeschütteln los werden. Und solche, die von seiner Kühnheit empört mit Schimpf auf seine Klagen und Forderung nach Gerechtigkeit antworten werden, und solche, die nach Polizei und Gefängnis rufen werden.

III.

Auf die Szene fällt erschreckendes weißes, grelles Licht. Die Häßlichkeit der Gegend offenbart bis ins kleinste Detail, bis in die schäbigsten Einzelheiten, daß sogar Kurzsichtige die Bosheit der menschlichen Handlungen und ihre Zeichen bemerken müssen. Auf dem Hintergrund des schwarzen Himmels steht der echsengrüne Turm im giftigen Licht. Stille. Plötzlich hört man fern scheinendes unterirdisches Dröhnen und einen durch die Entfernung gedämpften Knall. Erschrocken sieht der Zuschauer, daß der Turm krampfhaft in seinem Fundament erzittert. Noch steht er. Jeder weiß jetzt, daß die Struktur des Monstrums in sich zusammengefallen ist, – es stehen nur noch die Außenwände.

Wieder Stille.

Und hier ist nun der Augenblick, in dem jeder weiß, was geschah:

Geheime Gespräche und Besprechungen; tausend Verfolgungen und Fluchten im Gedränge; fieberhafte Untergrundarbeit; gedämpfte Verzweiflungsschreie; hundertmal auseinandergetriebene unzählige Massen; der eilige Schritt der Führer auf der Bühne; die riesigen Säle mit zitternden menschlichen Körpern gefüllt, die in der Erwartung kaum noch atmen; die fieberhafte Bewegung einiger, auf dem Hirn der Masse stehender Personen: leise Beratungen auf der entfernten Bühne; Züge durch die grauen Straßen der riesigen Stadt…

Nun ergießt sich alles auf das breiten Pflaster wie Lava ins Sonnenlicht.

*

Vom Turm her rennen in Panik Scharen entsetzter Menschen – vom Schrei verzerrte Gesichter. Sie laufen in alle Richtungen auseinander.

Ein Moment von Chaos und Verwirrung. Die Menschen, die plötzlich verstanden und von der Sünde ihrer eigenen Tat erfuhren. Schreiend suchen sie die Henker und Schuldigen – alle, durch deren Kopf der Bau erfunden wurde, der mit Schande die ganze Welt unterdrückt hat.

Und noch ein Augenblick, da taucht aus der Masse der ernsthafte Zug auf mit dem hoch auf dem Schild gehaltenen Aufruf nach Gerechtigkeit. Die Worte, mit ungeschickter Arbeiterhand gemalt, die Buchstaben krumm und uneben, und in ihnen ist der ganze Menschheitswille.

Du, Zuschauer, triffst auf sie, wenn sie alle Plätze der großen Städte beschreiten, auf allen Straßen marschieren, hin zur aufgehenden Sonne von morgen.

übersetzt von Lidia Głuchowska

Erstveröffentlichung der deutschen Fassung in: Lidia Głuchowska, Roger Loewig – Stnislaw Kubicki. Wyspy człowieczeństwa/ Inseln der Menschlichkeit, Roeger Loewig Gesellschaft / WIR e.V., Berlin 2003, S. 77–79.

Polnische Erstveröffentlichung:
Zdrój (Posen/Poznań) VI, 1919, Nr. 2, S. 49–50

Barataria 15 Jan Potocki

Ewa Maria Slaska oddaje głos Janowi Potockiemu. Rękopis znaleziony w Saragossie, wydanie hipertekstowe – fundacja HA!ART.

Postanowiłam ponownie przeczytać Rękopis…, gdyż, o czym już pisałam, w Bestiariuszu kulturalnym znalazłam informację, że nasza słynna powieść łazikowska ma liczne powiązania z Don Kichotem. Liczyłam na to, że w setce splątanych ze sobą opowieści znajdzie się i taka, która przypomni przygody Sancho Pansy na wyspie Barataria. I nie myliłam się. Rozdział 43 i następne – opowieść o przygodach Margrabiego Torres Rovellas. Jest i wyspa, i zarząd prowincji, wyniesienie i upadek, dobre intencje i niezasłużona kara.

Jan Potocki

(…) Niedługo potem spadły na nas nieszczęścia. Dwóch synów, jakimi Elwira mnie obdarzyła, po krótkiej chorobie zeszło z tego świata. Wtedy tytuł granda przestał już nas nęcić, zaprzestaliśmy dalszych zabiegów i postanowiliśmy udać się do Meksyku, gdzie stan naszych interesów wymagał naszej obecności. Zdrowie margrabiny było znacznie nadwerężone i lekarze utrzymywali, że podróż morska może ją do sił powrócić. Wybraliśmy się więc w drogę i po dziesięciotygodniowej żegludze, która w istocie wywarła nader zbawienny wpływ na zdrowie margrabiny, wylądowaliśmy w Veracruz. Elwira przybyła do Ameryki nie tylko zupełnie zdrowa, ale piękniejsza niż kiedykolwiek.

Zastaliśmy w Veracruz jednego z pierwszych oficerów wicekróla, wysłanego na powitanie nas i przeprowadzenie do Meksyku. Człowiek ten wiele opowiadał nam o wspaniałości hrabiego de Peńa Velez i o obyczajach, jakie panują na jego dworze. Wiedzieliśmy już o niektórych szczegółach przez stosunki z Ameryką. Zaspokoiwszy zupełnie dumę, wicekról rozniecił w sobie gwałtowną skłonność do kobiet i nie mogąc być szczęśliwym w małżeństwie, szukał pociechy w ujmującym i grzecznym obejściu z kobietami, jakim przed laty odznaczało się towarzystwo hiszpańskie.

Niedługo bawiliśmy w Veracruz i odbyliśmy podróż do Meksyku z wszelkimi wygodami. Jak wiecie, stolica ta leży pośród jeziora: noc już zapadła, gdy przybyliśmy na brzeg. Wkrótce spostrzegliśmy ze sto gondoli oświeconych lampionami. Najwspanialsza wysunęła się naprzód, przybiła do lądu i ujrzeliśmy wychodzącego z niej wicekróla, który zwracając się do mojej małżonki, rzekł:

– Córko nieporównana kobiety, której nie przestałem dotąd uwielbiać! Sądziłem, że to niebo nie pozwoliło ci wejść w związek ze mną, ale widzę, że nie zamierzało ono pozbawić świata najpiękniejszej jego ozdoby, za co składam mu dzięki. Pójdź, piękna Elwiro, zdobić naszą półkulę, która, posiadając ciebie, nie będzie miała czego zazdrościć Staremu Światu.

Wicekról uczynił uwagę, że Elwira tak dalece się zmieniła, że nigdy nie byłby jej poznał.

– Wszelako – dodał – pamiętam cię daleko młodszą i nie powinnaś się dziwić, że krótkowzroki śmiertelnik w róży nie poznaje pączka.

Następnie zaszczycił mnie uściskiem i wprowadził nas oboje do swojej gondoli.

Po półgodzinnej żegludze przybiliśmy do pływającej wyspy, która dzięki pomysłowemu urządzeniu wyglądała zupełnie jak prawdziwa; okrywały ją pomarańczowe drzewa i mnóstwo innych krzewów, a mimo to utrzymywała się na powierzchni wody. Wyspę tę można było popychać na różne strony jeziora i tak cieszyć się coraz nowym widokiem. W Meksyku często można widzieć podobnego rodzaju budowy, zwane chinampas. Na wyspie stał okrągły budynek rzęsiste oświecony i brzmiący z daleka głośną muzyką. Wkrótce spostrzegliśmy, że lampiony układają się w kształt monogramu Elwiry. Zbliżając się do brzegu, ujrzeliśmy dwie grupy mężczyzn i kobiet, odzianych w przepyszne, ale dziwaczne stroje, na których żywe barwy rozmaitych piór walczyły o lepsze z blaskiem najdroższych klejnotów.

– Pani – rzeki wicekról – jedną z tych grup składają sami Meksykanie. Ta piękna kobieta na czele – to margrabina Montezuma, ostatnia przedstawicielka wielkiego nazwiska, które nosili niegdyś władcy tego krajus. Polityka gabinetu madryckiego zabrania jej korzystać z przywilejów, które wielu Meksykanów dotąd uważa za prawowite. Jest za to królową naszych rozrywek; jedyny to hołd, jaki wolno jej składać. Mężczyźni drugiej grupy mienią się Inkami peruwiańskimi; dowiedziawszy się, że córka słońca wylądowała w Meksyku, przychodzą palić jej ofiary.

Podczas gdy wicekról obsypywał moją żonę podobnymi grzecznościami, bacznie w nią się wpatrywałem i zdało mi się, że spostrzegam w jej oczach jakiś ogień, wybłysły z iskry miłości własnej, która od siedmiu lat naszego pożycia nie miała dotąd czasu się rozżarzyć. W istocie, pomimo całych naszych bogactw nie mogliśmy nigdy stanąć na czele towarzystwa madryckiego. Elwira, zajęta moją matką, dziećmi, zdrowiem – nie miała sposobności błyszczenia, podróż jednakże wraz ze zdrowiem powróciła jej dawną piękność. Umieszczona na pierwszym szczeblu naszego społeczeństwa, gotowa była, jak mi się zdawało, nabrać przesadnego wyobrażenia o sobie i objawić chęć zwracania na siebie powszechnej uwagi.

Wicekról mianował Elwirę królową Peruwiańczyków, po czym rzekł do mnie:

– Jesteś bez wątpienia pierwszym poddanym córki słońca, ale ponieważ wszyscy dziś przebraliśmy się, raczysz przeto aż do końca balu poddać się prawom innej władczyni.

To mówiąc przedstawił mnie margrabinie Montezuma i złożył moją rękę w jej dłoni. Weszliśmy w zgiełk balu, obie grupy zaczęły tańczyć raz wspólnie, to znowu osobno, i wzajemne ich współzawodnictwo ożywiło uroczystość.

Postanowiono przedłużyć maskaradę aż do końca sezonu, zostałem więc poddanym dziedziczki Meksyku, podczas gdy moja żona władała swoimi podwładnymi z ujmującym wdziękiem, który zwrócił na siebie moją uwagę. Muszę jednak opisać wam córkę kacyków, czyli raczej dać wam niejakie pojęcie o jej powierzchowności, gdyż nie byłbym w stanie słowami oddać tego dzikiego wdzięku i tego zmieniającego się wciąż wyrazu, jaki namiętna jej dusza nadawała jej twarzy.

Tlaskala Montezuma urodziła się w górzystej okolicy Meksyku i nie miała wcale ogorzałej cery, jaką odznaczają się mieszkańcy nizin. Cera jej była delikatna jak u blondynek, choć ciemniejsza, a jej blask podkreślały czarne oczy podobne do klejnotów. Rysy jej, mniej wydatne niż u Europejczyków, nie były spłaszczone, jak to widzimy u ludzi z amerykańskich plemion. Tlaskala przypominała ich tylko ustami, dość pełnymi, ale zachwycającymi, ile razy przelotny uśmiech przydawał im wdzięku. Co do jej kibici, nic wam nie mogę powiedzieć, zdaję się całkiem na waszą wyobraźnię albo raczej na wyobraźnię malarza, który zamierzałby namalować Dianę lub Atalantę. Wszystkie jej ruchy miały w sobie coś szczególnego, przebijał się w nich gwałtowny poryw namiętności, hamowany z wysiłkiem. Spokojność nie wydawała się w niej spoczynkiem i zdradzała ciągły wewnętrzny niepokój.

Krew Montezumów zbyt często przypominała Tlaskali, że jest urodzona do panowania nad szeroką częścią świata. Zbliżywszy się do niej, spostrzegało się naprzód dumną postawę obrażonej królowej, ale zaledwie otworzyła usta, wnet słodkie spojrzenie wprawiało w zachwyt i każdy ulegał czarowi jej słów. Gdy wchodziła w podwoje wicekróla, zdawało się. że z oburzeniem spogląda na równych sobie, ale niebawem wszyscy widzieli, że nic ma sobie równej. Serca pochopne do uczuć poznawały w niej władczynię i słały się jej do stóp. Tlaskala przestawała być królową, była kobietą i przyjmowała hołd sobie należny.

Pierwszego zaraz wieczoru uderzył mnie ten wyniosły jej sposób myślenia. Wydawało mi się, że powinienem powiedzieć jej jakąś grzeczność, stosowną do charakteru jej przebrania i do godności pierwszego poddanego, jaką mnie wicekról zaszczycił, ale Tlaskala bardzo źle przyjęła moje oświadczenia i rzekła:

– Korona balowa może tylko tym pochlebiać, których urodzenie nie powołało do tronu. To mówiąc rzuciła wzrok na moją żonę. Elwirę w tej chwili otaczali Peruwiańczycy i służyli jej na klęczkach. Duma i radość wprawiały ją w zachwyt; zawstydziłem się za nią i tego samego wieczoru mówiłem z nią o tej sprawie. Z roztargnieniem słuchała moich uwag i chłodno odpowiadała na moje oświadczenia miłosne. Miłość własna weszła do jej duszy i zastąpiła miejsce prawdziwego kochania.

Upojenie, jakie sprawia kadzidło pochlebstwa, z trudnością daje się rozproszyć; Elwira coraz bardziej się w nim pogrążała. Cały Meksyk rozdzielił się na wielbicieli jej doskonałej piękności i czcicieli nieporównanych wdzięków Tlaskali. Dni Elwiry mijały na radości z powodzeń wczorajszych i na przygotowywaniu jutrzejszych. Z zamkniętymi oczyma leciała w przepaść rozrywek wszelkiego rodzaju. Chciałem ją zatrzymać, ale nadaremnie; ja sam czułem się popychany, ale w przeciwnym kierunku i daleko od kwiecistych ścieżek, po jakich stąpała moja małżonka.

Miałem wówczas niespełna trzydzieści lat. Byłem w wieku, w którym uczucia mają całą świeżość młodzieńczą, namiętności zaś są w pełnym rozkwicie siły męskiej. Miłość moja, zrodzona przy kolebce Elwiry, na chwilę nie wyszła ze świata dziecinnych pojęć, umysł zaś mojej małżonki, karmiony szaleństwami romansowymi, nigdy nie miał czasu dojrzeć. Mój rozum nie o wiele ją wyprzedzał, wszelako tylem już był postąpił, że z łatwością mogłem widzieć, jak pojęcia Elwiry krążą wokół drobnostek, małych próżności, czasami nawet małych obmów, słowem, w tym ciasnym kręgu, w którym częściej słabość charakteru niż rozumu zatrzymuje kobietę. Wyjątki pod tym względem są rzadkie; sądziłem nawet, że wcale ich nie ma, ale przekonałem się, że jest inaczej, gdy poznałem Tlaskalę.

Żadna zazdrość, żadne współzawodnictwo nie znajdowały przystępu do jej serca. Cała jej płeć miała równe prawa do jej przychylności i ta, która swojej płci najwięcej przynosiła zaszczytu pięknością, wdziękami lub uczuciami, najsilniejsze w niej obudzała zajęcie. Rada by była widzieć wszystkie kobiety obok siebie, zasłużyć na ich zaufanie i pozyskać ich przyjaźń. O mężczyznach mówiła rzadko, i to z wielką powściągliwością, chyba że szło o pochwałę jakiegoś szlachetnego uczynku. Wtedy wyrażała swój podziw szczerze, a nawet z zapałem. Zresztą najwięcej rozmawiała o przedmiotach ogólnych i wtedy tylko ożywiała się, gdy mówiła o pomyślności Meksyku i zapewnieniu szczęścia jego mieszkańcom. Był to ulubiony jej przedmiot, do którego wracała, ile razy zdarzała się po temu sposobność.

Wielu ludzi zapewne gwiazda ich, a także sposób myślenia, przeznacza na pędzenie życia pod prawami tej płci, która musi rozkazywać, kiedy nie może być posłuszna. Bez wątpienia ja do tych ludzi należę. Byłem pokornym wielbicielem Elwiry, następnie uległym jej małżonkiem, ale sama rozluźniła moje więzy małocennością, jaką zdawała się do nich przywiązywać.

Bale i maskarady następowały jedne po drugich i obowiązki towarzyskie, że tak powiem, przywiązywały mnie do osoby Tlaskali. Prawdę mówiąc, serce jeszcze więcej mnie przywiązywało i pierwszą zmianą, jaką w sobie spostrzegłem, był polot mojej myśli i wzniesienie ducha. Sposób mego myślenia nabrał więcej siły, wola – dzielności. Czułem potrzebę urzeczywistnienia moich uczuć w czynie i chciałem zdobyć wpływ na losy moich bliźnich.

Prosiłem i otrzymałem posadę. Urząd mi powierzony oddawał kilka prowincji pod mój zarząd; spostrzegłem, że krajowcy gnębieni są przez Hiszpanów, i stanąłem w ich obronie. Powstali przeciw mnie potężni nieprzyjaciele, wpadłem w niełaskę ministerium, dwór zaczął mi zagrażać; stawiłem dzielny opór. Meksykanie mnie kochali, Hiszpanie szanowali, najwięcej jednak uszczęśliwiało mnie żywe zajęcie, jakie wzbudziłem w sercu ukochanej kobiety. Wprawdzie Tlaskala postępowała ze mną zawsze z tą samą, a może nawet z większą powściągliwością, ale wzrok jej szukał moich oczu, spoczywał na nich z upodobaniem i odwracał się z niepokojem. Mało do mnie mówiła, nie wspominała o tym, co czyniłem dla Amerykanów, ale ilekroć do mnie się zwracała, głos jej drżał, wyrazy tłumiły się w piersiach, tak że najobojętniejsza rozmowa toczyła się w tonie wzrastającej zażyłości. Tlaskala sądziła, że znalazła we mnie duszę podobną do swojej. Myliła się, jej to własna dusza przelała się w moją, dodawała mi natchnienia i prowadziła na drodze czynów. Mnie samego ogarnęły złudzenia o sile mego charakteru. Myśli moje przybrały kształt rozważań, pojęcia o szczęściu Ameryki przemieniły się w zuchwałe plany, rozrywki nawet stroiły się w barwę bohaterstwa. Ścigałem w lasach jaguary i pumy i w pojedynkę polowałem na te dzikie zwierzęta. Najczęściej jednak zapuszczałem się w dalekie wąwozy, a echo było jedynym powiernikiem miłości, z którą nie śmiałem się zwierzyć uwielbianej tajemnie kobiecie.

Tlaskala odgadła mnie, ja także sądziłem, że zabłysł mi promyk nadziei, i mogliśmy łatwo zdradzić się przed oczyma przenikliwego ogółu. Na szczęście uniknęliśmy powszechnej uwagi. Wicekról miał ważne sprawy do załatwienia, które przecięły pasmo uroczystości, jakim on sam, a za nim cały Meksyk zapamiętale się oddawał. Przyjęliśmy naówczas spokojniejszy tryb życia. Tlaskala oddaliła się do domu, który posiadała na północ od jeziora. Z początku zacząłem dość często ją odwiedzać, nareszcie przychodziłem co dzień. Nie mogę wytłumaczyć wam zobopólnego naszego obejścia. Z mojej strony była to cześć posunięta prawie do fanatyzmu, z jej zaś – jak gdyby święty ogień, którego płomień podsycała żarliwie i w skupieniu.

Wyznanie wzajemnych uczuć błąkało się nam na ustach, ale nie śmieliśmy go wymówić. Stan ten był czarujący, poiliśmy się jego rozkoszą i lękaliśmy się w czymkolwiek go zmienić.

Niestety, przekleństwo przodków spowodowało ciężką chorobę pięknej Meksykanki. Margrabia nie przestał jednak opiekować się swoimi nowymi podwładnymi, tusząc, że zapewni to również spokój duszy jego ukochanej.

Wybuchło powstanie w prowincjach zdobytych przez wicekróla; wprawdzie był to tylko słuszny opór przeciw uciskom, sprzeciwiającym się nawet zamiarom dworu, ale nieubłagany wicekról bynajmniej na to nie zważał. Stanął na czele wojska, wkroczył do Nowego Meksyku, rozproszył zbiegowisko i wziął w niewolę dwóch kacyków, których przeznaczył na ścięcie w stolicy Nowego Świata. Właśnie miano czytać im wyrok, gdy wystąpiwszy na środek sali sądowej, położyłem ręce na oskarżonych i wymówiłem te wyrazy: Los toco por parte de el Rey, co znaczy: “Dotykam się ich w imieniu króla”.

Ta starożytna formuła prawa hiszpańskiego takiej jeszcze do dzisiejszego dnia używa wziętości, że żaden trybunał nie poważy się jej oprzeć i wstrzymuje wykonanie każdego wyroku. Używający wszelako tej formuły odpowiada własną osobą. Wicekról miał prawo wymierzyć mi taką samą karę, jaką mieli ponieść dwaj oskarżeni. Nie omieszkał skorzystać z tego przywileju, postąpił ze mną z całą srogością i kazał wtrącić do więzienia, gdzie ubiegły mi najsłodsze chwile mego życia.

Tlaskala umarła. Margrabia czas jakiś gnił jeszcze w więzieniu, a gdy wyszedł, powrócił do swej misji poprawiania życia nieszczęsnym poddanym Króla Hiszpanii, “otrzymał udział w zarządzie kraju i wykonywał swe obowiązki z czynną i dla wszystkich równą sprawiedliwością”.