Der Turmbau zu Babel

Jeszcze o wystawie Stanisław Kubicki (1889–1942) – „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben”/ „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”.  We wtorek wystawa dobiega końca w oprawie trzech wydarzeń:

W niedzielę, 21 maja – w Berlinische Galerie o godz. 12.00 – odbędzie się wykład kuratorki wystawy, dr Lidii Głuchowskiej na temat dzieła malarskiego Stanisława Kubickiego i jego żony, Margarete Kubickiej.

W poniedziałek, 22.05.2017, o godzinie 10.00 w Rathaus Kreuzberg odbędzie się warsztat artystyczny dla dzieci ze szkoły im. Marianny Cohn (wydarzenie zamknięte): Moja wieża Babel. Warsztaty poprowadzi dr Patrycja Wilczek-Sterna z Wydziału Sztuki Uniwersytetu Zielonogórskiego  we współpracy ze studentkami i studentami, pogadankę wstępną wygłosi kuratorka.

I wreszcie we wtorek, 23.05.2017, o godzinie 18.00, ma miejsce finisaż połączony z oprowadzaniem kuratorskim i  prezentacją dziecięcej wystawy powarsztatowej: Von Posen nach Berlin und zurück. Schicksale der expressionistischen Grafiken der Posener Künstlergruppe BUNT (1918–1922).

Wykład o Wieży Babel Kubickiego (1917) przystosowany zostanie do możliwości percepcyjnych dzieci. Tu jednak, z uwagi na fakt, iż jest to dzieło o kluczowym znaczeniu w dziejach awangardy polskiej i międzynarodowej, poświęcimy temu linorytowi więcej uwagi.

Wieża Babel, która w kwietniu 1918 roku ukazała się na plakatach I wystawy grupy Bunt w Poznaniu, przygotowanych wbrew lokalnemu status quo zarówno w języku polskim, jak i niemieckim, jest jedną z najbardziej znanych grafik w dziejach polskiego i środkowoeuropejskiego modernizmu i awangardy.

Przez prawie 100 lat Wieżę Babel postrzegano jako apoteozę rewolucji. Radykalnej reinterpretacji tego dzieła, wskazującej na jego ambiwalentną wymowę i groteskowy charakter dokonała dopiero Lidia Głuchowska, która jako pierwsza przeanalizowała korespondencję słowa i obrazu w dorobku Kubickiego, w tym jego dwujęzycznej twórczości poetyckiej i programowej.

Zostały one opublikowane w monografiach:
Avantgarde und Liebe. Margarete und Stanislaw Kubicki 1910–1945; Berlin 2007
oraz
Stanisław Kubicki – in transitu. Poeta tłumaczy sam siebie/ Ein Poet übersetzt sich selbst, Wrocław 2015 oraz w licznych artykułach.

Specjalnie dla naszego blogu autorka przygotowała nowatorski i nigdzie dotąd nie publikowany tekst – refleksje pisane z dystansu lat badań na temat genezy i wymowy Wieży Babel oraz jej inspirującej funkcji w dziejach sztuki najnowszej.

Dr Lidia Głuchowska

Wieża Babel – Alfa i Omega

Andrzejowi Bobrowskiemu w podziękowaniu za
”Transformację M/S” (2015)

Wieżę Babel (1917) Stanisława Kubickiego od dawna już uznaje się za manifest i ikonę polskiej awangardy.

Na progamową wymowę tytułowego motywu dla progresywnego nurtu polskiego modernizmu z przenikliwością wskazywał choćby Andrzej Turowski w swej książce Budowniczowie świata. Reprodukowana setki razy, ukazała się choćby na okładkach takich syntez badawczych jak Ekspresjonizm w sztuce polskiej (red. Piotr Łukaszewicz, Jerzy Malinowski, Wrocław 1980) czy – ostatnio – Bunt a tradycje grafiki w Polsce i w Niemczech (red. Lidia Głuchowska, Honorata Gołuńska, Michał F. Woźniak, Bydgoszcz 2015).

Mimo kariery medialnej tego dzieła, mało kto jednak zna jego genezę. Warto zatem przypomnieć, że Wieża Babel jest kwintesencją formalno-ideowych poszukiwań Kubickiego zainicjowanych w 1916 roku w Bunzlau (Bolesławcu) i kontynuowanych w Schömbergu (Chełmsku Śląskim).
W pewnym sensie więc, to Śląsk, a nie Poznań mógłby zostać uznany za kolebkę polskiego ekspresjonizmu w jego fazie historycznej. (Na dygresje na temat pre- i postekspresjonizmu w rodzimej sztuce brak tu niestety miejsca).

 

Wieża Babel jest syntezą poszukiwań stylistycznych i motywów, które w Schömbergu znalazły się w centrum zainteresowania artysty – pejżażu i wieży kościelnej na tle wschodzącego słońca i kulis tamtejszego rynku. Staje się to oczywiste, jeśli prześledzić wnikliwie współczesne fotografie inspirujących go miejsc, realistyczne szkice i coraz bardziej od nich odległe i sumaryczne wyobrażenia natury i kultury – dwóch archetypów ekspresjonistycznego universum – które wyszły spod ołówka, pióra czy dłuta Kubickiego w 1917 roku. To zatem synteza w sensie formalnym abstrahowania od dokumentowania rzeczywistości i dosłownego sensu objektów i zdarzeń.

Śledząc po kolei rysunki i linoryty z Schömbergu, dostrzec można, jak jej zarys wyłania się  z odwzorowania pejzażu,najpierw horyzontalnego, z czasem przyjmującego formę zwartą, centryczną, jak i z modyfikacji wyobrażenia wieży czy rynku – najpierw diagonalno-wertykalnych (do których Kubicki powróci dopiero w 1919 roku – por. ilustracje we wczorajszej prezentacji na tym blogu), a z czasem wibrujących odśrodkowo.

Analogiczną jak w przypadku ewolucji przedstawień Wieży kościelnej i Pejzażu z Schömbergu formę przybierają NB obłoki w tle Aktu z chmurami.

Porównanie formy tych prac wskazuje jednoznacznie na to, iż Akt z chmurami był najpewniej stadium pośrednim między przedstawieniami wieży i pejzażu a Wieżą Babel i to nie tylko dzięki wprowadzeniu do kompozycji figury ludzkiej, lecz również poprzez odwołanie do kodu kultury wysokiej i tradycji artystycznej. Akt na tle pejzażu jest bowiem czytelnym odniesieniem do osławionej w czasach moderny i awangardy reformy życia, przywołanym pour épater le bourgeois, a jego „antyestetyczna”, prymitywizująca forma to formalny atak na akademizm. Zadziwiające jak wiele zmienia zastąpienie anonimowego aktu kobiety niedookreślonym płciowo tłumem (w którym mimo wszystko zakłada się społeczność reprezentatywną, czyli męską). Jeszcze bardziej stymulujące intelektualnie (prowokacyjne?) pytanie brzmiało by: Co by się stało, gdyby na tle Wieży Babel zamiast anonimowej masy pojawił się pojedynczy akt męski?…

Akty męskie pojawiały się wprawdzie w dorobku awangardy, ba, nawet w dorobku grupy Bunt, by wspomnieć tylko zasługujący na wnikliwą interpretację, choć może nieprzekonujący pod względem formalnym Akt męski na tle [manifestującego] tłumu (n.d.) Stefana Szmaja. We wspomnianym przypadku obecność masy „filistrów“ automatycznie heroizuje „akt męski”.

Jaką jednak wymowę miałby, gdyby zaistniał solo, a nie w ramach „nowej wspólnoty” naturystów (Niemcy określają to skrótem FKK – Freiekörperkultur) – jak w pracach artystów z grupy Die Brücke) na tle pejzażu dziś? A co dopiero, w roku 1910? (Lata 30. to znów co innego – heroizowana po faszystowsku nagość aryjska…)

Siłą Wieży Babel w porównaniu z Aktem z chmurami jest poza maskulinizującą czyli uniwersalizującą multiplikacją i zastosowaną w tym samym celu abstrahizacją form natury i architektury – wpisanie całegoprzedstawienia w sferę religijnego/ideologicznego mitu, indywidualnie i „profanacyjnie“ reinterpretowanego i zawaszczanego przez artystów od czasów romantyzmu.

 

Werke Kubickis in der Berlinischen Galerie

Vortrag in der Berlinischen Galerie, Sonntag, 21.05.2017, 12.00 Uhr

Bitte Eintrittskarten selber kaufen

Im Rahmen des Begleitprogramms zur Ausstellung Stanisław Kubicki (1889–1942) – „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben”/ „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie” (Rathaus Kreuzberg, 2-23.05.2017) findet

ein Vortrag von Dr. Lidia Głuchowska statt.

Die Assistenz bei der anschließenden Präsentation übernehmen Studierende der Kunstfakultät Universität Zielona Góra: Katarzyna Smugarzewska, Marta Olejnik sowie Tri Minh Ngutyen und Sinh Truong Nguyen – Teilnehmer des Austauschprogramms Erasmus aus Vietnam am Institut für Visuelle Künste.

Im Zentrum der Betrachtung befinden sich drei von fünf in der Berlinischen Galerie befindlichen Kunstwerke des deutsch-polnischen Avantgardekünstlerpaares Margarete und Stanisław Kubicki: Kirche vor Aufgehender Sonne und Ekstase Kubickis und die Aquarellreihe Kubickas zum Roman Alfred Döblins Die drei Sprünge des Wang Luns.

Weiterhin besitzt das Berliner Museum für Moderne Kunst zwei Pastelle Kubickis, die jedoch derzeit nicht ausgestellt werden: Das Blühen III (1928) und Mutter mit totem Kind (1926).                                  

Dazu ein paar einleitende Worte von Dr. Lidia Głuchowska:

Kirche vor aufgehender Sonne (1919) Kubickis gehört, neben Ekstase zu den zwei bis heute erhaltenen Gemälden Kubickis, die 1919/1920 in der berühmtesten Galerie der Avantgarde – Der Sturm Herwarth Waldens – ausgestellt wurden. Dort wurden sie von Fritz Karsen erworben. Das Motiv geht auf die ersten expressionistischen Darstellungen im Werk der polnischen Künstlergruppe Bunt (Revolte, 1918–1922) zurück, die Kubicki 1916/1917 im schlesischen Schömberg (heute Chełmsko Śląskie) geschaffen hat. Diese haben ihr Ursprung in den naturalistischen Skizzen der dortigen Landschaft und Architektur, welche immer noch mit den Gegenwartsfotografien davon identifizierbar sind. Synthetisiert wurden sie danach zu expressionistischen Linolschnitten, die sich durch die prägnanten schwarz-weiss Kontrasten auszeichnen und 1917 in Posen/Poznań ironisch als „drei Kuben Kubickis“ (nach dem Motto nomen est omen) mitbezeichnet wurden.
Die weitere Transformation des Motivs erfolgte ca. drei Jahre später. Deren Ergebnis waren – eine elegante Tuschezeichnung, ein verschollenes Aquarell sowie eine Kreidezeichnung. Die Vollendung des Gestaltungsprozesses bildet das in der Berlinischen Galerie befindliches Gemälde, welches zu den am häufigsten ausgestellten Werke des Künstlers zählt.

Motiv der Schömberger Kirche vor aufgehender Sonne
Werke Stanisław Kubickis, 1917-1919, Foto Marek Kubicki,1997,
aus: Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe, Berlin 2007

Die Ekstase (1919), der noch ein Originalzettel der Sturm-Galerie beigefügt ist (Kat. Nr. 60, Lagernr. 83), entstand beinahe parallel zur letzten Version von Kirche… Vom ausgewiesenen polnische Expressionismuskenner, Jerzy Malinowski, wurde das Gemälde zu den drei ersten abstrakten Werken der polnischen Kunst zugerechnet.

Im Zentrum dieser Komposition – die obere Partie ist gelblich, die untere grau-blau gehalten – befindet sich eine nur skizzenhaft angedeutete, entmaterialisierte, geometrisch aufgefasste menschliche Silhouette. Ihre Hände sind nach oben geworfen, ihre Beine angeknickt, und der Kopf ist nach unten gebeugt. Gesichtszüge und jegliche andere individuelle Merkmalle sind eingespart. Die ganze Gestalt scheint im Raum hoch über dem Boden zu schweben. Sie erinnert an einen Vogel, der im Flug innehält. So visualisiert Kubicki den vom Menschen erträumten Zustand der endgültigen Befreiung vom geistigen und körperlichen Schmerz, den Zustand der buddhistischen Nirwana oder vielleicht des höchsten erotischen Glücks.

In Kubickis Linolschnittfassung von Ekstase bestimmen parallele schwarze Flächen und Linien, die Spannung erzeugen und diese betonen, das Charakteristische des Dargestellten. Dieses Bild wirkt jedoch noch viel abstrakter als die oben besprochene Ölfassung aus der Berlinischen Galerie.

Es existieren noch vier weitere Kompositionen Kubickis in diesem Stil gehalten, die ebenfalls Versuche künstlerischer Visualisierung abstrakter Begriffe darstellen. Alle gehen zwar von der alltäglichen Wahrnehmung konkreter Objekte aus, wie z.B. eines musizierenden oder im Gebet knienden Menschen oder auch der den Kopf stützenden Hand – pars pro toto eines Denkers, sowie einer im Balletttanz vibrierenden Frau, doch sind diese realen Motive in den Linolschnitten Baßgeigenspieler, Demut, La pensée und Tänzerin kaum erkennbar. Diese Werke hatte wohl vor Augen der Gründungsdirektor der Berlinischen Galerie, Eberhardt Roters als er feststellte:

Stanislaw Kubicki, ein Deutsch-Pole, malt im Stil eines dynamischen Kubo-Expressionismus, der in Verbindung mit der Berechnung der Bildkomposition aus pythagoreischen Zahlenfigurationen, später immer deutlicher einen metaphysischen Gedankengrund zu erkennen lässt.

Abstrakte Linolschnitte Stanisław Kubickis, 1918-1919
Ekstase, Der Eintretende, Demut, Maternité, Hockende Frau, Tänzerin, La pensée

aus: Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe, Berlin 2007

***
Ihre 12-teilige Aquarellfolge Die drei Sprünge des Wang Lun (1925) inspiriert vom gleichnamigen Roman Alfreds Döblins, stellte Margarete Kubicka (1895-1984) zeit ihres Lebens mindestens acht Mal aus, was darauf hinweist, welche Gewichtigkeit die Künstlerin ihr beigemessen hat. Dieser hat sie auch ihr melancholisches, verschlüsseltes Selbstbildnis beigefügt. Die Folge widerspiegelt ihre Auseinandersetzung mit dem Buch, die wohl die ganze Künstlergeneration prägte und eine Abrechnung mit der Revolution und zugleich einen Ausgleich zwischen den Idealen der vita activa und vita contemplativa schildert.

Vier Werke Margarete Kubickas aus ihrer 12-teiligen Aquarellenfolge Die drei Sprünge von Wan Lun (1925)  nach dem Roman Alfred Döblins sowie ihr dieser Folge angeschlossenes Selbstbildnis
aus: Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe, Berlin 2007

Die Gestaltung der Figuren in der Aquarellfolge weist Verwandtschaften mit Umberto Boccionis futuristischen Einmaligen Form des Kontinuität im Raum von 1913 auf, am deutlichsten wohl in ihrem Bild Unaufhörlich gellte Wang. Die Bildfläche wirkt in Werken Kubickas lichtdurschienen und transparent. In ihrer Gestaltungsmethode schlugen sich die Entdeckungen der Photokinetik und der Röntgenbilder nieder, was besonders in Bezug auf die Darstellung menschlicher Figuren zum Ausdruck kommt.

Die futuristisch-transparent-figürlichen Werke Margarete Kubickas sind den zumeist statisch-kubistisch-abstrakten Werken ihres Mannes gegenüberzustellen, was ihre künstlerische Eigenständigkeit deutlich bezeugt.

Kubicka äußerte sich in Aquarell(-enfolgen) häufig. Schnell zu gestalten – sie musste ja als Zeichenlehrerin allein den Unterhalt der 4-köpfigen Familie meistern – waren sie gewissermaßen ihr Tagebuch.

Zu den wichtigsten Aquarellreihen, die sie geschaffen hat, zählten – außer den Drei Sprüngen des Wang Lun, solche Visualisierungen des menschlichen Lebens in der Geschichte wie wohl die schönsten – Tode (1927/1928), Frauen (1943) sowie im autobiografischen Werk 1945. Doch eine absolute Sonderstellung in ihrem Oeuvre hat die ihrem Mann glorifizierende Folge Hommage à Kubicki (1924), die ihn als Avantgardekünstler fortschrittlicher sozialen Ansichten in unterschiedlichen Aktivitäten des modernen Lebens darstellt, von denen keine – paradoxerweise – mit Malen oder Schreiben gleichgesetzt wird…

Marokko 2

Monika Wrzosek-Müller

Der Tizi n`Tichka Pass etc…

Natürlich musste sie noch weiter, tiefer in das Land hinein, als sie sich eigentlich in einem schönen Hotel in Marrakesch hätte entspannen und ausruhen können; es zog sie in die Wüste und in das Hohe Atlas-Gebirge. Die Wege waren lang, kurvig, steil und gefährlich, auf schmale Serpentinen folgten langgezogene Anstiegsabschnitte; man sagte den Reisenden, die Fahrt würde vier marokkanische (?) Stunden über dem Tizi n`Tichka Pass nach Ait Ben Haddou dauern, tatsächlich waren es fünfeinhalb, gefühlt sieben Stunden. Sie fuhren von 100 Metern auf über 2.000 Meter, der Pass liegt genau auf 2260 Meter, und rundherum ragen die Berggipfel sogar 4.000 Meter auf. Auf den Gipfeln lagen noch Reste vom Schnee. Die Ausblicke und Panoramen waren wortwörtlich atemberaubend, die Farben pastell, nach oben hin immer gedämpfter.

Sie fuhren im Verlauf der Reise durch alle möglichen Landschaften; bald hinter Marrakesch verließen sie die Palmeria, einen angelegten Palmengürtel um die Stadt, der an Wassermangel leidet, und trafen auf ausgedehnte Getreide Felder; es war noch flach, aber sie bewegten sich jetzt doch unmerklich höher. Bald waren sie in einer paradiesischen Hügellandschaft angelangt, ganz grün und sehr saftig sahen die Obst- und Gemüsegärten um die Häuschen aus, an den Wegrändern wuchsen lila und blaue Schwertlilien, die sie aus der Toskana kannte, sie blühten gerade. Das Grün der sorgfältig beschnittenen Pomeranzen, die übrigens alle Avenues schmücken, war einmalig, wie das Grün der ersten zwei Blättchen der Teeplantagen, frisch, unvergesslich. Sie säumten meistens die Gärten oder auch die Straßen. Langsam gelangten sie höher und die Landschaft veränderte sich merklich, ab und zu sah man rote Felsen, rote Erde, es überwogen Olivenbäume, auch wenn dazwischen noch Gemüse angebaut wurde, hier dienten riesige Rosmarin-Büsche als Hecken. Danach kamen sie in kahlere Gebiete, da wuchsen Wacholder, die wir als Sträucher kennen, zu Bäumen, mit dicken Stämmen erreichten sie beachtliche Größen, dazwischen blühte gerade Lavendel. Der Boden war hier schon ausgetrocknet und steinig, ab und zu sah man Korkeichen, mit abgezogenen Stämmen leuchteten sie unten auch rötlich. Noch etwas höher gab es kaum mehr Vegetation. Sie erreichten den Pass, der in verschiedenen Ockerfarben der Steine, der Felsen und der Erde vor ihnen ausgebreitet lag. Sie befanden sich auf 2260 Meter Höhe, die Stelle wurde durch eine Raststätte mit vielen kleinen Lädchen markiert, wo hauptsächlich Fossilien und Touristen-Attraktionen verkauft wurden. Auf der anderen Seite erwartete sie nur Wüste, zuerst steinig noch mit Steppe und danach ging sie in Sand über; doch zu den Sanddünen gelangten sie nicht, es war einfach zu weit.

Das Weltkulturerbe-Dorf Ait Benhaddou sehen sie nur von weitem; es ist ein Berberdorf aus dunklem Lehm gebaut und gut erhalten, ähnlich den Bauten von Sanaa im Jemen, auch denen von Timbuktu in Mali. Die Kashbahs sind gut erhalten, miteinander verschachtelt, überall ragen die sich verjüngenden viereckigen Türme in den Himmel. Manche der Kashbahs sind bis heute bewohnt; es ist eine Oase, einige Palmen und etwas Grün zeugen von Wasservorräten.

Sie besichtigten noch ein Filmstudio, wo unzählige bekannte Filme gedreht wurden darunter Kleopatra, Spartakus, Babel etc…; in einiger Entfernung waren auch andere riesige Anlagen, die der Filmstudios für Asterix und Obelix und viele Fantasy-Filme zu sehen; es wirkte unwirklich und verrückt in dieser steinigen, gottverlassenen Gegend zu sehen, wie Hollywood das Land für sich einnimmt. Es ist eben Marokko, sie versuchen aus allem etwas Kommerzielles und Urbanes zu machen; auch hier gab es 5-Sterne-Hotels, wo die Stars und Starletts übernachteten, mit Swimmingpools und Bars und echten Grünanlagen rundherum.

Der Weg zurück ging über die gleiche Strecke, aber da sah sie nur schroff zerklüftete Felsenformationen, Geröllplateaus, steil abfallende Hänge, manchmal auch Canyons, zu der Jahreszeit mit Wasser gefüllt. An den steilen Felsen hingen ab und zu Berberdörfchen, ein buntes viereckiges Minarett ragte in die Höhe; die Bauten waren allesamt aus Lehm, den sie geschickt auch färbten; so erhielten die Minarette auch eine dezente Bemalung, sie sahen manchmal wunderschön aus.

Der Tizi n`Tichka Pass ist der Sage nach ein antiker Weg, von Timbuktu nach Marrakesch, der „Ziegenweg“. In der Berbersprache, bedeutet Tizi „Bergwiese“ und tichka „gefährlich“. Allerdings ist nicht ganz klar, ob der Weg wirklich von Timbuktu ausging; Timbuktu wurde wohl als Synonym für einen weit entlegenen Ort benutzt, der gar nicht zu existieren brauchte; in jedem Fall ging es um einen ein weiten Weg. Über diesen Weg, diesen Pass gelangten Karawanen nach Marrakesch, sie waren bis zu einem halbem Jahr mit 80 Mann unterwegs, transportierten ihre kostbare Ware, meist Silber, dann Gold und Edelsteine, dazu noch viele Sklaven und Eunuchen. Sowohl Timbuktu als auch Marrakesch waren Hauptumschlagplätze. Der Handel war das Leben, das Überleben in der trockenen und menschenunfreundlichen Umgebung; der Handel war auch eine ehrenhafte, sehr geschätzte Beschäftigung, die Händler waren hoch angesehene Leute, besonders wenn sie zu Reichtum gelangten. Die Routen der Karawanen waren weit verzweigt, aber sie führten schließlich alle auf den Djemaa el Fna Platz, den Nabel der Stadt Marrakesch; man kann sich heute noch sehr gut das damalige Treiben und Handeln auf dem Platz vorstellen. Selbst heutzutage überkommt einen auf dem Platz immer noch das Gefühl, in der Mitte des Lebens, der Welt der kleinen Geschäfte zu stehen. Der Muezzin ruft wie damals sanft ein paar Mal am Tag zum Gebet, nur dass es jetzt eine vom Band abgespielte Stimme ist; das Treiben ist vielleicht jetzt noch geschäftigter, denn es kommen viele Touristen hinzu, aber die Einheimischen gehen auch gerne dorthin. Auf dem Platz wird gegessen, gehandelt, gekauft, viele Gaukler führen ihre Kunststücke vor, die Schlangenbeschwörer spielen auf ihren Flöten, die Affen hüpfen von der Schulter des Besitzers auf die Schulter des Betrachters (sind aber meistens angekettet und in ein Kleidchen gezwängt, so dass sie nicht flüchten können), alle preisen ihre Waren, es ist bunt, laut bis schrill, heiß, manchmal unmöglich und manchmal magisch.

Der Handel mit Salz lag seit dem 14. Jh. in der Hand der Juden, sie hatten dafür das Monopol von den marokkanischen Königen erhalten. Salz war fürs Überleben von größter Bedeutung, es enthielt Mineralien; es hieß: Salz wurde mit Gold aufgewogen. Die Juden lebten in den Altstädten (medinas) in geschlossenen Vierteln Mellah; das Wort Mellah kommt aus dem Arabischen und bedeutet Salz. Die ersten Mellahs wurden im Mittelalter gegründet und die Juden lebten dort ziemlich abgeschieden, erst nach der Übernahme des französischen Protektorats öffneten sich die jüdischen Gemeinden der marokkanischen Gesellschaft. Während des Zweiten Weltkrieges betrieb der damals regierende Monarch Mohammed V. eine judenfreundliche Politik und beugte sich nicht der Politik des Vichy-Regimes, so fanden viele jüdische Flüchtlinge in den marokkanischen Städten Zuflucht (der Film Casablanca!). Erst nach der Gründung Israels gingen viele Juden aus Marokko weg. Noch heute ist aber die fast verlassene Medina von Marrakesch zu besichtigen, man sieht manchmal ein paar Kinder mit Schläfenlocken, doch die große Blüte jüdischer Geschäfte gehört der Vergangenheit an. Die marokkanischen Juden sind in der ganzen Welt verstreut, auch die Familie von Hilary Clinton stammt aus Marokko.

Elias Canetti, der Nobelpreisträger und vielsprachige Schriftsteller, hat das Leben der Juden in Marrakesch in einem kleinen Büchlein beschrieben, Die Stimmen von Marrakesch; in den fünfziger Jahren schien ihm deren Leben sehr ärmlich und einsam. Sie betrieben Handel, feilschten um völlig wertlose Dinge, waren in dieses kleine verschachtelte Viertel eingeschlossen. Als Jude leidet er mit ihnen, doch er kann nicht mit ihnen kommunizieren, er versteht sie nicht, wird nur zum stillen Beobachter, der ihr Leben von außen beschreibt und als fremd und somit auch exotisch empfindet.

Stuart 23

Joanna Trümner

All of these lines across my face
Tell you the story of who I am
So many stories of where I’ve been
And how I got to where I am
But these stories don’t mean anything
When you’ve got no one to tell them to

Wszystkie te zmarszczki na mojej twarzy
Opowiadają ci historię tego, kim jestem
To opowieści o tym, gdzie byłam
I jak tam dotarłam
Ale te historie nic nie znaczą
Jeżeli nie masz nikogo, komu możesz je opowiedzieć

Brandi Carlile, The Story

Matki

Stuart stał na lotnisku i czekał na matkę Meg. Bardzo się cieszył, że po wielu miesiącach pobytu córki w szpitalu w końcu zdecydowała się na przylot do Australii, wiedział jak bardzo jego dziewczyna czekała na tą wizytę. Równocześnie on sam łapał się na tym, że nie odczuwa zbytniej sympatii do kobiety, którą znał jedynie z fotografii. „Muszę dać jej szansę, przecież przez najbliższy miesiąc będzie ze mną mieszkała”, powtarzał sobie w duchu. Podczas wizyty w szpitalu przed kilkoma godzinami Meg prosiła go o wyrozumiałość dla matki: „To jest moja jedyna rodzina, postaraj się ją zrozumieć. Jeżeli poczujesz, że wypiła kroplę alkoholu, to natychmiast mi powiedz, odeślemy ją z powrotem do Anglii. I niech sobie sama radzi, ja już jej więcej nie pomogę”.

Stuart był tak zajęty myślami, że nie zauważył, kiedy podeszła do niego kobieta tak podobna do Meg, że patrząc na nią widział oczami wyobraźni swoją dziewczynę za dwadzieścia lat. „Liza, mama Meg”, przedstawiła się z uśmiechem nieznajoma. „Ładnie się postarzała, więc można tak przepić pół życia bez żadnych konsekwencji dla zdrowia i wyglądu”, pomyślał, odbierając od niej walizkę.

Na życzenie Lizy z lotniska pojechali prosto do szpitala, Stuart zostawił matkę z córką w pokoju i poszedł na spacer do parku. Przypomniało mu się dzieciństwo w Walton. Nigdy przedtem nie zdawał sobie sprawy z tego, że po latach będą to wspomnienia, do których chętnie się wraca. Przez wiele lat nosił w sobie żal do rodziców o to, że poświęcali mu mało czasu i nie interesowali się jego życiem czy planami. Z biegiem lat miejsce żalu zaczęły zajmować wspomnienia o wspólnie spędzanych świętach i małych, ciepłych gestach matki, którymi starła się przeprosić go za brak czasu. Nieraz w środku nocy budził go odgłos otwieranych drzwi od pokoju i czuł jak matka siada na jego łóżku i głaszcze go po głowie.

Uśmiechnął się na wspomnienie kilku niedzielnych wypraw z ojcem na ryby, możliwych tylko wtedy, kiedy pub był zamknięty.

Była taka wyprawa, że nie złapali ani jednej ryby, a po kilku godzinach wpatrywania się w spławiki, które ani razu nie drgnęły, byli zrezygnowani i bardzo głodni. Wtedy ojciec z niedowierzaniem stwierdził, że przygotowane przez matkę kanapki zostały na stole w kuchni. W bagażniku samochodu znaleźli puszkę szynki, widocznie wypadła z siatki podczas jakichś wielkich zakupów. Tyle, że nie mieli otwieracza do konserw. Obaj na zmianę zmagali się puszką za pomocą znalezionego w lesie kawałka metalu i kamienia. Po ponad godzinnej walce udało im się w końcu, w międzyczasie zgłodnieli tak bardzo, że ta szynka jest do dzisiaj we wspomnieniach Stuarta najsmaczniejszym jedzeniem, jakie kiedykolwiek spożył. Ta „męska wyprawa na ryby” była latami jedną z ulubionych anegdot rodzinnych.

Podczas innej ze wspólnych wypraw na ryby ojciec próbował uświadamiać syna. Z zakłopotaną miną i dziwnym, nieswoim głosem opowiadał mu o tym, jak zmienia się ciało mężczyzny, kiedy kocha kobietę i jak bardzo chce ją do siebie przytulić. Widząc rosnące zakłopotanie ojca Stuart uratował sytuację mówiąc: „Tato, myśmy już o tym rozmawiali w szkole”.

W porównaniu z dzieciństwem Meg miał szczęśliwe dzieciństwo, mógł być dzieckiem, nie musiał ponosić odpowiedzialności za siebie i za rodziców, nie musiał martwić się o pieniądze i tłumaczyć nauczycielom, dlaczego rodzice nie pokazują się w szkole, dlaczego nosi źle wyprane, od lat to samo ubranie, nie czuł się samotny i upokorzony. To cud, że ta dziewczyna po tych doświadczeniach jest tak pozytywnie nastawiona do ludzi. „Może właśnie dlatego tak bardzo chce mieć własne dzieci”. Stuart pomyślał, że przez kilka ostatnich tygodni nie miał ani czasu ani głowy na przygotowanie zaręczyn. „Teraz, kiedy przyjechała Liza będziemy mogli się zmieniać wizytami w szpitalu i zajmę się szukaniem pierścionka”.

Wieczór spędził na rozmowie z Lizą. Po wspólnej kolacji miał ochotę na szklankę ginu, w ostatniej chwili zreflektował się i zatrzymał się przed szafą, w której trzymali alkohol. „Przecież nie mogę na jej oczach wypić ani kropli”, pomyślał, zastanawiając się jednocześnie nad tym, że trudne musi być życie towarzyskie bez alkoholu – wyjścia do restauracji, urodziny, sylwestrowe party ze szklanką wody w ręku i dziwną dezaprobatą ludzi dookoła. I wieczne tłumaczenie się – jakby picie alkoholu było obowiązkiem jak chodzenie do pracy czy posiadanie prawa jazdy.

Następnego dnia zostawił Lizę w szpitalu, a sam wybrał się w wędrówkę po sklepach jubilerskich. Obecność Lizy po kilku dniach stała się czymś normalnym, Stuart cieszył się, że znowu wraca do mieszkania, w którym jest posprzątane, gdzie czeka obiad i wyprane ubranie. Zdarzały się jednak chwile, w których czuł niechęć do matki Meg. Kilkakrotnie zaskoczyła go pytaniami, które w jego uszach brzmiały jak pretensje: „Dlaczego nie poszukałeś szpitala, który specjalizuje się w rehabilitacji? Dlaczego nie przydusisz policji, przecież muszą znaleźć sprawcę? Dlaczego tak późno mnie zawiadomiłeś?”

„Zachowuje się tak, jakby chciała nadrobić wszystkie te lata, przez które nie była matką”, pomyślał, obiecując sobie w duchu, że ze względu na Meg postara się nie okazywać swojej niechęci. Widział jak bardzo Meg cieszy się z obecności matki i jak pomaga jej to w powrocie do zdrowia. „Wiesz, czasami mam wrażenie, że dopiero teraz ją tak naprawdę poznaję”, powiedziała mu ostatnio. „I bardzo ją lubię. Zaczęłam ją teraz lepiej rozumieć, teraz pojmuję, jak jej było, kiedy zaszła w ciążę i była zupełnie sama, bo chłopak ją zostawił, a rodzice nie chcieli mieć z nią nic wspólnego – to wszystko ją po prostu przerosło. Ona była przecież dwudziestoletnim dzieciakiem. Wczoraj się dowiedziałam, że mój biologiczny ojciec też mieszka w Sydney. Liza chce się z nim skontaktować i opowiedzieć mu o mnie. Może więc zanim jeszcze wyjdę ze szpitala będę miała i matkę i ojca”.

Podczas kolejnych odwiedzin Stuart oświadczył się Meg i kiedy z niecierpliwością czekał na jej „tak” usłyszał otwieranie drzwi. Do pokoju weszła kilkuosobowa grupa lekarzy i pielęgniarek. Sytuacja była jednoznaczna – bukiet pięknych róż w wazonie i Stuart klęczący przed szpitalnym łóżkiem. Na szczęście gromadka wybuchnęła śmiechem. „Przy tylu świadkach nie możesz się już wycofać”, skomentowała jedna z pielęgniarek. Meg przyjęła jego oświadczyny.

Jeszcze tego samego wieczoru Stuart próbował dodzwonić się do Walton, żeby powiedzieć rodzinie o zaręczynach i planowanym za kilka miesięcy ślubie. W Walton nikt nie odbierał telefonu, udało mu się jednak dodzwonić się do Kate w Berlinie. Podzielił się z nią nowinkami z ostatnich kilku tygodni, w trakcie tej rozmowy odnosił wrażenie, że czasami w ciągu kilku dni może się wydarzyć więcej niż przez lata. Kate też miała kilka nowości, w tym największą – ich matka się zakochała. „Ty sobie nawet nie wyobrażasz jak Eve się wścieka, nie chce z nią rozmawiać. Ciągle jej robi wyrzuty. W jej pojęciu matka powinna zostać ubraną na czarno wdową, albo spalić się po śmierci męża jak kobiety w Indiach, a nie myśleć na starość o amorach. Ale mi się podoba, i dobrze, że nie jest sama. Poznała tego pana się podczas spacerów z psami na plaży, teraz spotykają się tam codziennie. W Walton nie można przecież nic innego robić. Eve jest wkurzona, bo pół miasta o tym mówi. Mama wygląda o dziesięć lat młodziej, farbuje włosy, dba o siebie. Mi się wydaje, że ona teraz żyje bardziej intensywnie niż przez ostatnich kilkanaście lat”. Po długiej rozmowie z Kate Stuart odłożył słuchawkę z uśmiechem na twarzy. „Więc w każdym wieku można się zakochać”, pomyślał przypominając sobie, że i on zawdzięcza swoją miłość wielkiemu, niesfornemu psu.

Dochodziła jedenasta, Stuart dziwił się, dlaczego Liza nie wróciła jeszcze do domu. „Co można tak długo robić w mieście, w którym się nikogo nie zna? A może znowu zaczęła pić?”, pomyślał z przerażeniem. W tym momencie rozległ się dzwonek telefonu: „Chciałam Ci tylko powiedzieć, żebyś na mnie nie czekał, spotkałam się z ojcem Meg i mamy sobie do opowiedzenia trzydzieści lat, nie wiem, ile to może potrwać”. Stuart odłożył słuchawkę i pomyślał, że życie jest pełne niespodzianek.

Cdn

Z obserwatorium zwykłej baby… Miłość

Krystyna Koziewicz

Miłość bez granic

Wiele medialnego szumu wywołała historia związku małżeńskiego nowego prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Dla jednych sensacja, szok i niedowierzanie, dla drugich zaciekawienie oraz podziw, a dla tych najostatniejszych z ostatnich powód do wyżycia się w mediach społecznościowych z niskich pobudek.

A cóż jest w tym dziwnego? Na pewno ciekawostką jest fakt, że ten związek przetrwał 20 lat oraz że młody mężczyzna ze starszą od siebie partnerką stali się najważniejszymi osobami we Francji. I co komu do tego? Czytając komentarze, zwróciłam uwagę, że zazwyczaj mężczyźni zabierają głos w tej sprawie. Kobiety wypowiadają się rzadziej, ale za to częściej wyrażają się pochlebnie, czasem czuje się wręcz zachwyt, może być, że i trochę zazdroszczą pierwszej damie Francji. Ja, tak!

Powyższa historia przypomniała mi własne przeżycia. Trzykrotnie zdarzyło się, że o wiele młodsi ode mnie mężczyźni proponowali mi romans, mimo iż byłam mężatką ze stażem i dwojgiem dzieci.

Synowie dorastali. W domu często spotykali się duże grupy kolegów ze szkoły, zamykali się w pokoju na pogaduszki, żartowali sobie lub słuchali muzyki. Czasami podawałam młodym herbatę i piętrowe kanapki, które uwielbiali. Jeden z nich jakoś zawsze dziwnie przyglądał się, miałam wrażenie, że mnie obserwuje. Dość często nas odwiedzał, przychodził nawet pod nieobecność syna i czekał cierpliwie w jego pokoju przy otwartych drzwiach. Chętnie zagadywał mnie, pewnie dla zabicia czasu – myślałam.

Pewnego razu zasapany wparował do domu, mimo iż wiedział doskonale, że syna nie zastanie, bo wyjechał na obóz sportowy do Słowacji.

– Maćka nie ma, przecież wiesz – powiedziałam
– Ale ja przyszedłem do Pani! – usłyszałam.
– Do mnie? Czy Maćkowi coś się stało? – spytałam, wpuszczając go do domu.
– Nie, nie, zaraz wszystko powiem.
– No to słucham! – i wciąż jestem zatrwożona, że może ma złą wiadomość
– Nie, nie, nie chodzi o Maćka, tylko o mnie!

W tym momencie zaczęły się wyznania miłosne, przez które z wrażenia o mało co nie zleciałam z fotela.

– Kocham Panią, zakochałem się pół roku temu, tylko proszę się nie śmiać – oznajmia (właśnie parsknęłam śmiechem). Czytałem książki psychologiczne na temat i taka miłość istnieje naprawdę – przekonuje. – Nie mogę spać, ciągle myślę o Pani, o tym, żeby tu przyjść, bo tak naprawdę to wcale nie przychodziłem tu dla Maćka.
– Przecież jesteś w wieku mojego syna, mam męża (przebywał za granicą), czego oczekujesz ode mnie – pytam…
– O, nie, ja jestem starszy o rok od Maćka, chcę się z Panią spotykać, są wakacje, możemy pojechać gdzieś pod namioty – proponuje.
– A co mielibyśmy robić w tym namiocie?
– No jak to co? Kochać się, marzę o tym! Uwielbiam patrzeć na Panią – tu wymieniał zalety intelektualne, ale także walory fizyczne, które brzmiały dla mnie strasznie zabawnie. Różnica wieku prawie 20 lat, w jego oczach byłam księżniczką, gwiazdą niczym Liz Taylor.
– Nie rozśmieszaj mnie – prosiłam – od razu mówię „nie, nie, nie” i nie pytaj, dlaczego? Po prostu nie wchodzi w grę romans z młodym chłopakiem, który mógłby być moim synem.

Mniej więcej tak wyglądała nasza rozmowa, tłumaczyłam mu, ale argumentacja do niego nie docierała. On dalej swoje, że czytał na ten temat, bo to jest normalna sprawa. Przekonywał mnie, że możemy być szczęśliwi, ba, posiada nawet pieniądze na wyjazd, tylko mam się zastanowić , daje mi czas do następnego dnia. Przyjdzie jutro po odpowiedź – usłyszałam.

– Już dzisiaj daję odpowiedź negatywną!
– Nie, do jutra! Mam przemyśleć i już!

No więc przyszedł, jednak nie pozwoliłam mu przekroczenie progu. Oznajmiłam, że nie ma mowy o wspólnie spędzonym czasie i ogóle jakimkolwiek romansie. Zareagował niczym piorun z jasnego nieba, zrobił zamaszysty krok, pędził po schodach o mało nóg nie pogubił, wybiegł niczym opętany na podwórze zatrzaskując drzwi z całej siły, aż witryny się zatrzęsły. Trochę się wystraszyłam, że może sobie coś złego zrobić.

Do czasu przyjazdu syna żyłam w niepewności. Miałam wyrzuty sumienia, że tak ostro postąpiłam, niepedagogicznie. Ale, okazało się, że wszystko było w porządku, choć nie do końca. Nie tak szybko zrezygnował z odwiedzin syna, przychodził, przynosząc niekiedy ciastka do herbaty. Synowie mieli uciechę, podśmiechiwali się pokątnie, korzystali z jego hojności. Którego razu zaprosił nas na lody, chciał, żebym razem z nimi poszła. Moi chłopcy prosili, bym skorzystała z propozycji, dla nich była to dobra zabawa. Zakochanemu nie przeszkadzało rechotanie. Siedział obok mnie na jednej ławce, synowie z boku. Ubaw mieli po pachy, mnie natomiast było przykro, że dałam się namówić, że w ogóle chłopak ma problem przeze mnie.

Po jakimś czasie wyjechałam na Zachód, więc sprawa rozwiązała się sama przez się. Od tej pory miałam wreszcie spokój!

Na koniec dla ciekawostki podam, że parę lat temu na moim profilu na Naszej Klasie zobaczyłam, że odwiedził mój profil. Tak sobie pomyślałam – czyżby to była rzeczywiście miłość czy tylko zauroczenie? Czort wie.

Pod jednym względem chłopak się nie mylił, związki, w których kobieta jest znacznie nawet starsza od mężczyzny, wcale nie są takie znowu rzadkie. Myślę, że wiele z nas coś takiego przeżyło, oznacza to jednak również, że sytuację taką znają i mężczyźni, bo kto w końcu zakochuje się w starszych od siebie kobietach, jak nie młodsi od nich mężczyźni? A że się nie przyznają… No cóż, kolejny raz musimy sobie powiedzieć, że sami siebie z lubością oszukujemy… Zapomniał wół, jak cielęciem był? Zapewne to bardzo powszechne, skoro aż stało się przysłowiem.

***

PS adminki:

Raymond Chandler, słynny autor czarnych kryminałów, w roku 1924 ożenił się z Pearl Cecily Bowen, matką kolegi z wojska. Była od niego o 18 lat starsza. Po śmierci żony w 1954 przeżywał załamanie, podczas którego próbował popełnić samobójstwo.

Edith Piaf w roku 1962 wyszła za młodszego od siebie o 21 lat Theophanisa Lamboukasa, znanego jako Théo Sarapo. Pomimo osobliwości tej sytuacji, krytykowanej przez wielu jej przyjaciół, Théo okazał się jej wiernym przyjacielem, opiekującym się troskliwie piosenkarką aż do jej śmierci.

Urodzona w roku 1842 Maria Konopnicka miała do późnego wieku licznych adoratorów. Jeden z nich, zdolny filozof i historyk Maksymilian Gumplowicz (urodzony w roku 1864) potraktował odrzucenie wyjątkowo poważnie i zastrzelił się w 1897 r. przed hotelem w Grazu, gdzie poetka aktualnie mieszkała.

Apulejusz z Madaury, Berberyjczyk, urodzony w roku 125, autor Metamorfoz czyli Złotego Osła, w roku 155/156, zawarł związek małżeński z bogatą i znacznie od niego starszą wdową Pudentillą. Po śmierci najstarszego syna Pudentili, jej krewni przekonani, że do małżeństwa tego Apulejusz doprowadził dla zagarnięcia jej majątku, wytoczyli mu proces, w którym dowodzili, że dokonał tego za pomocą czarów. Mowa obronna Apulejusza, znana pod tytułem Apologia, sive Pro se ipso de magia liber, posiada znaczną wartość literacką i jest ważnym źródłem do poznania jego życia osobistego. Okazała się ona na tyle przekonująca, że nie tylko oczyszczono Apulejusza z zarzutów, ale też powierzono mu w Kartaginie stanowisko sacerdos provinciae, tj. kapłana kultu cesarza w całej Afryce i wystawiono na jego cześć posąg.

I tak dalej…

Barataria 17 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria (kraj taniochy)

Ewa Maria Slaska (2017) / Silvio Gesell (1922) / Juan Acratillo (1675)

Kraj taniochy

Inne możliwe tytuły: Zdziwiony marksista czyli Cudowna Wyspa Barataria… Może jednak nie marksista tylko socjaldemokrata… A zresztą… Bo wszystko, jak przystało na Baratarię, jest pomieszaniem z poplątaniem i zajęło mi dużo czasu, zanim zdołałam rozsupłać tropy splątane nie gorzej niż przygody Alfonsa van Wordena w Rękopisie znalezionym w Saragossie (patrz odcinek 15).

Pierwszym autorem opowieści o Kraju taniochy miałby być Hiszpan Juan Acratillo, który w drugiej połowie XVII wieku dokonał analizy gospodarki pieniężnej… Ale to fałszywka, bo naprawdę rozprawkę napisał Belg Silvio Gesell. (Obecnym) Wydawcą jest STRO Social TRade Organisation. Obiecuje ona m.in. uczciwe zarabianie pieniędzy, które nazywa własny pieniądz lub inny pieniądz, a jej celem jest wspieranie gospodarki lokalnej.

Acratillo, ten pierwszy w dzisiejszym wpisie nieistniejący autor o mówiącym nazwisku, to A-Kratus, człowiek negującą wszelką władzę. Jeden z opisywanych przez niego reformatorów gospodarki pieniężnej nazywa się Carlos Marquez (żyjący pół wieku wcześniej niż ten “nasz” Marquez, Gabriel Garcia) to z kolei Karol Marks.

Prawdziwy autor rozprawki, Silvio Gesell, Belg, był niemieckim utopistą. Urodził się w roku 1862, zmarł w roku 1930 w, co istotne, Komunie Producentów Owoców Eden koło Berlina (Obstbau-Genossenschaft Eden). Eden został założony w roku 1893 przez 18 niemieckich jaroszy i była to pierwsza w pełni wegetariańska osada na terenie Niemiec. Jej celem było wspieranie dobrych form życia. Niestety, jak to często bywa ze wspaniałymi założeniami teoretycznymi, w okresie międzywojennym Eden na jakiś czas opanowali antysemici i zwolennicy dobrego, prostego, niemieckiego życia w duchu aryjskim. Komuna przetrwała jednak tę faszystowską fazę, istnieje do dziś i żyje tam obecnie 1500 osób. Silvio Gesell mieszkał w Edenie od roku 1911 do początku I wojny światowej oraz trzy lata od roku 1927 do śmierci.

Carlos Gesell, syn Silvia był jak ojciec szalonym utopistą pragmatycznym, ale opowiemy o nim dopiero za jakiś czas, bo na razie zajmują nas inne tematy.

Gesell jest twórcą teorii Naturalnego Porządku Ekonomicznego. W ogromnym skrócie jego teorię można wyłożyć następująco: pieniądz jest jedynym towarem na świecie, który się nie psuje, a zatem bez uszczerbku może podlegać tezauryzacji, co pomnaża jego moc. Ci którzy posiadają pieniądz rządzą światem i jedynym sposobem, żeby odebrać im władzę, jest spowodowanie za pomocą opłat dewaluacyjnych, że pieniądz zacznie się psuć i stanie się “wolnym pieniądzem” (Freigeld). Do dziś istnieją, znikają i znowu powstają projekty oparte na gesellowskiej teorii wolnego pieniądza. Około stu takich lokalnych grup istnieje w Japonii. Najsłynniejsza była “komuna” założona w latach 30 w Wörgl w Tyrolu. Eksperyment był pełnym sukcesem (miasto przeżyło okres niezwykłej prosperity), pisze Wikipedia, i osiągnął znaczny rozgłos na świecie. Został przerwany decyzją sądu na wniosek centralnego banku Austrii pod zarzutem naruszenia monopolu emisji pieniądza.

Gesell mieszkał przez wiele lat w Argentynie, pisał po niemiecku i hiszpańsku. Powiastka o Cudownej Wyspie Baratarii została niby to napisana po hiszpańsku i niby to przetłumaczona na niemiecki. Autor twierdzi we wstępie, że jest w tym wypadku zaledwie tłumaczem i nazywa się Klaus Rosenfeld, a rękopis otrzymał od przyjaciela, Hiszpana, niejakiego Pedra Tramposo, który znalazł manuskrypt Acratilla z roku 1675 w Granadzie podczas porządkowania pewnej prywatnej biblioteki. Oczywiście Tramposo to klasyczny wręcz mieszkaniec Baratarii: jego nazwisko znaczy Oszustwo. Tramposo in Barataria czyli…

Rękopis znaleziony w Granadzie

Wstęp
Podział każdego narodu na bogatych i biednych, na wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych jest odwieczny jak kultura i jest jej nieodłącznym towarzyszem. Gdy naród przechodzi na gospodarkę pieniężną, co umożliwi podział pracy, rozpadnie się też na tych, którzy delektują się życiem, i tych, których ono nadmiernie obciążyło.
Dlaczego się tak dzieje? Na to pytanie jest wiele odpowiedzi.
Pierwszą dał Mojżesz, wprowadzając zakaz posiadania i sprzedaży ziemi, pobierania odsetek i zarządzając tak zwany rok jubileuszowy (siódmy, kiedy to niweluje się wszystkie długi i uwalnia niewolników – przyp. mój: adminka). Co ciekawe, na pytanie o przyczyny rozpadu społeczeństw Likurg dał taką samą odpowiedź jak Mojżesz: trzeba wprowadzić niezbywalność gleby i wymienić złoto na bezwartościowy pieniądz żelazny. Obaj wielcy prawodawcy starożytności, Mojżesz i Likurg, oddzieleni morzem i siedmioma wiekami, upatrywali przyczyn rozpadu społeczeństw w złocie i prywatnej własności ziemi. Teraz zaś, po trzech i pół tysiącach lat, po historii ludzkiej pełnej nieopisanego cierpienia, wracamy do tego pytania i musimy powiedzieć, że Mojżesz i Likurg mieli rację. Dezintegracja społeczna narodów jest spowodowana przez prawo posiadanie złota i nieruchomości.

Odcinek zrobił się już bardzo długi, opis życia Baratonów na wyspie Barataria przenosimy siłą rzeczy do następnego poniedziałku. Tu zaledwie przedsmak i to dla tych, którzy znają niemiecki:

Auf dem gleichen Breitengrad wie Utopia und genau 360 Grad ostwestlich dieser Insel liegt die Insel Barataria. So benannt, weil barato billig heißt und weil auf Barataria alles erstaunlich billig war, und zwar nicht in dem wucherischen Sinne, daß man für wenig Geld viel Ware bekam – was für den, der seine Ware für wenig Geld hergeben muß, ja keinen Vorteil hat – sondern billig im sozialpolitischen Sinne, daß alle Arbeiter, ohne Ausnahme, für wenig Arbeit viel Ware eintauschen konnten. Eine rätselhafte Sache, die wir aber erklären werden.

Die Insel wurde 1612 mit 500 spanischen Familien kolonisiert. Auf der Heimreise gingen die Schiffe mit Mann und Maus unter, und so kam es, daß man in Madrid glaubte, daß mit den Schiffen auch die Kolonisten umgekommen seien und man in der Folge die Insel ganz vergaß. So waren die Baratonen lange Zeit gänzlich von der Welt abgeschnitten.

Zauważyliście, moi mili Czytelnicy? Wyspa Barataria leży o 360 stopni na zachodni wschód od wyspy Utopia.

Legenda o Warszawie – Odcinek I

Osoby grające:

Rosław, grododzierżca – lat ok. 70, wysoki, b. tęgi
Dziwomir – wróż – lat ok. 70, chudy, zgarbiony
Warsz – młody łowca, rybak, dziesiętnik tarczowników
Dabor – stary rybak
Rada – jego żona
Bożenka – ich córka
Dagniew, Tur – druhowie Warsza, młodzi chłopcy
Żywia, Sława – drużki Bożenki, młode dziewczęta
Sułek, dowódca oddziału książęcego

Ryś – pachołek Rosława
Kyś – pachołek Dziwomira,
Tarczownicy, łucznicy
Prusowie – starszyzna i woje
Dzieci
Postacie bajeczne: Syrena – panna wodna, skrzaty, zjawy i duchy leśne
Ryk – pies Bożenki, wilczur

Wiktor Ostrowski

GRÒD NAD BZURĄ
(okolice dzisiejszego Ozorkowa)

Ogólny widok na gród zbudowany wysoko nad brzegiem rzeki.  Od strony rzeki niewielkie podgrodzie z małą przystanią łodzi i tratew rybackich. Dalej błonia, dochodzące do puszczy, które otaczają rzekę, z drugiej strony okala gród, między puszczą a grodem uprawne  pola. Od głównej bramy grodu – droga, idąca dalej przez przesíek,  na zachód /na Gniezno i Poznań, rozgałęzienie – niewidoczne w filmie – na Płock/. Od strony podgrodzia druga brama, węższa.

Gród zabudowany dość ciasno małymi chatami, otoczonymi budynkami gospodarczymi. Większe są tylko chaty: Rosława – grododzierżcy,  Dziwomira, wróża i paru komorników.  Jeszcze mniejsze chaty i biedniejsze – to domostwa rybaków,  zamieszkujących podgrodzie. Przy nich małe ogródeczki, szopy na  sprzęt rybacki i charakterystyczne drągi, na których suszy się sieci.

Zapada wieczór. Z daleka płyną łodzie i tratwy. Rybacy  wracają z całodziennego połowu. Widzimy po kolei kilka łodzi płynących “na pych”. Zatrzymuje się na łodzi starego Dabora. Odpoczywa on łodzi. Córka jego, Bożenka, ciężko pracuje, pchając  łódź długą żerdzią. Tym razem połów był udany i w łodzi widać sieć  pełną ryby. W pewnym miejscu Dabor i Bożenka wskakują do wody i  przeciągają z wysiłkiem łódź przez płyciznę, potem dalej rybak siedzi a Bożenka pcha łódź i śpiewa:

Piosenka Bożenki:

Południce, południce
Dajcie: rybkę na sieć chwycę,
Południce, południce
Odwracajcie gniewne lice…

Dobre Dole, Dobre Dole,
Parę rybek wam pozwolę,
Dobre Dole, Dobre Dole
Ryby na zimę zasolę…

O Dadźboże, o Dadźboże
Proszę cię, proszę w pokorze
O Dadźboże, o Dadźboże,
Daj dostatek mej komorze…

Dobre skrzaty, dobre skrzaty
Strzeżcie mojej biednej chaty,
Dobre skrzaty, dobre skrzaty,
Niech Warsz do mnie pośle swaty…

Max Priesniakow. Daźbóg. 1998 (Wikipedia)

Grododzierżca Rosław kończy posiłek siedząc przed swym domostwem.  Wyjada chciwie resztki z misy i zapija strawę łykami piwa czy miodu.  Potem powoli wstaje i statecznie udaje się na obchód grodu. Po jego  wyjściu zjawia się jego pachołek Ryś i wylizuje miskę sącząc ostatnie krople napoju. Nie wygląda on na głodnego, jest dobrze upasiony, niski i gruby.

Rosław idzie między chatami. Rozmawia łaskawie z rybakami i  rolnikami, ogląda sprzęt, ale przede wszystkim łakomymi oczami taksuje młode dziewczęta. Nic dziwnego – pochował dwie żony, które nie mogły znieść poniewierki i ciągłych razów.

Jedne dziewczyny chowają się do chat, bojąc się nawet spojrzeć  w stronę Rosława, inne, niepomne losu jego żon, patrzą nań przymilnie, myśląc o tym, że los żony grododzierżcy jest jednak lepszy niż ciągła ciężka praca i poniewierka przy rodzicach. Ale Rosław przeważnie patrzy na nie z pogardą – nie są dość dobre dla niego.

Tak rozmyślając, dochodzi do rzeki i patrzy na dopływające  łodzie i tratwy. I właśnie widzi Dabora i Bożenkę, po kolana w wodzie, wyciągających łódź na ląd. Piękna, zgrabna i silna dziewczyna podoba się Daborowi. Wzrok jego z lubością zatrzymuje się na jej nagich ramionach i nogach. Tak! Taka niewolnica mu odpowiada. Toteż stary grododzierżca postanowił. Ale trzeba się naradzić.

Bożenka z Daborem niosą z wysiłkiem napełnioną i zawieszoną  na drągach sieć do domu. Na progu chaty wita ich stara Rada.  Teraz zaczyna się mozolne sortowanie ryb. Zaraz też nadchodzi komornik i on zabiera kilka najpiękniejszych sztuk do swojej sakwy.  Prawie całą resztę oddaje się, a tylko małe, najgorsze sztuki to  pożywienie dla rodziny rybackiej.

Bożenka, mimo zmęczenia całodzienną pracą, nie traci czasu.  Szybko spożywa posiłek, myje się i wkłada nowe giezło. Rozczesuje  jasne włosy i wplata w nie kwiaty. Dziś odbędą się sobótki, i tam  czeka na nią jej miły – Warsz.

Na błoniach za podgrodziem jest wszystko gotowe do zabawy.  Ułożono już stosy. Kilku starszych i młodszych mężczyzn to kapela,  grająca na prymitywnych instrumentach, gęślach, piszczałkach, bębenkach. W gronie młodzieży rej wiedzie Warsz, rybak, łowca, wojownik i tancerz zawołany. Zbierają się chłopcy i dziewczęta, na razie  trzymając się oddzielnie. Na zwalonych pniach drzew zasiadają godnie starsi mężczyźni i kobiety, statecznie pogwarzając. Zapalono  już kilka ognisk. Warsz pierwszy wziął rozbieg i lekko przeskoczył  przez płonące ognisko. Skaczą inni chłopcy. Już rozpoczynają się  tańce. Starzy zachęcają młodzież okrzykami, klaszcząc w dłonie.

Bożenka biegnie po łące, z dala widzi ognie i słyszy muzykę  i śpiewy. Biegnie lekko i wbiega w jasny krąg. Spotkanie Warsza  i Bożenki i od razu – w tan.

Radość panuje wśród młodych. Późną nocą rozchodzą się stateczni starcy, a w ślad za nimi i młodzi. Jeszcze słychać gadki,  jeszcze w cieniu chłopak ściska dziewczynę i w końcu wszystko cichnie – ogniska dogasają.

W grodzie chata wróża Dziwomira, otoczona jest przez ludzi.  Wewnątrz dym się kłębi, widać przez otwarte drzwi od czasu do czasu  błysk ognia i słychać odgłosy wielkiego bębna. Ludzie z zabobonną  trwogą wsłuchują się w odgłosy zwiastujące Dadźboga. Wróżby się skończyły. Do Dziwomira podchodzą kolejno rybacy,  każdy o coś czołobitnie prosi, przedkłada swoje sprawy i każdy składa wróżowi dar. Rybacy się rozchodzą, a wróż przechodzi do swej  chaty, gdzie w komorze ogląda z sytym zadowoleniem zapasy żywności,  futra i inny dostatek.

Wychodzi z chaty, siada na przyzbie, a pachołek jego, Kyś,  przynosi mu dzban syty i dwa kubki. Dwa, bo oto, po chwili zjawia  się Rosław. Dwaj druhowie, którym życie dostatnio płynie i z których każdy na swoją rękę bogaci się, obdzierając najbiedniejszych – szczerze i serdecznie rozmawiają ze sobą. Oni nie mają przed sobą  tajemnic.

Rosław zwierza się ze swych zamiarów w stosunku do Bożenki.  Wróż pochwala wybór druha. Cóż, dziewka jest i piękna, i silna,  i robotna – żona z niej będzie doskonała, a przy tym zawsze pletnią  można jej wybić głupstwa z głowy. Ale Rosław obawia się jednego.  Wie, że Warsz i Bożenka kochają się. Warsz to młody i silny woj.  Takiemu trudno jest przeciwstawić się. Może on ważyć się na wszystko. Wróż radzi czekać, bo może znajdzie się jakieś inne wyjście  z sytuacji.

Ranek. Przesiek w lesie. Przesiekiem pędzi młody woj na  koniu. Nie żałuje konia – sprawa widać jest pilne. Z dala widać  już gród. Jeździec przyspiesza, wpada przez most zwodzony w bramę  i woła Rosława. Straż grodowa doprowadza gońca do grododzierżcy.  Rozkaz księcia, który goniec przywiózł, jest krótki i zaraz po  otrzymaniu zlecenia, Rosław wysyła swego pachołka do Warsza, Dagniewa i Tura.

Wszyscy trzej stawiają się spiesznie. Rosław oznajmia Warszowi: “rozkaz księcia: weźmiesz dziesiątki Dagniewa i Tura i swoją  dziesiątkę. Ruszysz dziś spiesznym marszem pod Płock. Goniec was  poprowadzi. Zabierzcie łuki a szypy, sulice a tarcze, wyładujcie  sakwy żywnością na trzy dni. Idziesz z księciem na Prusów”.

Żałość i rozpacz zapanowały w grodzic. Rodzice żegnają synów, dziewki z płaczem rozstają się ze swymi braćmí, narzeczonymi. Jednak nikt się nie buntuje – rozkaz księcia.

Warsz trzyma w objęciach Bożenkę, uspokaja ją. Bożenka przyrzeka mu: “nie dam się”. Ale jednak wie, że wola Rosława jest nie  do pokonania… Odmarsz oddziału 30 ludzi pod dowództwem Warsza.  Chłopcy nadrabiają minami, ale i im jest niewesoło. Zadowolony  jest tylko Rosław. Przeszkoda – mówi Dziwomirowi – jest pokonana…

Dabor woła Bożenkę i oznajmia jej, że Wróż ma przyjść jako  swat – prosić o Bożenkę na żonę dla Dziwomira. Dabor aż dmie się z  dumy i zadowolenia. Jaki zaszczyt go spotyka. Skończy się ciężka  praca. Wszyscy w grodzie będą go poważać. Dla Bożenki to wielkie  szczęście. Toteż – mówi – jak swat przyjdzie – masz być wesoła,  bo będziesz żyć w dostatku.

Bożenka pada przed ojcem na kolana. Prosi, błaga go o ratunek. Przerywanym głosem, płacząc wyznaje, że ona i Warsz kochają  się. Warsz chce pojąć ją za żonę. Oni młodzi, a tu jej ojciec  chce ją dać staremu. Chce dla niej źle.

Dabor aż zaniemówił ze złości. Jak to, dziewka chce swój  rozum mieć? Nie rozumie swego szczęścia, chce, głupia, całe życie  ciągnąć sieć. Oburzony uporem córki chwyta gruby sznur i z całych  sił bije Bożenkę. Potem wpycha ją do komory i tam zamyka.

Bożenka płacze żałośnie, ale już w jej twarzy zjawia się wyraz uporu i buntu. Nie da się. Postanowiła!

W chacie Dabora zjawia się dostojny gość – Dziwomir. Chata  pięknie wewnątrz wyprzątnięta. Dabor wita gościa czołobitnie,  ale godnie. Dziwomir siadł, pyta o połów ryb. Wyjmuje spod skór  piękny dzban i wiązkę chmielu. Rada podaje ozdobny kubek. Dziwomir mówi: Inny kubek chcę od ciebie, bracie, ten, co chowasz w swej komorze. Oddaj go. Rosław mnie przysłał, bym cię w pokorze prosił,  byście waszą córkę, Bożenkę, zechcieli oddać mu za żonę. Jeśli zgoda  – wypijemy miód – a chmiel tu na ławie leży. Potem omówimy, jak należy, wiano i posagę. A jeśli zgoda – zawołajcie dziewkę – niech wypije on miód z nami.

Dabor długo się zastanawiał, odpił połowę syty i rzucił kubek  wprost w twarz wróżowi. Wróż – jak zwyczaj każe – schwycił kubek  samymi zębami i przechylił go i wypił nie dotykając rękami.

Rada podała z pokłonem placki, sól, wędzone ryby i mięsiwo.

Przyprowadzono Bożenkę. Wróż napełnił kubek, podał dziewce z  ukłonem. Dabor odebrał kubek i siłą wlał nieco w usta dziewki, oddał resztę Radzie, która wypiła miód i zaraz za obie ręce zaprowadziła Bożenkę do komory.

Dabor omawia wiano i posagę, targuje się – jak zwyczaj każe –  wreszcie targi skończone. Dabor odprowadzając wróża, gnie pokłon,  a wróż dostojnie chyli swą łysą czaszkę…

Ranek. W grodzie nikt się nie spieszy do codziennej pracy.  Cały gród czysto uprzątnięty, domostwa przystraja się zielonymi gałęziami. Na grodowym rynku palą się ogniska i wyznaczeni ludzie  pieką na rożnach sarnie udźce, całe tusze świńskie, gdzie indziej  warzą ryby. Stoją wielkie kadzie z piwem i beczułkami syty. Rybacy i rybaczki myją się i czeszą – młode dziewczęta stroją się w odświętne giezła i wplatają kwiaty we włosy. Młodych chłopców jest  niewielu, przecież 30 odeszło z Warszem na wojnę. Sporo jest jednak młodych nicponi, którym nigdy do pracy nieskoro, ale do wypitki i jadła są pierwsi.

U Dabora w odświętnie przystrojonej chacie Rada z kilkoma  starymi kobietami czeszą i odziewają Bożenkę w godowe szaty, nie  zwracając uwagi na rozpacz dziewczyny. Po skończonej robocie – matka zamyka Bożenkę w komorze i – na wszelki wypadek zamocowuje drzwi skoblem. Teraz czekają na “młodego”.

Rosław – w odświętnej szacie – czysto wygolony i – zda się –  odmłodzony, wesoło rozmawia z równie uroczyście przyodzianym wróżem  i kilkoma starszymi rybakami. Sprawdza on starannie wszystkie przygotowania. I jego domostwo jest uprzątnięte i ozdobione. Stoły i  ławy gotowe. Rosław niecierpliwi się, chciałby prędzej zobaczyć  Bożenkę, ale zwyczaj, któremu nawet on nie śmie się sprzeciwić, nie  pozwala na to.

Zbiera się kapela. Kilka starców i starszych kobiet, tworzących jakby świtę – orszak weselny, gromadzi się przy Rosławie.

Wreszcie na dany przez Rosława znak orszak otoczony tłumem,  przy dźwiękach kapeli i  śpiewach weselnych – rusza od domostwa Rosława i kieruje się na podgrodzie, do chaty Dabora.

U progu obejścia dostojnych gości wita Dabor i Rada, częstując  Rosława gościnnym miodem, a potem wchodzą do chaty i otwierają drzwi komory.

I Rosław, i rodzice Bożenki cofają się ze zdumieniem i zgrozą. Komora jest pusta. Dziewki nie ma. Uciekła, za nic mając posłuszeństwo wobec rodziców i świetną przyszłość małżonki Rosława.  Tylko dół wykopany z miękkiej ziemi wskazuje drogę jej ucieczki.

Rosław, czerwony ze złości odwraca się do tłumu i lżąc  go, rozkazuje przerwać nastrój świąteczny i natychmiast bieżyć do  pracy. Słowa swe popiera uderzeniami drąga. Ludzie gromadnie uciekają przed wściekłością Rosława. Ten i ów z młodych nicponi spiesząc się skryć, chwyta po drodze sarni udziec, czy inne jadło i –  po chwili – gród pustoszeje. Zostaje tylko Rosław i gromada pachołków, oczekująca teraz na dalsze rozkazy, które – domyślają się oni  słusznie – muszą zaraz otrzymać. Niepodobieństwem jest przecież,  żeby Rosław zrezygnował z przeprowadzenia swojej woli.

Tak też się staje. Rosław rozkazuje pachołkom chwytać sznury   i kije, biec za uciekinierką i doprowadzić ją do niego. Obiecuje  swą wdzięczność tym, którzy schwytają Bożenkę.  Gromada ciurów uzbraja się i biegną szeroką nagonką w stronę  puszczy, bo tylko w puszczy mogła się ukryć Bożenka.

Jeden z pachołków – po drodze – wbiega do obejścia Dabora i odwiązuje tam psa Bożenki, Ryka, przypuszczając, że zwolniony z linki pies pobiegnie za śladem Bożenki i doprowadzi do niej pogoń. Tak  się i staje – pies biegnie w stronę puszczy.

Bożenka uciekła istotnie przez wykop, którego dokonała gołymi rękami i, po wydostaniu się z obejścia pustymi wówczas opłotkami pognała w stroju godowym w stronę puszczy. W puszczy  odwaga ją opuściła. Coraz gęściej, z każdym krokiem otacza ją  coraz gęściejsza i dziksza puszcza. Ale nie zatrzymując się biegnie  dalej, chcąc przepłynąć rzekę i znaleźć się w bezpiecznej odległości  od pogoni, która – dobrze się dziewczyna domyśla – musi nastąpić.

Dziewczyna dobiega do rzeki, chwilę zastanawia się, zrzuca godową szatę i w krótkim gieźle rzuca się do wody, chcąc przepłynąć  rzekę. Na środku rzeki natrafia na mieliznę i w momencie jej przebywania, zostaje zauważona przez pogoń, słyszy okrzyki i nawoływania,  dociera do głębszej wody i tu dopada ją Ryk. Młody pies, szczęśliwy,  że dogonił swoją panią,  łasi się do niej w wodzie, skacze i przeszkadza płynąć. W tym momencie pogoń ją naściga. Pachołkowie  chwytają Bożenkę, która rozpaczliwie się broni. Pies na widok napaści wpada w szał i rzuca się na pierwszego napastnika. Pachołek sięga po broń, a inny grubą pałką z całej siły uderza psa po łbie.  Pies spływa wodą – martwy, a Bożenka zostaje schwytana. Oprawcy wiążą jej ręce z tyłu, nie szczędząc jej obelg i razów. Płaczącą na  głos dziewkę prowadzą do grodu, ponaglając ją szturchańcami i uderzeniami do szybszego chodu. Wpędzają ją do obejścia Rosława, który  rozkazuje wprowadzić ją do komory i przywiązać do belki. Bożenka  stoi zatem ze wzniesionymi ku górze rękami, związana. Pachołki  nisko kłaniając się Rosławowi odchodzą. Rosław zostawia na straży  Rysia i Kysia, polecając im dawać baczenie, aby nikt się nie odważył wejść do komory, a sam udaje się do domostwa Dziwomira i tam  dwaj starcy – znów nad kubkami miodu – długo się naradzają.

Oddział Warsza, idąc ku północy, przedziera się przez puszczę. Ostrożnie badając teren, zwiadowcy odkrywają obozowiska Prusów. Warsz śle gońca do głównych sił księcia, a sam wysyła kilku chłopców polecając im z dala spenetrować teren i ustalić miejsca  zasieków pruskich. Po kilku godzinach woje powracają. Jeden z nich jednak został. Oddziałek miał potyczkę z Prusami i Bień został raniony, a że nie mógł iść, więc go zostawili.

Warsz jest oburzony. Zostawić rannego towarzysza! Bierze  dwóch dzielnych chłopców i sam dąży na pomoc Bieniowi. Idą ostrożnie, w dość dużej odległości jeden od drugiego. Warsz wpada w zasadzkę i – schwytany przez kilku Prusów – zostaje zawleczony do  pruskiego obozu.

Ryś i Kyś wartujący przy domu Rosława spostrzegają grododzierżcę zbliżającego się z długą pletnią w ręku. Wchodzi on do chaty.  Chłopcy podglądają przez szpary.

Rosław wchodzi do komory – w pierwszej chwili chce bić Bożenkę, przygląda się jej chwilę, lecz dziewczyna, stojąca przed nim  w strzępach giezła, wygląda tak ponętnie, że Rosław zapomina o celu  swego przyjście i chwyta przywiązaną dziewczynę w objęcia. Ale  dzíewka broni się przed napawającym ją wstrętem starcem i, mając  przywiązane ręce, nogą odpycha go z całej siły. Rosław zatacza  się, pada i rozcina sobie czoło o jakiś ostry przedmiot. Teraz  zrywa się, ociera krew z twarzy i, nieprzytomny z wściekłości, zaczyna smagać Bożenkę. Ta – mimo razów – nie krzyczy, tylko z cicha  jęczy. Nagle Rosław zatrzymuje się i słucha uważnie – z dala słychać wrzawę, zbliżającą się coraz bardziej. Do komory wbiega Dziwomir, nie zwracając uwagi na Bożenkę – wyprowadza grododzierżcę z  domu.

Okrzyki: gore, biada, pali się…

Pali się puszcza i ogień zbliża się i zagraża grodowi. W grodzie i na podgrodziu panika.  Grododzierżca z wróżem szybko udają się na zwiady. Mimo swego wieku Rosław zwinnie wdrapuje się na drzewo, chcąc z góry ocenić  zagrażające niebezpieczeństwo. Starcy stwierdzają, że pali się mały odcinek drzew, otoczony moczarami. Ogień musi wygasnąć sam,  nie zagrozi grodowi.

Wracają spiesznie i Rosław oświadcza, iż wróż swą nadziemską  siłą pokonał ogień. Każe wracać ludziom do pracy, a starcy na  wiecu uchwalą dar dla Dadźboga za oszczędzanie grodu.

Bożenka stoi związana, zbita i cicho płacząc woła  Warsza.

Reblog: 25 rocznica zaginięcia Wandy Rutkiewicz

12 maja 1992 roku, 25 lat temu, widziano ją po raz ostatni.

Dziś, 13 maja, to oficjalny dzień jej śmierci.

„Zginę w górach” — mówiła. Dotrzymała słowa. Zaginęła na górze Kanczendzonga w Himalajach. Jej śmierci nikt nie widział, jej ostatniego słowa nikt nie słyszał, jej ciała nikt nie odnalazł. Na początku XXI wieku do Izby Pamięci Jerzego Kukuczki zapukała para turystów, która twierdziła, że w jednym z klasztorów w Tybecie spotkała postać przypominającą zaginioną przed laty himalaistkę…
Jej odejście, tak jak wiele zdarzeń z jej życia, do dziś pozostaje tajemnicą.

Trzecia kobieta i pierwsza Europejka na Mount Evereście. Pierwsza kobieta, która zdobyła szczyt K2. Od małego słynęła ze „żmudzkiego” uporu. Szybko musiała dorosnąć, by wesprzeć matkę w domowych obowiązkach. Ojcu chciała z kolei zastąpić pierworodnego syna, który zginął śmiercią tragiczną. Najpierw dźwigała ciężar niełatwej historii rodzinnej, później sprawy „na dole” zawsze pozostawiała na drugim planie. Żyła od wyprawy do wyprawy. Nigdy nie zdecydowała się na macierzyństwo. Rozpadły się jej dwa małżeństwa. Najważniejsza była dla niej wolność. Jej prawdziwą miłością były góry.

Nieznane dotychczas dokumenty, niepublikowane wcześnie fotografie oraz bliscy, którzy po raz pierwszy zgodzili się na rozmowę.  Po olbrzymim sukcesie książki Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak Anna Kamińska przybliża czytelnikom życie najsłynniejszej polskiej himalaistki. Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz to znacznie więcej niż biografia. To opowieść o pokonywaniu własnych demonów, przełamywaniu swoich słabości i o wielkiej, życiowej pasji, która, dając niebywałą siłę, może również spalać.

Biografia Wandy Rutkiewicz ujrzy światło dzienne już jutro, 14 czerwca 2017 roku. 

Kangchenjunga, 8586 m seen from Gangtok, Mountain on the border between Nepal and Sikkim – sierpień 2004, foto Siegmund Stiehler (Wikipedia commons)

Jaques Morelenbaum

Der Lob der kleinen unwichtigen Dinge, die nichts kosten oder das Ding an sich

Für Michał Krenz

Alle meine Leser wissen schon, dass ich sehr gern meinen Lesestoff auf der Strasse finde oder kostenlose Bücher vom Büchertisch hole. (Meine gelesene Bücher gebe ich gern weiter, auch wieder an den Büchertisch). Genauso gern kaufe ich meine Sachen in einem Second-Hand-Laden oder lasse mich beschenken (und die nicht mehr getragene gebe ich weiter).

Ab und zu frage ich mich selber: Wieso tue ich es? Aus Sparrsamkeit? Kaum. Klar, manchmal habe ich kein Geld, aber dann braucht man auch heutzutage, da wir alle so viele Klamoten haben, nichts zu kaufen. Das, was wir haben, hätte doch für Jahre gereicht.

Im Buch von  Olwen Hufton über die Frauen von der Renaissance bis zur Industrialisierung (fantastisches Buch! unbedingt lesen!) gibt es unter anderen die Geschichte der Kleider unter dem Aspekt der Frauenarbeit. Nach Hufton, sorgten Frauen mehrere Jahrhunderte dafür, dass die Bewohner Europas überhaupt was zu tragen hatten. Sie meint, dass es in dieser Zeit immer wieder diesselbe Stoffe waren, die uns kleideten, von Frauen geändert, angepasst, gestopft, geflickt, umgedreht, zusammen genäht, getrennt und gebunden. Das heisst, es hätte wohl sein können, dass eine schwindsüchtige kleine Weberin im Lyon im Jahre 1816 ein Kleid trug, dessen Stoff im XVI Jahrhundert für Diana von Poitiers (1500-1566), Mätresse Königs Heinrichs II von Frankreich gefertigt wurde.

Ich bin keine begabte oder leidenschaftliche Näherin und nicht destotrotz sehne ich mich an die Zeiten, als wir die Resourcen, die wir hatten mit Respekt benutzten, das heißt auch Socken stopften, Kleider verbesserten, mit Mama, Schwester und Freundin diesselbe Bluse zu feierlichen Anlässen trugen. Es ist nicht nur der ekologische Gedanke, der mich  leitet, weil ich es auch gesellschaftlich genauso wichtig finde. Reparieren, mit den anderen teilen, bescheiden sein, nicht protzen… Darüber schrieb der Henning Mankell eine wunderbare Textpassage, die ich schon mal zitierte.

Kurzum: ich lese gern gefundene Bücher, trage gern schon von jemanden anderen getragene Klamotten, gewahre gern den Unkraut Platz in meinem Balkon-Garten, dazu mag ich kein Fleisch und keine Milch, bin also eine Vegetarierin mit dem Hang zum Vegan. Pazifistin bin ich sowieso und für die andere Lebensoptionen offen und tolerant, mehr noch, sie sind mir so was von egal…

Alles wichtig, alles vorbildlich gar, aber ich glaube, hinter meiner Vorlieben steckt vielmehr mein individueller Charakter als pure Überzeugung. Die hat sich viel später herausgebildet. Der Aspekt, ich-tue-was-ich-mag ist mir wichtig, aber auch Vorliebe zu Finderei (nicht umsonst bin ich eine Archäologin) – die gefundene, bekommene, Zweite-Hand-gekauften Sachen haben ihre Geschichten. Jemand hatte etwas, was mir jetzt gehört, schon in der Hand gehalten, hat es getragen, oder gelesen, oder weggeworfen, die Dinge waren ihm wichtig oder unwichtig, egal, aber es gab gewisse Verhältnisse zwischen dem “Ding an sich” und dem Menschen, der es besass.

Und so weiter.

Und dies alles, um zu erklären, dass ich gern gefundene, gerettete Seiten lese… Vor ein paar Tagen bekam ich ein Geschenk aus Madeira. Eingepackt in eine gestreifte Papiertüte, umgewickelt in eine doppelte Zeitungseite. Ein Geschenk in Zeitungspapier! Wie schön! Wie die Sommerblumen, die wir damals in Polen auf dem Market kauften und sie in Zeitungspapier umgewickelt nach Hause trugen, die duftenden Platterbsen oder Levkojen.


Terça-feira, 18 de abril de 2017 / Dienstag und so weiter… Seite 13 Werbung für Agroalimentar na Economia Iberica (Agrar- und Ernährungsökonomik in Iberien), eine Initiative zur Förderung der lokalen Landwirtschaft. Diesmal Reis… Arroz.

Auf dem Schüsselchen ist eine Pflanze abgebildet, die das Wahrzeichen von Madeira ist. Ich vermute, es ist die Agapanthus praecox (Afrikanische Liebesblume), weiß jemand was anderes, bitte ums Korrigieren

Seite 14, Soziedade (Gesellschaft), Wetter und Ergebnisse der Lotto-Ziehung. Seite 27. Mundo – die Welt: Portugal é central no triangulo entre Europa, America Latina e Africa (Portugal übernimmt zentrale Position im Dreieck zwischen Europa, Lateinamerika und Afrika). Na ja… Soll haben. Seite 27, Artes… Jaques Morelenbaum, “A musica que nao fala a alma incomoda-me como um espinho” – Die Musik, die  nicht von der Seele spricht, stört mich wie ein Dorn.

Interessant, ich kenne doch kein Portugiesisch, aber eigentlich verstehe ich den ganzen Artikel. Jaques Morelenbaum muss ein Jude sein, obwohl es nirgendwo gesagt wird, weder im Text selber noch später, als ich ihm in Wikipedia suche, aber ich bitte Sie, mein Herr, Jaques Morelenbaum!

Er ist ein brasilianischer Cellist, Komponist, Arrangeur, Dirigent und Musikproduzent. Geboren 1956, studierte in Sao Paolo und in den USA.

Seine musikalische Karriere begann in den 70er in der Progressive Rock-Band A Barca do Sol. Von 1984 bis 1994 spielte er in der Nova Banda mit Antônio Carlos Jobim. Nach seinem Tode gründete er gemeinsam mit seiner Frau Paula, Jobims Sohn Paulo (Gitarre und Gesang) und Paulos Sohn Daniel (Klavier und Gesang) das Quarteto Jobim-Morelenbaum. Er leitet auch Cello Samba Trio. Er macht auch Filmmusik, darunter für Central do Brasil, welcher 1998 den Goldenen Bären der Berlinale für den besten Film gewann und zu Oskar nommieniert wurde.

Jaques Morelenbaum wirkte bei  mehr als 700 Platten. Eigentlich waren es am Tag des Interviews für die Zeitung Diário de Notícias genau 748. Bei Wikipedia nennt man nur ca. 400 Discs.

Die aktuelle politische Lage in seinem Heimatland Brasilien macht ihn Sorgen.

Am Dienstag spielte Cello Samba Trio von Morelenbaum in Lisabon in Tivoli, am 20. in Conservatório de Música in Coimbra, am 21 in Cineteatro in Estarreja…

Wir hören hier eine von seiner Sambas…

Moje autorki i moi autorzy / Meine Autor*innen

Ewa Maria Slaska

Ich dachte mir, ich zeige euch, wie oft wir schon, als Autor*innen von diesem Blog, fürs Publikum gelesen haben. Vor allem aber ist dieser Beitrag ein Lob an Christine Ziegler, die all diese Lesungen organisierte, die Plakate entwarf und alle mögliche und umögliche Wünsche unserer Lesenden mit Ruhe, Würde und Gelassenheit erfüllt hat! Danke an Euch alle und Danke Christine!

Pomyślałam, że pokażę dziś kilka plakatów z wieczorów autorskich, które zorganizowałam dla moich Autorów i Autorek :-). Przy tej okazji chciałam też podziękować Christine Ziegler, która wszystkie te plakaty zaprojektowała, wszystkie te wieczory autorskie zorganizowała i była dla nas zawsze najmilszą gospodynią wieczoru, wypełniającą najdziwniejsze możliwe i niemożliwe życzenia osób występujących. Dziękuję Wam wszystkim i dziękuję Christine!